sobota, 22 lipca 2017

Kampinoska zagadka

Wśród warszawiaków lasy Kampinoskiego Parku Narodowego cieszą się wielką popularnością. Ze wszystkich lasów podwarszawskich najczęściej do tych lasów się przejeżdża. Rzadko spotykam turystów wędrujących z przewodnikiem w ręku. Mówią mi najczęściej, że im przewodnik nie jest potrzebny, bo od lat wędrują tymi lasami i dobrze je znają. Częściej mają przy sobie mapę. Dla jednych i drugich mam zagadkę.  Ciekawi mnie, czy odwiedzili kiedyś taki fragment naszego podwarszawskiego parku, jak na tych zdjęciach, co je tutaj dołączam. To nie są zdjęcia z uroczyska Piekło w Górach Świętokrzyskich i nie są to ruiny zameczku królowej Kingu w Pieninach, ani skałki z Beskidów. Te zdjęcia są naprawdę z okolicy warszawskiej, wykonałem je w ostatnią sobotę w rezerwatowym lesie kampinoskim. Dla ułatwienia: zdjęcia te zostały wykonane w odległości zaledwie dwustu metrów od dużej, czerwonej tablicy z napisem: Kampinoski Park Narodowy. I jeszcze jedno: te fotografie nie są wykonane w pobliżu Wólki Węglowej. A więc gdzie? Oto jest pytanie...


Dziwne skałki w podwarszawskim krajobrazie Kampinoskiego Parku Narodowego. Fot.L.Herz
To, co na zdjęciach, znajduje się nieopodal Czosdnowa, koło wsi Dębina. Dziczejący las rośnie na tam ruinach carskiego  fortu z lat osiemdziesiątych wieku XIX.  To fort V zewnętrznego pierścienia fortów dla twierdzy modlińskiej, jeden z kilku na Przedmościu Kazuńskim. Był modernizowany jeszcze w przededniu pierwszej wojny światowej, ale  nigdy nie spełnił roli, do której został przeznaczony, więc w roku 1915 wycofujące się wojska rosyjskie obiekt wysadziły. I tak już zostało do dzisiaj.  
     Na poszczerbionych ścianach betonowych koszar w latach sześćdziesiątych XX wieku ćwiczyli wspinaczkę warszawscy taternicy, ale i to już jest przeszłością, pojawiają się tu sporadycznie, w mieście mają teraz do treningów ścianki wspinaczkowe. Ziemne wały i fosy fortu opanowała roślinność, miejscami rośnie tam niemal dżungla, w zabagnionych fosach mają swoje mateczniki wilki. ten las jest enklawą Kampinoskiego Parku Narodowego, obszarem ochrony częściowej formalnie, ale żadnych widocznych zabiegów leśnych tutaj się nie przeprowadza. 
      W murowanych szczątkach fortu bytują nietoperze i to z ich powodu ten fort znalazł się w gronie kilku, chronionych  granicami europejskiego obszaru ochrony siedliskowej Natura 2000 "Forty Modlińskie". Jest sześć obiektów fortyfikacyjnych Twierdzy Modlin, które - niezagospodarowane i nieużytkowane przez ludzi - stały się dla wielu gatunków nietoperzy świetnym zimowiskiem. Panujące tam warunki mikroklimatyczne – wysoka wilgotność i stała temperatura, utrzymująca  się  podczas  sezonu  zimowego  stale  nieco  powyżej  zera,  zapewniają  zwierzętom  optymalne  warunki. 
      Jednym z ważniejszych zimowisk nietoperzy w Polsce są te forty, zimę spędza w nich aż dziesięć gatunków nietoperzy,  w tym trzy szczególnie cenne: mopek,  nocek duży i  nocek łydkowłosy; dla tego ostatniego forty modlińskie są   jednym  z  trzech  najważniejszych  w  Polsce. Dla mopka forty twierdzy są bardzo istotnym miejscem  hibernacji – w niektórych latach zimowało  tu  nawet  ponad  500  osobników. Mopek w przeciwieństwie do obu nocków preferuje podziemia zimne, betonowe i takim fortem jest fort koło Dębiny.


czwartek, 13 lipca 2017

Lilia złotogłów
Właśnie kwitnie w mazowieckich lasach lilia złotogłów. Kto chce ją zobaczyć, powinien się spieszyć, nie będzie to trwało długo. Ja mam kilka miejsc, w których mogę ją podziwiać. Tę ze zdjęcia zdjąłem przy czerwonym szlaku w Kampinoskim Parku Narodowym, tuż obok dróżki rośnie tam na Kozich Górach w obszarze ochrony ścisłej pod Krzywą Górą. Nie zawsze się mi udaje zobaczyć lilie tam, gdzie ją kiedyś widziałem, leśnicy są albowiem niemiłosierni w swoich hodowlanych zabiegach. Mimo iż złotogłów jest pod ścisłą ochroną, jeśli jego stanowisko znalazło się we fragmencie lasu, przewidzianym do wycięcia, prawie na pewno zginie. Nie tylko naturalności Puszczy Białowieskiej zagrażają jej gospodarze, leśnicy z Lasów Państwowych. Także i w lasach mazowieckich drewno wydaje się być  dla leśników ważniejszym od reszty ekosystemu. Niemal na moich oczach zginęły stanowiska lilii złotogłów w lasach koło Gołębiówki w nadleśnictwie Mińsk Mazowiecki. Opisywałem je w swoich przewodnikach, nie tylko tam opisy są już zdezaktualizowane. Nie wiem czy nadal kwitnie pod jednym z płotów na rozdrożu ulic koło kościoła w Zalesiu Górnym, dawno tam nie byłem.
     Lilia złotogłów jest kwiatem królewskim! Ze wszystkich okazałych leśnych kwiatów największą estymą cieszy się właśnie ona. Należy do raczej rzadkich roślin chronionych. Zakwita na ogół pod koniec czerwca i kwitnie niekiedy do połowy lipca. I kształt ma wymyślny, a oryginalny, i woń odurzającą, słodką, wzmagająca się wieczorem. Barwę ma oryginalną. od bladoróżowej do jasno-purpurowo-fioletowej, podkreśloną czarnopurpurowymi mniejszymi i większymi plamkami, rozsianymi na aksamitnych płatkach. Wszystkie te walory nadają jej prawo do ubiegania się o tytuł kwiatowej piękności. I kto miał szczęście ujrzeć ją wśród zielonej głuszy leśnej roztaczającą swą krasę o dziwnym, wschodnim przepychu, ten najpewniej tytuł ów jej przyzna – opisała lilie złotogłów Zofia Radwańska-Paryska.  

