środa, 15 marca 2017


O kilka kroków od Warszawy: 
w marcu na Stawisku

Dom na Stawisku.

Do Stawiska jeżdżę co jakiś czas. Właśnie znów tam byłem. Dzień był chmurny, zima już się skończyła, ale wiosna jeszcze nie nadeszła. Podwarszawskie Mazowsze zasłane było śmieciami, a w takim dniu, gdy nie wiadomo czy to zima, czy wiosna, te śmieci kolą oczy jeszcze brutalniej niż zazwyczaj i uświadamiają boleśnie, że z kulturą dnia codziennego coś nie za bardzo my Polacy mamy po drodze.
Stawisko jest inne. Jest enklawą tej inności. Jak i sąsiadująca z nim Podkowa Leśna. Lubię atmosferę tamtych stron. Dlatego też tam jeżdżę co jakiś czas. Po to, aby odetchnąć tą innością. Stawisko jest położone na granicy Brwinowa i Podkowy Leśnej, bardziej związane z tym drugim miastem, ale najbardziej z Jarosławem Iwaszkiewiczem, on zaś z miastami oboma, w Podkowie mieszkał, w Brwinowie jest na cmentarzu jego mogiła. Po raz pierwszy pojawił się w Podkowie Leśnej w  roku 1922. Zamieszkał wtedy w „Aidzie", ta stara,  drewniana willa stoi do dzisiaj,  ostatnio odnowiona, w samym centrum miasta, a jakby na uboczu, z oknami otwierającymi się z jednej strony na ulicę Lilpopa, z drugiej na ulicę Iwaszkiewicza. Jest niemłodą budowlą, i wciąż
na szczęście jeszcze trwa owa drewniana „Aida", więcej zabytek polskiej kultury, niż architektury. W tej willi młody pisarz zamieszkiwał w pierwszych latach swego małżeństwa z Anną Lilpopówną.
    
Aida w Podkowie Leśnej.
Dzisiejsza Podkowa Leśna, tak urocza i urodziwa, że aż uwierzyć trudno, iż mogła być jeszcze piękniejszą, swoje powstanie zawdzięcza, w pewnym sensie, niechęci księżnej Radziwiłłowej do pociągów. Księżna, będąc właścicielką lasów majątku Młochów, na skraju których to lasów leży Podkowa, nie wyraziła zgody na prowadzenie linii kolejowej z Warszawy przez Komorów do Nadarzyna i dalej do Żyrardowa. Zgodził się natomiast Stanisław Lilpop, teść Jarosława Iwaszkiewicza, poszukujący środków na swoje mocno kosztowne hobby: polowania. Wytyczono działki, zaczęto parcelację, poczęto budowę kolejki. Świadkiem tych wszystkich zmian byt Iwaszkiewicz: „pojmowaliśmy korzyści takiego przedsięwzięcia i wszystkie pożytki materialne" — pisał, nie bez goryczy konstatując: „Cywilizacyjne zniszczenie zabierało nam nasz najukochańszy zakątek." „Aida" towarzyszyła Podkowie od początku. W tej drewnianej willi, prostej i niewymyślnej architektury, zaczął pisarz szkicować swoje opowiadania, a wśród nich tę cudownie nostalgiczną i tak cudownie polską „Brzezinę", która wiele lat potem, sfilmowana przez Andrzeja Wajdę, podbiła Paryż.
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie.
Z „Aidy" Iwaszkiewiczowie przeprowadzili się na Stawisko, do domu, w którym dzisiaj mieści się muzeum noszące imiona pisarza i jego żony, Anny. Dom na Stawisku  wcale często można dostrzec w licznych filmach i telewizyjnych przedstawieniach często bowiem zarabia na siebie jako naturalna plenerowa dekoracja. Opowiadał mi pierwszy kustosz muzeum, Oskar Koszutski,  że zachowały się niemal wszystkie szkice i robocze notatki pisarza, plany domów, pokojów, rozmieszczenia mebli, na których siadali bohaterowie jego opowiadań, z których każde było osadzone w konkretnych miejscach. 




