wtorek, 30 kwietnia 2024

 

                                 

 Kajakiem przez Puszczę Kampinoską.

Od zdarzenia, o którym chcę opowiedzieć, upłynęło blisko sześćdziesiąt lat.  Rzecz zdarzyła się  w  pierwszomajowy weekend roku 1967. Taki pomysł mi wtedy przyszedł: a może by tak spłynąć kajakiem przez naszą Puszczę Kampinoską? Jezior w puszczy nie mamy, zamiast rzek mamy kanały, proste jak linijka, krajobrazowo średnie raczej, ale … czemuż by nie? Pierwszego maja, jak będzie dużo wody w puszczy, termin bardzo akuratny. W 1967 roku akurat zdarzała się dogodna możliwość kalendarzowa, ostatniego dnia kwietnia była niedziela, w poniedziałek wypadało święto pierwszego maja. Nie co roku zdarzała się taka koincydencja dni wolnych od pracy. Trzeba to było wykorzystać.  Namówiłem swoją turystyczną kompanie na taki spływ kajakami w podwarszawskiej puszczy. Służby parku narodowego zdały się nie mieć nic przeciw temu, chodziło tylko o to, aby się zameldować u leśniczego na początku spływu w Zaborowie Leśnym. 

Pierwszy maja był jednym z najważniejszych dni w życiu Polski Ludowej, to  było święto ludu pracującego miast i wsi i lud o tym wiedział, że tego dnia to święto świętować należało uczestniczenie w pochodzie pierwszomajowym, najlepiej w zorganizowanych grupach  ze swoich szkół,  uczelni i zakładów pracy, z radosnym uśmiechem na ustach,  czerwonym krawatem pod grdyką i drzewcem szturmówki z flagą czerwoną, albo w barwach narodowych, albo z przybitym do niego portretem jednego z wodzów rewolucji lub jakimś właściwym dla okoliczności hasłem, przygotowanym uprzednio przez odpowiednie komórki organizacyjne. 

Sporo lat przeżyłem w Peerelu, ale tylko raz uczestniczyłem pierwszomajowym pochodzie. A obecność była  co prawda nieobowiązkowa, ale powszechnie się wiedziało, że w pochodzie udział wziąć należy i maszerować trzeba, bo jak się nie pójdzie,  to można mieć problemy.  Jakoś mi się jednak udawało na pochodach  nie bywać. Pytany o nieobecność odpowiadałem, że nie mogłem, bo pierwszego maja od wielu lat czczę na wycieczkach pośród przyrody.   
Turystyka była słuszna ideologicznie, turystykę uprawiał towarzysz Lenin, do tego w Polsce, wszedł nawet na Rysy od Morskiego Oka. PTTK organizowało masowe rajdy jego imienia, a  na czele Towarzystwa stał jeden z członków politbiura partii  komunistycznej, więc w jakimś sensie kryłem się pod jego parasolem pośród tej swojej przyrody. Nikt się mnie nie czepiał, komuniści chyba sobie dawali sobie beze mnie radę, a przyroda czekała na mnie z całą swoją rozpustną wspaniałością  i odpłacała się jak najlepiej. 

Pierwszego maja niemal zawsze była pogoda. Do czego, jak do czego, ale do pogody na te swoje pochody, to komuniści niemal zawsze mieli szczęście.  Ponad pół wieku minęło, a ja wciąż ze szczegółami pamiętam jak  ze swoją paczką czciłem pierwszomajowe święto wypadami poza Mazowsze, najchętniej na Mazury, najchętniej na spływ kajakowy, na dni dwa lub trzy, jak się czasem udawało. Nieustannie wracają te kajakowe wspomnienia. Przejmujący zapach wody. Od wioseł pęcherze na dłoniach. Śnieg, jaki któregoś roku zasypał mi namiot nad Krutynią. 

