Mariewski Dąb.
Dzień był pogodny, marcowy. O poranku przejmujące zimno, więc nieco podmarzałem przy oczekiwaniu na autobus na jego krańcowym przystanku na warszawskim Bemowie. Potem było już nie najgorzej. Szukałem pierwszych oznak nadchodzącej wiosny w Puszczy Kampinoskiej. Wiedziałem oczywiście, że bywa w marcu, jak w garncu, że liczyć na wiosenność pejzażu jeszcze nie mogę. Początek marca nie bywa początkiem wiosny, ba! nawet i o przedwiośniu najczęściej nie ma jeszcze mowy. Ale przedłużającej się zimy i szaroburego, zimowego nieba miałem już dość.
Co roku czekam na tę porę roku z utęsknieniem. W miarę swojego postępowania w latach już nie wybieram się ku bagnom nad Biebrzą, nie myślę już o wędrowaniu puszczańskimi uroczyskami nad Czarną Hańczą. Teraz zadowalam się najbliższymi okolicami mojego miasta i wiem już całkiem dokładnie, że i one mnie nie zawiodą. Na przykład skraj Puszczy Kampinoskiej. Więc przyjechałem do Mariewa. No i jestem pośród przyrody, aby przekonać się, że przysłowia rzeczywiście są mądrością narodu i prawdą jest, że „Na świętego Grzegorza idzie zima do morza”. Ziemia zaczęła już pachnieć i to było coś. I wielki dąb tam na mnie czekał...
Nareszcie odwiedziłem Mariewski Dąb na skraju Puszczy Kampinoskiej. Pół wieku mnie przy nim nie było. Obok olbrzyma to, co zostało z ludzkiego siedliska, resztki kultury rolniczej w okolicy. Zagajniki świeżo wyrosłe. Pośród nich pojedyncze stare dęby. Żurawie krzyczały do mnie z nieba. Było ich ze trzydzieści. Chmury pękate, gnane wiatrem cumulusy, szły nad puszczą razem ze skandynawskim wyżem, który właśnie przechodził nade mną.
W swoim pierwszym przewodniku po tej puszczy, wydanym w roku 1971, zaczynał się w Mariewie (wtedy pisanym przez ”j”) nieznakowany łącznikowy szlak pieszy, prowadził południowym obrzeżem parku narodowego do Zielonej Karczmy (jakby kto nie wiedział, była tam a w XIX wieku, tylko nazwa pozostała). Dałem temu szlakowi numer 29 i znałem kilku samotników, którzy bardzo lubili wędrować jego trasą. Anonsowałem go jako malowniczy, wiodący zajmującymi krajobrazowo lasami, ale trudny orientacyjnie i nadający się wyłącznie dla wprawnych turystów. Pisałem też, że z uwagi na przepisy ochrony przyrody szlak mogą przybywać tylko turyści piesi w małych grupach. Zamyśliwaliśmy wtedy takie nieliczne szlaki, nieco w bieszczadzkim stylu, zmuszające do kombinowania, wyrabiające zmysł orientacji. Trasy tego szlaku już nie uda przejść. Jej już po prostu nie ma, drogi zarosły, krajobraz dziczeje w sposób wzorowy, tylko kolo Mariewa są jeszcze fragmenty prywatnych upraw rolnych. Powraca w te okolice puszcza. Częściowo w sposób naturalny, spokojnie, po swojemu, bez pośpiechu, częściowo ten jej powrót wspomagany jest przez leśników. Sporo lat upłynie, zanim będzie tu mniej więcej to, co uznamy za prawdziwą puszczę.
Tak naprawdę nikt z wędrujących po Kampinoskim Parku Narodowym nie zna tego dąbu. Prócz mieszkańców najbliższych mu osiedli. Jest całkiem na uboczu i w zasadzie – chociaż w granicach parku narodowego – zupełnie nie widać w jego otoczeniu Puszczy Kampinoskiej. Są tylko młode drzewostany zasadzone na stosunkowo niedawno wykupionych przez państwo terenach porolnych. Zanim zaczną przypominać las, upłynie co najmniej lat kilkadziesiąt. Dąb rośnie poza szlakami (może szkoda), jest dość łatwo dostępny, ale obecnie nie stanowi żadnego celu wycieczkowego (może i słusznie) i żeby tak było, trzeba by uporządkować jego otoczenie, może z niewielką polanką rekreacyjną. Drzewo bez historii, imienia, też jakby nie istnieje w świadomości. Obok znajdowała się zagroda, od kiedy? ktoś tu mieszkał, jak długo? Domostwa pod dębem już nie ma na współczesnych mapach papierowych i na satelitarnych, które oglądam, na zdjęciach w internecie widać już tylko ruiny. Ruin w naturze też nie widać, tylko sterta desek pozostała. Oraz betonowy krąg dawnej studni. I ogromna opona do bardzo ogromnego traktora. Gdyby nie ten dąb, nie zachodziłbym tutaj. Ale ten dąb, ach! ten dąb, ten dąb...