Lilia złotogłów w dekoracji zakopiańskiego Domu Pod Jedlami
     Roślina nosi też inne ludowe nazwy, niekiedy jest to >maśleszka<, albo >zawojek< lub >zawojka<. Górale tatrzańscy  zowią ją lelują i w stylizowanej formie kwiat ten należy do chętnie używanych w ornamentach podhalańskiej snycerki. Nazwa >leluja< jest też używana na nizinnych Kurpiach Zielonych dla określenia rodzaju wycinanki w formie stylizowanego drzewka, ale według przypuszczeń badaczy sztuki ludowej Kurpiowszczyzny, tutaj określeniem >leluja< oznacza się kwiaty kosaćca żółtego, dość pospolitego na terenach bagiennych torfowisk. W ogromnej większości tradycyjnych motywów zdobniczych >leluj<, jak też w samej ich budowie, dopatrywano się treści, nawiązujących do mniej lub bardziej realnego świata natury – twierdził badacz sztuki kurpiowskiej, Jacek Olędzki. -- Pojawiała się nawet osobliwa interpretacja >lelui< jako przeżytku magicznego drzewka życia. Jednak równie dobrze nazwa ta może być gwarowym skrótem religijnego zawołania alleluja. Wszak >leluje< wycinano właśnie wtenczas, kiedy zawołanie to miało rozbrzmiewać ze szczególną mocą. Wycinanki mogły być tedy plastycznym, barwnym znakiem radości głoszonym jak alleluja na chwałę Boga.
     W Polsce rosną dziko dwa gatunki rodzimych lilii, na świecie kilkadziesiąt. Od starożytności lilia ma duże znaczenie w symbolice i ceremoniałach religijnych różnych narodów. U Rzymian była symbolem nadziei, w sztuce chrześcijańskiej wyraża czystość, niewinność, dziewictwo. Wedle tradycji miała ona jakoby wyrosnąć ze spadłych łez Ewy opłakującej wygnanie z Raju. W scenach Zwiastowania często wyobrażano archanioła Gabriela z lilią w ręku, podczas gdy druga lilia stoi w wazonie obok klęczącej Marii. Występuje też w herbach i godłach rodów, np. Burbonów. Ewangelie cytują słowa Chrystusa: Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną; nie pracują ani nie przędą, a powiadam wam: nawet Salomon w całej chwale nie był tak przyodziany jak każda z nich.
      Lilie francuskie są przysłowiowe, lecz to nie o ten nasz gatunek chodzi; owe herbowe francuskich królów są złote. Torquato Tasso w Jerozolimie wyzwolonej nazywał Francuzów złotymi liliami, gigli d'oro. Nazwa łacińska brzmi: lilia martagon. >Martagon< bywa różnie tłumaczony: wg niektórych pochodzić ma jakoby od mitycznego Marsa, boga wojny, wg innych ma związek astrologiczny z planetą Marsem, a jeszcze inni przypuszczają, iż pochodzi od tureckiego >martagan<, co oznacza rodzaj turbanu, więc może i stąd polska nazwa >zawojek<, co ciekawsze, mająca odpowiednik w językach angielskim i niemieckim.  Alchemicy średniowieczni z cebulek lilii złotogłów przyrządzali złocistą tynkturę, która miała metale nieszlachetne zamieniać w złoto. Prawdopodobnie nazwa >złotogłów< stąd się wywodzi - przypuszczała Zofia Radwańska-Paryska. A może ze względu na wyjątkowość tego kwiatu został on nazwany złotogłowiem? Bowiem tak właśnie nazywano w szlacheckiej Polsce kosztowny brokat, ciężką, złotolicą tkaninę lub przetykaną złotem materię jedwabną lub półjedwabną.    
      Do nas sprowadzano tę tkaninę ze wschodu przez Ruś Kijowską. Używano jej do dekoracji wnętrz i do szycia szat liturgicznych kościelnych dostojników. Bogaci używali złotogłowu na suknie uroczyste dla kobiet i mężczyzn, pokrycia drogich futer, żupany odświętne, pasy i czapraki stwierdzał Zygmunt Gloger. Mikołaj Rej powiada: Niech pan za oponami siedzi, jako chce, nie będzieli cnotą zafarbowany, jest jako muł złotohławem zakryty, a gdy z niego zdejmą złotohław, alić uszy, ogon, głowę, wszystko po djable, Petrycy zaś: Kto z przodku chodzi w złotogłowie, na ostatku musi chodzić w siermiędze.

piątek, 23 czerwca 2017


Niezwykły Garnek 


Kilka dni temu  odwiedziłem Garnek. To jedna z moich najbardziej ulubionych wsi, położona pośród lasu koło Ceranowa na mazowieckim Podlasiu w powiecie węgrowskim. Dawno mnie w Garnku nie było, nareszcie zebrałem się w sobie i do niego zajechałem. Pierwszy raz pojawiłem się tam w roku 1994 i od tego czasu ważne miejsce zajął w moich myślach. Nie tylko w myślach. oficyna wydawnicza >Rewasz< wydała w roku 1995 mojego autorstwa "Przewodnik po okolicach Warszawy" ; omawiane w nim były znakowane szlaki turystyczne, przewodnik miał później drugie wydanie, ale większość z opisanych tam szlaków już się zdezaktualizowała, albo w terenie nie ma tych tras w ogóle, albo znakowanie jest tak kiepskie, że praktycznie szlaków tych też nie ma.  Na okładce tego przewodnika widnieje trójka turystów, sfotografowanych w czasie wędrówki piaszczystą drogą we wsi Garnek. To zdjęcie z okładki jest tutaj, poniżej. Dla mnie jest to zdjęcie historyczne: nie ma już tego krytego strzechą domu, nie żyje już także dwójka z wędrujących wtedy ze mną turystów.
 


Daleko jest do Garnka z Warszawy. Niewielki jest ten Garnek i dobrze schowany przed niepożądanymi gośćmi. Trafić tam niełatwo. Za Rytelami Święckimi boczna droga wiedzie przez zagajniki, dojrzewające zboże, wśród łąk tonących w żółtościach i fioletach wiejskiego kwiecia, przez chłopskie laski i piaski. Od Jakubików przez te chłopskie laski dojechać najlepiej, choć piaski okrutne. Albo od Ceranowa, stamtąd najbliżej, niemal cały czas lasem i  znaczna część drogi to w miarę wygodna żwirówka, ale nie do końca taka ona wygodna.
      Garnek odwiedzałem już kilkakrotnie. Zapraszałem znajomych, nie było ich wielu. Widać - za daleko, zbyt kłopotliwie. Publiczna komunikacja tu nie dociera, a dla samochodów droga marna. Nie odwiedzali Garnka malarze i poeci.
Byłem pierwszym, który o niej  wspomniał w druku, w  książce pt. "Klangor i fanfary", w roku 2012 wydanej przez >Iskry<.
     