W czasach dzisiejszych organizacja spływów kajakowych zajmują się wyspecjalizowane formy, u nich zamawia się kajaki, które zostaną przetransportowane na miejsce początku kajakowej przygody, potem – jeśli trzeba - odwiezione stamtąd, gdzie spływ zakończymy, a jak trzeba to i nas się przywiezie lub dowiezie skąd i dokąd tylko zechcemy. Kiedyś tak łatwo nie było.  To były inne czasy, niż teraz, wtedy taki spływ był ogromną przygodą, również organizacyjną.  


             Truskaw, zdjęcie z połowy lat sześćdziesiątych XX wieku..          

Początek spływu był zaplanowany w Zaborowie Leśnym. Nasze składane kajaki, wraz z załogami, zostały tam dowiezione wynajętym busem. Asfalt skończył się na początku Truskawia, okolice dzisiejszej pętli autobusowej wyglądały mniej więcej tak, jak tej fotografii powyżej. Dalej zaczęło się błoto ma Truskawskiej Drodze,  padało przedtem od dni kilku. Wiedziałem że łatwo nie będzie, nie było. W końcu samochód drogę pokonał, strachu było sporo, a pan kierowca kilka razy się buntował. Nocleg był zamówiony w stodole u leśniczego, przed snem pracowicie składaliśmy do kupy nasze kajaki, żaden własny, wszystkie  pożyczone, jedne w ośrodku w Wołominie, inne z Pruszkowa, ktoś miał chody u wodniaków z przystani na Wale Miedzeszyńskim w Warszawie. 

Były to składaki typu Neptun, produkowane w Niewiadowie. Robiły to w ramach produkcji ubocznej, główna była tajna, ale wiedzieli wszyscy, że to zbrojeniówka. Neptun z Niewiadowa miał swoją wagę, ważył 50 kg. Przewoziło się go w trzech torbach, w jednej była jego powłoka, wykonana z gumowanej tkaniny, w dwóch pozostałych stelaż, którym po złożeniu ową powłokę się zmyślnie wypełniało. Oraz składane dwa wiosła i ster; sterowało się orczykiem, orczyk nogami. Składanie kajaka trochę trwało,  czasem denerwująco długo, ale wprawna w tej robocie dwuosobowa załoga uwijała się z tym w około godzinę.  

Nocą gospodarza odwiedził sąsiad, przyjechał furmanką, zaprzężoną w konia. Gotowe już do spływu, poskładane pracowicie kajaki leżały na podwórku. W jeden z kajaków wdepnął koń, rozwalił go dokumentnie. Właściciel kajaka wstał przed wszystkimi, od świtu  pracował nad rekonstrukcją, była średnio udana, ale łódka szlak pokonała szczęśliwie. 



Na zdjęciu Neptun w stanie złożonym, gotowy do spływu. Jego załoga kończy upychanie bagażu wewnątrz łódki. Wodowanie miało miejsce przy mostku na Kanale Zaborowskim.   Stojąc dzisiaj na tym mostku, przy którym zaczynają się pomysłowo poprowadzone widowiskowe kładki turystyczne, trudno to sobie dzisiaj wyobrazić ten kanał ze zdjęcia poniżej. Dzisiaj wkracza na niego las, jest zawalony  spadłymi drzewami, część zrobiła to sama z siebie, niektórym pomogły bobry, krajobraz dzisiejszy jest tam bardzo puszczański. Pół wieku tak tam nie było. Kanał był pięknymi szpalerami olch obramowany, a wokół rozpościerały się łąki Kaliska. Woda czyściutka od drzew i gałęzi, taki kanał być musiał, jego oczyszczanie należało wtedy do obowiązków służb leśnych, kanały miały wtedy tylko jedno zadanie, były kanałami melioracyjnymi, miały teren osuszać. Trudno nam dzisiaj w to uwierzyć, patrząc z mostku lu zachodowi.

Zaborów Leśny. Kajaki gotowe do spływu.     
 

