wtorek, 14 lipca 2020


Opowieść o Rgilewnicy

Astronomiczne lato zaczęło się zgodnie z planem 20 czerwca, tuż przed godziną 21. Przez Mazowsze przechodziły  burze z monstrualnymi ulewami,  nadlatywały i dręczyły nas niemal codziennie, pojawiały się najczęściej około szesnastej i robiły swoje. Ulewne deszcze równie imponująco zaopatrzyły w wodę podwarszawską Puszczę Kampinoską. Woda była  wszędzie tam, gdzie być powinna. Sprawdziłem to na początku lipca, gdy zawędrowałem do podwarszawskiej puszczy.


 
                Truskawska Droga na Paśniki. Początek wędrówki na spotkanie z Rgilewnicą.



   Wędrówkę zacząłem w Truskawiu. Okolica wspaniała, a pretekst do wędrówki miałem znakomity. Szedłem na spotkanie z Rgilewnicą. To przedziwna struga, która czasem bywa, ale najczęściej jej nie ma. Swoją nazwę zyskała w okresie średniowiecza i szybko ją straciła.  Dowiedziałem się o niej  z pracy doktorskiej pierwszego dyrektora Kampinoskiego Parku Narodowego, Kazimierza Heymanowskiego. Praca nosiła tytuł "Dzieje Puszczy Kampinoskiej (do połowy wieku XIX)" i w roku 1964 została wykonana w Zakładzie Historii Leśnictwa SGGW w Warszawie pod kierunkiem prof.dr Antoniego Żabko-Potapowicza.

Tam właśnie, w tej pracy przeczytałem, że gdy w roku 1419 roku od własności sąsiednich dóbr prywatnych rozgraniczano dobra klasztoru czerwińskiego, do których należał m.in.Truskaw, w dokumencie, który to rozgraniczanie opisał, zaznaczono istnienie rzeczki Rgilewnicy, płynącej przy tej wsi. Wspomniano nawet o młynie, znajdującym się powyżej Truskawia. Tylko ten jeden raz została zapisana nazwa tej rzeczki, właśnie w roku 1419. Później już nigdy. Nic dziwnego, że współcześni mieszkańcy okolicy nawet nie mają pojęcia, że  kiedyś w ich  okolicy płynęła rzeczka tej nazwy. 


Zafascynowała mnie ta  Rgilewnica. Skąd taka dziwna nazwa?  Brzmi pociągająco. Co oznacza, od czego pochodzi? Najwięcej podpowiedział mi Aleksander Bruckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego (PWN  1970, II wydanie). Niejasne jest pochodzenie  tej nazwy, bardzo osobliwej dla nas, dzisiejszych. Zacznijmy rozważania od nazwy wsi Truskaw, bo to z nią po raz pierwszy, a do czasów współczesnych raz jedyny, związana jest nazwa tej Rgilewnicy.  Nazwa wsi Truskaw pochodzi od trusku, tj. szelestu. Brückner przytaczał nawet charakterystyczny staropolski zwrot: za lekkim truskiem liścia. W  tej puszczańskiej okolicy aż dwie wioski  noszą podobną nazwę: Truskaw i  Truskawka.  W średniowieczu truskawkami nazywano poziomki i inne rośliny leśne. Dopiero później ta nazwa dla określania nią owoców leśnych została zapomniana, a przylgnęła do owoców ogrodowych, których ogromne plantacje tak liczne są dzisiaj na Mazowszu i które z nich słynie.
    Nazwę Rgilewnicy Aleksander Brückner wiązał ze zbożem, a dokładniej z żytem, poczynając od jego bardzo starej, prasłowiańskiej nazwy: reż. Jak żyto zwało się reż, tak mąka  rżaną i z tej bardzo starej nazwy pozostało do dzisiaj już tylko rżysko, które wciąż ma się dobrze i jest używane pospołu ze ścierniskiem. U nas ta osobliwa nazwa żyta już dawno została zapomniana, acz w Ciechanowskiem znajduje się wioska, długa śródleśna ulicówka o wciąż używanej nazwie Rzy. Współczesne słowniki mówią, że w  Rzach urodzeni rzianin lub rzianka  pochodzą z Rzów. Co wymawiać trzeba nie jak "ż", ale każdą literę osobno. Zadziwiający jest doprawdy język polski! 
    Powiada Brückner, że reż,  ta prasłowiańska nazwa pośledniejszego (wobec pszenicy) zboża, u nas od 15. wieku została niemal zapomniana, a ocalała w tych kilku urobieniach, jak wspomniane rżysko. U innych Słowian natomiast, do dziś jest żywotna: Rosjanie mają  roż (narzeczowe irża, orżanoj), Serbowie raź, Czesi reż (w drugim przypadku: rżi). A sąsiadujący z nami Litwini mają ruggys, tj.ziarno rży, a w liczbie mnogiej rugiai oznacza właśnie ‘żyto'. Niemcy od Słowian przejęli swoją nazwę nazwę żyta: Roggen. Chleb żytni to Roggenbrot. Być może  to zapożyczenie tkwi w nazwie wyspy Rügen (gdzie się dostała od uprawy rży?). U Słowian ocalało może Pierwotne "g"  u Słowian ocalało może tylko w prastarej nazwie bożka kijowskiego Rĭgł z XII wieku. 
   Aczkolwiek wydaje się to mocno ryzykowne,  poszukiwania pochodzenia nazwy Rgilewnicy w Puszczy Kampinoskiej wskazują na kult bóstwa żytniego, zbożowego. Kijowskego na dodatek. Prawda, że fascynujące? zastanawiające? Tyczy to nie tylko truskawskiej Rgilewnicy, lecz również dopływu Warty, długiej na ponad 44 km rzeczki Rgielewki oraz miejscowości Rgielew pod Kłodawą. Ale to domysł bardzo kruchy - pisał Brückner - wobec braku bliższych wiadomości o tym bożku Rgle na ziemiach polskich. 
     Dlaczego z żytem związano nazwę rzeczki koło Truskawia? Można tylko przypuszczać. Dawnymi czasy osady pośród lasów zakładano przede wszystkim dlatego, żeby uzyskać miejsce pod zasianie czegoś pożytecznego, koniecznego do życia, na przykład żyta. Dla naszych przodków las wydawał się być wiecznym, niezniszczalnym. Nie było nas, był las. Żyto natomiast było ważniejsze od lasu, bo żyto dawało życie. Ze zmielonego żyta powstawała mąka, z mąki w domu wypiekano chleb, a żyto na mąkę do tego chleba mełł młyn. I on istniał na Rgilewnicy i zostało to zapisane we wspominanym tu dokumenciey. Ludzie, mieszkający w średniowiecznym Truskawiu wszystko mieli na miejscu. Wodę mieli w Rgilewnicy, drewno na opał znajdowali w lesie, w którego runie wszelki leśny "trusk" na nich czekał, prawie wszystko było obok. Do najbliższego kościoła mieli daleko, ich parafią była Łomna, kawał drogi, nic dziwnego, że żyto urastało do boskiej rangi, albowiem karmiło.
     Oczywiście, że wszystko to luźne przypuszczenia w granicach literackiej fantazji. Chociaż niemal wszystkie domysły i rozważania kończą się na wszechmocnym >być może<, przecież jednak lekceważyć tych domysłów nie wolno.


         Rgilewnica po lipcowych ulewach latem  r.2020
Nazwę Rgilewnicy próbuję przywrócić świadomości współczesnych.  W swoich przewodnikach po Puszczy Kampinoskiej umieściłem  tę  nazwę na mapkach. Jednak na ogólnodostępnych mapach turystycznych (m.in. wyd. Compass),   Rgilewnicy nie ma.  Bo i tak naprawdę już tej strugi nie ma, chociaż – jak się zdaje – w czasie jej regulowania, zapewne jeszcze w wieku XIX, zachowano w kilku miejscach jej przebieg, np.  i całkiem wyraźnie meandruje ona u stóp zespołu wydm pomiędzy Truskawiem, a Zaborowem Leśnym. Gdy wody jest dużo, najczęściej przy końcu zimy,  oglądającym ukazuje się jak prawdziwa, naturalna struga. Przez większą część roku wody w niej nie ma, jak inne cieki wodne, tak i ona korzysta wyłącznie z wód opadowych. 
 


