sobota, 30 września 2017


Dwór w Brześcach

Ten drewniany dwór jest pobudowany w barokowym i bardzo polskim stylu. Jest kilka takich w Polsce, z tych najpiękniejszych tylko jeden jest  na Mazowszu, niemal tuż koło Warszawy. Niezwykła sprawa. Znajduje się we wsi Brześce, położonej na Urzeczu, w dolinie Wisły na południe od Wilanowa i Obór. Nazwa tej wsi pochodzi najpewniej od określenia  >brzeście<, oznaczającego zbiorowisko brzostów tj. wiązów górskich, gatunku niegdyś popularnego w Polsce. W nizinnej Wielkopolsce rośnie ich trochę, utworzono dla nich rezerwaty, na nizinnym Mazowszu są bardzo rzadkie. Jeden rośnie niedaleko od dworu w Brześcach, widać go z dworskiego tarasu, znajduje się na przeciwnym brzegu wiślanego starorzecza i wyróżnia się budową korony.
        Brześce to stara wieś szlachecka,  rozbudowała się przy ważnym trakcie, który łączący Warszawę z Czerskiem.  W wieku XV  Brześce były siedzibą Brzeskich, a najstarsze znane wzmianki z roku 1401 dotyczą Wszebora, podsędka, podkomorzego  i sędziego ziemskiego czerskiego. W wieku osiemnastym właścicielem wsi został żyjący w latach 1731-1800 Jan Kanty Fontana z rodziny spolonizowanych architektów włoskich. W roku 1769  został uhonorowany przez króla szlachectwem. W pierwszych latach panowania Stanisława Augusta pełnił funkcje burgrabiego zamku warszawskiego i do niego należało administracyjne kierownictwo prac restauracyjnych na zamku. Powierzano mu też prace w ogrodach oraz przy niewielkich budowlach w Ujazdowie i Łazienkach.  Brześce wybrał na wiejską rezydencję dla siebie i na starszych zapewne fundamentach po 1784 roku wybudował tutaj dwór. Różne były potem koleje majątku i różnych miał właścicieli. Po 1945 roku w dworze przez długie lata gospodarował PGR.
         Dwór w Brześcach jest jednym z najdoskonalszych polskich dworów drewnianych w sarmackim typie, jest barokowo-klasycystycznym budynkiem o znakomitych proporcjach, z wysokim, łamanym dachem i z frontowym ganeczkiem nakrytym dwuspadowym daszkiem, wspartym na kolumienkach.  Ten dwór jest typowym sarmackim dworem polskim i takie dwory były niegdyś trwałym elementem polskiego pejzażu. Taki dwór opisywał go Adam Mickiewicz w >Panu Tadeuszu<, niektórzy twierdzą, że Mickiewicz pisząc o Soplicowie miał przed oczami dwór w Mereczowszczyźnie koło Nowogródka, w którym urodził się Tadeusz Kościuszko. Był czas, iż takich dworów były w Polsce tysiące. 
          Drewno jako budulec było nader często wykorzystywane, a najbardziej najtrwalsze gatunki tj. modrzew i sosna. Często dwory tynkowano, co miało znaczenie konserwacyjne i ocieplające. Kolumnowy portyk pojawił się dopiero w 2 połowie wieku XVIII, stopniowo wypierając drewniany ganek ze słupkami. Portyk z kolumnami był symbolem statusu społecznego, bowiem ganki miały przecież i chałupy chłopskie. Na szczególną uwagę zasługuje dach łamany, zwany polskim, gdyż poza naszym krajem występuje niezwykle rzadko. Taki dach ma dwór w Brześcach. W odróżnieniu od dachu mansardowego ma dwie równolegle do siebie płaszczyzny, górną i dolną. Dachy były kryte najczęściej gontem, rzadziej dachówką, najuboższe słomianą strzechą. Ten dwór jest usytuowany „na godzinę jedenastą”, dzięki czemu wszystkie strony domu miały słońce o pewnej porze dnia;  dwory z czołem na pełne południe nie mogły go mieć w tylnych, ku czystej północy zwróconych pokojach.
          Dwór polski był siedzibą rodu, ostoją rodziny, jądrem domowego ogniska. Pisał Wespazjan Kochowski: Tu ociec z dziady, krewnych gromady / I mali wnukowie / dzieciństwa doszli, tu w zgodzie ośli / Przy swej starszej głowie. Dawnymi czasy Polak patrzył krzywym okiem na inne budynki, prócz drewnianych. Szlachta polska ze swoimi pojęciami i tradycjami rdzennie słowiańskimi, murów nienawidziła, budując wszystko z drewna i słomy oraz wierząc głęboko w szkodliwość murów dla zdrowia.    
Drewniana Polska niemal do szczętu spłonęła od ognia i wojen. Nie zachował się żaden z dworów sięgających poza wieki XVI i XVII.
          Stosunkowo liczna reprezentacja dworów z wieków XVIII i XIX oszpecona jest przez późniejsze przeróbki. Wokół Warszawy drewnianych budowli dworskich jest jeszcze mniej, niż winnych regionach kraju. W tej szczególnie sytuacji dwór w Brześcach urasta do rangi zabytku najwyższej klasy. Jest świadectwem siły polskiej tradycji, budownictwa całkowicie indywidualnego, niespotykanego w innych częściach Europy, jedynie na ziemiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jakże silna musiała to być kultura, skoro Włoch z pochodzenia, signore Fontana taki właśnie dom mieszkalny dla siebie i swojej rodziny pobudował. 



             Post scriptum. Ten dwór nie jest ogólnodostępnym obiektem do zwiedzania, jak np.Wilanów lub Nieborów. Jest własnością prywatną i jak mnie poinformowano odzyskał go potomek ostatnich właścicieli. Z internetu wiem, że istnieje  Fundacja Dwór i Folwark w Brześcach. W ostatnią sobotę  wrześniową bez przeszkód z zewnątrz dwór  podziwiałem i fotografowałem. Zajrzałem nawet do wnętrz, były w trakcie remontu, nieumeblowane. Przypuszczam jednak, że niedługo już podejść do dworu nie będzie można. 

wtorek, 12 września 2017

Zakochać się w Warszawie

Stolica tak mocno zdominowała pozostałą część Mazowsza, że zdecydowanie większa uwaga należy się tej części pozostałej. Choćby dlatego, by mazowieckiej prowincji wynagrodzić to zepchnięcie na plan dalszy. Tak więc w swoim mazowieckim blogu staram się omijać Warszawę. Ale tak naprawdę, to ja i w Warszawie również się podkochuję. Niedawno list  do mnie napisał p.Mateusz Kaczyński, redagujący blog o Warszawie. Zapytał czy zgodziłbym się udzielić wywiadu na temat odkrywania Warszawy. Zgodziłem się.  A jego blog uroczą ma nazwę:  "Pańska Skórka".

