czwartek, 25 maja 2017



110 lat temu w Puszczy Kampinoskiej

Na początku czerwca 2017 roku mija 110 rocznica pierwszej zorganizowanej wycieczki turystycznej na polskim niżu. Zdarzyło się to w Puszczy Kampinoskiej. Tego właśnie roku, dokładnie dnia 2 czerwca wypłynął Wisłą z Warszawy statek z wycieczką Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Statek zatrzymał się na przystani w Gniewniewicach, skąd wycieczkowicze wyruszyli w stronę Puszczy, czekał ich długi marsz przez Leoncin i Teofile. 
 
Pamiątkowa pocztówka z 1907 r. (ze zbiorów autora blogu)


Wydano z okazji tej wycieczki pamiątkowa pocztówkę, wynajęto statek pasażerski, zorganizowano furmanki do przewozu bagażu, to było naprawdę duże przedsięwzięcie organizacyjne. Przypomnijmy: Polska nie była wtedy krajem niepodległym, Warszawa i Puszcza Kampinoska wciąż jeszcze były pod carskim, rosyjskim zaborem. 
         Pozostało kilka obrazowych opisów tej wycieczki, ukazujących jak wówczas, przed niemal równo wiekiem, wędrowano. Oto wpierw szła ku puszczy kilkusetosobowa grupa piechurów, pod  przewodem "Wuja", Aleksandra Janowskiego,  któremu towarzyszył Kazimierz Kulwieć, obaj współzałożyciele Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Potem jechały furki, wiozące bagaż. Widok ten, niezwykły dla miejscowych, zapewne oglądał malutki wówczas Isaac Singer, przyszły laureat literackiego Nobla, którego ojciec był w tym czasie rabinem wspólnoty żydowskiej w Leoncinie.
           "Barwny wąż wił się po piaszczystej drodze. Panie z gracją podtrzymywały długie ogony swych sukien, osłaniając twarze kolorowymi parasolkami" - pisała wiele lat później Maria Kann w "Wiernej puszczy". "Te wyprawy" - wspominała ich uczestniczka, Maria Mickiewiczowa - "dawały nam złudzenie swobody... Można było śpiewać polskie pieśni". 

Kościół w Leoncinie. Zdjęcie współczesne.


            Już od dwudziestu lat na wydmie pośrodku wsi Leoncin stał wtedy murowany z cegły neogotycki kościół  o dwóch wieżach, dominujących nad rozległą okolicą. Autorem projektu był modny i powszechnie szanowany Józef Pius Dziekoński, czołowy przedstawiciel historyzmu w architekturze polskiej, niekiedy żartobliwie nazywany "Kraszewskim architektury polskiej".   Wokół drogi, którą zdążała wycieczka, przed stu laty "niskie, ciasne, brudne rozsiadły się nasze strzechy włościańskie, na glebie lichej, na piaskach, na glinach". Dzisiaj piaszczystą drogę zastąpiła droga asfaltowa, o strzechach ze słomy nikt w okolicy już nie pamięta nie ma, a w otoczeniu szlaku coraz więcej willi o udanej architekturze, już nie włościańskich, lecz w większości letniskowych.
          
   Nareszcie  wycieczka dotarła do skraju Puszczy, mniej więcej do tego miejsca, gdzie dzisiaj krzyżują się szlaki zielony i żółty. Z tego miejsca "po godzinnym wypoczynku p.Kulwieć z liczną gromadą młodzieży skierował się ku nizinie pod Dąbrową" zanotował Rocznik Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Szli zapewne Kościelną Drogą w stronę Dąbrowy, na skraju której wznosi się teraz  głaz z pamiątkową tablicą poświęconą temu wydarzeniu. Warszawski  "Świat, pismo tygodniowe ilustrowane, poświęcone życiu społecznemu, literaturze i sztuce" sporo miejsca poświęciło wycieczce, jako że była ona niemałym wydarzeniem w życiu Warszawy, to i  w piśmie została odnotowana odpowiednio:    
             "Puszcza Kampinoska - puszcza pod Warszawą! Cóż za odkrycie? (...) Z namaszczeniem wkraczamy do owej "puszczy". Dróżki i ścieżki giną w gęstwinie; zaiste możnaby tu całymi dniami błądzić i nie wybrnąć. Milowa połać porosła starą sosną, gdzieniegdzie kępy olszyny zdradzają bagienka; wzgórza i dolinki, wszystko zadrzewione, tylko z rzadka zieleni się jakaś łączka. (...) To puszcza? pyta zgryźliwie ktoś z uczestników; tamten znów sarka, że się zawiódł. Widać są ludzie, którzy na seryo myśleli, że Towarzystwo Krajoznawcze dokonało cudu; odkryło pod Warszawą jakąś krainę dziką, bezludną. Kto jednak lubuje się w naszej przyrodzie, komu miła zieleń lasów, mozaika piasków i krzewów, wzgórz i trzęsawisk, (...) niech jedzie do puszczy Kampinoskiej. Kto miłuje badania przyrodnicze, zbiera okazy roślin i zwierząt, znajdzie tu zajęcia niemało.”   
              W okolicy  "niziny torfiastej" pod Dąbrową młodzież pod kierunkiem prof. Kulwiecia zbierała okazy botaniczne. Przyrodnik i popularyzator przyrody Kazimierz Kulwieć był również jednym ze współorganizatorów zorganizowanego ruchu krajoznawczego w Polsce, pierwszym redaktorem „Ziemi”, a na wycieczce z 1907 roku naukowym jej przewodnikiem: "roślina ma również swoją fizyognomię, przytem fizyognomię dwojaką - gatunkową, tę dziedziczną, wspólną wszystkim (...) i indywidualną, wyróżniającą dany świerk lub dany dąb z pośród całej rzeszy, całego lasu drzew tego samego gatunku."
              W tym samym czasie, gdy młodzież zbierała okazy botaniczne, wyuczony odpowiednio przez Aleksandra Janowskiego chór uprzyjemniał czas pozostałym, którzy czekali na sygnał do powrotu. Tłoczono się przy kupnie pamiątkowych pocztówek z żubrem i mapy Puszczy Kampinoskiej i "z uznaniem podnoszono uczynność zarządzającego dobrami Państwa w guberni warszawskiej, który na odezwę zarządu Towarzystwa Krajoznawczego w sprawie zwiedzenia Puszczy odpowiedział bardzo uprzejmie, delegując dwóch pomocników nadleśnego do udzielania wędrowcom wskazówek". Wszyscy powszechnie żądali urządzenia drugiej, podobnej wycieczki w najbliższej przyszłości.


Na rewersie fotografii Aleksandra Janowskiego, głównego organizatora wycieczki PTK z r.1907  zanotowane jego ręką: Życzliwość i przyjaźń niech nie ginie nigdy.Wuj
(ze zbiorów autora blogu)


Widokówka pamiątkowa z wycieczki w 50 rocznicę tej pierwszej. Na rewersie jest autograf Mieczysława Orłowicza, jednego z ojców współczesnej turystyki w Polsce, autora licznych przewodników, niewątpliwie najważniejszego turysty w naszej historii
 (ilustracje ze zbiorów autora blogu)




Tablica pamiątkowa w Starej Dąbrowie, wystawiona w 80 rocznicę wycieczki. 

