środa, 15 grudnia 2021

 Żeremie z Lasu Bemowskiego

Piszę te słowa w czasie przedświątecznym. W  domach towarowych już lecą z głośników różne sweet Christmasy muzyczne, płoną żaróweczki choinek na ulicach, w kościołach jeszcze adwent i roraty, a tak w ogóle to zimno, czasem mroźnie, na ziemi trochę śniegu, trochę błota, coś jakby zima w swojej mało  sympatycznej postaci. 

Uczyli nas ojce i pradziady, tradycja tak mówić każe, że zima zaczyna się zawsze 22 grudnia. Prawda to i owszem, data kalendarzowej zimy jest stała i zawsze  jest to dzień 22 grudnia. Ale data zimy astronomicznej jest ruchoma i związana z przesileniem zimowym. Mamy wtedy do czynienia z najkrótszym dniem w roku na półkuli północnej, natomiast na drugiej - południowej - z najdłuższym. Z powodu stosowania lat przestępnych przesilenie zimowe na półkuli północnej przypada 21 lub 22 grudnia, w roku 2021 pierwszy dzień zimy astronomicznej wypada we wtorek 21 grudnia. Natomiast meteorolodzy mówią, że zima już się zaczęła, meteorologiczna miała w tym roku początek 1 grudnia. Chyba mają rację, albowiem to, co przeżywamy tego grudnia w pogodzie  bardzo na zimę patrzy. Dzień denerwująco krótki, niebo dzień w dzień szare, brudne, ciężkie, wisi niemal tuż nad głową. A za rogatkami mojego miasta wciąż trwa przyroda. Czeka na mnie i wabi.   

Serdeczna moja znajoma każdą wolną chwile przeznacza na wędrowanie pośród przyrody, a ma ono wędrowanie we krwi i sporo w swoim życiu ładnych krajobrazów tym wędrowaniem posmakowała.  W stosunkowo bliskim od jej Jelonek sąsiedztwie znajduje się Puszcza Kampinoska, a już naprawdę blisko Las Bemowski. Pisałem już o tym lesie w tym blogu, pewnie jeszcze nieraz wrócę do dalszego opisywania tego zadziwiająco bogatego w krajoznawcze atrakcje terenu.  

Wielokrotnie zapraszała mnie Hania na wspólne wędrowanie do imponującego bobrowego żeremia, jakie wytropiła w tym niewielkim, podwarszawskim lesie. Niełatwo do onego żeremia dotrzeć, bardzo dobrze zresztą, że nie można, bo przecież nikt nie lubi, jak niespodziewany gość bezceremonialnie wtranżala się na jego podwórko. Jakoś nigdy nie miałem czasu na to żeremie, więc teraz, na koniec roku przysłała mi Hania zrobione przez siebie fotografie. Bobrowe żeremie ze zdjęcia powaliło mnie na kolana. 

Zygmunt Gloger w Encyklopedii Staropolskiej pisał: żeremię — osada bobrów. Próbowałem dojść skąd to nazwanie bobrowego domostwa, nikt nie udzielił mi odpowiedzi, ani trochę już zapomniany Brückner, ani współczesny Bralczyk. W szesnastowiecznych Statutach Litewskich – co zacytował Gloger - czytamy: „W czyjej dziedzinie będą gony bobrowe  [tu dodajmy, że gonami bobrowymi nazywano gniazda i siedliska bobrów. Zdaje się, że nazwa gony właściwa była językowi polskiemu a nazwa żeremie powszechna na Rusi litewskiej], ten nie ma doorać tak daleko, jakoby od żeremienia mógł kijem dorzucić, a jeśliby pod żeremienia podorał, a tym bobry wygonił, ma płacić 12 rubli, a temu żeremieniu przecię ma dać spokój. A jeśliby bóbr z tego samego żeremienia wyszedł, a przyszedł w inne żeremię, na grunt inszego pana, tedy w czyim gruncie żeremię będzie, temu też i łowienie bobrów należeć ma“. Jest ten zapis dowodem, jak cennym były siedliska bóbr w przeszłości. Różnie z tym teraz bywa, ale ogólnie jednak cieszy się zwierzątko sympatią i otacza się szacunkiem ich pomieszkania.

Zwróćmy uwagę na użyte tam formy interesującego nas słowa. Jest więc żeremię [przez ę na końcu!], ale jest także – żeremienie! Mogę więc przypuszczać i to z dużą dozą pewności (skądinąd dość zarozumiale, bo nikt tego mi tak nie wyłożył jak dotąd) że żeremię, czyli domek bobrowy, znajduje się na terenie żeremienia. Mienia, a więc własności, domeny, terytorium. Na terenie żeremienia znajduje się żeremię. Krotko i węzłowato. Proste, nieprawdaż?

Bobry z Lasu Bemowskiego rozgościły się na kanałach, których wykopanie było niezbędne, bo jednostka wojskowa umościła się wśród wilgotnego, częściowo bagiennego terenu. Otaczający to żeremię cały okoliczny Las Bemowski rośnie na obszarze dawnego poligonu artyleryjskiego jeszcze z carskich czasów.  Zdecydowana większość drzewostanów była sadzona po zakończeniu drugiej wojny światowej. 







Nieodżałowany Czesław Łaszek, ówczesny warszawski konserwator przyrody,  we fragmencie tego lasu utworzył w 1980 roku rezerwat Łosiowe Błota, jest on w dwóch częściach, rozdzielała je jednostka wojskowa, której teraz już nie ma i na tym jej terenie znajduje się dzisiaj bemowskie żeremienie! Albo, jak kto woli: bemowskie gony bobrowe. Imponująca sprawa! Oto szlachetny przykład czemu ziemia powinna służyć. Żadnej tam artylerii, broń Boże! Przyrodzie powinna służyć. A ona przyroda sobie przede wszystkim, okoliczne ludzkie domeny i gony karmiąc naturalnym powietrzem , w miarę możliwości nam niekiedy  pokazując swoje zachwycająco tajemnicze oblicze. 

