poniedziałek, 10 września 2018

Długie sioło w Puszczy Białej


Dawno mnie tam nie było. Włóczyłem się u stóp Gorców i Pienin, po Puszczy Augustowskiej, na Suwalszczyźnie, trochę zaniedbałem lubiane Mazowsze. Ale wróciłem pod koniec sierpnia i przy pierwszej okazji pojechałem tam, gdzie bywać lubię. Do Puszczy Białej. Do Długosiodła. A bez samochodu dojechać tam niełatwo. A bez internetu nie można się dowiedzieć jak dojechać. Skąd odchodzą autobusy w Warszawie. Kiedy jest powrót, o tym informacji nie znalazłem nawet na przystanku w Długosiodle. Interweniowałem w tej sprawie w gminie, może juz jest informacja, oby była, bo wstyd.
Długosiodło znajduje się na północnych krańcach Puszczy Białej, otoczone jest lasem. Blisko 40. lat temu zaprojektowałem szlaki, wiodące z Długosiodla w te lasy. Zobaczyłem je odnowione. Szedłem teraz nimi, są w dobrym stanie. I to cieszy. 
Skąd taka nazwa - Długosiodło? Stanisław Kącki z Kornacisk, zwany w Długosiodle „Dziadkiem”, opowiadał mi przed ćwierćwieczem taką oto opowieść. Było to bardzo dawno i wtedy z Broku, gdzie mieli letnią rezydencję, wyruszyli biskupi na łowy w puszczy. No i zabłądzili. Gdy wreszcie znaleźli się nad czystą wodą śródleśnej strugi, postanowili zatrzymać się na odpoczynek, a miejsce to na pamiątkę swojego błądzenia nazwali „Długie nie zdejmowanie siodeł”. Później pobudowali w lesie kaplicę, żeby w czasie łowów mieli gdzie msze odprawiać. Potem przy wpisywaniu w kronice miejsca ustawienia kaplicy, skrócono nazwę na Długie siodło, a jeszcze potem na Długosiodło.
Leśnik Jan Suder z Długosiodła, którego przed blisko 40. laty odwiedziłem,  nazwę wiązał w swojej opowieści również z rycerzami (lecz już nie z biskupami z Broku), którzy miejsce popasu nazwali tak dlatego, iż długo w siodłach siedzieli. Opowiadał też, że w głębi lasu spotkali owi rycerze chłopca. Zdziwieni tym spotkaniem, jako że wiele godzin jeżdżąc po puszczy nie widzieli żadnej osady, spytali go skąd on jest? Chłopak nie umiał odpowiedzieć. – No dobrze, rzekli rycerze. – W takim razie powiedz, jak długo szedłeś tutaj od swego domu. Od kiedy kur piał – odpowiedział chłopak. Na to roześmieli się rycerze i ziemię nazwali Kurpiami.
To było naprawdę bardzo dawno, a przecież odległe echa tego wydarzenia wciąż jeszcze słychać w okolicy. Opowieści o rycerzach łączą się w tych legendach z opowieściami o biskupach płockich, do których przez wieki należała Puszcza Biała. 
Prasłowiańskie słowo „sedlo” i staropolskie „siodło” znaczyło tyle, co osiedle lub wieś. Że zaś wieś rozciągała się wzdłuż dolinki strugi i była długą, więc i takie też Długosiodło zapisano w dokumentach na początku XIII w. W 1262 roku ruszyła na Mazowsze kolejna wyprawa litewska i bardzo mocno dała się księstwu we znaki. W Jazdowie wzięto do niewoli i ścięto księcia Siemowita, najstarszy syn Konrad dostał się do niewoli. Rozwój Mazowsza został zahamowany na długie lata. Mimo tej klęski jednak Mazowszanie się nie poddali. Pod wodzą wojewody Niemierzy zaatakowali wojska litewsko-ruskie właśnie pod Długosiodłem.
Długosiodło niejeden raz było świadkiem walk ciężkich i krwawych. Te starsze pozostały w legendach, jak choćby w tej o Dziewczych Górach, jak zwane są piaszczyste wydmy paraboliczne, porośnięte sosnowym borem i ciągnące się na blisko trzy kilometry na wschód od osady. Powiadają, że góry te stąd się tak nazywają, iż tutaj właśnie zapadły się pod ziemię dziewczęta kurpiowskie, uciekające przed napastującymi je żołnierzami szwedzkimi, w ten sposób ratując swój honor i swoje dziewictwo.