Garnek w roku 1994.
        To prawda, Garnek nie leży w Toskanii, nie rosną tu winne szczepy, z których można wino wytłaczać. Lecz przecie widoki są tutaj rozkoszne, choć inne. W lasach  niby małe złote słońca zakwitają bardzo rzadkie w naturze pełniki i fioletowieją orliki, na łąkach ścielą się kobierce jaskrów,  torfowiska pokrywają dywany kaczeńców, z głębi bagiennych olsów słychać fanfary żurawie. Towarzyszący mi przyjaciel zaprowadził mnie na skraj wsi, pokazał rozpościerający się tam widok na wilgotną łąkę z kobiercami barwnych kwiatów, pośród których szukał żab bocian. Od wschodu łąkę obramowywały drewniane chałupy. Od zachodu ostańcowe wzgórze. Na horyzoncie widniały wilgotne bory na torfowiska. Był ze mną przyjaciel, Jurek. Popatrzył, zatoczył krąg ręką. Nie musiał nic mówić. I tak miał rację. To było to, właśnie to...
      Kiedyś już to pisałem, ale się powtórzę, bo tak trzeba. Na pejzaż, zwłaszcza nizinny, trzeba być uwrażliwionym. Trzeba  jakby - specjalnego rodzaju "słuchu". Jurek należał do tych, którzy są bardzo czuli na takie krajobrazy. Coraz mniej czynny, wiekiem i chorobą zaczął być  ograniczany do coraz krótszych wypadów za miasto. Za wieloma krajobrazami tęsknił. A łąki w dolinie Bugu, pokryte oceanem kwietnego złota jaskrów, były mu zawsze bardzo bliskie i chętnie nurzał się on w tych żółtościach i jak łódka brodził wśród fali łąk kwitnących i szczawiu powodzi. 

      Ilekroć jestem w Garnku, a na pewno jestem zbyt rzadko, odwiedzam gospodarstwo  pp. Wiesławy i Janusza Kurów. On jest strażnikiem Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego i od lat gromadzi zabytki kultury materialnej okolicy. Ona szydełkuje przeróżne koronkowe cudeńka. Ich stary dom  ma oryginalny piec, zwany nogawicowym, To już rzadkość wielka. Taki piec dwoma „nogami” obejmował sień, dzieląca dom na dwie części i w każdej izbie, z każdej strony sieni, w obu „nogach” tego pieca można było palić. A pośrodku, na wysokości stryszka, znajdowała się wędzarnia, pomieszczenie bardzo praktyczne nie tylko w czas pokoju, bo w czasie ostatniej wojny w takich wędzarniach ukrywano przez hitlerowskimi żołnierzami także i ludzi. 

Pan Janusz Kur z Garnka, strażnik Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego.

      Jechałem teraz do Garnka i zastanawiałem się: jakim go zobaczę. Nie było mnie tam ponad dziesięć lat, to kawał czasu. Gdy odwiedzałem wioskę  razem ostatnim, w Garnku było tylko osiem siedlisk. Ile jest teraz? Wieś umierała. Nikt już nie utrzymywał się z rolnictwa. Co najmniej połowa mieszkańców to emeryci, dożywający swoich dni. Dzieci rodzinną wioskę opuściły, pracę dostały w miastach, w Mińsku Mazowieckim, Siedlcach, Warszawie. Tam mieszkają wygodniej, tuta do najbliższego sklepu cztery kilometry, do kościoła sześć, drogi są leśne, piaszczyste lub błotniste, wiosną zaczyna się sezon komarów, a bywają tu wielkie jak czereśnie, zimą dojechać się nie da, bo śniegi ogromne. No i komuż z młodych chciałoby się tu mieszkać na takim odludziu. Co za sens tutaj mieszkać, bo i co tu jest do roboty? 

 


Garnek w roku 2017
     A jednak  ojcowizna zawsze pachnie najmocniej, najserdeczniej. Dzieci mieszkają teraz po miastach, tam wychowują swoje dzieci, ale na ojcowe siedliska wracają, poprzerabiali je,  dostosowali do swoich potrzeb, w każdej wolnej chwili ze swoich miejskich mieszkań uciekają do Garnka, tutaj mają swój drugi dom. Czy drugi? W gruncie rzeczy przecież on pierwszy, pierwej ten malutki Garnek był w ich życiu, niż te całe Warszawy i inne miasta. Ale z rolnictwa tutaj się nie żyje, pól ornych już prawie nie ma zupełnie, słomianych strzech też już nie ma, choć paskudny eternit wciąż na niektórych budynkach jeszcze się trzyma. Pojawiły się talerze anten telewizji satelitarnej i na przydrożnym krzyżu umieszczono wiersz, Stefan Pawlak z Garnka  napisał go w roku 1940. A wiersz nosi tytuł >Ziemia rodzinna<. Wielką poezją ten wiersz nie jest, przecież jednak chwyta za serce...

 My tu tacy szczęśliwi, że się każdy nam dziwi
 Bo lubimy swobodę, ptaszki, kwiaty i wodę.
 Słońce, drzewa i zboże, za co dzięki Ci Boże.
 My tę wioskę kochamy, za nią wszystko oddamy.
 Bo rodzinna to ziemia, bo tu radość, uciecha,
 Bo tu  Ojców mozoły, te obory, stodoły.
 I te strzechy słomiane. Wszystko mile, kochane
 Są nam piękne jak zorze. Za to dzięki Ci Boże.
 Tu jest miły spoczynek. Zawsze dobry uczynek
 Zawsze miłość i zgoda i beztroska swoboda.
 Niemniej pięknie jak w parku w naszej wiosce, tu w Garnku
 Więc powiedzmy kto może dzięki, dzięki Ci Boże.
  


     Sąsiadujące z Garnkiem lasy mają swój wyraz, urodę niepoślednią. Ostatnimi laty rąbią je leśnicy niemiłosiernie, dzielnie realizując idee ministra Szyszki. Ale pani Wiesława widziała dwa wilki, jak szły drogą, wiec może tak całkiem źle nie jest z tutejszą przyrodą. Mieszka gdzieś  po sąsiedzku największa z polskich sów, puchacz. Ale na gniazdo jeszcze nie trafiono. 



Puchacz (ale zdjęcie  nie z okolic Garnka)
     Tuż obok wsi, wśród lasu ostańcowego wzgórza, w drugiej połowie czerwca pysznią się swoją urodą królewskie kwiaty złotogłowu, przyjechałem aby go fotografować, za wcześnie, pąki się jeszcze nie rozwinęły, tym musiałem zdjęcia musiałem sobie odpuścić. Na łąkach w dolinie Bugu  gnieździ się rzadki kulik wielki, ptak z czerwonej liście zwierząt zagrożonych. Zwłaszcza w cichy wieczór lub w nocy  rozlegają się ich melodyjne, fletowe głosy. Nie ma u nas ptaka o głosie bardziej nastrojowym i smętnym – twierdził znakomity ornitolog, prof. Jan Sokołowski. Jesienią, kiedy kuliki wędrują, słyszymy ich głosy niekiedy w nocy z ciemnego nieba, najczęściej przeciągłe >kulik kulik kulik<. Dodajmy do tych poetyckich zdań naszego wybitnego ornitologa, że głos kulika często wykorzystują filmowcy w ścieżce dźwiękowej swoich filmów i niekiedy go nadużywają dla uzyskania odpowiedniego nastroju, a wtedy głos kulika biegnie z głośników poza ekranem, na którym ukazuje się zupełnie inny biotop, niż ten, który jest dla tego ptaka właściwym.