W Stawisku. Na ostatnim zdjęciu portret podwójny Iwaszkiewiczów, namalowany przez Witkacego, na zdjęciu najniższym młodziutki Jarosław w gimnazjalnym mundurku, siostry i kuzynki w kapeluszach.

W Stawisku  powstała znaczna część  jego pisarskiego dorobku, m.in. wiele ze znakomitych opowiadań. W czasie powstania warszawskiego i w ostatnich miesiącach II wojny światowej dom był schronieniem uciekinierów z Warszawy, pośród  których byli wielcy ludzie polskiej kultury. Wnętrza wciąż zachowują atmosferę czasów, gdy mieszkali tu Iwaszkiewiczowie. Znajdują się w nich trofea myśliwskie Lilpopów, cenne meble i obrazy, fortepian na którym grywali Karol Szymanowski i Artur Rubinstein, jest znakomita biblioteka. Co najważniejsze, chociaż to jest dzisiaj muzeum, to nie jest muzeum.
Jarosław Iwaszkiewicz nauczył mnie melancholijnie nostalgicznego spojrzenia na to, co odchodzi. Jego „Ogrody” są przejmującym obrazem odchodzącego świata.
„Dom stoi pośród nieco podszarganego lasu, który rośnie z każdym rokiem i zaczyna przepuszczać coraz bardziej między swymi pniami powoli okrążające dom światła, znaki zagęszczających się osiedli.
Na polu przed domem stoją samotne sosny. Każda ma przeszło dwieście lat, powinny być pod ochroną, ale nikt o tym nie myśli. Przeciwnie, chętnie by je każdy ściął: to taka przyjemność dla Polaka zniszczyć stare drzewo. Było takich sosen na początku dziewięć, nazwano je Muzami, ale śmigła jak maszt Urania znalazła się na wprost domu, w wytyczonej lipowej alei, i musiała być ścięta. Czy musiała?
Potem się Muzy liczyło i było już ich tylko siedem (...) Czasem podchodzę do tych sosen i głaszczę je po korze. Kora ta jest jak skóra słonia, chropowata, gruba i serdeczna w dotknięciu."
Ostatnia z dziewięciu Muz w ogrodzie na Stawisku.



Iwaszkiewicz w „Książce moich wspomnień” pisał, iż gdy zamieszkał w Podkowie Leśnej pierwszy raz, „był to głęboki las, daleki od osiedli ludzkich, i można było tu dojechać tylko koleją z Dworca Wiedeńskiego, później z prowizorycznego Głównego do Brwinowa, a przestrzeń pomiędzy Brwinowem i Podkową trzeba było przemierzyć piechotą; czasami tylko jeździło się końmi. Droga między Brwinowem i Podkową była jeszcze dziewicza, a właściwie dzika, i wzbudzała podziw Karola Szymanowskiego, któremu przypominała ukraińskie wertepy.” 

Na biurku pisarza, pośród dziesiątków najróżniejszych przedmiotów i bibelotów, niekoniecznie jakiejkolwiek rangi artystycznej, ale takich zwykłych, które pisarzowi miały przypominać ludzi i miejsca z jakimi się spotykał, w czasie ostatniej swojej bytności dostrzegłem album o Palermo, stolicy Sycylii, której klimat i historia zauroczyła pisarza. Dzięki tej pisarskiej fascynacji mamy dzisiaj "Króla Rogera", święcącą światowe sukcesy operę Karola Szymanowskiego, której pomysł i libretto dostarczył kompozytorowi Jarosław Iwaszkiewicz.   
Tylko raz byłem na Sycylii, letni upał był wtedy porażający, wiał gorący wiatr, Sycylijczycy mówili mi, że to wiatr od Afryki. Przynosił ze sobą zapach saharyjskich piasków. 

Teraz przez okno Iwaszkiewiczowego domu patrzyłem na ogród. Zima już się skończyła, ale ziemia jeszcze wiosną pachnieć nie poczęła, drzewa  bezlistne, niebo jednolicie zachmurzone, zza szyb lipowa aleja dojazdowa jawiła mi się jakby została tam przeniesiona żywcem z chińskiej grafiki. 


