niedziela, 14 lutego 2021

 Czarodziej z Otrębusów


Otrębusy, tak jak i sławniejsze od nich Podkowa Leśna, Milanówek i Komorów, i tyle jeszcze innych sąsiadujących z nimi miejscowości, otulają łączącą je z pobliską Warszawą tętnicę, poczciwą i kochaną linię Kolejki. Z dużej litery należy ją pisać, tę Kolejkę. Jest ważna, ba! najważniejsza. A o tych wszystkich osiedlach i miastach, które kolejka łączy, można nieskończenie. To jest również jakaś – bardzo znacząca - część duszy naszej mazowieckiej ziemi, równie ważna jak te sielskie i anielskie pejzaże wiejskie nad Bugiem i Narwią, i te ukwiecone łąki i mokradła, i te słowiki zanoszące się miłosnym łkaniem nad Świdrem, i te lasy przepastne, puszczańskie, po których kroczą brodate łosie...
 
Od peronu kolejki w Otrębusach wiedzie najkrótsza droga do siedziby Zespołu "Mazowsze" w Karolinie i to jest niewątpliwie najważniejsze miejsce Otrębusów. Bardzo ładnie zresztą jest teraz to zagospodarowane miejsce. A tuż obok zaczynają się lasy i miejsca są pośród nich urodziwe, chociaż to tylko zwykłe podmiejskie lasy. Pośród nich biegną malownicze aleje akacjowe, lipowe, grabowe. Niektóre z nich uznane zostały za zabytki przyrody, opatrzono je stosownymi tabliczkami. Warszawiacy przyjeżdżają w te okolice przede wszystkim dla tych lasów, bo dojazd dobry, bo  blisko, bo miło jest tamtędy wędrować. 
 
W Otrębusach mieszka prof. Marian Pokropek. Od wielu lat co jakiś czas odwiedzam profesora. Jest etnografem, przez wiele lat pracował w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, a w swoim domu rodzinnym w Otrębusach założył Muzeum Sztuki Ludowej. Zgromadził niezliczoną ilość zabytków współczesnej sztuki ludowej. Ogląda się jego zbiory z dużą przyjemnością. Co najmniej tysiąc drewnianych świątków i innych rzeźb z drewna, co najmniej dwie setki obrazów na szkle malowanych, kolekcja wycinanek. I jeszcze tysiąc i sto jeden różnych innych. Tacy, jak on ludzie z pasją, są na wagę złota. Ludzie, którzy nie ograniczają się do tkania swojego życia wyłącznie na własnym podwórku.
 
Najpiękniejszym „okazem” w tej kolekcji jest sam kolekcjoner. Pan w słusznym wieku, z ogromnie krzaczastymi brwiami, zakochany po uszy w tym co robi, fanatyk jakich nie za często spotyka się na drogach naszego życia. Do pozazdroszczenia. Rzadki przykład człowieka, dla którego jego zawód jest jego konikiem. Od lat dyskretnie z nim zaprzyjaźniony, obserwuję jego wprost nieprawdopodobne zaangażowanie w to, co robi. Robi to nie tylko dla zaspokojenia swojej kolekcjonerskiej pasji. Chce się z tym podzielić z nami, zwykłymi zjadaczami chleba, których wiedza o sztuce nieprofesjonalnej sprowadza się - a i to nie zawsze - do sklepów z cepeliowskimi pamiątkami, robionymi niemal taśmowo, dla zarobku, a nie z potrzeby serca. Takich w Otrębusach nie ma. Te, które tam są zgromadzone, właśnie z potrzeby serca i duszy powstawały.
 

  









 
W 29 numerze Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego (jakże wspaniałe to pismo, jakiż poziom! jak bardzo nieprowincjonalna jest ta Podkowa Leśna) p.Małgorzata Wittels pisała o muzeum prof.Pokropka, że przekraczając drzwi budynku jego muzeum, zanurzamy się w innej rzeczywistości. Za nami zostają skomplikowane problemy współczesności, jej agresywność i drapieżność. To, co uderza każdego wchodzącego, to spokój i ład tego świata, choć przecież nie pozbawionego cierpienia, bólu, dramatów. 
 