Pańską skórkę najczęściej można nabyć w okolicach Święta Zmarłych, sprzedawana jest na stoiskach przed warszawskimi cmentarzami, to zdjęcie jest z Powązek. Fot.L.Herz
To bardzo ładna nazwa dla warszawskiego blogu. Lubiłem nadzwyczaj ów warszawski smakołyk, ostatnio jednak musiałem z niego zrezygnować, bo smakołyk ten jest dla ludzi o zdrowych, młodych zębach, a ja takich już niestety nie mam. Ale z internetową "Pańską Skórką" chętnie kontakt utrzymam. Oryginał wywiadu  jest na stronie internetowej
www.panskaskorka.com,  tutaj jest kopia, ale  tutaj dorzucam do tego wywiadu kilka swoich warszawskich fotografii. 

Wiadoma rzecz - Stolica. I każde słowo zbędnem. Fot.L.Herz
 W jaki sposób zakochał się Pan w Warszawie? Co zdecydowało o tym, że zafascynowała Pana stolica i Mazowsze?
- Wychowałem się na południu Polski i tam do szkół chodziłem, wśród pagórkowatego krajobrazu. Na studiach poznałem warszawiankę, ślub wziąłem jeszcze wśród gór, ale zamieszkaliśmy już wśród nizin mazowieckich, w Warszawie. Tu dostałem pracę i nie musiałem jej szukać, praca mnie znalazła. Okazało się, że tu też jest ładnie, acz inaczej niż na południu, niziny też mają szarm. Od kilku dziesiątków lat tu jest moje miejsce do życia. Nie wyobrażam sobie innego.

Która spośród niezliczonych podwarszawskich wypraw najsilniej zapadła Panu w pamięć?
- Och, mnóstwo ich  było, jeszcze więcej niż wiele.  Nawet w najbliższym otoczeniu Warszawy kupiły mnie pejzaże  urzekające. Trudno w to uwierzyć, lecz są tu miejsca i trasy na których można przeżyć podniecającą, emocjonującą  przygodę turystyczną. Często są to miejsca mniej odwiedzane, niekiedy położone z dala od utartych turystycznych szlaków. Takie są mi najbliższe. 


Cudeńko z północnego Mazowsza, kościółek w Drogiszce. Kto wie, gdzie to jest? Fot.L.Herz,


Gdzie w samej Warszawie można znaleźć Pana zdaniem prawdziwe ukryte skarby?
- Zastanawiam się czasem co zainteresowałoby w Warszawie młodego cudzoziemca, znającego wszystko, co w Europie najbardziej interesujące  Jest tu coś do zobaczenia, czego tam nie ma w lepszym gatunku?  Czegoś indywidualnego, jedynego.  Myślę, że dla cudzoziemca, ale i dla krajana z innych regionów kraju, rewelacyjne są brzegi wiślane: tak urodziwych, pełnych bogactwa przyrody  brzegów nie mają Tamiza w Londynie, Sekwana w  Paryżu lub Tybr w Rzymie. 
Dróżka w łęgu nadwiślańskim. Takiego cuda nie ma żadna inna stolica europejska, żaden tam Paryż, ani inne Londyny, ani nawet Rzymy i Madryty. Gdzie im do naszej Warszawy. Fot.L.Herz

Jaka jest Pana zdaniem rola przyrody w historii miasta?
- Warszawa została rzucona w kraj nizinny, otwarty na przeciągi wiejące ze wschodu i zachodu, wiatry historii ją kształtowały w znaczącej mierze, warunki przyrodnicze nie były dla miasta łaskawe. A przecież jest tutaj kilka niemałych przyrodniczych skarbów,  Wisła przede wszystkim, ale i sąsiadujące z miastem lasy z Puszczą  Kampinoską na czele, a pośrodku miejskiej zabudowy jest rezerwat Lasu Bielańskiego i ten niewielki lasek  powinien być wpisany do obowiązkowych celów wycieczkowych oferowanych turystom przez biura podróży.  


Rezerwat przyrody "Las Bielański" w barwach jesieni, pamiątka dawnej puszczy. Fot.L.Herz

Czy Warszawa wyróżnia się na tle Mazowsza? A może na odwrót – jest do bólu mazowiecka?
- Warszawa jest dużym miastem, metropolią o wysokiej zabudowie, z wielopiętrowym budownictwem mieszkaniowym. Mazowsze jest krainą rolniczą. To dwa przeciwstawne sobie krajobrazy. Warszawa leży pośrodku Mazowsza, ale prawdziwe Mazowsze zaczyna się dość daleko za granicami otaczającej miasto aglomeracji miejskiej. Chociaż, przyznać to należy uczciwie, prowincjonalne, rolnicze Mazowsze wcale nie jest tak prowincjonalne, jakby się mogło na pozór wydawać. Chociaż - na szczęście - nie ma  zbyt wielu wielopiętrowych budynków  w  mazowieckich miastach i miasteczkach.   
 
Warszawa pocztówkowa. Miasto dużej urody. Ale i trochę banał. Fot.L.Herz

Inne oblicze Warszawy. Efektowna, ale jednak kopia światowych metropolii. Wygląda świetnie, ale zastanawiam się czy o taką Warszawę nam chodzi? Fot.L.Herz

Co Pana zdaniem w zmieniającej Warszawie warto zachować, a co miasto utraciło bezpowrotnie?
- Fenomen Warszawy polega na tym, że ona trwa. I że się nieustannie zmienia. Jak chyba żadne inne wielkie miasto europejskie. Ktoś kiedyś powiedział, że Warszawa jest jak patchwork, zlepek wieloczęściowy, zszywka z różnych materiałów różnych tkanin o różnej fakturze i różnym pochodzeniu. Wiele tych kawałków dużej jest dużej urody: odbudowana po wojennych zniszczeniach Starówka i gustownie urządzony salon miejski na Krakowskim Przedmieściu, są też  prawdziwie królewskiej urody Łazienki, ale to miejsca miejskich spacerów relaksowych i  demonstracji politycznych. 


I to też Warszawa; widok na Wisłę od Golędzinowa ku Bielanom. Fot.L.Herz
...a to też Warszawa i to w samym środku miasta. Sama radość! Fot.L.Herz
W Warszawie wciąż nie możemy się doczekać centrum z prawdziwego zdarzenia, a plany jakie nam co i raz rysują urbaniści,  są trochę nie za bardzo. Być może dzięki inwazji centrów handlowych, super i hipermarketów, bezpowrotnie utraciła Warszawa szanse na normalne, reprezentacyjne, ale i handlowe ulice pełne szykownych sklepów, księgarń i kawiarni, takie jakie są w Paryżu, Londynie, Berlinie, Madrycie.... W Warszawie przegrany jest  nawet Bazar Różyckiego,  to już cień tego, co było dawniej. A czy może być prawdziwa Warszawa bez praskiego Różyca? 
Bazar Różyckiego taki jaki jeszcze jest, a może go nie być, są pomysły, aby go zamienić w coś na kształt zadaszonego gustownie marketu. Okropność. Fot.L.Herz

niedziela, 27 sierpnia 2017

Letnie wycieczki krajoznawcze po Mazowszu

    Koniec sierpnia. Lato się kończy, żniwa zakończone, ścierniska ścielą się na mazowieckich polach, bociany już odleciały. "Lato się przełamało" mówił o takim czasie w pogodzie bohater jednego z opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza. 

