sobota, 19 września 2020


Nadrzewne kapliczki z magicznej Bartnicy   

Moja pierwsza wycieczka przez Puszczę Bolimowską prowadziła tamtędy. To była długa, wytężająca, całodzienna  wycieczka. Później, w latach następnych, gdy coraz mocniej zacząłem  wsiąkać w krajoznawstwo, dowiedziałem się, że ta droga, nosząca nazwę Drogi Łowickiej,  jest historycznym traktem, przez wieki wiodącym od Łowicza przez Puszczę Bolimowską  ku Rawie Mazowieckiej. W czasach książąt mazowieckich i długo jeszcze potem był to trakt bardzo ważny, o znaczeniu dorównującym dzisiejszym głównym szosom. 
Podróżowali Drogą Łowicką wojewodowie, książęta, królowie i prymasi. Tym traktem szła  zapewne małopolska armia Władysława Jagiełły pod przewodem samego króla, zdążającego ku polom Grunwaldu. Najczęściej jednak podróżowała szlachta, przeważnie do grodu na roki sądowe "bo nie było prawie szlachcica, który by nie chadzał do prawa, nie potrzebował oblatować jakiegoś przywileju, munimentu, intercyzy; aktykować czegoś ku wiecznej rzeczy pamięci, obdukować, manifestować się lub protestować" (Władysław Łoziński, 1907 r.). Tędy wreszcie, jeszcze w 2 połowie XVIII w. ciągnęli sprzedawcy i kupcy na słynny łowicki jarmark koński "na świętego Mateusza". W ostatnich latach drogę zmodernizowano i poszerzono, przystosowując do ciężkich pojazdów, które obecnie są używane do transportu dłużyc, wyciętych w lesie. 
      W czasach swojej młodości wcale często z plecakiem wędrowałem tą drogą. Wędrówkę zaczynałem w Nieborowie, czasem jeszcze wcześniej, na stacyjce kolejowej w Mysłakowie koło Łowicza, zanim zanurzyłem się w lesie, zwiedzałem Arkadię i Nieborów. Wędrówkę kończyłem na przystanku kolejowym Rawka koło Skierniewic, Rawka wtedy nie była jeszcze skierniewicką dzielnicą.  W latach mojej młodości, a przypadły one na lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, tak się wtedy chodziło. 
    Od strony Nieborowa las był ogrodzony, to była pozostałość jeszcze z czasów radziwiłłowskich, a ogrodzenie zapobiegało wychodzeniu leśnej zwierzyny na uprawne pola. Do lasu wchodziłem przez bramę. Bylem akurat świadkiem, jak furmanka wjeżdżała do lasu. Chłop otworzył bramę i potem, jak już tam wjechał, zamknął za sobą.Tak było, chociaż trudno w to dzisiaj uwierzyć. W tamtych czasach takie ogrodzenia z bramami także i w innych większych kompleksach leśnych. Takie były wtedy zwyczaje. Przedwojenne one były...
    Za bramą zaczynała się leśna droga. Szło się nią i szło, trwało to i trwało, wokół rósł las, nic, tylko las. Z Mysłakowa do Rawki ł szmat drogi, ponad 27 km jednym ciągiem, skrócić trasy się nie dało. W sumie jednak to był szlak dość nudnawy,  las po obu stronach drogi, żadnych polan, bez przerwy sosnowe bory, porastające równinne, sandrowe piaszczyska. Jedno tylko miejsce się wyróżniało. Wyróżnia się nadal, byłem tam dość niedawno. To skrzyżowanie Drogi Łowickiej z poprzecznym duktem, w którego otoczeniu rośnie sporo dębów. Najładniejsze dwa rosną przy samym skrzyżowaniu, jeden z nich jest pomnikiem przyrody. Na dębach umieszczono kapliczki nadrzewne, a okolica zwana jest Bartnicą i zdaje się wskazywać na to, że kiedyś znajdował się tutaj bór bartny.
   

