czwartek, 21 lipca 2016





Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza:
nad Bugiem i Liwcem
Liwiec przy ujściu do Bugu koło Kamieńczyka. Fot.L.Herz
Przyroda i człowiek.
Na drogach współistnienia.

Lubię tam bywać. Niedługo znów się wybieram i zabieram ze sobą na wędrówkę grono najbliższych swoich przyjaciół z turystycznych wędrówek. Pójdziemy zobaczyć jeden z najładniejszych fragmentów Mazowsza, znajdujący się  w widłach Bugu i Liwca. Tam wszystko jest na miejscu: są rzeki i nadrzeczne łąki, jest kawał przyzwoitego lasu i nie najgorzej w ten krajobraz wkomponował się człowiek. 

    Dolina Bugu jest istotnym dla równowagi przyrodniczej całego kontynentu europejskim rarytasem, nic dziwnego, że znalazła się pod specjalną ochroną w sieci obszarów „natura 2000”. Dolina Liwca również. Od dziesiątków lat liwiecka dolina  służy warszawiakom jako wyjątkowe miejsce na letnisko. Koryto rzeki jest płytkie, dno piaszczyste, świetne plaże na brzegu, nic tylko się kąpać. Niemały kompleks sosnowych borów Puszczy Kamienieckiej też ma swoje zalety. To teren wyjątkowy, gdzie w rewelacyjny sposób współistnieją ze sobą przyroda i człowiek.


Bug koło Szumina. Fot.L.Herz

Liwiec koło Nadkola i Świniotopi. Fot.L.Herz

Puszcza Kamieniecka koło Koszelanki. Fot.L.Herz

    Krajobraz nadbużański jest wielkim darem, jaki nam został  ofiarowany.  Jedną z najbardziej rzucających się w oczy go cech jest  różnorodność i mozaikowatość. Jak w talii kart są  tutaj pejzaże bardziej i mniej ważne, bardziej lub mniej atrakcyjne, żadnego jednak zlekceważyć się nie godzi. Najważniejszym jest Nadbużańskio Park Krajobrazowy, utworzony w roku 1993 roku na południowym brzegu Bugu. W nim główną  rolę gra Puszcza Kamieniecka.  Jej lasy przetrwały głównie tam, gdzie ziemia nie była przydatną dla rolnictwa.
    Chociaż z przyrodniczego punktu widzenia już nie może być ten las nazywany puszczą, wciąż jednak są w nim fragmenty prawdziwie puszczańskie i o jego przyrodniczych walorach świadczy obecność  związanych z puszczańskimi środowiskami kilku gatunków zwierząt z potężnymi łosiami na czele, a w ostatnich latach także i wilki bytują w tej lesistej okolicy. Puszcza to nie tylko las, to również enklawy i półenklawy śródleśne, zajęte przez uprawy rolne, pastwiska i łąki, to także wioski na skraju lasu i pośród niego, wszystko to, co w ciągu ostatnich wieków przyniósł do tej puszczy człowiek, przystępując do uprawiania przyrody na swój sposób. Łąki są koszone i są uprawiane pola miejscowych rolników, a tu i tam pośród lasu pobudowane zostały  osiedla letniskowych domków dla mieszczuchów, poszukujących wypoczynku w przyrodzie. Powstał w ten sposób bardzo interesujący  krajobraz kulturowy, to jest taki, w którym dzieła rąk ludzkich są harmonijnie wkomponowane w naturalne środowisko przyrodnicze. 
Jedno z bużysk nad Bugiem, starorzecze na które wkracza osoka aloesowata. Fot.L.Herz

   Ojcem Puszczy Kamienieckiej jest Bug, większa jej część rośnie w jego dolinie, wszystkie  wydmy przed tysiącami lat usypał wiatr na piaszczystych mieliznach Bugowej pradoliny. Tam, gdzie nad rzeką wycięto lasy, na torfowiskach jego   doliny  ścieli się dzisiaj najładniejszy zespół łąk mazowieckich, ciągnący się kilometrami i zdający się nie mieć końca. W większości są to koszone łąki uprawne. Ale nie tylko koszone. Są fragmenty, gdzie człowiek nie ma nic do roboty. Tam króluje przyroda. Ona wyłącznie.
Łąki nadbużańskie, dzikość ogromna, tam nie ma miejsca dla człowieka.Fot.L.Herz
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na tych łąkach odpoczywają stada przelotnych ptaków i mają miejsce gody tych ich gatunków, które zdecydowały  się tutaj pozostać na lęgi, a są wśród nich  ornitologiczne rarytasy: derkacze, kuliki i  rycyki, brodźce, perkozy i łabędzie, bywa tam wodnik, kureczka nakrapiana i kokoszka wodna, a birdwatcherzy mają używanie. Stare dęby są ozdobą nadbużańskich łąk, a spośród nich najlepiej prezentują się rosnące przy Łężnej Drodze. Ta nadzwyczajna droga wczesną wiosną jest zalewana wodą i wtedy przejście nią nie należy do łatwych. Ta droga zaczyna się koło Brzuzy na wschodzie i poniżej krawędzi tarasu wydmowego wiedzie pośród łąk bużańskimi łęgami (stąd nazwa: Łężna Droga) ku zachodowi do Wywłoki. Dęby przy tej drodze są nadzwyczajnych kształtów, niektóre mają pokrój egzotycznych baobabów, na jednym z nich jest gniazdo bociana białego. Rosną wśród krajobrazu, w którym wiele przyjemności mieć będzie i podglądacz ptaków i florysta i wszyscy inni, czuli na piękno natury. 
Otoczenie Łężnej Drogi w nadbużańskiej dolinie. Fot.L.Herz