 
Na Mazowszu  przy końcu lata. Fot.L.Herz

Kapryśne było lato tegoroczne. W powietrzu trzydzieści stopni na plusie i duchota, a w lasach atakują kleszcze, boleśnie dziabią gzy. Po Puszczy Kampinoskiej chodzić się całkiem nie dało, parność  jak w dżungli. Najgorsze były  burze, które przychodziły z przytupem, na całego, czasem bezlitośnie. Nawałnice zwalały drzewa w miastach, zrywały dachy po wsiach, kosiły lasy. W Borach Tucholskich las został rozstrzelany przez wichurę na ogromnej powierzchni, telewizja pokazywała morze zwalonych drzew, pod względem powierzchni poległo więcej lasu niż jest znajduje się w całej podwarszawskiej Puszczy Kampinoskiej. To i na każdą nadchodząca burzę spoglądaliśmy z niepokojem. Czasem jednak trafiał się dzień w sam raz na wędrowanie. W sierpniu było ich kilka.  Bardzo udane krajoznawcze wyprawy odbyłem na Mazowszu.
W dolinie Wisły koło Wiączemina. Fot.L.Herz
    10 sierpnia autem wybrałem się na wycieczkę samochodem,  aby pooddychać krajobrazem  mazowieckich zbóż złotem malowanych w dolinie Wisły. Właśnie żniwa się zaczęły, trzeba ten pejzaż łowić, cieszyć się nim, następna okazja będzie dopiero za rok. Bardzo widowiskową, wyasfaltowaną drogą, od Kamionu pojechałem wzdłuż Wisły w kierunku Płocka. 
  
Zabytkowy dąb szypułkowy w Pieczyskach Iłowskich. Fot.L.Herz

W Pieczyskach Iłowskich trafiłem na dąb ogromny, ma około siedmiu metrów obwodu na wysokości piersi. Jak na dąb jest drzewem młodym, ma coś około trzystu lat, ale mu się urosło bardzo wspaniale. Na drzewie nie ma tabliczki pomnika przyrody,  gdy później poszperałem w Internecie dowiedziałem się, że jednak tak, to jest pomnik przyrody. Ale żadnej innej wzmianki, dąb nie ma żadnej nazwy, żadnej legendy, chyba trzeba będzie przyjechać raz jeszcze, a może i raz kolejny, popytać ludzi, porozmawiać, niełatwe jest życie ambitnego krajoznawcy. Jeśli ktoś z moich Czytelników na jakikolwiek ślad natrafi, proszę o informację, wdzięczny będę.


Ewangelicko augsburski zbór w Wiączeminie z daleka i z bliska zdjęty. Fot.L.Herz

Pośród upraw rolnych w Wiączeminie wznosi się  kościół ewangelicko-augsburski. Zbudowany został w 1935 roku na 3,5 metrowym, sztucznie usypanym wzniesieniu. Olendrzy wiedzieli co czynią, widać taki wzgórek miał ochronić świątynkę przed powodziami, a razie czego był też chór we wnętrzu, to jeszcze kolejne trzy dwa metry. Widoczny z daleka budynek z czerwonej cegły jest zaczątkiem projektowanego  Skansenu Osadnictwa Olenderskiego, oddziału  Muzeum Mazowieckiego z Płocku. Projektuje się  przeniesienie tutaj oryginalnych, olenderskich budynków, ich wyposażenia i przystosowanie do zwiedzania. Walory kulturowe i krajobrazowe - piszą twórcy tego skansenu - są wartością, którą należy chronić i która stanie się wizytówką małej ojczyzny oraz szansą na promocję regionu i jego rozwój. W świątynce jest dobrze pomyślana informacja o tym kim byli owi olendrzy, jak żyli, jak się budowali. Są zdjęcia osadników. Charakterystyczne twarze, godne, dostojne. To nie są twarze polskich rolników. I te wcale nie chłopskie odzienie! Sposób w jaki siedzą przed obiektywem!

Osadnicy olenderscy z doliny Wisły na zdjęciach z ekspozycji muzealnej w Wączeminie.
Od XV wieku sprowadzano do Polski osadników z innych krajów. Robili to królowie, czynili właściciele dużych majątków ziemskich. Przyjeżdżali do nas  z Holandii, z Flandrii i Fryzji, obeznanych z gospodarowaniem na terenach zalewanych przez powodzie. Rdzenni Polacy tego robić nie umieli, oni tak. Nad mazowiecką Wisłą  pojawili się w XVIII wieku i byli najczęściej Niemcami, ale wszystkich kolonistów zwano "Olendrami". Umiejętnie wykorzystywali muł rzeczny, użyźniający grunty, które z roku na rok dawały lepsze plony. Domy budowali na usypanych sztucznie wzgórkach, pola grodzili wyplatanymi wiklinowymi płotami. Tworzyli doskonale zorganizowane wspólnoty. Po II wojnie światowej musieli opuścić swoje sioła. Przy kościele w niedalekim stamtąd Zycku Polskim jest o nich informacja na tablicy. Stoi tam napisane czarno i na białym: powrócili do swojej ojczyzny. Ergo: wynieśli się, na nasze szczęście byli zbędni i  nie na miejscu.  
 


                       Drewniany kościółek w Troszynie ma prawie pięćset lat! Fot.L.Herz

Niedaleko od Wiączemina jest Troszyn, wznosi się tam drewniany kościółek św.Leonarda, bardzo foremna, wielce urodziwa to budowla z roku 1636. Pierwotnie kościół stał bliżej Wisły, obecny postawiono  w bezpieczniejszej odległości od rzeki, ale i to niewiele mu pomogło, na zewnętrznej ścianie kościoła od strony rzeki oznaczono dwa poziomy wysokiej wody, ostatni w roku 2010, to była ogromna powódź, setki zostało ewakuowanych, woda wdzierała się przez wyrwę koło Świniar na całą dolinę wiślaną w tej okolicy. Ten kościółek wybudowano w 1636 r., stareńki on jest. Na stronie internetowej Skarbca mazowieckiego (świetna robota!) czytam, iż to rzadkość w drewnianych świątyniach mazowieckich, że zachowało się całe wyposażenie kościoła z okresu jego budowy. Tym bardziej, że dotyczy to 1. połowy XVII stulecia. Są w kościele późnorenesansowe ołtarze, z roku 164- jest główny z obrazem Matki Bożej Niepokalanie Poczętej, ambona jest również z czasów budowy kościoła. Ale nie ma szansy, abym to mógł zobaczyć, tym razem muszę się obejść smakiem. 