W Bartnicy wśród Puszczy Bolimowskiej
     
 
    To miejsce przy Drodze Łowickiej w Bartnicy jest miejscem przedziwnym, magicznym. Nadrzewne kapliczki tego rodzaju są w Polsce dość powszechne. W niektórych regionach, np. w Karpatach, szczególnie na Podhalu, przybierają wyrafinowaną niekiedy formę artystyczną. Zawsze są wyrazem religijności wiejskiej. Często są wyrazem wdzięczności za otrzymane łaski, jako wota dziękczynne za uzdrowienie, ocalenie, szczęśliwe narodziny. Jednocześnie mają zapewnić dalsze łaski i opiekę. Najczęściej, tak jak i tutaj zapewne, strzegą tych, którym wypadła droga przez las, a w lesie – jak wiadomo – czai się moc niebezpieczeństw.
        Opowiadają, że w tym miejscu straszy Zły. Dlatego więc na drzewach umieszcza się kapliczki i wianki. Kapliczek musi być pięć, a wieńców siedem, razem dwanaście, i dopiero wtedy Zły do człowieka przystępu mieć tutaj nie będzie. Dlaczego akurat dwanaście i dlaczego kapliczek pięć, a wianków siedem, tego informatorzy powiedzieć autorowi nie umieli. Warto więc powiedzieć, iż te wszystkie liczby mają nie tylko ukrytą symbolikę, lecz mają czasem znaczenie również magiczne. Dwunastka z dawien dawna, zarówno wśród pogan, także Żydów i chrześcijan, była liczbą szczególnie cenioną. Dwunastka może posłużyć za wieloraką miarę, ponieważ stanowi pewien środek między wiele, a mało. Siódemka w Starym Testamencie jest liczbą świętą, ponieważ Bóg po stworzeniu świata odpoczął właśnie dnia siódmego. Tajemnicze wizje Apokalipsy mówią o siedmiu pieczęciach, siedmiu grzmotach, siedmiu trąbach, plagach, jest siedem cnót i siedem grzechów głównych, siedem demonów wypędzał Jezus z Magdaleny I o symbolice liczby pięć wiele można powiedzieć. Werdług pitagorejczyków liczba pięć oznacza wesele, zaślubiny. Św. Augustyn odnosił liczbę pięć do zmysłów człowieka, pięć panien mądrych to te, które powstrzymują się od uciech zmysłowych. Ale, rozważania rozważaniami, czy ci co owych pięć kapliczek w Bartnicy wieszali, wiedzieli coś o pitagorejczykach i kim oni byli? Albo chociaż o Św.Augustynie? Więc, a może, kto wie? zapewne wszystko to spekulacje i tyle...
W czasie swojego pobytu w Nieborowie Puszczę Bolimowską odwiedził znakomity polski pisarz, niezrównany artysta reportażu Ryszard Kapuściński (1932-2007). Zanotował w „Lapidarium II”: „O świcie (słońce, wreszcie słońce!) poszedłem do Puszczy Bolimowskiej. Idąc z pałacu, najpierw mija się pochylone, ciężkie od rosy łany zboża, potem jakieś podmokłe, wysrebrzone łąki, wreszcie jest las, od razu wysoki, stary, dawno tu zasiedziały, władczy. Przeszedłem obok gajówki Siwice, minąłem gajówkę Polesie, przesieki, rowy, aż w końcu dotarłem do środka puszczy. Rosły tu dwa wiekowe, rozłożyste dęby, do jednego przymocowana była kapliczka. Pod obrazem stały w słoikach dwa pęczki konwalii - plastikowych. Spotkałem chłopa z sąsiedniej wioski - Borowiny. Urodził się w tych lasach i tu przeżył życie: ma 67 lat. (...) Powiedział mi, że miejsce, w którym stoimy, nazywa się Sarnia Linia i że stała tu [w tych lasach; przypis LH] kiedyś leśniczówka Kaczew (bo niedaleko były bagna, a na nich roje kaczek). Teraz „poszła melioracja", ale i tak niedawno widział dwa łosie. Wielkie.
Poprawia coś przy swoim rowerze i mówi: „Czasem jak se jadę tą drogą, takie mnie myśli nachodzą, że to się w głowie nie mieści". Ale jakie są to myśli, czego dotyczą, a przede wszystkim dlaczego nie mieszczą się w jego głowie - tego już nie powiedział.” .

    Przy opracowywaniu tej opowieści korzystałem m.in. z następujących pozycji literatury: Baranowski Bohdan – W kręgu upiorów i wilkołaków, Wyd.Łódzkie 1981; Forstner Dorothea – Świat symboliki chrześcijańskiej, Pax 1990; Kapuściński Ryszard – Lapidarium II, Czytelnik 1995; Kopaliński Władysław – Słownik symboli, Wiedza powszechna 1990. Wykorzystałem w tej opowieści fragmenty mojego przewodnika "Bolimowski Park Krajobrazowy", wyd.Rewasz, 2011; w niewielkiej na szczęście części, ale jednak trochę się zdezaktualizował. 



niedziela, 6 września 2020

Krajoznawcze archiwalia autorskie

Najdłuższy drewniany most Europy.

