wtorek, 7 stycznia 2020

O Mazowszu 
w kilku pytaniach i odpowiedziach

Kilka interesujących pytań na temat Mazowsza zadał mi Tomasz Leszkowicz z internetowego magazynu historycznego https://histmag.org. Być może moi czytelnicy nie trafili do tego blogu historycznego, tutaj więc, u siebie, w "Mazowszu z sercem" wszystko to podaję, kilkoma fotografiami tekst pytań i odpowiedzi ubarwiając. 


Wspomnienie wielkich chwil księstwa mazowieckiego: ruiny zamku w Czersku. Fot.L.Herz




- Mazowsze w średniowieczu posiadało swoją odrębność państwową, było "obok" Wielkopolski i Małopolski. Czy odrębność tę widać do dzisiaj?

Przez całe wieki Mazowsze było inne, niż reszta Polski. Decydował o tym przede wszystkim zamieszkujący je lud. Miał odrębną władzę, obyczajowość, ubiór, budownictwo. Ale krajobraz Mazowsza niewiele się różni od sąsiadujących z nim od zachodu Kujaw i Wielkopolski, Podlasia od wschodu.
Ta nizina to typowy rolniczy krajobraz kulturowy i oglądając te ziemie na satelitarnej mapie, łacno się o tym można przekonać, że taka sama gęsta siatka prywatnych własności polskich rolników znajduje się niemal wszędzie. Mazowsze było zawsze krainą rolniczą. Miast wielu tutaj nie było, mieszczaństwa prawie w ogóle. 


Całe wieki trwało to w stanie niemal niezmienionym i chyba odrębność polityczna książąt mazowieckich nie zaciążyła na tej ziemi, gdy władza książąt odeszła już w przeszłość. Jak i całej Europie, tak i tutaj wszystko tak naprawdę zaczęło się poważniej zmieniać dopiero pod koniec wieku XVIII. A gdy upadła Rzeczpospolita, Mazowsze znalazło się pod panowaniem rosyjskim i rosyjskość padła cieniem nie tylko na zewnętrznym obrazie Mazowsza, ale i na obyczajowości. Już niemal wiek temu odzyskała Polska niepodległość, a wciąż trwa to, co zaborcy po sobie pozostawili; różnice między Mazowszem, Wielkopolską i Małopolską są widoczne. Obyczajowość także jakby nieco inna. Poznaniak, Krakus i Warszawiak to trochę inne nacje.
Obie światowe wojny mocno nam krajobraz i obyczajowość przeorały, Polska Ludowa też sporo od siebie dołożyła,  unifikując krajobraz i ludzi. Drewniana  wieś odeszła w przeszłość w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku  i dzisiaj regionalna odrębność budownictwa wiejskiego widoczna jest już tylko w skansenach, a powszechny do niedawna eternit zastąpiły już dachówki i w nowo budowanych domach są takie same na całej polskiej ziemi. Komuna po miastach  pozostawiła nam w spadku  blokowiska, a po wsiach pegeerowskie bloki. Ale wciąż jeszcze czaruje niezwykłą atmosferą willegiatury zaludniona letniskowo (i to jeszcze przed 1939 rokiem) dolina Liwca koło Urli. Pól uprawnych jest jednak coraz mniej na Mazowszu, rolnictwo na lichych zwłaszcza glebach przestało się opłacać, pewnie dlatego z okien pociągu można zobaczyć coraz więcej nieużytków i wkraczające na nie forpoczty lasu oraz żerujące wśród nich stadka zgrabnych  saren i coraz liczniejsze dostojne żurawie. 


- Warszawa jest stolicą Mazowsza, ale gdyby miał Pan wskazać alternatywne "serce" tego regionu, to które miasto by Pan wskazał?

Płock, to oczywiste. Ze względu na swoje położenie, zabytki i historię,a  i to również, czym miasto jest nadal, żywym i prężnym ośrodkiem kulturalnym. Ma swój wyraz i dumę.  Jakże żałuję, że książęta mazowieccy nie wybrali na swoje centrum plemienne okolic ujścia Narwi do Wisły,  pięknie położone byłoby to miasto, dokładnie w samym środku regionu. Ale mazowieccy książęta  byli kłótliwi, za wielu ich było, każdy ciągnął w swoją stronę, jeden w stronę Płocka, inny ku Ciechanowu, jeszcze inny ku Czerskowi, albo Rawie. Tak to ci widocznie ci Piastowie mieli, nie tylko na Mazowszu, jak wiemy na Śląsku również. Mazowieccy Piastowie przynajmniej wyrwali przy Polsce.





Co łączy te miasta?  Od góry - Płock, Pułtusk, Mława, Łowicz, Mińsk Mazowiecki. Fot.L.Herz 

  - Mazowsze to Płock i Ciechanów, Ostrołęka, Rawa  i Łowicz. Czy jest coś, co łączy te miasta i miasteczka? 

Niekoniecznie. Nie ma w nich niemal niczego, co można by określić jako specyficzną "mazowieckość". Niemal każde z nich ma coś innego, inną szatę architektoniczna, inną duszę. Płock do Ciechanowa całkiem niepodobny. Mława, Grójec i Pułtusk są par excellence mazowieckie, choć każde jest inne; wystarczy pobyć w nich choćby chwilę i już się tę inność wyczuwa. Rawę i Łowicz przydzielono dzisiaj do województwa łódzkiego, stricte mazowiecka Łomża znalazła się w województwie podlaskim, zasię mazowieckie województwo wzbogaciło się o podlaskie Siedlce i historycznie małopolski Radom; na naszych oczach został dokonany kolejny zabór Polski i już pozostawia trwały ślad w ludzkiej świadomości. Opolszczyzna umiała wywalczyć swoją odrębność, w środkowej Polsce wyszło nam z tym nie najlepiej. Łowicz od lat ciąży ku Łodzi, mieszkańcy otaczających go księżackich wiosek - takie odniosłem wrażenie po licznych rozmowach z miejscowymi - nie czują specjalnego związku z Warszawą, chociaż ich ludowa kultura, stroje przede wszystkim, są tak mazowieckie, jak i mazowiecka jest Warszawa. Rawa Mazowiecka jest mazowiecka w nazwie,  a autobusowych kursów (połączeń kolejowych nie ma) jest stamtąd więcej do Łodzi, niż do Warszawy.

- Czy pojawienie się kolei na Mazowszu w XIX wieku  zrewolucjonizowało ten region?