Już po przygotowaniu tego postu, szperając w Internecie dowiedziałem się, iż w dniu  3 czerwca 2017 roku jest organizowana wycieczka jubileuszowa z zakończeniem w ośrodku harcerskim w Starej Dąbrowie. Organizatorami są Oddział Stołeczny Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego w Warszawie oraz  Mazowieckie Forum Oddziałów Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego w Warszawie, a współorganizują imprezę  Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Turystyczno Krajoznawczego,  Dyrekcja Kampinoskiego Parku Narodowego oraz Komenda Stołeczna Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego. Organizatorom i uczestnikom jubileuszowej wycieczki najlepsze życzenia mile spędzonego dnia życzy autor (m.in.) tego blogu: darz Wam bór, oczywiście bór kampinoski, on przede wszystkim!


Staraniem Oficyny Wydawniczej "Rewasz" ukazało się właśnie kolejne, mocno zaktualizowane  wydanie mojego przewodnika "Puszcza Kampinoska". Akurat na rocznicę tej pierwszej wycieczki z 1907 roku. Gorąco polecam!  Żółto znakowany szlak turystyczny z Leoncina w kierunku Starej Dąbrowy  jest tam opisany jako wycieczka z sercem. Projektowałem ten szlak prawie pół wieku temu i w swoich przewodnikach nazwałem go szlakiem im.Aleksandra Janowskiego. Nazwa się przyjęła. Ale biegnie on inaczej, niż szła wycieczka przed 110 laty; inaczej, bo efektowniej, oni wtedy szli szeroką Kościelną Drogą, teraz szlak kręci się wśród wydm, szukając po drodze co dorodniejszych starodrzewów sosnowych.



piątek, 19 maja 2017

Magia Radziejowic
Radziejowice na ilustracji z roku 1861.

     O takich  miejscowościach, jak Radziejowice, mówi się chętnie, że są magiczne. One takie są, bez dwóch zdań. W tej niewielkiej  miejscowości na skraju Wysoczyzny Rawskiej w pobliżu Mszczonowa, oddalonej o nieco ponad czterdzieści kilometrów od Warszawy, znajduje się niezwyczajny zespół zabytków architektury, sztuki i historii, wszystkie trzy grają jednako ważną rolę, akompaniuje im nie najgorzej okoliczny krajobraz. 
     Powstały Radziejowice na skraju ogromnej puszczy, żyły w tej puszczy tury, ale nie ma już tych turów i tej puszczy też już nie ma, one trwają od dobrych kilku wieków. Nazwiska właścicieli radziejowickiej rezydencji były wielkie, ważni goście ją odwiedzali, królowie wśród nich byli i królowe, bywali pierwszorzędni artyści pędzla i pióra. Goście w Radziejowicach wciąż bywają znakomici i nadal nie brak wśród nich artystów, wielu muzom wiernych. Upaństwowiony po drugiej wojnie światowej zabytkowy zespół radziejowicki  został powierzony Ministerstwu Kultury i Sztuki, a starannie odremontowany zaczął pełnić funkcję domu pracy twórczej dla twórców kultury. Jak się okazało, to było jego przeznaczeniem.  
     Czas ostatni jest dla Radziejowic wyjątkowo dobry, od wielu lat głównie dzięki włodarzącemu w nim Bogumiłowi  Mrówczyńskiemu. Teren pałacowy użycza swojej urody jako naturalna dekoracja dla wielu realizacji filmowych lub telewizyjnych, ludzie kultury znajdują tu warunki do pracy i odpoczynku,  odbywają się w pałacu mistrzowskie kursy dla młodych muzyków, są organizowane konferencje dla specjalistów, a jednocześnie park i pałac są dostępne dla wszystkich, pałac można  zwiedzać i bez przeszkód przechadzać się pośród ładnie utrzymanego parku, można uczestniczyć w organizowanych tu koncertach i imprezach. Zaiste, niezwyczajny jest ten radziejowicki pałac, dużej klasy  obiekt zabytkowy, służący społeczeństwu. Rzadki to przypadek, pałace albowiem w większości swojej są niedostępne dla niezaproszonych. Tutaj bramy parkowe są szeroko otwarte dla wszystkich. 
 
Romantyczne są Radziejowice, piękne i dla gości serdeczne.



    Do miejscowości obdarowanych szczególniej  przez historię należy ta niewielka miejscowość, chociaż po części ta historia pisana była niekoniecznie złotymi literami, a jej bohaterowie  - jak to w życiu na ogół bywa - obdarzeni zostali szlachetnością, jak jedni, lub podłością, jak drudzy. Radziejowscy z Radziejowic nie najlepiej zapisali się w historii. Słynęli nie tylko jako znakomici gospodarze, a gości gościli znamienitych, lecz także jako pierwszej wody intryganci. W XVI wieku wszyscy mówili o Katarzynie Radziejowskiej, córce Jędrzeja, związanej romantyczną miłością z ostatnimi książętami mazowieckimi Stanisławem i Januszem. „Znała się ta panna na czarach i jeszcze za życia matki zdobyła sobie bezkarnie księcia Stanisława”. Wraz z matką była podejrzewana o współudział w czterech zabójstwach: Anny, księżny mazowieckiej, jej doradcy Zaliwskiego, książąt Stanisława i Janusza. Z żoną Hieronima Radziejowskiego flirtował król Jan Kazimierz, a jak mówiono, nie bez przyzwolenia pana małżonka, który osobiste chciał z tego flirtu ciągnąć korzyści.
     Ojciec Hieronima, Stanisław Radziejowski zgromadził olbrzymią fortunę, korzystając ze swojego sprytu, który umożliwił mu piastowanie po kilka stanowisk państwowych jednocześnie. W Radziejowicach, majątku jego, leżącym na głównym trakcie o siedem mil od stolicy, stała karczma na dwieście koni, budynki dworskie na tysiąc gości. Kilkanaście działek wiwatowych, niewyczerpana piwnica i znakomita kuchnia. Tutaj podejmował wojewoda przejeżdżających posłów zagranicznych, ziemskich i senatorów, gościł często po kilka dni królów Władysława i Zygmunta. W całej Polsce nie bawiono się tak wesoło, dostatnio i swobodnie, jak w Radziejowicach. Zdaje się, że to były najważniejsze zasługi, jakie stary wojewoda oddał krajowi.
     Radziejowice były „salonem”, do którego przyjeżdżało się dla odpoczynku i dla prowadzonych przy tej okazji dyplomatycznych zabiegów i pałacowych intryg. Gospodarze przygotowywali wszystko starannie, każdy z gości mógł odnaleźć to, co było mu potrzebne. Koniec Radziejowic Radziejowskich zaczął się za czasów Hieronima, zawadiaki, człowieka nieposkromionego temperamentu. Kiedyś, w czasie uczty u wojewody wileńskiego Krzysztofa Radziwiłła, pokłócił się z wojewodzicem ruskim Daniłowiczem. Potem obaj „walczyli na pięści i wyrywali sobie włosy, tak że odnieśli rany i zostali częściowo łysi”. Ogólnie znana
Hieronim Radziejowski
jest jego słynna rozróbka w Warszawie, gdy 5 stycznia 1652 roku Radziejowski, którego żona Elżbieta romansowała z Janem Kazimierzem, w nagłym przypływie zazdrości czy też z rozmysłem, w bezpośrednim sąsiedztwie zamku królewskiego  spowodował wielką burdę ze strzelaniem z działek włącznie. W rezultacie został skazany na banicję i konfiskatę dóbr, na wygnaniu kraj zdradził i mocno dopomógł Szwedom na Polskę najechać.
Michał Radziejowski