Wodowało pięć kajaków i jeden ponton. Ponton na trasę ruszał pierwszy, przed kajakami, bo dłużej mu się płynęło, jako że poruszał się do przodu ruchem okrężnym. Załogantami tego pontonu byli dwaj młodzi  lekarze, jednym z nich był Andrzej Pietraszek, zwany Piętaszkiem (na zdjęciu w okularach), został potem znakomitym  chirurgiem, kierował Oddziałem Zabiegowym Kliniki Nowotworów Płuca i Klatki Piersiowej Centrum Onkologii-Instytutu w Warszawie, ratował w potrzebie dziesiątki ludzi.  Nie tylko lekarze uczestniczyli w tym spływie; było kilku inżynierów, jeden himalaista, gromadka  taterników, jedna klawesynistka i jeden aktor teatralny, był też wybitny specjalista od tworzyw sztucznych, wszyscy równolatki po trzydziestce. Zacne towarzystwo, przyjaźniło się z sobą od lat. 


                                   Ponton rusza na szlak

Woda niosła łódki wcale bystro, jedynymi przeszkodami były prymitywne kładki, jakie lud miejscowy postawiał w kilku miejscach, ułatwiając sobie przejścia na drugi brzeg. Zwisały nisko nad wodą i aby je sforsować, trzeba było je unieść.  Tam, gdzie w pobliżu znajdowały się wioski, kładek było sporo, czasem jedna od drugiej co kilkadziesiąt metrów, nie opłacało się wsiadać do kajaka między nimi, szło się brzegiem, wiosła brało się w dłoń, łódki się na hol.  I tak naprawdę, wtedy dopiero mogliśmy widzieć dookolny krajobraz, jak ta Puszcza Kampinoska naprawdę wygląda. A wyglądała, z ręką na sercu to powiem, bardzo tak sobie. Bardziej czuło się obecność człowieka, niż puszczy. Tak było. Park narodowy w Puszczy Kampinoskiej istniał dopiero od ośmiu lat!  

Żadna praca ma spływie.Więc unosi, co  trzeba.

Burłaczenie wśród drzewostanów uroczyska Debły.

Most w Zamościu

Dla miejscowych byliśmy sporą atrakcją, a jak się zdaje, w wydaniu premierowym. Ze wszystkich stron było słychać nawoływania: kajaki jadą! Na moście w Zamościu czekał na na nas tłumek widzów.  Zbliżał się zachód i zrobiło się  tak jakby trochę romantycznie. Jeden z przyjaciół, ten któremu koń rujnował kajak w Zaborowie Leśnym, zaczął nam przygrywać pod ten zachód na swojej okarynie.

 

          Zmierzcha. Andrzej Kuś, zwany Truchtem, gra na okarynie

 

                   Wpływamy w las. Czas pomyśleć o noclegu.   

Na biwak wybrałem miejsce w bezludnej okolicy  przy rezerwacie Krzywa Góra. Namioty rozstawiliśmy tuż obok istniejącego tam wtedy mostu i miejsca po gajówce Ludwików. Dzisiaj to pępek najdzikszego obszaru naszej puszczy, pełen tabunów komarzych i  niezliczonych ilości kleszczy, czekających na  zbłąkanych osobników naszego gatunku,  latem derkają tam derkacze, a jesienią ryczą jelenie i bukują łosie.  

Wtedy, gdy tam biwakowaliśmy, też było ładnie, chociaż inaczej i nic wokół nas nie bukowało, nie ryczało i derkało. Ale gdy już ściemniało wokół,  zaczęła krzyczeć na nas jakaś sowa z lasu, obszczekał nas zdenerwowany czymś koziołek, a od pobliskiego Karolinowa dobiegały głosy domagających się dojenia krów. Sen nadszedł szybko i był solidny. Zdrowy był, tak jak powinien. 

 

                           Biwak w uroczysku Ludwików. 