Stawy w dolinie Sienniczki . Fot.L.Herz
W sobotę 19 sierpnia pojechałem z przyjacielem na samochodową włóczęgę krajoznawczą po wschodnim Mazowszu. Sporo zobaczyłem, w wielu miejscach kiedyś byłem, ale nic a nic ich nie pamiętałem, dobrze było spojrzeć na nie świeżym okiem. Przede wszystkim zachwycająca dolina Sienniczki i oszałamiającej urody stawy, obsadzona lipami brukowana droga dworska, horyzont dobrym pędzlem malowany, para łabędzi z przychówkiem, para żurawi z wyrośniętym już żurawięciem, które niedługo ruszy wraz z rodzicami do ciepłych krajów, a bo na jesień idzie, choć jeszcze tego nie widać, ale wielkie śród ptaków poruszenie: zbierają się do odlotu gromady czajek i namawiają się na drogę przysiadłe na drutach telegraficznych jaskółki, one siadają na tych drutach jak nutki na pięciolinii, o takich mówiło się zawsze, że jesień się zbliża, bo jaskółki  "robią na drutach".    

Jaskółki "robią na drutach". Fot.L.Herz

Jest co nieco do zwiedzania na Mazowszu, więc zwiedzałem tego lata zabytki, lecz nie te popularne, najważniejsze, a mniej znane, rzadko odwiedzane przez turystów. Kościoły przede wszystkim, bo w polskim krajobrazie, w mazowieckim  również, wojenne zawieruchy przetrwały niemal wyłącznie  budowle sakralne. W zachodniej Europie wciąż trwają w niezmienionym kształcie murowane miasteczka i wioski prowincjonalne, w takiej Francji krajobraz ozdabiają co krok jakieś chateau. U nas pałaców i dworów niewiele, atrakcyjnych wizualnie tyle, co kot napłakał.                
     Wszędzie spotykałem jakiś szczegół, detal, który bardziej od innych wzrok przyciągał. W Siennicy odwiedziłem barokowe dzieło Antonio Solariego, architekta króla Augusta III i tam nie mogłem oczu oderwać od kamiennej figury Matki Bożej Niepokalanej z pierwszej połowy XIX wieku, wieńczącej kolumnę toskańską pośrodku dziedzińca przed kościołem. Przed świątynią celowo ustawiona nie na osi, lecz nieco z boku. Złożone w modlitewnym geście dłonie Marii również nie na osi ciała, lecz z boku, na wyciągniętych rękach, jakby w geście modlitewnym ku Komuś, który jest w centrum, na osi świątyni. Znakomity zabieg plastyczny, widać że twórca miał swoją klasę.  




Towarzyszącemu mi przyjacielowi najbardziej podobało się oryginalne murowane mauzoleum w kształcie łuku triumfalnego, ustawione obok drewnianego kościółka w Jeruzalu. Postawione zostało w końcu osiemnastego wieku dla dziedzica miejscowych dóbr. Pisałem obszerniej o nim w jednej ze swoich książek. Wychowany w nadzwyczajnej pobożności: „co miesiąc przystępował do spowiedzi i komunii, co trzy lata odbywał rekollekcyje, codziennie zaś odprawiał długie modlitwy, tudzież godzinę rozmyślał" w wieku dojrzałym począł robić karierę. Pisano o nim, iż był człowiekiem dzikiego umysłu, jak wielu z możniejszej szlachty w owoczesnej Polsce, co to przez nierząd zokrutnieli i zdziczeli. Coś nam to przypomina? 
Mauzoleum Floriana Cieszkowskiego w Jeruzalu. Fot.L.Herz

    Sierpień to pora ślubów, to polska tradycja, wieś ślubami zajmuje się po żniwach; gdy praca skończona, można wtedy świętować. Mogę więc zobaczyć wnętrza, mam szczęście, kościoły są otwarte, trwają w nich przedślubne przygotowania.  Także i w Jeruzalu. 


Wnętrze kościoła w Jeruzalu przygotowane już do ślubnej ceremonii. Fot.L.Herz

Jeruzal to filmowe Wilkowyje, była miejscem plenerów niezwykle popularnego serialu telewizyjnego "Rancho", kilka serii tego zrealizowano, wieś jest obstawiona tablicami, że tu było filmowe to, a tu tamto, są na tych tablicach zdjęcia artystów, są krótkie przypisy, fajny pomysł. Wioska zwiedzana jest przez licznych turystów, sporo ich i teraz widziałem, fotografują się na tle budynku plebanii, w której mieszkał jeden z bohaterów filmu, wewnątrz kościoła, w którym brali ślub inni bohaterowie, zdejmują się na ławeczce na której z butelką miejscowego wina Mamrot czterech mężczyzn, niby chór ateński albo chłopi z mrożkowej komedii komentuje w filmie wilkowyjskie zdarzenia. Mamrota można za pięć złotych kupić w miejscowej gastronomii w Jeruzalu.  
Sierpień 2017: turyści przed sławnym sklepem "U Krysi", znanym z telewizyjnego serialu.

      W ostatnią sobotę sierpniową z gronem przyjaciół odwiedziłem Kiczki. Absolutna prowincja, daleko wszędzie, ale ma bezpośrednie połączenie autobusowe ze stołeczną Warszawą. W roku 1450 książę Bolesław IV młynarzowi Maciejowi Kiczce nadał wójtostwa z młynem w Woli Piaseckiej, bo tak pierwej się Kiczki nazywały. Nazwisko owego młynarza i nazwa wsi Kiczki przypominają nam jedno z zapomnianych ze szczętem słów polskich: kiczka. Internetowa Wikipedia objaśnia je tak.

Kiczka (snopek) – wyrób budowlany wykonywany z żytniej słomy. Słoma na kiczki musiała być prosta i niezgnieciona a więc była odpowiednio przygotowywana. Zboże było żęte sierpem lub koszone kosą i ręcznie młócone cepem. Kiczki wykonywano z długiej żytniej słomy w ten sposób, że pęk słomy (mocno ściśnięty miał średnicę ok. 8-10 cm) ustawiano na płaskim podłożu, następnie załamywano górną część (kłosy) na wysokości ok. 80 cm do 1 m pod kątem 180° i mocno obwiązywano pasemkiem słomy tworząc tzw. główkę, która później podczas krycia dachu służyła do zamocowania kiczki w strzesze. Kiczki układano poziomymi rzędami na drewnianych łatach i dociskano cienkimi żerdkami. Żerdki przywiązywano do łat słomianym powrósłem co 5-8 kiczek, w taki sposób, że tworzyły schodkową strzechę. Stosowana była powszechnie jeszcze w latach 50. XX wieku.