Jego syn Michał skonfiskowany majątek zdołał odzyskać. Onże Michał, prymas, przejściowy właściciel nie tak znów odległego Nieborowa, mający rezydencję arcybiskupią w niedalekich Skierniewicach, w Radziejowicach najchętniej przebywał. „Do Radziejowic gromadził skrzętnie skarby, chciwie łapane rozmaitymi sposobami; w Radziejowicach krył nawet swój wstyd, gdyż legendy i podania w pieśniach zachowane wskazują, że otaczał się nawet kobietami i że dla jednej z opuszczonych przez siebie straszne urządził tam więzienie” – pisał Julian Bartoszewicz. Nie był postacią sympatyczną. Karierę robił jako syn ciotecznego brata Jana Sobieskiego, w wieku 41 lat był już kardynałem, rok potem prymasem, w czasie bezkrólewia 1696 roku jako interrex frymarczył koroną, którą ze trzy razy sprzedawał więcej dającemu, Francuzom, Sasom, Szwedom. Cóż... dziećmi swojej epoki byli Radziejowscy. W wieku XVII, czasach Wazów na polskim tronie, taka ona była ta epoka i ta nasza Polska. Niestety. Radziejowscy nie byli jedynymi szubrawcami pośród polskiej magnaterii.  
     Po śmierci Michała, ostatniego z rodu Radziejowskich, pałac radziejowicki podupadł i zniszczał. Później władali nim Prażmowscy i Ossolińscy, po roku 1782 drogą koligacji rodzinnych dobra przeszły w ręce Krasińskich i wtedy dla rezydencji nastały czasy wyjątkowo dobre.  Zupełne przeciwieństwo tamtych, do Radziejowic przybyła zupełnie inna Polska, patriotyczna i szlachetna. A nastał właśnie dla ojczyzny czas zaborów, czas niewoli i daremnych, krwawych  powstań. 
     Za Radziejowskich były Radziejowice siedliskiem intryg, przez Krasińskich zostały podniesione do rangi świątyni sztuki. Na początku XIX wieku Kazimierz Krasiński powierzył odbudowę rezydencji Jakubowi Kubickiemu; w rezultacie stała się bardzo reprezentacyjną, przy czym jej odnowiciel umiejętnie połączył tradycję z najnowszą modą. Ta odbudowa, połączona z przebudową, jest uważana za pierwszy polski, w pełni świadomy zabieg konserwatorski, znacznie wyprzedzający dzieła słynnego Viollet-le-Duca we Francji. Przy sposobności postawił Kubicki klasycystyczny kościół w Radziejowicach,  ku któremu od pałacu wciąż wiedzie urodna aleja lipowa. 
Dzieło Jakuba Kubickiego: kościół radziejowicki.

     Józef Wawrzyniec Krasiński, kolejny pan na Radziejowicach, kuzyn Wincentego z Opinogóry, ojca poety Zygmunta, był zupełnym przeciwieństwem generała. Tamten, jak wiadomo, skłonny był robić karierę za wszelką cenę, co realizował konsekwentnie i co nie przyniosło mu najlepszej sławy u potomnych.

  Józef Wawrzyniec miał inne ambicje, dzięki niemu Radziejowice zaczęły okres innej sławy, stając się ważnym ogniskiem kultury.  Był na ogół zamknięty na wielkoświatowe rozrywki arystokracji, siedział w swoich Radziejowicach, lecz nie siedział bezczynnie. Urządził teatr na poddaszu pałacowym; Marian Brandys pisał o tym teatrzyku, iż stał się sensacją okolicy, zjeżdżało się doń obywatelstwo z sąsiedztwa i mieszczaństwo z pobliskiego Mszczonowa.  Był albowiem pan hrabia człowiekiem teatru, popełnił kilka tekstów,  wystawiano je w Warszawie. W Radziejowicach napisał libretto do jednej z najbardziej znanych oper Karola Kurpińskiego "Zamek na Czorsztynie, czyli Bojomir i Wanda", po raz pierwszy wystawionej w roku 1819 w Warszawie. Akcja tego dziełka jest prościutka, naiwne toto, ale fakt, że sympatyczne, acz – co tu ukrywać -  znacznie wcześniej Da Ponte lepsze libretta układał  Mozartowi.
     Wnuk teatromana, również Józef, prowadził w Radziejowicach salon plenerowy, jakich niewiele było w Polsce przełomu XIX i XX wieku. Radziejowice poczęły gościć ludzi kultury, światowych, bujnych, żądnych rozrywek, łaknących życia towarzyskiego przedstawicieli literatury, sztuki, warszawskiej prasy. Przyjeżdżali czasem na dłużej, czasem tylko na dwa, trzy dni.  Ostatnim zasłużonym dla Radziejowic ich właścicielem był tutaj urodzony w roku 1870  i wielce dla polskiej kultury zasłużony Edward Krasiński. Rzeźba, przedstawiająca jego popiersie, znajduje się tuż obok  wejścia na radziejowicki teren pałacowy.  
 
Edward hrabia Krasiński z Radziejowic.
  
