Strony

Strony

czwartek, 26 marca 2026

 

Mariewski Dąb.

Dzień był pogodny, marcowy. O poranku przejmujące zimno, więc nieco podmarzałem przy oczekiwaniu na autobus na jego krańcowym przystanku na warszawskim Bemowie. Potem było już nie najgorzej. Szukałem pierwszych oznak nadchodzącej wiosny w Puszczy Kampinoskiej. Wiedziałem oczywiście,  że bywa w marcu, jak w garncu, że liczyć na wiosenność pejzażu  jeszcze nie mogę. Początek marca nie bywa początkiem wiosny, ba! nawet i o przedwiośniu najczęściej nie ma jeszcze mowy. Ale przedłużającej się zimy i szaroburego, zimowego nieba miałem już dość. 

 Co roku czekam na tę porę roku z utęsknieniem. W miarę swojego postępowania w latach już nie wybieram się ku bagnom nad Biebrzą, nie myślę już o wędrowaniu puszczańskimi uroczyskami nad Czarną Hańczą. Teraz zadowalam się najbliższymi okolicami mojego miasta i wiem już całkiem dokładnie, że i one mnie nie zawiodą. Na przykład skraj Puszczy Kampinoskiej. Więc przyjechałem  do Mariewa. No i jestem pośród przyrody, aby przekonać się, że przysłowia rzeczywiście są mądrością narodu i prawdą jest, że „Na świętego Grzegorza idzie zima do morza”.  Ziemia zaczęła już pachnieć i to było coś. I wielki dąb tam na mnie czekał...

Nareszcie odwiedziłem Mariewski Dąb na skraju Puszczy Kampinoskiej. Pół wieku mnie przy nim nie było. Obok olbrzyma  to, co zostało z ludzkiego siedliska, resztki kultury rolniczej w okolicy. Zagajniki świeżo wyrosłe.  Pośród nich pojedyncze stare dęby. Żurawie krzyczały do mnie z nieba. Było ich ze trzydzieści. Chmury pękate, gnane wiatrem cumulusy, szły nad puszczą razem ze skandynawskim wyżem, który właśnie przechodził nade mną. 


Ten dąb szypułkowy ma lat co najmniej 250, może więcej, na staruszka nie wygląda, Jest solidnym dębowym mężczyzną w średnim wieku. Mam w pamięci opinię specjalistów, aby nie przeceniać wieku drzew, wyrosłych w terenie o dużym nawilgoceniu. To drzewo wyrosło w terenie otwartym, koronę ma rozłożystą, widać, że nic mu w tym wzrastaniu nie przeszkadzało. Pień ma zdrowy, solidny, budzi zaufanie. To potężne chłopisko, jest z niego taki bardziej tęgi z niego Mazur. 400 cm obwodu na wysokości piersi, czyli w pierśnicy, jak mówią fachowcy, 28 metry wysokości, w poszukiwaniu życiodajnego światła miał się gdzie rozrastać... 

W swoim pierwszym przewodniku po tej puszczy, wydanym w roku 1971,  zaczynał się w Mariewie (wtedy pisanym przez ”j”) nieznakowany łącznikowy szlak pieszy, prowadził  południowym obrzeżem parku narodowego do Zielonej Karczmy (jakby kto nie wiedział, była tam a w XIX wieku, tylko nazwa pozostała). Dałem temu szlakowi numer 29 i znałem kilku samotników, którzy bardzo lubili wędrować jego trasą. Anonsowałem go jako malowniczy, wiodący zajmującymi krajobrazowo lasami, ale trudny orientacyjnie i nadający się wyłącznie dla wprawnych turystów. Pisałem też, że z uwagi na przepisy ochrony przyrody szlak mogą przybywać tylko turyści piesi w małych grupach. Zamyśliwaliśmy wtedy takie nieliczne szlaki, nieco w bieszczadzkim stylu, zmuszające do kombinowania, wyrabiające zmysł orientacji. Trasy tego szlaku  już nie uda przejść. Jej już po prostu nie ma, drogi zarosły, krajobraz dziczeje w sposób wzorowy, tylko kolo Mariewa są jeszcze fragmenty prywatnych upraw rolnych. Powraca w te okolice puszcza. Częściowo w sposób naturalny, spokojnie, po swojemu, bez pośpiechu, częściowo ten jej powrót wspomagany jest  przez leśników.  Sporo lat upłynie, zanim będzie tu mniej więcej to, co uznamy za prawdziwą puszczę. 


Tak naprawdę nikt z wędrujących po Kampinoskim Parku Narodowym  nie zna tego dąbu.  Prócz mieszkańców najbliższych mu osiedli. Jest całkiem na uboczu i w zasadzie – chociaż w granicach parku narodowego – zupełnie nie widać w jego otoczeniu Puszczy Kampinoskiej. Są tylko młode drzewostany zasadzone na stosunkowo niedawno wykupionych przez państwo terenach porolnych. Zanim zaczną przypominać las, upłynie co najmniej lat kilkadziesiąt. Dąb rośnie poza szlakami (może szkoda), jest dość łatwo dostępny, ale obecnie nie stanowi żadnego celu wycieczkowego (może i słusznie) i żeby tak było, trzeba by uporządkować jego otoczenie, może z niewielką polanką rekreacyjną. Drzewo bez historii, imienia, też jakby nie istnieje w świadomości. Obok znajdowała się zagroda, od kiedy?  ktoś tu mieszkał, jak długo? Domostwa pod dębem już nie ma  na współczesnych mapach papierowych i  na satelitarnych, które oglądam,  na zdjęciach w internecie widać już tylko ruiny. Ruin w naturze też nie widać, tylko sterta desek pozostała. Oraz betonowy krąg dawnej studni. I ogromna opona do bardzo ogromnego traktora.  Gdyby nie ten dąb, nie zachodziłbym tutaj. Ale ten dąb, ach! ten dąb, ten dąb... 


