wtorek, 12 stycznia 2021

Niezwykła chałupa z Rząśnika 



Ta chałupa, pobudowana w kurpiowskim stylu,  od roku 1929 stoi we wsi Rząśnik  na północnych obrzeżach Puszczy Białej. Stoi tam, gdzie ją postawiono, a nie w żadnym skansenie. To nadaje jej rangę szczególną. Stoi w otoczeniu współczesnej, dostatniej zabudowy wiejskiej. To dodaje jej jeszcze większej wartości.  Chałupę tę zbudował dla siebie cieśla Jan Zaręba po pierwszej wojnie światowej. Budynek jest konstrukcji sumikowo-łątkowej, ma 9,25 m długości, 4,4 m szerokości i 2,6 m wysokości. Jest typowy dla ostatniej generacji domów kurpiowskich.

Odwiedzałem ją kilka razy, pierwszy raz sfotografowałem tę chałupę w roku 1995, z tamtego czasu pochodzi to zdjęcie u góry. Ostatnio byłem obok niej tego roku, jesienią 2020. Chałupa trwa i ma się dobrze. Lepiej nawet jak wtedy, gdy ja oglądałem po raz pierwszy. Belki zostały oszalowane, pomalowane, ogrodzenie też nie to, co było i chałupa niby taka sama, a już inaczej wygląda, na pewno efektowniej, chociaż jednak...  Gdyby nie blacha na dachu, byłoby więcej niż nieźle. Jest jedną z bardzo już nielicznych chałup, zbudowanych w tradycyjnym stylu kurpiowskim we wsiach okolicznych. 

Miałem to szczęście, że mogłem jeszcze oglądać takie drewniane chałupy we wsiach pośród Puszczy Białej. Jeszcze pół wieku temu było ich niemało, na mapach turystycznych pod nazwami wiosek stawiano piktogram, oznaczający, że we wsi są zabytkowe budynki wiejskie. Teraz to z lupą w ręku trzeba ich szukać w terenie, a z oznaczań na mapach dawno już zrezygnowano. Śmierć przychodziła na te chaty w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, w ostatnich latach trzydziestu wioski wewnątrz Puszczy Białej niemal całkowicie pozmieniały swoje oblicze. 

Z tych, co jeszcze ocalały, rząśnicka chałupa jest najdorodniejsza. Rzadki to przypadek, aby jednej chałupie temat poświęcać. Jakiejś budowli sakralnej, okazałemu kościołowi albo pałacowi, to i owszem. Ale chałupie? A jednak tej chałupie trzeba się przyjrzeć ją  podziwiać. Tym bardziej, że nie znajduje się w żadnym skansenie. Stoi pośrodku długiej, dwustronnie zabudowanej ulicówki o siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy. Przy tej ulicy jest domów kilkadziesiąt, a wszystkie współczesne, jakby dopiero co starannie zbudowane,  murowane, na ogół kryte świetną dachówką, a nie jakimś tam byle eternitem, otaczają je porządne ogrodzenia. Pośród tego wszystkiego, w tej dostatnio prezentującej się gminnej wsi w wyszkowskim powiecie, stoi ta chałupa. I jak się na nią patrzy, przed nią jedną, jedyną, ręce się same składają do oklasków.

 

Budownictwo ludowe mieszkańców nizinnych ziem polskich urodą i zmyślnością na ogół nie dorównuje wiejskiemu budownictwu z Karpat. Tak jakby zmysł estetyczny i uzdolnienia Mazurów z Mazowsza nie dorównywały Podhalanom. Widać tak być musi. Z mazowieckiego budownictwa ludowego najmocniej swoje indywidualne cechy miało to, co budowali dla siebie Księżacy z Łowickiego i Kurpiowie. 

Podhalanie wciąż budują w swoim stylu, acz teraz więcej w ich budynkach zakopiańszczyzny niż podhalańskości. Łowickie i kurpiowskie wsie już od dawna zatraciły swój charakter. Domy są wygodne, murowane, czasem bardzo okazałe, lecz nic nie mają wspólnego z tradycją. Ba! tak jak Kurpiowie, podobnie budowali mieszkańcy Podlasia, ale tam nadal można oglądać całe wioski w drewnianych, w starym stylu pobudowanych i obficie zdobionych chałupach. W powiecie hajnowskim stworzono nawet tzw.produkt turystyczny, nazwano go "krainą otwartych okiennic" i ludzie z całego świata przyjeżdżają, aby obejrzeć wieś o trudnej do wymówienia przez cudzoziemca nazwie: Trześcianka.  

W Zielonej Puszczy Myszynieckiej, najlepsze przykłady budownictwa spotkać można już tylko w skansenach w Nowogrodzie i w Kadzidle. Ostatnie dwadzieścia lat niemal ze szczętem wymiotły drewniane chałupy. Na Kurpiach Białych bardziej, niż na Zielonych, zanikły kurpiowskie obyczaje, chociaż czasem trafi się zespół ludowy, który tańczy i śpiewa po staremu, po swojemu, to w Obrytem, to w Pniewie, i jeszcze gdzie indziej sztuka ludowa tu i ówdzie egzystuje. Trwa też śladowo budownictwo, bo wciąż można zobaczyć chałupy zbudowane, jak tradycja nakazuje, jeno zbudowane przed wielu laty i dożywające ostatnich swoich dni, jedne w Porządziu, inne w Sieczychach,  przetrwały w Ochudnie, jeszcze inne w Białym Błocie lub Porębie Kocębach i w sąsiednim Udrzynku. Czeka je zagłada nieuchronna, obok wielu już zgromadzono  na nowe budowanie sterty cegieł lub pustaków. Mówiło się o skansenie w Popławach koło Pułtuska, jakoś nie wyszło. Kiedyś – tak mówiono – zabrakło woli politycznej. Dzisiaj się mówi, że brakuje pieniędzy. Woli też zresztą brakuje, nie tylko politycznej. 





Tak się kiedyś budowało, jeszcze się na trochę na takie budowanie załapałem. Na tych fotografiach udało mi się uchwycić szczyt w geometryczne wzory na budynku ze wsi Porządzie Góry, i w wyższej jego części motyw słońca z promieniami. A we wsi Dąbrowa Trzecie Pole ten motyw słońca jest już zgeometryzowany i nad tym drugim rogale, kończące deski wiatrownic, przytrzymujących strzechę  od zewnętrznych boków. To były malownicze wioski, trochę ich żal, nowe jest jakieś takie bez wyrazu. Warto jednak szukać po przysiółkach, koloniach pod lasem, tam jeszcze coś z dawnej atmosfery puszczańskiej wsi się ukrywa.

Zanim wymyślono rakotworczy eternit, którym epoka gierkowska w PRLu pokryła całą Polskę jak długa i szeroka, budynki wiejskie kryto przede wszystkim słomianą strzechą. Taka bardzo okazała strzecha jest na zdjęciu najniższym, to już nieistniejący dom we wsi Sadykierz koło Obrytego. Stał po drugiej stronie drogi obok kościoła. był przedwojennym dworem i to nie była zwykła chałupa, choć budynek nakrywała słomiana strzecha. Po wojnie służył jeszcze jako wiejska szkoła. Budynek stał jeszcze około roku 2000. Sfotografowalem go kilka lat wcześniej; zdjęcie jest poniżej. 