Ranek wstał pogodny. Jak zawsze pierwszego maja. W miastach ludzie szykowali się do pochodów i manifestacji.  A my bez pośpiechu przygotowywaliśmy się do ostatniego odcinka swojej trasy. Gdy za Tułowicami wpłynęliśmy na Bzurę, ze zdziwieniem znaleźliśmy się na jeziorze, bo rzeka zajmowała całą szerokość  doliny,od Wyszogrodu właśnie wchodziła w Bzurę cofka wysokiej wody na Wiśle. W dodatku wiatr wiał mordewindem, to i płynęło się niełatwo. 

Dobiliśmy wreszcie do brzegu w sąsiedztwie stacyjki kolejki wąskotorowej. Stacja nazywała się „Wyszogród”, ale była we wsi Kamion, Wyszogród był na drugim brzegu rzeki, dochodziło się do miasteczka po najdłuższym drewnianym moście Europy.  Miał aż 1285 metrów długości, wybudowali go polscy i radzieccy jeńcy wojenni w 1944 roku  z drewna pochodzącego z Puszczy Kampinoskiej. W ostatnich latach jego istnienia jeździło się po nim z duszą na ramieniu.

Kolej wąskotorowa od Wyszogrodu do Sochaczewa.

Po wysuszeniu kajaków, złożeniu ich i zapakowania do worków, wsiedliśmy do najprawdziwszej w świecie pasażerskiej ciuchci. Pociąg jak pociąg, całkiem normalny, tyle że wszystko nieco mniejsze, niż normalnie. I do tego zaprzężone w najprawdziwszy parowóz z dymiącym kominem. W Sochaczewie od wąskotorówki do normalnych pociągów był kawałek, biegiem przemierzaliśmy tę trasę, nosząc  na raty nasz liczny i ciężki bagaż.  Zdążyliśmy na czas. Nawet bilety dało się nabyć. 

Opowiadam o tym spływie co młodszym ze swoich znajomych, żałują, że już takiej przygody w podwarszawskiej puszczy przeżyć nie mogą.   I bardzo  dobrze, że po puszczy już tymi kanałami nie będziemy kajakować,. Myślę, że żałować nie mają czego. Powiedziawszy prawdę, kanały  nie są tym, co kajakowe tygrysy lubią najbardziej. Prawdziwym szlakiem kajakowym jest niezbyt szeroka rzeka i do tego kręta, o zmiennym krajobrazie otoczenia. Nie dziwnego, że w okolicach Warszawy takie sukcesy święci teraz Wkra w okolicach Pomiechówka, że pływa się po górnym Liwcu, a Świder powyżej Otwocka jest fascynująco piękny, Jeziorka powyżej Piaseczna podniecająca.

Kanał jest na ogół prosty jak linijka, a że brzegi ma wysokie, krajobrazu z kajakowego pokładu praktycznie nie widać. W Puszczy Kampinoskiej,  jak się uda, a powinno się zacząć udawać nawet dość szybko, będą niektóre kanały w różnych miejscach rozkopywane, aby pozwolić wodzie uciekać na okoliczne torfowiska, a kanałom dać szanse stawania się naturalnymi ciekami wodnymi. Ale i bez tego, przy dyskretnej pomocy gospodarzy Parku Narodowego,  kampinoska przyroda staje się coraz bardziej naturalna. Zmienił się albowiem krajobraz puszczański przez te sześćdziesiąt lat od mojego spływania. Ochrona przyrody zrobiła swoje i Puszcza Kampinoska dziczeje jak należy, powolutku stając się puszczą prawdziwą, a nie tylko z nazwy. W gruncie rzeczy, o to właśnie w tej całej ochronie przyrody chodzi, żeby puszcza była puszczą. 


Więc na zakończenie, jakby ktoś miał jakieś wątpliwości: oto zdjęcie z wycieczki dydaktycznej, jaką prowadziłem w deszczowy dzień majowy roku 2008 wzdłuż Kanału Zaborowskiego w obszarze ochrony ścisłej Żurawiowe.  Nie tak wyglądał ten kanał w czasie tego mojego spływu. Jak widać na załączonym obrazku tam nawet pieszo przejść nie jest teraz łatwo, a co dopiero myśleć o spływaniu kajakiem. I o to właśnie chodzi, proszę państwa...