Wyszedłem do ogrodu. Wśród młodych sosen wznosiła się, wciąż żywa i wciąż imponująca swoją koroną, wzrostem i tężyzną ostatnia z iwaszkiewiczowskich wiekowych sosen. Na grubym jej pniu umieszczono tabliczkę oznajmiającą patrzącym, że to jest pomnik przyrody. Podszedłem do drzewa. Wokół ścieliły się łany zimozielonego barwinka. Barwinek symbolizuje wierność, życie wieczne, sadzona na cmentarzach szybko się rozrasta i z roku na rok zajmuje większa przestrzeń. Podszedłem do sosny. Dotknąłem kory. Miał rację Jarosław Iwaszkiewicz. Była chropowata, gruba i serdeczna w dotknięciu.

Uranio, sosno, siostro – tak ciebie nazywam
Bo palcem pnia swojego ukazujesz niebo
Wiatr co się w twojej czarnej grzywie zrywa
Zacicha dołem. Siostro, wzywam ciebie.

Jak niegdyś wróże w koronach z jemioły
Abyś wytrwała w progu mego domu
I strzegła kwiatu, owocu i pszczoły
I serc co tutaj gasną po kryjomu.

Uranio, muzo dnia ostatecznego
Bogini końca, bogini trwałości
Zniszczeń bogini i wszystkiego złego
Stójże na straży domu i nicości.

Weźmij mnie w swoje grzywy, ty szalona
Wyszarp mi ręce co już nie wyrosną
Pogrzeb mnie, ratuj, daj swoje korony,
Bym także był Uranią, nicością i sosną.




poniedziałek, 6 marca 2017

Zanokcica skalna w Borze Kazuńskim
Zanokcica skalna koło Grochal  pod Kazuniem. Fot.L.Herz


     
Zanokcica skalna jest typowym dla gór wapieniolubnym gatunkiem karłowatej paproci. Na Mazowszu jest rarytasem ! Zobaczyć ją można w niewielu miejscach, jedno z nich znajduje się pobliżu Kazunia nad Wisłą, tam, gdzie nieopodal przystanku autobusowego "Grochale Stare" pośród sośnin Kampinoskiego Parku Narodowego, niemal tuż obok szosy, sterczą ruiny betonowego bunkra wybudowanego w latach międzywojennych w zewnętrznym pierścieniu obronnym twierdzy modlińskiej. W szczelinach tego bunkra rosną kępki zanokcicy skalnej.  Jest zielona nawet w zimie, jak się ja już zobaczy, wiadomo, że to ona właśnie. Nawet teraz, w początkach lutego. Przyglądajmy się tej zanokcicy z szacunkiem, na naszym nizinnym Mazowszu jest ta paproć swego rodzaju sensacją, tym większą, że przybyła tutaj z gór dopiero w ostatnim półwieczu. Nikt jej tutaj nie sadził, nasionka przyniosły ptaki i to wcale nie specjalnie, ale tak przy okazji, albowiem dolina Wisły odgrywa bardzo ważną rolę na szlaku ptasich wędrówek wiosennych i jesiennych. Lada chwila zacznie się masowa migracja ptaków, jedne gatunki zatrzymają się tylko u nas na odpoczynek i polecą dalej, inne pozostaną i do wczesnej jesieni będą nam towarzyszyć. Niektóre na pewno coś nam przyniosą, coś podobnego do tej zanokcicy, rzadkiego, a cennego, co już pozostanie, wzbogacając naszą podwarszawską okolicę. Ciekawe co też to będzie?

piątek, 17 lutego 2017


Zimą na podwarszawskich ługach

O kilka kroków od zabudowań na przedmieściach Warszawy, pośród wydm  Mazowieckiego Parku Krajobrazowego znajduje się kilka bardzo interesujących krajobrazowo i przyrodniczo torfowisk. Nazywane są "ługami". Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim, niemieckim brzegu Nysy zwanej Łużycką.
    Ze wszystkich  ługów najładniejsze krajobrazowo jest eksploatowane dawniej torfowisko, na którego terenie utworzyło się spore Jezioro Torfy o nieregularnych brzegach. Ze względu na to, iż w porze wiosennej jest miejscem, gdzie odbywają się gody i lęgi kaczek krzyżówek, przez odwiedzających nazywane jest czasem Kaczym Ługiem. Przyrodnicy cenią Biały Ług, położony bliżej Wiązowny, oraz sąsiadujący ze Starą Miłosną sporych rozmiarów ług, zwany Macierowym Bagnem, które chętnie by uczynili rezerwatem przyrody, ale chyba z tego nic nie wyjdzie. 