      Na północ od Łężnej Drogi płynie Ugoszcz, która w kilku miejscach tworzy wąskie jeziora o dużej urodzie. Jest to jeden z pejzaży, jakich niewiele jest w całej nizinnej Polsce. Rodzi się ta rzeczka (ona, nie on, Ugoszcz jest rodzaju żeńskiego)  pośród lasów przy wiosce Ugoszcz i jest to bardzo ważna nazwa, od staropolskiego słowa gozd pochodząca, oznaczało ono dawniejszymi czasy las ogromny albo wielką puszczę. Ugoszcz uchodzi do Bugu pośród łąk ogromnych i tam właśnie,  w pobliżu  tego ujścia, w zespole roślinnym łąki świeżej rośnie turówka wonna, pospolicie zwana żubrówką, ulubiony przysmak żubrów (których tutaj nie ma od wieków), nadający charakterystyczny smak jednej z typowo polskich wódek (których amatorzy w okolicy tej bywają).
      Są tam nad Bugiem dwie wioski na skraju lasu, Wywłoka i Szumin. W Wywłoce już  tylko dwa gospodarstwa pozostały, od wielu lat dość dokładnie obrośnięte domkami letniskowymi, zajmującymi obszar dawnej wioski i skraj sąsiedniego boru. Koło Wywłoki stykają się ze sobą różne rodzaje krajobrazu. Na piaskach wydmowych rosną  bory sosnowe, dzisiaj na ogół zdegradowane, zniszczone przez rabunkową gospodarkę leśną ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Ale jest w tych lasach przyrodnicza perła, to rosnący na tarasie zalewowym Bugu jeden z najpiękniejszych i najbardziej oryginalnych zespołów leśnych na Mazowszu, jaki zachował się  w rezerwacie "Jegiel".
Rezerwat "Jegiel" koło Wywłoki. Fot.L.Herz

    Nazwa Wywłoki jest fascynująca, a rozważania o jej pochodzeniu uruchamiają długi ciąg skojarzeń, mocno przybliżających dawne dzieje mieszkającego tutaj ludu. Zresztą, panuje nieco dowolności w stosunku do nazwy tej wioski: raz pisana jest jako Wywłoka, innym razem - choć rzadziej - jako Wywłóka. Trudno wyrokować, skąd nazwa. Bogactwo wyboru jest ogromne. Dziś niemal nikt nie pamięta, iż m.in. na Mazowszu [wg Kazimierza Moszyńskiego "Kultury ludowej Słowian", 1967] używany był powszechnie "włók", będący środkiem transportu poruszającym się na płozach. Pierwowzorem takich włóków były po prostu dwa drzewka, ścięte z koroną i liśćmi, albo dwa mniej lub więcej gładkie drążki, do których zaprzęgało się konia. Na Białorusi ten rodzaj sań używano do wywożenia siana z błot. Był to pojazd o wiele wygodniejszy od kołowego w takich właśnie warunkach, ale i na wiodących przez piaski drogach mazowieckich, przebiegających przez "dziadowskie morza", jak w nadbużańskiej okolicy zwano trudne do przebrnięcia piaszczyste obszary puszczy, rosnącej na przeciwnym, północnym brzegu Bugu. Puszcza Kamieniecka znajdowała się długo na pograniczu, bądź nawet w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, a w okolicy łąki na błotach są nadal powszechne, więc może w nazwie jest utrwalony dawny, sprzed wieków pochodzący sprzęt, używany przez tutejszych Rusinów?
    A może - i to też jest bardzo prawdopodobnym - nazwa pochodzi od miary gruntu, również "włóki"?  Najpewniej tej nazwie dał początku rodzaj sieci na ryby, co wydaje się być słuszną hipotezą, ze względu na położenie wioski na wyniesieniu nad obfitującym w ryby Bugiem. "Sądząc z miejscowej tradycji, najstarszy typ sieci stanowił >włók<. Była to sieć dwuwarstwowa, mająca ok.20 m długości i 1 m szerokości. Na obu końcach była zaopatrzona w pionowe drągi. Włókiem musiało łowić jednocześnie dwóch rybaków. Każdy z nich siedząc w maleńkim, lekkim czółnie trzymał jedną ręką drąg włóka, drugą - małe bose wiosło, którym wiosłował. Włók, zanurzony w wodzie, przecinał całą niemal szerokość rzeki. Rybacy płynęli równo i cicho pod prąd; w umówionym momencie, bądź jeśli wyczuli uderzenie wielkiej ryby w sieć, szybko kierowali się ku sobie, zataczając niewielki łuk i wciągając sieć do czółen. Łowienie włókiem wymagało wielkiego zgrania się obu rybaków i umiejętność sprawnego manewrowania czółnem" – pisała biografka okolicy, znakomita etnografka Maria Żywirska („Puszcza Biała. Jej dzieje i kultura”, 1973).
    Jak i Wywłoka, tak i Szumin przez wiele lat był wioską i to niewielką. Pierwotnie była to zapewne osada rybacka. Nazwa nie od szumu wody lub drzew pochodzi, lecz od sumów. W  Bugu, jego odnogach oraz starorzeczach sumy są wciąż spotykane. Od wielu już lat Szumin jest osiedlem letniskowych domków i willi, zamieszkanych przeważnie tylko w sezonie. Szumin ma wielu zapamiętałych miłośników. Istnieje nawet Towarzystwo Przyjaciół Szumina Przy skrzyżowaniu ulicy Podleśnej z ul.Jegiel jest niewielka kaplica, w której tylko ołtarz jest pod dachem, a dla uczestników nabożeństwa przygotowano ławy, ustawione pod koronami starych sosen. W soboty sezonu letniego o g.18 jest tu msza św. i oryginalne, niespotykane położenie tej kaplicy bardzo sprzyja modlitwie. Kaplica przynależy do parafii w Jerzyskach  w diecezji drohiczyńskiej. W zimie Szumin pustoszeje. 
Dom Hansenów w Szuminie, jedna z ikon współczesnej architektury polskiej. Fot.L.Herz