      Warto spojrzeć na tę mapkę, aby wiedzieć gdzie można szukać podwarszawskiej Rgilewnicy koło Truskawia. Na mapce oznaczyłem jej przebieg, poczynając od Dużego Rowu na południe od wsi Truskaw. Ten opaskowy rów melioracyjny niewątpliwie poprowadzony został śladem dawnej rzeczki, na co wskazuje jego kręta linia. Dzisiaj ten rów niesie wodę z pobliskiego anteopogenicznego jeziora, ze zbiornika Mokre Łąki.
      Na mapce oznaczyłem czerwonymi kółkami najważniejsze miejsca, w których można spotkać się z Rgilewnicą. Najbliższe Truskawia jest na Truskawskiej Drodze, która zaczyna się zaraz za parkingiem i prowadzi  nią żółty szlak turystyczny. Po jej prawej stronie jest sosnowy borek, zwany Korcówką. Zdaję sobie sprawę, jak wątła jest to nić domysłów, ale przypomnijmy, że korzec to dawna jednostka objętości, stosowana dla ciał sypkich, a sypkie jest  zboże, sypka jest mąka. Ta miara była stosowana od średniowiecza do 2 połowy XIX wieku. Nazwa Korcówka tak jakoś mi się ze zbożem kojarzy. Jak i Rgilewnica, co wytłumaczył mi prof.Brückner. 
      Niewielki staw jest obok, on często wysycha, zapewne służył  jako poidło dla gospodarskiej żywiny, bo w okolicy parkingu był kiedyś folwark, a więc obory, chlewy i kurniki. Ten folwark też odegrał rolę w historii, (ale to już zupełnie inna historia i do opowiedzenia przy innej sposobności). Zaraz  potem jest obniżenie terenu; na mapce oznaczyłem ją literką "b". Tutaj najpewniej znajdował się bród, wzmiankowany w dokumencie z 1419 roku. 
 
Rozlewisko w "obniżeniu Rgilewnicy" na Truskawskiej Drodze (20.02.2018 r.)



To obniżenie jest śladem, pamiątką po Rgilewnicy sprzed siedmiu wieków, miejscem po dawnym brodzie z czasów średniowiecznych. Po śnieżnej zimie lub dużych opadach latem, strugami i kanałami Puszczy Kampinoskiej płynie wtedy  opadowa woda, a tutaj jest tak duża,  że przejść się nie daje. Sądzę, że tym obniżeniem (poprzecznie do drogi) płynęła Rgilewnica, wtedy zapewne, gdy jeszcze korzystała z wysokich wód gruntowych, o poziomie tak dramatycznie dzisiaj obniżonym. A może i ze źródeł na wysoczyźnie nad prawiślaną doliną pod Babicami lub nawet na terenie dzisiejszych osiedli warszawskich.
      Staraniem dyrekcji Parku wkrótce ma zacząć się budowa wygodnego parkingu, na miejscu tego, co jest teraz. W Truskawiu powstanie elegancki, nowocześnie zaprojektowany punkt wejściowy dla turystów, wybierających się na wędrówkę w okolicę. A gdy to już się stanie, wtedy to obniżenie  (nazwijmy je półżartobliwie "obniżeniem Rgilewnicy") zostanie zasypane, droga  będzie na nasypie. Dyrekcja KPN nie będzie musiała zamieszczać w internecie ostrzeżeń, że droga jest podtopiona i szlaku przejść się nie daje.
Tarasowane przez powały koryto Rgilewnicy w Zaborowie Leśnym, 
struga jest  dzika i puszczańska. Zdjęcie z 23 kwietnia 2016 r.

        Gdy pójść tym szlakiem dalej, po trzech kilometrach wędrówki, w Zaborowie Leśnym można będzie zobaczyć ostatni fragment Rgilewnicy, jest bardzo malowniczy w porze wiosennej, z roku na rok zmienia się jego obraz, takiej strugi, jak ta ze zdjęcia można już nie zobaczyć! W pobliżu jest miejsce, w którym w wieku XIX rzeczka została wpuszczona w kanał, przecinający torfowiska uroczyska Kalisko. Zwany Kanałem Zaborowskim, pod Roztoką wykorzystuje częściowo koryto innej puszczańskiej rzeczki, a i ona nosiła w przeszłości nazwę o której opowiadać i opowiadać by się dało; płynąca koło Roztoki rzeczka nazywała się - Mustogoszcza.  
 
Uroczysko Paśniki.Pod tymi kładkami ukrywa się ślad Rgilewnicy. Zdjęcie z 7 lipca 2020 r.


       Czarny szlak turystyczny (i wiodąca nim ścieżka przyrodnicza) opuszczają parking Truskawską Drogą na Paśniki. Pierwsze kładki na tym szlaku postawiono na prawie  niewidocznym dla zwykłego turysty obniżeniu. I to miejsce jest na mapce oznaczone czerwonym kółkiem. W pełni lata rosną tam szuwary. Na dawnym korycie Rgilewnicy one rosną! 



Paśniki u progu lata. Obraz współczesny. Fot.L.Herz.

      O Paśnikach kilka słów rzec by należało, są cennym elementem krajobrazu, bardzo ważnym także dla nas, pasantów, wędrujących szlakiem turystycznym. Przez kilka wieków były wilgotnymi łąkami, karmiącymi truskawskie bydło. Paśniki to wciąż żywa nazwa miejscowa. Podobno jeszcze po zakończeniu II wojny światowej, zanim powstał  park narodowy, wypasano na nich około trzystu krów. W końcu Paśniki zostały wykupione przez Skarb Państwa  i znajdując się już w rezerwatowych granicach KPN, objęte zostały czynną ochroną przyrody, a tym, co teraz jest najważniejsze, to w ich części utrzymanie łąkowego charakteru krajobrazu. Leśnicy czuwają więc nad tym, aby Paśniki całkowicie nie zarosły, wycina się zbyt ekspansywnie wkraczające na nie drzewa i krzewy, a łąki są co jakiś czas mechanicznie koszone. W otoczeniu szlaku od wielu lat utrzymuje się fantastyczny, harmonijny krajobraz kulturowy. W wersji: "krajobraz parkowy". I o to też w chronieniu przyrody chodzi w parku narodowym.  
 
Przy bobrzej pomocy nawet rzeczka której nie ma, żyć zaczyna.Oto  Rgilewnica. Zdjęcie z 29 grudnia 2011 r.
       Jeśli jest duża woda w puszczy, Rgilewnica ujawnia się w całej swojej urodzie w miejscu, którego zdjęcie znajduje się powyżej, a do którego nie doprowadza żaden szlak (i dokąd bez zezwolenia dyrektora KPN chodzić się nie powinno). To miejsce znajduje się o pół kilometra od tej kładki z szuwarami, w gęstwie krzewów i młodego lasu u stóp Zakrętkowej Góry. To wszystko wokół strugi wyrosło samo z siebie, nikt tego nie sadził, wyłącznie natura. Bobry tam bobrują, łosie przychodzą do wodopoju.