Co kilka lat jestem w Długosiodle, przyjemna to wieś, ale jakiś czas temu wydała mi się jeszcze przyjemniejsza. Było to wtedy, gdy zobaczyłem malowane w kwiaty domy i bardzo ładnie wyglądały takie domy, których ściany obite były drewnianymi deskami, a na nich namalowano malwy.
Niewiele już pozostało kwiatów, w jakie malowane były domy w Długosiodle. Czas zatarł farbę. Szkoda. Malunki na nich wyrastały z ducha malarstwa Chagalla. Jeden z domów był pomalowany na niebiesko, na szczycie piętrowej kamienicy, tuż nad zawieszonym na balkonie szyldem z napisem "zakład pogrzebowy", unosił się anioł w błękitnej szacie, z rozwianymi jasnymi,słowiańskimi włosami. W reku trzymał wianek z polnych kwiatów. Na wysokości parteru wymalowano słoneczniki, duże i uśmiechnięte.
Tylko te domy, drewniane w większości, pozostały po tutejszych Żydach. Kiedy pierwsi z nich pojawili się w Długosiodle, tego nie wiadomo, na pewno mieszkali już we wsi pod koniec wieku XVIII. Ale pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku z handlu czerpało zyski jedynie 15 Żydów, natomiast dla 653 osób pochodzenia żydowskiego podstawą utrzymania była praca na roli. Długosiodło wyróżniało się pod tym względem z pośród innych osad na ziemiach polskich. 

Malowidła na długosiodlańskich domach były dziełem malarki, Małgorzaty Ewy Czernik. Wyczytałem w jednej z recenzji, pomieszczonych w internecie, że dla tej artystki jakby za ciasna jest rama czy płaszczyzna obrazu, więc wychodzi często poza nie. Czasem tworzy instalacje przestrzenne, wielkoformatowe freski, projekty scenograficzne, jest także performerką. To co robi, robi nie na pokaz, nie dla artystycznej prowokacji, lecz na żywo dla ludzi i z ludźmi! Inni epatują widza rozprutymi brzuchami lalek, czy rozpiętymi na krzyżu męskimi genitaliami, ona namalowała na ścianach długosiodlańskich domów wielkie anioły.
Rozmawiałem z nią. Opowiadała o swojej przygodzie z Długosiodłem. Zaproszona tu do przygotowania wystawy, poświęconej powieści "Chłopi", poprosiła mieszkańców wsi o zebranie starych, autentycznych przedmiotów codziennego użytku, które posłużyły jej do wykreowania wystawy. Ludzie przynosili przeróżne rzeczy, były np. maselnice, cebrzyki, dawny stół i taboreciki, ona z beczki do kiszenia zrobiła rzeźbę, w której siedziało licho lipieckie i grzeszne dusze, wykorzystałam też stary, drewniany płot, na którym wyrosły malowane przez nią malwy. Młody człowiek zrobił jej najprawdziwsze duże, dwuskrzydłowe wrota z desek i belek, na żelaznych zawiasach, ona te odrzwia pomalowała, zmieniając je w "Niebiańskie Wrota". Wokół stanęło jeszcze 40 złocistych snopów prawdziwego zboża i tak utworzył się słoneczny, żywy krąg, wysypany jeszcze kwieciem zebranym przez miejscowe dzieci. Tak to w Długosiodle połączony został Reymont ze świętem dziękczynienia za plony, czyli tradycyjnymi dożynkami.
W akcji artystycznej pani Małgorzaty uczestniczyli niemal wszyscy mieszkańcy Długosiodła, od dzieci po dziadków i babcie, każdy z wiankiem na głowie, a ona była ubrana w suknię długą do ziemi, w kolorach tęczowych, uszytą przez tamtejszą krawcową. Przed "Niebiańskimi Wrotami" stał cebrzyk z wodą i dużą chruścianą miotłą, którą wszystkich kropiono. Kto się poczuł czysty mógł wejść do świętego kręgu. I nagle, zupełnie spontanicznie utworzył się łańcuch splecionych rąk wokół wielkiego złocistego kręgu i wszyscy zaczęli się kręcić delikatnie w rytm żywej muzyki.
Opowiadała artystka: co poniektórzy bardzo się wzruszyli kiedy mówiłam - poczujmy tę chwilę tu i teraz, jesteśmy razem, połączeni trzymamy się za ręce, osoby przypadkowe i nieprzypadkowe, ta chwila ma znaczenie - i widać było emocje, wzruszenie, co już się działo jakby poza mną, co przekroczyło moje oczekiwania.
Niestety, czas zatarł kolorowe malunki na długosiodlańskich domach. Jeszcze tu i tam trwają, ale to już nie to, co kiedyś. Sfotografowałem je w roku 2012. Czyż nie były cudowne? 