 

Dzisiaj rolnicy po wsiach nie budują domostw z drewna, pozostawiając tego rodzaju budowanie przybyszom z miasta, osiedlającym się na wsi po to, by wypoczywać i sadzić kwiatki, a nie siać i zbierać zboże. Drewniane jest dzisiaj droższe od murowanego,  budarzy też brakuje i nawet do stawiania letniaków sprowadza się cieśli z Podhala. Szkoda, bo chałupa kurpiowska była udanym tworem, zwracała uwagę doskonale wyważoną proporcją pomiędzy dwuspadowym dachem, a bryłą budynku. Najstarsze chaty nie miały fundamentów i stawiano je wprost na piasku. Później zrąb opierano na luźnych kamieniach lub podmurówce z kamieni. Ściany zrazu stawiano z ociosanych pni sosnowych, później wiązano z cieńszych belek, stosując konstrukcję sumikowo-łątkową, a jest to konstrukcja bardzo stara, znana m.in. z terenu Biskupina z wieków VII-XV przed n.e. Wobec rosnącej ceny drewna poczęto później stosować "sialunek", szalując, tj. obijając ściany pionowymi deskami z zewnątrz. 




Szczyt chałupy kurpiowskiej odróżnia ją od wszystkich innych w kraju i jeżeli np. na Mazurach zobaczy się podobny, nie ulega wątpliwości, iż został tam wprowadzony przez Kurpiów.  Przeciwnie, niż dwory szlacheckie, zawsze niemal stojące do drogi frontem, chałupy kurpiowskie były zwrócone do drogi szczytem. Dlatego też ten szczyt był bardzo ozdobny. Wierzchołek wieńczyły ozdobnie wycięte zakończenia desek "wiatrówek", tzw. rogale. "Śparogi" to określenie z Puszczy Zielonej, w Puszczy Białej nazywano je "rogalami". Były one ważnym elementem zdobnictwa, jak i nieco późniejsze "pazdury".

Rogale miały być może znaczenie kultowe, a swoim zasięgiem przekraczały granice Polski, sięgając Wielkorusi i Skandynawii. Różnorodność form rogali wynikała najczęściej z indywidualnej interpretacji motywów głów zwierzęcych i ptasich. Najpopularniejszym był motyw rogów baranich, także motyw końskich głów, niekiedy toporków. Rzecz charakterystyczna;
ze wszystkich elementów tradycyjnej chałupy kurpiowskiej z Puszczy Białej to był bodajże najpierwszy element, który zaniknął. Cały trójkąt szczytu, zwłaszcza część górną, pokrywano motywami geometrycznymi z niewielkich, heblowanych desek, pojawiał się też niekiedy motyw słońca. Również ozdobne bywały deski i belki konstrukcji, drzwi i okiennice, deski "kożuchowania" tj. okładzin węgłów chałupy, a wreszcie tak wspaniały element zdobniczy, jak gzyms nadokienny.   Różnorodność tego gzymsu, tzw. "koruny", była tak ogromna, że w jednej wsi o stu domach, żaden z motywów się nie powtarzał! Nigdy za mało ozdób - to było naczelne hasło snycerki, używanej w chałupie kurpiowskiej. 





Niezwykłość zjawiska, jakim była chałupa kurpiowska, podkreślony jest przez fakt, iż ten rodzaj budowania trwał niesłychanie krótko, właściwie zaledwie około pół wieku! Chałupy z połowy XIX wieku jeszcze nie miały ozdób. Bogate zdobienie tutejszych chałup zostało przejęte z rozwijającego się zdobnictwa miejskich domów drewnianych i drewnianych willi podmiejskich. Było to echo modnej na przełomie wieków XIX i XX  interpretacji budownictwa letniskowo uzdrowiskowego. Na zachodzie Europy styl ten znalazł najsilniejszy wyraz w pawilonach wystawy wiedeńskiej w 1873 roku i wystawy paryskiej w roku 1878. W Rosji carskiej pojawiło się dodatkowe natchnienie w specyficznym zdobieniu budownictwa ludowego. Zwłaszcza po zakończeniu I wojny światowej, gdy wiele wsi uległo zniszczeniu, pojawili się różni rzemieślnicy oferując usługi, przynosząc nową technikę i nowe wzory zdobnicze, a miejscowi fachowcy musieli się do tego dostosowywać. 




Chałupa rząśnicka ma niewątpliwie najbogatszy program zdobniczy w całym regionie — rzeźbione belki "szczytówki" i "opasia" i imponującą polichromowaną snycerkę. Są w tej chałupie „koruny" ozdobnych gzymsów, z symetrycznie rozmieszczonymi kogutkami i ukwieconymi gałązkami, inne nad oknem ściany szczytowej, inne ponad oknami frontowymi. Jest tutaj zdobione kożuchowanie węgła, a przede wszystkim ganek przyzbowy i drzwi wejściowe, rzeźbione i polichromowane. W stosunku do budowli pierwotnej brakuje zniszczonej już furtki ganku, która była utrzymana w tym samym stylu; widoczna ona jest w wydanej w roku 1972 książce Marii Żywirskiej „Puszcza Biała, jej dzieje i kultura”.


Po zakończeniu pierwszej wojny światowej w budownictwie ludowym nastąpiły wielkie zmiany z powodu zniszczenia wielu wsi. Jak pisał Przemysław Burchard, wtedy z różnych stron zbiegli się rzemieślnicy oferując usługi. Fachowcy ci przynieśli nową, jeszcze doskonalszą technikę budowlaną — i nowe wzory zdobnicze. Miejscowi rzemieślnicy musieli naśladować te wzory, by nie stracić chleba.  Niezwykle często tymi fachowcami byli cieśle i snycerze żydowscy, jak przez Burcharda wymieniony Jankiel Ogórek z Ciechanowca. Jan Zaręba z Rząśnika dobrze podpatrzył modne wzory. Proszę się przyjrzeć tym drzwiom, są niepowtarzalne, nigdzie indziej nie spotykane.  


Do tych wspaniałych drzwi Jan Zaręba dodał jeszcze jeden element: jest to biały orzeł, widniejący pośrodku urodziwej snycerki pod szczytem dachu przyzbowego ganku. Ten orzeł jest niewątpliwie wyrazem radości autora tej realizacji, radości z długo oczekiwanej niepodległości, którą przyniosły ojczyźnie rezultaty dopiero co zakończonej wojny. To również dowód patriotyzmu, tak mocno zakorzenionego wśród Kurpiów. Na coś więcej, niż tylko na oklaski zasługuje ta rząśnicka chałupa.  Czapki z głów, proszę państwa, tak przed budowniczym, jak i przed obecnymi gospodarzami tej chałupy. Bo ona wciąż jest zamieszkała.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


.......................................................




sobota, 2 stycznia 2021


 

w wielkim księstwie chrobotkowym 
na mazowieckich piaskach

 


Naszła mnie ochota aby odwiedzić "wielkie księstwo chrobotkowe" w Puszczy Kampinoskiej.Pogoda zupełnie nie zimowa, ale smętna, szarobure chmury, w sam raz na  wędrówkę żółtym szlakiem przez karłowate bory sosnowe uroczyska Mosionka. Sto ileś lat temu rosły tam wiekowe sosny, które zostały wycięte w pień i sprzedane kupcom żydowskim, stąd też nazwa tej części sosnowego boru. Nazwa oczywiście w dobitny sposób zdradza pokłady pogardy, jaka tkwi w naszym narodzie, obdarzającym przedstawicieli obcych nacji określeniami o lekko obelżywym znaczeniu. Ciekawe, w Puszczy Kampinoskiej jest nie tylko Mosionka, jest także Kacapski Kanał, rzecz dziwna ale nie ma żadnej nazwy, która by się się łaczyła ze Szwabami...