…..................................



piątek, 26 kwietnia 2024

 Pałac Radziwiłłów w Jadwisinie


Ten urodziwy pałac w Jadwisinie powstał w roku 1898, projektował go francuski architekt Francois Arveuf, dopiero co przybyły do Polski ze swojej ojczyzny. Nie dość, że zdolny, do tego robotny to był architekt. W tym samym czasie, gdy Radziwiłłom stawiał ten pałacyk, stawiał też Epsteinowi pałac w Teresinie. Zupełnie w innej konwencji są oba zaprojektowane. Podejrzewam, że Francuz przyjeżdżał do Polski z obfitym portfolio, z którego zleceniodawcy wybierali gotowe projekty, wedle swojego gustu. Teresin w tym moim blogu już znalazł miejsce, przyszedł więc czas na Jadwisin. Budowla jest niewielkim cackiem, pałacyk raczej niż pałac, zbudowany  z czerwonej cegły ma  tynkowane naroża, fryzy, obramienia wejść i okien, swoim stylem nawiązuje do architektury francuskiej epoki renesansu. W zwieńczeniach szczytów dwa herby: Trąby Radziwiłłów i Ślepowron Krasińskich.  

Do Krasińskich należał szmat ziemi nad Narwią. Gdy w roku 1892 Jadwiga Krasińska wyszła za mąż za Macieja Radziwiłła, posiadłości te, wraz z pałacem, stojącym w Zegrzu nad Narwią,  wniosła do magnackiego rodu Radziwiłłów. Akurat w tym samym mniej więcej zasie władze carskie  uznały, że Zegrze ma o ważne położenie  strategiczne i nadaje się na lokalizację twierdzy. Właścicielom złożono więc propozycję nie do odrzucenia, przymuszającą  ich do odsprzedania  wysokiego brzegu rzeki w Zegrzu. Do  zegrzyńskiego pałacu wprowadzili się carscy generałowie. Młodzi małżonkowie zbudowali  dla siebie nowy pałac w nowym miejscu na wysokim brzegu Narwi. Od  imienia księżnej Jadwigi Radziwiłłowej z Krasińskich wziął nazwę Jadwisin. W – w miarę lat – osada wokół pałacu rozrosła się  co nieco, sporo o niej można opowiadać, a jest o czym. Ale ja nie o tym. 

W latach międzywojennych Jadwisin robił karierę jako letnisko. Nie on jeden na Mazowszu, nie jeden dziedzic próbował zarabiać w ten sposób. Wynajmowane były letnikom pałace, zamożniejszym i o znanych nazwiskach, w Sikórzu nieopodal Płocka i Rybienku koło Wyszkowa, w niedalekim od Jadwisina, nad Bugiem położonym Popowie koło Serocka. Letnisko w Jadwisinie koło Zegrza  reklamowane było jako najpiękniejsza miejscowość podwarszawska.

Radziwiłłów z Zegrza wysiudał rosyjski car, z Jadwisina wyrzucił ich komunistyczny rząd. Powstał Zalew Zegrzyński i zaroiło się od ośrodków wczasowych wokół niego, a pałacyk został jedną z rezydencji Urzędu Rady Ministrów. Na straży przy bramie wiodącej na zamknięty teren stali na warcie żołnierze w galowych mundurach. Podobno była to ulubiona rezydencja Józefa Cyrankiewicza, wieloletniego premiera rządu w czasach PRL. Dopiero dwadzieścia lat potem, jak Joanna Szczepkowska rozradowanym głosem poinformowała społeczeństwo, że w Polsce upadł ustrój komunistyczny,  jadwisiński pałacyk wrócił do prawnych spadkobierców. Z dość pokrętnymi zresztą meandrami to wracanie przebiegało. 