 
 
   

wtorek, 31 lipca 2018

Magellan na Mazowszu
Na majowych Warszawskich Targach Książki, które od kilku lat odbywają się na Stadionie Narodowym, spotkało mnie wyróżnienie honorową Nagrodą Magellana, powstałą z inicjatywy magazynu literackiego "Książki". Wręczał mi tę nagrodę dyrektor Targów (800 wystawców, 100 tys. zwiedzających). Jak pięknie napisano mi w dyplomie: „za kolekcjonowanie piękna polskiego krajobrazu, rozbudzanie wrażliwości i zachęcanie do pielęgnowania w sobie uważności”. Ubiegłymi laty nagroda trafiała m.in. do Olgierda Budrewicza, Elżbiety Dzikowskiej, Marka Kamińskiego, Wojciecha Karpińskiego, Andrzeja Stasiuka, Moniki Witkowskiej, Martyny Wojciechowskiej, Michała Książka. Podróżowali oni po dalekim świecie, na biegunach bywali, zdobywali Koronę Ziemi. Że w tym roku padło na faceta od Mazowsza, więc może ta nasza podwarszawska ziemia mazowiecka także warta grzechu podróżowania. 


niedziela, 29 lipca 2018


                                        Pejzaże polskie

Krajobraz polski jest pełen barw i odcieni o niemałej różnorodności. Ukazał się właśnie album z fotografiami pana Chrystiana Parmy i moim tekstem. Zdjęcia, w tym albumie pomieszczone, są  dowodem na to, że w Polsce pejzaży urodnych nie brakuje. Są wszędzie dookoła nas. Jeno trzeba umieć je dostrzec. Pan Chrystian poprosił mnie o wstęp do swojego albumu. Napisałem go i jest on taki oto:
     Jak ludzie, tak i każdy kraj ma swoją duszę. Ważną cząstką tej duszy jest pejzaż. Słowo to bierze się od francuskiego paysage, a znaczy to samo, co polski krajobraz. Obraz kraju. Bardzo często właśnie ten obraz odgrywa istotną rolę w kształtowaniu duszy narodu. Krajobrazy są cząstką narodowego bogactwa. Niewątpliwie są w Europie narody i kraje  wyjątkowo w tym względzie uposażone. A Polska? Jaki jest ten nasz polski pejzaż?
    Polacy swój pejzaż noszą w swoim narodowym istnieniu. Pisał już o tym znakomity średniowieczny dziejopis, Jan Długosz: „Lechitowie, ci zwłaszcza, którzy na polach siedzieli, zostali przez inne pokrewne sobie drużyny, koczujące  p o  l a s a c h, nazwani Polanami, (...) a naród i kraj wszystek począł mianować się Polską”.
     Szczyci się polski pejzaż fascynującym morskim wybrzeżem, malowniczymi pojezierzami i wyżynami, rzekami i jeziorami, lasami dorodnymi, a na południu kraju wznoszą się wysokie góry. Jednak większa część Polski jest położona na wielkim europejskim niżu. Ktoś kiedyś napisał, że to pejzaż niestały, zamglony, bez wyrazistych rysów, bez ostro zaznaczonych granic, otwarty na hulające po tej równinie wiatry ze wschodu i zachodu. To pejzaż, który wiele wysiłku wymaga, a niekiedy i rozpaczy, aby nie dać się zdmuchnąć przeciągom...
    Ta pozornie tylko monotonna ziemia była w historii kąskiem łakomym i mieszkającym pośród niej Polakom przyszło z sąsiadami  toczyć nieustanne boje w jej obronie.
    Polska proza przełomu wieków XIX i XX była przepełniona z miłością kreślonych opisów polskiego pejzażu. Henryk Sienkiewicz, znakomity pisarz i laureat literackiej nagrody  Nobla z 1905 r., opisał był w "Potopie" Polskę widzianą oczami szwedzkich żołnierzy, wkraczających na naszą ziemię: "wzrok ich odkrył krainę wesołą, uśmiechniętą, połyskującą żółtawymi łanami zbóż wszelakich, miejscami usianą dąbrowami, miejscami zieloną od łąk... Jakaś cisza i słodycz rozlana była wszędzie po tej ziemi mlekiem i miodem płynącej. I zdawała się roztaczać coraz szerzej i otwierać ramiona"...
     Akcję swojej powieści „Chłopi” wpisał w wiejski pejzaż inny polski noblista, Władysław Reymont, uhonorowany nagrodą w 1924 r. „A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych.” To ziemia ojców i praojców z przeszłych czasów. Ziemia – modlitwa. Podziwiana, opisywana, opiewana po tysiąckroć. Pisał Stefan Żeromski: „Bądź pozdrowiona, przenajdroższa ziemio nasza, którą czciliśmy miłością bezdenną, gdyś była pod otchłaniami wód niewoli. Bądź pozdrowiona teraz i o każdej porze mową naszą tysiącletnią i na wieki wieków świętą!”
     W literaturze polskiej przeszłych czasów niemal zupełnie brak zwykłych beznamiętnych opisów przyrody. Zawsze dominuje uniesienie emocjonalne i uczuciowe ujęcie pejzaży. Dzisiaj czasy już zupełnie inne i my jesteśmy jakby nieco inaczej skonstruowani, przede wszystkim wewnętrznie. Jeśli spojrzymy oczami duszy swojej, zdaje się, iż będzie to możliwe.
     Niekiedy, jak się wydaje, nie wystarczy jednak tylko wiedzieć i odczuwać, karmić się widokiem, cudzymi obrazami i cudzym tekstem, chociażby najbardziej nawet poetyckim. Czasem, wydaje się, trzeba dotknąć swojej ziemi tak, aby - jak legendarny Anteusz - czerpać z niej siłę. Józef Chełmoński, znakomity nasz malarz i jeden z największych europejskich pejzażystów, kładł się wśród zagonów, aby posłuchać tego, co ziemia mu mówi. Kto wie, czy aby w porze żniw nie powinno się wziąć kosy w rękę i kosić, dopokąd na niezwyczajnych takiego wysiłku dłoniach nie pojawią się pierwsze stwardnienia i pierwsze pęcherze. Albo, choćby, zdjąć buty i boso wejść na ściernisko... Bardzo to może być na miejscu w tych czasach dzisiejszych, pełnych efektownych dekoracji, pośród których rozgrywa się hałaśliwy teatr współczesnego życia, gdy szczególniej odczuwa się potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, jak w bezpieczne łono matki.
     Artystom - w znacznej mierze  - zawdzięczamy nasze widzenie świata. To artyści kształtują nam nasze gusta i najczęściej oni właśnie umożliwili nam otwarcie naszych serc na otaczający nas pejzaż. Wciąż jeszcze, mimo upływu lat ponad dwustu, pozostajemy pod wrażeniem obrazów przyrody, jaki pozostawili nam poeci i pisarze epoki romantyzmu. Któż z nas, Polaków, nie tęskni „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, któż nie wzdycha „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”... tak pięknie opisanych przez Adama Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”?
    W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa.  I wtedy - na szczęście! - narodziła się fotografia. Dzisiaj fotografuje niemal każdy. Lecz tylko nieliczni zostali obdarowani umiejętnością ukazywania czaru tego świata zwykłym, pospolitym pstrykaczom pamiątkowych rodzinnych i urlopowych fotografii. Tacy artyści fotograficy, jak Jan Bułhak, Edward Hartwig, Paweł Pierściński polską fotografię pejzażową wydźwignęli na wyżyny. 