Ten drewniany most na Wiśle  stał koło Wyszogrodu. Rozebrano w 1999 roku. Jeszcze jeździłem po nim samochodem. Była ta jazda niemałym przeżyciem. To był najdłuższy europejski most drewniany, miał aż 1285 metrów długości, wybudowali go polscy i radzieccy jeńcy wojenni w 1944 roku  z drewna pochodzącego z Puszczy Kampinoskiej. O ten drewniany most rok w rok bohaterska walkę z napierająca krą toczyli wojskowi saperzy.     
     To zdjęcie mostu sfotografowałem pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku z wierzchołka Góry Zamkowej w Wyszogrodzie. Zamku już też nie. Rozebrali go Prusacy pod koniec XVIII wieku.W roku 1313 zmarł w tym zamku książę płocki Bolesław. Murowany zamek postawiono dopiero za panowania Kazimierza Wielkiego. Był siedzibą starostów królewskich. Wierczchołek Góry Zamkowej teraz jest świetnym punktem widokowym.     
       Za mostem widać na zdjęciu drzewa na Konfederatce, ogromnej wiślanej kępie. To długa na trzy kilometry wyspa, na którą obecnie dostać się można tylko łodzią, ale jeśli się na to zdobyć, może to być  romantyczna krajoznawcza wyprawa. Kilkadziesiąt lat temu były na tej kępie wiejskie siedliska, pozostały zdziczałe resztki sadów, na lato zawozi się tam krowy i tylko dla udoju do nich przypływa.
       Nazwa tej kępy jest związana z wyczynem syna kozackiego hetmana, Józefa Sawy-Calińskiego, marszałka wyszogrodzkiego konfederacji barskiej, jednej z najbarwniejszych postaci polskiego romantyzmu. Bohater "Pamiątek Soplicy" Henryka Rzewuskiego i "Snu srebrnego Salomei" Juliusza Słowackiego. W roku 1768 roku czele zorganizowanego przez siebie dwutysięcznego oddziału stoczył na Mazowszu kilka udanych potyczek, a nim został ujęty i stracony,  śmiałym fortelem zdobył  obsadzony przez carskie wojsko Wyszogród. 
         O tej przystani u stóp Góry Zamkowej też by należało coś powiedzieć. Ale pozostawię tę opowieść na inną okazję. Kto ma ochotę wiedzieć to już teraz, zapraszam do lektury mojej książki "Podróże po Mazowszu" (wyd.Iskry,2016), tam jest cały rozdział o Wyszogrodzie i wyszogrodzkiej Wiśle.
 
 
      Składnica drewna w Piaskach Królewskich.



W zachodniej części Puszczy Kampinoskiej znajdują się Piaski Królewskie. Dzisiaj  jest to niewielka śródleśna polana, na niej miejsce turystycznego wypoczynku, mały parking i węzeł kilku znakowanych szlaków turystycznych. Sześćdziesiąt lat temu było inaczej. Tę składnicę drewna obok stacji kolei wąskotorowej w Piaskach Królewskich zdjąłem w latach sześćdziesiątych XX wieku. Już istniał park narodowy, wytyczono jego granice, park miał swojego dyrektora,  ale nie miał jeszcze zatwierdzonych planów ochrony i wciąż jeszcze realizowano istniejące, nadal obowiązujące plany pozyskiwania drewna. W Piaskach Królewskich wciąż istniała ogromna składnica drewna, stamtąd wywożonego wąskotorówką do Sochaczewa, gdzie było przeładowywane na wagony normalnotorowych pociągów towarowych.
       Budowę kolejki leśnej w Puszczy rozpoczęły w puszczy okupacyjne  wojska pruskie w latach 1916-17. Kolejka ta miała ułatwić transport masowo wycinanego starodrzewu, w Niemczech bowiem było potrzebne drewno, a to najlepiej było zdobywać w krajach okupowanych, aby nie niszczyć własnych lasów. Kampinoskie lasy pokryły się siecią torów. Dochodziły też  do bindugi nad Wisłą, skąd drewno spławiano rzeką. 
       Po odzyskaniu niepodległości w niepodległej Polsce rozwijano budowę kolejek leśnych;  kraj był biedny, a drewno miało swoją cenę. Drewno przestano spławiać rzeką, gdy jesienią 1923 roku ukończona została budowa Powiatowej Kolei Sochaczewskiej. Ona również była wąskotorową i zaczynała się przy stacji kolei normalnotorowej w Sochaczewie, kierując się do Tułowic, gdzie linia rozdzielała się na dwie odnogi, do Wyszogrodu i do Piasków Królewskich. 
        W latach międzywojennych Piaski stały się wielkim węzłem kolejowym i tutaj też znajdował się tartak. Tu przeładowywano drewno, bowiem kolejka leśna i kolej sochaczewska, mimo iż obie wąskotorowe, różniły się jednak rozstawem torów. Wśród puszczy był tutaj trójkąt do obracania parowozów, rampa przeładunkowa i budynek stacyjny, oraz charakterystyczna dla tego rodzaju stacji studnia do naboru wody do parowozów.
      W czasie drugiej wojny światowej Niemcy kontynuowali rabunkowy wyrąb Puszczy, zaczęty przez nich w czasie wojny pierwszej. Wraz z utworzeniem Kampinoskiego Parku Narodowego stacja w Piaskach dość szybko straciła znaczenie. Tartak zlikwidowano, budynki rozebrano. Pasażerskie pociągi kursowały jeszcze przez jakiś czas, ale tylko w dni targowe w Sochaczewie, którymi tradycyjnie były wtorki i piątki.
 