Młyn w Kiczkach postawił Maciej Kiczka na dopływie Świdra, rzeczce Piaseczna. Budynek stoi tu nadal, ale już inny, od 1962 roku wpisany jest do rejestru zabytków,a le mimo tego wpisu mocno podrujnowany i wygląda na to, że długo już nie pożyje. Na rzeczce Piaseczna stało zresztą wiele młynów, zwały się różnie: Kulki, Ptaki, Kiczki, piękne nazwy nie ma co. W 16 zeszycie przewodnika z serii "Podwarszawskie szlaki piesze" opisywałem szlak młynów nad Piaseczną w roku 1975 i jak się zdaje to był pierwszy opis tego szlaku. Opisywałem ten szlak po odwiedzinach tamtej okolicy, odwiedzałem wtedy jednego z młynarzy, opowiadał jak peerelowska władza utrudniała mu życie, dla niej był wszak kułakiem i zdziercą, godnym pogardy prywaciarzem. 
Tyle zostało z młyna w Ptakach nad Piaseczną. Fot.L.Heerzu
Minęły lata, szlak siedmiu młynów nad Piaseczną stał się dość popularny, ale młynów na nim już nie ma. W Ptakach pozostało po młynie młyńskie koło, malowniczo eksponowane. Jest młyński niemal już zupełnie zarośnięty, bardzo ale to bardzo malowniczy staw w Dzielniku i przetrwała w pamięci mieszkańców dawna i bardzo ładna nazwa młyna "U Jana na Boru", którą podawał Stanisław Kryciński w "Gościńcu" z 1985 roku. W tym Dzielniku są dwa dudniące mostki na rzeczce Piasecznej, przez miejscowych nazywane „imieniem wójta Zielińskiego z Siennicy”, a obok jednego z nich stoi budynek dawnego młyna, przerobiony wcale udatnie na dom letniskowy. W Kiczkach pracowały dwa młyny: jeden z nich jest łatwo dostępny, stoi nieopodal drewnianego kościoła z 1751 r. i trudno się nawet domyślić jego dawnego przeznaczenia. Ale staw jest uroczo malowniczy w tych Kiczkach.

Staw młyński w Kiczkach. Fot.L.Herz

       
W książce "Z zapachem starego drewna", napisanej przez Henryka Sienkiewicza (ale to inny Sienkiewicz, nie ten od trylogii i Nobla) Kiczki są opisane jako wieś leżąca w bok od głównych szlaków, do której wiedzie droga wijąca się wśród zieleni mazowieckich pagórków i dolinek. Cytuje ów Sienkiewicz artykuł stąd pochodzącego Czesława Budzyńskiego, pomieszczony w "Spotkaniach z zabytkami" z 1997 roku. Wieś Kiczki w oczach swego krajana bardzo sielsko się prezentuje. "położona wśród pól, łąk i resztek wielkich lasów, tworzy swoisty nastrój ciszy i spokoju. Widać, że zawieruchy wojenne omijały te strony, o czym świadczą stare chałupy z zabudowaniami gospodarskimi, które zachowały się w zupełnie niezłym stanie. Naprzeciw kościoła wzdłuż wiejskiej drogi rozciąga się staw, utworzony przez Piaseczną. Przepust i młyn znakomicie dopełniają rzadko już spotykany, nietknięty bezmyślnością człowieka krajobraz mazowieckiego piękna i sielskości". Tak było dwadzieścia lat temu. Jak to wygląda teraz? Nie najgorzej. Ale to nie jest wieś nadmiernie dostatnia. 

Krajobraz wiejski, sielski, jest krowa, ale i dach z eternitu. Fot.L.Herz
W porównaniu z wioskami położonymi bliżej linii kolejowej, choćby koło Mińska Mazowieckiego, to wieś zupełnie inna. Widać to gołym okiem. Tam domy, jak wille, tutaj niekoniecznie takie. Tam dachy jak spod igły, nowiutka dachówka prawie na każdym, tutaj dachów eternitowych nie brakuje, tutaj są niemal powszechne te smętne pamiątki smętnych czasów peerelowskich.
Drewniany kościół w Kiczkach powstał w połowie XVIII wieku, ma trzysta lat! Fot.L.Herz


W Kiczkach najważniejszy jest kościół, to nie pierwszy, pierwszy powstał w 1458 roku, ten budowany był po 1751 roku, w 1901 roku został powiększony. Jest z drewna, konstrukcję ma zrębową, wzmocnioną lisicami, na zewnątrz go oszalowano, kamienny mur go otacza, od frontu jest w nim ceglana brama dzwonna o trzech wejściach, nad środkowym wiszą dwa dzwony. Nawa jest na planie prostokąta, prezbiterium węższe, zamknięte ścianą prostą z dwiema zakrystiami od południa i północy. Dach dwuspadowy pokryty dawniej gontem obecnie blachą ocynkowaną. Zachwycająco prezentuje się wnętrze, całe w bieli. 

Wnętrze świątynki w Kiczkach, wszystko w drewnie, wszystko w bieli. Fot.L.Herz
Do maja 2007 roku wnętrze pomalowane było w różnych odcieniach błękitów z kilkoma malowidłami szablonowymi na suficie, następnie przemalowane w różnych tonacjach bieli, które dobrze współgrają z klasycystycznym wystrojem z licznymi złoceniami. Ołtarze są barokowe, jest kilka zabytkowych obrazów, feretronów, urocza drewniana chrzcielnica, i ona też w bieli.   

Ksiądz Sławomir Safader, proboszcz z Kiczek.

Odwiedzając Kiczki z przyjaciółmi, umówiłem swoją tam wizytę telefonicznie, szliśmy pieszo dolinką Piasecznej od autobusu w Drożdżówce, przed swoim kościołem w Kiczkach czekał na nas proboszcz, ksiądz Sławomir Safader, kapłan wspaniały, serdeczny, nadzwyczaj gościnny. Z talentem opowiadał o swojej świątynce, pieszcząc ją spojrzeniem sypał anegdotami. A później zaprosił wędrowców na przygotowany przez księżą gospodynię kompot. Na koniec były jeszcze odwiedziny niewielkiego parafialnego muzeum w budynku starej organistówki. Żadne tam wielkie zabytki, kolana się przed nimi nie uginają, ale przecież to są świadectwa dawnej wiejskiej kultury, świadkowie dnia codziennego czasu już dawno przeszłego i nie da się ukryć, że wzruszające dla żyjących dzisiaj. także i książki z biblioteczki parafialnej sprzed lat, warto przejrzeć autorów i tytuły, aby dowiedzieć się jakie to książki na mazowieckiej wsi przed kilku dziesiątkami lat czytano.

Z parafialnego muzeum w Kiczkach, świadectwa lat dawnych, dla ciała i ducha. Fot.L.Herz

 


sobota, 22 lipca 2017

Kampinoska zagadka

Wśród warszawiaków lasy Kampinoskiego Parku Narodowego cieszą się wielką popularnością. Ze wszystkich lasów podwarszawskich najczęściej do tych lasów się przejeżdża. Rzadko spotykam turystów wędrujących z przewodnikiem w ręku. Mówią mi najczęściej, że im przewodnik nie jest potrzebny, bo od lat wędrują tymi lasami i dobrze je znają. Częściej mają przy sobie mapę. Dla jednych i drugich mam zagadkę.  Ciekawi mnie, czy odwiedzili kiedyś taki fragment naszego podwarszawskiego parku, jak na tych zdjęciach, co je tutaj dołączam. To nie są zdjęcia z uroczyska Piekło w Górach Świętokrzyskich i nie są to ruiny zameczku królowej Kingu w Pieninach, ani skałki z Beskidów. Te zdjęcia są naprawdę z okolicy warszawskiej, wykonałem je w ostatnią sobotę w rezerwatowym lesie kampinoskim. Dla ułatwienia: zdjęcia te zostały wykonane w odległości zaledwie dwustu metrów od dużej, czerwonej tablicy z napisem: Kampinoski Park Narodowy. I jeszcze jedno: te fotografie nie są wykonane w pobliżu Wólki Węglowej. A więc gdzie? Oto jest pytanie...