Tę Rgilewnicę ze zdjęcia, zdejmowałem 29 grudnia 2011 r. w czasie bezśnieżnym. Fot.L.Herz.
Najlepszym miejscem dla fotografowania naszej bohaterki (gdy w strudze  płynie woda, oczywiście) jest to, gdzie u stóp wydm kładki turystyczne się kończą. Na niewielkim wzniesieniu przy drodze, wprowadzającej w wyżej położony teren wydmowy, rosła kiedyś lipa. Miejscowi nazywali to miejsce: Przy lipie, albo Przylipie. Podobno to było potężne drzewo, w środku było spróchniałe, miało dziupla była ogromna.  Gdy padał deszcz, chronili się w niej pastuszkowie, wypasający krowy na Paśnikach, łąkach koło Truskawia. Przeczekujący deszcz pastuszkowie rozpalili pośród drzewa ognisko, to i lipa spłonęła. Krów już nie ma żadnych w okolicy i lipy też nie ma.  Podejrzewam, że  ta lipa, sama osobiście, lub jej poprzedniczka, rosły przy młynie, który stał na Rgilewnicy i o którym również jest mowa w piętnastowiecznym dokumencie. A i w liście, o którym poniżej.
       Kilkanaście lat temu otrzymałem list od pani Alicji Osieckiej.  Opisywała w nim tę okolicę z młodych jej lat,  gdy mieszkała we wsi  Łosia Wólka na skraju naszej puszczy. „Niepust  to teren podmokły, ze stojącą wodą – kaczeńce, lilie wodne w czterech kolorach i ruczaj z zielona wodą, teren z opisów Mickiewicza.  Mniej więcej na wysokości Truskawia – pisała pani Alicja  –  była Dudniąca Droga. Babcia opowiedziała mi legendę – kiedyś stała tam Karczma „Pohulanka” i  „Młyn”. W karczmie tej okoliczni mężczyźni bawili się z dziewczętami, a młynarz oszukiwał na mące, za trwonienie groszy kobiety tak złorzeczyli Karczmarzowi, że Karczma i młyn się zapadły pod ziemię i odtąd w miejscu tym dudni.”
    Karczma "Pohulanka", zwana też karczmą "Niepust" (a może to były dwie karczmy obok, tak też przecież bywało; rzez do zbadania!) znajdowała się w miejscu, zwanym dzisiaj Karczmiskiem, jest to tam, gdzie krzyżuje się kilka dróg i rozwidlają szlaki turystyczne. O Dudniącej Drodze nigdy nie słyszałem i nigdzie nie czytałem. Młyna nie było na żadnej mapie, które oglądałem w Archiwum Akt Dawnych w Warszawie, ale wspominany był młyn koło Truskawia w dokumencie z 1419 roku. Czyżby to ten sam? 
      Podejrzewam, że młyn znajdował się w tym miejscu, gdzie w bagnach Niepustu szlak czarny (czyżby wiodący dzisiaj owa Dudniącą Drogą?) po postawionych przez Park kładkach,   przekracza Rgilewnicę.  Zapewne tę to właśnie strugę moja korespondentka określa mianem „ruczaju”. Kiedyś niosła wodę przez cały rok, dzisiaj jest najczęściej wyschnięta. A Dudniąca Droga dlaczego? "Dudni woda, dudni W cembrowanej studni. A dlaczego dudni? Bo jest woda w studni." Toż to, jako żywo, odniesieniem do młynówki jest ta nazwa. Ani chybi, to zabytkowa nazwa, więc będziemy musieli tak ją nazywać: Dudniącą Drogą.



"Ruczaj" Rgilewnicy u stóp 150-letniego dębu. Widok z kładek. Początek lipca 2020 r.
      Zobaczyłem ją teraz, na początku lipca. Płynęła! Przypominała mi białowieską Orłówkę, najbardziej puszczańską rzeczułkę, jaką kiedykolwiek widziałem i której zapomnieć się nie da. Kiedyś, w pełni jesieni byłem nad  nią o nocnej, księżycowej porze, w czasie rykowiska. W gąszczu ryczał byk. Udając rywala szedłem ku niemu, tamten zdawał się temu wierzyć, więc szedł ku mnie, tułowiem łamał gałęzie, przedzierając się przez gęstwę leśną. Walki nie podjąłem, bo i cóż ze mnie za byk. Dyplomatycznie się wycofałem ku stropionemu moją przygodą leśniczemu, który mnie przyprowadził nad tę Orłówkę o nocnej, księżycowej porze w czas jeleniego rykowiska.
    Leśniczy rezerwatu ścisłego w Białowieskim Parku Narodowym nazywał się Jacek Wysmułek, człowiekiem był wspaniałym, po uszy zakochanym w swojej puszczy. Był też przyjazny dla takich, jak ja, entuzjastów, pomagał mi i uczył przyrody swojej okolicy. Kilka lat później poznałem drugiego takiego, ten drugi był leśniczym obwodu ochronnego na Hali Gąsienicowej w Tatrzańskim Parku Narodowym, nazywa się Wojciech Gąsienica Byrcyn, i jemu zawdzięczam ogromnie wiele, moc wiedzy o tatrzańskich świstakach i kozicach,  przyjaźń przede wszystkim.
    Byrcyn został później dyrektorem swojego Parku,  Wysmułek swój Park musiał opuścić, ale pozostał w Puszczy Białowieskiej i jako specjalista w nadleśnictwie Białowieża doprowadził do powstania pierwszych kładek turystycznych  w polskich lasach; to on wymyślił  słynne Żebra Żubra, wiodące od strony Białowieży przez bagienne lasy w kierunku zagrody pokazowej żubrów.  
     Zapadły mi do pamięci te Żebra Żubra. Projektowałem im podobne:  pośród lasów przekraczają Czarną Hańczę w Wigierskim Parku Narodowym. Podobne im kładki przekraczają Rgilewnicę koło Truskawia w podwarszawskim narodowym Parku; najbardziej efektowny ich fragment przebiega nad najlepiej zachowanym jej odcinkiem. Co zobaczyć można, oczywiście, tylko wtedy, gdy płynie w niej woda! Pięknie zobaczył tę wodę i zmyślnie ją sfotografował (poniżej jest zdjęcie) p.Maciej Szajowski z Kampinoskiego Parku w Izabelinie, świetny fotografik puszczański.  
   
W letnim gąszczu płynie Rgilewnica po letnich ulewach w roku 2020. 



Dzikość w okolicy jest wielka i bardzo puszczańska. Jakże się nie radować, że tutaj, tuż obok Warszawy, pod Truskawiem mam już prawie taką samą puszczę jak tamta, koło Białowieży. W każdym razie takie są jej niektóre fragmenty. Taka jest puszcza nad Rgilewnicą znajdująca się  w obszarze ochrony ścisłej "Cyganka”, który obejmuje fragment kotliny Niepustu. To jeden ze skarbów podwarszawskiego parku narodowego ten Niepust, ogromna jest tam różnorodność krajobrazów przyrodniczych.