W 2016 roku Radziwiłłowie rezydencję odzyskali, ale od razu ją sprzedali. Podobno pałac w Jadwisinie nabyła inna szlachecka rodzina, specjalizująca się w prowadzeniu eleganckich hoteli. W Jadwisinie też ma powstać takie miejsce na ekskluzywne bale, wesela i uroczystości, na które stać będzie tylko bogaczy. Ile kosztował pałac? Ile na tym Radziwiłłowie zyskali? Wiadomo jedynie, że w tej licznej rodzinie spadkobierców jadwisińskiej posiadłości było ponad pięćdziesięciu!  Ciekawe, czy ci, co kupili pałac, nabyli też prawo do używania nazwiska Radziwiłłów w jego nazwie. Ile też w gotowce warte być może być tak sławne nazwisko?  

Wcześniej, w roku 1996 dziczejący, nie utrzymywany przez lata, park krajobrazowy wokół pałacyku został prawnie chronionym rezerwatem przyrody o nazwie Jadwisin. Tylko raz w życiu wszedłem na teren tego ogrodzonego rezerwatu; przez okazałą dziurę w ogrodzeniu rezerwatu  od rezerwatu Wąwóz Szaniawskiego w Jadwisinie. Byłem oczywiście przy tym pałacyku, którego wtedy broniły tylko tablice, informujące że to teren prywatny i wchodzić tam się zabrania. A ja, jak prawdziwy Polak, nie tylko minąłem te tablice bez drgnienia powieki, a potem i obszedłem pałacyk dookoła.

Dawno to było, późnym latem roku 2013. Zobaczyłem wtedy jak ładne jest to dzieło francuskiego architekta. Który pojawił się u nas jakby tylko po to, aby nam tutaj, na Mazowszu, te dwa pałace postawić; tamten w Teresinie i ten Jadwisin. Trzy lata później już nie żył.  Nie znalazłem jego portretu w Wikipedii. Ona zresztą i daty śmierci architekta nie jest pewna. Pewnie już nigdy w Jadwisinie  nie będę. I nie wiem, czy remont już się skończył.  Czy do rezerwatu nadal wchodzi się przez dziurę w płocie, czy jakoś normalniej? Czy na pałacyk można legalnie spojrzeć z bliska, robić mu zdjęcia? Niczego nie wiem. Ale –  byłbym wdzięczny, gdyby ktoś z oglądających ten mój blog zechciał o tym napisać w komentarzu do tego postu. 

..........................................................

niedziela, 7 kwietnia 2024

Zamczysko w Puszczy Kampinoskiej


Tegorocznym przedwiośniem  zawędrowałem tam znowu. Jak zawsze   z radością. Nie da się zaprzeczyć, miejsce jest fascynujące. Jedno z tych najbardziej. Nie liczyłem  swoich odwiedzin w Zamczysku, było wiele, każde było inne, najbardziej zapamiętałem ten raz pierwszy. To było w początku lat sześćdziesiątych XX wieku, łatwo obliczyć, że przed sześćdziesięciu mniej więcej laty. W tamtych czasach wycieczka do Zamczyska  była prawdziwą wyprawą. Jechało się pekaesem, podmiejskim autobusem PKS, czyli  Polskiej Komunikacji  Samochodowej. 
 
Pekaesy po II wojnie światowej obsługiwały setki linii autobusowych w Polsce, kilkoma można było dojechać do miejscowości wokół Puszczy Kampinoskiej, np. do Leoncina, Truskawia i Leszna, do Brochowa także. Z tamtych czasów  pamiętam jeden szczególnie model, w którego wnętrzu, po prawej stronie od kierowcy znajdował się silnik, a po prawej stronie od niego był fotel dla konduktora, który sprzedawał bilety. Czy to był jeszcze jugosłowiański Sanos, czy sanocki San, tego nie pamiętam, ale wiem teraz, jak wielkim było z mojej strony zaniedbaniem, że ja tego wszystkiego nie sfotografowałem. Bardzo  pouczającą pamiątką byłyby teraz te zdjęcia.. 
 