Aby nam dobrze było i żebyśmy byli szczęśliwi. Ot co!  

Wesołych Świąt!

niedziela, 21 listopada 2021


W Wyszkowie nad rzeką Liwiec


    Malowniczą rzeką jest Liwiec. Nawet w takiej porze roku, gdy dookolne łąki już zapomniały o swojej zieleni. ale tam tak jest, że nawet w listopadowej pogodzie jest przyjemnie, gdy trafi się na dzień pogodny...

Nad malowniczym Liwcem usytuował się Wyszków. Ta duża wioska, położona po wschodniej stronie rzeki,  znajduje się już na Podlasiu, leży na dość wysokim jej brzegu i właśnie od tego "wysokiego" położenia nosi nazwę, podobnie jak znacznie bardziej odeń znany Wyszków nad Bugiem. By obu miejscowości nie mylić ze sobą, przeto często do nazwy wsi nad Liwcem dodaje się przymiotnik "Węgrowski", od sąsiedztwa najbliższego dlań powiatowego miasta. 

    Pośrodku nadliwieckiego Wyszkowa znajduje się obszerny plac rynkowy. Przy tym placu stoi kościół parafialny, zbudowany w stylu późnego baroku z fundacji Aleksandra Macieja Ossolińskiego, miecznika Wielkiego Księstwa Litewskiego. Do Ossolińskich należał wtedy szmat okolicznej ziemi, a od kilku lat również Stara Wieś i miasto Węgrów, kupione od Krasińskich. Pan miecznik swoją główną siedzibę miał w Wyszkowie. Chciał mieć okazały kościół obok. Budowę kościoła ukończono w roku 1788, chociaż czas był trudny, bo właśnie kilka lat wcześniej Liwiec wystąpił z brzegów i zalał okoliczne łąki, a w Wyszkowie burze z piorunami wyrządziły moc szkody.



    Mimo, iż kościół nie jest zbyt duży, monumentalne czyni wrażenie. Aby tak było, starannie o to zadbano. Pierwszym elementem tę monumentalność podkreślającym, jest obszerny plac przed świątynią, ustawioną na osi placu (o nieco zatartych dziś granicach). Następnym jest trójdzielna fasada, nieco podobna do bardziej znanej i okazalszej fasady węgrowskiej fary. Kolejnym elementem monumentalizujących zabiegów jest mur i dwie narożne wieże-dzwonnice z wysmukłymi hełmami. Nic dziwnego, iż całość przedstawia się reprezentacyjnie. 

    Aby nie było wątpliwości komu zawdzięcza się tę świątynię, nad portalem widnieje tablica erekcyjna z datą fundacji, herbem Topór i monogramem fundatora, a jeszcze wyżej widnieje herbowy "Topór" Ossolińskich. Klasycystyczne epitafium fundatora umieszczono na lewej z wież; zostało wykonane w roku 1824 i ma formę starożytnej steli. Pod wieżą Ossoliński nakazał się pochować.
    Patrzeć należy na ten kościół jako na typowy przykład dążenia do podniesienia swojego splendoru poprzez architekturę. Jest jednak ten kościół dowodem nie tylko ludzkiej próżności, co niewątpliwe, lecz również wielkiego przywiązania do swojej ziemi, którą się hołubiło za życia, a po śmierci chce się na niej pozostać. W gruncie rzeczy, cała ta świątynia jest nagrobnym pomnikiem. 

    Jakby na przekór temu co kościół przedstawia sobą oglądany z zewnątrz, wnętrze jego jest kameralne, o świetnej prezencji, zadziwiającej jednolitością wyposażenia. Wszystko jest doskonale klasycystyczne. Murowane ołtarze, ambona i chrzcielnica, organy, stalle i balaski, konfesjonały i ławki, meble w zakrystii, wszystko wykonane w tym samym stylu, w tym samym czasie, około roku 1790.  


Nad głównym ołtarzem dwa przytęgie nieco anioły podtrzymują chustę świętej Weroniki, a rozkoszne putto, umieszczone na szczycie organowego prospektu, uderza pałeczkami w dwa perkusyjne kotły. Zwróćcie proszę uwagę na te rzeźby. Wielka sztuka to nie jest, ale jak bardzo sa one na miejscu, jak ubogacają to jasne wnętrze tej świątyni. Zachwycające są te figurki, pochodzące być może z warsztatu twórcy ludowego: Chrystus Dobry Pasterz nad amboną i jako jego pendant nad chrzcielnicą św.Jan Chrzciciel, a nad konfesjonałami Maria Magdalena włosami umywająca stopy Chrystusowi i król Dawid z harfą.
 

 Prawdziwą przyjemność sprawia również oglądanie dzieł malarskich w wyszkowskiej świątyni. Wśród obrazów są kopie obrazów włoskich, sporządzone w XVIII wieku oraz dzieła trzch malarzy polskich: Szymona Czechowicza (1689-1775) i Józefata Łukaszewicza (1789-1850) oraz Franciszka Smuglewicza (1745-1807). Wszyscy trzej byli dobrymi malarzami. Czechowicz, po studiach w Rzymie już od roku 1731 malował w Polsce, gdzie został ulubionym malarzem Ossolińskich. Łukaszewicz największe sukcesy święcił, gdy w latach 1819-30 był nadwornym malarzem wielkiego księcia Konstantego, carskiego brata. Smuglewicz malował głównie epizody z historii starożytnej Grecji i Rzymu, ale - zachęcony do tego przez Hugona Kołłątaja - zilustrował też prawie całe dzieje ojczyste, wpływając bardzo istotnie na dalszy rozwój polskiego malarstwa o charakterze historycznym i patriotycznym.  Pędzlowi Smuglewicza jest przypisywany znajdujący się w Wyszkowie obraz "Ukrzyżowanie Chrystusa" z głównego ołtarza. 
 