Na ogołoconych z lasu wydmowych piachach posadzono sosnowe monokultury. I takimi je odziedziczył park narodowy, jak już całe uroczysko w jego władaniu się znalazło. Na pierwszy rzut oka żadna tam puszcza, ani z naszych marzeń romantycznych, ani z rzeczywistego wyglądu. Trzeba jednak przyznać, że pod względem krajobrazowym mają dużo specyficznego wdzięku.Mazowieckiego wdzięku, bym dodał.

Rosną tam  kostropate i karłowate, niekiedy wielopienne sosny i widać po ich prezencji, że toczyły ciężką walkę o życie na lotnych piachach wydmowych. Wiele z nich opanowanych jest przez nadrzewne porosty  i dla zwykłego turysty  są bardzo interesującym elementem oblicza takich drzewostanów. Sosnom towarzyszą brzozy, u ich stóp rosną kępy wrzosów, wszędzie ścielą się łany chrobotków reniferowych i płucnicy islandzkiej. 

Spotykałem łany chrobotków na piaszczyskach nadrzecznych, wyjątkowo urodziwe znajdują się w Puszczy Kurpiowskiej,  w borach koło Mińska Mazowieckiego jest go sporo, jeszcze więcej pod Warszawą w  Mazowieckim Parku Krajobrazowym koło Falenicy, a i w borach wokół Ponurzycy. W sosnowych borach Kampinoskiego Parku Narodowego dają się podziwiać w Opaleniu i na Łużach koło Wólki Węglowej, na Mosionce w sąsiedztwie Wierszy. Jest w tamtych borach i borkach zamknięty spory fragment historii Puszczy Kampinoskiej; czas rabunkowej gospodarki leśnej, głównie z czasu zaboru rosyjskiego, gdy wycinano co dorodniejsze, a sadzono co bardziej liche. Puszczy z naszych romantycznych wyobrażeń tam nie znajdziemy. Zobaczymy tam głównie to, co zostawił nam wiek dziewiętnasty. Przecież jednak tego krajobrazu lekceważyć nie można. Bo on jest nasz, własny, mazowiecki właśnie. 

Wszędzie tam na wydmowych piaskach  rozsiadły się tam łany chrobotka reniferowego.  Poniektórzy myślą, że to mech, inni mówią, że to  jest gatunek grzybów, a tak naprawdę ze względu na współżycie z glonami zaliczany jest do porostów. Jak zwał, tak zwał, malownicze toto jest bardzo.  Chrobotek reniferowy bardziej niż w Polce jest liczny w krajach północnych, w  Finlandii, Norwegii, Szwecji, tam jest go więcej, niż mnóstwo. W Skandynawii chrobotki są lubianym jedzonkiem reniferów, stąd i nazwa. Renifery też  u nas też żyły, ale wtedy gdy Polska nie była jeszcze Polską, przy końcu epoki lodowcowej.

 

Na południe od Otwocka, na torfowisku Całowanie są wydmy koło niewielkiej wioski o nazwie Pękatka i tam archeolodzy odnaleźli ślady osady łowców reniferów sprzed około 13 tysięcy lat. Lądolód, zalegający wówczas ten fragment ojczystej ziemi, który dzisiaj nazywamy Mazowszem, właśnie począł był ustępować ku północy. Krajobraz Mazowsza tamtych czasów przypominał tundrę, a na pastwiskach tej tundry, wśród traw i krzewów pasły się dzikie renifery. Przez kilka stuleci od połowy X tysiąclecia p.n.e. do schyłku IX tysiąclecia p.n.e., Mazowsze było krainą zamieszkaną okresowo przez koczownicze grupy łowców reniferów. Gdy lądolód począł się wycofywać na północ, klimat się tutaj wyraźnie ocieplił, na północ Europy podążyły również renifery, a w ślad za nimi koczownicze plemiona myśliwych. 

W swojej książeczce „Mazowsze nieznane” Zdzisław Skrok pisał pięknie o tych łowcach reniferów z Całowania. Że istnieją przesłanki, pisał, iż nasi przodkowie tę ziemię z żalem  opuszczali. Oto nad jeziorem Onega odkryto  cmentarzyska tych łowców, przybyłych tam z tych terenów. Że to te same plemiona, zaświadczały odkryte tam przedmioty, identyczne tylko tam i tutaj. Wszystkie ciała zostały złożone w ziemi głowami w jednym kierunku. Nie ku wschodowi, ku północy, lecz w kierunku Mazowsza, krainy szczęśliwej, którą opuścić musieli, a za którą – jak widać – tęsknili. Dla nas dzisiejszych świadomość tego jest niezwykle podniecająca.

Żeby zobaczyć żywe renifery trzeba dzisiaj podjąć podróż na północ Skandynawii. Renifery tam zawędrowały, chrobotki z nami pozostały i chociaż tak maleńkie, są ogromnym zabytkiem. Czapki z głów przed chrobotkami, szanowni państwo! Reniferów już na chrobotkowym posiłku na terenie dzisiejszego Mazowsza nie spotkamy, ale korzystające z chrobotków polskie sarny i owszem.

Nie ulega wątpliwości, że korzyści z nich przyroda ma wcale sporo. Leśne porosty i mchy przyczyniają się do utrzymywania wilgotnego mikroklimatu w lasach, gromadząc podczas opadów atmosferycznych w swoich plechach wodę, a następnie ją uwalniając w suche dni. Tym samym zapewniają stałość warunków mikroklimatycznych na terenach leśnych. A że rosną często gęsto w takich suchych, monokulturowych borach, egzystujących na piachach, czyż trzeba tłumaczyć, że są nie tylko piękne, ale i praktyczne?

 




















To także jest Puszcza Kampinoska, choć nie tak sobie prawdziwą puszczę wyobrażamy.    

czwartek, 24 grudnia 2020

 Wesołych Świąt !

I drzewa mają swą wigilię… Gdy błękitnieje śnieg o zmroku: W okiściach, jak olbrzymie lilie, Białe smereczki, sosny, jodły, Z zapartym tchem wsłuchane w ciszę,
Snują zadumy jakieś mnisze... Las niemy jest jak tajemnica, Milczący jak oczekiwanie, Bo coś się dzieje, coś się stanie...

Wraz z tym fotogramem, który przyjaciel z Powiśla wykoncypował oraz z fragmentem wiersza Leopolda Staffa
życzenia przesyłam Czytelnikom bloga "Mazowsze z sercem" 

spokojnych, zdrowych, szczęśliwych Świąt i Nowego 2021 roku koniecznie już bez wirusa, a zimy pięknie śnieżnej i pogodnej, jak to dawnymi laty bywało.