PS. Chciałem tu dać jakieś zdjęcie p.Parmy, ale nie udało mi się ściągnąć ich z domeny publicznej w internecie, musiałem więc wrzucić do tego blogu kilka swoich, a więc autora niewątpliwie  gorszego.


wtorek, 24 lipca 2018




 Czyżyk na drogę
 
       Autor tej książki, p.Piotr Brysacz pochodzi z podlaskiego Zambrowa, mieszka w świętokrzyskich Kielcach, rusza go Suwalszczyzna. Jest dziennikarzem, wolnym strzelcem, autorem m.in. zbioru wywiadów „Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”, współorganizuje także wspólnie z Piotrem Malczewskim festiwal literacki Patrząc na Wschód w Budzie Ruskiej nad Czarną Hańczą.

      "Czyżyk na drogę. Rozmowy o przyrodzie" jest zbiorem wywiadów o przenikaniu się natury i kultury, o tym, czym jest natura, przyroda, przestrzeń, krajobraz, jak wpływa na człowieka, czy krajobraz, w jakim wzrasta się w dzieciństwie, ma wpływ na to, kim jesteśmy; dlaczego, skoro wiemy, że natura jest elementem podstawowym dla dobrego funkcjonowania, odwracamy się od tej natury… Rozmawiał z Anną Kamińską, Adamem Wajrakiem, Adamem Robińskim, Krzysztofem Czyżewskim oraz Stanisławem Łubieńskim, także i ze mną. Pytał czym natura jest dla mnie, w jakim krajobrazie wzrastałem, na co patrzyłem w dzieciństwie, czym mnie uwodzi krajobraz polski, jakie są te spotkania…

      Pytał mnie m.in. Pan Piotr jaka jest różnica pomiędzy „być” a „widzieć”? Odpowiedziałem mu tak.