Grąd w rezerwatowych lasach nad Rgilewnicą. 7 lipca 2020 r. Fot.L.Herz
Miałem ci ja przygód niemało z tym fragmentem puszczy związanych. O jesiennej porze  spotykałem tutaj bukujące łosie, słyszałem ich miłosne stęki, były krótkie, mocne, gardłowe,  jak grzmoty. Nieczęsto ludzie spotykają się z bukującymi łosiami w czasie ich godów, zwanych bukowiskiem. Głos, jaki wydaje z siebie bukujący  łoś, przypomina uderzenie obuchem siekiery o pień drzewa.  Wielu kampinoskich leśników bukowisk nigdy nie doświadczyło. A teraz, gdy od jakiegoś czasu zadomowiły się w puszczy jelenie, ich rykowiska przyćmiły bukowiska łosiowe. Nie da się bowiem ukryć, że akustycznie są zdecydowanie efektowniejsze.  
     Najpiękniejsze swoje zimowe spotkanie z łosiami miałem na Paśnikach. Jeszcze nie było wtedy czarnego szlaku, właśnie go wymyślałem, pojawić się miał w terenie dopiero kilka lat później. Parkin gu nie było, wtedy mało kto miał samochód. Nie było więc także tych atrakcyjnych kładek na tym szlaku. Był zimowy grudzień, taki jak należy. Zbliżał się zmierzch, o tej porze roku jak zwykle zbyt wcześnie. Nad puszczą zalegała taka typowo zimowa mgiełka, rozmleczniająca otoczenie, nadająca krajobrazowi delikatność i miękkość. Zza tej mgiełki widoczna, nad puszczańskimi turzycowiskami zawisła nisko czerwieniejąca tarcza zachodzącego słońca. Rudawe kępki turzyc pokryte były białą szadzią, która pejzażowi nadawała prawie baśniowy charakter. Gdybym wtedy miał ze sobą aparat fotograficzny, do tego z teleobiektywem, jakże udane byłoby zdjęcie! Ale aparatu nie miałem, musisz się więc, drogi Czytelniku, obejść tylko opisem zdarzenia. A było ono takie oto. 
        Niespełna kilometr dzielił mnie od ludnej wsi, gdzie miałem zakończyć wędrówkę. Słychać było szczekanie psów, ludzkie głosy, warkot traktora. W odległości kilkudziesięciu metrów od siebie zobaczyłem ogromne zwierzę, stojące pośród łąk. Otaczał je kłąb pary. Całe jego ciało parowało... Stał nieruchomo, bokiem do mnie, tylko swój. duży łeb zwrócił w moją stronę. Na lewo od niego zobaczyłem drugiego. A jeszcze bliżej ciemniejącej ściany lasu, stal trzeci łoś. Wspaniałe, królewskie zwierzęta. Po prostu stały. Patrzyły na mnie. Ja patrzyłem na nie. Potem ja ruszyłem swoją drogą, a one poszły swoją. Piętnaście minut potem siedziałem już w czerwonym miejskim autobusie, wiozącym mnie do Warszawy.
    W ten podwarszawski las zachodziłem częściej przed ponad trzydziestu laty. Przychodziłem tu przedwiosennymi wieczorami na ciągi słonek. Znalazłem takie miejsce, gdzie z pochrapywaniem i popiskiwaniem ciągnęły słonki nad łąką, wąskim pasem wcinającą się pomiędzy las i noszącą całkiem słuszną nazwę Szyja.  Cudowne ptaki, szybkie, tajemnicze. Budzące tęsknotę do czegoś nieuświadomionego, co gdzieś tam jest pośrodku wypatrującego ich lotu człowieka. 
Słonka w czasie lotu
    Zawsze, gdy myślę o słonkach, przypominam sobie profesora Jerzego Szulca, który nauczył mnie do nich miłości, wodząc za sobą po augustowskich lasach. Świetny ortopeda był znakomitym obserwatorem przyrody. Kochał ją niemal bezgranicznie. I prozę Juliana Ejsmonda sobie przypominam,  sięgam po nią przy każdej nadarzającej się okazji. Rzecz dziwna, wielu znanych mi świetnych przyrodników, nie zna Ejsmonda, ba! o nim  nawet nie słyszała. Teraz on jest zapewne całkowicie passé, wszak był bardem myślistwa, o ono jest bardzo démodée .

    
Pośród łąk uroczyska Paśniki koło Truskawia.Fot.L.Herz

Wśród rezerwatowych drzewostanów "Cyganki" w Niepuście nad Rgilewnicą.Fot.L.Herz

    Wybierając się teraz do  lasów nad Rgilewnicą koło Truskawia, myślałem przede wszystkim o fotografowaniu.  Zdjęcia, jak zdjęcia, wyszły, jak wyszły (powyżej), są nie najgorsze, szlak udało mi się zdjąć ładny wyjątkowo. Do pokazywania jest ten szlak  cudzym ziemcom przeróżnym, aby wiedzieli jakie my tu, panie dzieju, coutrysaid mamy narodowy, a i znakomity trail dla turystów pod naszą Warszawą!  Dobrze mi się zdejmowało te pejzaże, światło miałem zmienne, chmurki wędrowały po niebie, więc przy niektórych ujęciach trzeba było  czekać kilkanaście minut, aż chmura ze słońca zejdzie i plener mi sympatycznie pogłaszcze. Albo i odwrotnie, czekałem, aż słońce chmury przesłoni i nasza podwarszawska dżungla będzie równomiernie oświetlona światłem rozproszonym.
    A prócz tego: komary okrutne pojawiły się między moimi dwoma wypadami w plener; pierwszego lipca ich nie było, trzy dni później były już  w nadmiarze. Bliskie z nimi spotkania jednak przeżyłem, a  cierpieć było warto, szlak jest przewspaniały, a ja jeszcze złapałem  na nadzwyczaj cenne rośliny, bliskie zagrożenia, objęte ochroną. Pośród wilgotnych łąk Paśników pokazało się pokaźne stadko kwiatów mieczyka dachówkowatego, które właśnie rozkwitły.

Niemal wszyscy turyści mijają to niewielkie kwiecie, zupełnie go  nie widząc, a przecież dopiero detale świadczą o randze krajobrazu. Nie mam odpowiedniego sprzętu do zdejmowania, jestem tylko fotograficznym amatorem, potem jednak w kompie urobek podrajcowałem i tak całkiem źle nie wyszło, nieprawdaż?
    Szczególną sympatią darzę ozdobę polskich lasów, wcale nie tak częstą, jakby się chciało, Lilię złotogłów również spotkałem w swojej wędrówce ku Rgilewnicy. Zakwita na ogół pod koniec czerwca i kwitnie do początku lipca. Jeszcze się na nią załapałem. Ma barwę i kształt wymyślne  oryginalne, a woń odurzającą i słodką, wzmagającą się wieczorem. Ma pełne prawo do ubiegania się o tytuł kwiatowej piękności. Kto miał szczęście ujrzeć tę lilię wśród zielonej głuszy leśnej roztaczającą swą krasę o dziwnym, wschodnim przepychu, ten najpewniej tytuł ów jej przyzna – notowała Zofia Radwańska-Paryska.

Lilia złotogłów, zdjęta przez autora 7 lipca.Fot.L.Herz

    Górale tatrzańscy zowią ją "lelują" i w stylizowanej formie kwiat ten należy do chętnie używanych w ornamentach podhalańskiej snycerki.  Nazwa łacińska brzmi: lilia martagon. >Martagon< bywa różnie tłumaczony: wg niektórych pochodzić ma jakoby od mitycznego Marsa, boga wojny, wg innych ma związek astrologiczny z planetą Marsem, a jeszcze inni przypuszczają, iż pochodzi od tureckiego martagan, co oznacza rodzaj turbanu, więc może i stąd polska nazwa zawojek lub zawojka, co ciekawsze, mająca odpowiednik w językach angielskim i niemieckim. 
    W Polsce rosną dziko dwa gatunki rodzimych lilii, na świecie kilkadziesiąt. Od starożytności ma lilia duże znaczenie w symbolice i ceremoniałach religijnych różnych narodów. Alchemicy średniowieczni z cebulek lilii złotogłów przyrządzali złocistą tynkturę, która miała metale nieszlachetne zamieniać w złoto. Prawdopodobnie nazwa >złotogłów< stąd się wywodzi. Ale może ze względu na wyjątkowość tego kwiatu został on nazwany złotogłowiem? Bowiem tak właśnie nazywano w szlacheckiej Polsce kosztowny brokat, ciężką, złotolicą tkaninę lub przetykaną złotem materię jedwabną lub półjedwabną. 