Dziwne skałki w podwarszawskim krajobrazie Kampinoskiego Parku Narodowego. Fot.L.Herz
To, co na zdjęciach, znajduje się nieopodal Czosdnowa, koło wsi Dębina. Dziczejący las rośnie na tam ruinach carskiego  fortu z lat osiemdziesiątych wieku XIX.  To fort V zewnętrznego pierścienia fortów dla twierdzy modlińskiej, jeden z kilku na Przedmościu Kazuńskim. Był modernizowany jeszcze w przededniu pierwszej wojny światowej, ale  nigdy nie spełnił roli, do której został przeznaczony, więc w roku 1915 wycofujące się wojska rosyjskie obiekt wysadziły. I tak już zostało do dzisiaj.  
     Na poszczerbionych ścianach betonowych koszar w latach sześćdziesiątych XX wieku ćwiczyli wspinaczkę warszawscy taternicy, ale i to już jest przeszłością, pojawiają się tu sporadycznie, w mieście mają teraz do treningów ścianki wspinaczkowe. Ziemne wały i fosy fortu opanowała roślinność, miejscami rośnie tam niemal dżungla, w zabagnionych fosach mają swoje mateczniki wilki. ten las jest enklawą Kampinoskiego Parku Narodowego, obszarem ochrony częściowej formalnie, ale żadnych widocznych zabiegów leśnych tutaj się nie przeprowadza. 
      W murowanych szczątkach fortu bytują nietoperze i to z ich powodu ten fort znalazł się w gronie kilku, chronionych  granicami europejskiego obszaru ochrony siedliskowej Natura 2000 "Forty Modlińskie". Jest sześć obiektów fortyfikacyjnych Twierdzy Modlin, które - niezagospodarowane i nieużytkowane przez ludzi - stały się dla wielu gatunków nietoperzy świetnym zimowiskiem. Panujące tam warunki mikroklimatyczne – wysoka wilgotność i stała temperatura, utrzymująca  się  podczas  sezonu  zimowego  stale  nieco  powyżej  zera,  zapewniają  zwierzętom  optymalne  warunki. 
      Jednym z ważniejszych zimowisk nietoperzy w Polsce są te forty, zimę spędza w nich aż dziesięć gatunków nietoperzy,  w tym trzy szczególnie cenne: mopek,  nocek duży i  nocek łydkowłosy; dla tego ostatniego forty modlińskie są   jednym  z  trzech  najważniejszych  w  Polsce. Dla mopka forty twierdzy są bardzo istotnym miejscem  hibernacji – w niektórych latach zimowało  tu  nawet  ponad  500  osobników. Mopek w przeciwieństwie do obu nocków preferuje podziemia zimne, betonowe i takim fortem jest fort koło Dębiny.


czwartek, 13 lipca 2017

Lilia złotogłów
Właśnie kwitnie w mazowieckich lasach lilia złotogłów. Kto chce ją zobaczyć, powinien się spieszyć, nie będzie to trwało długo. Ja mam kilka miejsc, w których mogę ją podziwiać. Tę ze zdjęcia zdjąłem przy czerwonym szlaku w Kampinoskim Parku Narodowym, tuż obok dróżki rośnie tam na Kozich Górach w obszarze ochrony ścisłej pod Krzywą Górą. Nie zawsze się mi udaje zobaczyć lilie tam, gdzie ją kiedyś widziałem, leśnicy są albowiem niemiłosierni w swoich hodowlanych zabiegach. Mimo iż złotogłów jest pod ścisłą ochroną, jeśli jego stanowisko znalazło się we fragmencie lasu, przewidzianym do wycięcia, prawie na pewno zginie. Nie tylko naturalności Puszczy Białowieskiej zagrażają jej gospodarze, leśnicy z Lasów Państwowych. Także i w lasach mazowieckich drewno wydaje się być  dla leśników ważniejszym od reszty ekosystemu. Niemal na moich oczach zginęły stanowiska lilii złotogłów w lasach koło Gołębiówki w nadleśnictwie Mińsk Mazowiecki. Opisywałem je w swoich przewodnikach, nie tylko tam opisy są już zdezaktualizowane. Nie wiem czy nadal kwitnie pod jednym z płotów na rozdrożu ulic koło kościoła w Zalesiu Górnym, dawno tam nie byłem.
     Lilia złotogłów jest kwiatem królewskim! Ze wszystkich okazałych leśnych kwiatów największą estymą cieszy się właśnie ona. Należy do raczej rzadkich roślin chronionych. Zakwita na ogół pod koniec czerwca i kwitnie niekiedy do połowy lipca. I kształt ma wymyślny, a oryginalny, i woń odurzającą, słodką, wzmagająca się wieczorem. Barwę ma oryginalną. od bladoróżowej do jasno-purpurowo-fioletowej, podkreśloną czarnopurpurowymi mniejszymi i większymi plamkami, rozsianymi na aksamitnych płatkach. Wszystkie te walory nadają jej prawo do ubiegania się o tytuł kwiatowej piękności. I kto miał szczęście ujrzeć ją wśród zielonej głuszy leśnej roztaczającą swą krasę o dziwnym, wschodnim przepychu, ten najpewniej tytuł ów jej przyzna – opisała lilie złotogłów Zofia Radwańska-Paryska.  