  Resztek fundamentów późnobarokowego pałacu Ossolińskich podobno można się dopatrzeć w pobliżu kościelnego prezbiterium. Niestety, w roku 1918  słynący z przepychu i bogactwa pałac został w niejasnych okolicznościach rozebrany. W Wyszkowie i okolicy można spotkać się z opinią, że zrobili to, wykorzystując wojenne opuszczenie rezydencji i jej uszkodzenie,  mieszkańcy wsi. W obawie przed powrotem swoich panów, chcąc w ten sposób spowodować, by wybrali oni inny swój pałac na miejsce rezydencjalne.
    Wyszków nad Liwcem składa się w gruncie rzeczy z jednej ulicy, równoległej do koryta Liwca. Zwiedzanie wioski nie zajmuje zbyt wiele czasu i na to, co jest tutaj do obejrzenia, wystarczy rzucić okiem. Jeśli jednak czas nie goni, warto się dokładniej przyjrzeć kilku zabytkom wsi, a dla rasowego krajoznawcy są one niezmiernie interesujące. Nie tylko kościół zasługuje na spojrzenie w tym Wyszkowie. Również trzy pełne wdzięku tutejsze murowane kapliczki przydrożne z końca XVIII w. Nigdzie indziej nie znam w okolicach Warszawy tak znakomitego zestawu kapliczek, jak te trzy wyszkowskie.     


Nad Liwcem po wyszkowskiej, podlaskiej stronie rzeki, znajduje się urocza trójboczna kapliczka przydrożna o nieczęsto spotykanym na naszym terenie kształcie, pod której arkadami umieszczona jest niewysoka barokowa rzeźba św.Jana Nepomucena.  Święty ten, jeden z bardziej popularnych, był czeskim kanonikiem, który w roku 1393 został na rozkaz króla Wacława IV pojmany, torturowany, a następnie zrzucony do Wełtawy z mostu Karola w Pradze. Przyczyną jego śmierci było jakoby to, iż nie chciał zdradzić tajemnicy spowiedzi królewskiej małżonki, którą niezrównoważony i chory na umyśle król podejrzewał o zdradę. Kanonizowano męczennika dopiero w roku 1729. Jan Welflin pochodził z miejscowości Pomuk, stąd też nazywany jest Janem Nepomucenem, a na wsiach "Nepomukiem". Jego figura - jako że zginął w wodach rzeki - stawiana była zazwyczaj u brodu, miała za zadanie strzec przed powodziami oraz przynosić potrzebne deszcze w czasie suszy. W Wyszkowie tak właśnie świętego ustawiono, w kapliczce obok brodu na rzece Liwiec. 

   

 Pośród wiejskiej zabudowy stanęła kapliczka św.Floriana. Jego postać jest umieszczona w czoworobocznej kapliczce z trzema arkadami o koszowym łuku, stojącej o kilkaset metrów, ustawionej wśród zabudowań na północ od kościoła przy ulicy wyprowadzającej lokalną szosę w stronę Jarnic. Ubrany w kusą spódniczkę, ma na głowie blaszany hełm, a w ręku dzierży kubełek. Jak to się stało, że ów rzymski rycerz znalazł się na nadliwieckiej ziemi? Trzeba się cofnąć do czasów piastowskich, gdy w Polsce chrześcijaństwo się jeszcze nie do końca zakotwiczyło. Ponieważ nowa wiara potrzebowała świętych, więc już wcześnie poczęto rozglądać się w Polsce za świętymi patronami. Do tego potrzebne były relikwie. Kazimierz Sprawiedliwy zwrócił się z prośbą do Stolicy apostolskiej w Rzymie. Prośba została wysłuchana i uroczyście sprowadzono do Krakowa szczątki św.Floriana. 

Dzieje św.Floriana opisane zostały w słynnej "Złotej legendzie"  Voragine'a. Polska część legendy św.Floriana zawiera m.in.baśniowy zgoła opis, jak to biskup Gedko prosił w imieniu króla o przekazanie do Polski kości jakiegoś męczennika z rzymskich katakumb i jak to papież nie chciał się zgodzić, a wtedy w ręku świętego pojawiła się kartka ze złotymi literami napisu: "ja chcę do Polski". A papież na to powiedział: "idź żołnierzu do ludu walecznego", co w łacinie brzmi jeszcze ładniej: "Vade miles ad gentem bellicam".
    Przez wieki postać świętego zrosła się z naszym krajem. Szczególnie na południu, w Małopolsce i Dolnym Śląsku jest wiele figur świętego. Przedstawiany w stroju rzymskiego żołnierza, trzyma w ręku kubełek pełen wody, ściekającej na stojące u jego stóp domy. "Który święty ma trzy ucha?" pyta przysłowie, natychmiast odpowiadając: "św.Florian, trzecie to ucho naczynia, z którego wylewa wodę". Jest bowiem Florian powszechnie uznanym patronem strażaków. Żartobliwie biorą świętego za patrona przewodnicy turystyczni, którzy zmyślając to i owo na potrzeby turystycznej gawiedzi, wedle powszechnej opinii "leją wodę" w swoich przewodnickich opowieściach. 