    W Szuminie powstał jeden z najważniejszych dla europejskiej architektury domów wiejskich. Znajduje się przy  ulicy – właściwie jest to zwykła wiejska piaszczysta droga  –  o uroczej nazwie Mlekicie. Przy niej stoi  domek Oskara i Zofii Hansenów z roku 1968.  Jako jedyny z krajów naszej części Europy znajduje się ten dom w międzynarodowej sieci Iconic Houses Network, grupującej najbardziej znane i najbardziej interesujące domy jednorodzinne świata, wzniesione  przez najsławniejszych architektów świata, m.in. Miesa van der Rohe, Le Corbusiera, Alvara Aalto, Franka Lloyda Wrighta, Antonio Gaudiego.
    Wpisany w mazowiecki krajobraz drewniany dom Hansenów w Szuminie,  jest przestrzennym manifestem Formy Otwartej – idei, którą Oskar Hansen uczynił osią swojej twórczości architektonicznej. Kim był ten niezwykły człowiek? Ten architekt, projektant i teoretyk-wizjoner, pedagog, artysta malarz i rzeźbiarz, syn Rosjanki i Norwega, o dalekich polskich korzeniach, urodził się w Helsinkach w roku 1922, umarł w 2005 roku w Warszawie. Rok po swoich urodzinach zamieszkał wraz z rodziną w Wilnie, a trzy lata później otrzymał polskie obywatelstwo. W Wilnie począł studiować, kończył je w Lublinie i w Warszawie.  W czasie wojny był na Wileńszczyźnie partyzantem Armii Krajowej, po wojnie kształtował swoją twórczą indywidualność w Paryżu i tam rozpoczął swoją podróż ku Formie Otwartej, która w świecie idealnym pozwalałaby ludziom decydować nie tylko o układzie mieszkań, ale też o ich wysokości, podziale funkcjonalnym czy rozmieszczeniu i wielkości okien na elewacji. Wszystko po to, by umożliwić każdemu "uwicie własnego gniazda".
    W roku 1950 zawarł związek małżeński z poznaną na warszawskich studiach Zofią Garlińską z mazowieckiego Kałuszyna. Stanowili dobre małżeństwo. Także artystyczne. Architektura ma być tłem dla życia – mówili  –  ma  uwznioślać nawet najbardziej banalne czynności, sprawiać, że obcowanie z nią będzie serią zachwytów obrazami wykreowanymi pospołu przez architekta i mieszkańców. Rolą architekta byłoby to, aby szanując "inność" każdego człowieka nie dopuścić do chaosu. Nie mogło się to podobać komunistycznym władzom, niewiele projektów dane im było  zrealizować.
    "Z chęcią żyłbym w świecie, który stworzyli – pisał o Hansenach Feliks Springer w swojej książce „Zaczyn”.  –  W tym świecie nie ma przestępców i zła, a ludzie chcą się rozwijać i troszczyć o siebie nawzajem, szanując dobro wspólne. Ta utopijna, modernistyczna wizja świata była odpowiedzią na czasy II wojny światowej. Hansenowie uważali, że skoro człowiekowi udało się podnieść po tym doświadczeniu, to już nigdy więcej nie popełni tych samych błędów".
    Hansenowie w Szuminie osiedli  w latach 60-tych XX wieku. Szumin był wtedy utopioną w mazowieckim krajobrazie nadbużańskim niewielką wioską rolniczą; dzisiaj mieszkają tu już niemal wyłącznie letnicy i obejścia miejscowych zupełnie się w letniskowych „daczach” utopiły. W roku 1968 powstał ich dom. Jest nakrytą ciągnącym się do ziemi dwuspadowych dachem prosta, drewnianą chatą. Przypomina skromne zabudowania gospodarcze, a nie „rezydencję” architektów z Warszawy. Nie przez przypadek dom przez miejscowych został nazwany owczarnią.
    Budynek ten wymyka się opisowi – pisał Springer. Nic tu nie jest określone raz na zawsze - wnętrze przeplata się z zewnętrzem, pomieszczenia przechodzą płynnie jedno w drugie, domowe sprzęty mają przypisane po kilka funkcji jednocześnie. Oglądany z zewnątrz nie sprawia  imponującego wrażenia. Na pierwszy rzut niewprawnego oka przywodzi na myśl spontanicznie rozbudowywaną drewnianą szopę, pasterski szałas, który kolejni mieszkańcy dostosowują do swoich zmieniających się potrzeb.
    Zarówno kształt domu, jak  i sposób zaaranżowania całej działki były odzwierciedleniem opracowanej przez Hansenów idei Formy Otwartej. Według jej założeń przestrzeń, wyznaczona przez architekta jest tylko ramą, którą wypełniają sami użytkownicy; kształt domu jest tylko punktem wyjścia do tworzenia, budowania, porządkowania wnętrz według potrzeb i pomysłów jego użytkowników. Dom w Szuminie też taki jest – stanowi zbiór otwartych lub półotwartych przestrzeni, które można było dość łatwo adaptować do zmieniających się potrzeb rodziny z dorastającymi dziećmi. Hansenowie zaprojektowali dom w taki sposób, aby wnętrze stanowiło integralną całość zarówno z ogrodem, jak i wioską. Przy drodze, wiodącej wzdłuż domu, architekci ustawili ławkę, z której korzystali wracający z pól okoliczni mieszkańcy; wnętrze domu rozplanowali tak, aby ze środka móc słyszeć prowadzone na ławce rozmowy.  Zresztą możliwość ciągłego słyszenia i widzenia się domowników była istotną częścią aranżacji wnętrza. Nie ma tu tradycyjnego podziału na pokoje – przestrzenie przenikają się i otwierają na siebie w czasem niespodziewany sposób.
     Po śmierci Hansenów, w roku 2015 szumiński ich dom został wzięty pod opiekę przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Wnętrza są udostępniane kilkanaście razy w ciągu roku, tylko dla niewielkich grup, wyłącznie po wcześniejszym się zapisaniu, chętnych jest zawsze o wiele więcej, niż dom może przyjąć.
Biała Góra nad Bugiem. Fot.L.Herz