     „Być”, to stan bierny, niczego od nas nie wymaga, po prostu się jest... Jest pan tu u mnie, siedzi pan na tym fotelu, i całe życie może tak pan „prze-być”. „Widzieć” zaś, to wysiłek, widzieć, to dostrzegać, być uważnym, wyczulonym, wrażliwym... Gdyby mnie pan wsadził z zawiązanymi oczami do helikoptera i wyrzucił w jakimś lesie podwarszawskim, to myślę, że potrzebowałbym najwyżej pół godziny, żeby panu powiedzieć, gdzie jesteśmy. Bo każdy las jest inny. Ba! Każde drzewo w tym lesie jest inne, każde ma swoje własne cechy osobnicze, indywidualne oblicze, chociaż nam się wydaje, że one wszystkie takie same, jak rosyjscy żołnierze paradnym krokiem maszerujący na moskiewskim placu u stóp Kremla na defiladzie. To trochę również tak, jak z Chińczykami. Dla nas każdy jest żółty i ma skośne oczy, a przecież jazdy jest inny na swój własny sposób. Podobno zresztą oni to samo mówią o nas.

      Myślę zresztą, że gdyby pan przypadkiem mnie zawiózł na przykład w rejon Wykusu w Kieleckiem, to też bym wiedział, gdzie jestem. Bardzo często tam jeździłem Wysiadałem z autobusu pośpiesznego relacji Warszawa – Szczawnica gdzieś pod Suchedniowem i szedłem w las. Zawsze tam jeździłem jesienią, bo w okolicach Warszawy nie ma tych przepięknych, jesiennych kolorów lasów bukowych, na naszym Mazowszu nie rosną albowiem buki, proszę pana...

      Nas, miastowych, ciągnie przede wszystkim do lasów. Od krajobrazu leśnego jednak ważniejszy dla nas jest krajobraz otwarty, polny, architekci krajobrazu mówią o takim: kulturowy. Ja to powtarzam do znudzenia i powtórzę raz jeszcze: my swoją nazwę – Polska – wywodzimy od pól, Polska, to nic innego jak kraj pól, nazwa Mazowsze zaś to ojczyzna ludzi umazanych ziemią, utrudzonych pracą na roli. Moje imię, Lechosław, wywodzi się od „leszków” – tak nazywano ludzi mieszkających po lasach – albo od słowa „lechy”, co oznacza skibę.

     Jesteśmy wszyscy z tych pól i z tego otwartego, polnego krajobrazu, z tych łanów zbóż, zaoranej ziemi, z tych płaskich jak naleśnik łąk na skraju lasu... To wszystko jeszcze do niedawna było w tym mazowieckim pejzażu widoczne, ale to świat, który odchodzi... Bo nie opłaca się uprawiać ziemi, siać i zbierać...

     Miałem szczęście – jako działacz ochrony przyrody – latać nad tą mazowiecką ojczyzną helikopterem. Z lotu ptaka widać trzy krajobrazy: Puszczę Kampinoską, z góry bardzo przeciętną, z wydeptanymi przez łosie ścieżkami na bagiennych łąkach; widać też fenomenalną Wisłę. Gdy człowiek spojrzy na nią z góry, to jeży się przeciwko tym wszystkim pomysłom regulowania tej rzeki, wpuszczaniu jej w kanał i grodzeniu zaporami. Z góry widać jeszcze jeden krajobraz: takiego niechlujstwa nie ma chyba nigdzie na świecie.

      Polskie gospodarowanie przestrzenią jest nadzwyczajnie okropne. Otoczenie wielkich miast zwłaszcza, gdy patrzeć na nie z góry. Antoni Kroh, pisarz, etnograf, wybitny znawca kultury ludowej, pisze w jednej ze swoich książek, że w latach 70. XX wieku, gdy z polskiego krajobrazu odeszła XIX-wieczna wieś, zaczął się jeden wielki chaos, który trwa do dziś. To z góry doskonale widać: jakieś Gargamele we wściekłych kolorach, stawiane jak i gdzie się komu podoba...