 

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Wspomnienie z czasów zarazy (4)

 Puszczańską jesienią w końcu listopada


Kończyła się jesień i gasły już światła w teatrze barw, który jak co roku  ofiarowywała nam natura. Opadały ostatnie liście z drzew. Na zegarku trzeba było zmienić czas letni na zimowy. Zima pewnie znowu będzie bezśnieżna, jak w roku ubiegłym, gdy na naszym Mazowszu tylko jednego dnia spadł śnieg, jeszcze tego samego dnia nas opuszczając. Wędrowałem teraz niespiesznie, krajobrazy pełne nastroju pozdrawiały mnie na poboczach, szlaki były niemal bezludne, a pogoda sympatyczna, taka jaka jest zawsze w dniu słonecznym przy końcu jesieni. Samojeden wybrałem się do Puszczy Kampinoskiej. Pięknie było i jesiennie. Wędrowałem więc sobie niespiesznie i tak sobie oto myślałem.

Fascynuje mnie przyroda jako element dziedzictwa kulturowego. Niewątpliwie jest przyroda  częścią kultury. W Polsce jest tego kilka przykładów sztandarowych,  Puszcza Białowieska, Pieniny, Tatry są na miejscach medalowych. A Puszcza Kampinoska?

Od ponad sześćdziesięciu lat jest  nobilitującym ją parkiem narodowym. Położona jest na Mazowszu, ziemi wielkich polskich romantyków: Fryderyka Chopina, Cypriana Norwida i Zygmunta Krasińskiego. Chopin i Norwid się na tej ziemi urodzili, Krasiński został pochowany. Pisał tu swoje poezje "lirnik mazowiecki", Teofil Lenartowicz. Odkryli mazowiecki pejzaż artyści malarze, a najsłynniejsze obrazy zostawił po sobie Józef Chełmoński. Najwybitniejsi z polskich literatów w realiach mazowieckiej ziemi osadzali swoje poezje, nowele i powieści: Maria Konopnicka, Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Stefan Żeromski, a później Władysław Broniewski i Jarosław Iwaszkiewicz.  Warszawa od dziesięcioleci jest największym w kraju ośrodkiem kultury, mieszkali w niej i nadal w niej żyją znakomici artyści wszelkiej maści i rodzajów, zapewne wielu z nich wędrowało tym lasem raz nie jeden. 

A w ich twórczości żadnego śladu Puszczy Kampinoskiej nie ma.  Pojawiają się tu i tam puszczańskie miejscowości, tylko jako dekoracja do jakichś opowieści, czasem puszczańskie plenery wykorzystują filmowcy do fabularnych obrazów. I to wszystko? Proszę sobie wyobrazić, również Fryderyk Chopin nie pozostawił po sobie ani jednego opisu Żelazowej Woli. Żadnego! Chociaż, przecież zawarł opisy krajobrazów nad Utratą w swojej muzyce. Japończycy dobrze o tym wiedzą, bo masowo przyjeżdżają do Żelazowej Woli.  Ale pejzażu z chopinowskich ballad, nokturnów i mazurków już nie znajdą w okolicy. A tak na marginesie. Jestem przekonany, że mały Frycek nawet nie miał pojęcia, że gdzieś, obok, niedaleko, znajduje się jakaś puszcza.

Przyroda i człowiek związani są ze sobą od tysięcy lat. Przyroda nabiera soczystszych barw wtedy szczególniej, gdy człowiek jest z nią związany bliższymi więzami. Często jest tak nawet, że obecność człowieka przyrodę nobilituje. No dobrze, a jak to jest w przypadku naszej podwarszawskiej Puszczy Kampinoskiej? 

 



























--------------------------------------------------------------------

 

czwartek, 10 grudnia 2020

 Wspomnienie z czasów zarazy (3)

wędrowanie jesienne

 

Jesień jest porą roku, w której zbiera się plony nie tylko na polach, o tej porze nam się zbiera na rozliczanie, podliczanie, podsumowywanie. Tegoroczną jesień spędzamy, niestety, w niechcianym towarzystwie. Świadomość, że jest z nami ta przeklęta zaraza, kładzie się cieniem na naszym życiu. I  chociaż - wciąż korzystam z dobrodziejstwa, jakim jest możliwość mojego bytowania pośród przyrody - od ciemnych myśli uwolnić się nie sposób.  Ciemne myśli w kolorowej jesieni? A niech to wciurności, mocium panie, przecież tak nie można! 

Chyba żadna z pór roku nie ma tylu twarzy, co jesień. Zanim nadejdzie jesień właściwa, z kolorami, wieczorną mgłą i dymami ognisk, snującymi się nad rżyskami, będzie przecież jeszcze przedjesień, o której niektórzy mówią, że to raczej takie późne lato. Jest to wyraźnie wyczuwalny okres, w którym przyroda jakby się zatrzymuje w oczekiwaniu. Na polach kończą się pospiesznie żniwa, zwozi się siano z łąk, w sadach owoce dojrzewają, w lasach pod nogi zbieraczom rzucają się grzyby, niektórymi laty ich więcej, innymi mniej, zaczynają ryczeć zakochane jelenie, na wrzosowiskach wrzosy barwią się na wrzosowo, u nas ostatnio bardziej w sierpniu jeszcze, bo wrześniu już jest po wszystkim. A potem zaczyna się szał barw, przychodzi krótkie na ogół babie lato, ostatnimi laty zbyt krótkie, aby się nim nacieszyć, zaraz potem zdarzą się pierwsze nocne przymrozki, a wysoko w niebie szykują się już do ataku zrywające liście z drzew wiatry i jak wrogie armie zbliżają się szarugi jesienne, chłoszczące ziemię deszczem. Ale to już późna jesień. A może nawet już przedzimie. Wciąż trwają spory w narodzie która też pora roku najładniejsza, wiosna, czy jesień. No dobrze, przyjmijmy, że jesień. Ale która?


 Na wrzosowiskach koło Mostówki

 



Zakwitające wrzosy są najczęściej początkiem jesieni. Taki jakiś bardziej adwentową barwę maja, pewnie to dlatego. Od dobrych kilku miesięcy żyliśmy już z pandemią, przyzwyczajaliśmy się do niej, przypominano nam to nieustannie w telewizorze. A ja na początku miesiąca września odwiedziłem wrzosowiska pod Mostówką. Dopiero teraz, w paskudnej pogodzie grudniowej, wrzucam je do blogu, a powód opóźnienia był dość prosty, wysiadł mi komputer. 

Wrzosowiska koło Mostówki w pełni kwitnienia są niewątpliwie  jednym z przyrodniczych cudów podwarszawskiego Mazowsza.  Wrzosy dały nazwę miesiącowi, ale zakwitają bardzo chętnie jeszcze w sierpniu i bywają lata, że z początkiem września jest już w zasadzie po wszystkim. Tak naprawdę, to wrzosy są zapowiedzią jesieni, forpocztą, heroldem, jej trabantem. Kwitnące wrzosy przynależą do przedjesieni, to taka pora roku, której na ogół nie dostrzegamy, a ona jest i to całkiem naprawdę.