      Koło Szumina znajduje się nad Bugiem  jedno z najbardziej urodziwych miejsc na Mazowszu. Rzeka podcina tam piaszczystą wydmę, wznoszącą się około dziesięciu metrów nad poziom wody w rzece. Miejsce to zwane jest Białobrzegi, a wydma Białą Górą. Stamtąd jest najpiękniejszy widok, niewiele mający równych sobie na polskich nizinach. Rzeka, wydmy i torfowiska, sosnowy bór i liściaste łęgowe lasy oraz łąki – wszystko, co najlepsze spotkało się tutaj. Tutaj schodzą się koryta rzeki, w ich widłach widnieje las. Do niedawna rósł na dużym półwyspie, od kilku lat połwysep został już wyspą. Miejscowi nazywają to miejsce Dębniakami lub po prostu Uroczyskiem i jest prawdziwie uroczysko rodem ze starej baśni.
Szlak turystyczny skrajem Puszczy Kamienieckiej na nadbużańskim klifie. Fot.L.Herz

    Ku Białej Górze znakowany szlak turystyczny prowadzi brzegiem tuż nad rzeką, a brzeg ma tutaj charakter klifu i stromo opada ku rzece, która niemal co roku zabiera ze sobą fragmenty brzegu wraz z oznakowaną dróżką. To jedno z niewielu miejsc na Mazowszu, gdzie las bezpośrednio graniczy z wielką rzeką. Mimo, że Bug jest rzeką dłuższą od Narwi, już od wieków jest uważany za jej dopływ. To "rzeka dzika, nie w pełni ujarzmiona przez człowieka, która zachowała wiele przybrzeżnych mielizn, zakoli, wysokich, stromych brzegów, tajemniczych głębin i wysp. Prawdziwa, nizinna rzeka pełna ryb, z dobrze wykształconymi tarasami w dolinie, rozległymi pastwiskami i łąkami, wydmami usypanymi przez rzekę lub wiatr, lasami łęgowymi, dużymi, pięknymi starorzeczami nazywanymi przez miejscową ludność bużyskami, czasami kapryśna, a przede wszystkim piękna, posiadająca niepowtarzalne uroki o każdej porze roku. (...) Ta niezwykła różnorodność i malowniczość krajobrazu, budzi jakąś odwieczną tęsknotę do ciszy lasów i pól, do szerokiego oddechu, do swobodnej przestrzeni, zachęca do przemierzania tych terenów i do kontemplacji" – pisali Henryk Kot i Cezary Starczewski ("Nadbużański Park Krajobrazowy", 1995). W ostatnim ćwierćwieczu XX w. z wielką szkodą dla krajobrazu i przyrody doliny, rzeka została obwałowana na znacznym odcinku, jej taras zalewowy odcięty od naturalnych wylewów, a koryto Bugu w kilku miejscach wyprostowano, likwidując niektóre zakola rzeki.  
Na drugim brzegu brańszczykowskie łąki w Wielkim Kole. Fot.L.Herz
 
     W rejonie Puszczy Kamienieckiej i Białej rzeka płynie szeroką doliną mocno meandrując i tworząc liczne zakola, z których niektóre w latach osiemdziesiątych XX wieku stały się już tylko starorzeczami, po wyprostowaniu głównego koryta. Na drugim brzegu rzeki znajduje się uroczysko Wielkie Koło, a są tam niepowtarzalnej urody łąki z trzech stron otoczone ogromnym zakolem Bugu. Te właśnie brańszczykowskie łąki nadbużańskie  są miejscem występowania m.in. fascynującego swoim kształtem, lotem i śpiewem, rudobrązowego ptaka o długich nogach i dziobie - rycyka. Niekiedy można go zobaczyć z wysokiego brzegu rzeki, jak uwija się nad łąkami po przeciwnej stronie rzeki, lecz częściej można usłyszeć jego donośny, bardzo melodyjny głos.    
      Każdemu, kto czuły na ewenementy przyrodnicze, życzyć należy widoku bytującego nad Bugiem w tej okolicy niezwykle barwnego zimorodka. Późną wiosną w roku 2016 byłem tam w dzień powszedni, to była dla mnie dzień niezapomniany, pogoda cudowna, słoneczna, niebo niebieskie, chmurki na nim białe, cudowna cisza, ani jednego człowieka na horyzoncie, wokół mnie tylko przyroda. W tej ciszy tylko jeden głos mnie dochodził;  co jakiś czas słychać było mocne uderzenie, to o wodę biły ogonem bobry, ucztujące na brzegach i po swoim posiłku zanurzające się w wodzie z takim właśnie uderzeniem swojego płaskiego ogona, brzmiącym jak wystrzał z armatki. Od stu lat okoliczny krajobraz przyciągał w te strony ludzi kultury. W leśniczówce w Jerzyskach zatrzymywał  się bard myślistwa, poeta Julian Ejsmond. Urodę krajobrazu okolicy opisał nadzwyczajnie i były to opisy pełne barw, jakby zdjętych z płócien najwybitniejszych impresjonistów.

    Liwiec, tak, jak i Świder, jest rzeką, będącą synonimem podwarszawskiego wypoczynku letniskowego. Któż nad jego brzegi nie przyjeżdżał na letnisko! Dolny odcinek Liwca od Urli po Kamieńczyk, od wielu lat cieszy się renomą rzeki doskonale zdatnej do celów rekreacyjnych. Koryto rzeki jest tutaj płytkie, dno piaszczyste, brzegi albo niskie z przyjemnymi plażami, albo tworzące niewielkie urwiste klify. Nad rzeką zagajniki, nieco dalej od niej lasy. Z Warszawy stosunkowo blisko. Czegóż więcej trzeba do szczęścia?  
    Wielka kariera nadliwieckich letnisk zaczęła się na dobre po odzyskaniu niepodległości. Wkrótce potem, z wdzięczności za dokonania w muzyce i polityce ofiarowano Ignacemu Paderewskiemu pobudowany jeszcze w 1910 roku pałacyk w Julinie na wschodnim brzegu rzeki. Pałacyk nadal stoi, a legenda Paderewskiego jest tu wciąż żywa, chociaż - jak się zdaje - nie ma pewności, czy on sam był nad Liwcem. Bywała jego żona Helena, która w roku 1924 spowodowała otwarcie szkoły w Julinie i przez trzy lata finansowała mieszkanie i wyżywienie trójki nauczycieli. Niedaleko od Julina uwił przed wielu laty swoje gniazdo w Gniazdowie  wspaniały rysownik, znawca militariów i gawędziarz niebylejaki, Szymon Kobyliński. Niestety, od roku 2001 już nie żyje. Wiele wszyscy straciliśmy wraz z jego śmiercią.
    Dzisiaj nad brzegami rzeki i w dalszej od nich odległości, w pogodne weekendy i latem zaludniają się bardzo tutaj liczne domki, domy i wille letniskowe w Kamieńczyku, Świniotopi, Halinie, Pustych Łąkach, Nadliwiu, Strachowie i Urlach na zachodnim brzegu rzeki, oraz na brzegu wschodnim w Nadkolu, Koszelance, Gniazdowie, Julinie i Barchowie. Domy stałych mieszkańców tych wiosek dzisiaj nikną pośród masy domów letniskowych. 