Bezwzględnie tak. Niemal wszędzie tam, gdzie pojawiły się tory kolejowe w ślad za nimi szła zabudowa, tak mieszkalna, jak i przemysłowa. Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska dotarła do Grodziska w 1845 roku i zanim zadomowił się w nim przemysł, Grodzisk Mazowiecki był letniskiem i uzdrowiskiem. Mało kto o tym pamięta, prócz grodziszczan oczywiście. Gdyby nie ta kolej żelazna nie byłoby mazowieckiego przemysłu, na przykład lniarskiej potęgi Żyrardowa, swoimi produktami obsługującej całą Rosję, aż po Ocean Spokojny.
W roku 1877  w kierunku Lublina ruszyła z Warszawy linia kolejowa, zwana Drogą Żelazną Nadwiślańską. Rozniosła się wtedy w Warszawie sława wspaniałego  mikroklimatu sąsiadującej z koleją okolicy. Letniskowa sława podwarszawskich okolic  tam się zaczęła, w Aninie, Radości, Otwocku. Tamte  letniskowe osiedla pośród rosnących na piaszczystych wydmach sosnowych borach wciąż trwają, zmienione dzisiaj w podmiejskie podwarszawskie osiedla sypialniane, złożone głównie z jednorodzinnych domów i willi.
Na wschodnich przedpolach Stolicy, za rogatkami warszawskiej Pragi, zbudowana w roku 1862 Droga Żelazna Warszawsko-Petersburska zaraz po uruchomieniu uruchomiła boom budowlany. Do Zielonki i Wołomina zrazu przybywali letnicy, bo okolica była ładna, lecz wkrótce potem zaroiło się od robotników, bo w Wołominie powstała huta szkła. A że gleby wokół kolei nie najlepsze, z czasem do osiedli koło kolei ściągnęli rolnicy, zmieniając się niebawem w nieznaną przedtem klasę społeczną, zwaną chłoporobotnikami. Nie tyko tam i nie tylko dawniej.
Kolej jest nadal motorem zmian. Exodus ludności wiejskiej ku kolei trwa nadal. Jednym z klasycznych przykładów tego zjawiska jest Osieck na południowo-wschodnim Mazowszu. Miał w przeszłości prawa miejskie, od dziesięcioleci jest już wioską, ale charakter miasteczka wciąż zachowuje. Jest rynek obszerny i ulice wychodzą z jego rogów jak trzeba, ale mieszkańców  ubywa. W 1997 roku miejscowy proboszcz, ks.Eugeniusz Matyska załamywał nad tym ręce. "Dzieci jest coraz mniej. Obecnie więcej umiera, niż się rodzi. Parafia się gwałtownie starzeje. Pełno domów już wymarłych. Wykupują je warszawiacy na domki wypoczynkowe na lato. Często młodzi ledwie pobiorą się, a już budują sobie domy w Pilawie lub w Celestynowie w zależności, z której strony mieszkają". Ta ucieczka ku kolei trwa nadal. Osieck powoli umiera. W weekendy do Osiecka nie dociera żaden autobus, do stacji kolejowej w Pilawie jest 10 km. Najbliższe taksówki są w Garwolinie.




Zmienia się wieś mazowiecka. Na dachach słoma, eternit, dachówki. Zdjęcia z lat 1994-2016. Fot.L.Herz

- Wiele dziś mówi się o tym, że wbrew "blaskowi Warszawy" Mazowsze to region biedny i wymagający pomocy. Czy zgodzi się Pan z tą opinią?

Od czasów budowy kolei terespolskiej - pisała mi niedawno znajoma, mieszkająca w Mrozach przy tej linii - wszyscy zapragnęli mieszkać jak najbliżej kolei, ale koniecznie na południe od niej. Tak więc tak położone  Podciernie, niedawno uboga wioseczka, teraz pysznią się potężnymi domiszczami, natomiast na północ od Mrozów i Kałuszyna, w  tej samej mniej więcej odległości od kolei, 5-10 km, krajobrazy są uroczo wiejskie i sielskie, wioski z rzadko rozrzuconymi chałupami, stare krzyżyki na rozstajach, bocianie gniazda, płoty ze sztachet, stare sady, polne drogi... I ani jedno przydrożne drzewo nie okaleczone piłą. Pewnie się tam żyje biedniej, ale może godniej?
Jechałem niedawno tą trasą. Prowadzi przez powszechnie uchodzące za ubogie tereny wschodniego Mazowsza. Nowoczesny podmiejski pociąg był naszpikowany elektroniką, a za jego oknami  widniał krajobraz pełen nasyconej deszczem zieleni, zaś pośród niego imponowała jednorodzinna zabudowa. W żadnym razie nie był to widok ubogiego, wschodniego Mazowsza. Wioski zmieniły się już w osiedla, a domy w nich porządne nad wyraz, nakryte dobrą dachówką, otoczone zadbanymi ogrodami, ogrodzone świetnymi ogrodzeniami. Polska jawiła się nam jako kraj może nie bogaty, ale bardzo dostatni. Ta dostatniość rzucała się w oczy. Jakoś nie bardzo ten widok kojarzył się nam z powszechnym, narzekaniem. Niedawno ze zdumieniem przeczytałem, że ok.70 % Polaków uważa się za szczęśliwych. Na tym jakoby biednym Mazowszu również. Zadziwiające.
Przecież jednak są okolice, w których żyje się niełatwo, są jeszcze części Mazowsza, które domagają się pomocy i wciąż szukają swojego sposobu na życie, bo gleby są kiepskie, rolnictwo sensu wielkiego nie ma, przemysłu w okolicy żadnego nie ma, do miasta daleko i publiczna komunikacja jest beznadziejna.

- Wycieczkę w które miejsce zaproponowałby Pan typowemu "warszawskiemu słoikowi" z innego regionu na "dobry początek" przygody z Mazowszem?

Według przeprowadzonych ostatnio badań zdecydowana większość tzw."słoików" przybyła do Warszawy z mazowieckiej prowincji. Swoją przygodę z Mazowszem zaczęli więc już w dzieciństwie, jakże swojakom tę prowincję pokazywać? Że: swego nie znacie? Albo że: najciemniej jest pod latarnią? Od czegoś jednak zacząć trzeba. Może więc zacząć od tego, czego na pewno obok siebie nie mieli. 






Dwa mazowieckie hity: Żelazowa Wola i Kampinoski Park Narodowy. Fot.L.Herz

Na początek polecam wycieczkę do muzeum w domu urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli i potem odwiedziny w sąsiadującym z nią  Kampinoskim Parkiem Narodowym; w Granicy koło Kampinosu jest wygodny leśny parking, interesujące puszczańskie muzeum w plenerze (w l.2019-20 częściowo w remoncie i przebudowie) i są trasy  przechadzkowe, a dużej urody żółto znakowany szlak dla pieszych po godzinie wędrówki wśród starych sosnowych borów doprowadza od Granicy do zabytku przyrody i historii, do wiekowego Dębu Powstańców Styczniowych.    

poniedziałek, 9 grudnia 2019



Oj... niedobrze, panie bobrze 
Bobrów mazowieckich blaski i cienie


Niełatwe nastały czasy dla mazowieckich bobrów.