     W Radziejowicach zza każdego załomu muru wyłania się historia. Wabi i kłania się nam zza każdego parkowego drzewa. Wielki artysta i oryginał, mieszkający w pobliskiej Kuklówce Józef Chełmoński, często otulony w burkę siadywał w radziejowickim borze, na łąkach lub polach i robił szkice, do najbardziej znanych jego płócien należy przedstawiające staw parkowy. Spacerujący po parku Henryk Sienkiewicz, tutaj właśnie, pośród przyjaznych ludzi, murów i przyrody „nierzadko doznawał natchnienia”, tutaj układał fragmenty powieści "Krzyżacy". Ten park w stylu angielskim zakładał dla Krasińskich Aleksander d`Alphonce de Saint Omer, Francuz przybyły do Polski wraz z gen.Henrykiem Dąbrowskim, który jako pułkownik wojsk polskich otrzymał szlachectwo i nazwisko polskie Sętomerski.
     Jeszcze w czasach Radziejowskich odwiedzał rezydencję król Zygmunt III, o czym przypomina wmurowana w zewnętrzną ścianę zameczku marmurowa tablica z datą 1606 oraz napisem łacińskim. Zameczek jest urodziwy, czystej wody gotyk romantyczny,  w początkach wieku XIX powstał na miejscu pierwotnego dworu obronnego z wieków XV-XVI, a to za sprawą architekta Jakuba Kubickiego, zaproszonego przez Krasińskich do przebudowy rezydencji.  
Zameczek swój romantyczny kształt zawdzięcza Jakubowi Kubickiemu.
Dwór modrzewiowy z Radziejowic. Takim sobie dwór polski wyobrażamy. Takim on tutaj jest.
Po przeciwnej stronie drogi wznosi się dwór modrzewiowy pobudowany na przełomie wieków XVIII i XIX, był siedzibą administratora majątku. Jest typowym dworem polskim, z ganeczkiem jak należy od frontu, z krytym dranicami ogromnym dachem, rosną obok niego jesiony, jeden z tych, co obok dworu rosną,  jest wyjątkowo potężny.  Cały teren okoliczny jest dzisiaj gustownie urządzonym parkiem, świetnie pomyślanym, za czasów dawniejszych był to teren folwarku.    
    Nie tylko dwór, pałac i park składały się na rezydencję magnacką. Obok dworu znajdowały  się spichlerze, stajnie i obory. Lecz nie tylko, dworski folwark to także piekarnia, pralnia, suszarnia, wkopane w ziemię piwnice lub murowane sklepy, czyli składy do przechowywania ziemniaków i innych płodów ziemi, nabiału i napojów. To również fabryczki, najczęściej gorzelnia i browar, to młyny zbożowe, wodne i wiatraki. W  magnackich dawniej Radziejowicach istniało całe „zagłębie przemysłowe", które nie tylko było gospodarczym zapleczem rezydencji; tutaj produkowało się również i na zbyt. Rzeczka Pisia Gągolina napędzała urządzenia tartaku i  niewielkiej hamerni.  Była w okolicy cegielnia, cegła radziejowicka była uważana za najlepszą w okolicach Warszawy. W połowie XIX wieku od tutejszej cegielni prowadziła prywatna kolej konna, która  kończyła się na stacji kolejowej Ruda Guzowska, w dzisiejszym Żyrardowie, gdzie cegłę przeładowywano do pociągów na linii warszawsko-wiedeńskiej.     
    Każdy duży majątek ziemski miał niegdyś w swoim sąsiedztwie także i jakiś kompleks leśny, służący najczęściej jako teren zabaw łowieckich właścicieli oraz ich gości. Taką też rolę spełniał las koło Radziejowic, można się po nim włóczyć duktami i drogami, tam i siam, za każdym zakrętem odkrywając odmienne pejzaże leśne. Najcenniejszy fragment to rezerwat „Dąbrowa Radziejowska”, las niezbyt wiekowy, lecz bardzo cenny, rośnie w nim nieczęsty już w Polsce  leśny zespół dąbrowy świetlistej. Las pod Radziejowicami rośnie na północnych krańcach Wysoczyzny Rawskiej, na stosunkowo żyznych brunatnych glebach i one to właśnie decydują o tym, że las ten ma zupełnie odmienny charakter niż inne lasy w pobliżu Warszawy. Tutaj przeważają zespoły leśne lasu liściastego, lasu mieszanego i boru mieszanego.
    Łowieckie przeznaczenie tego kompleksu spowodowało, że eksploatacja drzewostanu była prowadzona znacznie oszczędniej niż w lasach gospodarczych, które miały przynosić dochód, a nie – jak ten – służyć głównie myśliwskim rozrywkom właścicieli. Ze względu na uprawiane w nim myślistwo zachowywano mozaikowość lasu, dosadzano też obcy na mazowieckich ziemiach gatunek świerk pospolity. Gęstwina świerków dodawała lasowi malowniczości, a oprócz tego była miejscem schronienia dla zwierzyny.
Radziejowice pełnią rolę świątyni pamięci wielkiego malarza. Fot.L.Herz
    U Krasińskich goszczący Józef Chełmoński był wielkim miłośnikiem zwierząt, nigdy jednak nie stał się tęgim myśliwym. Znawca staropolskiego łowiectwa, Juliusz Kossak, w jednym z listów krzywił się, że „Chełmoński na swoich rysunkach trokował lisy za skoki, co nie mówi za jego znajomością najzwyczajniejszego myślistwa", bo „polując z chartami torby się nie bierze za siebie, bo jest od tego siodło z trokami, do którego się uszczutego kota za skoki, lisa zaś za łeb przytrokuje". Czemu Chełmoński polował, nie wiadomo. On, który żadnego owada nawet skrzywdzić nie potrafił, nie bardzo radził sobie z bronią i był bohaterem niefortunnych zdarzeń na polowaniach. Malował na szczęście wybornie. Artysta mieszkał niedaleko stąd, w Kuklówce nad Pisią Tuczną. W radziejowickim pałacu znajduje się dzisiaj największa wystawa jego dzieł, pozyskanych z kolekcji Muzeum Narodowego i od prywatnych kolekcjonerów. Część prac nigdy wcześniej nie była pokazywana publicznie. "Czujemy się depozytariuszami pamięci o Józefie Chełmońskim" - mówią w Radziejowicach. Rolę tę pełnią doskonale...
Józef Chełmoński - Staw w Radziejowicach.
       W lasach radziejowickich polował też  niejeden raz Henryk Sienkiewicz. Ten to był myśliwym zawołanym. Chodził na polowania ze stałym gronem przyjaciół, wśród których był hrabia Edward Krasiński i ksiądz Zygmunt Chełmicki, w pewnej mierze prototyp opata z Tulczy w „Krzyżakach". Po polowaniu pisarz kreślił stronice tej słynnej potem powieści przy biurku w jednym z pokoi zameczku radziejowickiego. Stefan Majchrowski w biograficznej opowieści o pisarzu podjął próbę opisu jednego z takich łowieckich pobytów Henryka Sienkiewicza w Radziejowicach. „Knieje dokoła - wielkie radziejowickie lasy, część dawnej puszczy książęcej. Pan Sienkiewicz stoi ze strzelbą na swym stanowisku... Kiedyś, przed pięcioma wiekami, podobnie urządzano polowanie, tylko broń była inna. Myśliwy trzymał w ręku kuszę, o drzewo opierał ciężki oszczep... Sienkiewicz przetarł okulary i sięgnął do kieszeni po notes".
 Henryk Sienkiewicz w Radziejowicach
    Na liczną w radziejowickich lasach zwierzynę mieli ochotę nie tylko myśliwi. Także kłusownicy. Ich ofiarami bywali również i ludzie, zwierzyny tej pilnujący. Na północnym skraju radziejowickiego lasu stoi ceglana kapliczka z krzyżem, a „krzyż ten postawił w smutku Edward dr Krasiński" ku pamięci „wiernego świętej pamięci gajowego Józefa Kieszka i jego towarzysza Franciszka Paska, zamordowanych na tem miejscu podczas pełnienia obowiązków" w styczniu 1907 roku.

    Krajobraz okolicy najbliższej już nie ten, co dawnymi laty. Powolutku od rezydencji radziejowickiej coraz bardziej oddala się mazowiecki krajobraz, chociaż są miejsca, gdzie  jeszcze pozostał takim, jakim pejzaż wiejski być powinien.  
Stawy na wschód od Radziejowic, kilometr drogi od pałacu. Fot.L.Herz

   Droga wiodąca ku wschodowi, w  kierunku wsi Kamionka, po kilku minutach doprowadza do miniaturowego pojezierza. Byłem tam niedawno, wciąż krzyczą mewy śmieszki i rybitwy, wciąż gdaczą łyski i pokrzykują perkozy. W okolicy coraz więcej okazałych willi, powstających jako wiejskie rezydencje ludzi majętnych. Pamiętam prawdziwie wiejskie domostwa Kamionki i wiosek sąsiednich, miały ściany zbudowane z dużych kamieni, wydobywanych z morenowych wzgórz w okolicy. Te kamienne chaty przykrywane były  nierzadko słomianym dachem, widywałem je zaledwie pół wieku temu, fotografowałem je, były nadzwyczajnie malownicze. Strasznie szybko to się zmienia. 
    Przed laty zaangażowałem się w projekt objęcia tego krajobrazu ochroną w granicach parku krajobrazowego, miał nosić imię Józefa Chełmońskiego. Wielki malarz pośród tego krajobrazu mieszkał, w Radziejowicach wielokrotnie bywał, jest w radziejowickim parku jego popiersie, w pałacu powstała znakomita galeria obrazów Chełmońskiego,  ale idea utworzenia tego parku przepadła. Od strony Warszawy z każdym rokiem przybliża się do Radziejowic miasto. Główna szosa od niedawna jest drogą ekspresową, jak autostrada szeroka, z rozjazdami autostradowymi, jedno z nich jest tuż obok. Przy tej szosie powyrastały kubiki magazynów firm najprzeróżniejszych, w Radziejowicach też ich nie brakuje, wszędzie pośród okolicznych lasów kokoszą się osiedla letniskowych domków i willi, powstaje nowy krajobraz, zupełnie inny, niż ten, który chciałbym zatrzymać, a dla którego w sąsiedztwie dużego miasta nie ma już miejsca. 

W radziejowickim parku
 
Zabytkowy jesion wyniosły na tyłach radziejowickiego dworku.
Fragment zegara słonecznego przed pałacem.
Ogród rzeźb  Alfonsa Karnego.