Pełne zieleni uliczki w letniskach nadliwieckich. Fot.L.Herz

    W roku 1930 na łamach krajoznawczego czasopisma "Ziemia" z zachwytem opisywał urodę nadliwieckiej Koszelanki Tadeusz Cieślewski (syn). Rosły wtedy nad rzeką  „stare bory sosnowe, gęsto przetykane grabami i dębami, pełne tajemniczych jeziorek, podszyte jałowcem i paprocią, usłane mchami i borówkami... Wąskim tylko pasem złociły się pola i kwieciły łąki, obrzeżone piachami, dźwiganymi to tu, to ówdzie przez szeroko rozlany Liwiec. Koszelanka była samodzielnym, odciętym od świata zakątkiem"...
    Nadliwie, nim w latach międzywojennych powstało w nim letnisko, zwało się Strachowskimi Górami. Postawiono kilkanaście domków, wybudowano kort tenisowy i obsadzono dębami drogę ku rzece.  Letnisko miało swoich stałych gości. Przed drugą wojną światową, a i potem, gdy wojna się skończyła, na okres letni przyjeżdżał do Nadliwia Melchior Wańkowicz (1892-1974), znakomity publicysta, niezrównany autor reportaży i gawęd, jedna z najbarwniejszych postaci polskiej literatury.  Położony na wydmowym zboczu dom, gdzie zamieszkiwał, "otulony szczelnie zielonością, piętrowy, z akacjami zaglądającymi do okien, nosił ślady dawnej urody i dbałości (...) Po śniadaniu zaczynała się praca. O jedenastej słychać było pogwizdywanie listonosza, który przyjeżdżał na rowerze: - Panie Wańkowicz, ja w życiu tyle listów nikomu nie woziłem, pan musi być ważny facet" – notowała  Aleksandra Ziółkowska w swojej książeczce "Blisko Wańkowicza". W Nadliwiu mieszkał i tworzył Stanisław Grochowiak (1934-1976), ceniony poeta, prozaik i dramatopisarz Dom stoi nadal i znajdowała się w nim galeria obrazów Marii Sołtyk, towarzyszki życia poety. Dawno tam nie byłem. Jest jeszcze? 
Szaleństwo zieleni, a w środku Liwiec płynie. Lato roku 2016 koło Nadliwia. Fot.L.Herz

    
Najbardziej popularną miejscowością nad Liwcem są Urle. Są najstarszym letniskiem okolicy, już przed I wojną światową były – jak to opisała Maria Ziółkowska - modnym kurortem, istniały wtedy liczne pensjonaty, restauracje z dansingami, hotel, a nawet niewielkie kasyno gry. Urle były magnesem ściągającym warszawiaków, były to płuca niedaleko położonej stolicy. Urle wciąż jeszcze jest to jedna z najbardziej dziś popularnych miejscowości letniskowych pod Warszawą. Może nawet jedyne jeszcze podwarszawskie letnisko o tak „klasycznej" postaci.
    Wiele nadzwyczajnych opowieści o Urlach spisał Kacper Czeretoski (W: „Puszcza Kamieniecka i dolina Liwca”, 2013). Zacytuję jego opowieść jedną, ale za to obszerną. Oto ona. W Urlach jeszcze tlą się wspomnienia o Witowskim i jego dancingu "Pod strzechą". Imienia jego nie pamiętam. W latach trzydziestych żył ze sprzedaży piasku ze swoich placów na Woli. Był to klasyczny król przedmieścia – wysoki, przystojny brunet o barach Atlasa. Przedtem rozporządzał większymi dochodami i bawił się w przedniejszych restauracjach, trochę zwyczajem dawnych kupców moskiewskich. Zabawa, czyli wielka feta kończyła się prawie z reguły tłuczeniem luster, łamaniem krzeseł i kandelabrów, rozbijaniem bufetu. Po takich trzaskach wsiadał do parokonnej dorożki, objeżdżał całe miasto i wracał do knajpy, regulując rachunek zawsze słony niezwykle. Dancing "Pod strzechą" naraił mu Władzio Jurkowski, niegdyś zamożny kupiec i znany w kręgach wesołej warszawski birbant i utracjusz, uczestnik niejednej ich wspólnej hulanki, co wszystko przefiukał po kabarecikach, nocnych lokalach i zwykłych szynkowniach. I wegetował na starość u dzierżawcy Nadliwia w charakterze rezydenta. Bratem Władzia był swego czasu znany inżynier budowy mostów, Stefan Jurkowski, autor pierwszego w kraju podręcznika z zakresu konstrukcji żelazobetonowych.
    Gwałtownemu jednak usposobieniu Witowskiego nie bardzo odpowiadała tego rodzaju profesja...  Dancing "Pod strzechą" stał po prawej stronie torów, jadąc z Warszawy, gdzieś tak bliżej rzeki. W pewien wieczór pogodny do pasji doprowadził go ogólny nastrój na sali i słaba konsumpcja uczestników. Zaczęło się od skrzypka w orkiestrze jazzowej, który jakoby fałszował...  Potem przyszła kolej na niektórych gości. Niebawem lokal opustoszał i niepokój rozszerzył się na pół osiedla. Jakaś bardziej śmiała grupa letników usiłowała stawić czoło rozjuszonemu kierownikowi tawerny. Ale strzały na postrach zmusiły wszystkich do ucieczki. Bieganina była niesamowita. Pogubiły się pary taneczne. Niektórzy zamiast do domu gonili w stronę Liwca. Jak Urle Urlami, jeszcze takiej awantury tam nie widziano. Tyle  opowieści pana Kacpra. 
    Poza sezonem w Urlach jest zupełnie pusto, większość domów ma zamknięte na głucho drzwi i okna zasłonięte okiennicami. Tym domom, specjalnie budowanym dla letników, warto się przyjrzeć. Budowano je po to, aby je wynajmować. Były to czasy, gdy jeszcze nie powstawały masowo różnorakie „dacze" i prywatne domki letniskowe. Wtedy budowano domy, przeznaczone do wynajęcia, bardzo często nie tylko jednej rodzinie. Tutaj od lat międzywojennych na wakacje przyjeżdżały zwłaszcza matki z małymi dziećmi. Ojcowie, pracując w tym czasie w Warszawie, przybywali w odwiedziny na niedziele. Dawniej wyłącznie pociągami, dzisiaj w znacznej już części własnymi samochodami.
    Przed ćwierćwieczem i jeszcze nieco dawniej, w niedzielne popołudnia na peronie położonej wśród lasu stacyjki, na przyjazd pociągu czekały  tłumy ludzi, lecz większość z nich stanowiły osoby odprowadzające, które po odjeździe pociągu powracały na kwaterę do wynajętego domu. A domy to bardzo charakterystyczne, mające  obszerne werandy, przystosowane do spędzania czasu i do zabaw z małymi dziećmi w czasie niepogody, która w naszym klimacie nie jest wielką rzadkością.