        Że  obecność bobrów pośród naszej przyrody wzmacnia jej wartość, dawałem wyraz w swoich publikacjach i książkach. Wydawało mi się, że  bóbr został już zdecydowanie uratowany dla naszej przyrody, chociaż jest gatunkiem wciąż zagrożonym. Aktualizując teraz swoje książki powinienem dopisać, że oto zagrożenie  nadeszło właśnie ze strony urzędu powołanego do ochrony pozytywnej działalności bobrów. Nie ulega wątpliwości, że sytuacja bobra w Polsce wymaga poważnej dyskusji i nie tylko na naszym, lokalnym, mazowieckim podwórku. Ale czy można wyrazić zgodę na rzeź naszych  mniejszych braci?  Święty Franciszek też nie byłby z tego zadowolony. A prócz tego, last but not least, również politycznie to nie jest dobry pomysł. A jednak planowane jest zabijanie bobrów tej zimy. Bo to dobra pora dla zabójców. Bobry właśnie zaczynają zimowy sen, można je będzie zabijać , hurtem po prostu, całymi rodzinami, śpiące obok siebie, przytulone, żeby było im cieplej... 

     Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Warszawie Arkadiusz Siembida postanowił wydać zarządzenie – jeszcze przed końcem roku 2019  – zezwalające na podstawie odpowiednich artykułów ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody, na czynność umyślnego płoszenia, umyślnego niepokojenia i umyślnego zabijania bobra w kilkudziesięciu terenach łowieckich Polskiego Związku Łowieckiego na terenie województwa mazowieckiego. Zezwolenie to, tyczące 1460 osobników, może być realizowane w miejscach (tak zapisano w dokumencie: może, czyli nie musi akurat tam), w których bobry powodują znaczące szkody poprzez podtapianie gruntów oraz niszczenie płodów i upraw rolnych, infrastruktury technicznej i innych rodzajów mienia.

      Np. w gminie Dzierzgowo planuje się likwidację 50 bobrów. Tam bobry bytują głównie na Orzycu, wąską strugą uregulowanego kanału płynącym w szerokiej, zmeliorowanej dolinie pośród łąk. Przypuszczam, że bobry zaczęły  renaturyzować dolinę, naprawiając to, co zniszczyli melioranci. W gminie Żuromin planuje się zabicie aż 110 bobrów, wszystkie żyjące w  myśliwskich rewirach  pośród zmeliorowanych łąk koło Wólki Kliczewskiej i Nadratowa. Wystarczy rzut oka na mapę: tam bobry przywracają przyrodzie  rozległy teren, zatrzymując wodę, gdzie tylko się da.  W gminie Brok planuje się zabić 20 bobrów na terenie Bojan. Byłem tam niedawno, upalnym latem, zastałem wstrząsającą suszę, panująca tam w dolinie Bugu. Wydaje się, że w Bojanach nie ma żadnych realnych podstaw do uznania ich za szkodniki, one gospodarują na Bugu i kilku starorzeczach na jego tarasie zalewowym, tam może więc chodzić tylko i wyłącznie o sprawienia przyjemności myśliwym.  
  
     To jest obłęd prawdziwy – napisał mi Arkadiusz Szaraniec –   aby w czasach corocznej katastrofalnej suszy ukatrupiać bobry, które - jako jedyne stworzenia - nas przed tą suszą ratują . I nas, i siebie, i swój biotop, i rolnictwo.  Dodam, że Wody Polskie tylko w zeszłym roku zleciły zniszczenie (i opłaciły sowicie) ok 200 tam bobrzych, czyli naturalnie utworzonych zbiorników wody, bogatych w życie wodne i nabrzeżne, i okoliczne - mgły "nawadniają" okolice w okresie upałów, co sam wiele razy widziałem. Uczestniczą w tym procederze i to gromadnie także leśnicy (!), którzy nawet na obszarach chronionych przebijają tamy rurami, by woda schodziła do "pożądanego" poziomu.  

    „To smutne, wręcz tragiczne, jak się w tym kraju ludziom pomieszało w głowach – pisała Maria Kaniewska.  – Prawdę mówiąc, żadne dzikie zwierzątko w Polsce (no, może właśnie poza dzikiem), nie naniszczyło tylu drzew i nie zmieniło tak radykalnie krajobrazu jak bobry.  To pewne jak amen w pacierzu, że jeżeli uchyli się furtkę do zabijania, bobry nie będą miały szans. To zadziała jak "lex Szyszko". Już pojawiają się reklamy cudownego leku z tłuszczu bobra (zresztą i pana Sienkiewiczowa Jagienka zdobywała srom bobrowy), ktoś napisał o afrodyzjaku, Szyszko postulował, że warto by polować też na drozdy (pewnie chodziło o przyrządzanie wg przepisu pani Ćwierciakiewiczowej pasztetu z kwiczoła - należało go utłuc w moździerzu), chłopi chcieliby zabijać żurawie, bo im niszczą zasiewy... Im głupszy pomysł, tym się bardziej niektórym podoba”.


    Za straty wyrządzone przez bobry budżet musi płacić 7-10 mln zł rocznie. Natomiast zyski,  jakie mamy dzięki tym zwierzakom to przynajmniej 100 mln euro!!! Tyle wartą robotę wykonują dla nas co roku. Dlatego nie wolno ułatwiać strzelania do bobrów tak jak chce resort środowiska. Bobry się nam opłacają!!! - krótko i węzłowato napisał Adam Wajrak na facebooku. 
Kanadyjski pejzaż w mazowieckiej Puszczy Białej. Pośrodku rozlewisk widoczne jest żeremie.


      Do moich ulubionych książek o zwierzętach należały w dzieciństwie "Sejdżio i jej bobry" oraz "Pielgrzymi puszczy", napisane przez Grey Owla, trapera z dalekiej Kanady. Zaczytywałem się „Kanadą pachnąca żywicą” Arkadego Fiedlera, później fascynowałem się książką „Nad rzeką bobrów” Erica Colliera. Te książki kształtowały wyobraźnię. Och, jakże chciałem wtedy pojechać tam, na północ Ameryki, do tej pachnącej żywicą Kanady, gdzie bobry budują swoje tamy i żeremia. Aż przyszedł czas, gdy Kanada przyszła do nas, na Mazowsze.

     Bobry od ponad trzydziestu lat są na Mazowszu naszymi bliskimi sąsiadami. Zobaczyć je niełatwo, swoje mieszkania zwierzęta opuszczają najchętniej dopiero o zmroku, a razem z brzaskiem dnia umykają przed ludzkim okiem i pewnie wiedzą, co czynią, bo to mądre zwierzątka. Najczęściej pozostają nam do oglądania powalone przez bobry drzewa, ogryzione z kory pnie oraz, jak nożem ścięte, gałązki krzewów. 

       Nie było bobrów  pod Warszawą przez blisko dwieście lat. W roku 1835 ostatniego bobra ubito w majątku Góra nad Narwią w sąsiedztwie Jabłonny. A kiedyś słynęły z obfitości mazowieckie gony bobrowe. Ich powrót  należy do największych osiągnięć człowieka w dziedzinie ochrony przyrody w naszym regionie. Zadomowiły się nadzwyczajnie. To osiągnięcie zawdzięczają wyłącznie sobie, swojemu uporowi i zdolnościom.  