    Jest jeszcze trzecia kapliczka w tym Wyszkowie, trudniej do niej trafić, dobrze jest popytać miejscowych, wskazują chętnie. W trzeciej kapliczce znajduje się figura świętą Notburgę. Nie wiadomo dlaczego akurat ona znalazła się w tym doborowym towarzystwie świętych, którzy nad Liwiec przybyli z krajów cudzoziemskich. Ta święta urodziła się w Rottenburgu w Tyrolu około 1265 r. Była chłopską córką i mając 18 lat poszła na służbę do zamku miejscowego magnata Henryka. Przez cały czas służby znana była ze swego poświęcenia i współczucia dla biednych. Pewnego dnia została przyłapana na rozdawaniu ubogim resztek jedzenia, które przeznaczone było dla zamkowych świń. Stale pomagała biednym i żywiła ich, często sama nie dojadając. 


    Życie Notburgi oraz cuda na jej grobie rozsławiły jej imię, ale dopiero  XIX w. papież Pius IX zatwierdził kult świętej i Notburga została patronką pomocy domowych i robotników najemnych, a według wierzeń pomaga przy ciężkich porodach i chroni bydło od chorób; jej święto obchodzi się 13 września. W wyszkowskiej kapliczce Notburga przedstawiona jest jako postać trzymająca w jednej ręce sierp, a w drugiej snop zboża; legenda głosi, że odmówiła żęcia zboża w niedzielę, a sierp zawisł nad jej ręką, potwierdzając w cudowny sposób jej wolę.
    Polsce i Polakom obcy jest raczej szczególniejszy kult świętych patronów, z którego tak bardzo słyną np.Włochy. W Polsce powszechny jest kult maryjny. Świętych patronów można wymienić nielicznych: św.Antoniego Padewskiego od zgub wszelakich lub św.Judy Tadeusza od spraw beznadziejnych i jeszcze św.Rocha i św.Rozalię od chorób i zarazy, patrona rolników św.Izydora, św.Krzysztofa od bezpiecznych podróży, i św.Józefa... Trzeba przyznać, że troje świętych z wyszkowskich kapliczek przydrożnych, nie na darmo tutaj przybyło z dalekich stron i każdy z patronuje temu co dla wieśniaka z pogranicza Mazowsza i Podlasia jest ważne: znakomicie wpisane w krajobraz, od powodzi, ognia i głodu chronią nadliwieckich gospodarzy święci z tutejszych kapliczek...

....................................................................................

PS. Jakby kto chciał coś więcej o tym Wyszkowie wiedzieć,  a ma Facebooka. ten może sięgnąć po świetny zestaw wiadomości krajoznawczych ! Adres jest następujący: https://www.facebook.com/fajniwyszkowiacy/


piątek, 12 listopada 2021

Wspomnienie kolorów jesiennych.

Chyba żadna pora roku nie ma tylu twarzy, co jesień.Ale najpiękniejsza jej twarz przyodziana jest w  szał barw, na który wszyscy czekamy, i to właśnie jest prawdziwa jesień. Coraz rzadsze jest ostatnimi laty krótkie na ogół babie lato. Wszystko to w tym pandemicznym roku mamy już za sobą. Już wiatry jesienne  zerwały liście z drzew wiatry i jak wrogie armie zbliżają się szarugi jesienne, chłoszczące ziemię deszczem. Nadszedł czas na wspominanie tego, co najładniejsze: twarzy jesieni w kolorach. Najpiękniejszymi kolorami obdarowała nas w tygodniu przed Zaduszkami.
 
Na warszawskich Powązkach o jesieni
 



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na warszawskich Powązkach słońce złociło drzewa, cały cmentarz płonął nadzwyczajnie, nie przypominam sobie aż tak barwnej tam jesieni.  Lubię ten cmentarz.  Znajduję w nim tak wiele barw i treści. Na nim szukam odpowiedzi na swoje pytania, tam odnajduję czasem odpowiedzi. Szedłem niespiesznie,  fotografowałem bez wyjęcia, ponad setkę zdjęć pstryknąłem, szukałem charakteru tego wspaniałego cmentarza, nie byłem wszędzie, chyba jednak w pewnym stopniu udało mi się odnaleźć to, czego szukałem, nastroju miejsca, atmosfery po prostu.
Tak mi teraz zeszło na moje stare lata, na to, co bliskie. Dawniej jeździłem co roku do Zamczyska w Puszczy Kampinoskiej, do lasów pod Skułami,  tam są cudowne listne dywany o jesiennej porze. Tego roku brodziłem wśród kolorowego dywanu liści w parku warszawskich Łazienek Królewskich i w jednym z najpiękniejszych rezerwatów polskich, mam go niemal pod domem, na warszawskich Bielanach. Gdy tak się idzie wśród tych liści, szur szur nogami w tym złotym dywanie, wszystko pozostałe zupełnie się nie liczy. Tylko ten kobierzec złotych liści zaścielający ziemię. Każdy krok w jesienne listowie to niemal Anteuszowe zagłębianie się w ten miękki dywan...
 
 W Łazienkch Królewskich
 

 
 Jesień w warszawskim Lesie Bielańskim

  Józef Nyka 


 Na początku tegorocznej jesieni, 4  września odszedł na niebieskie szlaki jeden z moich mentorów w moim turystycznym u krajoznawczym pisaniu. Tylko trzech lat zabrakło mu do setki. Był  legendą środowiska górskiego, taternikiem, alpinistą, dziennikarzem, autorytetem .gdy chodzi o góry – również na arenie międzynarodowej.  Był również jednym w moich mentorów.  Wiele mnie nauczył. Wiele mu zawdzięczam. Wielką rolę odegrał jego sposób pisania na pisaniu moim. Był  autorem najlepszych przewodników, jakie kiedykolwiek zostały napisane. 