Domy letniskowe na wynajem w Urlach. Z werandami, tak jak trzeba. Fot.L.Herz
    Przewodnik Kazimierza. Saysse-Tobiczyka z roku 1934, zaliczał Urle, bo o nich to mowa, do miejscowości, które „posiadają bezsprzecznie dobre warunki klimatyczne, dzięki suchej, piaszczystej glebie i sosnowym lasom, główne ich ośrodki jednak — pisał autor — nie odpowiadają współczesnym wymaganiom hygjeny i estetyki". Nie odpowiadają zresztą nadal, niestety.
    Popularności Urli trudno się dziwić. Miejscowość położona jest pośród sosnowych borów, nad płytkim i zdatnym do dziecięcych kąpieli Liwcem, jest tutaj stacja kolejowa, a zatruwający atmosferę przemysł znajduje się zbyt daleko, by jego skutki były wyraźnie odczuwalne. Zanim jednak powstało letnisko, wpierw była osada, i to bardzo późno założona, gdyż dopiero w drugiej połowie XVIII wieku. Pisano w lustracji starostwa jadowskiego w roku 1775: „są także należące do Starostwa Jadowskiego dwa Pustkowia, w których osiedli Kurpikowie. Jedne za Borzymem Urle zwane, w nich osiadłych Kurpików trzech". Mieszkańcy Zielonej Puszczy Myszynieckiej cieszyli się zasłużoną sławą „puszczaków", obeznanych z pracą w lesie, umiejących las ten rąbać i pozyskiwać nowe tereny dla gospodarowania. Trudno się też i dziwić, iż sprowadzono ich również nad Liwiec.
    Nazwa miejscowości związana jest z płaską dolinką Liwca. Nazwa Urle oznacza miejsce niskie, bagienne, Mówi się „to urle”, a nie „te urle”.  Liwiec jest bardzo malowniczy, płynie płytkim korytem o piaszczystym dnie. Brzegi miejscami tworzą niziutkie i urwiste klify. Na nich rosną zagajniki,   pośród   których   w ostatnich latach wyrosły niezliczone domki i wille letniskowe, tworzące duże nawet osiedla z uliczkami i drogami, pełne płotów i ogrodzeń. Nie da się ukryć, że dzisiejsze Urle nie są już tym osiedlem, którym były jeszcze przed dwudziestu laty. Ale wciąż urlańskie sosny pachną żywicą i w ciepłe dni lata żywiczny ich zapach bywa oszałamiający. 


Urlański kościół pośród sosen. Fot.L.Herz

    
 
 
 
 
Urle są po stronie północnej linii kolejowej, po stronie południowej są Borzymy. Można przypuszczać, że tak jak mickiewiczowskie Butrymy, tak i Borzymy nazwę wzięły od mieszkańców, tutaj przezywanych Borzymami, bo pośród borów mieszkających. Pośród sosnowego boru postawiono miejscowy kościół, znany z letnich spotkań z kulturą. Tłumy letników i mieszkańców przychodzą na koncerty muzyki kameralnej, organizowany jest nawet festiwal tego gatunku muzyki klasycznej i koncertują na nim uznani artyści. Są także koncerty muzyki popularnej, są koncerty jazzowe, do tradycji weszły  plenery rzeźbiarskie, w leśnym ogrodzie wokół świątynki pełno jest drewnianych rzeźb, przedstawiających zarówno świętych, jak i zwierzęta leśne.
Drewniana sowa w leśnym ogrodzie urlańskiej parafii. Fot.L.Herz

     Zagubione wśród lasów Urle  w czasie drugiej wojny światowej były miejscem, w którym szkolili się żołnierze utworzonych później batalionów szturmowych Armii Krajowej: „Parasol" i „Zośka". Linia kolejowa była celem ataków licznych zgrupowań partyzanckich, które, korzystając z osłony lasu, wysadzały tutaj hitlerowskie pociągi wojskowe i urlopowe. Naprawy torów wymagały potem wielogodzinnych przerw w komunikacji.
     