Wszystko ma tutaj wymiar bliski człowiekowi, odtwarza wydarzenia na jego miarę. Choć nie czarno-biały, a przeciwnie – niezwykle barwny jest ten świat rzeźb i malowideł ludowych, to w sensie widzenia wydarzeń bardzo prosty. Zło jest złem, dobro dobrem, śmierć i cierpienie są tym samym niezależnie od tego czy dotyczą wielkich czy małych. Świat widziany przez twórców ludowych jest inny, niż ten znany z mediów. Jest w nim miejsce na przeżycie zarówno radości jak i bólu, jest miejsce na pokazanie piękna otoczenia z jego ptakami, zwierzętami, drzewami i kwiatami. Obok realizmu, jest także i fantazja, na miarę możliwości każdego artysty. Ten świat oswojony, znany, odkrywany na nowo przez twórców, urzeka prostotą i barwnością, nieoczekiwanymi skojarzeniami.
 
 
 










Prywatne muzeum profesora utrzymywane jest tylko z jego prywatnych środków, a one są, jakie są. Wiceminister kultury w ostrym tonie przypomniał nawet profesorowi, że zgodnie z ustawą numer taki, a taki, z dnia takiego, a takiego, właściciel prywatnego muzeum jest zobowiązany (sic!) do dbania o swoje muzeum i jego utrzymywanie. Tak więc profesor swoje zbiory udostępnia już tylko do badań naukowych. Trudno się dziwić, bo i sił brakuje, jako że profesor ma swoje lata, dobiega  dziewięćdziesiątki. Praktycznie nie ma nikogo prócz najbliższych do pomocy w porządkowaniu, katalogowaniu, odkurzaniu, udostępnianiu, objaśnianiu, i tak dalej, i tak dalej. Niemal zawsze, jak odwiedzałem Profesora w jego Otrębusach, starałem przyprowadzić ze sobą kogoś jeszcze, czasem kogoś jednego, czasem nawet grupkę przyjaciół z turystycznych szlaków.


Dzieliłem się więc nimi i Profesorem ze swoim towarzystwem. A zobaczywszy słuchaczy, Profesor rzucał się w swoje opowieści, opowiadał i opowiadał, z ferworem, zaangażowaniem, każdej rzeźbie, każdemu obrazowi mógł poświęcić długie minuty, bo wszystkie je gdzieś tam wypatrzył i do swojego domostwa sprowadził. Odnosiłem niekiedy wrażenie, że niektóre z nich są z tego wyraźnie zadowolone i uśmiechają się do mnie porozumiewawczo, aby spojrzeniem mi zakomunikować, że naprawdę dobrze się tutaj czują. Przy okazji mogłem też obserwować reakcje towarzyszących mi znajomych i przyjaciół. Nadstawiałem na nie ucha. A reakcje oglądających te dzieła bywały zaskakujące.


 
Trudno uniknąć pytań, gdy ogląda się  tak bogate kolekcje tej sztuki, zwanej przez jednych sztuką artystów ludowych, przez innych sztuką artystów nieprofesjonalnych, albo naiwną, a przecież są jeszcze  inni, którzy odmawiają tym dziełom miana sztuki. Bo też i trochę nam zamieszania w ocenie tego rodzaju twórczości wprowadziła w czasach PRL powstała  Cepelia. Niewątpliwie odegrała ogromną, pozytywną rolę. Ale i spowodowała jej degradację przez to masowe, wręcz rzemieślnicze „wyrabianie” wycinanek oraz drewnianych świątków i aniołków, na które było zapotrzebowane w sklepach z pamiątkami. Wszak jednak nie wszystkie aniołki od razu są kiczem dla tego choćby, że są aniołkami.
 
 



To wszystko, co zawędrowało do takich galerii, jak ta Pokropkowa, każe o tych, tam wystawionych dziełach, myśleć z pokorą.  Czy to jest sztuka, czy może zwykły kicz? A jednak przecież już na pierwszy rzut oka nawet nie profesjonalny widz zobaczy wielkość tej sztuki, nazwanej naiwnej, gdy spojrzy  na dzieła Marii Wnęk i Mariii Korsak, o których tak pięknie pisali Antoni Kroh (o pierwszej) i Ludwig Zimmerer (o drugiej). Wierzący powiedzą: prawdziwy dar Boga. Marysia Wnęk, zresztą, była o tym świecie przekonana, że to sama Matka Boska ją w tym jej malowaniu prowadziła. Niewierzący powiedzą: naiwność wiary. Etnografowie: oto typowe malarstwo naiwne. Niech im wszystkim tak będzie, jeśli tak chcą.