Tego roku trafiłem pod Mostówkę w czasie właściwym... Wrzosy kwitły w całej swojej okazałości. Wyglądało na to, że one zupełnie, ale to zupełnie nie przejmują się żadnym wirusem. Jakby zupełnie nie było żadnej zarazy na tym naszym dookolnym świecie. One po prostu kwitły, czyniąc swoją powinność... 

Mazowieckie wrzosowisko na wydmach mostowiecko-lucynowskich jest zupełnie inne, niż wrzosowiska, jakie poznałem przed laty w czasie  wrześniowej bytności w Bretanii. I zupełnie inne, niż wrzosowiska brytyjskie, jakie  sobie wyobrażam po lekturze „Psa Baskervillów” i „Wichrowych wzgórz”. Podwarszawskie wrzosowisko kolo Mostówki powstało na mazowieckich piachach, ale doceniono jego urodę i walory, bo znalazło  na liście najcenniejszych europejskich obszarów chronionej przyrody "Natura 2000". Jest piękne i  cenne. A takie to niby nic te wrzosowiska, bo powstały na pożarzysku, na leśnym śmietniku, bo tam las się spalił, a przez jego środek co jakiś czas pomyka pociąg ze stacji Tłuszcz ku Ostrołęce jadący. Lub z powrotem, bo i tak mu się zdarza.  

Wpierw ciut encyklopedii. Rośnie tam w sumie 384 gatunków roślin, w tym wiele chronionych i rzadkich. Poza wszechobecnym wrzosem także  mącznica lekarska oraz... piasek. Mącznica to wiecznie zielona roślina, która często rośnie pod wrzosem, więc z pozoru nawet jej nie widać. W Europie Zachodniej zanikła kompletnie. Jest wiecznie zielona, pięknie kwitnie  i ma latem czerwone owoce, a liście są lekarstwem na choroby dróg moczowych. To największe stanowisko tej rośliny w Polsce. Rośnie w ogromnych płatach. Nie podpisuję jej fotografii, poznać ją można od razu. A piasek też jest na niemal każdym zdjęciu. Cenny on jest z powodu swojej jakości, bo to jest piasek szklarski. Niemcy w czasie wojny wywozili go stąd do Niemiec, bo jest rzadkiej krystaliczności.

Kto wie, czy nie największą zaletą tego terenu jest  to, że nie jest on  komercyjnym, płatnym obiektem przyrody do podziwiania, oprawionym w parkingi i stragany z pamiątkami. Tam się po prostu przyjeżdża, jeśli pociągiem od od stacji idzie się kilkanaście minut wzdłuż torów ku północy, a jeśli autem, to stawia samochód na skraju tego cudeńka i wchodzi pomiędzy kępy wrzosów, ścielących się pośród sosenek, jałowców i brzóz. Fotografując, to oczywista, lepiej wczesnym rankiem, bo światło jest wtedy lepsze. To i łaziliśmy, ile się da, na ile stare nogi pozwalały.  Przy okazji można  sfocić jakąś młodą parę, która zamówiła sobie wśród wrzosów sesję fotograficzną.  





















--------------------------------------------------------------------

niedziela, 6 grudnia 2020

 

Wspomnienie z czasów zarazy (2)

Powstańcza Mogiła

 

Na zdjęciu powyżej widać fragment boru sosnowego w okolicach  Zaborowa Leśnego, Na pierwszym planie leżąca na ziemi sosna. Ona umarła w sposób naturalny, w rezerwatach drzewa mogą o  sobie decydować i nie muszą o tym przypominać, organizując strajki. Są jak ludzie, jedne zdrowsze, innym coś dolega, niektóre przetrwają ponad możliwości gatunku, inne poddadzą  silniejszemu uderzeniu wiatru i legną na ziemi. Pośród takich sosen, na grzebiecie jeden z niezliczonych wydm, jakich w Puszczy Kampinoskiej są krocie, znajduje się Mogiła. Spoczywają w niej młodzi powstańcy, których życie zostało przerwane przez wiatr historii. Ludzie są bowiem jak drzewa,  nie wszystkim jest dane przetrwać ponad możliwości gatunku... 

O osiemset metrów od Zaborowa Leśnego oddalona jest ta Mogiła. Przez dziesiątki lat była jednym z ważniejszych miejsc, ku którym podążano przez Puszczę Kampinoską. Dopiero ostatnimi laty, już w parku narodowym, zaczęliśmy częściej wędrować ku miejscom wyróżniającym się urodą krajobrazu lub rangą w świecie przyrody. Mogiła znajduje się na szczycie piaszczystej wydmy, jednej z wielu w ogromnym kompleksie wydmowym, na których rośnie bór sosnowy, on właśnie stanowi o wizerunku Puszczy Kampinoskiej, widzimy ją jako puszczę sosnową przede wszystkim.  Te wydmy są zabytkiem, niewątpliwie najstarszym w podwarszawskiej puszczy, przechodzimy obok nich, depczemy ich grzbiety nawet o tym nie myśląc, a przecież ukształtowały się tutaj przed co najmniej 10 tysiącami lat. Cały ten kompleks wydm kampinoskich uchodzi za najlepiej zachowany z podobnych im w naszej części kontynentu europejskiego. 


Otaczają mogiłę bory sosnowe. Poniżej wydmy rosną młodsze, tam przez dziesiątki lat prowadzono normalną eksploatację, wycinano drzewa stare, sadzono na ich miejsce młode. Ale i one  w najmłodszych fragmentach sięgnęły już lat pięćdziesięciu. Wciąż  w niewielkim stopniu przypominają coś, co nazywamy puszczą. Wiele jeszcze lat pracy leśników, zanim tak uda się im ukształtować ten las, aby był godny nazywania się puszczą. Najstarsze mają o ponad sto lat od nich więcej. Ale i one zostały zasadzone  już po tym, jak się tam wydarzyło to, co nas teraz sprowadza w to miejsce na północ od Zaborowa Leśnego, tam, gdzie rozciąga się kraina sosnowych borów, porastających piaszczyste wydmy.

 Tutaj na tych wydmach, pośród tych borów,14 kwietnia roku 1863 miała miejsce bitwa. Do historii przeszła jako "Bitwa pod Budą Zaborowską", bo bitewne pola obok wioski tej nazwy się znajdowało, Buda zresztą istnieje nadal, dzisiaj to mała wieś, 25 mieszkańców,  ok. 3 km na wsch. od Zaborowa Leśnego. Zaledwie pół godziny ta bitwa trwała, a wstrząsnęła ówczesną Warszawą. Puszcza Kampinoska była wtedy schronieniem dla słabo uzbrojonego oddziału powstańczego "Dzieci Warszawy", dowodzonego przez Walerego Remiszewskiego, a złożonego głównie z warszawskiej młodzieży zbiegłej przed branką „w carskie sołdaty”. Dostał on zadanie udzielenia pomocy Jarosławowi Dąbrowskiemu i towarzyszom, planującym ucieczkę z Cytadeli Warszawskiej. Do ucieczki nie doszło, a Remiszewski otrzymał rozkaz wycofania się w głąb lasów. Władze carskie wysłały za nim wojsko pod wodzą gen. Krüdenera, które tutaj właśnie dopadło powstańców. Mieli w rękach przeważnie tylko kosy, jak mieli walczyć z pięćsetką dobrze uzbrojonych żołnierzy carskich? A ci odarli do naga wszystkich poległych i rannych, "tych ostatnich w okrutny dobijali sposób, ciała ich jedną stanowiły ranę” – pisały konspiracyjne "Wiadomości z pola bitwy".