Bóbr zdjęty obiektywem Adama Wajraka. Ten to robi zdjęcia!


        Po drugiej wojnie światowej w granicach Polski przetrwały tylko nieliczne bobry. W roku 1974  Rada Ochrony Przyrody uchwaliła program ochrony bobra. Utworzono rezerwaty, zaczęto je hodować  w Popielnie na Mazurach, później rozpoczęło się  wprowadzanie bobrów na właściwe dla nich siedliska w różnych częściach Polski. W sąsiedztwie Warszawy również: w roku 1980 wpuszczono bobry na bagna Puszczy Kampinoskiej, wkrótce potem znalazły się nad Wilgą i nad Rawką. Już bez pomocy człowieka Narwią przywędrowały bobry znad Biebrzy. Rojno się porobiło nad mazowieckimi ciekami wodnymi, bo nie tylko rzeki bobry zasiedliły, spotykane są nawet nad kanałami melioracyjnymi, a ślady ich żerowania nie są niczym nadzwyczajnym na Wiśle w granicach Warszawy.  



    Obecność bobra w przyrodzie znacznie podnosi wartość emocjonalną terenu. Także dlatego, że odtwarza korzystne warunki bytowania dla wielu innych cennych gatunków fauny, że budując tamy hamuje spływ wód roztopowych i opadowych tworząc naturalny system retencyjny, nawilgotniając przesuszone terytorium Polski.  Mieszkają bobry głównie w norach, wydrążonych w stromych brzegach rzek,  kanałów i jezior. Rzadziej spotykane są  żeremia, jak nazywane są domki bobrowe, budowane przede wszystkim tam, gdzie jest na tyle wystarczająca baza paszowa, iż bobry  zamierzają tam pozostać na dłużej. Żeremie można zobaczyć gołym okiem, jeśli jest świeżo zbudowane, starsze albowiem żeremia są porośnięte roślinnością i już nie wyróżniają się z otoczenia.
    
   
Ogromne żeremie na strudze koło Puszczy Mariańskiej

   
Tama bobrza koło Lipkowa w Kampinoskim Parku Narodowym

Tama na Korabiewce koło Bartnik podnosi poziom wody w strudze o kilka metrów.



     Człowieka zwęszy bóbr pod wiatr z odległości trzystu kroków!  Bywa również inaczej.  Przyjaciele poszli na przechadzkę na Powiślu i pośrodku zimowego, lutowegodnia, tuż przed samym południem, mieli „bliskie spotkanie” z bobrami w okolicy „płyty desantowej”, tuż przy szpetnych budach piwnych, a pomimo spacerowiczów i towarzyszącym im psów dwa bobry dały się długo podziwiać. Ona wstydliwie kryła się w wodzie za gałązkami. On? [wypasiony] bezwstydnie patrolował brzeg pływając pod prąd i do swojej małżonki powracając pod wodą. 
   
    Środowisko ma z obecności bobra korzyści więcej, niż szkód, aczkolwiek trzeba przyznać, iż w tej chwili bobry w wielu miejscach stały się już problemem, podtapiając wiejskie zagrody, pola uprawne i drogi jezdne. Tworząc rozlewiska i jeziorka, urozmaicają nasz pejzaż, woda bowiem bardzo „ubiera” środowisko, przy okazji odtwarzają korzystne  warunki bytowania dla wielu cennych gatunków fauny i flory.  Działalność bobrów może zapoczątkować proces renaturyzacji sztucznie uregulowanego przez człowieka cieku wodnego. Kopanie nor i kanałów, jak również tworzenie rozlewisk, inicjują naturalne procesy bagienne. Niestety, są i negatywy, trzeba o nich też wspomnieć. Kopią bobry swoje nory w groblach hodowlanych stawów, a dla hodowców  ryb to nieszczęście. Swoje mieszkalne nory bobry chętnie też kopią w nadrzecznych wałach ochronnych. Na takie przypadki (i dziesiątek innych)
niekoniecznie trzeba sięgać po broń palną, chociaż - przyznać trzeba - diabeł kusi i zachęca, więc po broń sięgnąć łatwiej i ubicie zwierzaka szybciej sprawę załatwia. 
 
W ręku turystki znajduje się  wnyk na bobra, umieszczony na grobli stawu na Całowaniu. Założono go przy norze, przymocowano do wbitego obok kołka. Na zdjęciu widać kilka takich kołków, wnyki znajdowały się przy każdym.


     
Wymieniając listę pożytków, płynących z obecności bobra (prócz futerka, pozyskanego przez łowcę w świetle prawa, lub to prawo omijającego),   należy wspomnieć, iż bobry hamują spływ wód roztopowych i opadowych oraz erozję gruntów przybrzeżnych, oraz fakt, iż dzięki bobrom są szanse na podwyższanie obniżającego się systematycznie od kilku lat poziomu wód gruntowych. Na podtopionych brzegach rozwijają się nowe zbiorowiska roślinne, dzięki bobrom odtwarzają się naturalne drzewostany i zarośla, a w strefach przejściowych na brzegach nowo powstałych stawów występuje bogata roślinność, wszystko to sprzyja rozwojowi przeróżnych  bezkręgowców, które z kolei stanowią pożywienie dla wielu gatunków ryb, płazów, gadów i ptaków.  Rozlewiska bardzo chętnie odwiedzane są  przez wydry i łosie, jelenie i dziki. Fachowcy obliczyli skrupulatnie, iż ogólny przyrost biomasy roślinnej wywołany gospodarką bobrów jest większy, aniżeli ubytek masy drewna wywołany zgryzieniami. 

Bobrza robota w dolinie Rawski w Puszczy Bolimowskiej

       Bobry pracują na ogół tylko nocami, jak wytrwali drwale umieją położyć pokotem znaczne powierzchnie zagajników, sąsiadujących z ich wodnym terytorium. Czasem można zobaczyć ogromne nieraz drzewa, które zwierzątka usiłują ściąć, potężne topole i nawet dęby. Już na pierwszy rzut oka widać, że to zabieg daremny, że za żadne skarby tych olbrzymów bobrom nie uda się powalić. Po co to one robią? To, co najsmaczniejsze, znajduje się na górze drzewa, ta młoda kora, te młode gałązki, świeże listki. Co się da, ze zrębu zostanie chybko sprzątnięte, zaciągnięte dla umocnienia tamy, jesienią zmyślnie przytwierdzone do dna rzeki, aby w zimie  bóbr mógł korzystać z takiej spiżarni bez konieczności przebijania lodu i wypływania na zmrożony, zimowy świat. 
    