      Skąd w nas takie bezguście szpecące polski krajobraz? Gdy przeczytałem niedawno w „Gazecie Wyborczej”, że wielka pacyficzna wyspa śmieci ma wielkość pięciu czy dziewięciu województw mazowieckich, to się zacząłem zastanawiać, czy my w ogóle mamy jakiekolwiek pojęcie o skali zbrodni, jakiej się dopuszczamy na przyrodzie… Bo może się okazać, że jest już za późno, by się nad takimi sformułowaniami zastanawiać…

       To dość trudna sprawa… Myślę, że naród polski nie kocha swojego kraju, bo własnego mieszkania nie zaśmieca się tak strasznie jak Polacy zaśmiecają swój kraj. Nad tym nieszczęsnym narodem trzeba zacząć pracę od postaw. Kto to ma robić? Niewątpliwie: czas. Przecież jednak trzeba mu w tym pomóc. Zacząć powinien telewizor i ambona. Ba, trzeba by wpierw wyedukować i telewizje, i kaznodziei, z biskupami zresztą włącznie. Papież Franciszek to wie, ale wygląda, że tylko on jeden...


     Ładnie zrecenzował książkę znakomity ptasiarz p.Arkadiusz Szaraniec w swoim blogu „Plamka Mazurka”. „Czyżyk na drogę” to świetny tytuł (choć w środku mało jest o ptakach), jakże trafny na cykl z motywem podróży w tle i podtekście, także tym najgłębszym. Teksty jak rzadko które nadają się do dziobania na wyrywki, smakowania poszczególnych zdań, potem całości.               
      Wszyscy rozmówcy poszukują, podróżują, dążą, „nosi ich” , a przy tym umieją zauważyć wąską ścieżynkę, która wiedzie gdzieś w bok od utartego szlaku, i co najważniejsze – pójść właśnie tamtędy. Snują rozmowy o przyrodzie (taki jest podtytuł), ale – to jedyny wspólny mianownik - żaden z nich nie jest profesjonalnym przyrodnikiem z dyplomem renomowanej uczelni, choć stale mają do czynienia z naturą, krajobrazem, lasem, polem, łąkami, zagajnikami, strumykami, tym co rośnie, płynie, fruwa. To pasjonaci, co się czuje od razu, po pierwszym dziobnięciu. I po każdym następnym. Tylko taki ktoś może określić, że „widział staw z ognistobiałym łabędziem”, a łąkę nazwać „przepastną”.

       To bardzo interesująca książka. Nie obłowi się  jednak autor na niej, a może i poniesie straty. Nabyć ją można chyba wyłącznie przez internet, np. przez www.sklep.magazynkontynenty.pl. Wydawca ma własną stronę internetową i jest obecny na facebooku. Jakby co, wyguglujcie sobie te dwa słowa: paśny buriat.


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Gaj topolowy w Kamieńczyku
 
Upały zelżały, schłodniało, to i pojechałem do Kamieńczyka, aby nareszcie obfotografować gaj topolowy nad Bugiem. Przed wielu laty zobaczyłem go po raz pierwszy na czarno białym zdjęciu w albumie „Na Mazowszu” Kazimierza Saysse-Tobiczyka, wydanym w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zobaczyłem  na tym zdjęciu polną drogę, na niej domowe ptactwo, drewnianą stodołę i stare drzewo z bocianim gniazdem, a za nim las topolowy. Krajobraz bardzo polski, łapiący za serce. Zauroczył mnie ten pejzaż, począłem go odwiedzać. Wiele razy tam byłem, nigdy nie zrobiłem dobrego zdjęcia, najczęściej pogoda do niczego, zupełnie nie fotograficzna. Gniazda już nie ma. Drzewo padło już dawno temu, powiedzieli mi teraz miejscowi. Na budowę gniazda nowego bociany najwyraźniej nie miały ochoty, a miejscowym jakby nie przyszło do głowy, aby bociany do osiedlenia się zachęcić. Szkoda. 

Wspaniałe topole w Kamieńczyku są przyrodniczą atrakcją miejscowości. To są topole czarne, siostry topoli białej, zwanej białodrzewem. W przeciwieństwie do tamtej czarna ma korę ciemniejszą, choć nie czarną. Jest spękana głęboko, zgrubiała u dołu, gdy stara. Dorasta 37 metrów wysokości i osiąga 8 metrów obwodu. Z czasów rosyjskiego zaboru została jej druga nazwa i jest to oczywisty rusycyzm: sokora. W nazwie tej znajduje się >sok< i nie bez powodu, bowiem sokora lubi puszczać sok i niespodziewanie obdarowuje nim niekiedy pod nią odpoczywających. Liście sokory, jak i innych gatunków topoli tj.białodrzewu i osiki, są bardzo ruchliwe i gdy inne drzewa pogrążone są w milczeniu, sokora "ciągle coś szepcze i szemrze, wtórując ptakom, które na niej gromadzą się chętnie i licznie" (Bronisław Gałczyński, 1932).    
    Topola czarna jest coraz radziej spotykana w polskim krajobrazie, a przed wiekami bardzo licznie rosła w nadrzecznych  lasach łęgowych. Słynęły ze swojej urody topolowe aleje z Puław do Kazimierza oraz z Marymontu na Bielany. Po tej drugiej już nie ma śladu żadnego. Dziś topola czarna występuje zazwyczaj pojedynczo lub w niewielkich zgrupowaniach, m.in. nad Wisłą koło Jabłonny. Często zwana jest topolą nadwiślańską, zapewne z tego powodu. Chociaż przecież nie tylko tam rośnie. W Kamieńczyku rośnie nad Bugiem.  