Chociaż wydał wspaniałe przewodniki po Tatrach, znakomity jest jego przewodnik po Pieninach, a jego „Gorce” są dla mnie być może najlepszym polskim przewodnikiem, jaki kiedykolwiek został napisany. Mam wydanie jeszcze z lat sześćdziesiątych. Pamiętam z tego przewodnika dwa miejsca. Masyw Gorców  charakteryzuje się przepastnymi lasami i niezliczoną ilością polan. Jedna do drugiej podobna. Każda piękna. Zapamiętałem jedną, leżącą przy szlaku z Turbacza na Gorc polanę Średniak, a to dzięki temu, iż Józef nakazał wypatrywać mi zagłębienia, które wedle opowieści miejscowych mieli wytańcować zbójnicy, tańcząc po podziale łupów.
O tym, czym dla przybysza z miasta może być w bukowym lesie kolorowa jesień  też on mi powiedział. W pisaniu swoich przewodników w niego się zapatrzyłem. Zawsze o nim myślałem, gdy w czasie mazowieckich wycieczek jesiennych udawało mi się brodzić w złocących się liściach. Przypominam sobie wtedy słowa Józefa z jego przewodnika po Gorcach, jedne z tych słów, które zaważyły mocno na moim odczuwaniu przyrody i na pisaniu turystycznym. Bodajże przy opisie wsi Szczawa lub Kamienica wspomniał o szlaku zejściowym z Mogielicy w Beskidzie Wyspowym, pisząc że na ten szlak późną jesienią specjalnie przyjeżdżają turyści z Krakowa, by zbiegać w dół ku dolinie, brodząc po kolana w opadłych liściach bukowych. Nigdy nie było mi dane znaleźć się tam o jesiennej porze. Buczynę karpacką w kolorach sfotografowałem dopiero niedawno ...koło Lipiec Reymontowskich; jest na zdjęciu poniżej.



 
Na Mogielicy byłem raz jeden, jako uczeń gimnazjalny, uczestniczący w młodzieżowym obozie krajoznawczym, który odbywał się  w Tymbarku. Zbieraliśmy różne informacje krajoznawcze po wsiach, przeprowadzając rozmowy i wywiady w zagrodach. Wtedy to usłyszałem o płanetnikach, mieszkających na szczycie Mogielicy.  Gdy w górach nad Tymbarkiem zbierało się na burzę, niebo ciemniało na horyzoncie, jej pomruki już słychać było i pojawiały się w oddali zygzaki błyskawic, wtedy w okolicy mówiło się:  Ooo! płanetnicy przystąpili do swojej roboty...

Wszedłem wtedy na tę Mogielicę i uczynił na mnie jej szczyt wielkie wrażenie, jak i legendy o płanetnikach, opowiadano nam, młodym krajoznawcom we wsiach okolicznych. Zapewne i ta wycieczka na Mogielicę, resztki połamanego przez wichry "triangułu" na jej wierzchołku, piaskowcowe głazy wśród trawa, paproci i krzewów, na nich farbą namalowane kierunki szlaków wiodących ze szczytu, Mogielnica zdawała się być dla mnie niby Olimp, którego deptać niegodne są stopy śmiertelnych, boć to przecie siedziba bóstw. Legendy o płanetnikach, aura, to wszystko zapewne zaważyło w jakiś sposób na moim zainteresowaniu krajoznawstwem w późniejszym życiu. Tak jak i opis Józefa Nyki wiele lat później. 
 Zimowity
Tego roku, gdy opuściłem już bielański lasek, idąc ku autobusowi, który miał mnie zawieźć do domu, na skraju lasku, nad stawem na dolnym Marymoncie zobaczyłem liliowe kwiaty zimowitów. To delikatne kwiecie zapowiada zimę. Wita nie tylko swoją, wyjątkowo trafną polską nazwą. Jest jej zapowiedzią. Spotykałem je na górskich polanach, ostatni raz szmat czasu temu w słowackich Oravicach. One górom przynależą, na nizinie są sadzone aby umilać oczy takim, jak ja mieszkańcom nizinnej dziedziny... Pełna ich nazwa wskazuje na jesień, to zimowit jesienny, tę jesień nosi w swojej nazwie łacińskiej Colchicum autumnale.


No i proszę, jakby na to nie patrzeć, zawsze ku górom się spogląda z tych naszych nizin, od rozścielonych nad królewską Wisłą ziem Mazowsza. Wisła też stamtąd tutaj przypłynęła do tej naszej Warszawy. Wiele ostatnich lata swojego Józef Nyka spędził na nizinnym Mazowszu. A przecież był człowiekiem gór. W Gorcach brał czynny udział w partyzantce, w wysokich, skalistych górach się wspinał, o górach pisał. Zostały po nim jego przewodniki, wciąż wznawiane, wciąż niedościgłe. On pozostał na naszym Mazowszu, na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, w kwaterze G III, rząd urnowy, grób 4. 
 
....................................................................