Niedobitki uszły w kierunku Górek, gdzie doszło do ponownego starcia; są w tamtej stronie dwa pamiątkowe drzewa, martwa już sosna i wciąż żyjący dąb, na których konarach kozacy wieszali ujętych. „Hucznie, z muzyką i śpiewem wjechał generał Krüdenerdo Warszawy. Z tyłu, przytroczeni do koni, szli młodzi chłopcy w pokrwawionych szarych kurtkach powstańczych. Kozacy powiewali triumfalnie przyczepionymi do pik krakuskami pomordowanych. Wielki płacz towarzyszył im na trasie tego triumfalnego przejazdu Alejami Jerozolimskimi do Krakowskiego Przedmieścia” (Maria Kann, Wierna Puszcza, 1972).

Wzruszający opis pielgrzymki rodzin poległych na pobojowisko znalazł się w powieści „Dziedzictwo” Zofii Kossak i Zygmunta Szatkowskiego. „Pieszą procesją idą ku tym wzgórkom...  O Boże, wieluż ich tu leży! Wszystkie ciała zmasakrowane, zrąbane okropnie. Niektórych nie można poznać. Kobiety czołgają się po tym cmentarzysku. Szukają swoich. Proszą Boga, by nie znaleźć.” 

W Mogile  spoczywa 72 młodych powstańców. Wznosi się nad nią metalowy krzyż, na nim 72 symboliczne gwoździe. Ku Mogile prowadzi piaszczysta droga, od lat miejscowi zwą ją Grobową Drogą. „W Święta Narodowe  – wspominała jedna z mieszkanek okolicy.  –  całe wsie tam szły, dziewczynki w amarantowych beretach, a chłopcy w granatowych z chorągiewkami w rękach – widok imponujący i czas podniosły dla nas i naszych Rodziców." Trudno się powstrzymać od zadumy nad tym powstańczym grobem. 


O osiemset metrów jest ten grób oddalony  od Zaborowa Leśnego. Przez dziesiątki lat było to jedno z ważniejszych miejsc, ku którym podążano przez Puszczę Kampinoską. Jest nadal, chociaż  ostatnimi laty, już w parku narodowym, zaczęliśmy częściej wędrować ku miejscom wyróżniającym się urodą krajobrazu lub rangą w świecie przyrody. Kampinoski Park Park Narodowy umieścił przy mogile  tablicę z informacjami krajoznawczymi, ilekroć przy niej jestem patrzę, jak reagują na nią przechodzący turyści. Większość zatrzymuje się, ale tylko na moment, rzuca okiem na pomieszczony tam tekst, potem idzie dalej, zapewne  nie jest tu po raz pierwszy. Staraniem KPN została starannie wydana  interesująca książka Jarosława Włodarczyka "Szkice z powstania styczniowego w Pusczy Kampinoskiej", w środku moc dokumentów i ilustracji, każdy kto powiada, że uwielbia Puszczę Kampinoską, znać książkę powinien.

 Szkice z powstania Styczniowego WłodarczyK BDB!

 --------------------------------------------

  Post scriptum. Rozmyślania na marginesie

W okresie tzw.Polski Ludowej (trzydzieści cztery lata w tamtej Polsce żyłem) był taki czas, że nie turystyka indywidualna, a masowa była preferowana. Najważniejszymi imprezami turystycznymi były masowe rajdy. Władza lubiła nas mieć pod kontrolą, możliwie jak najwięcej, ale  we właściwy sposób ukształtowanych politycznie. 

W Puszczy Kampinoskiej najważniejszą taką imprezą turystyczną był rajd Palmiry, podobnie  Rajd Lenina w Tatrach, były to de facto imprezy polityczne. Ten rodzaj turystycznej kultury masowej, jak takie rajdy, nie przypadł mi do gustu. O wycofaniu się z tego zdecydował jeden epizod. Ten epizod świetnie pamiętam.

Przewodniczyłem wtedy komisji PTTK do spraw Puszczy Kampinoskiej, projektowało się i znakowało szlaki, robiło właściwą propagandę ochroniarską wśród członków organizacji, a miała ona wtedy pół miliona ludzi. Z urzędu niejako zostałem wciągnięty do organizacji rajdu palmirskiego. Ustawialiśmy właśnie stoliki przy palmirskim cmentarzu, nad nimi wieszaliśmy kartony i transparenty z napisami informującymi kto i gdzie powinien się zgłaszać na mecie rajdu, aby na koniec swojej wędrówki odebrać proporczyki, plakietki itp. drobiazgi, które miłośnicy rajdów namiętnie zbierali. Ja z kolegami to wszystko układaliśmy na stolikach.

Rajdowicze jeszcze nie dotarli, godzina była dość wczesna. I wtedy pojawił się obok samotny wędrowiec. Turystycznie ubrany, widać było po nim, że sporo wędruje, o wyglądzie taternika, miał  słynną horolezką na plecach, a po takie plecaczki specjalnie wyprawiało się za południową granicę, nasze polskie były beznadziejne. Stanął ten facet kolo mnie, popatrzył na to wszystko, co robimy, przygotowujemy. A potem spytał. Krótko i zwięźle: a konfetti też będzie? I poszedł w swoją drogę. Czułem się, jakby ktoś dal mi w łeb. W jednej chwili zrozumiałem w jakim cyrku biorę udział, jako jeden z jego organizatorów.

W tamtych peerelowskich czasach, Przemek Burchard, redaktor naczelny rocznika krajoznawczego „Ziemia 1966” zamówił u mnie obszerny materiał o Puszczy Kampinoskiej. Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze wznowiło wydawanie rocznika krajoznawczego „Ziemia' z podtytułem „prace i materiały krajoznawcze”. Tradycje wydawania „Ziemi” sięgały roku 1910. Wznowienie edycji po wielu, wielu latach,  było niewątpliwym  sukcesem. PTTK było wówczas, jak wszystko zresztą w Polsce, mocno w pierwszym szeregu na froncie walki ideologicznej.

Prócz tekstów bardzo wartościowych, często omawiających miejsca, obiekty i problemy dotąd nie sygnalizowane w drukowanych publikacjach, znajdowały się tam, niejako z urzędu umieszczone, teksty takie, jakich oczekiwano, np. w artykule „Julian Marchlewski - rewolucjonista, uczony, miłośnik krajoznawstwa” autorstwa Zbigniewa Tomkowskiego, pomieszczonego w roczniku „Ziemia 1966", albo w następnym roczniku, tegoż autora „Włodzimierza Lenina zainteresowania krajoznawcze”. Obok Juliana Marchlewskiego w tym samym numerze znalazłem się również i ja. Nosił ten mój tekst tytuł „Kampinoskie notatki”.