      Zdawać by się mogło, że bóbr jest uratowanym dla naszej przyrody, chociaż nie do końca, gdyż nadal jest gatunkiem zagrożonym.  Okazało się, że najgorsze może przyjść ze strony tych, którzy przez społeczeństwo zostali powołani do jego ochrony.


    Polecam w internecie: https://studioopinii.pl/archiwa/193452



  

czwartek, 21 listopada 2019

Z teki krajoznawcy: wspomnienia jesienne.

Kapliczki przydrożne
Kapliczka słupowa w Sobienkach koło Osiecka


     Zacząłem kolekcjonować kapliczki przydrożne. Żaden chyba inny kraj europejski nie ma ich tak wielu i tak różnorodnych. Aleksander Brückner pisał o polskich przydrożnych  kapliczkach: mnogość ich wielka wszędzie, małych i większych, drewnianych i murowanych. Nawet wypróchniały pień dębu zamieniono na kaplicę, jakby pozostałość pogańskiej czci. Okazji bywało dość: pobożny, uratowany od pioruna, od koni, które poniosły, w miejscu cudownego objawienia, dla ochrony przed powodzią, morem, zbójcami, wznosił kaplicę lub kapliczkę.
        Najpiękniejsze kapliczki znajdują się niewątpliwie w Małopolsce, ale i Mazowsze sroce spod ogona nie wypadło. Niekiedy w zupełnie niespodziewanym miejscu można zobaczyć kapliczkę, która wprawia w zachwyt i intryguje. Tegoroczną jesienią  pojechałem do Powielina koło Błędostowa w gminie Winnica w powiecie pułtuskim na północnym Mazowszu. Bo tak już mam, że lubię odwiedzać miejsca na ogół nieznane i niezauważane. Ciągnęła mnie tam kolumnowa kapliczka, widziałem ja dobre trzydzieści lat temu, a pamiętałem jej urodę, chciałem ją raz jeszcze zobaczyć w naturze.         

 
Kapliczka z Powielina koło Pułtuska



    Oświetlona jesiennym, ostrym słońcem, prezentowała się urodziwie. Ustawiona na cokole kolumna w typie toskańskim  (tak napisano w katalogu zabytków) w formie ślepej latarni czekała na mnie, elegancko otynkowana na biało. Wystawiona została z fundacji Romana Doranta, dziedzica dóbr Powielin, na pamiątkę oddzielenia jego dóbr od Błedostowa i Smogorzewa Kościelnego. Ustawiono kapliczkę tuż przy granicy z Błędostowem, za niewielką dolinka już lekko wznoszący się teren tamtej wsi. O tak, wiedziałem już, że słusznie postąpiłem, wybierając się w odwiedziny do tej kapliczki. Swoją drogą, czy wielu jest takich wariatów, którzy jadą pół setki kilometrów w jedną stronę, aby zobaczyć przydrożną kapliczkę???   
     Podobno nazwa kaplicy wywodzi się od osobnej celi, w której przechowywano płaszcze św.Marcina: łacińska capella ma być zdrobnieniem od wyrazu cappa, oznaczającego płaszczyk. Stąd też i kapelan, i kapelmistrz, ale to już zupełnie inny temat. Z Italii nazwa przeszła do innych krajów już jako określenie każdego małego budynku, przykrycia lub daszku, chroniącego jakiś obiekt kultu religijnego. Niekiedy stawiano kolumny, na wierzchu których ustawiano albo samotnie stojąca rzeźbę  albo umieszczano kapliczkę czworoboczną z daszkiem, a wewnątrz niej dopiero znajdowała się rzeźba. Kolumna zawsze odgrywała rolę nie tylko elementu budowlanego, bądź architektonicznego; już kulty pogańskie nakazywały wznoszenie kolumn ku czci bogów natury, wyobrażając wciąż się odnawiającą siłę natury. Chrześcijańska symbolika kolumn oznaczała zawsze kościół nauczający, apostołów i ich następców, podtrzymujących budowlę Kościoła.
   



 Dzieciątko z Pęcławia

Tegoroczną jesienią nareszcie zobaczyłem przydrożną kapliczkę we wsi Pęcław koło Góry Kalwarii. Wzniesiono  ją w  roku 1831, Jest kolumnową kapliczkę przydrożną, którą  wieńczy  figurka Dzieciątka Jezus. „Zachowaj Panie od wszelkiego złego” głosi napis na wmurowanej w kapliczkę tabliczce. 



       Figurka jest niewielka, wdzięk ma ogromny. Dzieciątko jest krągłych, rubensowskich kształtów, to barok czystej wody. Ale że  barok to mocno spóźniony - bo u nas na Mazowszu tak już jest, wszystkie style na tę naszą prowincje docierały mocno spóźnione - określmy styl jako neobarokowy, będzie bezpieczniej i bardziej właściwie.               
       Dziecko z figurki jest półnagie, ma tylko zarzucony na ramiona materiałem, niby cesarskie okrycie z rzymskich, starożytnych czasów. W lewej ręce trzyma królewskie jabłko zwieńczone krzyżykiem, jest za duże na jego rączkę, zdaje się z niej wysuwać, więc Dzieciątko przytrzymuje je, oparte na biodrze. Prawa ręka wyciągnięta jest w geście błogosławieństwa, błogosławi okolicę jak należy, nie całą dłonią, lecz po pańsku, dwoma palcami.
    We Włoszech Dzieciątko Jezus ma swoje miejsce. Odpowiednie miejsce, dodajmy. W Polsce w zdecydowanej większości parafii kult Dzieciątka Jezus ogranicza się tylko do adoracji żłóbka w okresie Bożego Narodzenia. W Italii najważniejsze jest Dzieciątko Jezus w kościele Aracoeli w Rzymie. Dla rzymskiego ludu jest czymś bardzo, ale to bardzo ważnym. Rzymskie Bambino zostało wyrzeźbione z oliwkowego drewna w roku 1480, drewno pochodzi z Ogrodu Getsemani na Ziemi Świętej. Do niewielkiej, 60-centymetrowa figurki Dzieciątka Jezus lud rzymski się modli, u jej stóp umieszcza się karteczki z prośbami. 

       Gdy przyjechałem do Wiecznego Miasta po raz pierwszy, poszedłem odwiedzić Dzieciątko. Ale go nie zastałem, ku rozpaczy rzymian figurka została skradziona. To się mogło tylko we Włoszech zdarzyć. Ktoś bardzo zapewne bogaty wynajął fachowców, aby dla niego figurkę ukradli. Teraz zapewne trzyma ją głęboko ukrytą przed niepożądanymi oczami. I modli się do Dzieciątka. O co prosił? Od czasu moich tam odwiedzin upłynęło wiele  lat, rzymianie wciąż żyją nadzieją, że ich ukochane Pupo (w dialekcie rzymskim: dziecko) któregoś dnia powróci i zapuka do drzwi. A może ruszony wyrzutami sumienia sprawca już ją zwrócił?