Lilia złotogłów w dekoracji zakopiańskiego Domu Pod Jedlami
     Roślina nosi też inne ludowe nazwy, niekiedy jest to >maśleszka<, albo >zawojek< lub >zawojka<. Górale tatrzańscy  zowią ją lelują i w stylizowanej formie kwiat ten należy do chętnie używanych w ornamentach podhalańskiej snycerki. Nazwa >leluja< jest też używana na nizinnych Kurpiach Zielonych dla określenia rodzaju wycinanki w formie stylizowanego drzewka, ale według przypuszczeń badaczy sztuki ludowej Kurpiowszczyzny, tutaj określeniem >leluja< oznacza się kwiaty kosaćca żółtego, dość pospolitego na terenach bagiennych torfowisk. W ogromnej większości tradycyjnych motywów zdobniczych >leluj<, jak też w samej ich budowie, dopatrywano się treści, nawiązujących do mniej lub bardziej realnego świata natury – twierdził badacz sztuki kurpiowskiej, Jacek Olędzki. -- Pojawiała się nawet osobliwa interpretacja >lelui< jako przeżytku magicznego drzewka życia. Jednak równie dobrze nazwa ta może być gwarowym skrótem religijnego zawołania alleluja. Wszak >leluje< wycinano właśnie wtenczas, kiedy zawołanie to miało rozbrzmiewać ze szczególną mocą. Wycinanki mogły być tedy plastycznym, barwnym znakiem radości głoszonym jak alleluja na chwałę Boga.
     W Polsce rosną dziko dwa gatunki rodzimych lilii, na świecie kilkadziesiąt. Od starożytności lilia ma duże znaczenie w symbolice i ceremoniałach religijnych różnych narodów. U Rzymian była symbolem nadziei, w sztuce chrześcijańskiej wyraża czystość, niewinność, dziewictwo. Wedle tradycji miała ona jakoby wyrosnąć ze spadłych łez Ewy opłakującej wygnanie z Raju. W scenach Zwiastowania często wyobrażano archanioła Gabriela z lilią w ręku, podczas gdy druga lilia stoi w wazonie obok klęczącej Marii. Występuje też w herbach i godłach rodów, np. Burbonów. Ewangelie cytują słowa Chrystusa: Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną; nie pracują ani nie przędą, a powiadam wam: nawet Salomon w całej chwale nie był tak przyodziany jak każda z nich.
      Lilie francuskie są przysłowiowe, lecz to nie o ten nasz gatunek chodzi; owe herbowe francuskich królów są złote. Torquato Tasso w Jerozolimie wyzwolonej nazywał Francuzów złotymi liliami, gigli d'oro. Nazwa łacińska brzmi: lilia martagon. >Martagon< bywa różnie tłumaczony: wg niektórych pochodzić ma jakoby od mitycznego Marsa, boga wojny, wg innych ma związek astrologiczny z planetą Marsem, a jeszcze inni przypuszczają, iż pochodzi od tureckiego >martagan<, co oznacza rodzaj turbanu, więc może i stąd polska nazwa >zawojek<, co ciekawsze, mająca odpowiednik w językach angielskim i niemieckim.  Alchemicy średniowieczni z cebulek lilii złotogłów przyrządzali złocistą tynkturę, która miała metale nieszlachetne zamieniać w złoto. Prawdopodobnie nazwa >złotogłów< stąd się wywodzi - przypuszczała Zofia Radwańska-Paryska. A może ze względu na wyjątkowość tego kwiatu został on nazwany złotogłowiem? Bowiem tak właśnie nazywano w szlacheckiej Polsce kosztowny brokat, ciężką, złotolicą tkaninę lub przetykaną złotem materię jedwabną lub półjedwabną.    
      Do nas sprowadzano tę tkaninę ze wschodu przez Ruś Kijowską. Używano jej do dekoracji wnętrz i do szycia szat liturgicznych kościelnych dostojników. Bogaci używali złotogłowu na suknie uroczyste dla kobiet i mężczyzn, pokrycia drogich futer, żupany odświętne, pasy i czapraki stwierdzał Zygmunt Gloger. Mikołaj Rej powiada: Niech pan za oponami siedzi, jako chce, nie będzieli cnotą zafarbowany, jest jako muł złotohławem zakryty, a gdy z niego zdejmą złotohław, alić uszy, ogon, głowę, wszystko po djable, Petrycy zaś: Kto z przodku chodzi w złotogłowie, na ostatku musi chodzić w siermiędze.

piątek, 23 czerwca 2017


Niezwykły Garnek 


Kilka dni temu  odwiedziłem Garnek. To jedna z moich najbardziej ulubionych wsi, położona pośród lasu koło Ceranowa na mazowieckim Podlasiu w powiecie węgrowskim. Dawno mnie w Garnku nie było, nareszcie zebrałem się w sobie i do niego zajechałem. Pierwszy raz pojawiłem się tam w roku 1994 i od tego czasu ważne miejsce zajął w moich myślach. Nie tylko w myślach. oficyna wydawnicza >Rewasz< wydała w roku 1995 mojego autorstwa "Przewodnik po okolicach Warszawy" ; omawiane w nim były znakowane szlaki turystyczne, przewodnik miał później drugie wydanie, ale większość z opisanych tam szlaków już się zdezaktualizowała, albo w terenie nie ma tych tras w ogóle, albo znakowanie jest tak kiepskie, że praktycznie szlaków tych też nie ma.  Na okładce tego przewodnika widnieje trójka turystów, sfotografowanych w czasie wędrówki piaszczystą drogą we wsi Garnek. To zdjęcie z okładki jest tutaj, poniżej. Dla mnie jest to zdjęcie historyczne: nie ma już tego krytego strzechą domu, nie żyje już także dwójka z wędrujących wtedy ze mną turystów.
 


Daleko jest do Garnka z Warszawy. Niewielki jest ten Garnek i dobrze schowany przed niepożądanymi gośćmi. Trafić tam niełatwo. Za Rytelami Święckimi boczna droga wiedzie przez zagajniki, dojrzewające zboże, wśród łąk tonących w żółtościach i fioletach wiejskiego kwiecia, przez chłopskie laski i piaski. Od Jakubików przez te chłopskie laski dojechać najlepiej, choć piaski okrutne. Albo od Ceranowa, stamtąd najbliżej, niemal cały czas lasem i  znaczna część drogi to w miarę wygodna żwirówka, ale nie do końca taka ona wygodna.
      Garnek odwiedzałem już kilkakrotnie. Zapraszałem znajomych, nie było ich wielu. Widać - za daleko, zbyt kłopotliwie. Publiczna komunikacja tu nie dociera, a dla samochodów droga marna. Nie odwiedzali Garnka malarze i poeci.
Byłem pierwszym, który o niej  wspomniał w druku, w  książce pt. "Klangor i fanfary", w roku 2012 wydanej przez >Iskry<.
     
Garnek w roku 1994.
        To prawda, Garnek nie leży w Toskanii, nie rosną tu winne szczepy, z których można wino wytłaczać. Lecz przecie widoki są tutaj rozkoszne, choć inne. W lasach  niby małe złote słońca zakwitają bardzo rzadkie w naturze pełniki i fioletowieją orliki, na łąkach ścielą się kobierce jaskrów,  torfowiska pokrywają dywany kaczeńców, z głębi bagiennych olsów słychać fanfary żurawie. Towarzyszący mi przyjaciel zaprowadził mnie na skraj wsi, pokazał rozpościerający się tam widok na wilgotną łąkę z kobiercami barwnych kwiatów, pośród których szukał żab bocian. Od wschodu łąkę obramowywały drewniane chałupy. Od zachodu ostańcowe wzgórze. Na horyzoncie widniały wilgotne bory na torfowiska. Był ze mną przyjaciel, Jurek. Popatrzył, zatoczył krąg ręką. Nie musiał nic mówić. I tak miał rację. To było to, właśnie to...
      Kiedyś już to pisałem, ale się powtórzę, bo tak trzeba. Na pejzaż, zwłaszcza nizinny, trzeba być uwrażliwionym. Trzeba  jakby - specjalnego rodzaju "słuchu". Jurek należał do tych, którzy są bardzo czuli na takie krajobrazy. Coraz mniej czynny, wiekiem i chorobą zaczął być  ograniczany do coraz krótszych wypadów za miasto. Za wieloma krajobrazami tęsknił. A łąki w dolinie Bugu, pokryte oceanem kwietnego złota jaskrów, były mu zawsze bardzo bliskie i chętnie nurzał się on w tych żółtościach i jak łódka brodził wśród fali łąk kwitnących i szczawiu powodzi. 