     Z puszczy wracałem wygodnym miejskim autobusem w kierunku swojego Żoliborza i tak sobie o tym myślałem, jak to ta wioska zmieniła się przez te wszystkie lata, w ciągu których w niej się  pojawiałem w swoich wędrówkach ku przyrodzie. Truskaw się pysznił asfaltem jezdni, chodnikami, domostwami o zgoła nie wiejskiej prezencji. Ta wieś już wsią nie była. Nikt z jej obywateli nie hodował krów ani nie sadził i zbierał  zbóż i ziemniaków, dumne słowo "wieśniak" dla mieszkańców stało się obelgą.  A przecież tak niedawno było tu tak, jak na tym zdjęciu, które radzieckim aparatem o nazwie "Smiena" sfotografowałem w roku 1964. Pamiętam dokładnie, to było w drugi dzień świąt wielkanocnych, wracałem z wycieczki, przystanek autobusu do Warszawy (Pekaesy wtedy chodziły, jechało się  na dworzec Marymont przy Żeromskiego) znajdował się na początku wioski, koło lasu. Dla mieszczucha wędrówka przez wieś była katorga, bez gumiaków iść się dało. Kilka lat później wzdłuż niej małowalem pierwsze znaki żółtego szlaku do powstańczej mogiły koło Zaborowa Leśnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spotkam po drodze Rgilewnicę. Wiedza o niej dotarła do mnie znacznie później. A czegom się dowiedział, to opowiedziałem.


            Roztopy wiosenne z roku 1964 w okolicy dzisiejszej pętli autobusowej. w Truskawiu.
Jak się nie miało gumiaków, chodziło się po podmurówkach ogrodzeń, a że taka wędrówka była niezłą gimnastyką, więc w czasie marszu należało trzymać się płotów. Fot.L.Herz.



    Aby oglądać kwiecie i chłonąć nozdrzami jego zapachy, tego roku nawet nie muszę opuszczać warszawskiego Żoliborza. Pośrodku miasta, tuż obok domu w którym mieszkam,   mam burzę roślinności. Genialny jest pomysł warszawskich władz miejskich, aby nie kosić trawników, nie strzyc zieleni, dać jej rosnąć, a gdzie tylko można dosiać i wzbogacić w gatunki. Obraz pośrodku miasta niezwykły.    
    Dziesiątki polnych kwiatów i chwastów. Widok zachwycający. Przy chodniku obok tablica objaśniająca ideę. Że taka łąka jest kolorową alternatywą dla trawnika, że dostarcza doznań wizualnych, węchowych i duchowych, że owadom daje pożywienie i schronienie, korzystnie oddziałuje na przebywających w pobliżu ludzi i zwierzęta, że zmienia się z porami roku, redukuje gazy cieplarniane i smog i pełni rolę edukacyjną. Niemało, jak na małą łąkę przy ruchliwej ulicy. 


Kwietna łąka miejska z Żoliborza. To,co najbardziej kolorowe, to zwykły kąkol polny! Fot.L.Herz

    Ten świat otaczał naszych przodków w czasach, gdy mieszkali na wsi, w chałupie albo we dworze, czasem w małomiasteczkowym domku. My, mieszkańcy dużego miasta zapomnieliśmy, że takie rośliny istnieją. No, może mak rozpoznamy, może jeszcze chaber, może i stokrotkę, zapewne jeszcze coś, ale wszystko inne to dla mieszczuchów ziemia nieznana.  Myślę, że i ja niewiele z tych kwiatów  rozpoznam w terenie, przydzielając im właściwą nazwę. A sądzę, że nikt z mojej rodziny nie wypadnie lepiej ode mnie, bo w przeciwieństwie do nich, ja mam przecież niemal na co dzień kontakt z przyrodą. Och, jakże jest piękną taka kwitnąca miejska łąka  o kilka kroków od mojego mieszkania. O radości moich starych dni!  
..............................................................

niedziela, 5 kwietnia 2020

Niedziela Palmowa w kurpiowskiej wsi Łyse
 w roku 1994

Piszę to słoneczną niedzielą kwietniową w roku 2020. Pogoda jest  nadzwyczajna, jak już od już wielu dni. Chciałoby się gdzieś w teren, nawet miałoby się gdzie, ale się nie powinno, a zresztą nawet do lasów w Polsce mamy teraz wstęp zakazany. Za oknem mam swoje osiedle na warszawskim Żoliborzu w czasach zarazy,  a ono  opustoszałe, bezludne, wszyscy kryją się po domach, mieszkania wolno opuszczać tylko idąc do niezbędnej pracy, do sklepu lub do apteki. Zbliża się połowa kwietnia, za tydzień Wielkanoc, dzisiaj jest Niedziela Palmowa. Wyjeżdżałem w tę niedzielę za miasto, jechałem ku przyrodzie, szukałem odgłosów wiosny, ciągnęło mnie ku mazowieckim wioskom, aby wraz z ich mieszkańcami uczestniczyć w obchodach Kwietnej Niedzieli.  Gdzie ja tego dnia nie byłem, w ilu wioskach i kościołach, nawet po skansenach szukało się mazowieckiej tradycji. Ale tak naprawdę tylko w jednej wiosce przeżyłem ten dzień prawdziwie, jak na krajoznawcę przystało. Kiedy tam byłem pierwszym razem, ćwierć wieku temu.
       Wioska Łyse znajduje się koło Myszyńca na Kurpiach, od lat słynie ze swoich wysokich palm, procesyjnie noszonych w uroczystości Niedzieli Palmowej. Z roku na rok uroczystość w Łysych jest coraz bardziej okazała, przyjeżdżają tam wtedy wielotysięczne rzesze z całego kraju i z zagranicy, politycy i ambasadorowie. Przygotowane zawczasu ogromne parkingi zapełniają się setkami samochodów i autokarów. 
     W tym roku parkingi w Łysych będą puste, bo zbierająca śmiertelne żniwo pandemia koronawirusa wszystko pozamykała; lasy i parki, knajpy, szkoły i kościoły, a nas zamknęła w swoich mieszkaniach. Na dodatek, dzisiaj, gdy wrzucam ten post do swojego blogu, warszawski ratusz alarmuje o fatalnym powietrzu w Warszawie. Smog zaatakował na całego. Przy tak złej jego jakości, zaleca się nieotwieranie okien, a na zewnątrz nie powinni wychodzić: seniorzy, dzieci, kobiety w ciąży ani osoby mające problemy z układem oddechowym. I to już wydaje się przekraczać wszelkie wyobrażenia: słoneczna pogoda za oknem, a nie tylko wychodzić się nie powinno, ale nawet otwierać okna nie należy. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nie wspomnienia. To świetne towarzystwo...
..

    W uroczystościach Palmowej Niedzieli w Łysych uczestniczyłem kilka razy. Najpiękniejszy był dla mnie raz raz pierwszy i swoją pierwszą Palmową Niedzielę w Łysych nieustannie wspominam. To było 27 marca roku 1994, ćwierć wieku temu. Uwierzyć mi trudno, taki szmat czasu! ale ja tam byłem naprawdę, mam na to dowody, może i nie najlepsze, ale przecież jednak są te fotografie w moim archiwum. Sięgnąłem teraz po nie, aby się z nimi podzielić Czytelnikom tego blogu. 
         W nocy spadł śnieg. Pokrył ziemię białym dywanem. Do Łysych przyjechałem dzień wcześniej swoim małym fiacikiem, zanocowałem w  gościnnym pokoiku miejscowej spółdzielni gminnej, rankiem wyszedłem na przechadzkę. Dzień był pochmurny, śnieżna okiść szybko miała stopnieć, godzinę później miało być już po śniegu, który miał przetrwać jeszcze tylko w polnych bruzdach. Na horyzoncie majaczyła ciemna plama lasów Zielonej Puszczy Kurpiowskiej, a ja szedłem przez drewnianą, kurpiowską, której strzegły drewniane świątki z przydrożnych kapliczek. Ze wszystkich stron napływali ludzie, kierując się ku stojącemu pośrodku niej drewnianemu kościółkowi, który podobno w jedną noc został postawiony, wbrew zakazom carskich urzędników. 



