poniedziałek, 14 stycznia 2019



Opowieść o starych sosnach
..............................................................................................
 
Do swojego internetowego blogu wkładam teraz kilka swoich zdjęć z odbytej jakiś czas temu wyprawy do obszaru ochrony ścisłej
w  zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego. Pora była  jesienna, dzień pochmurny, ale sosnowy bor w rezerwacie prezentował się imponująco.

Wśród takich potężnych, wiekowych sosen, jak te spod Wilkowa, przychodzą na myśl słowa Wincentego Pola: Gdyby człek znał po świadomu, Ile skarbów leży w domu, I co tworów Bożych w borze, To by więcej było, może Na tym świecie gwiazd szczęśliwych, Ludzi dobrych i prawd żywych.  Wielki romantyk wiedział co pisze. Czuł Polskę i jej skarby, jak niewielu. 
 
Są takie drzewostany w Puszczy Kampinoskiej, do których nie wypada wchodzić inaczej, niż na palcach, z najwyższym szacunkiem. Mają one w sobie coś, co gnie nam kolana. Przypominają się słowa poety, nazywał się Zbigniew Herbert: Wchodząc do takiego starego boru złóż ręce tak by sen zaczerpnąć, tak jak się czerpie wody ziarno.
  
O Boże, jakaż ona jest ogromna! Jakże wspaniała! Żyje od niespełna dwustu lat, a przecież sosny w naszym kraju mogą dożywać lat czterystu. Tak, jak dąb powszechnie uważany jest za groźnego monarchę, za  ojca, tak sośnie przydziela się rolę matki, u różnych ludów była drzewem świętym. W drzewostanie borowym zdecydowanie matriarchat obowiązuje. Panowie nie mają tu na ogół dostępu, co najwyżej w charakterze sług pomniejszej rangi. Tę fotografię  w starodrzewie pod Kaczubalską Górą wykonała jedna z  towarzyszek moich wędrówek i jestem jej za to bardzo wdzięczny. Nikt mi nigdy nie zrobił zdjęcia, na którym byłbym w takim towarzystwie.
  
Powalone olbrzymy. Nadszedł ich kres i teraz te umarłe drzewa, zalegające dno rezerwatowego boru, rozpoczęły już drugie życie, dziesiątki żywych stworzeń będzie się żywić ich truchłami w nieskończonym, zadziwiającym cyklu życia przyrody. Po to również istnieją rezerwaty, ale i po to, byśmy mogli sobie to uświadamiać, także i po to aby móc podziwiać to piękno. A w pobliżu znalazły miejsce na swój puszczański dom kampinoskie wilki. Wielka rzecz. Dopiero co zobaczyłem w telefonie zaprzyjaźnionego człowieka fotografię wilka zdjętego w czasie jego wędrówki przez teren dawnej wsi Ławy. Rok wcześniej w tej samej okolicy słyszał jak wilki śpiewają. Był pod ogromnym tego wrażeniem.    
Wilki przywędrowały do Kampinoskiego Parku Narodowego zupełnie niedawno. Od wielu, wielu lat ich tu nie było. Ich obecność jest  najlepszym dowodem na to, że Puszcza Kampinoska po sześćdziesięciu latach ochrony i odbudowy w Kampinoskim Parku Narodowym na powrót staje się puszczą. Prawdziwą, a nie tylko z nazwy. Puszczą, w której znajdują dla siebie miejsce do egzystencji tak wymagające zwierzęta jak wilki.  Sporo zdjęć kampinoski wilkom porobiły kamery fotopułapek. Oto jedno z tych zdjęć zrobionych prawie dokładnie trzy lata temu.

 

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Pośród choinek i widłaków
Zielona zima nad Bielą