Pęcław

     Dzieciątko w Pęcławiu koło Góry Kalwarii jest dla mnie niespodzianką, ewenementem. Chyba nie ma drugiego, podobnego temu wśród kapliczek mazowieckich. Ja w każdym razie, innego nie spotkałem. Cóż za fascynująca sprawa dla krajoznawcy. Dlaczego ta figura tutaj się znalazła, kto zamówił jej wykonanie i dlaczego, w jakiej intencji? Wpuszczam temat do swojego blogu, może się ktoś znajdzie, kto na te wszystkie pytania mi odpowie, czekam niecierpliwie. 
   
Morowa kapliczka w Czerwonej Niwie

  W okolicach Guzowa na Ziemi Sochaczewskiej, przy skrzyżowaniu lokalnej drogi z Guzowa do Nowej Suchej z szosą Bolimów – Aleksandrów – Szymanów – Paprotnia wznosi się niewielka przydrożna kapliczka na kształt miniaturowego kościółka o trzech wieżyczkach, zwieńczonych trzema krzyżami, jak na Golgocie. Postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. Zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.
     Ta kapliczka to ważny zabytek, nie tylko architektury, lecz przede wszystkim polskiej obyczajowości i tradycji. Z tych trzech krzyży najważniejszy jest ten pośrodku, który jest karawaką, krzyżem „cholerycznym”. Jest to podwójnie przekreślony krzyż, w którym poprzeczka górna jest trochę krótsza od środkowej. Taki krzyż chroni przed wypadkami i nagłymi zgonami, klątwami, kradzieżami, burzami, piorunami. Leczy bezsenność. Dzisiaj karawak się już nie stawia, kiedyś stawiano ich wiele. W przeszłości bowiem zbierały obfite żniwo ospa, cholera i wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział.
     Na granicach wsi, aby rozprzestrzenianiu się zarazy zaradzić, stawiano przy  drogach drewniane krzyże karawak. Pisał o nich Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej". „Gdy w miasteczku hiszpańskim Caravaca zasłynął krzyż o dwóch poprzecznicach jako cudowny przeciwko morowemu powietrzu i stał się głośnym zwłaszcza r.1545 we Włoszech podczas zarazy morowej w mieście ówczesnego soboru Trydencie (uważany za skuteczny, kto się przed takim modlił lub go nosił) - wówczas pielgrzymi zaczęli przynosić do polski relikwiarzyki w kształcie małych krzyżyków tej samej formy i tak samo nazywanych. Pobożni w czasie morowego powietrza stawiali „karawaki" przy wsiach i miasteczkach, aby zaraza je mijała, i modlili się na książkach tak samo nazywanych.
     Niewiele jest już takich krzyży po drogach mazowieckich postało,  jednak nigdzie indziej na Mazowszu  nie ma takiej jak ta kapliczki, mającej chronić rozległą okolicę przez morowym powietrzem. postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.


 
Kapliczka choleryczna z Drążdżewa nad Orzycem


Kapliczka z Drążdżewa nad Orzycem.
Wciąż stoją po mazowieckiej prowincji kapliczki choleryczne. Jest ich trochę i są świadectwem tego, jak powszechną bywała w przeszłości  zaraza na mazowieckiej ziemi. „Ty zarazo!”, „Ty cholero!” Przed laty dosyć powszechne były to przekleństwa, rzucane wobec kogoś, kto mocno dopiekł rzucającemu. Ze wyrazy zaraza i cholera są rodzaju żeńskiego, częściej epitetem obdarzano kobietę. Groźne epidemie nawiedzały dawniej kraj bardzo często. Zakaźne choroby nazywane były wówczas powietrzem lub morem, najgroźniejsze były dżuma i ospa, jedna i druga były też zwane czarną śmiercią. Lęgły się zazwyczaj w czasie wojen. A tych w Polsce nie brakowało
    W Drążdżewie nad Orzycem jest kapliczka pomorowa. Żelazny krzyż kowalskiej roboty wieńczy kolumnę z tablicą. Na niej napis: „Offiara Naywyższemu na ubłaganie Maiestatu za zwolnienie plagi grasuiącey cholery w roku 1831”.


Złe powietrze, mór, czarna śmierć. Okropne słowa. Nie słyszymy ich przerażającego brzmienia, my, ludzie dzisiejszego świata. A przecież zbierały obfite żniwo w przeszłości ospa, cholera oraz wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział. Cholerę mógł sprowadzić tzw. cholernik. Bywało - jak opowiadano w XIX w. pod Czerskiem - że cholera przybierała postać kobiecą i podwieziona przez chłopa na wozie, przekraczała bezkarnie rzeki i granice wiosek.
    Na morowe powietrze nie było rady. Przychodziło często. Za często.  Książęta i królowie opuszczali wtedy swoje miejskie zamki i chronili się w swoich wiejskich rezydencjach. Mieszkańcom wsi i miasteczek pozostawała tylko modlitwa. Za opiekunów i obrońców ludności przed chorobami zakaźnymi uchodzili liczni święci, najbardziej św. Roch i wystawienie mu kaplicy zabezpieczało okolicę przed niebezpieczeństwem. Jeśli więc we wsi grasowała zakaźna choroba, a kapliczki blisko nie było, odbywano pielgrzymki nawet do dalszych okolic, gdzie znajdował się kościół pod wezwaniem św. Rocha. 


   Kościołów, ale i kapliczek z figurą św.Rocha, też mamy na Mazowszu niemało. O niektórych z nich jeszcze tutaj kilka słów napiszę...
Św.Roch sprzed zabytkowej bazyliki pod jego wezwaniem w Brochowie




czwartek, 10 października 2019

Niezwykły monolit


Lądolód skandynawski pozostawił go na tej ziemi przed tysiącami lat. Dopiero co odwiedziłem ten niezwykły głaz, który cieszy oko przy lokalnej drodze na na północ od Warszawy. Znajduje się na gruntach wsi Nowa Wrona na Wysoczyźnie Płońskiej.Na Mazowszu jest taki jeden jedyny. Ba! podobnego mu kształtem nie ma w całej Polsce. Jest fascynujący. Ma dwa i pół metra wysokości i kształt absolutnie niebanalny. Ten  różowy granitowy kamień jest monolitem, a wygląda, jakby był niedokończonym dziełem rzeźbiarza, który ze skały próbował wydobyć coś, a co, tego nigdy się nie dowiemy. Aż dziw, że nasz lud nie rozebrał go na podmurówki do swoich domostw, niemało było głazów wokół Warszawy, które taki właśnie los spotkał. Ten ocalał. Na szczycie głazu wmurowano krzyż żelazny, przed głazem ludzie stawiają kwiaty. I tak stoi ten głaz wysoki na mazowieckiej, nizinnej ziemi, schrystianizowany znak pogańskiego bóstwa sprzed wielu, wielu wieków. 