      Ilekroć jestem w Garnku, a na pewno jestem zbyt rzadko, odwiedzam gospodarstwo  pp. Wiesławy i Janusza Kurów. On jest strażnikiem Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego i od lat gromadzi zabytki kultury materialnej okolicy. Ona szydełkuje przeróżne koronkowe cudeńka. Ich stary dom  ma oryginalny piec, zwany nogawicowym, To już rzadkość wielka. Taki piec dwoma „nogami” obejmował sień, dzieląca dom na dwie części i w każdej izbie, z każdej strony sieni, w obu „nogach” tego pieca można było palić. A pośrodku, na wysokości stryszka, znajdowała się wędzarnia, pomieszczenie bardzo praktyczne nie tylko w czas pokoju, bo w czasie ostatniej wojny w takich wędzarniach ukrywano przez hitlerowskimi żołnierzami także i ludzi. 

Pan Janusz Kur z Garnka, strażnik Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego.

      Jechałem teraz do Garnka i zastanawiałem się: jakim go zobaczę. Nie było mnie tam ponad dziesięć lat, to kawał czasu. Gdy odwiedzałem wioskę  razem ostatnim, w Garnku było tylko osiem siedlisk. Ile jest teraz? Wieś umierała. Nikt już nie utrzymywał się z rolnictwa. Co najmniej połowa mieszkańców to emeryci, dożywający swoich dni. Dzieci rodzinną wioskę opuściły, pracę dostały w miastach, w Mińsku Mazowieckim, Siedlcach, Warszawie. Tam mieszkają wygodniej, tuta do najbliższego sklepu cztery kilometry, do kościoła sześć, drogi są leśne, piaszczyste lub błotniste, wiosną zaczyna się sezon komarów, a bywają tu wielkie jak czereśnie, zimą dojechać się nie da, bo śniegi ogromne. No i komuż z młodych chciałoby się tu mieszkać na takim odludziu. Co za sens tutaj mieszkać, bo i co tu jest do roboty? 

 


Garnek w roku 2017
     A jednak  ojcowizna zawsze pachnie najmocniej, najserdeczniej. Dzieci mieszkają teraz po miastach, tam wychowują swoje dzieci, ale na ojcowe siedliska wracają, poprzerabiali je,  dostosowali do swoich potrzeb, w każdej wolnej chwili ze swoich miejskich mieszkań uciekają do Garnka, tutaj mają swój drugi dom. Czy drugi? W gruncie rzeczy przecież on pierwszy, pierwej ten malutki Garnek był w ich życiu, niż te całe Warszawy i inne miasta. Ale z rolnictwa tutaj się nie żyje, pól ornych już prawie nie ma zupełnie, słomianych strzech też już nie ma, choć paskudny eternit wciąż na niektórych budynkach jeszcze się trzyma. Pojawiły się talerze anten telewizji satelitarnej i na przydrożnym krzyżu umieszczono wiersz, Stefan Pawlak z Garnka  napisał go w roku 1940. A wiersz nosi tytuł >Ziemia rodzinna<. Wielką poezją ten wiersz nie jest, przecież jednak chwyta za serce...

 My tu tacy szczęśliwi, że się każdy nam dziwi
 Bo lubimy swobodę, ptaszki, kwiaty i wodę.
 Słońce, drzewa i zboże, za co dzięki Ci Boże.
 My tę wioskę kochamy, za nią wszystko oddamy.
 Bo rodzinna to ziemia, bo tu radość, uciecha,
 Bo tu  Ojców mozoły, te obory, stodoły.
 I te strzechy słomiane. Wszystko mile, kochane
 Są nam piękne jak zorze. Za to dzięki Ci Boże.
 Tu jest miły spoczynek. Zawsze dobry uczynek
 Zawsze miłość i zgoda i beztroska swoboda.
 Niemniej pięknie jak w parku w naszej wiosce, tu w Garnku
 Więc powiedzmy kto może dzięki, dzięki Ci Boże.
  


     Sąsiadujące z Garnkiem lasy mają swój wyraz, urodę niepoślednią. Ostatnimi laty rąbią je leśnicy niemiłosiernie, dzielnie realizując idee ministra Szyszki. Ale pani Wiesława widziała dwa wilki, jak szły drogą, wiec może tak całkiem źle nie jest z tutejszą przyrodą. Mieszka gdzieś  po sąsiedzku największa z polskich sów, puchacz. Ale na gniazdo jeszcze nie trafiono. 



Puchacz (ale zdjęcie  nie z okolic Garnka)
     Tuż obok wsi, wśród lasu ostańcowego wzgórza, w drugiej połowie czerwca pysznią się swoją urodą królewskie kwiaty złotogłowu, przyjechałem aby go fotografować, za wcześnie, pąki się jeszcze nie rozwinęły, tym musiałem zdjęcia musiałem sobie odpuścić. Na łąkach w dolinie Bugu  gnieździ się rzadki kulik wielki, ptak z czerwonej liście zwierząt zagrożonych. Zwłaszcza w cichy wieczór lub w nocy  rozlegają się ich melodyjne, fletowe głosy. Nie ma u nas ptaka o głosie bardziej nastrojowym i smętnym – twierdził znakomity ornitolog, prof. Jan Sokołowski. Jesienią, kiedy kuliki wędrują, słyszymy ich głosy niekiedy w nocy z ciemnego nieba, najczęściej przeciągłe >kulik kulik kulik<. Dodajmy do tych poetyckich zdań naszego wybitnego ornitologa, że głos kulika często wykorzystują filmowcy w ścieżce dźwiękowej swoich filmów i niekiedy go nadużywają dla uzyskania odpowiedniego nastroju, a wtedy głos kulika biegnie z głośników poza ekranem, na którym ukazuje się zupełnie inny biotop, niż ten, który jest dla tego ptaka właściwym.

Kulik wielki (zdjęcie skradzione z plamk imazurka; to pyszny blog ptasi, polecam)
      Trzeba więc będzie znów tutaj przyjechać. Dla tego złotogłowiu. Dla fletowych  pieśni kulika. Może nawet o wrześniowym zmroku, jeśli nie zagłuszą go ryki zakochanych jeleni,  uda mi się usłyszeć głos puchacza, słyszalne podobno nawet z odległości pięciu kilometrów ponure pohukiwanie „pu-hu”, od którego się wzięła  nazwa tej największej sowy świata... 


Łan kwitnącego pełnika europejskiego osobiście przez autora sfotografowany w pobliżu Garnka.

Wystąpił błąd w tym gadżecie.