W tamtych, dawnych czasach, autobusowa jazda ku Zamczysku zaczynała się na dworcu autobusowym na Żytniej w Warszawie, podmiejskie kursy miały  część osobną, nosiła nazwę Dworzec Wola. Jak wyjeżdżało się z Warszawy, kończył się asfalt, a zaczynała szosa wybrukowana kamieniami polnymi, które nazywano pieszczotliwie kocimi łbami, trzęsło na nich niemożebnie. Nie pamiętam gdzie dokładnie zaczynał się ten bruk w Warszawie, na pewno po nim właśnie dojeżdżało się do Leszna. Dalej, w stronę Kampinosu, prowadziła  już tylko zwykła żwirówka, po której, jak zawiało, wiatr nosił tumany kurzu.

W Lesznie zaczynał się szlak niebieski. Od przedwojny się zaczynał, wyznakowano go w latach dwudziestych XX wieku i jak się zdaje od tamtych czasów do Zamczyska niezmiennie prowadził tak samo, jak teraz.  Stamtąd więc się chodziło. Od Kampinosu dojść też było można, ale już nie za bardzo, dojazd był trudniejszy, bo autobusy do Kampinosu chodziły i owszem, były chyba nawet dwa dziennie o ile mnie pamięć nie myli,  ale jechały nie z Warszawy, a z Żyrardowa. Po drodze miały stację kolejową w Teresinie, do którego trzeba było z Warszawy dojechać pociągiem sochaczewskim bardzo wcześnie rano. Co tu mówić: dla warszawiaków to była wyprawa. Jak z Krakowa w Beskidy.  

Swoje pierwsze odwiedziny Zamczyska świetnie pamiętam, choć nie pamiętam dokładnej daty; w swojej młodości nie zdajemy sobie sprawy z tego, że kiedyś, wiele lat później, może to mieć jakieś znaczenie. Ale doskonale pamiętam, że była wtedy pełnia młodego  lata, upał ogromny, a komary dziabały  nieprawdopodobnie. Jakby specjalnie przez tajemnicze siły zostały nasłane na mnie, aby bronić przed przybyszem ukryte pośród puszczy jedno z najbardziej tajemniczych miejsc Kampinoskiego Parku Narodowego –   wczesnośredniowieczne grodzisko, zwane Zamczyskiem. 
 
O przedwiośniu, gdy jeszcze nie ma zieleni, zarysy gródka widać najlepiej.


Grodzisko to jest najstarszym zabytkiem podwarszawskiej puszczy. Wspaniały zabytek czasów minionych. Dla wyobraźni znakomite ćwiczenie. Dla profana nic tylko kupa ziemi.   Dwa wały i dwie fosy strzegą grodziszcza. Archeolodzy datują gródek na wiek XIII, mówi się też o stuleciu wcześniejszym. Żywe jeszcze były wówczas tradycje fortyfikacji plemiennych. W tym grodzie o niewielkich rozmiarach była prawdopodobnie osada ludzka. 
 
Tablica, umieszczona na Zamczysku przez służby parku narodowego.

Od lat opowiadano, a wszyscy piszący o Puszczy Kampinoskiej o tym wspominali, że na Zamczysku  królowa Bona miała swój zamek, że od dworu w Kampinosie płynęła do niego w łodzi, a zamek ten był dobrze przed innymi zakryty, bo sprytna Włoszka trzymała w nim swoje skarby. Jak wyjechała potem do swojej Apulii, to tych skarbów z zamku pod Kampinosem nie wzięła. One były dobrze zakopane, żeby nikt ich nie znalazł. Po ostatniej wonie światowej, tuż po roku 1945, wciąż ludzie wciąż tam chodzili i kopali nieustannie, żeby tych ukrytych skarbów się dostać. Co się tutaj znajdowało? Tego nie wiadomo. Może to był gródek myśliwski? Może miał służyć jako refugium, schronienie na wypadek wojny dla mieszkańców kasztelańskiego gródka, który znajdował się nad Utratą koło Błonia i to jeszcze jeszcze zanim powstał gród nad Wisłą w Warszawie?   