         Na wydmach, otaczających ługi, rosną bory sosnowe, ustępując jednak urodą tym borom, które występują w  niższych  położeniach, gdzie tworzą jedyny w swoim wyrazie zespół siedliskowy lasu, zwany borem wilgotnym. Tutaj jest on wcale powszechny. W tym lesie, ubogim w gatunki drzew i krzewów towarzyszących sośnie, a mimo to nie pozbawionym przedziwnego piękna, spotkamy również krzewinki bagna zwyczajnego, a prócz nich bagienną borówkę, zwaną łochynią. Podwarszawskie ługi i ich najbliższa okolica są wielkim skarbem dla Warszawy, o której natychmiast się zapomina, gdy wkroczyć w ten cichy, spokojem tchnący świat wydm, lasów i ługów. Nie trzeba być przyrodnikiem, aby docenić to piękno. 

          Mieszkam na północy Warszawy, wyprawa krótkim zimowym dniem do lasów na południe od miasta jest wyzwaniem. Wtedy, gdy tam wyruszam, przekonuję się że moje miasto małe nie jest, jedzie się przez nie i jedzie. Pojechałem tam ubiegłego czwartku. Pociągiem ze śródmiejskiego dworca zajechałem do Radości, tam się przesiadłem na lokalny autobus, który opuściłem koło usadowionego na niewielkiej wydmie cmentarza na Izbickiej, ulicą Przełęczy poszedłem w las. Dzień był wciąż jeszcze zimowy, w lesie wciąż leżało dużo śniegu, drogami szło się dobrze, nie były już śliskie, lecz w sam raz.

       Nie najgorzej wymyśliłem sobie tę wycieczkę do lasów, które lada tydzień padną pod siekierami, zacznie się albowiem budowanie drogi szybkiego ruchu, wyczekiwanej z niecierpliwością południowej obwodnicy Warszawy. Pomyślałem, że zanim zacznie się budowa trzeba ten las zobaczyć, jakim jeszcze jest. Dwa lata temu oglądałem tak lasy koło Zielonki, w których budowa obwodnicy Marek jest już na ukończeniu i teraz tamtędy na wycieczki chodzić się nie daje. Taki już los przyrody w sąsiedztwie dużych miejskich aglomeracji, że musi czasem trochę ustąpić pola potrzebom człowieka. Także i lubownicy przyrody  muszą się z tym pogodzić.
       Jak przeczytałem w prasie, już tegorocznym marcem mają się zacząć prace przy przygotowywaniu śladu pod południową obwodnicę Warszawy, a więc prace ziemne, wycinanie lasu, budowa roboczych dróg dojazdowych, potem sama budowa drogi ekspresowej. W związku z tym pa odcinku  przebiegającym przez podwarszawską część Mazowieckiego Parku Krajobrazowego  przestaną egzystować szlaki turystyczne. Zapewne niektóre całkowicie, inne tylko na czas budowy. Przecinająca kompleks leśny droga ekspresowa praktycznie podzieli las na zupełnie odrębne części. 


         Szlaki w tej okolicy projektowałem  przed ponad czterdziestu laty i chociaż już się sprawami znakarskimi od dawna nie zajmuję, przecież jednak myślę o tych szlakach ze zrozumiała sympatią i troską. Zastałem je teraz dość zapuszczonymi, znaki są, a jakby ich nie było, trudno się tym nie przejmować. Fakt, że większość przemierzających te lasy wędrowców to mieszkańcy okolicznych osiedli, tego lasu bywalcy wielokrotni, ale dla przybyszy z innych części Warszawy szlaki są niezbędne, bo oni nie znają na pamięć każdej z niezwykle licznych i zawiłych ścieżek i dróżek, których jest tutaj cała plątanina. Młodzi działacze  PTTK, którzy zajmują się szlakami mazowieckimi, są sympatycznymi ludźmi, ale chyba sytuacja  przerasta możliwości organizacji społecznej. W tym terenie  brakuje jednego gospodarza. W Kampinoskim Parku Narodowym jego dyrekcja jest gospodarzem lasu i szlaków. Do leśnych terenów położonych w sąsiedztwie  Radości, Międzylesia, Starej Miłosny przyznaje się wielu właścicieli. Na tym terenie występuje skomplikowana sytuacja własnościowa. Szlaki tylko w niewielkiej części przebiegają przez lasy państwowe. Dużo jest lasów prywatnych, a także mienia opuszczonego o nie uregulowanym statusie.  