Pomnik Jerzego Waldorffa, admiratora i dobrodzieja Radziejowic. 
Płaskorzeźba Henryka Kuny ze sceną z "Dziadów" A.Mickiewicza.

Arka zwierząt, dzieło Józefa Wilkonia.

"Rozstrzelani", kompozycja rzeźbiarska G.Zemły

Staw radziejowicki. Nad nim zabytkowy jesion.

czwartek, 11 maja 2017

 Osownica
Osownica koło Jadowa latem roku 2004
Osownica koło Jadowa wiosną 2017 roku



Niepozorna rzeczułka jest z tej mazowieckiej Osownicy, wąska struga raczej, niedługa, ale byłem świadkiem tego, co potrafi to groźne maleństwo. Pamiętam jak jednego roku w środku lata woda w płytkiej dotąd strudze od długich deszczów przybrała, pędziła z hurkotem, zrywała pobocza asfaltowych szos i niszczyła co słabsze drewniane mosty!  
Obok mostu na szosie w kierunku Łochowa są łąki po jednej stronie rzeczki, a las po drugiej. Przychodziłem tam czterdzieści lat temu, aby wiosną sycić oko tokowych lotów czajek, bekasów kszyków, rycyków i brodźców krwawodziobych. Fotografowałem ją kilka lat temu, prezentowała się wspaniale. Wiosną tegoroczną u zobaczyłem ruinę krajobrazu. Obie fotografie umieszczam obok siebie, co się stało, każdy widzi. Płacz i zgrzytanie zębów, ot co.

Wioska Osęka nad Osownicą.
Mieszkał kiedyś w Osownicy wodnik, stwór przedziwny, co to wodę burzył i do młyńskich kół się zakradał nocą, aby sobie na nich pojeździć, jak nikt nie widział. A nad Osownicą w Makowcu urodził się chłopak, słuchał o tym wodniku i słuchał opowieści przedziwnych, a tak bardzo chciał tego wodnika — znaczy się — zobaczyć, że potem, gdy został sławnym rzeźbiarzem, jakich Polska niewielu miała i przed nim, i po nim, wyrzeźbił tego wodnika. Ten rzeźbiarz nazywał się Konstanty Laszczka. Znakomite jego prace można zobaczyć w Muzeum Mazowieckim w Płocku i tam znajduje się jego „Wodnik”.  
Niewidzącymi oczami patrzy wodnik na oglądających go widzów. Co myśli o nas, o tych dziwnych stworach przed którymi musiał się kryć w wodach Osownicy, najchętniej pode młynem w Makowcu, tam było mu najprzytulniej. Młyna nie ma, rzekę mu zrujnowali. Niełatwe bywa życie wodnika. Nawet jak mu przyjdzie siedzieć zaklętemu w kamień, postawiony w muzeum. Ot, co...
 



































                   



wtorek, 18 kwietnia 2017

Niezwykłe zabytki
w Dolinie Dolnego Bugu na wschodnim Mazowszu
Wiosenne rozlewiska w dolinie Bugu. Fot.L.Herz



Znowu tam byłem. Bywam tam niemal nieustannie. Zostawiłem tam sporo serca, to i powracam. Wiosną najbardziej. Dolina Dolnego Bugu należy do najładniejszych fragmentów Mazowsza. Ja szczególniejszą estymą  obdarzam jej fragment powyżej Wyszkowa, w górę biegu rzeki. Krajobraz tam jest taki, jakim być powinien. Tam wszystko zdaje się być na miejscu. To harmonijny krajobraz kulturowy, w którym dzieła natury wcale nieźle i z pewnym szacunkiem zostały zagospodarowane przez człowieka. Korespondują tam ze sobą nie najgorzej rzeka i jej rozlewiska i starorzecza, nadrzeczne łąki, otaczające je dwie puszcze, Kaminiecka na południu i Biała na północy, wioski i obok nich osiedla domków letniskowych, tubylcy i letnicy,  i dzikie ptactwo, którego tam nie brakuje i moc ornitologicznych rarytasów się lęgnie. Opowiadać o tym wszystkim mógłbym bez końca, jako  rzekłem albowiem, odwiedzam tę część Mazowsza  często i zawsze z zachwytem. 

Nie ulega wątpliwości, iż dopiero świadomość związku krajobrazu z historią i rozwojem duchowym człowieka nadaje mu szczególnego uroku i stanowi o pełni naszego doznania. Inaczej mówiąc – dopiero wtedy, gdy zaludniamy jakiś obszar wspomnieniem dziejów, które na nim się toczyły, zaspokajamy nigdy nie nasyconą potrzebę refleksji.
Obserwować to można we wszystkich liczących się w Europie obszarach szczególnej ochrony przyrody, w parkach narodowych i krajobrazowych lub parkach natury, jak nazywa się je w krajach Zachodniej Europy. Na pewno mniejszą rangę miałyby polskie Tatry i Park Tatrzański bez Podhala, bez Góralszczyzny i tłumu zakochanych w nich artystów o ceperskim rodowodzie. Czy można podobnie mówić o nadbużańskiej okolicy Mazowsza? Zapewne nie, ale przecież i ona ma swoje atuty, których lekceważyć nie można.

Tutaj chcę opowiedzieć o trzech ważnych, chociaż niewielkich w gruncie rzeczy zabytkach, jakie znajdują się w tej nadbużańskiej krainie. To trzy rzeźby niepospolitej wartości. Sfotografowałem  i oto są. Jak znajdziecie czas, popróbujcie zobaczyć je na miejscu. Madonna Tronująca z Poręby i Tron Łaski z Prostyni  są we wnętrzach kościołów, Nepomucen spod Sadownego znajduje się w zabytkowej brogowej kapliczce. Podróż ku nim przez otaczający krajobraz też warta jest  grzechu.  


     Madonna Tronująca z Poręby

(ok.1360 r.)