 



niedziela, 31 października 2021


 Przy grobie Macieja Boryny we wsi Lipce

    Lekko przymglonym jesiennie dniem październikowym byłem z przyjaciółmi we wsi Lipce na krańcach dawnego Księstwa Łowickiego. Nie często się zdarza, aby można było wycieczkować w plenerze, który posłużył jako miejsce akcji powieści uhonorowanej literacką nagrodą Nobla. Księżacka wioska Lipce to w Polsce takie miejsce jedyne. Zdobyła międzynarodową sławę dzięki nagrodzonej literackim Noblem powieści Władysława Reymonta. Tradycje księżackie i związki z pisarzem są w tej wiosce bardzo mocne i chociaż z dawnych czasów niewiele już pozostało, wieś oddycha Reymontem i jego powieścią, Reymontem karmiąc przybyszy. Jest pomnik Reymonta pośrodku wsi, jest ulica i muzeum jego imienia, we wsi wznosi się drewniana kaplica, pamiętająca noblistę, na wzgórku za wioską, tuż przy torach kolejowych stoi jak relikwia zachowany  dom dróżnika, w którym mieszkał przyszły noblista,. 


    We wsi Lipce, od roku 1983 noszącej oficjalnie nazwę Lipiec Reymontowskich,  Władysław Stanisław Reymont jest patronem miejscowej szkoły, zespołu regionalnego i  muzeum, obchodzony jest doroczny Dzień Reymonta i wciąż są obecni w Lipcach bohaterowie  powieści, z nich wszystkich Maciej Boryna najbardziej.  Ma Boryna swoją ulicę, wiejską karczmę nazwano "Borynianką". Jakoby na miejscu zagrody  Macieja Boryny ten budynek postawiono i na jej bocznej ścianie warszawska plastyczka wymalowała Wesele Boryny.  Karczma, w której Antek ku rozpaczy Hanki zapijał swoją tęsknotę za utraconą Jagną, mieściła się w drewnianym domu, gdzie teraz jest sklep mięsny. Ludzie o tym pamiętają.

    Podobno jednak tak naprawdę to Boryny w Lipcach nigdy nie było. Jak w 1998 roku próbował ustalać Stanisław Manturzewski, dociekliwy dziennikarz „Gazety Wyborczej”, nazwisko Boryny w Lipcach pojawiło się dopiero na kartach powieści. Reymont znalazł je w niedalekim Makowie, gdzie u niejakiego Boryny przyszły pisarz stał na kwaterze, gdy nadzorował robotników konserwujących tory kolejowe. Zastał jeszcze dziennikarz trzech sędziwych bardzo Borynów, dobrze  pamiętających niewysokiego człowieczka w wielkim kapeluszu.  Reymont stał u nich na kwaterze: spał na słomie, latem w stodole, zimą na wyrku w sieni. "To był człowiek biedny. Nakrywał się kapotą, jadł kartofle przeważnie. Do roboty specjalnie się nie przykładał. Ale zapisywał coś bez przerwy ołówkiem w grubym zeszycie. A co pisał - nie opowiadał nikomu".  

Władysław Reymont z pomnika w Lipcach

Dlaczego o tym wszystkim  piszę w tym blogu? Dlaczego akurat teraz, w przededniu listopadowego święta zmarłych wrzucając ten tekst do Internetu. Ano dlatego, że jest na cmentarzu w Lipcach Reymontowskich mogiła, jakiej nie ma nigdzie, mogiła Macieja Boryny z "Chłopów", jedyny chyba w Polsce grób bohatera literackiego, postaci fikcyjnej.  Prawie na pewno nie będziecie mieli szansy, mili Czytelnicy tego bloga, aby odwiedzić Lipce w tych listopadowych dniach. Ale – jeśli macie w domu tę fenomenalnej urody arcypowieść – sięgnijcie, proszę, do rozdziału 11 w „Chłopów” części 3. A jeśli akurat książki nie macie u siebie, macie już przecież komputer i możecie go poprosić, aby dzięki współczesnej technice błyskawicznie zobaczyć tekst tego rozdziału na swoim monitorze. Przeczytajcie... A jak to już zrobicie, będziecie wiedzieli, dlaczego Wam to proponuję...  

.............................................................


środa, 13 października 2021

 

 W magicznej krainie 

pieszo z Zalesia Dolnego do Górnego Zalesia

Takie dni łagodnej jesieni przyszły na początku października, ze grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Postanowiłem nie grzeszyć. Więc pojechałem w plener ku magicznej krainie. Pociągiem do Piaseczna, tam z pociągu na peron, z peronu prosto do Zalesia Dolnego i trzy minuty później już szedłem jego uliczkami. Ładne są one. Wysokie przy nich rosną drzewa, ich korony kłaniają się niebu. Bardzo byłem szczęśliwy. Szedłem albowiem  szlakiem, który sam zaprojektowałem pół wieku temu, a który petetekowcy znakarze wyznakowali żółtym kolorem i wciąż starają się utrzymywać szlak przy życiu i wcale nieźle im to wychodzi.
 
Zacząłem w Zalesiu Dolnym, zakończyłem w Zalesiu Górnym. I jedno i drugie osiedle powstało w lesie, nie znajdują się więc „za lasem”, lecz  „zamiast lasu” tam się znalazły. Ale też nie tak zupełnie, las wewnątrz obu tych osiedli jest wciąż obecny, tak więc one „są w lesie”.  Obok Górnego płynie rzeczka Zielona i w jej dolince znajduje się wianuszek stawów, obok Dolnego ta płynąca z południa niewielka rzeczka wpada do Jeziorki. Najważniejsze tam są jednak nie te oba Zalesia i nie te rzeczki, Zielona i Jeziorka, najważniejsze są tam lasy, przez które Zielona płynie. A mnie tak wyszło, że tego dnia najważniejszą role w moim krajobrazie odgrywała woda. Jeziorka była najpierw. Ścieżka wśród drzew wrzuciła  mnie nad Jeziorkę. Jeziorka to czy Jeziorna? 