         Szedłem teraz tym lasem, jeszcze nie zaczęto wyrąbywać pasa pod przyszłą drogę szybkiego ruchu, jeszcze trwał spokój wśród lasu. Nie ja jeden wędrowałem tamtędy, chociaż dzień był powszedni. Spotykałem pojedynczych turystów z plecaczkami i nie byli to tylko wiekowi emeryci, którzy nie muszą już łazić do roboty, a korzystając z dni ładnej pogody, robią to, co lubią: wędrują w głąb przyrody. W otaczających ługi lasach koło Radości, Międzylesia i Starej Miłosny przyroda jest jaka jest, nie jest to przepastną i dziką puszczą, ot, to taki zwyczajny las podmiejski, ale z zakątkami o ogromnym uroku. To skarb mieć tyle lasu w sąsiedztwie, Warszawa jest pod tym względem miastem uprzywilejowanym!
      Obfotografowywałem z zapałem
podwarszawskie ługi, pięknie było. Dzień później niebo zszarzało, zaczął padać deszcz, śnieg począł szybko topnieć, pogoda, ze za drzwi nawet palca u nogi nie chce się wystawić. Miałem szczęście z tą swoją wycieczką czwartkową. Chyba się załapałem na ostatni dzień prawdziwej zimy w podwarszawskich lasach. 




Wszystkie zdjęci są z jednego dnia: 16 lutego 2017. Fot.L.Herz

czwartek, 19 stycznia 2017

Krajobrazowa niespodzianka pod Warszawą
Byłem dopiero co w plenerze podwarszawskim. Dzień pochmurny, minus dwa stopnie, śniegu sporo, po prostu zima w pełni i to taka, jakiej od kilku lat na Mazowszu nie było. W sobotę ruszyli do podwarszawskich lasów narciarze, śmigali na biegówkach, aż miło. A ja bez nart, pieszo, zwyczajnie. Wysiadłem z czerwonego, miejskiego autobusu i poszedłem w las. Zobaczyłem krajobraz, jakiego się nie spodziewałem. Nadzwyczajny. Proszę spojrzeć na zdjęcia. Czy to jest krajobraz nizinnego Mazowsza? Tuż pod Warszawą? Zaledwie 17 km od Pałacu Kultury?
Ciekawe czy ktoś z czytelników domyśli się gdzie te zdjęcia zostały wykonane?  Dla ułatwienia podam, że taki widoczek można zobaczyć 500 metrów od przystanku autobusowego ZTM z Warszawy.



Wszystkie fotografie: L.Herz, styczeń 2017 r.