We wsi Poręba w Puszczy Białej znajduje się niezwykłe dzieło w miejscowym kościele parafialnym. Jest nim najstarsza drewniana rzeźba epoki gotyku na Mazowszu, pochodzi z około 1360 roku.
Królem Polski był wówczas Kazimierz Wielki. W maju 1350 roku Litwini wtargnęli na Mazowsze i dokonali tam wielkich zniszczeń (m.in. spalili Warszawę i Czersk). Poręba znajdował się wówczas w księstwie mazowieckim, panował w nim wówczas  Siemowit III, syn Trojdena I. O rzeźbie świat dowiedział się dopiero po sześciuset latach, w roku 1973.
Odkryły tę rzeźbę Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska, nieocenione znawczynie sztuki na Mazowszu, to one jako pierwsze obwieściły światu rangę wielu dzieł, których znaczenie same odkryły (one odnalazły na strychu w Kosowie Lackim obraz El Greca!), także i rzeźby z Poręby, publikując jej pierwszy opis w Biuletynie Historii Sztuki w roku 1975. 
Madonna przedstawiona jest  na tronie, artysta nadał jej hieratyczną pozę, na ustach ma zastygły „archaiczny uśmiech”, dekoracyjnie, malowniczo ułożone fałdy szaty opadają ku ziemi, wychyla się spod nich typowo średniowieczny spiczasty pantofelek. Na prawym kolanie Matki stoi Dzieciątko, odziane w długą szatę, podtrzymywane matczyną ręką, w drugiej matczynej ręce znajduje się przyłożone do serca królewskie jabłko. Jezusek lewą swoją ręką położył pieszczotliwie na matczynej głowie, uśmiecha się uśmiechem dziecka, które zdaje sobie sprawę z powagi chwili.
Można przypuszczać, iż rzeźba pierwotnie była umieszczona w postawionym w roku 1638 drewnianym kościele, poprzedniku obecnego murowanego, który został zbudowany dopiero w drugiej połowie wieku XVIII. Gdy ten murowany pobudowano, rzeźba stała się niemodna, powędrowała więc do akurat postawionej kapliczki. Czy rzeczywiście tak było? tego nie wiem. Powróciła do parafialnego kościoła dopiero po drugiej wojnie światowej, wtedy, gdy proboszczem miejscowym był ks. Jerzy Dąbrowski, a do Poręby zawitały inwentaryzujące zabytki sztuki na Mazowszu dwie panie.
Matka Boska tronująca znajduje się w bocznej kaplicy kościoła, na prawo od głównego ołtarza. Została umieszczona w drewnianej szafie o otwartych szeroko drzwiach, w które wkomponowano misternie wyrzezane dwie nadokienne "koruny", jakie dawnymi czasy ozdabiano okna drewnianych chałup w kurpiowskim stylu, z których słynęła okolica porębiańska, a do dzisiaj zachowały się już tylko bardzo nieliczne.
Mieszkańcy okolicy zupełnie nie poczuwają się do żadnych związków z Kurpiowszczyzną, a przecież są w dużej części potomkami osadników z Puszczy Myszynieckiej, przez Załuskich sprowadzonych do Puszczy Białej w XVIII wieku. Jeszcze w niepodległej Polsce po 1920 roku mówiło się o tym regionie: Kurpie Puszcza Biała. Biografka tej okolicy, świetna pani etnograf, Maria Żywirska tak ich nazywała, o nich mówiła, o nich pisała. Pamiętam sąsiadującą z Porębą wioskę Udrzynek z szeregiem kurpiowskich chałup. jedna w drugą były znakomitymi przykładami drewnianej architektury o kurpiowskim rodowodzie. To było bardzo niedawno, zaledwie czterdzieści lat temu. Ale już wtedy czułem, że miejscowi wstydzą się swojego kurpiowskiego rodowodu. W gruncie rzeczy jakby mieli rację o tyle, że nazwa >kurpie< oznaczała kiedyś plecione z łyka lipowego łapcie, a takie nosili Puszczacy, ludzie ubodzy, a więc bogatsi od nich rolnicy od tych kurpi na nogach, tych co je nosili, Kurpiami nieco pogardliwie przezywali. 

 
     Tron Łaski z Prostyni


(1460 r.)
Z około 1460 roku pochodzi Tron Łaski w Prostyni, wioski, która jest położona  na wyniesieniu pośród  szerokiej doliny Bugu na północny wschód od Warszawy. W jej sąsiedztwie znajduje się Treblinka, miejsce męczeńskiej śmierci dziesiątków tysięcy Żydów z całej Europy w czasie drugiej wojny światowej. Na przełomie wieków XIII i XIV Prostynia znajdowała się na terytorium Rusi. Potem księstwa ruskie zostały podbite przez władców litewskich i w ten sposób wioska   znalazła się w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Od Unii Lubelskiej w roku 1569 okolica była już  częścią Królestwa Polskiego. Dziś wioska jest w województwie mazowieckim, ale to już Podlasie, nie Mazowsze.
Bardzo ładna okolica ta dolina Bugu koło Prostyni.  Tam wiosną
po niebie wędrują twarzowe chmury, a zieleń jest bujna i  przyjazna. W  maju na otaczających wioskę łąkach rozkwitają  łany mniszków, nad nimi   kwilą czajki, słychać zewsząd tęskne pokrzykiwania kulików i dzwonienia krwawodziobców, bliżej wsi przepiórki krzyczą  swoje "pójdźcie żąć, pójdźcie żąć", nad przybrzeżnymi partiami jeziora Bużysko hałasują krzykliwe rybitwy czarne, na wodzie kołyszą się milczące łabędzie, a ze wszystkich stron słychać rozkoszne żabie koncerty. 
Nad okolicą góruje prostokątna wieża modernistycznego kościoła w Prostyni. Ten kościół powstał po roku 1945.W krajobrazie okolicy tej nadbużańskiej wioski jest ciałem zdecydowanie obcym. Widoczny jest z bardzo daleka, oglądałem go ze szczytu triangulacyjnej wieży, stojącej o w odległości 25 km od niego na wydmie nad Mostówką koło Wyszkowa.  Jest to nieco zmieniona wersja projektu drugiej, niezrealizowanej Świątyni Opatrzności w Warszawie, której autorem był Bogdan Pniewski. Skąd się wzięła tutaj ta dziwna świątynia? No cóż, był do zagospodarowania projekt, a wieś dopiero co straciła swój kościół, który spłonął podpalony przez hitlerowców w roku 1944. Stał w miejscu strategicznym, wystawiony na widok z każdej strony, aż się prosił aby go zniszczyć.
We wnętrzu kościoła, w dość pretensjonalnej współczesnej oprawie, znajduje się największy skarb wioski i jeden z największych skarbów ziemi w tej książce opisanej. Tron Łaski jest wykonaną z drewna lipowego figurą Trójcy Świętej, umieszczoną w głównym ołtarzu. Rzeźba jest niewielka, ma nieco ponad metr wysokości, przedstawia Boga Ojca, obejmującego rozłożonymi rękami ramiona krzyża z krzyżowanym na nim Synem, a na szczycie krzyża znajduje się gołębica Ducha Świętego. Być może jest to dzieło z warsztatu Wita Stwosza, niektórzy przypuszczają, że wyszło spod ręki samego mistrza, zostało  wykonane około roku 1460. Powiada się, że podarował ją nowo założonej parafii bp Paweł Holszański. W tamtych czasach Prostyń przynależała do Litwy i do diecezji w Łucku, a żyjący w latach 1490-1555 Paweł Algimunt Holszański herbu Hippocentaurus był nie tylko biskupem, również i księciem  litewskim.
Biskupi dar przybył tutaj  najpewniej na płynącej Bugiem łodzi, ale lud ubrał ten fakt w piękną legendę, podle której figura przypłynęła z powodziowymi wodami Bugu, utknęła w nadbużnych zaroślach i tam jako pierwsze zobaczyły ją prostyńskie kozy. Czy dlatego szeroko zasłynęła chlebowa figurka kozy, od lat niezmiennie sprzedawana na tutejszych odpustach? A może dlatego, że po powstaniu styczniowym pod pozorem handlu kozami przychodziło na tutejsze odpusty wielu unitów? Kozy prostyńskie są wypiekane z twardego ciasta. Tutejsze gospodynie przygotowują je tradycyjnie od setek lat. Mam taką jedną kozę w swoim domu, miło na nią spoglądać. Szymon Kobyliński, znakomity  rysownik i gawędziarz przedni, miał swój drugi dom nad Liwcem w Gniazdowie. Każdego odwiedzającego go nowego gościa obdarowywał jedną taką kozą. Kupował je na odpuście na zapas, kopami.  