Kulik wielki (zdjęcie skradzione z plamk imazurka; to pyszny blog ptasi, polecam)
      Trzeba więc będzie znów tutaj przyjechać. Dla tego złotogłowiu. Dla fletowych  pieśni kulika. Może nawet o wrześniowym zmroku, jeśli nie zagłuszą go ryki zakochanych jeleni,  uda mi się usłyszeć głos puchacza, słyszalne podobno nawet z odległości pięciu kilometrów ponure pohukiwanie „pu-hu”, od którego się wzięła  nazwa tej największej sowy świata... 


Łan kwitnącego pełnika europejskiego sfotografowany w pobliżu Garnka.

czwartek, 25 maja 2017



110 lat temu w Puszczy Kampinoskiej

Na początku czerwca 2017 roku mija 110 rocznica pierwszej zorganizowanej wycieczki turystycznej na polskim niżu. Zdarzyło się to w Puszczy Kampinoskiej. Tego właśnie roku, dokładnie dnia 2 czerwca wypłynął Wisłą z Warszawy statek z wycieczką Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Statek zatrzymał się na przystani w Gniewniewicach, skąd wycieczkowicze wyruszyli w stronę Puszczy, czekał ich długi marsz przez Leoncin i Teofile. 
 
Pamiątkowa pocztówka z 1907 r. (ze zbiorów autora blogu)


Wydano z okazji tej wycieczki pamiątkowa pocztówkę, wynajęto statek pasażerski, zorganizowano furmanki do przewozu bagażu, to było naprawdę duże przedsięwzięcie organizacyjne. Przypomnijmy: Polska nie była wtedy krajem niepodległym, Warszawa i Puszcza Kampinoska wciąż jeszcze były pod carskim, rosyjskim zaborem. 
         Pozostało kilka obrazowych opisów tej wycieczki, ukazujących jak wówczas, przed niemal równo wiekiem, wędrowano. Oto wpierw szła ku puszczy kilkusetosobowa grupa piechurów, pod  przewodem "Wuja", Aleksandra Janowskiego,  któremu towarzyszył Kazimierz Kulwieć, obaj współzałożyciele Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Potem jechały furki, wiozące bagaż. Widok ten, niezwykły dla miejscowych, zapewne oglądał malutki wówczas Isaac Singer, przyszły laureat literackiego Nobla, którego ojciec był w tym czasie rabinem wspólnoty żydowskiej w Leoncinie.
           "Barwny wąż wił się po piaszczystej drodze. Panie z gracją podtrzymywały długie ogony swych sukien, osłaniając twarze kolorowymi parasolkami" - pisała wiele lat później Maria Kann w "Wiernej puszczy". "Te wyprawy" - wspominała ich uczestniczka, Maria Mickiewiczowa - "dawały nam złudzenie swobody... Można było śpiewać polskie pieśni". 

Kościół w Leoncinie. Zdjęcie współczesne.


            Już od dwudziestu lat na wydmie pośrodku wsi Leoncin stał wtedy murowany z cegły neogotycki kościół  o dwóch wieżach, dominujących nad rozległą okolicą. Autorem projektu był modny i powszechnie szanowany Józef Pius Dziekoński, czołowy przedstawiciel historyzmu w architekturze polskiej, niekiedy żartobliwie nazywany "Kraszewskim architektury polskiej".   Wokół drogi, którą zdążała wycieczka, przed stu laty "niskie, ciasne, brudne rozsiadły się nasze strzechy włościańskie, na glebie lichej, na piaskach, na glinach". Dzisiaj piaszczystą drogę zastąpiła droga asfaltowa, o strzechach ze słomy nikt w okolicy już nie pamięta nie ma, a w otoczeniu szlaku coraz więcej willi o udanej architekturze, już nie włościańskich, lecz w większości letniskowych.
          
   Nareszcie  wycieczka dotarła do skraju Puszczy, mniej więcej do tego miejsca, gdzie dzisiaj krzyżują się szlaki zielony i żółty. Z tego miejsca "po godzinnym wypoczynku p.Kulwieć z liczną gromadą młodzieży skierował się ku nizinie pod Dąbrową" zanotował Rocznik Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Szli zapewne Kościelną Drogą w stronę Dąbrowy, na skraju której wznosi się teraz  głaz z pamiątkową tablicą poświęconą temu wydarzeniu. Warszawski  "Świat, pismo tygodniowe ilustrowane, poświęcone życiu społecznemu, literaturze i sztuce" sporo miejsca poświęciło wycieczce, jako że była ona niemałym wydarzeniem w życiu Warszawy, to i  w piśmie została odnotowana odpowiednio:    
             "Puszcza Kampinoska - puszcza pod Warszawą! Cóż za odkrycie? (...) Z namaszczeniem wkraczamy do owej "puszczy". Dróżki i ścieżki giną w gęstwinie; zaiste możnaby tu całymi dniami błądzić i nie wybrnąć. Milowa połać porosła starą sosną, gdzieniegdzie kępy olszyny zdradzają bagienka; wzgórza i dolinki, wszystko zadrzewione, tylko z rzadka zieleni się jakaś łączka. (...) To puszcza? pyta zgryźliwie ktoś z uczestników; tamten znów sarka, że się zawiódł. Widać są ludzie, którzy na seryo myśleli, że Towarzystwo Krajoznawcze dokonało cudu; odkryło pod Warszawą jakąś krainę dziką, bezludną. Kto jednak lubuje się w naszej przyrodzie, komu miła zieleń lasów, mozaika piasków i krzewów, wzgórz i trzęsawisk, (...) niech jedzie do puszczy Kampinoskiej. Kto miłuje badania przyrodnicze, zbiera okazy roślin i zwierząt, znajdzie tu zajęcia niemało.”   
              W okolicy  "niziny torfiastej" pod Dąbrową młodzież pod kierunkiem prof. Kulwiecia zbierała okazy botaniczne. Przyrodnik i popularyzator przyrody Kazimierz Kulwieć był również jednym ze współorganizatorów zorganizowanego ruchu krajoznawczego w Polsce, pierwszym redaktorem „Ziemi”, a na wycieczce z 1907 roku naukowym jej przewodnikiem: "roślina ma również swoją fizyognomię, przytem fizyognomię dwojaką - gatunkową, tę dziedziczną, wspólną wszystkim (...) i indywidualną, wyróżniającą dany świerk lub dany dąb z pośród całej rzeszy, całego lasu drzew tego samego gatunku."
              W tym samym czasie, gdy młodzież zbierała okazy botaniczne, wyuczony odpowiednio przez Aleksandra Janowskiego chór uprzyjemniał czas pozostałym, którzy czekali na sygnał do powrotu. Tłoczono się przy kupnie pamiątkowych pocztówek z żubrem i mapy Puszczy Kampinoskiej i "z uznaniem podnoszono uczynność zarządzającego dobrami Państwa w guberni warszawskiej, który na odezwę zarządu Towarzystwa Krajoznawczego w sprawie zwiedzenia Puszczy odpowiedział bardzo uprzejmie, delegując dwóch pomocników nadleśnego do udzielania wędrowcom wskazówek". Wszyscy powszechnie żądali urządzenia drugiej, podobnej wycieczki w najbliższej przyszłości.