niedziela, 1 stycznia 2017





 Czarna Struga w białej szacie

Tęsknię za zimą zimową. A w tym roku jak jej nie ma, tak nie ma. Sięgnąłem więc do archiwum swoich wspomnień. Znalazłem się w uroczysku Czarna Struga w Lasach Drewnickich. Płynie tam rzeczka Czarna, jak należy ona płynie, zgodnie z nazwą toczy swoje czarne, ciemne wody  w rezerwacie "Puszcza Słupecka". Zimą właśnie tam się pojawiam najczęściej, bo blisko, a bardzo puszczańsko. Idę wtedy w ten las, aby brodzić w śniegu pośród powalonych drzew, tu i tam spojrzeć na ślady spałowania kory drzew przez tutejsze łosie, tropów przeróżnych leśnych zwierząt też zawsze spotkać można niemało, prócz łosiowych, są także lisie i sarnie, czasem wiewiórcze, zdarzają się tropy kuny. Sporo tam tego dzikiego zwierza żyje w tym lesie.  
     Lasy dzisiejszego uroczyska Czarna Struga wchodziły w skład wcale niemałej Puszczy Słupeckiej, zwanej też Puszczą Nieporęcką. Niewiele o tej puszczy wiemy. Już nie ma tej puszczy, ale ona była i odgrywała dość ważną rolę. Dawnymi czasy Mazowsze słynęło jako ziemia puszcz. Istnieją jeszcze lasy, wciąż noszące nazwę puszcz, niemałe są one zresztą: Puszcza Kampinoska, Bolimowska, Biała, Zielona. O tych puszczach się wie, te się pamięta, ale o innych wielu już zapomniano i nawet miejscowi nie wiedzą, że  wielką, puszczańską mają historię lasy na które patrzą z okien swoich domostw.
Dziko i przepastnie, jak w prawdziwej puszczy, a to tylko podmiejski las. Fot.L.Herz

   
Puszcza Słupecka tak naprawdę jest tylko częścią Puszczy Nieporęckiej. Nieporęt był dla polskich królów z dynastii Wazów tym, czym Niepołomice dla Jagiellonów, miejscem wywczasów podmiejskich i łowieckich zabaw.   Gdy Zygmunt III Waza w roku 1596 przeniósł królewską siedzibę z Krakowa do Warszawy, nakazał zbudować  dla siebie i swojej rodziny dwór myśliwski u progów królewskiej stolicy. Tereny łowieckie w okolicach Nieporętu były przednie, lasy i bory urozmaicone, mokradeł było tam sporo, zwierza w nich wszelakiego dostatek. Wybór padł na Nieporęt, wtedy dobrze już zagospodarowaną osadę bartniczą, położoną w sercu głębokiej puszczy w widłach Wisły i Narwi, nad niewielką rzeczką Długą. Zygmunt III wzniósł tu drewnianą rezydencję, kaplicę, założył ogród. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie, gdyż data nie jest dotąd znana. Nie wiadomo też, jak ta drewniana budowla wyglądała, bowiem nie zachowała się żadna ilustracja. Ale zachowały się królewskie strzelby myśliwskie, są w muzeach we Wiedniu i Sztokholmie, zostały skradzione z Warszawy, przez Szwedów i  Austriaków; wtedy gdy "gościli" w naszym kraju.  
Strzelby myśliwskie Zygmunta III Wazy
      
Dawna królewska puszcza to dzisiaj nieduże, oderwane od siebie kompleksy leśne w okolicach Jabłonny, Nieporętu, Marek. W większości są to bory sosnowe w mocno zdegradowanej postaci. Pozostały jednak z tej puszczy fragmenty urodziwe i cenne, chronione w rezerwatach. Szosy, koleje, rozbudowane dziś osady, zatarły jasność topograficzną tego terenu, jest ona jednak na mapach wciąż widoczna. Lasy Czarnej Strugi rozciągające się pomiędzy Nieporętem a Markami, określają poniektórzy jako miniaturę Puszczy Kampinoskiej i niewątpliwie mają rację, bo krajobraz podobny, bo są tam wydmy i sąsiadują z nimi bagienne torfowiska, bo rosną tam sosnowe bory, liściaste grądy, olsy i  łęgi, bo graniczą z nimi wilgotne łąki. Po II wojnie światowej dużym fragmentem tego lasu zawładnęło wojsko, które dopiero niedawno się stamtąd wyprowadziło. Przed wojną lasy rąbano niemiłosiernie i z zapałem eksploatowano okoliczne torfowiska. Obok torfianek, znajdujących się  na terenie dawnej kopalni torfu, wznosi się niewysoka  wydma Złodziejskiej Góry i jest w jej okolicy bardzo dziko, dziki tam się kryją, żurawie budują gniazda, a bobry żeremia. To, co najładniejsze i najbardziej wartościowe przyrodniczo, chronione jest w dwóch  rezerwatach, jeden to „Puszcza Słupecka”, drugi „Łęgi Czarnej Strugi”. Nie byle jakie to rezerwaty i kryją w sobie wiele przyrodniczych osobliwości. 