Święta Bożego Narodzenia kojarzą się nam wszystkim z choinką, to oczywiste. W podwarszawskich lasach choinek jak na lekarstwo. Mazowsze znajduje się w pasie bezświerkowym, świerki rosną tylko wtedy, gdy zostały sadzone, same z siebie rzadko tutaj przybywają, jakoś im podwarszawska okolica nie po drodze. Te nasze świerki dość rzadko osiągają rozmiary imponujące, a przecież na swoich naturalnych stanowiskach wzrostem przewyższają sosny. 
A u nas, na podwarszawskim Mazowszu? Bardzo często charławe, jakieś takie niezupełnie wydarzone. Wyraźnie po nich widać, że nie dla nich te siedliska,  te gleby,  ten klimat. Świerk lubi wilgoć. Dlatego dobrze się czuje w górach, bo tam wciąż pada, wiemy to dobrze ze swoich górskich wakacji. Na niżu najchętniej rośnie w północno wschodniej Polsce, tam mu wyjątkowo dobrze, m,in na Mazuirach, w Augustowskiem, na Suwakszczyźnie. Szczególnie dobrze się świerk czuje na pograniczu torfowisk i czasem (jednak!) na Mazowszu, np. w kurpiowskiej Puszczy Zielonej. Jeśli gdziekolwiek warto powędrować, aby znaleźć się pośród świerków, to właśnie tam. 
O zimowej, bezśnieżnej porze lubię szukać świerkowych klimatów w kilku miejscach. W bliskim sąsiedztwie Warszawy się zdarzają, choć trzeba się ich trochę naszukać. Jedno takie miejsce w Kampinoskim Parku Narodowym znajduje się w obszarze ochrony ścisłej "Biela" i w jego okolicy, wokół znajdującego się tam bezodpływowego torfowiska, umoszczonego w kotlinie międzywydmowej. Kręcą się tam pośród wydm malowniczo poprowadzone szlaki turystyczne, a oczom wędrowcy ukazują krajobrazy przypominający puszcze północno wschodniej Polski.
Pod Warszawą takich pejzaży leśnych się nie spotyka zbyt często. Niemazowiecką fizjognomię tamtejszego boru zawdzięczamy gł. rosnącym tam roślinom zimozielonym, przede wszystkim dzięki świerkom, nadzwyczaj ubierającym tamtejsze bory. Ale i dzięki wcale pokaźnym poletkom chronionego widlaka jałowcowatego. 
Bezśnieżnym czasem grudniowym odwiedzam niekiedy okolice Starej Dąbrowy. Dojazd tam niełatwy, to nie są łatwo dostępne okolice podwarszawskie, najbliższy autobus jest w Leoncinie, a stamtąd nad Bielę jest dobry kawałek drogi. Na wyjazd w tamte strony trzeba przeznaczyć cały dzień, a teraz dni krótkie, wraca się po ciemku. Chociaż to tylko podwarszawska Puszcza Kampinoska, ale o tej porze roku staje się celem dalekim, niemal egzotycznym. Oprócz leśnego pejzażu, jakiego obok Wólki Węglowej się nie spotka, w grudniu tutaj prawie na pewno nie spotka się ! To luksus, jakiego na szlakach podwarszawskich się nie doświadcza: samotność. Możliwość słuchania ciszy leśnej. Cudowne uczucie ! 







I tak to mniej więcej tam wygląda.

czwartek, 29 listopada 2018


Sosna kandelabrowa

W sąsiedztwie Wólki Węglowej, niemal tuż przy granicy z Warszawą zaczyna się dla warszawiaków Puszcza Kampinoska. Młode tam rosną lasy i nie dziwota, większość zasadzono dopiero po drugiej wojnie światowej. Niemal przez cały wiek dziewiętnasty znajdowały się tam tylko pachy. Resztki starych drzewostanów wycięli hitlerowcy na budowę lotniska bielańskiego, które było tam, gdzie dzisiaj rosną bloki osiedla na Wrzecionie. A tutaj, na tych piachach, przez lata pojedyncze drzewa walczyły o życie. Przetrwały do naszych czasów, widać je ze szlaków turystycznych, skarłowaciałe, przybierają różnorakie kształty. Zwłaszcza sosny. Niektóre mają kształty zgoła fantastyczne, powykręcane konwulsyjnie konary wyciągają dramatycznymi gestami ku niebu. Okoliczny bór ma wdzięk nie podrobienia, więc od autobusów i parkingów wiodące tutaj szlaki turystyczne od autobusów i parkingów w Wólce Węglowej, są o każdej porze roku ulubionymi trasami przechadzek warszawiaków i zwłaszcza dla wielu starszych z nich właśnie tutaj jest Puszcza Kampinoska. 
W uroczysku Łuża, niedaleko rozstaju szlaków żółtego i niebieskiego, tuż obok żółtego, przy bocznej dróżce odchodzącej w prawo, przez kilkadziesiąt lat rosło najbardziej charakterystyczne z drzew tej okolicy: karłowata sosna kandelabrowa o trzech konarach,  swój oryginalny kształt zawdzięczająca temu, iż po ścięciu głównego pnia rolę wierzchołka wzięły naraz trzy jego boczne gałęzie. 
Niestety, z prawdziwym smutkiem zawiadamiam, że drzewo już jest nieżywe. Drzewa umierają stojąc. I to drzewo taki los spotkał. Sosna kandelabrowa umarła nie doczekawszy swojego stulecia, ale niewiele mu do tego zabrakło, chociaż na swój wiek to drzewo nie wyglądało. Jeszcze możemy tę sosnę oglądać, jeszcze możemy ją fotografować. Jak długo jeszcze? Bo przecież w końcu w proch się obróci. Jak po ludziach, tak i po drzewach niektórych żal jest większy... 