Wielu badaczy tematu twierdzi, że kultura ludowa i w konsekwencji sztuka ludowa czy też folklor,  mogły istnieć tylko w warunkach samowystarczalnej wsi pańszczyźnianej. Ostateczny zanik resztek warunków dla naturalnego funkcjonowania sztuki ludowej etnografia dostrzega u nas w latach Polski Ludowej. Wraz z unowocześnianiem się społeczeństwa, czego wyrazem na wsi było widomym znakiem pozbycie się słomianych dachów w chałupach najpierw, potem zastąpienie chałup z drewna murowanymi klockami z wnęką na figurkę Matki Boskiej od frontu, pojawienie się w domu  telewizora  i  samochodu na podwórku. 
 


 
Obcując z dziełami, które zaludniają dom Profesora, trudno nie zadawać sobie pytań. Na przykład o to, czym teraz jest – lud. Czy aby nie jest po trosze tak, że ludową część narodu lokuje się w hierarchii rozwoju ludzkiego jako niższą część społeczeństwa cywilizowanego. Skoro więc sztuka ludowa jest tworem niższej cywilizacyjnie części społeczeństwa, to „z natury rzeczy” jest prymitywna, nieudolna, ordynarna, jaskrawa, płytka pod względem treści i  mało skomplikowana pod względem formy, a w ogóle naiwna i brzydka. Cytuję tu dr Aleksandra Blachowskiego artykuł „Polska sztuka ludowa jako kategoria kultury” z 3 stycznia 2016 (KulturaLudowa.pl). Takie przekonania panują jeszcze w środowiskach o tradycjach mieszczańskich, wśród historyków sztuki, bywają też wśród antropologów kultury, etnologów i folklorystów. Emancypująca się ciągle wieś też wyrzeka się swojej rodzimej estetyki. 
 
Kim był Stanisław Zgajewski? Artystą ludowym, czy naiwnym? Na pewno nie był artystą profesjonalnym, chociaż niewątpliwie w tym, co robił, był profesjonalistą. W swoich zbiorach Profesor ma kilka jego ceramicznych rzeźb z wypalanej gliny. Jest Chrystus w kornie cierniowej (na zdjęciu powyżej) i taki typowy dla tego artysty zwierzoludź (na fotografii poniżej). To artysta na miarę największych, tak osobny jak Witkacy i Chagall. Ale w przeciwieństwie do tamtych, Stanisław Zagajewski był samoukiem. Imię i nazwisko został mu przypisane. Jako bezimienne dziecko porzucony został na stopniach kościoła św. Barbary w Warszawie w zimie roku 1929. Miał wówczas około dwóch lat. Dzieciństwo spędził w klasztornych zakładach opiekuńczych. 

Zarabiał na życie wykonując wiele różnych zawodów, rzeźbienie w glinie było jego pasją od lat najmłodszych. Do średniej szkoły plastycznej nie mógł zostać przyjęty, bo nie ukończył podstawówki, a do szkoły budowlanej, bo był zbyt wątły. Więc rzeźbił. Sztuki wypalania glinianych form nauczono go w „Cepelii”. Rzeźbił Ukrzyżowanego i zwierzęta, gdy na nie patrzę wydają mi się być zwierzoludźmi z baśniowego lasu braci Grimm, ale absolutnie zupełnie bez dziewiętnastowiecznej kiczowatości, są na wskroś nowoczesne. 
W rodzinie górniczej w Katowicach urodził się Jan Nowak. Chciał zostać leśnikiem, bo lubił przyrodę. Ale trzeba było podjąć pracę dla utrzymania rodziny, na studia leśne czasu nie było, zaczął pracować w kopalni. A "na boku" zajął się grafiką i w tej dziedzinie osiągnął niebywałe umiejętności.   W
2012 roku pisała Sonia Wilk w „Tygodniku Powszechnym”, że jego linoryty są przepojonym miłością do świata i ludzi testamentem, opowieścią o tym, co jest dla niego najważniejsze. Człowiek, wchodząc do lasu, burzy jego porządek - mówi Nowak. Bo nic wtedy nie jest prawdziwe i dopiero gdy postoi w ciszy i bezruchu przez kilkanaście minut, zostaje zaakceptowany i staje się elementem przyrody. Wtedy las zaczyna odsłaniać mu swoje tajemnice, nadfruwają ptaki, wychodzą z ukrycia zwierzęta, robaczki i wszelkie leśne żyjątka. Wtedy dopiero można zaobserwować, ile w lesie jest piękna i życia. 
 