A potem, już przed kościołem, w ciągu kilkunastu minut wyrósł ogromny las kolorowych palm, niektórych o wysokości kilku metrów. Trzonem każdej palmy była młoda sosenka, pięknie ostrugana, ale tak, by na wierzchołku została kiść kilku zielonych pędów. Ten długi pręt obłożony był, po równo, zielenią roślin zimozielonych puszczańskiego runa i kolorowymi wstążkami i kwiatami sztucznymi, a to z krepiny, a to z elegantszych już papierów, specjalnie dla tej okazji sprowadzanych z zagranicy. Z drzwi kościoła wyszedł kapłan, poświęcił palmy, później wszyscy weszli do wnętrza.

W czasie mszy św. w Palmową Niedzielę czytany jest ewangeliczny opis Męki Pańskiej, niesłychanie dramatyczny, ściskający za gardło, zatrzymujący serce. I jest ten moment, w którym po słowach „A Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha", wszyscy przyklękają i nastają długie chwile przejmującej ciszy. W Łysych, w tym kurpiowskim kościółku, we wsi okolonej puszczą, cisza ta zdawała się być jeszcze bardziej dojmującą. Nad pochylonymi nisko głowami sterczał  nieprawdopodobnie kolorowy las palmowy, jakby jeszcze mocniej podkreślając nierozerwalny związek dramatu z nadzieją, smutku z radością...
         A była jeszcze procesja okazała wokół drewnianego kościoła, później było jeszcze rozstrzygnięcie konkursu na  palmy najpiękniejsze, niewielki kiermasz wyrobów miejscowych, była czas na rozmowy, żal było odjeżdżać, ale mus to mus, więc odjeżdżało się z daną sobie solenna obietnicą, że jeszcze się tam powróci. Dla mnie pierwsza wizyta w tej wiosce w Kwietną Niedzielę, była czymś mocno ważącym na kierunku moich dalszych wędrówek mazowieckich. 
 










                                                                         ..................................

Post scriptum. Zainteresowanym polecam dwa posty wielkamocne w tym blogu, oba związane z Muzeum Wsi Mazowieckiej w miejscowości Sierpc. Wystarczy kliknąć w tym blogu nazwę: Sierpc. 

piątek, 20 marca 2020


O przedwiośniu 
na początku wiosny astronomicznej 


Powszechnie się uważa, że wiosna zaczyna się 21 marca. Wedle przyrodników prawdziwa wiosna zacznie się dopiero wtedy, gdy z cieplejszych krajów  przylecą już wszystkie ptaki. Przyrodnicy mówią, że teraz trwa dopiero przedwiośnie, czasem zwane też wiosną meteorologiczną lub termiczną.  Od lat prowadzę notatki, tyczące pogody 21 marca. Zanotowałem +15 (1968), +17 (1971) i nawet +18 (1999), ale tylko raz było minusowo, - 2 w roku 1989. Średnio wypadło mi +5. Z chwilą rozwinięcia się liści brzozowych zacznie się pierwiośnie, w lasach liściastych i mieszanych zakwitną łany zawilców, a na mokradłach kaczeńce.
Najczęściej witamy wiosnę astronomiczną, a ta u nas rozpoczyna się w chwili równonocy wiosennej. Od tego momentu noc zaczyna robić się krótsza, a dzień dłuższy.  W tym roku wiosna astronomiczna rozpocznie się w piątek 20 marca.
Wiosna kalendarzowa ma swoją stałą datę i każdego roku wypada 21 marca. Oznacza to, że w tym roku wiosna kalendarzowa rozpocznie się w najbliższą sobotę.
Wirus nakazuje nam unikać zbiorowości zorganizowanej, ale przecież można i nawet trzeba korzystać ze  świeżego powietrza pośród przyrody, a jeśli nie mamy zaleceń lekarskich, nie siedźmy cały czas w domu. Niewątpliwie wszyscy z nas mają jakiś plener, który w perfidnie inteligentny sposób wykorzystują.
Ale w moim osiedlowym parku na Sadach Żoliborskich zlikwidowano na wszelki wypadek ławki, żebyśmy się nie gromadzili i nie zarażali. W Parku Kampinoskim zamknięto polany wypoczynkowe, np. w Granicy, Opaleniu, Lipkowie i Pociesze. Dyrektor Parku był na naradzie u ministra środowiska i w rezultacie obaj wraz ze swoimi kierowcami znajdują się teraz na kwarantannie. Słyszałem żarty, że w tych dniach, gdy zaraza hula po mieście Warszawie, w pobliskiej tego miasta Puszczy Kampinoskiej jest więcej turystów, niż drzew. No cóż, wykorzystajmy plener podwarszawski na swój sposób.Jak kto ma auto, ten ma lepiej.
Niestety, ogromna susza rozgościła się w przyrodzie podwarszawskiej. Śniegu tej zimy praktycznie było, deszcze niezbyt intensywne i niewiele, gleba jest wysuszona, również i torfowiska (które powinny być wodą nasączone, jak gąbka). Nie najlepiej to wróży, niestety. Drzewiej bywało zupełnie inaczej.




Widok na rozlewiska Narwi koło Pułtuska, na drugim brzegu lasy Puszczy Białej. Taki typowy, przedwiosenny krajobraz z dawnych lat. Wracałem wtedy autem z uroczystości Palmowej Niedzieli we wi Łyse na Kurpiach Zielonych. To zdjęcie zrobiłem 27 marca w roku 1994, reprodukowane tutaj jest zdygitalizowaną wersją slajdu.

Jezioro Góra w dolinie dolnej Narwi nieopodal Nowego Dworu Mazowieckiego. Jest pogodny dzień przedwiosenny, dokładnie 12 marca 2011 roku, jezioro jest jeszcze częściowo pod lodem. Marzec, jeśli jest pogodny, potrafi uwieść każdego, kto choć odrobinę czuły jest na wdzięki przyrody. Dolina dolnej Narwi poniżej zapory w Dębem należy do najbardziej widowiskowych w bliskim sąsiedztwie Warszawy.



Na rozlewiskach Bugu koło Brzuzy. Tam przedwiośnie jest chyba najbardziej widowiskowe i są tam dość wygodne drogi, zbudowane dla wywózki siana z nadbużańskich łąk. Z tych dróg jest doskonały wgląd w przyrodę tej części Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Pośród nadbużnych łąk tamtej okolicy narodził się pomysł utworzenia tego parku i tam zawsze i obowiązkowo pojawiam się o przedwiośniu.  Ona te zdjęcia wykonałem 3 kwietnia 2011 roku.  Nad doliną Bugu ciągnęły wtedy dzikie gęsi, a nie zawsze udaje się zgrać planowany wyjazd z tym czasem, gdy można obserwować to wspaniałe widowisko. Lecą wtedy nad naszymi głowami i nieustannie ze sobą rozmawiają.

Klasyczny przykład mazowieckiego krajobrazu przedwiosennego. Jest dzień 17 marca 2012 roku, uroczysko Prochowo w Puszczy Białej i pejzaż, przeniesiony tutaj  krajobraz z dalekiej Kanady. Pośrodku rozlewisk bobrowe żeremie, to im zawdzięczamy te rozlewiska.W czasach dręczącej nas suszy, obecność tych niewielkich zwierzątek jest nieocenionym skarbem. To, jedno z najładniejszych miejsc wokół Warszawy, ma tylko jeden minus; słychać szum samochodów na pobliskiej drodze ekspresowej.



2 marca 2013 roku. Torfowisko Całowanie, jeden z najwspanialszych przyrodniczych fragment podwarszawskiego Mazowsza. Jeszcze tu i tam śnieg, jeszcze rozlewiska skute lodem. Jest ono ozdobą nie tylko Mazowsza, zostało bowiem uznane za ważne dla zachowania różnorodności biologicznej całej Europy i objęte ochroną w ramach europejskiej sieci Natura 2000, zarówno ze względu na występujące tu siedliska roślin i zwierząt jak i bogactwo gatunków ptaków. Znalazłem się tam właśnie po to, aby taki pejzaż zobaczyć. Pod koniec epoki lodowcowej przed kilkunastoma tysiącami lat, obozowali w tej okolicy łowcy reniferów. Lądolód, zalegający wówczas ten fragment ojczystej ziemi, który dzisiaj nazywamy Mazowszem, właśnie począł był ustępować ku północy. Krajobraz Mazowsza tamtych czasów przypominał tundrę, a na pastwiskach tej tundry, wśród traw i krzewów pasły się dzikie renifery.
Na obfitujących na podwarszawskim Mazowszu piaskach wydmowych dominują bory. Na zdjęciu jest bór sosnowy koło Szumina w Puszczy Kamienieckiej. W obniżeniach terenu utrzymuje się woda i bardzo ubogaca ten leśny krajobraz.