Na rewersie fotografii Aleksandra Janowskiego, głównego organizatora wycieczki PTK z r.1907  zanotowane jego ręką: Życzliwość i przyjaźń niech nie ginie nigdy.Wuj
(ze zbiorów autora blogu)


Widokówka pamiątkowa z wycieczki w 50 rocznicę tej pierwszej. Na rewersie jest autograf Mieczysława Orłowicza, jednego z ojców współczesnej turystyki w Polsce, autora licznych przewodników, niewątpliwie najważniejszego turysty w naszej historii
 (ilustracje ze zbiorów autora blogu)




Tablica pamiątkowa w Starej Dąbrowie, wystawiona w 80 rocznicę wycieczki. 

Już po przygotowaniu tego postu, szperając w Internecie dowiedziałem się, iż w dniu  3 czerwca 2017 roku jest organizowana wycieczka jubileuszowa z zakończeniem w ośrodku harcerskim w Starej Dąbrowie. Organizatorami są Oddział Stołeczny Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego w Warszawie oraz  Mazowieckie Forum Oddziałów Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego w Warszawie, a współorganizują imprezę  Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego,  Dyrekcja Kampinoskiego Parku Narodowego oraz Komenda Stołeczna Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego. Organizatorom i uczestnikom jubileuszowej wycieczki najlepsze życzenia mile spędzonego dnia życzy autor (m.in.) tego blogu: darz Wam bór, oczywiście bór kampinoski, on przede wszystkim!


Staraniem Oficyny Wydawniczej "Rewasz" ukazało się właśnie kolejne, mocno zaktualizowane  wydanie mojego przewodnika "Puszcza Kampinoska". Akurat na rocznicę tej pierwszej wycieczki z 1907 roku. Gorąco polecam!  Żółto znakowany szlak turystyczny z Leoncina w kierunku Starej Dąbrowy  jest tam opisany jako wycieczka z sercem. Projektowałem ten szlak prawie pół wieku temu i w swoich przewodnikach nazwałem go szlakiem im.Aleksandra Janowskiego. Nazwa się przyjęła. Ale biegnie on inaczej, niż szła wycieczka przed 110 laty; inaczej, bo efektowniej, oni wtedy szli szeroką Kościelną Drogą, teraz szlak kręci się wśród wydm, szukając po drodze co dorodniejszych starodrzewów sosnowych.



piątek, 19 maja 2017

Magia Radziejowic
Radziejowice na ilustracji z roku 1861.

     O takich  miejscowościach, jak Radziejowice, mówi się chętnie, że są magiczne. One takie są, bez dwóch zdań. W tej niewielkiej  miejscowości na skraju Wysoczyzny Rawskiej w pobliżu Mszczonowa, oddalonej o nieco ponad czterdzieści kilometrów od Warszawy, znajduje się niezwyczajny zespół zabytków architektury, sztuki i historii, wszystkie trzy grają jednako ważną rolę, akompaniuje im nie najgorzej okoliczny krajobraz. 
     Powstały Radziejowice na skraju ogromnej puszczy, żyły w tej puszczy tury, ale nie ma już tych turów i tej puszczy też już nie ma, one trwają od dobrych kilku wieków. Nazwiska właścicieli radziejowickiej rezydencji były wielkie, ważni goście ją odwiedzali, królowie wśród nich byli i królowe, bywali pierwszorzędni artyści pędzla i pióra. Goście w Radziejowicach wciąż bywają znakomici i nadal nie brak wśród nich artystów, wielu muzom wiernych. Upaństwowiony po drugiej wojnie światowej zabytkowy zespół radziejowicki  został powierzony Ministerstwu Kultury i Sztuki, a starannie odremontowany zaczął pełnić funkcję domu pracy twórczej dla twórców kultury. Jak się okazało, to było jego przeznaczeniem.  
     Czas ostatni jest dla Radziejowic wyjątkowo dobry, od wielu lat głównie dzięki włodarzącemu w nim Bogumiłowi  Mrówczyńskiemu. Teren pałacowy użycza swojej urody jako naturalna dekoracja dla wielu realizacji filmowych lub telewizyjnych, ludzie kultury znajdują tu warunki do pracy i odpoczynku,  odbywają się w pałacu mistrzowskie kursy dla młodych muzyków, są organizowane konferencje dla specjalistów, a jednocześnie park i pałac są dostępne dla wszystkich, pałac można  zwiedzać i bez przeszkód przechadzać się pośród ładnie utrzymanego parku, można uczestniczyć w organizowanych tu koncertach i imprezach. Zaiste, niezwyczajny jest ten radziejowicki pałac, dużej klasy  obiekt zabytkowy, służący społeczeństwu. Rzadki to przypadek, pałace albowiem w większości swojej są niedostępne dla niezaproszonych. Tutaj bramy parkowe są szeroko otwarte dla wszystkich. 
 
Romantyczne są Radziejowice, piękne i dla gości serdeczne.