Na zachodnim krańcu wioski stoi drewniany budynek szkolny, zbudowany zapewne w latach międzywojennych. W tamtych czasach był zdecydowanie „pański”, jak na świątynię nauki przystało, od drewnianych chałup wiejskich wyraźnie się odróżniał. Nic o tym budynku nie wiem, kiedy powstał, czy od razu z przeznaczeniem na szkołę. Nie wiem, kiedy w tym urodnym, drewnianym budynku na skraju Mariewa zlikwidowano szkołę i kiedy potem zamieszkała w nim Wanda Warska. Była jazzową śpiewaczką, razem z mężem Andrzejem Kurylewiczem prowadziła Piwnicę Artystyczną na warszawskiej Starówce. Bilety nie były tanie, ale było bardzo sympatycznie. I takie było jej śpiewanie, sympatyczne. Akompaniował jej mąż, był pianistą, kompozytorem jej piosenek.
Kończyłem swoją wędrówkę w karczmie, usytuowanej wśród willi podmiejskiego osiedla na ulicy Wiosennej w Zaborowie. Miłe wnętrze, ogólnie na swojsko. Jak swojszczyzna, to swojszczyzna, zamówiłem jasne, pszenne piwo o nazwie „Kampinoskie” z browaru w Błonach. Zagrychę miałem własną. Wieczorem, po powrocie do miasta, w swoim niewielkim mieszkanku na Żoliborzu włączyłem radio. Wiersz Cypriana Norwida śpiewała w nim dla mnie Wanda Warska.
Nad Kapulettich i Montekich domem
Spłukane deszczem, poruszone gromem
Łagodne oko błękitu.
Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów
Na rozwalone bramy do ogrodów
I gwiazdę zrzuca ze szczytu.
Cyprysy mówią, że to dla Julietty
Że dla Romea - ta łza znad planety
Spada i groby przecieka.
A ludzie mówią i mówią uczenie
Że to nie łzy są ale że kamienie
I że nikt... na nie nie czeka.
Kilkanaście dni później znalazłem się pośród lasu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego w okolicach Międzylesia. Krajobraz podwarszawski zdążył już zapomnieć o śniegu, w Warszawie zaczęły już delikatnie złocić się forsycje, podwarszawskie lasy zapełniały się pojedynczo i grupkami wędrujących warszawiaków. W sobotę 21 marca, obok przyjaznego wędrowcom barku w Dakowie, spotkałem dwie młode turystki, trzymające w ręku pięknie przez siebie wyzdajaną Marzannę, przygotowaną na jej ostatnią, marzannią drogę. Tak jak trzeba, nie w czerń żałobną została przyodziana, lecz w biel, z uśmiechem na pyzatej buzi. Laura i Edyta wraz ze swoją turystyczną gromadą udawały się na miejsce nad Czarnym Stawem, gdzie miało nastąpić ostateczne pożegnanie zimy przez ich towarzystwo. Z niekłamaną przyjemnością im towarzyszyłem...
Wiosno, wiosno, ach to ty?
.........................................
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)

Kiedyś o tej porze byłam koło mostku na Łasicy w pobliżu Żurawiowego. Pogoda i żurawie jak w Pana tekście. Więc się skrzywiłam, słysząc nadjeżdżający samochód. Wysiadł tata i dwoje dzieci. Otworzyli bagażnik. Podreptali do Łasicy. Zaniemówiłam, bo dzieci ciągnęły z wysiłkiem wielką Marzannę. Troje ludzi w rozległym lesie załatwiało w milczeniu swoje ważne, kosmiczne sprawy, nie bacząc na brak publiczności, nie kwestionując sensu i potrzeby tych czynności. (To były jeszcze czasy, kiedy w Puszczy była woda i dało się w niej coś utopić.) Ludzie pytają, czym różni się człowiek od AI. Przecież widać: nieracjonalnością zachowań, bogatym życiem pozalogicznym, zamiłowaniem do figli i psot, absurdalnością związków i rozplotów między słowami, co nazywa poezją, a także uśmiechaniem się bez powodu - ot tak, do świata, do Fotografa - jak panny na Pana zdjęciu.
OdpowiedzUsuń