 

Zimowe krajobrazy z uroczyska Czarna Struga. Fot.L.Herz
     
Lubię tam jeździć, zimową zwłaszcza porą. Bo blisko od Warszawy, w której mieszkam.  Najczęściej zaczynam wędrowanie od pętli autobusowej w Czarnej Strudze, obecnie jest to część miasta Marki, stamtąd do miejsc najładniejszych blisko. Niekiedy powracam z Olesina, i tam dociera miejski autobus warszawski. Jeżdżę tam także i dlatego, iż pośród tych lasów umościło się  Rancho Bena, w którym  znajduje się niezwyczajnej urody restauracja pośród lasu i bardzo dobre podają w niej jadło. Tę restaurację nad rzeczką Czarną nazwano  Czarcią Grotą i moc czartów przygląda się tam gościom.



Czarty z Czarciej Groty w Rancho Bena w uroczysku Czarna Struga. Fot.L.Herz



poniedziałek, 19 grudnia 2016


Zima w Ponurzycy

   Na tegoroczne święta Bożego Narodzenia powinienem w tym blogu opublikować post pasujący do tych świąt, najlepiej zimowy, a jeszcze lepiej żeby był on aktualny, ale jakoś śniegowi nie śpieszno na Mazowsze tej zimy. Wygląda na to, że na  zimę zimową jeszcze będzie trzeba nieco poczekać. A tak w ogóle, to marnie bywa ostatnimi laty ze śniegiem na Mazowszu. Wszak jednak bywały śniegi zawzięte. Zapuszczałem się wtedy na podwarszawską mazowiecką prowincję i z radością cieszyłem śnieżnym krajobrazem. Miejsc zimowo malowniczych jest sporo wokół Warszawy, a do najładniejszych należą zimowe krajobrazy okolic Ponurzycy. Sporo o tej wiosce pisałem, w mojej ostatniej książce cały rozdział tej wiosce poświęciłem. Fragmenty jego teraz w tym blogu pomieszczam, zachęcając do lektury całości w książce. Tam jednak  nie ma zimowych fotografii z Ponurzycy. Więc one niech się znajdą tutaj, w tym blogu. Wybrałem do tego postu fotografie z jednego dnia zimowego w roku 1995. Nigdy przedtem, ani potem, takiej zimy tam nie przeżywałem. Dzień zrazu chmurny, tuż przed zmierzchem wypiękniał. Dobrze mi wtedy było w Ponurzycy.

   Ponurzyca  jest wioską rzuconą w mazowiecki, leśny krajobraz, za górami, za lasami położoną, dotrzeć do niej niełatwo.  Od ponad czterdziestu lat ją  odwiedzam. Nie dojeżdżają do niej autobusy, najbliższy przystanek kolejowy jest oddalony o kilka kilometrów leśnej wędrówki, a w tym lesie pełno gór piaszczystych i bagiennych torfowisk, nad głowami wędrowcy ponuro kruki kruczą i przenikliwie, niczym tolkienowskie Nazgule, nawołują się myszołowy. Samochodem dojechać też niełatwo, droga zawiła, a w zimie  po kilkudniowych opadach śniegu Ponurzyca jeszcze bardziej oddala się od świata.


 
Ciągnie mnie tam ogromnie. Niby blisko od miasta, a daleko, bo wioska zagubiona pośród lasów i okoliczny krajobraz  jakiś taki nie całkiem tradycyjnie mazowiecki, tu przypomina odległą tajgę, tam jest pogarbiony i rozfalowany całkiem nie podwarszawsko, strumyki przez ten krajobraz płyną, tu i tam widnieją głazy polodowcowe, piaszczystych wydm też nie brakuje, po lasach kryją się torfowiska o magicznej prezencji, łosie po mokradłach kroczą dostojnie, przy drogach i dróżkach, na wiejskich i leśnych rozdrożach i przydrożach moc kapliczek strzeże Ponurzycę przed czartami, bo miewały one tutaj swoje interesy i jak zwykle szło im o ludzkie dusze.