    Do miejscowości obdarowanych szczególniej  przez historię należy ta niewielka miejscowość, chociaż po części ta historia pisana była niekoniecznie złotymi literami, a jej bohaterowie  - jak to w życiu na ogół bywa - obdarzeni zostali szlachetnością, jak jedni, lub podłością, jak drudzy. Radziejowscy z Radziejowic nie najlepiej zapisali się w historii. Słynęli nie tylko jako znakomici gospodarze, a gości gościli znamienitych, lecz także jako pierwszej wody intryganci. W XVI wieku wszyscy mówili o Katarzynie Radziejowskiej, córce Jędrzeja, związanej romantyczną miłością z ostatnimi książętami mazowieckimi Stanisławem i Januszem. „Znała się ta panna na czarach i jeszcze za życia matki zdobyła sobie bezkarnie księcia Stanisława”. Wraz z matką była podejrzewana o współudział w czterech zabójstwach: Anny, księżny mazowieckiej, jej doradcy Zaliwskiego, książąt Stanisława i Janusza. Z żoną Hieronima Radziejowskiego flirtował król Jan Kazimierz, a jak mówiono, nie bez przyzwolenia pana małżonka, który osobiste chciał z tego flirtu ciągnąć korzyści.
     Ojciec Hieronima, Stanisław Radziejowski zgromadził olbrzymią fortunę, korzystając ze swojego sprytu, który umożliwił mu piastowanie po kilka stanowisk państwowych jednocześnie. W Radziejowicach, majątku jego, leżącym na głównym trakcie o siedem mil od stolicy, stała karczma na dwieście koni, budynki dworskie na tysiąc gości. Kilkanaście działek wiwatowych, niewyczerpana piwnica i znakomita kuchnia. Tutaj podejmował wojewoda przejeżdżających posłów zagranicznych, ziemskich i senatorów, gościł często po kilka dni królów Władysława i Zygmunta. W całej Polsce nie bawiono się tak wesoło, dostatnio i swobodnie, jak w Radziejowicach. Zdaje się, że to były najważniejsze zasługi, jakie stary wojewoda oddał krajowi.
     Radziejowice były „salonem”, do którego przyjeżdżało się dla odpoczynku i dla prowadzonych przy tej okazji dyplomatycznych zabiegów i pałacowych intryg. Gospodarze przygotowywali wszystko starannie, każdy z gości mógł odnaleźć to, co było mu potrzebne. Koniec Radziejowic Radziejowskich zaczął się za czasów Hieronima, zawadiaki, człowieka nieposkromionego temperamentu. Kiedyś, w czasie uczty u wojewody wileńskiego Krzysztofa Radziwiłła, pokłócił się z wojewodzicem ruskim Daniłowiczem. Potem obaj „walczyli na pięści i wyrywali sobie włosy, tak że odnieśli rany i zostali częściowo łysi”. Ogólnie znana
Hieronim Radziejowski
jest jego słynna rozróbka w Warszawie, gdy 5 stycznia 1652 roku Radziejowski, którego żona Elżbieta romansowała z Janem Kazimierzem, w nagłym przypływie zazdrości czy też z rozmysłem, w bezpośrednim sąsiedztwie zamku królewskiego  spowodował wielką burdę ze strzelaniem z działek włącznie. W rezultacie został skazany na banicję i konfiskatę dóbr, na wygnaniu kraj zdradził i mocno dopomógł Szwedom na Polskę najechać.
Michał Radziejowski


Jego syn Michał skonfiskowany majątek zdołał odzyskać. Onże Michał, prymas, przejściowy właściciel nie tak znów odległego Nieborowa, mający rezydencję arcybiskupią w niedalekich Skierniewicach, w Radziejowicach najchętniej przebywał. „Do Radziejowic gromadził skrzętnie skarby, chciwie łapane rozmaitymi sposobami; w Radziejowicach krył nawet swój wstyd, gdyż legendy i podania w pieśniach zachowane wskazują, że otaczał się nawet kobietami i że dla jednej z opuszczonych przez siebie straszne urządził tam więzienie” – pisał Julian Bartoszewicz. Nie był postacią sympatyczną. Karierę robił jako syn ciotecznego brata Jana Sobieskiego, w wieku 41 lat był już kardynałem, rok potem prymasem, w czasie bezkrólewia 1696 roku jako interrex frymarczył koroną, którą ze trzy razy sprzedawał więcej dającemu, Francuzom, Sasom, Szwedom. Cóż... dziećmi swojej epoki byli Radziejowscy. W wieku XVII, czasach Wazów na polskim tronie, taka ona była ta epoka i ta nasza Polska. Niestety. Radziejowscy nie byli jedynymi szubrawcami pośród polskiej magnaterii.  
     Po śmierci Michała, ostatniego z rodu Radziejowskich, pałac radziejowicki podupadł i zniszczał. Później władali nim Prażmowscy i Ossolińscy, po roku 1782 drogą koligacji rodzinnych dobra przeszły w ręce Krasińskich i wtedy dla rezydencji nastały czasy wyjątkowo dobre.  Zupełne przeciwieństwo tamtych, do Radziejowic przybyła zupełnie inna Polska, patriotyczna i szlachetna. A nastał właśnie dla ojczyzny czas zaborów, czas niewoli i daremnych, krwawych  powstań. 
     Za Radziejowskich były Radziejowice siedliskiem intryg, przez Krasińskich zostały podniesione do rangi świątyni sztuki. Na początku XIX wieku Kazimierz Krasiński powierzył odbudowę rezydencji Jakubowi Kubickiemu; w rezultacie stała się bardzo reprezentacyjną, przy czym jej odnowiciel umiejętnie połączył tradycję z najnowszą modą. Ta odbudowa, połączona z przebudową, jest uważana za pierwszy polski, w pełni świadomy zabieg konserwatorski, znacznie wyprzedzający dzieła słynnego Viollet-le-Duca we Francji. Przy sposobności postawił Kubicki klasycystyczny kościół w Radziejowicach,  ku któremu od pałacu wciąż wiedzie urodna aleja lipowa. 
Dzieło Jakuba Kubickiego: kościół radziejowicki.

     Józef Wawrzyniec Krasiński, kolejny pan na Radziejowicach, kuzyn Wincentego z Opinogóry, ojca poety Zygmunta, był zupełnym przeciwieństwem generała. Tamten, jak wiadomo, skłonny był robić karierę za wszelką cenę, co realizował konsekwentnie i co nie przyniosło mu najlepszej sławy u potomnych.

  Józef Wawrzyniec miał inne ambicje, dzięki niemu Radziejowice zaczęły okres innej sławy, stając się ważnym ogniskiem kultury.  Był na ogół zamknięty na wielkoświatowe rozrywki arystokracji, siedział w swoich Radziejowicach, lecz nie siedział bezczynnie. Urządził teatr na poddaszu pałacowym; Marian Brandys pisał o tym teatrzyku, iż stał się sensacją okolicy, zjeżdżało się doń obywatelstwo z sąsiedztwa i mieszczaństwo z pobliskiego Mszczonowa.  Był albowiem pan hrabia człowiekiem teatru, popełnił kilka tekstów,  wystawiano je w Warszawie. W Radziejowicach napisał libretto do jednej z najbardziej znanych oper Karola Kurpińskiego "Zamek na Czorsztynie, czyli Bojomir i Wanda", po raz pierwszy wystawionej w roku 1819 w Warszawie. Akcja tego dziełka jest prościutka, naiwne toto, ale fakt, że sympatyczne, acz – co tu ukrywać -  znacznie wcześniej Da Ponte lepsze libretta układał  Mozartowi.
     Wnuk teatromana, również Józef, prowadził w Radziejowicach salon plenerowy, jakich niewiele było w Polsce przełomu XIX i XX wieku. Radziejowice poczęły gościć ludzi kultury, światowych, bujnych, żądnych rozrywek, łaknących życia towarzyskiego przedstawicieli literatury, sztuki, warszawskiej prasy. Przyjeżdżali czasem na dłużej, czasem tylko na dwa, trzy dni.  Ostatnim zasłużonym dla Radziejowic ich właścicielem był tutaj urodzony w roku 1870  i wielce dla polskiej kultury zasłużony Edward Krasiński. Rzeźba, przedstawiająca jego popiersie, znajduje się tuż obok  wejścia na radziejowicki teren pałacowy.  
 