Zanim jednak tego marcowego dnia do tego dębu doszedłem, była na mojej drodze wieś Mariew. Pierwszy raz zaszedłem na jego ulicówkę w roku 1970.  Sporo tam było wtedy  drewnianych chałup, na mapach turystycznych pod nazwą takich wsi umieszczano piktogram zabytkowej chałupy, co znaczyło to, co znaczyło, że jest co w tej wsi oglądać. W tamtym czasie, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, drewniana chałupa już powoli stawała się zabytkiem przez sam fakt swego istnienia. Czas drewnianych chałup minął już teraz bezpowrotnie. Także we wsiach na skraju Puszczy Kampinoskiej. A ja, idąc ku zabytkowemu dębowi przez współczesną wieś Mariew, uświadomiłem sobie, że moje życie przypadło nie tylko na dramatyczne lata wojenne w moim dzieciństwie  i siermiężne lata powojenne z czasów młodości. Wokół mnie zdarzyła się cywilizacyjna rewolucja. W tym kraju, na który tak wielu Polaków narzeka bezustannie, na skraju Puszczy Kampinoskiej znajdujące się miejscowości pysznią się teraz nieprzyzwoitym dobrobytem. Nie sądzę, aby ktoś z ich lokatorów marzył o przeprowadzce do naszych ciasnych mieszkań w  warszawskich blokach... 

 

Na zachodnim krańcu wioski stoi drewniany  budynek szkolny, zbudowany zapewne w latach międzywojennych. W  tamtych czasach był zdecydowanie „pański”, jak na świątynię nauki przystało, od drewnianych chałup wiejskich wyraźnie się odróżniał.  Nic o tym budynku nie wiem,  kiedy powstał, czy od razu z przeznaczeniem na szkołę. Nie wiem, kiedy w tym urodnym, drewnianym budynku na skraju Mariewa zlikwidowano szkołę i kiedy potem zamieszkała w nim Wanda Warska. Była jazzową śpiewaczką, razem z mężem Andrzejem Kurylewiczem prowadziła Piwnicę Artystyczną na warszawskiej Starówce. Bilety nie były tanie, ale było bardzo sympatycznie. I takie było  jej śpiewanie, sympatyczne. Akompaniował jej mąż, był pianistą, kompozytorem jej piosenek.

Kończyłem swoją wędrówkę w karczmie, usytuowanej wśród willi podmiejskiego osiedla na ulicy Wiosennej  w Zaborowie. Miłe wnętrze,  ogólnie na swojsko. Jak swojszczyzna, to swojszczyzna, zamówiłem jasne, pszenne piwo o nazwie „Kampinoskie” z browaru w Błonach. Zagrychę miałem własną. Wieczorem, po powrocie do miasta, w swoim niewielkim mieszkanku na Żoliborzu włączyłem radio. Wiersz 
Cypriana Norwida śpiewała w nim dla mnie Wanda Warska.

    Nad Kapulettich i Montekich domem
    Spłukane deszczem, poruszone gromem
    Łagodne oko błękitu.

    Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów
    Na rozwalone bramy do ogrodów
    I gwiazdę zrzuca ze szczytu.

    Cyprysy mówią, że to dla Julietty
    Że dla Romea - ta łza znad planety
    Spada i groby przecieka.

    A ludzie mówią i mówią uczenie
    Że to nie łzy są ale że kamienie
    I że nikt... na nie nie czeka. 

Kilkanaście dni później znalazłem się pośród lasu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego w okolicach Międzylesia. Krajobraz podwarszawski zdążył już zapomnieć o śniegu, w Warszawie zaczęły już delikatnie złocić się forsycje, podwarszawskie lasy zapełniały się pojedynczo i grupkami wędrujących warszawiaków. W sobotę 21 marca, obok przyjaznego wędrowcom barku w Dakowie,  spotkałem dwie młode turystki, trzymające w ręku pięknie przez siebie wyzdajaną Marzannę, przygotowaną na jej ostatnią, marzannią drogę. Tak jak trzeba, nie w czerń żałobną została przyodziana, lecz  w biel, z uśmiechem na pyzatej buzi.   Laura i Edyta wraz ze swoją turystyczną gromadą udawały się na miejsce nad Czarnym Stawem, gdzie miało nastąpić ostateczne pożegnanie zimy przez ich towarzystwo.  Z niekłamaną przyjemnością im towarzyszyłem... 

Wiosno, wiosno, ach to ty?

 .........................................

1 komentarz:

  1. Kiedyś o tej porze byłam koło mostku na Łasicy w pobliżu Żurawiowego. Pogoda i żurawie jak w Pana tekście. Więc się skrzywiłam, słysząc nadjeżdżający samochód. Wysiadł tata i dwoje dzieci. Otworzyli bagażnik. Podreptali do Łasicy. Zaniemówiłam, bo dzieci ciągnęły z wysiłkiem wielką Marzannę. Troje ludzi w rozległym lesie załatwiało w milczeniu swoje ważne, kosmiczne sprawy, nie bacząc na brak publiczności, nie kwestionując sensu i potrzeby tych czynności. (To były jeszcze czasy, kiedy w Puszczy była woda i dało się w niej coś utopić.) Ludzie pytają, czym różni się człowiek od AI. Przecież widać: nieracjonalnością zachowań, bogatym życiem pozalogicznym, zamiłowaniem do figli i psot, absurdalnością związków i rozplotów między słowami, co nazywa poezją, a także uśmiechaniem się bez powodu - ot tak, do świata, do Fotografa - jak panny na Pana zdjęciu.

    OdpowiedzUsuń