sobota, 24 listopada 2018

Jesień listopadowa nad Świdrem i Mienią

Powoli listopad zmierza ku końcowi. Kilka dni temu zaczęło się właśnie przedzimie, dokładnie w minioną sobotę 15 listopada.Na ogół przedzimie nie głaszcze, dni krótkie, szare chmury wiszą tuż nad głową, jest dżdżyście i błotniście. Na żadną wycieczkę do lasu iść mi się nie chce.A ja z gronem znajomych i przyjaciół wybrałem  się na wycieczkę nad Świder i Mienię. No i pogoda nam się wydarzyła bardzo akuratna tej wycieczkowej soboty, złapał mazowiecką ziemię pierwszy mrozek nadchodzącej zimy, szron pobielił ziemię, a niebo było niebieskie. Do wędrowania w sam raz, ale do zdjęć nie najlepsza jest taka pogoda, obiektyw raczej nie lubi takiej, ale cóż robić, bez fotografowania teraz się już obejść nie sposób. 



Świder płynie pod Otwockiem płytkim, piaszczystym korytem. Latem w tunelu zieleni listowia nachylających się nad nim gałęzi drzew, teraz wśród drzew już bezlistnych. Błyszczą na zakolach małe piaszczyste plaże. W weekendy tłum zalega brzegi rzeki, teraz cisza głucha, tylko moc tropów ludzkich na tych plażach przypominała, że bywa tam ludnie.  Ścieżka jest wąska, sympatyczna, szlak oznakowany doskonale, przyjemnie było nadzwyczajnie. A później czekał na mnie jeszcze jar rzeczki Mieni koło Emowa. 

Mienia jest węższa, brzegi wyższe, niby do Świdra podobna, a jednak inna. Około Emowa rzeczka Mienia z fantazją przerzyna się przez pasmo nadwiślańskich wydm, kręci się, zatacza łuki, meandruje. Jej brzegi są miejscami urwiste i wysokie na kilka metrów, wokół rośnie wielogatunkowy las, w nim dominują imponujące dęby, a wśród nich królem jest Bartek Mazowiecki, 400-letni (niektóre źródła podają, że ma lat tylko 300) dąb szypułkowy o średnicy ponad 5 m, „uważany powszechnie za najładniej położony zabytek przyrody na wsch. od Wisły” (jak podają przewodniki). Dzięki ochronie, znajduje się bowiem w w granicach rezerwatu przyrody, ma szanse jeszcze wiele pokoleń cieszyć swoją urodą. 
Wschodnim brzegiem dolinki prowadzi nad Mienią  czerwony szlak turystyczny, ścieżynka jest wąska. Dolinka ma tylko dwa kilometry, wijąca się jej brzegami ścieżynka ma o kilometr więcej. Widoki z niej są malownicze. Po obu stronach dolinki, w pewnej odległości od rzeki, najczęściej od niej niewidoczne, bo schowane za lasem, stoją domy Emowa. 

 
Bartek Mazowiecki jest  drzewem o dostojnej prezencji, sławę nosi zasłużoną, chociaż ani to najgrubsze drzewo mazowieckie (w pobliskiej Wiązownie w parku rosną dęby tęższe), ani najbardziej urodne (bo w pobliskim sąsiedztwie są ładniejsze). Ale ten dąb rośnie w wyjątkowo magicznym miejscu, dojść do niego trochę trzeba, jest świetnym celem wycieczkowym. Nadmiernej ilości odwiedzających pod dębem się nie spotyka, a jednak tej pogodnej przedzimowej soboty minęło go kilka grupek turystów z plecakami, wędrujących szlakiem ku Wiązownie. 
.................................................