niedziela, 10 lipca 2016

Małe i nieduże, piękne i nieznane:
oblaczki, dostojki, przeplatki


Na  kilka dni pojechałem do samotnej leśniczówki, utopionej w gąszczu lasu. Starałem się nadgonić zaległości w lekturze, nie łaziłem więc po lesie jak oszalały, lecz czytałem i czytałem, lasem rozkoszując się na siedząco. Las mnie otaczał swoją zielenią, śpiewem ptaków, zapachami, pięknie było.  
   Przedpołudniami odwiedzały mnie masowo motyle, wśród nich rusałka admirał oraz takie, o jakich przeciętny człowiek pojęcia nie ma, że istnieją. Na ogół wszyscy rozpoznamy cytrynka, który zresztą nie zawsze jest cytrynowej barwy, bywają bowiem białe cytrynki. Być może rozpoznamy też rusałkę admirała i rusałkę żałobnika, to są dosyć popularne motyle i praktycznie wszędzie spotykane. Paź żeglarz to rzadko widywany rarytas. Poza cytrynkiem wszystkie te motyle to arystokracja. Ale bywa też znacznie częściej spotykana drobna szlachta w motylim rodzie. O niej  jest ta opowieść.
Oblaczek granatek. Fot.L.Herz
    Oblaczka nie zna prawie nikt, więc nie dziwno, iż  jest jednym z rzadko rozpoznawanych, chociaż wcale nie tak rzadkich motyli. Dziwny to motylek z tego oblaczka granatka, co to tło skrzydeł ma głównie granatowo-czarne, upięknione lekko zielonkawym połyskiem. Oblaczków odwiedzało mnie sporo tego lata. Rzadszy był inny, mocno oryginalny motyl z mocno postrzępionymi skrzydełkami. Nazywałem go po swojemu – strzępotek. Jednak ów "strzępotek" to nie żaden ze strzępotków, których jest kilka gatunków, które choć strzępotkami są zwane, wcale nie mają postrzępionych skrzydeł. Odwiedzający mnie „strzępotek” to nie było byle co, to była rusałka ceik, a zatem motyl należący do gromady rusałek, a one to już motylowa szlachta.
Rusałka ceik. Fot.L.Herz

    Najchętniej mnie odwiedzały, i to tłumnie, brązowe dostojki. Zwane także perłowcami są wzorzyście nakrapiane w rzędy elegancko uszeregowanych kropek i prostokącików, większych i mniejszych, regularnie, od wierzchu niemal geometrycznie pokrywających ich skrzydełka, a od spodu srebrzących się perłowymi barwami. Które dostojki były które, w tym trudno się mi było połapać, bom niespecjalnie w motylach biegły. Nazwy dostojki noszą cudne, a to adype, to eufrozyna, jest i aglaja oraz ino. Do mnie w odwiedziny najczęściej przylatywały dostojki niobe i dostojka latonia. Z rozpoznanych najdostojniejszą wydała mi się dostojka malinowiec z czterema pręgami na skrzydłach. 
Dostojka malinowiec. Fot.L.Herz

Podlatywały ku mnie również przeplatki, bardzo zresztą do dostojek podobne. Wtedy, gdy motyle są w nieustannym ruchu, nie jest łatwo dostojkę od przeplatki odróżnić, a różnice są, tak w wykroju skrzydełek, jak i w ubarwieniu i kształcie rysunku na nich.  
Dostojki i przeplatki. Fot.L.Herz

Dostojki na kapciu. Fot.L.Herz
    Wszystkie uwielbiały przysiadać na wszystkim, co było przesiąknięte ludzkim zapachem, czasem na ręce, czasem na ramionach, na nogach również czasami. Nie są płochliwe, a więc, gdy przysiadały na moich  kapciach, dawały się fotografować. Nie najelegantsze to tło dla takiej dostojki albo przeplatki, przecież to tylko zwykły, plastikowy kapeć na niemłodej nodze. 
    W ramach miłości do zwierząt powinno się im swoje ciałko udostępniać, aby mogły swymi ssawkami spić kilka kropel potu. Wiele gatunków motyli tak właśnie z nami postępuje, albowiem pot zawiera sole mineralne, które są dla nich bardzo cenne. Oprócz tego mogą również siadać na odchodach, padlinie i przy wyschniętych kałużach, jako że z nich również mogą pozyskać wspomniane sole. Dorosłe przeplatki żyją od 5 do 10 dni, bardzo niewiele, ale podobno wystarczająco, by zrobić to, co konieczne, czyli przedłużyć istnienie gatunku.

     Uff... połapaliście się choć trochę w tym wszystkim? Podejrzewam, że nie za bardzo. I nic dziwnego.


sobota, 2 lipca 2016

Strzały w Teresinie
Pałac w Teresinie. Fot.L.Herz

Kolej Kaliska była ostatnią linią kolejową, jaką  w węźle warszawskim wybudowano w czasach rozbiorowych, niedługo przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę, w roku 1903. Kolej ta łączyła Kalisz przez dworzec kaliski w Łodzi z Warszawą. Koło Sochaczewa zbudowano w Teresinie stację Szymanów. Na Teresin składał się wówczas tylko dwór i niewielka obok osada, nic dziwnego więc, że stacja uzyskała nazwę najbliższej większej miejscowości, a taką był oddalony o pięć kilometrów Szymanów. 
     Dzisiaj stacja Szymanów nadal jest w Teresinie, znacznie już rozrośniętej wsi gminnej, ale nadal w nazwie stacji nie ma Teresina; teraz stacja nazywa się Szymanów-Niepokalanów, bowiem z latami
od oddalonego nieco od kolei Szymanowa coraz większej rangi nabierało znajdujące się obok stacji sanktuarium w Niepokalanowie, związane ze św. Maksymilianem Kolbe. Nie o nim jednak ta opowieść, więc pomińmy tym razem Niepokalanów.
      Wśród lasu w Teresinie od dziesiątków lat znajdował się dwór, a potem pałac właścicieli majątku. Prócz dworu w Teresinie główną rolę w okolicy zdawała się mieć pobliska  Paprotnia.  Przy głównej szosie stoi tam dawny zajazd i kuźnia z przełomu wieków XVIII i XIX. W tym zajeździe jakoby miała się zatrzymać Maria Walewska, która tu przypominała Napoleonowi jego obietnice wobec Polski. Niektórzy mówią, że ta karczma, w której się cesarz z panią Walewską spotkali, była nie tutaj, lecz w Błoniu, tez przy tym trakcie, lecz bliżej Warszawy. Ale tutaj, nie w Błoniu,  jest "Kuźnia napoleońska”, stylowa restauracja tej nazwy, mieszcząca się w budynku dawnej kuźni. To jest jakiś argument, czyż nie? 
      Na południe od linii kolejowej rośnie  las. Aż dziw,  że tego lasu w Teresinie  nie wycięto, co jest ewenementem w równinnym, okolicznym pejzażu, bo na tej żyznej równinie wycięto wszystkie lasy i to już przed wieloma wiekami. Ten niewielki las o kształcie obwarzanka ocalał jako dawny las dworski, w którym się wypoczywało, zażywało przejażdżek, polowało. 