Nepomucen spod Sadownego
 
(XIX w.)
Z krajobrazem polskim ściśle są złączone kaplice i kapliczki przydrożne. Mnogość ich wielka wszędzie, małych i większych, drewnianych i murowanych. Nawet wypróchniały pień dębu zamieniano na kaplicę, jakby pozostałość pogańskiej czci. Okazji bywało dość: pobożny uratowany od pioruna, od koni, które poniosły, w miejscu cudownego objawienia, dla ochrony przed powodzią, morem, zbójcami, wznosił kaplicę lub kapliczkę — pisał Aleksander Brũckner.
Święty Jan Nepomucen, którego figury stawiano przy brodach i mostowych przeprawach, strzegł od powodzi, przed utonięciem, ale i przed suszą również. Jan Nepomucen nazywał się Jan Welflin i pochodził z miejscowości Pomuk, był czeskim kanonikiem, który w roku 1393 został na rozkaz króla Wacława IV pojmany, torturowany, a następnie zrzucony do Wełtawy z mostu Karola w Pradze. Przyczyną jego śmierci było jakoby to, iż nie chciał zdradzić tajemnicy spowiedzi królewskiej małżonki, którą niezrównoważony i chory na umyśle król podejrzewał o zdradę. Kanonizowano męczennika dopiero w roku 1729. Jego figura - jako że zginął w wodach rzeki - stawiana była zazwyczaj u brodu, nad stawkiem lub sadzawką obok kościoła. Miała za zadanie strzec przed powodziami oraz przynosić potrzebne deszcze w czasie suszy. Niekiedy jego figury osiągały znaczne rozmiary, czasem nawet wielkości naturalnej, podobna znajduje się nieopodal Sadownego. Wykonywane były często z drewna dębowego, a koszt ich wykonania musiał być znaczny. Jacek Olędzki przypuszczał, iż „istnieje wiele powodów, aby sądzić, że były to rzeźby zamawiane u specjalistów przez ogół mieszkańców wsi". 
Ów czeski święty został z czasem także i polskim świętym, często spotykanym również i w mazowieckim krajobrazie. Figury świętego są zwieńczeniem kapliczek słupowych drewnianych lub murowanych. Niekiedy figury skrywają się w cieniu namiotowych daszków, przykrywających kapliczki brogowe lub zrębowe. Zrósł się Nepomucen z naszym pejzażem, stał jego częścią nierozerwalną, elementem nieodzownym. Nawet zyskał to pieszczotliwe, jakby spoufalające imię "Nepomucka".
Z pośród wielu figur tego świętego na Mazowszu szczególniejszą przyjaźnią darzę jedną, tę która znajduje się w brogowej kapliczce koło Sadownego.  Kilka kilometrów na zachód od sadowieńskiego kościoła, przy lokalnej szosie do Zarzetki i Brzuzy stoi w pobliżu przepustu nad uregulowaną Bojewką, zwaną też Zbożową Strugą, drewniana zrębowa kapliczka brogowa, wewnątrz której umieszczona jest naturalnej wielkości drewniana figura św.Jana Nepomucena  odznaczająca się wysokim poziomem artystycznym, zapewne pochodząca spod dłuta kogoś, którego rzeźby zamawiane były do kościelnych ołtarzy, nie do przydrożnych kapliczek. 

Być może więc pierwotnie rzeźba znajdowała się w sadowieńskim kościele, ale potem, gdy wyposażano świątynię w aktualnie modne stylowo ołtarze i towarzyszące im rzeźby, ta akurat została zesłana nad Bojewkę. Dobrze się tu czuje, to widać. Okoliczni mieszkańcy opowiadają, że podczas powodzi, często występujących tu przed budową wałów ochronnych, figura była zabierana przez wodę, a jednak Nepomucen zawsze wracał sam na swoje miejsce. Ostatni raz miało się tak zdarzyć całkiem niedawno, bo w 1979 lub 1981 r. legenda ta, rozpowiadana w okolicy, jest o tyle interesująca, iż rzeczywiście w tym mniej więcej czasie Święty opuścił kapliczkę na czas jakiś, rzeźba została bowiem poddana konserwacji. Ta kapliczka ma ogromną ilość wdzięku i jest nie najgorzej wkomponowana w okoliczny krajobraz, ona po prostu jest jego częścią. 

Kapliczka spod Sadownego w Dolinie Dolnego Bugu. Fot.L.Herz
 

czwartek, 6 kwietnia 2017

Zielona nizina

Zapytano mnie ostatnio: Gdyby miał Pan wskazać pierwsze skojarzenie z Mazowszem to co to by było? Odpowiedziałem tak: moi bliscy z południa Polski oglądają Mazowsze zazwyczaj tylko przejazdem, albo z okien pociągu lub zza szyb samochodu, najczęściej w czasie jazdy do Warszawy. Widzą wtedy przyjazną, pełną zieleni nizinę. A więc: ogromna, zielona nizina. A  pośród tej zielonej niziny posadowiona jest stolica państwa nad największą polską rzeką, nad którą rosną też wierzby, a  u stóp tych wierzb urodził się Fryderyk Chopin. Reszta to już tylko szczegóły. Ba! lecz jakżeż one interesujące...



Zielone Mazowsze -  nizinne łąki i pola, wierzbowe aleje i Żelazowa Wola. Fot.L.Herz

      Nie ulega wątpliwości, że Mazowsze jest  ziemią o wielu całkiem od siebie różnych krajobrazach. Jest jak patchwork. Inny jest rolniczy krajobraz kulturowy w okolicy Płocka i Płońska, niż  na Ziemi Łowickiej, a te oba  są zupełnie odmienne od rolniczego krajobrazu wschodniego Mazowsza. Tuż na wschód od Wisły położone ziemie mazowieckie to rzeczywiście przysłowiowe laski i piaski, ale na południe od Warszawy, na zachodnim wiślanym brzegu rozpościera się kraina zupełnie inna, pyszniąca się swoim bogactwem, gdzie na żyznych glebach okolic Czerska, Warki, Grójca i Rawy Mazowieckiej ścielą się ogromne owocowe sady. Te mazowieckie sady, jak i nadwiślańskie wierzby, są dominantą pejzażu tak samo odrębnego i jedynego w swoim rodzaju, jak cyprysy i winnice włoskiej Toskanii. Co tu mówić, krajobraz Mazowsza jest krajobrazem w zieleni.  

Zielona nizina Mazowsza.




środa, 15 marca 2017


O kilka kroków od Warszawy: 
w marcu na Stawisku

Dom na Stawisku.

Do Stawiska jeżdżę co jakiś czas. Właśnie znów tam byłem. Dzień był chmurny, zima już się skończyła, ale wiosna jeszcze nie nadeszła. Podwarszawskie Mazowsze zasłane było śmieciami, a w takim dniu, gdy nie wiadomo czy to zima, czy wiosna, te śmieci kolą oczy jeszcze brutalniej niż zazwyczaj i uświadamiają boleśnie, że z kulturą dnia codziennego coś nie za bardzo my Polacy mamy po drodze.
Stawisko jest inne. Jest enklawą tej inności. Jak i sąsiadująca z nim Podkowa Leśna. Lubię atmosferę tamtych stron. Dlatego też tam jeżdżę co jakiś czas. Po to, aby odetchnąć tą innością. Stawisko jest położone na granicy Brwinowa i Podkowy Leśnej, bardziej związane z tym drugim miastem, ale najbardziej z Jarosławem Iwaszkiewiczem, on zaś z miastami oboma, w Podkowie mieszkał, w Brwinowie jest na cmentarzu jego mogiła. Po raz pierwszy pojawił się w Podkowie Leśnej w  roku 1922. Zamieszkał wtedy w „Aidzie", ta stara,  drewniana willa stoi do dzisiaj,  ostatnio odnowiona, w samym centrum miasta, a jakby na uboczu, z oknami otwierającymi się z jednej strony na ulicę Lilpopa, z drugiej na ulicę Iwaszkiewicza. Jest niemłodą budowlą, i wciąż
na szczęście jeszcze trwa owa drewniana „Aida", więcej zabytek polskiej kultury, niż architektury. W tej willi młody pisarz zamieszkiwał w pierwszych latach swego małżeństwa z Anną Lilpopówną.
    