Niewątpliwie woda odgrywa główną rolę w krajobrazie przedwiośnia. Ubogaca pejzaż. Jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc w Kampinoskim Parku Narodowym jest znajdujący się na czerwonym szlaku turystycznym owiany legendami Mogilny Mostek. Z niego najlepszy jest widok na Wilczą Strugę, w której woda płynie okresowo, zazwyczaj największa właśnie przedwiośniem. Wilcza Struga rodzi się pośród Cichowęża, nie ma tam źródeł, ona w ogóle nie ma żadnych, to woda opadowa, którą magazynuje w swoim wnętrzu torfowiska Cichowęża. To zdjęcie jest z 17 marca 2015 roku.   

23 marca 2013 roku ten krajobraz sfotografowałem, To jest Świder niedaleko od przystanku kolejowego tej nazwy, wtedy wybrałem się witać tam wiosnę. Powitała mnie zima. Normalna, ze śniegiem, jak należy. Bo i tak, proszę państwa, się zdarza. Siedem lat temu się zdarzyło. O takiej zimie zimą tegoroczną daremnie marzyliśmy.  A zamiast niej wraz z nadchodzącą wiosną o przedwiośniu dostaliśmy w prezencie koronawirusa.



poniedziałek, 16 marca 2020

Jak żyć w czasach zarazy


Niełatwo, po prostu niełatwo. Zaraza aktualna  nosi nazwę: koronawirus,  ma też swoją inną nazwę: COVID-19. Zaczęła się  w Chinach, dla nas egzotycznie, no i daleko. Aż przyszło do nas i zrobiło się wyjątkowo stresująco. Atakują nas ze wszystkich stron wiadomości złe lub tylko niedobre. W gazetach, radio, telewizji, w rozmowach. Na ekranie telewizora pokazują się mapy, na nich czerwone plamy ogarniają coraz to nowe kraje. Zamknięte szkoły, przedszkola i żłobki, zawieszone zajęcia na uczelniach, Odwołane imprezy masowe, zawody sportowe i koncerty, nieczynne kina, teatry i muzea. Odwołane połączenia lotnicze. Katolikom księża radzą uczestniczyć w mszach radiowych, a eucharystię przyjmować "duchowo", w domu, przed radioodbiornikiem. Papież odwołał audiencje generalne, liturgie wielkanocne odbędą się bez udziału wiernych.  Ludziom wiekowym wszyscy przypominają, że to  oni właśnie są w grupie szczególnego ryzyka. Należy często myć ręce, unikać unikać skupisk, komunikacją publiczną lepiej nie jeździć. Za granicę nas nie puszczą.
    W ostatnią niedzielę, 15 marca,  warszawska Starówka wyludniona totalnie. Ani knajp, ani turystów, ani warszawiaków na spacerze. Tramwaje  wożą powietrze.Przyjaciele  radzą:Wszyscy radzą: odpuśćcie sobie telewizję, po kilku godzinach dziennie oglądania ludzie zaczynają świrować. Pojedźcie codziennie chociaż na krótki spacer za miasto, mówią mądrzy ludzie. Oddychajcie świeżym powietrzem, nie siedźcie zamknięci. Co inteligentniejsi tak robią i uciekają w plener, w przyrodę. Kumpel z Grochowa pojechał w lasy koło Międzylesia.  Przyjaciel, który mieszka na Bielanach, najbliżej ma do Puszczy Kampinoskiej, tam pojechał, rzut kamieniem z Chomiczówki, gdzie mieszka. Parking w Truskawiu był przepełniony. Mieszkający na Ursynowie znajomy pojechał z rodziną do Podbieli na Całowanie. Pogoda fantastyczna, słoneczna, sporo wody, a raczej lodu, bo noc była mroźna. Na ich oczach odpuszczał. Bobry mają się na Całowaniu świetnie, żeremia są ogromne. Ptaków mało, para błotniaków i czyżyki. Spotkał za to kolegów, który godzinę wcześniej nagrali sześć bielików. „Za to, proszę sobie wyobrazić, tłumy ludzi! Nigdy nie widziałem tylu osób na Całowaniu. Co chwila dojeżdżały nowe samochody. Wszyscy elegancko zachowywali wobec siebie dystans, więc stresu nie było, budujące widzieć tylu ludzi w przyrodzie.”  

Wotywna kapliczka z Wawrzyszewa

Kapliczka z warszawskiego Wawrzyszewa
 
     Kilka dni temu, już było źle, ale jeszcze nie tak, robiliśmy z żoną zakupy na zapas, na wszelki wypadek. W czas wojenny tak robić albowiem należy. Przeżyliśmy wojnę światową, kryzysy w peerelu, reglamentowaną żywność na kartki, pewne doświadczenie mamy. Spanikowaliśmy nie tylko my, kolejki do kas były monstrualne, kilkudziesięciometrowe. Czekając na parkingu, aż żona zapłaci rachunek, fotografowałem stojącą obok kapliczkę. Wiele razy ją mijałem, teraz mogłem zobaczyć z bliska. Jest murowana, wysoka i piękna,wewnątrz jest figura Matki Boskiej, a poniżej napis: „na podziękowanie Bogu że nas przy życiu zachował wśród grasującej cholery w miesiącu sierpniu 1852.”. Jest to najstarsza zachowana kapliczka z Matki Boskiej w warszawskiej dzielnicy Bielany, ma 168 lat! Ciekawe, czy ktoś teraz postawi taką kapliczkę w naszej dzielnicy, dziękując za zachowanie przy życiu w czasie epidemii koronawirusa w roku 2020. W mieście? Kiedy tamtą stawiano, wokół trwała wieś. Normalna, wiejska wieś....

       Ta cholera zostawiła moc śladów w ludzkiej świadomości. Słowa “cholera” używano jako przezwiska w rodzinnych kłótniach. Pamiętam taki dowcip rysunkowy, który zobaczyłem w jednym z przedwojennych pisemek, jakie – już po wojnie – znalazłem w mieszkaniu, do którego rzucił nas wojenny los. Pismo było organem wojskowym dla sierżantów, nosiło tytuł >Wiarus<. Dowcip zaś był taki: – Najdroższa – powiedział mąż do swojej żony – na twoją cześć postanowiłem nazwać twoim imieniem nowo odkryty przeze mnie bakcyl cholery... Dla nas, dzisiejszych, śmieszne średnio, ale jakieś świadectwo obyczajowości epoki to jest.

     Wyrosłem w tej epoce. Jak coś mi się nie udało, kląłem: a niech to cholera jasna. Dlaczego akurat jasna? Tego nie wiem. A niech to cholera, raz jeden zakląłem w domu u stryjostwa. I wtedy odezwała się mała ich córeczka, ile ona mogła mieć lat? Usłyszałem jej dziecięcy głosik: bzytko cholela. A jej mama powiedziała wtedy: nie mówi się takich słów przy dziecku. Czułem, że mam bardzo czerwone uszy ze wstydu...