Jan Nowak z Katowic jest uważany za artystę ludowego. Nie wszyscy chcą  się z tą definicją pogodzić. Dla nich artysta ludowy kojarzy się ze wsią i drewnianymi opłotkami, z zagonami pól za stodołą. Nowakowe grafiki są w pełni profesjonalne i wydaje się nie do uwierzenia, że ich twórca nie jest absolwentem jakiegoś nadzwyczaj cenionego wydziału grafiki w którejś z naszych akademii sztuk pięknych. Na zdjęciu powyżej Profesor opowiada o pracach Nowaka, jedna z nich przycupnęła na podłodze poniżej.
Tylko profesjonalni artyści plastycy i osoby obdarzone predyspozycjami do rozpoznania artystycznych wartości dzieł plastycznych są w stanie ocenić wielkość autentycznego talentu jaki „z samego siebie” wynajduje środki ekspresji, aby najtrafniej i najbardziej przekonująco wyrazić to co twórca pragnął powiedzieć.  Oraz osoby, obdarzone przez naturę tym specjalnym rodzajem słuchu, który pozwala odróżnić rzeczy dobre od złych. Także i w dziedzinie sztuki. Sztuka jest dobrym tego odróżniania nauczycielem. 
 
Józef Ignacy Kraszewski  w połowie XIX wieku pisał, że  dziełem sztuki być może prosty koszyk z łoziny wypleciony, na którego bokach wyrazić umiał chłopak co go wiązał, w symetrycznych rysach, myśl ładu i harmonii. Ryszard Rabeszko, współczesny  rzeźbiarz ludowy i prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Twórców Ludowych mówił, że twórczość, zwana ludową, wciąż istnieje, bo nie został przerwany przekaz międzypokoleniowy. 
 
Jeżeli w Dołhobrodach w krainie Bugu potrafią jeszcze dłubać czółna, jeżeli na Podlasiu pamięta się jeszcze, jak utkać dwuosnowowy dywan, to znaczy, że przechowuje się wiedzę o tym. W jakiej akademii tego uczą? Albo w jakiej akademii uczą malarstwa na szkle? A w jakiej muzyki ludowej?
 


Od kilku lat nie było na Mazowszu zimy. W czasie dręczącej nas pandemii przyszła jakby nie wtedy, kiedy powinna, już po Świętach, dopiero po Gromnicznej, gdy już rozebrane zostały ostatnie choinki, jakie poustawialiśmy na Boże Narodzenie po naszych domach, świątyniach, na naszych placach i ulicach. Na te grudniowe święta, tak bardzo zrośnięta z polskim krajobrazem i naszą obyczajowością, Profesor przygotował w Otrębusach wystawę "Boże Narodzenie. Szopki. Polska zima"..... 
 

Tę wystawę właściwie zorganizowałem sam dla siebie – pisał Profesor.  – Jeżeli ktokolwiek zechce ją obejrzeć, będę wielce rad. Tymczasem sam przeżywam tajemnicę Nocy Bożonarodzeniowej. Przychodzę do sal muzealnych, rozpalam ogień w kominku, siadam i patrzę, patrzę na obrazy, rzeźby, wycinanki, dywany. I wówczas nie zadaję sobie głupich pytań, po co to wszystko zrobiłem, dla kogo i na co? Cieszę się sam, że to jest, bo jest to jakaś cząstka własnego życia.
…........................
Prócz swoich fotografii, wykorzystałem również, za jej zgodą, zdjęcia p.Marii Kaniewskiej. 

2 komentarze:

  1. Jestem pod wielkim wrazeniem tego tekstu. Ujal mnie a zarazem poruszyl fragment o Stanislawie Zgajewskim.
    Postac Profesora Mariana Pokropka- chyle czola przed jego pasja i olbrzymia praca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuje się przeniesiona do innego świata. Piękny tekst! Wielki szacunek dla Profesora Pokropka, jego pracy i dedykacji. Człowiek-skarb. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś odwiedzić jego muzeum.

    OdpowiedzUsuń