     Dzisiaj już nie spotkamy właścicieli dóbr teresińskich na leśnych dróżkach. Lecz są świadkowie tamtych czasów. To wiekowe i okazałe zabytkowe drzewa. Przeważnie są to dęby szypułkowe.  Najpiękniejsze dwadzieścia rośnie w bliskim sąsiedztwie pałacu, w którym dzisiaj mieści się ośrodek rehabilitacyjno szkoleniowy KRUS. Różnie się tym KRUS-ie mówi, nie zawsze najlepiej, często źle,  jednakże o pałac i o jego otoczenie dzisiejsi gospodarze dbają nie najgorzej, ostatni remont prowadzono w roku 2015.
     Przed rokiem 1848 Teresin był własnością Hermana Epsteina, dla którego pałac  zaprojektował Adolf Adam Loewe. Właściciel był bardzo zasłużonym dla kraju finansistą, przemysłowcem i działaczem gospodarczym. Rząd carski zechciał mu nadać wysokie odznaczenie, Order Świętego Włodzimierza, a kawaler tego orderu szczycił się przyjaźnią z samym księciem Iwanem Paskiewiczem. Ów rosyjski feldmarszałek pozostał w pamięci Polaków postacią odrażającą, rusyfikatorem bezwzględnym, mordercą uczestników organizacji spiskowych, na terenie Królestwa działających w czasie Wiosny Ludów. Tytuł księcia warszawskiego otrzymał z rąk cara Mikołaja I za stłumienie powstania listopadowego, a w latach 1832-56 był namiestnikiem Królestwa Polskiego. W Teresinie raczej nie gościł. 
      Mieczysławowi Epsteinowi zbudowany dla ojca pałac się nie podobał, więc nakazał go rozebrać i wznieść nowy. Stać go było na to. Świeżo upieczony ziemianin i nobilitowany szlachcic zamówił budowlę okazałą i prawdziwie wielkopańską. Ona też stoi do dzisiaj i jest prawdziwie eklektycznym cackiem, które zostało zaprojektowane pod koniec wieku XIX  przez Francois Arveufa, dopiero co przybyłego do Polski architekta francuskiego. 
Pałac w Teresinie. Fot.L.Herz

     Jest pałac budowlą piętrową, krytą galerią arkadową połączoną ze starszą odeń oficyną parterową, zbudowaną jeszcze przy pierwszym pałacu Epsteinów. Ma ten pałac wysokie poddasze, mansardowy dach blaszany z lukarnami. Wnętrze w części zachowuje nadal dawny charakter, z drewnianymi boazeriami, marmurowym kominkiem i zachowaną do dzisiaj martwą naturą szkoły francuskiej, obrazem pochodzącym z przełomu wieków XVII i XVIII. 
     Od roku 1909 właścicielami Teresina byli książęta Druccy-Lubeccy. Cztery lata później w parku teresińskim w tajemniczych okolicznościach został zamordowany książę Władysław, a sprawa przez wiele lat poruszała opinię publiczną. Ze szczegółami opisywał tę kryminalno-towarzyską sensację m.in. Stanisław Szenic w II tomie "Pitavalu warszawskiego". Ślady na zwłokach świadczyły o stoczonej walce. Zeznania były różne, dość, że jako podejrzanego o zabójstwo księcia aresztowano jego kuzyna, barona Jana Bispinga, ordynata na Massalanach. Odbyły się skomplikowane sprawy sądowe - istniały poszlaki, iż zabójstwa mógł dokonać ów kuzyn właściciela Teresina, było jednak wiele elementów świadczących o czymś innym. Choćby, a jest to rzecz niewyjaśniona do dziś, że już w tydzień po zabójstwie księcia, gdy trwało już śledztwo, dokonano włamania do pałacu w Teresinie. Ślady włamania wskazywały, iż złodziej czegoś tam szukał, bowiem to, co zginęło, było tylko pozorowaniem włamania np. rabunkowego. Czego szukano? Do dzisiaj jest to tajemnicą.       
     W czerwcu 1914 roku oskarżonego to zabójstwo Jana barona Bispinga skazał sąd carski na cztery lata rot aresztanckich, na pozbawienie szczególnych praw i przywilejów oraz praw do majątku szlacheckiego. Obrońca wniósł skargę kasacyjną, ale akurat wybuchła I wojna światowa i sprawę wznowiono już w Polsce Niepodległej. Po latach usiłowań oczyszczenia się z zarzutów i po trzech rozprawach baron Jan Bisping został ostatecznie uniewinniony od zarzutu zabójstwa i fałszerstwa. „Niewinność barona Bispinga jest już poza wszelkimi wątpliwościami, ale nad pałacem i parkiem w Teresinie wisi do tej pory znak zapytania: kto i dlaczego zabił księcia, kto i po co włamał się do teresińskiego pałacu?"- zapytywał później autor rubryki "Zabytkom na odsiecz" w "Życiu Warszawy" z roku 1978.