Jeziorka jest rzeczką raczej, niż rzeką. Spływa z Wysoczyzny Rawskiej, po 66 km uchodzi do Wisły w okolicach Ciszycy koło Konstancina Jeziorny. W tradycji tylko ujścia do niej Tarczynki, rzeka była zwana Jeziorką. Od tego miejsca zmieniała nazwę na Jeziorne i nad rzeką Jeziorna powstała w XV wieku wieś Jeziorna, dzisiaj dzielnica miasta Konstancin-Jeziorna. A ta nazwa – Jeziorna   powstała od rozlewisk wielkich, zwanych jeziorami. W ostatnim czasie dla całego biegu rzeczki upowszechniła się jednak nazwa Jeziorka. Nawet w Konstnacinie-Jeziornie rzeka Jeziorna zwana jest teraz Jeziorką. Przy tej nazwie rzeczka pozostaje aż do swojego ujścia do Wisły.  Czy słusznie? Jakieś ma to znaczenie, czy tak, albo nie. Życie ma niemal zawsze rację. W  tym przypadku na pewno. 
 
Na krańcach Zalesia Dolnego usytuowały się malownicze na północnym brzegu  Jeziorki, rzem z otaczającą je okolicą chronione są jako "Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Górki Szymona". To nadzwyczaj sympatyczna okolica. Stawy są okolone przez  wygodne alejki, nad północnym ich brzegu wznoszą się piaszczyste wydmy, bardzo tam ładnie i jest na czym zawiesić wzrok i obiektyw aparatu fotograficznego. Objęcie określonego obszaru ochroną w formie zespołu przyrodniczo-krajobrazowego, skutkuje podobnymi zakazami, jakie obowiązują w stosunku do pomników przyrody, stanowisk dokumentacyjnych czy użytków ekologicznych. Wyjątkowe walory estetyczno-widokowe krajobrazu kulturowego sprawiają, że są one bardzo atrakcyjne dla turystyki i rekreacji. Trzeba przyznać, że miejscowe władze bardzo, ale to bardzo dbają o ten wyjątkowy teren.

A skąd ta nazwa ― Górki Szymona? To dłuższa historia, nie miejsce, aby w tym blogu cała ją opowiadać.  A jednak opowiedzieć należy. Szukając informacji, w internetowym Przeglądzie Piaseczyńskim z 23 września 2015 roku znalazłem tekst p.Marii Szturomskiej.
 
Kim był tajemniczy człowiek, którego imię pozostało w tych żółtych piaskach, sosnach i wzgórzach. Czym się zasłużył, że ten interesujący krajobrazowo teren nazwano Górkami Szymona? Ile emocji, ile miłości musiało być w Szymonie do tego miejsca, że nagrodzono go po wsze czasy tak godnie?  – pyta autorka. Wygląda na to, że to był Szymon Olka, urodzony się w 1874 roku. Po ślubie z Marianną (z domu Skomorowska) zamieszkał w Skolimowie. pracował w piekarni u pana Okrasy, jeździł wozem konnym i rozwoził chleb do okolicznych sklepów i gospodarstw. Pewnego razu w lesie w Magdalence został napadnięty, pobity i obrabowany. Okazało się, że zajęcie jest bardzo niebezpieczne i należało poszukać innego. W tym czasie w nadleśnictwie w Wilanowie poszukiwano na stanowisko gajowego uczciwego człowieka. Szymon przyjął posadę i rodzina przeprowadziła się do osady Borówka koło Piaseczna, dziś to okolice ulicy Granicznej. I dbał odtąd pan Szymon o swoją okolicę, pilnował jak należy, przeszedł wreszcie do historii. W tej okolicy co krok, to jakaś historia, jakaś opowieść w niej się ukrywa. 
 
Na drugim, południowym brzegu Jeziorki rozciąga się  kraina hodowlanych stawów pod Żabieńcem. On sam jest nieco dalej na wschodzie, za torami kolejowymi. dzisiaj już wcale spora wieś, jej nazwa  w formie Zabyniec znajdowała się na mapach już przed laty pięciuset. Wyjątkowo trafna nazwa. Osada powstała na skraju lasów, pełno wokół podmokłości, obok są dwie rzeczki, bo Zielona wpada tam do Jeziorki, no i jest tam sporo stawów. W Żabieńcu znajduje się Rybacki Zakład Doświadczalny, oddział Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie. Wyasfaltowana droga od Jazgarzewa rozdziela dwa kompleksy żabienieckich stawów. Stawy na południe od tego asfaltu są nie tylko stawami hodowlanymi, są także obiektem przyrodniczym o randze europejskiej objęte granicami obszaru Natura 2000. Na ich  terenie występują typy chronionych siedlisk i fauny, różne traszki i kumaki i nawet bobry i wydry, a stawy są ostoją ptactwa.
 
 



 
Teraz, gdy tam teraz zaszedłem o łagodnej, październikowej jesieni, stawy były opustoszałe, ptaki odleciały, większość do ciepłych krajów, a te, które zazwyczaj pozostają na naszej rodzimej ziemi, wybrały się w sąsiedztwo ludzkich osiedli, tam gdzie zazwyczaj o zimowej porze się udają, bo już bez wsparcia ludzi żyć im się nie daje. Stawy trwały w milczeniu, wiatr lekko ruszał ich fale, patrzyłem na nie z poziomu drogi, wydawały się być niby mazurskie jeziora.
Ale gdy później na Zimnych Dołach wlazłem na pomost ambony widokowej, ustawionej dla ciekawych krajobrazu ptasiej ostoi, z jej wysokości zobaczyłem już nie mazurskie jeziora, a zwyczajne, mazowieckie stawy pośród Lasów Chojnowskich. 