Omówiłem w nim okolice Zaborowa Leśnego i mogiły powstańczej z 1863 roku. Cenzura się ostro wtrąciła. Powiedziano, że materiał zostanie puszczony do druku, jeśli znajdzie się w nim również tekst o Palmirach. Dla równowagi, bo przecież powstańcy styczniowi zostali zabici przez Rosjan. Carskich bo carskich, ale jednak Rosjan. Dla równowagi należało więc napisać o miejscu, w którym pochowani zostali Polacy zamordowani przez Niemców. Palmiry grały swoją rolę w polityce rządzącej nami partii. Po to wymyślono ten rajd, abyśmy właściwie kształtowali w sobie naszą świadomość historyczną.

Zająłem się przyrodą, poszedłem w krajoznawstwo, projektowałem szlaki turystyczne i zacząłem pisać przewodniki, później książki, współudział w organizowaniu rajdów palmirskich nie jest dla mnie specjalnym powodem do dumy. Acz nie neguję wcale znaczącej roli w przyczynianiu się tego rajdu do popularyzacji turystyki pieszej. Późniejsze lata, wraz z pojawieniem się samochodu, trochę nam przebudowały rozumienie tej turystyki. Bo i pojawiła się popularność roweru, jako sposobu przemieszczania się w plenerze. Ale, jak warto przypomnieć: przyjemność poznawania terenu jest odwrotnie proporcjonalna do sposobu się poruszania.

------------------------------------------ 

 


 

 




 


 

 


 

 

 

 

 

 

 


sobota, 5 grudnia 2020


Wspomnienie z czasów zarazy (1)

wiosną w Zaborowie Leśnym

Puszcza Kampinoska. Zabytkowa lipa drobnolistna w Zaborowie Leśnym

Tegorocznym przedwiośniem zaraza opanowała świat. Także nasz świat dookolny. I zaczęło być ciężko, radio i telewizory były pełne niedobrych wiadomości, ludzie chorowali i umierali, wpierw tylko w tych telewizorach, gdzieś poza nami, daleko, ale potem także i bliżej... A wiosna przyszła wyjątkowo piękna. Dawno takiej nie było. Zimą niemal zupełnie nie było na Mazowszu śniegu, suche przedwiośnie zdawało się zapowiadać katastrofalną suszę w naszym kraju. A potem przyszedł deszcz. I dużo wody pojawiło się w Puszczy Kampinoskiej. I zaczęła mnie do siebie wołać. Pojechałem więc do swojej  ulubionej, opisywanej przeze mnie, serdecznym uczuciem darzonej  okolicy. 

Zaborów Leśny położenie  ma niezwyczajne, bardzo zróżnicowany jest jego przyrodniczy krajobraz. Dobrze się w jego otoczeniu czuję, nie da się ukryć, że to jest mój biotop, moje środowisko naturalne. Uwiodła mnie tamta okolica dawno temu i wciąż jestem nią uwiedziony. Niezwykłe: tego maja zieloność była tak zielona, że bardziej zielona być nie mogła. 

Gdy zajechałem na miejsce, zaczął padać niewielki deszczyk, na Kalisku krzyczały żurawie, wyraźnie się z tego deszczu ciesząc. Poszedłem kładką w głąb bagien, wokół burza zieleni i zadziwiająco sporo wody. Stawy w zaborowskim Parku  dokumentnie zdziczały, pełne zwalonych do wody drzew, puszczańskość krajobrazu imponująca, trudno uwierzyć, że te stawy poiły kiedyś folwarczne bydło z Gaci Zaborowskiej, pasące się na łąkach zdziczałego dzisiaj Kaliska. A tam, gdzie staraniem parku narodowego powstały  wspaniałe kładki przez bagno, kiedyś była  Droga do Gaci, tak ją zwano,  błotnista zazwyczaj, utwardzana przez lud okoliczny wrzucanymi w to błoto śmieciami, chodziłem często po tym błocie, przejście tego szlaku o przedwiośniu   było nie lada wyzwaniem.  

Od ponad pół wieku przyjaźnię się z Puszczą Kampinoską. Co jakiś czas odwiedzam miejsca, w których najlepiej można zobaczyć, jak po kilku wiekach rabunkowej gospodarki leśnej puszcza staje się na powrót Puszczą. Gdy w roku 1959 został utworzony Kampinoski Park Narodowy,  zaczął się żmudny proces odbudowy puszczy. Z roku na rok pięknieje i coraz bardziej staje się puszczą nie tylko z nazwy. Jednym z takich miejsc, gdzie widać to szczególniej,  jest Zaborów Leśny. Tam w wyjątkowo atrakcyjny sposób spotykają się ze sobą dwa główne elementy krajobrazu podwarszawskiej puszczy: po jednej stronie jest to kompleks piaszczystych wydm z mogiłą powstańców z 1963 roku pośród sosnowych borów, a po drugiej torfowiskowa kotlina uroczyska Kalisko,  mokradła o urodzie nadzwyczajnej. 

Były wioski na południowym obrzeżu Kaliska i ich mieszkańcy próbowali torfowisko obłaskawić, wtedy znaczną jego część zajmowały  wilgotne łąki, na nich pasły się  krowy, a skoszoną trawę gromadzono w malowniczych stogach. Wiosek już nie ma, nie pasą się na łąkach krowy, trawy się nie kosi, na Kalisko imponująco powraca dzika natura. Łąki ustąpiły turzycowiskom, wkroczyły na nie szuwary, na podbój torfowiska wyruszyły forpoczty lasu, torfowisko wygląda tak, jak prawdziwe bagno wyglądać powinno.  Dzięki ochronie przyrody czas na Kalisku cofnął się o kilkaset lat, jest tutaj teraz tak, jak było tam za Jagiellonów.  

Mokradła Kaliska są dzisiaj niemal całkowicie niedostępne,  takie opisywali autorzy powieści o akcji osadzonej w zamierzchłych, słowiańskich czasach: Józef Ignacy Kraszewski w „Starej baśni”, Karol Bunsch w „Dzikowym skarbie”, Antoni Gołubiew w „Bolesławie Chrobrym”. To były lektury młodości mojego pokolenia, nie sądziłem, ze podobne plenery jeszcze kiedyś zobaczę i to tak blisko Warszawy. 

Okolice Zaborowa Leśnego są ogromnym matecznikiem dziko żyjących zwierząt. Kalisko znajduje się pośrodku tego matecznika. jest Łosie są, to oczywiste, to ich naturalny biotop, w takiej przyrodniczej rzeczywistości czuja się najlepiej, tam gdzie są takie mokradła, jak tutaj i młode drzewostany sosnowe na piaskach, gdzie przenoszą się na sezon zimowy. Sarny i dziki były tu od zawsze, także lisy i borsuki,  ostatnimi laty pojawiły się także jelenie.  Od kilku lat jest tu matecznik jednej z dwóch watah kampinoskich wilków. Aż dziw, że to wszystko tutaj żyje i jak donoszą parkowi leśnicy, ma się wcale dobrze.  

    Ostatnimi laty władzę nad Kaliskiem przejęły żurawie. Kilka par bytuje w okolicy. Nawet, jeśli nie mam szczęścia zobaczyć ich królewskie sylwetek, niemal ze wszystkich stron mogę usłyszeć ich donośne fanfary. najczęściej wczesnym rankiem lub przed zachodem słońca, wtedy, gdy żurawie witają i żegnają dzień. Albo wtedy, gdy ich donośny głos zapowiada zmianę pogody, gdy wieszczą, że następnego dnia już tak ładnej nie będzie. Ale o przedwiośniu ich głosy słychać z każdej niemal strony, wtedy od Zaborowa Leśnego i  niespiesznym krokiem podążam niebieskim szlakiem w stronę Zaborowa, dla tych żurawi właśnie...