 

czwartek, 19 września 2019


Przechodniu pomnij, że jest niepojęta władza, 
która zło karze,  a dobro nagradza

Sady z jabłoniami w okolicach Nowej Wsi


    Znowu tam zawędrowałem. Jak zawsze jesienią, wtedy, gdy dojrzewają jabłka w sadach południowego Mazowsza. Powracam tam co kilka lat, dla mnie były dobrą szkołą krajoznawstwa. Do odwiedzin okolicy Nowej Wsi jako pierwszy zachęcił mnie przewodnik po Grójcu, Warce i okolicach, napisany przez Janusza Żmudzińskiego i wydany w roku 1965 przez wydawnictwo „Sport i turystyka”. To wydawnictwo było praktycznie monopolistą w wydawaniu przewodników po całej Polsce, takie były czasy, że monopolizowano wszystko pod sztandarem jednej partii. Ona jedna  znała jedyną jedynie słuszną drogę, jaką miała kroczyć ojczyzna i jej obywatele. Dla pewności partia na czele wydawnictwa stawiała ludzi przenoszonych tam z właściwego urzędu, zajmującego się naszym bezpieczeństwem. Byli to sympatyczni panowie, którzy pilnie zwracali uwagę, aby przewodniki szczególniej zachęcały turystów do poznawania osiągnięć Polski Ludowej. Zwiedzać należało więc przede wszystkim spółdzielnie produkcyjne (czyli polskie kołchozy), wzorowe pegieery (czyli polskie sowchozy) albo zakłady przemysłowe lub choćby tylko tzw.szkoły tysiąclecia  i socjalistyczne mieszkalne blokowiska (które nas do dziś straszą w krajobrazie). One były najbardziej polecane do oglądania, bardziej niż np. zabytkowe kościoły i pałace lub dwory po obszarnikach i innych krwiopijcach, wysysających krew ze zdrowego, polskiego ludu.
    Poszedłem teraz z przyjaciółmi w okolice Nowe Wsi. Według internetowej Wikipedii nazwę Nowa Wieś nosi 116 miejscowości podstawowych, 21 części miast i 229 integralnych części miejscowości w Polsce. W rankingu ilości nazw Nowa Wieś jest na czwartym miejscu. Ta akurat Nowa Wieś, ku której powędrowałem pieszo od przystanku kolejowego w Michalczewie, do  1954 roku była siedzibą gminy Nowa Wieś, teraz przynależy do gminy Jasieniec, a z ważniejszych miast okolicy najbliżej jest stamtąd do Warki. 
    W Nowej Wsi wznosi się klasycystyczny dwór murowany. Jest parterowy, fronton poprzedzony kolumnowym portykiem, dwór jest połączony z również parterową oficyną. Ładna i kształtna to budowa. Pierwsza wzmianka o tym dworze pochodzi z początku XIX wieku, wtedy, gdy tutejszy majątek ziemski nabył Antoni Aleksander Borowski od generała Lindnera. To był rok 1805.

 
Dwór w Nowej Wsi, zdjęcie z roku 2009

     A tak w ogóle, skąd ta nazwa - Nowa Wieś? Ta akurat, podwarecka Nowa Wieś ma już 440 lat, w dokumentach była wymieniana już w 1480 roku. W stosunku do jakiej innej osady jest to wieś nowa, tego nie wiemy, przekazy historyczne nie dostarczają nam żadnych wskazówek. Bardziej szczegółowe informacje uzyskujemy dopiero w wieku XIX. W roku 1821 od rodziny Borowskich m.in Nową Wieś zakupił pan Tomasz Gąsiorowski, a już 23 lata później właścicielem został architekt Adolf Schuch i to on dobudował czterokolumnowy portyk, nadający typowy dla polskiego klasycyzmu charakter temu dworkowi. W 1861 roku kolejnym właścicielem majątku jest  Mieczysław Huba.
     Wielki był to pasjonat rolnictwa, więc za jego czasów gospodarstwo rozkwitło. Dziedzic Huba stosował nawozy, meliorował grunty, a hodowane przez niego jałowce były wyróżniane w konkursach. Swoje osiągnięcia opisał w pracy „Rezultaty uprawy płodów rolnych na nawozach mineralnych i obornych, otrzymane na polu doświadczalnym w Nowej Wsi za rok 1873 i 1874”. Takich to, proszę państwa, mieliśmy na mazowieckiej wsi gospodarzy po małych, wiejskich dworach. A dziedzic Huba był pierwszym sadownikiem w tej okolicy. I to warto zapamiętać, wędrując pośród okolicznych sadów. 
    Długo gospodarowali w tutejszym majątku Daszewscy, od 1896 roku. Tadeusz Marian Daszewski w latach 1908 – 1945. W tym czasie wybudował we wsi i jej okolicach 9 szkół, a prócz tego walczył o niepodległość kraju:  11 listopada 1918 roku brał czynny udział w zdobywaniu koszar łazienkowskich, a dwa lata później w wojnie polsko-bolszewickiej. Po skończonej wojnie światowej Z majątku wyzuła Daszewskich władza ludowa w 1945 roku, .
   Dwór w Nowej Wsi miał szczęście, pojawił się w nim ojciec współczesnego sadownictwa w Polsce, prof.Pieniążek. Z jego inicjatywy w 1952 roku powstał tu Zakład Naukowo-Badawczego Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach. To była świetna decyzja, w okolicy zaroiło się od jabłonnych sadów. Minęły lata, zmieniły się czasy w Polsce, sady w okolicy wciąż trwają i zdaje się ich przybywać, ale zakład sadowniczy prof.Pieniążka w Nowej Wsi transformacji ustrojowej nie przetrzymał. W roku 2015 dwór powrócił do dawnych właścicieli, lecz koszt remontu i utrzymania dworu zdaje się ich przerastać. 
Tak to wyglądało w roku 2019, dwór w Nowej Wsi w rujnacji.


    Tym, co naznaczyło tę okolicę na równi z sadownictwem, była bitwa, którą na tutejszych polach w dniu 18 maja 1863 roku stoczył partyzancki oddziale powstańców styczniowych pod dowództwem majora Władysława Grabowskiego z oddziałem carskiego wojska rosyjskiego, którym dowodził generał Meller-Zakomelski.
   Oddział powstańczy był złożony z kosynierów, strzelców i żuławów, część ubrana była w zwykłe chłopskie świtki i pąsowe konfederatki. Rosjan było o wiele więcej, po lasach nad Pilicą tropili powstańców od długa, to było regularne wojsko, miało konie, ciągnęło z sobą działa. Ponad 80 powstańców poległo, 180 dostało się do niewoli, nieliczni ukryli się u okolicznych gospodarzy, ich dowódcy dosiadali koni, udało się im zbiec.


Upamiętniający powstańców styczniowych pomnik w Rytomoczydłach.