poniedziałek, 29 października 2018

Kolory jesienne
Piękną, kolorową mieliśmy tego roku na Mazowszu. Jak oszalały biegałem w poszukiwaniu barw jesiennych. Wszystko, co dobre, zawsze  trwa niedługo. Tak i z tą jesienią było. Od wielu lat chodzę mazowieckimi ścieżkami i na ogół wiem gdzie i kiedy zajść tam, gdzie należy, gdy nadchodzi na to pora najwłaściwsza. Na Mazowszu niemal nie ma klonów, to nie  W Kanadzie  barwiące się purpurowo klony nadają wyraz jesiennemu krajobrazowi. Na ziemi mazowieckiej nie ma lasów klonowych. Lasy bieszczadzkie płoną jesiennymi bukami, ale nie mazowieckie. Mazowsze leży poza obszarem naturalnego występowania buka, więc jest tutaj rzadkością. Na Mazowszu bukowy drzewostan znam tylko z okolic Lipiec Reymontowskich, sfotografowałem go w jego najdorodniejszej szacie, jest na pierwszych dwóch zdjęciach pomieszczonych poniżej.  Ale przecież i bez udziału buków mazowiecka  przyroda potrafi sypnąć nam złotem przed oczami i stajemy wówczas w zachwyceniu, oniemiali, z otwartymi szeroko gębami. Stanąłem tak właśnie wędrując w Puszczy Kampinoskiej najpierw zielonym szlakiem im.Wojciecha  Jastrzębowskiego  i kilka dni później, gdy obfotografowywałem zupełnie inaczej się prezentujący las uroczyska Opaleń w tej samej puszczy. Jest tam moc czerwonego dębu,  on tam najbardziej bił kolorem po oczach.
  











piątek, 5 października 2018

W jabłonnym krajobrazie.

Na początku października poszedłem między sady jabłonne na Ziemi Grójeckiej, bardzo chciałem sobie je obejrzeć i obfotografować, a przy okazji odwiedzić kilka zabytków, z którymi straciłem kontakt (Nowa Wieś, Gołębiów, Rytomoczydła), a w latach siedemdziesiątych XX wieku prowadziłem do nich opisy nieoznakowanych szlaków w przewodniczku z cyklu „podwarszawskie szlaki piesze”. 
Jeszcze w początkach wieku XX wioski na południu Mazowsza były biedne, tak samo jak i w innych regionach ziemi mazowieckiej. Wszystko zaczęło się już w niepodległej Polsce. Popularyzacja ogrodnictwa włościańskiego szybko wydała owoce. Idea była taka: każdy chłop powinien mieć przy domu sad owocowy, on miał zapewnić rodzinie dostatek, a wykształcenia dzieciom. I tak południowe Mazowsze stało się sadowniczą potęgą. Grójeckie uważano za polską Kalifornię, odwiedzał sadowników spod Grójca prezydent Ignacy Mościcki.
Dzisiaj region grójecki jest największym regionem produkcji sadowniczej w Polsce. Prawie połowa wszystkich zbiorów jabłek w Polsce stąd pochodzi. Dzięki tym sadom mazowieckim Polska należy do czołówki europejskich producentów jabłek i zajmuje czwartą pozycję po Włoszech, Francji i Niemczech. Polska jest największym producentem koncentratu jabłkowego w Europie. Jeśli z czymś chciałoby się porównywać krajobraz sadów południowego Mazowsza, to krajobraz francuskich winnic.








Pojechałem z Warszawy pociągiem, tam i z powrotem  prawie trzy godziny jazdy. Wysiadłem na przystanku w Gośniewicach, ani jednego domostwa w zasięgu wzroku, na południu pola, na północy las. Po 20 kilometrach pieszej wędrówki powracałem z Michalczewa. Dojście do stacji prowadziło mnie asfaltową ulicą wśród eleganckich willi i domów, przed którymi strzyżone trawniki, krasnoludki i domowe zwierzęta z gipsu oraz japońskie sosny na japoński sposób strzyżone, a jeden budynek o ścianach obłożonych w kolorowy wzorek z porcelitowych talerzy,   elegancko, bez dwóch zdań. 



Świeciło słońce, ale wietrznie było i średnio przyjemnie, więc cieszyłem się na poczekalnię w budynku stacyjnym. Niestety, na klucz zamknięta. Za budynkiem zamknięta Toytoyka w kolorze niebieskim, na niej kłódeczka  w kolorze złotym. Na peronie przeciąg, żadnego schronienia, żadnej wiaty, wiało jak wszyscy diabli. Pociąg przyjechał punktualnie.




Post scriptum. Wille michalczewskie są imponujące. A jeszcze niedawno mieszkano w ogaconych, drewnianych chałupach. Kilka takich stoi w okolicy, czekają rozbiórki. Jedną z nich sfotografowałem w Nowej Wsi. Tempora mutantur, proszę państwa...