Topolowy gaj w Kamieńczyku. Fot.L.Herz
Zgrupowanie wiekowych topól w Kamieńczyku nazwałem gajem i jako gaj począłem prezentować w opracowywanych przez siebie przewodnikach. A więc to moja nazwa, nie miejscowa, ów „gaj topolowy w Kamieńczyku”. Nazwa wydała mi się stosowna, albowiem, gdy to miejsce zobaczyłem, wydało mi się miejscem niezwykłym, jakby aż - świętym. Wyraz „gaj" jest wyrazem ogólnosłowiańskim. Pierwotnie oznaczał ogrodzoną, chronioną przestrzeń z drzewami. ,,Gaj ogrodzony stanowił najpierwotniejszy przybytek bogów" — pisał Zygmunt Gloger. Językoznawcy wskazują także na pokrewieństwo nazwy gaj oznaczającej wśród Słowian święty gaj oraz słowa raj oznaczającego miejsce wędrówki dusz po śmierci. Kamieńczykowskie  topole były najpewniej sadzone. Kiedyś rosły wcale gęsto, widać to na archiwalnym zdjęciu Tadeusza Sumińskiego, pomieszczonym w albumie z 1964 roku, na którym zobaczyłem je po raz pierwszy. Nie wykluczone, że te drzewa sadzono tutaj z konkretnego powodu. Na pewno nie jako gaj święty. Zapewne dlatego, żeby rosnąc utrwalały brzeg rzeki, chroniły osadę przez podmyciem z jej  strony. A może też dlatego, żeby ratowały ludzkie sadyby w czasie burzy; topole od dawien dawna znane były jako swego rodzaju odgromniki, przyciągające pioruny. Ale jest jeszcze jedna możliwość do rozważenia.
    Kazimierz Moszyński w swoim monumentalnym dziele „Kultura ludowa Słowian” pisze o tym, że w czasie rozlewów Prypeci używano  ogromne czółna, te „duby” poleskie wyrabiano z ogromnych sokór lub dębów, a mieściły w sobie niekiedy wóz z parą koni, albo nawet i dwa wozy. Dziś gdy drzewa-olbrzymy należą do rzadkości, trudno to sobie nam wyobrazić. W czasie gdy sadzono te drzewa, które zobaczyć można jeszcze dziś w Kamieńczyku, był on osadą flisacką, żył nad rzeką i z rzeki, dla jego mieszkańców czółna były sprzętem pożytku codziennego. A więc może i z ich powodu sadzono te topole? 

     Może ktoś z Czytelników ma coś interesującego do dorzucenia do tej opowieści o tym cudownym kamieńczykowskim nadbużnym gaju o przedziwnej prezencji. Kto wie czy nie tak wyglądał tolkienowski las Entów ze Śródziemia.  
Las Entów koło Kamieńczyka. Fot.L.Herz

wtorek, 29 maja 2018

Liwiec w Świniotopi

Przez cały miesiąc nie miałem chwili czasu dla blogu, kończyłem kolejną swoją książkę, a i pogoda nie sprzyjała moim wycieczkom, bo burze latały często gęsto, a ja jestem niestety meteopatą i bardzo na zmienne ciśnienie czuły. Skoczyłem tylko raz jeden nad Liwiec do Świniotopi, a to jest taka wioska wśród lasów nad rzeką niedaleko od Kamieńczyka i ujścia onego Liwca do Bugu. Podobno jej nazwa pochodzi od tego, że świnie się tam w piachach topiły. Jak powiadają jest to  nazwa żeńska, tak w każdym razie chce tradycja, a więc mówić należy TA Świniotop, a nie TEN Świniotop. A prócz tego, to już prawie nie wioska, tubylcy są albowiem w mniejszości, w Świniotopi jest bardzo wiele domów letniskowych i od rolników letników tam więcej, latem szczególnie. Na szczęście w kilku miejscach da się dojść do rzeki, a do rzeki dochodzi tam także las i to są bardzo, ale to bardzo urodziwe miejsca. Obfotografowałem je i polazłem potem te kilka kilometrów na obiadek do Kamieńczyka. Tam jest arcysympatyczna knajpka i dają tam placek z mięskiem w środku, nazywa się ów placek "karczmarz" i jest wyśmienity nadzwyczajnie, w sam raz pod kuflowe piwo. 