Aida w Podkowie Leśnej.
Dzisiejsza Podkowa Leśna, tak urocza i urodziwa, że aż uwierzyć trudno, iż mogła być jeszcze piękniejszą, swoje powstanie zawdzięcza, w pewnym sensie, niechęci księżnej Radziwiłłowej do pociągów. Księżna, będąc właścicielką lasów majątku Młochów, na skraju których to lasów leży Podkowa, nie wyraziła zgody na prowadzenie linii kolejowej z Warszawy przez Komorów do Nadarzyna i dalej do Żyrardowa. Zgodził się natomiast Stanisław Lilpop, teść Jarosława Iwaszkiewicza, poszukujący środków na swoje mocno kosztowne hobby: polowania. Wytyczono działki, zaczęto parcelację, poczęto budowę kolejki. Świadkiem tych wszystkich zmian byt Iwaszkiewicz: „pojmowaliśmy korzyści takiego przedsięwzięcia i wszystkie pożytki materialne" — pisał, nie bez goryczy konstatując: „Cywilizacyjne zniszczenie zabierało nam nasz najukochańszy zakątek." „Aida" towarzyszyła Podkowie od początku. W tej drewnianej willi, prostej i niewymyślnej architektury, zaczął pisarz szkicować swoje opowiadania, a wśród nich tę cudownie nostalgiczną i tak cudownie polską „Brzezinę", która wiele lat potem, sfilmowana przez Andrzeja Wajdę, podbiła Paryż.
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie.
Z „Aidy" Iwaszkiewiczowie przeprowadzili się na Stawisko, do domu, w którym dzisiaj mieści się muzeum noszące imiona pisarza i jego żony, Anny. Dom na Stawisku  wcale często można dostrzec w licznych filmach i telewizyjnych przedstawieniach często bowiem zarabia na siebie jako naturalna plenerowa dekoracja. Opowiadał mi pierwszy kustosz muzeum, Oskar Koszutski,  że zachowały się niemal wszystkie szkice i robocze notatki pisarza, plany domów, pokojów, rozmieszczenia mebli, na których siadali bohaterowie jego opowiadań, z których każde było osadzone w konkretnych miejscach. 




W Stawisku. Na przedostatnim zdjęciu portret podwójny Iwaszkiewiczów, namalowany przez Witkacego, na zdjęciu najniższym młodziutki Jarosław w gimnazjalnym mundurku, siostry i kuzynki w kapeluszach.

W Stawisku  powstała znaczna część  jego pisarskiego dorobku, m.in. wiele ze znakomitych opowiadań. W czasie powstania warszawskiego i w ostatnich miesiącach II wojny światowej dom był schronieniem uciekinierów z Warszawy, pośród  których byli wielcy ludzie polskiej kultury. Wnętrza wciąż zachowują atmosferę czasów, gdy mieszkali tu Iwaszkiewiczowie. Znajdują się w nich trofea myśliwskie Lilpopów, cenne meble i obrazy, fortepian na którym grywali Karol Szymanowski i Artur Rubinstein, jest znakomita biblioteka. Co najważniejsze, chociaż to jest dzisiaj muzeum, to nie jest muzeum.
Jarosław Iwaszkiewicz nauczył mnie melancholijnie nostalgicznego spojrzenia na to, co odchodzi. Jego „Ogrody” są przejmującym obrazem odchodzącego świata.
„Dom stoi pośród nieco podszarganego lasu, który rośnie z każdym rokiem i zaczyna przepuszczać coraz bardziej między swymi pniami powoli okrążające dom światła, znaki zagęszczających się osiedli.
Na polu przed domem stoją samotne sosny. Każda ma przeszło dwieście lat, powinny być pod ochroną, ale nikt o tym nie myśli. Przeciwnie, chętnie by je każdy ściął: to taka przyjemność dla Polaka zniszczyć stare drzewo. Było takich sosen na początku dziewięć, nazwano je Muzami, ale śmigła jak maszt Urania znalazła się na wprost domu, w wytyczonej lipowej alei, i musiała być ścięta. Czy musiała?
Potem się Muzy liczyło i było już ich tylko siedem (...) Czasem podchodzę do tych sosen i głaszczę je po korze. Kora ta jest jak skóra słonia, chropowata, gruba i serdeczna w dotknięciu."
Ostatnia z dziewięciu Muz w ogrodzie na Stawisku.



Iwaszkiewicz w „Książce moich wspomnień” pisał, iż gdy zamieszkał w Podkowie Leśnej pierwszy raz, „był to głęboki las, daleki od osiedli ludzkich, i można było tu dojechać tylko koleją z Dworca Wiedeńskiego, później z prowizorycznego Głównego do Brwinowa, a przestrzeń pomiędzy Brwinowem i Podkową trzeba było przemierzyć piechotą; czasami tylko jeździło się końmi. Droga między Brwinowem i Podkową była jeszcze dziewicza, a właściwie dzika, i wzbudzała podziw Karola Szymanowskiego, któremu przypominała ukraińskie wertepy.” 

Na biurku pisarza, pośród dziesiątków najróżniejszych przedmiotów i bibelotów, niekoniecznie jakiejkolwiek rangi artystycznej, ale takich zwykłych, które pisarzowi miały przypominać ludzi i miejsca z jakimi się spotykał, w czasie ostatniej swojej bytności dostrzegłem album o Palermo, stolicy Sycylii, której klimat i historia zauroczyła pisarza. Dzięki tej pisarskiej fascynacji mamy dzisiaj "Króla Rogera", święcącą światowe sukcesy operę Karola Szymanowskiego, której pomysł i libretto dostarczył kompozytorowi Jarosław Iwaszkiewicz.   
Tylko raz byłem na Sycylii, letni upał był wtedy porażający, wiał gorący wiatr, Sycylijczycy mówili mi, że to wiatr od Afryki. Przynosił ze sobą zapach saharyjskich piasków. 

Teraz przez okno Iwaszkiewiczowego domu patrzyłem na ogród. Zima już się skończyła, ale ziemia jeszcze wiosną pachnieć nie poczęła, drzewa  bezlistne, niebo jednolicie zachmurzone, zza szyb lipowa aleja dojazdowa jawiła mi się jakby została tam przeniesiona żywcem z chińskiej grafiki. 


Wyszedłem do ogrodu. Wśród młodych sosen wznosiła się, wciąż żywa i wciąż imponująca swoją koroną, wzrostem i tężyzną ostatnia z iwaszkiewiczowskich wiekowych sosen. Na grubym jej pniu umieszczono tabliczkę oznajmiającą patrzącym, że to jest pomnik przyrody. Podszedłem do drzewa. Wokół ścieliły się łany zimozielonego barwinka. Barwinek symbolizuje wierność, życie wieczne, sadzona na cmentarzach szybko się rozrasta i z roku na rok zajmuje większa przestrzeń. Podszedłem do sosny. Dotknąłem kory. Miał rację Jarosław Iwaszkiewicz. Była chropowata, gruba i serdeczna w dotknięciu.

Uranio, sosno, siostro – tak ciebie nazywam
Bo palcem pnia swojego ukazujesz niebo
Wiatr co się w twojej czarnej grzywie zrywa
Zacicha dołem. Siostro, wzywam ciebie.

Jak niegdyś wróże w koronach z jemioły
Abyś wytrwała w progu mego domu
I strzegła kwiatu, owocu i pszczoły
I serc co tutaj gasną po kryjomu.

Uranio, muzo dnia ostatecznego
Bogini końca, bogini trwałości
Zniszczeń bogini i wszystkiego złego
Stójże na straży domu i nicości.

Weźmij mnie w swoje grzywy, ty szalona
Wyszarp mi ręce co już nie wyrosną
Pogrzeb mnie, ratuj, daj swoje korony,
Bym także był Uranią, nicością i sosną.




Wystąpił błąd w tym gadżecie.