   Ponurzyca wioską jest niewielką, lecz rozległą, to kilka kolonii, rzuconych w krajobraz mazowieckiego lasu. Jest wymarzonym terenem dla badań krajoznawczych, etnograficznych, kulturowych, mogłaby być świetnym  tematem niejednej pracy naukowej.  Nawet tego, dlaczego wieś Ponurzycą nazwano, nie wiadomo dokładnie. Czy dlatego, ze ten odludny, leśny krajobraz ponuro się przedstawiał tym którzy tu jako pierwsi zamieszkali? A może dlatego, że  wieś ukryta jest "po norach",  w zagłębieniach terenu ładnie tam ukształtowanej krawędzi polodowcowej równiny, opadającej ku dolinie Wisły blisko czterdziestometrowym skłonem. Jak na Mazowsze wysokość to wcale znaczna.
     Z kilku miejsc na grzbiecie skarpy widać oddalone o kilka dobrych kilometrów wieże zamku książąt mazowieckich w Czersku, podobno nawet pałac kultury w Warszawie jest stamtąd widoczny. Z roku na rok na tej skarpie coraz mniej miejsc, z których to widać, jeszcze przez wiele lat po skończonej wojnie niemal cała skarpa była bezleśna, to można zobaczyć na mapach z tamtego czasu. Gdy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku projektowałem szlaki turystyczne dla tej okolicy, szlak wzdłuż tej skarpy był bardzo widowiskowy, dzisiaj większość jego trasy wiedzie młodymi sosnowymi borkami, które w Ponurzycy bezpardonowo wkroczyły na tereny porolne.     

     Ponurzyckie Góry są porozcinane dolinkami,  płyną nimi wąskie strumyczki o czystej wodzie i piaszczystym lub żwirowym dnie. Najładniejsza struga nosi nazwę Ślepota i malowniczo pośród wzgórz meandruje. Jest jeszcze Maćkowa Woda, która często wysycha, ale jak o przedwiośniu płynie, to na całego, tworząc miniaturowe wodospadziki. Pośród pól i na przydrożach tkwią polodowcowe głazy, są i piaszczyste wydmy, osiągające niekiedy znaczne rozmiary. Ogromne tutaj bogactwo krajobrazów. Bo to i uprawne pola, chłopskie borki, olszynki i brzezinki, ale i niemal puszczańskiego charakteru wilgotne i bagienne bory, będące pozostałościami historycznej Puszczy Osieckiej.

     Pojawiam się tam od ponad czterdziestu lat i przynajmniej raz w roku. Fascynująca jest obserwacja następujących w okolicy przemian cywilizacyjnych.  Część wsi  znajduje się akurat we wczesnym stadium przepoczwarzania się. Malownicza polska wioska, jaką pamiętam sprzed ćwierćwiecza, zawsze była wioską ubogą, wokół laski i piaski,  marnej klasy grunty rolne. Domy były tam drewniane, ale o dobrych proporcjach, ubogie, ale wydawały się być na miejscu, nieźle wpisane w krajobraz. Minęły lata i stoją tam teraz domostwa murowane, zbudowane tzw. metodą gospodarczą, przez właścicieli i osoby zaprzyjaźnione. Jeszcze tu i tam widnieją drewniane stodoły kryte strzechą, ale długo już nie pożyją. 


     Na opuszczone tereny porolne wkraczają sosnowe samosiejki, lasu coraz więcej i bardzo brakuje polnych enklaw wśród lasu. Rolnictwo w Ponurzycy przestało się  opłacać. Za wiele roboty, za mało zysku. Większość gruntów rolnych zalesiono. Z roku na rok więcej tu lasów. Ich fragmenty czynią wrażenie nawet na wyrafinowanych smakoszach przyrody. Najbardziej wartościowe są znajdujące się pośród tych lasów wysokie torfowiska. W okolice Ponurzycy chętnie prowadzę swoich gości, którym chcę pokazać zaczarowany, pełen ciszy, spokoju, tchnący dziwną melancholią świat. I samotnie też wcale często wędruję w tamte strony. Może kiedyś się tam spotkamy? Może akurat będzie to dzień zimowy, śnieżny jak należy, malowniczo malowniczy.










Wystąpił błąd w tym gadżecie.