O Lasach Chojnowskich można nieskończenie. Że ładne, wie to każdy, kto tutaj bywał. Że są głównym elementem Chojnowskiego Parku Krajobrazowego, to także wie każdy. Niewielu z odwiedzających Lasy Chojnowskie wie, skąd się ta nazwa wzięła. A wiedzieć warto. W nazwach albowiem przechowywana jest historia i tradycja, również w pojęciu etnograficznym. Warto tutaj wspomnieć, iż najpopularniejszy nasz rodzimy gatunek iglastego drzewa zwano nie "sosną", lecz "choją" i stąd np. wieś Chojnów i Lasy Chojnowskie. W przeszłości najpowszechniejszy gatunek drzewa w Polsce zwany był  „choją”.  Drzewo - sosnę dawniej nazywano "sosną" tylko wtedy, gdy była w nim wydziana barć. 

W przeszłości tutejsze lasy przynależały majątku wilanowskiego. Miały dostarczać drewno na budulec i opał pałaców właścicieli w Warszawie i Wilanowie, na szkoły, szpitale i ochronki dworskie, młyny, kuźnie i karczmy, browar i cegielnie, na potrzeby  chłopów pańszczyźnianych, kolonistów, posesorów i proboszczów,  na deputaty drzewne dla pracowników administracji, na budowę mostów i płotów, na drabiny i zwykle miotły. Że węgla kamiennego nie używano jeszcze, aż 75% drewna zużywano na opał. 

Także i dzisiaj  ― a widzi to każdy ― są tu zręby i poręby, i są szerokie, żwirowe drogi, przystosowane do tego, aby ciężarówkami wywozić skoszone w tych lasach drewno. Dzisiaj to lasy państwowe, także i ten właściciel drewna potrzebuje, bo ma drewno swoją cenę! No cóż, te zręby i nowe zalesienia to również element krajobrazu, to normalna codzienność polskiej przyrody, która musi przecież spełniać także i swoja użytkową rolę. Ale i w tych lasach są rezerwaty przyrody i rosną tam sosny żywiczne, wysokie i strzeliste, smukłe i gonne. Żółty szlak turystyczny o jeden taki rezerwat się ociera, nosi on nazwę „Uroczysko Stephana”  i obejmuje zwarte starodrzewy w wieku 120-200 lat.
Rezerwat w swojej nazwie nosi nazwisko pochodzącego z Węgier Wiktora Stephana, opiekuna tych lasów w czasach Potockich.  Przy niedalekiej odeń szosie z Pilawy do Zalesia Górnego, znajduje się niepozorny głaz, na którym umieszczono napis: Tu czuwa duch mój Wiktor Stephan 1865 – 1923. Według podań duch leśnika krąży o północy nad okolicznym lasem. Pamięć o nim przetrwała nie tylko w nazwie rezerwatu, również w nazwie pobliskiej wsi Stefanów. Rezerwat został utworzony z inicjatywy innego wielce zasłużonego dla mazowieckiej przyrody człowieka, niespożytej energii wojewódzkiego konserwatora przyrody z Warszawy, zmarłego w roku 2000 Czesława Łaszka.  Za jego kadencji utworzono na Mazowszu dwa parki krajobrazowe i 62 rezerwaty, a  około 2000 drzew i głazów objęto ochroną pomnikową. Ten rezerwat też z jego inicjatywy powstał. 
 
Granice rezerwatu poprowadzono duktami i wkraczać w głąb lasu nie  trzeba, albowiem wszystko co najlepsze widać z zewnątrz.  Mam takie miejsce na skraju tego rezerwatu, leśnicy postawili tam nawet ławeczki, na stare moje lata bardzo akuratne.  Trafiłem tam ostatnio w idealną pogodę, był dzień powszedni, ludzi prawie żadnych, więc momentami mi się wydawało, że cały ten las okoliczny rośnie tylko i wyłącznie dla mnie! Posiedziałem tam sobie w milczeniu przez wiele minut, to były bardzo dobre chwile... 
 
A później zszedłem nad rzeczkę Zieloną,  żeby porozkoszować się zupełnie innym krajobrazem.  Bo tak tam jest, proszę pastwa, że przyroda w tamtym zakątku podwarszawskiego Mazowsza, co krok to inne ma oblicze, a każde z nich co innego chcącym to zobaczyć pokazuje. 
 




Sznureczek stawów, ciągnący się od Jeziorki ku południowi, kończy się na poprzecznej szosie, najważniejszej trasie dojazdowej do praktycznej stolicy całego regionu Lasów Chojnowskich, do położonego pośrodku ich kompleksu Zalesia Górnego. Rzeczka jest tam uregulowana, płynie pośród olszyn i przez większą część roku bardzo zielone to otoczenie, tu widać jak słuszną jest nazwanie rzeczki Zieloną. 

Zanim doszedłem do stacji kolejowej  w Zalesiu Górnym, musiałem minąć to, co większość z odwiedzających najbardziej w te okolice przyciąga. Jest tam tego całkiem sporo, sporo gotówki można tam zostawić w pogodną, letnią sobotę lub niedziele. Jest tam przede wszystkim popularny ośrodek wczasów świątecznych o peerelowskim rodowodzie obrósł ostatnio w ożywające w czasie weekendów  najróżniejsze urządzenia do masowej rozrywki. 
 
No cóż, nie z samych ciszy i leśnego spokoju składa się nasza ludzka gromada. Mogłem się tylko cieszyć, że wybrałem się tam nie w dzień weekendowy i już po sezonie. No cóż, taki to przywilej emeryta, że dni robocze ma wolne, bo już nie musi chodzić do roboty.




........................................................................