      Z tego wszystkiego została tylko nazwa tej choroby, utrwalona w przekleństwie. Dzisiaj to przekleństwo straciło swoją moc, współcześnie zostało zastąpione obrzydliwymi wulgaryzmami, używanymi na prawo i lewo, a w tym używaniu - o tempora, o mores! - biorą aktywny udział także kobiety, a literatura, powszechnie uchodząca za piękną, ani rusz nie chce się obejść bez tego niepięknego słownictwa. 
      Ta cholera, z powodu której postawiono tę kapliczkę w Wawrzyszewie, do Polski dotarła za sprawą wojsk rosyjskich podczas powstania listopadowego. Powracała do nas  jeszcze potem. Widocznie tak już jest pisane ludzkości, że co jakiś czas muszą ją epidemie przetrzebiać.

 Morowa kapliczka w Czerwonej Niwie

Kapliczka  w Czerwonej Nowie koło Guzowa.
  
 W okolicach Guzowa na Ziemi Sochaczewskiej, przy skrzyżowaniu lokalnej drogi z Guzowa do Nowej Suchej z szosą Bolimów – Aleksandrów – Szymanów – Paprotnia wznosi się niewielka przydrożna kapliczka na kształt miniaturowego kościółka o trzech wieżyczkach, zwieńczonych trzema krzyżami, jak na Golgocie. Postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. Zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.
     Ta kapliczka to ważny zabytek, nie tylko architektury, lecz przede wszystkim polskiej obyczajowości i tradycji. Z tych trzech krzyży najważniejszy jest ten pośrodku, który jest karawaką, krzyżem „cholerycznym”. Jest to podwójnie przekreślony krzyż, w którym poprzeczka górna jest trochę krótsza od środkowej. Taki krzyż chroni przed wypadkami i nagłymi zgonami, klątwami, kradzieżami, burzami, piorunami. Leczy bezsenność. Dzisiaj karawak się już nie stawia, kiedyś stawiano ich wiele. W przeszłości bowiem zbierały obfite żniwo ospa, cholera i wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział.
     Na granicach wsi, aby rozprzestrzenianiu się zarazy zaradzić, stawiano przy  drogach drewniane krzyże karawak. Pisał o nich Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej". „Gdy w miasteczku hiszpańskim Caravaca zasłynął krzyż o dwóch poprzecznicach jako cudowny przeciwko morowemu powietrzu i stał się głośnym zwłaszcza r.1545 we Włoszech podczas zarazy morowej w mieście ówczesnego soboru Trydencie (uważany za skuteczny, kto się przed takim modlił lub go nosił) - wówczas pielgrzymi zaczęli przynosić do polski relikwiarzyki w kształcie małych krzyżyków tej samej formy i tak samo nazywanych. Pobożni w czasie morowego powietrza stawiali „karawaki" przy wsiach i miasteczkach, aby zaraza je mijała, i modlili się na książkach tak samo nazywanych.
     Niewiele jest już takich krzyży po drogach mazowieckich postało,  jednak nigdzie indziej na Mazowszu  nie ma takiej jak ta kapliczki, mającej chronić rozległą okolicę przez morowym powietrzem. postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.

 
Kapliczka choleryczna z Drążdżewa nad Orzycem
Kapliczka z Drążdżewa nad Orzycem.



Wciąż stoją po mazowieckiej prowincji kapliczki choleryczne. Jest ich trochę i są świadectwem tego, jak powszechną bywała w przeszłości  zaraza na mazowieckiej ziemi. „Ty zarazo!”, „Ty cholero!” Przed laty dosyć powszechne były to przekleństwa, rzucane wobec kogoś, kto mocno dopiekł rzucającemu. Ze wyrazy zaraza i cholera są rodzaju żeńskiego, częściej epitetem obdarzano kobietę. Groźne epidemie nawiedzały dawniej kraj bardzo często. Zakaźne choroby nazywane były wówczas powietrzem lub morem, najgroźniejsze były dżuma i ospa, jedna i druga były też zwane czarną śmiercią. Lęgły się zazwyczaj w czasie wojen. A tych w Polsce nie brakowało
    W Drążdżewie nad Orzycem jest kapliczka pomorowa. Żelazny krzyż kowalskiej roboty wieńczy kolumnę z tablicą. Na niej napis: „Offiara Naywyższemu na ubłaganie Maiestatu za zwolnienie plagi grasuiącey cholery w roku 1831”.

Złe powietrze, mór, czarna śmierć. Okropne słowa. Nie słyszymy ich przerażającego brzmienia, my, ludzie dzisiejszego świata. A przecież zbierały obfite żniwo w przeszłości ospa, cholera oraz wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział. Cholerę mógł sprowadzić tzw. cholernik. Bywało - jak opowiadano w XIX w. pod Czerskiem - że cholera przybierała postać kobiecą i podwieziona przez chłopa na wozie, przekraczała bezkarnie rzeki i granice wiosek.
    Na morowe powietrze nie było rady. Przychodziło często. Za często.  Książęta i królowie opuszczali wtedy swoje miejskie zamki i chronili się w swoich wiejskich rezydencjach. Mieszkańcom wsi i miasteczek pozostawała tylko modlitwa. Za opiekunów i obrońców ludności przed chorobami zakaźnymi uchodzili liczni święci, najbardziej św. Roch i wystawienie mu kaplicy zabezpieczało okolicę przed niebezpieczeństwem. Jeśli więc we wsi grasowała zakaźna choroba, a kapliczki blisko nie było, odbywano pielgrzymki nawet do dalszych okolic, gdzie znajdował się kościół pod wezwaniem św. Rocha. 


Kościół pod wezwaniem św.Rocha 
w Brochowie nad Bzurą 

Święty Roch w Polsce nigdy nie był, a jest jednym z ważniejszych świętych patronów polskiej wsi. Około trzech tysięcy kościołów i kaplic na świecie nosi jego imię. W Polsce są 63 kościoły pod wezwaniem św. Rocha, a ilość kaplic i kapliczek niepomiernie jest większa. Najlepszy dowlod, że zarazy hasały po naszej, polskiej ziemi, że potrzeba wznoszenia modłów o ochronę przed nimi była niezbędną potrzebą. 


      Perłą mazowieckiej architektury jest kościół obronny w Brochowie nad Bzurą. Jest pod w
ezwaniem św.Rocha (dokładnie: współwezwaniem, jeszcze św.Jan Chrzciciel patronuje tej świątyni). Przed świątynią czuwa figura świętego w kapliczce pośród brzóz, a we wnętrzu znajduje się obraz z jego przedstawieniem, oczywiście z torbą, z kosturem i w szacie  pielgrzyma
     Obecna budowla powstała w połowie XVI wieku, jest całkowicie oryginalna,  niepowtarzalna i to nie tylko w Polsce, w całej Europie również. Przez wiele lat wielu teoretyków architektury nie bardzo wiedziało, jak zakwalifikować kościół w Brochowie. Gotycki on, gotycko-renesansowy, czy tylko renesansowy, ewentualnie renesansowy. ale ze szczyptą gotyku w tle?  Wnętrze ma na pewno renesansowe, z zewnątrz wydaje się być gotycki i co do tego sporów być nie powinno. Ceglane baszty trzech wieżyc brochowskiej bazyliki jak zamkowe dominują nad płaską równiną okolicy. 


     
    Św.Roch urodził się we Francji w wieku XIV, a jego imię pochodzi od francuskiego >roche<, oznaczającego skałę. Rozdał swój majątek ubogim i sam, w ubogiej szacie, z pielgrzymim kosturem w ręce, jak najczęściej bywa przedstawiany, ruszył do Rzymu. Po drodze spieszył z pomocą zarażonym dżumą i wkrótce jego sława stała się tak wielką, iż musiał uciekać przed tłumem wielbicieli. Potem sam zaraził się dżumą. Życiorys świętego i jego relikwii są fascynujące. Nie wiem dlaczego tego patrona świątyni przydano i czy dopiero ta budowla go uzyskała, bo przed nią stały tu inne; pierwszy kościół w Brochowie powstał najprawdopodobniej przed 1113 rokiem, jeszcze za czasów Władysława Hermana.