Edward hrabia Krasiński z Radziejowic.
  
     W Radziejowicach zza każdego załomu muru wyłania się historia. Wabi i kłania się nam zza każdego parkowego drzewa. Wielki artysta i oryginał, mieszkający w pobliskiej Kuklówce Józef Chełmoński, często otulony w burkę siadywał w radziejowickim borze, na łąkach lub polach i robił szkice, do najbardziej znanych jego płócien należy przedstawiające staw parkowy. Spacerujący po parku Henryk Sienkiewicz, tutaj właśnie, pośród przyjaznych ludzi, murów i przyrody „nierzadko doznawał natchnienia”, tutaj układał fragmenty powieści "Krzyżacy". Ten park w stylu angielskim zakładał dla Krasińskich Aleksander d`Alphonce de Saint Omer, Francuz przybyły do Polski wraz z gen.Henrykiem Dąbrowskim, który jako pułkownik wojsk polskich otrzymał szlachectwo i nazwisko polskie Sętomerski.
     Jeszcze w czasach Radziejowskich odwiedzał rezydencję król Zygmunt III, o czym przypomina wmurowana w zewnętrzną ścianę zameczku marmurowa tablica z datą 1606 oraz napisem łacińskim. Zameczek jest urodziwy, czystej wody gotyk romantyczny,  w początkach wieku XIX powstał na miejscu pierwotnego dworu obronnego z wieków XV-XVI, a to za sprawą architekta Jakuba Kubickiego, zaproszonego przez Krasińskich do przebudowy rezydencji.  
Zameczek swój romantyczny kształt zawdzięcza Jakubowi Kubickiemu.
Dwór modrzewiowy z Radziejowic. Takim sobie dwór polski wyobrażamy. Takim on tutaj jest.
Po przeciwnej stronie drogi wznosi się dwór modrzewiowy pobudowany na przełomie wieków XVIII i XIX, był siedzibą administratora majątku. Jest typowym dworem polskim, z ganeczkiem jak należy od frontu, z krytym dranicami ogromnym dachem, rosną obok niego jesiony, jeden z tych, co obok dworu rosną,  jest wyjątkowo potężny.  Cały teren okoliczny jest dzisiaj gustownie urządzonym parkiem, świetnie pomyślanym, za czasów dawniejszych był to teren folwarku.    
    Nie tylko dwór, pałac i park składały się na rezydencję magnacką. Obok dworu znajdowały  się spichlerze, stajnie i obory. Lecz nie tylko, dworski folwark to także piekarnia, pralnia, suszarnia, wkopane w ziemię piwnice lub murowane sklepy, czyli składy do przechowywania ziemniaków i innych płodów ziemi, nabiału i napojów. To również fabryczki, najczęściej gorzelnia i browar, to młyny zbożowe, wodne i wiatraki. W  magnackich dawniej Radziejowicach istniało całe „zagłębie przemysłowe", które nie tylko było gospodarczym zapleczem rezydencji; tutaj produkowało się również i na zbyt. Rzeczka Pisia Gągolina napędzała urządzenia tartaku i  niewielkiej hamerni.  Była w okolicy cegielnia, cegła radziejowicka była uważana za najlepszą w okolicach Warszawy. W połowie XIX wieku od tutejszej cegielni prowadziła prywatna kolej konna, która  kończyła się na stacji kolejowej Ruda Guzowska, w dzisiejszym Żyrardowie, gdzie cegłę przeładowywano do pociągów na linii warszawsko-wiedeńskiej.     
    Każdy duży majątek ziemski miał niegdyś w swoim sąsiedztwie także i jakiś kompleks leśny, służący najczęściej jako teren zabaw łowieckich właścicieli oraz ich gości. Taką też rolę spełniał las koło Radziejowic, można się po nim włóczyć duktami i drogami, tam i siam, za każdym zakrętem odkrywając odmienne pejzaże leśne. Najcenniejszy fragment to rezerwat „Dąbrowa Radziejowska”, las niezbyt wiekowy, lecz bardzo cenny, rośnie w nim nieczęsty już w Polsce  leśny zespół dąbrowy świetlistej. Las pod Radziejowicami rośnie na północnych krańcach Wysoczyzny Rawskiej, na stosunkowo żyznych brunatnych glebach i one to właśnie decydują o tym, że las ten ma zupełnie odmienny charakter niż inne lasy w pobliżu Warszawy. Tutaj przeważają zespoły leśne lasu liściastego, lasu mieszanego i boru mieszanego.
    Łowieckie przeznaczenie tego kompleksu spowodowało, że eksploatacja drzewostanu była prowadzona znacznie oszczędniej niż w lasach gospodarczych, które miały przynosić dochód, a nie – jak ten – służyć głównie myśliwskim rozrywkom właścicieli. Ze względu na uprawiane w nim myślistwo zachowywano mozaikowość lasu, dosadzano też obcy na mazowieckich ziemiach gatunek świerk pospolity. Gęstwina świerków dodawała lasowi malowniczości, a oprócz tego była miejscem schronienia dla zwierzyny.
Radziejowice pełnią rolę świątyni pamięci wielkiego malarza. Fot.L.Herz
    U Krasińskich goszczący Józef Chełmoński był wielkim miłośnikiem zwierząt, nigdy jednak nie stał się tęgim myśliwym. Znawca staropolskiego łowiectwa, Juliusz Kossak, w jednym z listów krzywił się, że „Chełmoński na swoich rysunkach trokował lisy za skoki, co nie mówi za jego znajomością najzwyczajniejszego myślistwa", bo „polując z chartami torby się nie bierze za siebie, bo jest od tego siodło z trokami, do którego się uszczutego kota za skoki, lisa zaś za łeb przytrokuje". Czemu Chełmoński polował, nie wiadomo. On, który żadnego owada nawet skrzywdzić nie potrafił, nie bardzo radził sobie z bronią i był bohaterem niefortunnych zdarzeń na polowaniach. Malował na szczęście wybornie. Artysta mieszkał niedaleko stąd, w Kuklówce nad Pisią Tuczną. W radziejowickim pałacu znajduje się dzisiaj największa wystawa jego dzieł, pozyskanych z kolekcji Muzeum Narodowego i od prywatnych kolekcjonerów. Część prac nigdy wcześniej nie była pokazywana publicznie. "Czujemy się depozytariuszami pamięci o Józefie Chełmońskim" - mówią w Radziejowicach. Rolę tę pełnią doskonale...
Józef Chełmoński - Staw w Radziejowicach.
       W lasach radziejowickich polował też  niejeden raz Henryk Sienkiewicz. Ten to był myśliwym zawołanym. Chodził na polowania ze stałym gronem przyjaciół, wśród których był hrabia Edward Krasiński i ksiądz Zygmunt Chełmicki, w pewnej mierze prototyp opata z Tulczy w „Krzyżakach". Po polowaniu pisarz kreślił stronice tej słynnej potem powieści przy biurku w jednym z pokoi zameczku radziejowickiego. Stefan Majchrowski w biograficznej opowieści o pisarzu podjął próbę opisu jednego z takich łowieckich pobytów Henryka Sienkiewicza w Radziejowicach. „Knieje dokoła - wielkie radziejowickie lasy, część dawnej puszczy książęcej. Pan Sienkiewicz stoi ze strzelbą na swym stanowisku... Kiedyś, przed pięcioma wiekami, podobnie urządzano polowanie, tylko broń była inna. Myśliwy trzymał w ręku kuszę, o drzewo opierał ciężki oszczep... Sienkiewicz przetarł okulary i sięgnął do kieszeni po notes".
 Henryk Sienkiewicz w Radziejowicach
    Na liczną w radziejowickich lasach zwierzynę mieli ochotę nie tylko myśliwi. Także kłusownicy. Ich ofiarami bywali również i ludzie, zwierzyny tej pilnujący. Na północnym skraju radziejowickiego lasu stoi ceglana kapliczka z krzyżem, a „krzyż ten postawił w smutku Edward dr Krasiński" ku pamięci „wiernego świętej pamięci gajowego Józefa Kieszka i jego towarzysza Franciszka Paska, zamordowanych na tem miejscu podczas pełnienia obowiązków" w styczniu 1907 roku.