Tego żurawia o przedwiośniu, towarzyszka moich wędrówek, Ula ze Słodowca,  sfotografowała teleobiektywem z niebieskiego szlaku koło Zaborowa Leśnego. 

 

Przebiegający przez Zaborów Leśny niebieski szlak turystyczny zaprojektowałem w roku 1965, szmat czasu temu. Do wytropionego przez siebie żurawiego gniazda wśród turzyc, już potem, jak rodzice wyprowadzili z niego swoje młode, zaprowadziłem panią profesor Jadwigę Kobendzinę, współinicjatorkę utworzenia parku narodowego w tej puszczy. bardzo chciała zobaczyć takie gniazdo. Znajdowało się wśród wysokich turzyc na ziemi. Tamtymi czasy był to ewenement, bo tylko cztery pary żurawi gniazdowały wtedy w całej puszczy. Dziś ponad około pięćdziesiąt.  

Był czas, gdy często gęsto po Kalisku łaziłem. Jeszcze się dało, chociaż łatwo nie było. Wtedy tam  teren nie był zarośnięty krzami i to był raj ptasi. Czego tam nie było!  Fruwały nad głowami ptasie rarytasy. Szlamiki i czajki, kszyki i słonki, Oglądam teraz inny krajobraz. Zmieniła się szata roślinna, a i ptasie towarzystwo już na Kalisku inne. W bagiennych olsach nad Kaliskiem bielik wyprowadza lęgi, to polski ptak herbowy. Aby przez to torfowisko wędrować, udający się na jego penetrację przyrodnicy zakładają wodery, zwykłe wiejskie gumiaki po kolana to za mało.  

Zanim powstały kładki, przejście szlaku o przedwiośniu było nadzwyczajną przygodą.

 

         W Zaborowie Leśnym zaczyna się jedna z tras najbardziej malowniczych w Parku Kampinoskim. Znakowany szlak wiedzie w głąb Kaliska śladami Drogi do Gaci, tak nazwanej, bo od majątku w Zaborowie do folwarku w Gaci doprowadzała.  Gdy wody na torfowiskach Kaliska jest sporo, a to się często przytrafia, zwłaszcza przedwiośniem,  nie dawało się iść tym szlakiem,  przez obniżenia terenu z jednej na drugą stronę drogi przelewał się wtedy nadmiar wody pokrywającej torfowisko i zwykły szlak zamieniał się w szlak wielkiej przygody. Jesienią 2015 roku Kampinoski Park Narodowy zbudował na tej drodze kilkusetmetrowej długości kładkę turystyczną, dzięki niej wygodnie można teraz wejść w głąb bagna, to robi wrażenie, ale tej przygody, co to na wędrowca czekała, brakuje.

Długie na 700 metrów kładki turystyczne na Drodze do Gaci przez Kalisko

Kładkę inaugurują gospodarze z Kampinoskiego Parku Narodowego: konserwator obwodu ochronnego Laski, nadleśniczy Tomasz Hryniewiecki i dyrektor Parku Mirosław Markowski.


 

Zaborów Leśny ma niezwyczajne, bardzo zróżnicowany jest jego przyrodniczy krajobraz. Dobrze się w jego toczeniu czuję, nie da się ukryć, że to jest mój biotop, moje środowisko naturalne. Uwiodła mnie tamta okolica dawno temu i wciąż jestem nią uwiedziony. Tu, gdzie jest dzisiaj węzeł turystyczny w Zaborowie Leśnym, znajdowało się centrum folwarku, jaki powstał w wieku XIX. Przynależał do majątku w oddalonym o kilka kilometrów  Zaborowie, nazywał się Gać Zaborowska, a nazwę Gać wziął od gaci, czyli okładziny ocieplającej ściany drewnianych chałup, wykonywanej dawniej ze słomy, z liści, ściółki sosnowej i chrustu. A co ociepla ludzkie pośladki?  Gacie...

Również drogi na mokradłach były gacone. Jak sądzę , akurat w tym przypadku chyba o taki źródłosłów chodzi. Gać to także określenie łąki, np. znana kaszubska miejscowość Swornigacie (lub Swornegacie, jak chcą niektórzy) bierze nazwę od mokrych łąk na przesmyku między jeziorami. Puszczańska Gać została posadowiona w miejscu podobnym,  tyle że nie nad jeziorami, a  na wyniesieniu na pograniczu wydm, w otoczeniu dorodnego lasu na przesmyku pomiędzy dwiema kotlinami torfowiskowymi i po części wykorzystującym koryto strugi o sięgającej jeszcze średniowiecza nazwie Rgilewnicy. 

 W Zaborowie Leśnym zaczyna się Kanał Zaborowski,  przekopany po 1868 roku i przecinający całe Kalisko. W 1967 roku z gromadą przyjaciół tu zaczynałem wiosenny spływ kajakowy. Po dwóch dniach kończyliśmy go na Bzurze pod Wyszogrodem. Trudno w to uwierzyć dzisiaj, teraz dzicz ogromna, a nieco dalej jeszcze bardziej. 

Torfowiska Kaliska są przecięte przez zbudowany w 2 poł.XIX wieku Kanał Zaborowski.


      

W latach międzywojennych XX wieku Gać należała do krewnych marszałka Józefa Piłsudskiego. W roku 1930 w folwarku tutejszym mieszkały 62 osoby, dzisiaj w służbowej osadzie KPN mieszkają dwie osoby.  Folwarku w Gaci Zaborowskiej już nie ma, jest tam teraz tylko jeden jedyny budynek służbowej osady Kampinoskiego Parku Narodowego i to wszystko. Lecz – cóż za otoczenie!Ponad sześćdziesiąt lat już istnieje park narodowy w Puszczy Kampinoskiej i w takich miejscach, jak ta okolica, widać jak bardzo się wszystko w tej puszczy zmieniło.

Dwupienna lipą drobnolistna, na jej tle autor tego bloga.


 

Sam środek Zaborowa Leśnego,stara, zabytkowa lipa, obok niej jest węzeł szlaków 



 

Polana wypoczynkowa, jaką zarząd KPN przygotował dla turystów w Zaborowie Leśnym

 




 

 

Z kilku stron przychodzą  do Zaborowa Leśnego znakowane szlaki turystyczne, wszystkimi można dotrzeć od przystanków miejskich autobusów warszawskich, które rozpoczynają swój bieg przy stacjach metra. Do parkingów też niedaleko, najbliższe są w Truskawiu i obok Pociechy, do Zaborowa Leśnego stamtąd godzina lub półtorej marszu, w sam raz na niezbyt długą wycieczkę. Tuż obok jest miejsce wypoczynku z miejscem na ognisko, a wokół krajobraz jak marzenie. Od chwili, kiedy po raz pierwszy Zaborów Leśny zobaczyłem, często do niego powracam. Nawet wtedy, gdy jestem daleko, zamknięty w kamiennych murach Warszawy, nie mogę uwolnić się od jego obrazu.