............................................. 

czwartek, 26 kwietnia 2018

Niespodzianki mazowieckie: 
kościoły drewniane

Architektura drewniana jest wielką niespodzianką na nizinnej, mazowieckiej ziemi. Graniczy z cudem, iż mimo pożarów i kataklizmów wojennych, nękających tę część Europy, przetrwały do dzisiaj drewniane kościoły mazowieckie. Chociaż trudno w to uwierzyć, ale najstarszy z nich wzniesiono ok.1500 roku. Jest tych drewnianych budowli sakralnych ponad sto, a są pośród nich kościoły o pięknej bryle zewnętrznej bądź o cennej polichromii lub świetnych dziełach sztuki w wyposażeniu. 

Tak sobie myślę, że jeśli cokolwiek z dumą pokazywać np. swoim gościom z zagranicy, to właśnie te drewniane kościółki, a niektóre z nich są wyjątkowo malowniczo usytuowane. 

Boguszyce koło Rawy Maz.
Niepozorny z zewnątrz wiejski kościółek z połowy XVI w., we wnętrzu kryje znakomite dzieła sztuki.
 




Janisławice koło Skierniewic.
Ten najstarszy z mazowieckich kościołów drewnianych ma bardzo piękną bryłę i stoi w tym samym miejscu od pięciuset lat, pobudowany ok.1500 r.
 



Leoncin.
Ośmioboczna kaplica cmentarna w 1789 r. była postawiona w Głusku, a sto lat później przeniesiono ją na cmentarz leonciński.
 



Chotum nieopodal Ciechanowa.
Ten wdzięczny kościółek został wzniesiony być może w 1644 r. 

i do XIX w. był dworską kaplicą, a ok.1900 r. został ozdobnie oszalowany.
 


Gąsiorowo koło Pułtuska.
Nie spotykany w innych drewnianych kościołach mazowieckich jest niezwykły kształt tej świątynki, postawionej wśród sielskiego, mazowieckiego pejzażu 

w 1792 r.
Barcice.
Kościółek o zrębowej konstrukcji z 1758 r. o trzech nawach i trzech wieżyczkach.
 




Mariańskie Porzecze,
Budowę kościoła Ojców Marianów ukończono w 1776 r., a swoją bryłą naśladuje on barokowe świątynie murowane.
 

 






Waliska.
W romantycznym otoczeniu w osadzie pośród lasu koło Nowego Miasta nad Pilicą znajduje się ten niewielki kościółek z 1650 r. 

We wsi Skuły znajduje się mój absolutny faworyt, lubię  albowiem bardzo ten kościółek z 1678 roku; bardzo on wiejski w bardzo urodnej stoi okolicy i wnętrze świątynki jest urocze

  
Stara Rawa.
Wieś nad Rawką szczyci się drewnianym kościołem z XVIII wieku i smukłej sylwetce.




Gończyce.
Z 1740 roku pochodzi, przy okazji kolejnych remontów coś tam mu dodano, prezentuje się całkiem ładnie. 




Grzebsk.
Kościół z XVIII wieku.
Sama radość z okolic Mławy
na dodatek pięknie odremontowana jest ta radość.
 Sinołęka
w okolicy Mińska Maz. ,
kaplica dworska
z drewna
modrzewiowego z r.1725 




 

Długa Kościelna.
Jeden z najstarszych, o najładniejszej ze wszystkich bryle, stał przez pięćset lat,
w roku 2000 spłonął podpalony przez pijanego rodaka; 
kuria nie zdecydowała się na jego odbudowanie...

Lewiczyn. W okolicach Grojca wznosi się ten kościół z 1606 roku, a jego wnętrze należy do najcenniejszych na Mazowszu.






Od lat jeżdżę sobie po Mazowszu i kolekcjonuję te kościółki.  
Ze swojego obfitego zbioru fotografii wybrałem kilka. Może ktoś z Czytelników blogu zechce wskazać jakieś swoje szczególniej lubiane? I napisać dlaczego te akurat.
Są dwie pozycje przewodnikowe o mazowieckich kościołach drewnianych. bibliograficzne. Jedna to Jacka A.Wiśniewskiego "Kościoły drewniane Mazowsza". Druga to dwutomowa książka o charakterze przewodnika, napisana przez Henryka Sienkiewicza "Z zapachem starego drewna".  Obie pozycje mają swoje wady i zalety.