    Krajobraz okolicy najbliższej już nie ten, co dawnymi laty. Powolutku od rezydencji radziejowickiej coraz bardziej oddala się mazowiecki krajobraz, chociaż są miejsca, gdzie  jeszcze pozostał takim, jakim pejzaż wiejski być powinien.  
Stawy na wschód od Radziejowic, kilometr drogi od pałacu. Fot.L.Herz

   Droga wiodąca ku wschodowi, w  kierunku wsi Kamionka, po kilku minutach doprowadza do miniaturowego pojezierza. Byłem tam niedawno, wciąż krzyczą mewy śmieszki i rybitwy, wciąż gdaczą łyski i pokrzykują perkozy. W okolicy coraz więcej okazałych willi, powstających jako wiejskie rezydencje ludzi majętnych. Pamiętam prawdziwie wiejskie domostwa Kamionki i wiosek sąsiednich, miały ściany zbudowane z dużych kamieni, wydobywanych z morenowych wzgórz w okolicy. Te kamienne chaty przykrywane były  nierzadko słomianym dachem, widywałem je zaledwie pół wieku temu, fotografowałem je, były nadzwyczajnie malownicze. Strasznie szybko to się zmienia. 
    Przed laty zaangażowałem się w projekt objęcia tego krajobrazu ochroną w granicach parku krajobrazowego, miał nosić imię Józefa Chełmońskiego. Wielki malarz pośród tego krajobrazu mieszkał, w Radziejowicach wielokrotnie bywał, jest w radziejowickim parku jego popiersie, w pałacu powstała znakomita galeria obrazów Chełmońskiego,  ale idea utworzenia tego parku przepadła. Od strony Warszawy z każdym rokiem przybliża się do Radziejowic miasto. Główna szosa od niedawna jest drogą ekspresową, jak autostrada szeroka, z rozjazdami autostradowymi, jedno z nich jest tuż obok. Przy tej szosie powyrastały kubiki magazynów firm najprzeróżniejszych, w Radziejowicach też ich nie brakuje, wszędzie pośród okolicznych lasów kokoszą się osiedla letniskowych domków i willi, powstaje nowy krajobraz, zupełnie inny, niż ten, który chciałbym zatrzymać, a dla którego w sąsiedztwie dużego miasta nie ma już miejsca. 

W radziejowickim parku
 
Zabytkowy jesion wyniosły na tyłach radziejowickiego dworku.
Fragment zegara słonecznego przed pałacem.
Ogród rzeźb  Alfonsa Karnego.

Pomnik Jerzego Waldorffa, admiratora i dobrodzieja Radziejowic. 
Płaskorzeźba Henryka Kuny ze sceną z "Dziadów" A.Mickiewicza.

Arka zwierząt, dzieło Józefa Wilkonia.

"Rozstrzelani", kompozycja rzeźbiarska G.Zemły

Staw radziejowicki. Nad nim zabytkowy jesion.

czwartek, 11 maja 2017

 Osownica
Osownica koło Jadowa latem roku 2004
Osownica koło Jadowa wiosną 2017 roku



Niepozorna rzeczułka jest z tej mazowieckiej Osownicy, wąska struga raczej, niedługa, ale byłem świadkiem tego, co potrafi to groźne maleństwo. Pamiętam jak jednego roku w środku lata woda w płytkiej dotąd strudze od długich deszczów przybrała, pędziła z hurkotem, zrywała pobocza asfaltowych szos i niszczyła co słabsze drewniane mosty!  
Obok mostu na szosie w kierunku Łochowa są łąki po jednej stronie rzeczki, a las po drugiej. Przychodziłem tam czterdzieści lat temu, aby wiosną sycić oko tokowych lotów czajek, bekasów kszyków, rycyków i brodźców krwawodziobych. Fotografowałem ją kilka lat temu, prezentowała się wspaniale. Wiosną tegoroczną u zobaczyłem ruinę krajobrazu. Obie fotografie umieszczam obok siebie, co się stało, każdy widzi. Płacz i zgrzytanie zębów, ot co.

Wioska Osęka nad Osownicą.
Mieszkał kiedyś w Osownicy wodnik, stwór przedziwny, co to wodę burzył i do młyńskich kół się zakradał nocą, aby sobie na nich pojeździć, jak nikt nie widział. A nad Osownicą w Makowcu urodził się chłopak, słuchał o tym wodniku i słuchał opowieści przedziwnych, a tak bardzo chciał tego wodnika — znaczy się — zobaczyć, że potem, gdy został sławnym rzeźbiarzem, jakich Polska niewielu miała i przed nim, i po nim, wyrzeźbił tego wodnika. Ten rzeźbiarz nazywał się Konstanty Laszczka. Znakomite jego prace można zobaczyć w Muzeum Mazowieckim w Płocku i tam znajduje się jego „Wodnik”.  
Niewidzącymi oczami patrzy wodnik na oglądających go widzów. Co myśli o nas, o tych dziwnych stworach przed którymi musiał się kryć w wodach Osownicy, najchętniej pode młynem w Makowcu, tam było mu najprzytulniej. Młyna nie ma, rzekę mu zrujnowali. Niełatwe bywa życie wodnika. Nawet jak mu przyjdzie siedzieć zaklętemu w kamień, postawiony w muzeum. Ot, co...
 



































                   



Wystąpił błąd w tym gadżecie.