    Na skraju lasu obok Rytomoczydeł stoi kapliczka w kształcie usypanej z kamieni kolumny. Wzniesiono ją przeszło pół wieku po bitwie, dopiero w okresie międzywojennym, wtedy, gdy władza carska odeszła już w przeszłość. Powstała z inicjatywy Józefa Gogulskiego zarządcy leśnego majątku w Rytomoczydłach. Właścicielka majątku - Paulina Radzimińska zapisała go w testamencie w roku 1881 jako fundusz stypendialny dla uczącej się młodzieży polskiej. Korzystał z niego m. in. wybitny pisarz Stefan Żeromski. Przed kapliczką tabliczka z cytatem z wiersza Wisławy Szymborskiej: Umarłych pamięć dotąd trwa / pokąd pamięcią jej się płaci.

Dwór w Rytomoczydłach, zdjęcie z r.2019.

   O rytomoczydlańskim dworze Radzymińskich nieco opowiedzieć należy.  Zbudowano go na z początku XIX wieku, później był rozbudowany, jest parterowy, z portykiem o czterech kolumnach, nakryty jest dachem naczółkowym. W XX wieku dwór przeszedł na własność rodziny Rostkowskich, w 1945 został przejęty przez państwo, dwór przerobiono na mieszkania, później służył Zakładowi Doświadczalnemu  Instytutu Sadownictwa w Nowej Wsi. Nie jest ten dwór wielkim dziełem architektury, ale tak zachowanych dworów na ziemi mazowieckiej specjalnie wiele się nie zachowało. Teraz jest własnością prywatną, plany właściciele mieli różne, słyszałem o koniach, czytałem o hodowli owiec, chyba też sami właściciele się zmieniali, ostatnio odwiedzając ten dwór  zobaczyłem pasiekę, dziesiątki uli stały wokół  okrągłego klombu przed frontonem.  Klomb był zarośnięty dżunglą  zielska, ale to byle jakie zielsko niewątpliwie karmiło te pszczoły, swój sens więc miało.


    W ładnej okolicy jest położony ten dwór, w wyraźnie widocznym obniżeniu rzeczki Czarnej. Nazwa wsi Rytomoczydła ma swoje lata.  pojawia się w źródłach już w roku 1423 jako Ruthemoczadli, a w roku 1526 jako Rithemoczczydła, czyli: Ryte Moczydła, od imiesłowu ryty (ryć tj.kopać) i od staropolskiego rzeczownika moczydło, a więc mokradło, staw albo sztucznie wykopany dół z wodą do moczenia konopi lub lnu.. Nazwa jest więc związana z osuszaniem terenów podmokłych. Przez kopanie kanałów odpływowych, bądź z uprawą, a właściwie przetwarzaniem lnu. Tak to w każdym razie tłumaczą etymolodzy (Urszula Bujak. Nazwy miejscowe powiatu grójeckiego. Słownik historyczno-etymologiczny, Grójec 2001)... 
 
Kolumna koło powstańczej mogiły w Gołębiowie k.Nowej Wsi, zdjęcie z roku 2018


      Mogiła powstańcza znajduje się na uboczu, na północ od Rytomoczydeł, półtora kilometra od Nowej Wsi. Powstańcy spoczywają w ziemnej mogile, w usypanym nad nią niewielkim kopcu, na niewielkim pagórku, pośród morza pól i sadów nieopodal zagród nieopodal zagród przysiółka Franulin i wsi Gołębiów. W sąsiedztwie mogiły rosną urodziwe sosny, a obok wznosi się kolumna, ma kształt podobnym popularnym w regionie wareckim barokowym kapliczkom przydrożnym, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w okresie międzywojennym.
      Kolumnę na powstańczej mogile ufundował inny dziedzic z Nowej Wsi, pionier sadownictwa w rejonie grójeckim – Tadeusz Marian Daszewski. Minęły lata, zmieniły się czasy w Polsce, sady w okolicy wciąż trwają i zdaje się ich przybywać, ale zakład sadowniczy prof.Pieniążka w Nowej Wsi transformacji ustrojowej nie przetrzymał. W roku 2015 dwór powrócił do dawnych właścicieli, lecz koszt remontu i utrzymania dworu zdaje się ich przerastać.


Kaplica grobowa Gąsiorowskich, zdjęcie z roku 2018
     Pośród sadów, nieopodal powstańczej mogiły jest jeszcze jeden zabytek architektury i historii. Na niewielkim, zadrzewionym wzgórzu wznosi się murowana kaplica grobowa, w roku 1830 wystawił ją Tadeusz Gąsiorowski z Nowej Wsi, gospodarował tam przed Daszewskimi. Mówią, że pieniądze na tę budowlę zdefraudował z jakiejś kwesty, którą sam zorganizował. Mówią także, że los Gąsiorowskiemu tego nie darował, za to przez swoje zachowanie ściągnął na siebie i swoją rodzinę i wkrótce po wybudowaniu kaplicy zmarło kilku członków jego rodziny. I trwa to nadal. Drzwi do kaplicy otwarte, można zajrzeć, wejść, zobaczyć zrujnowane wnętrze, widok dramatyczny. Kilkanaście lat temu złodzieje poszukujący biżuterii zniszczyli wszystko, kryptę grobową zdewastowano, trumny otwarto, zwłoki zostały zbezczeszczone. Nawet kości pochowanych tam już nie ma...
 
     Na ustawionej przy powstańczej mogile kolumnie jest niewielka tabliczka, na niej wciąż aktualne zdanie: Przechodniu pomnij, że jest niepojęta władza, która zło karze, a dobro nagradza.


Wszystkie zdjęcia w tym poście są wykonane przez  autora tego blogu
.....................................

środa, 18 września 2019

Nad podwarszawską Wisłą
...wąska drożynka wyprowadziła mnie nad Wisłę. I to było to. Pejzaż, który powinno się oglądać, klęcząc. Piękno w postaci najdoskonalszej. Napatrzyć się nie mogłem. Rzeka płynęła dostojnie, szeroka, dzień ofiarował mi pogodę idealną, urlopową, wakacyjną. Owiewał mnie wietrzyk, na niebieskim niebie płynęły białe obłoki cumulusów, rozmawiałem z tym krajobrazem, zwierzałem się rzece ze swoich smutków i radości.
Mądrzy ludzie utworzyli na rzece kilka prawem chronionych rezerwatów, które obejmują jej kryto i znaczną część brzegów, więc jest szansa, że nasze prawnuki będą jeszcze mogły karmić swoje oczy i serca tym pięknem....






Na praskim brzegu Wisły w rezerwacie 'Wyspy świderskie'
      Wkładam ten post do blogu miesiąc później. Jest już wrzesień, zimno jak nie wiadomo co, wietrzność jest ogromna, a wiatr dokuczliwy niemożebnie, niebem gnają jak zwariowane ciemne chmury, dopiero co przeleciała ulewa nad moim miastem, jesień  pokazuje mi swoje nie najlepsze oblicze. A ja wspominam sierpniowy dzień na podwarszawską Wisłą. Teraz dopiero widzę jakim był dla mnie darem....