Przed wielu laty to było, właśnie na Zamczysku zobaczyłem  małżeńską parę, siedzącą na zwalonym drzewie, jedno z nich na głos sobie i współmałżonkowi czytało opis okolicy, trzymając w ręku  mój przewodnik po Puszczy Kampinoskiej. W swoim życiu wyszło już  kilka wydań przewodnika po tej puszczy, w roku 1971  ukazało się  pierwsze. Ale tylko raz jeden spotkałem w terenie kogoś, kto korzystałby z mojego pisania. I to był ten jeden raz. Nie mogłem się powstrzymać od przyznania się, że to ja jestem autorem tej książeczki i że oni są pierwszymi w moim życiu turystami, jakich z moim przewodnikiem w ręku spotykam w plenerze w swoim życiu.

Jakiś czas później miałem spotkanie autorskie w bibliotece w Grodzisku Mazowieckim. Podeszli tam do mnie oboje, spotkani na Zamczysku i się przypomnieli. I poprosili o autograf. Bo – jak powiedzieli mi teraz – tak ich tam wtedy to spotkanie z autorem na Zamczysku zaskoczyło, ze zapomnieli o prośbie o autograf. Upłynęło od tego czasu znowu dobrych lat kilka. Wciąż chodzę po Puszczy Kampinoskiej. I nadal nie spotykam nikogo w moim przewodnikiem w ręku. A przecież wiem, że dociera do ludzi, że nakłady się sprzedają. Na różnych spotkaniach autorskich przychodzą ludzie z tymi moimi przewodnikami, niektórzy przynoszą nawet bardzo stare wydania, dawno już nieaktualne. Żeby mi zrobić przyjemność, że taką się u nich cieszą estymą. 
Bezśnieżna zima, 27 lutego. Pomost widokowy na Zamczysku.
 
Ładny pomost dla zwiedzających wybudował tam park narodowy, dzięki niemu na zarys grodziska lepszy mają widok zwiedzający rezerwat turyści, a i przyroda ma lepiej, bo nikt nie  zadeptuje otoczenia. A ważną ono odgrywa rolę. O przedwiośniu, zanim rozwinie się bujność zieleni otaczającego grodzisko rezerwatu, najlepiej widać zarys wałów i fos puszczańskiego gródka. Wczesną wiosną dno rezerwatu zamienia się w zawilcowy kobierzec. Najładniej jest kolorową jesienią,  dno lasu zaścielają wtedy opadłe, barwne liście. Towarzyszące temu tekstów zdjęcia są z pór roku w których jeszcze nie ma zieleni, ale to zdjęcia kolorowe, tak zareagował na barwy przedwiośnia i bezśnieżnej zimy komputerek mojego smartfona. Po kolory to ja przyjeżdżam tu o innej porze roku. A gdy chcę sfotografować jeden z rosnących wokół grodziszcza dębów szypułkowych, aby pokazać ogrom drzewa, proszę kogoś ze zwiedzających rezerwat bliźnich w turystyce, aby stanął gdzieś obok fotografowanego olbrzyma.I jest on wtedy naprawdę olbrzymi...
 
Przedjesień. Dąb ma około trzystu lat. Olbrzymowi towarzysząca pani jest młodsza o lat 260...

Wyjątkowo urodziwe to miejsce. Ma jeszcze jedną zaletę: nie da się do niego dojechać samochodem. I bardzo dobrze! Dojść trzeba. Wielu zwiedzających dojeżdża tu na rowerach. Tak, wiem, że to wygodniej, że szybciej, sprawniej. Ale... wydaje się, że odwiedziny Zamczyska powinny byś swego rodzaju pielgrzymką. Bo jest ono czymś  w rodzaju sanktuarium. Szlaki, którymi się tam dociera, urodne są wcale bardzo. I warto czasem  na czymś po drodze oko zawiesić z baczniejszą uwagą i radością. Bo jest na czym. A jak wiadomo, stara prawda głosi, że przyjemność ze zwiedzania jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości z jaką się zwiedza. Ot co...