           Od dawna już kolejka tędy nie jeździ. Po prostu: nie jest potrzebna! W Kampinoskim Parku Narodowym nie wycina się drzew na skalę przemysłową, jak w nieobjętych ochroną przyrody lasach państwowych. W części parku narodowego, która objęta jest ochroną czynną (a nie ścisłą) nadal wycina się co prawda drzewa, ale przede wszystkim tam, gdzie jest niezbędna przebudowa drzewostanu, albowiem - jak wiadomo - latami sadzono w puszczy przede wszystkim sosny, nawet tam, gdzie rosnąć nie powinny, bo sadzono je na niewłaściwym dla sosen siedlisku.  Niemniej,  zobaczyć wciąż można ułożone w stosik zrąbane drzewa, ale nie należy z tego powodu szat rozdzierać; wszystko jest pod kontrolą.
 
Jak kiedyś się do Puszczy Kampinoskiej jechało:
  Koleją wąskotorową z Sochaczewa
 
Łodzią przez Wisłę z Czerwińska
 
Pekaesem z Marymontu do Leoncina
 
Kolej wąskotorowa z Sochaczewa odegrała pewną rolę w moim turystycznym wędrowaniu po Puszczy Kampinoskiej. Tą kolejką też jechałem na wycieczkę w tamte strony. Moja kolejowa wyprawa w roku 1962 wyglądała tak: wpierw jechałem pociągiem do Sochaczewa, a potem wąskotorówką przez Tułowice do Piasków, oczywiście, że w dzień targowy, tylko wtedy pociągi dojeżdżały do Piasków. Stamtąd szedłem  na nogach przez las w kierunku Leszna, gdzie była pętla autobusowa. Autobusy kursowały po kocich łbach na dworzec PKS przy ul.Żytniej.
        Jeszcze bardziej egzotyczną była pierwsza z moich wycieczek pieszych w północno-zachodniej części puszczy. Z dworca PKS na ul.Żytniej jechałem autobusem do Czerwińska, skąd - po zwiedzeniu zabytkowego opactwa - pan Kazimierz Lewandowski przeprawił mnie łodzią na drugi brzeg Wisły. Był tzw. wytykarzem, bo wytykał latarniami i specjalnymi drągami, wbijanymi w dno rzeki, aktualny korytarz dla statków wiślanych. Nurt na Wiśle jest jak wiadomo bardzo zmienny, pan Lewandowski miał więc co robić. A w przerwach między zajęciami, przewoził turystów. 
       Po przewózce, od Śladowa wędrowałem już pieszo przez Krzywą Górę i Granicę do Kampinosu. Tam jednak przyszedłem za późno, uciekł mi przedwieczorny autobus, a następny był dopiero rano. W Kampinosie musiałem przenocować.
 
      Był w Kampinosie dom wycieczkowy PTTK

Kampinoski dwór zbudowano w początkach XIX wieku. W czasie powstania styczniowego 1863 r. w nim była siedziba sztabu Zygmunta Padlewskiego i Mieczysława Romanowskiego, przybyłych z Warszawy aby organizować powstańcze oddziały. W czasie II wojny światowej mieściła się w dworze placówka graniczna żandarmerii hitlerowskiej żandarmerii hitlerowskiej; wzdłuż kanału Łasica przebiegała granica pomiędzy tzw. Generalnym Gubernatorstwem, a na północ od kanału znajdującymi się terenami, włączonymi przez nazistów do Rzeszy Niemieckiej. Polscy mieszkańcy wsi musieli nosić specjalne opaski. W parku dworskim rozstrzelano wielu Polaków. 
    W czasach Polsce Ludowej  w kampinoskim dworze znajdował się dom wycieczkowy PTTK, cudownie prowadzony przez pp.Pudłowskich. Tak mi się tam u nich podobało, że wiele razy z ich gościny później korzystałem. Choćby tylko przechodząc obok, przed wyruszeniem na szlak lub wracając, zanim wsiadłem do autobusu powrotnego,  zawsze wstępowałem tam na herbatę i przyjazną rozmowę. 
       W czasach mojej turystycznej młodości nie było żadnych  kursów autobusowych z Kampinosu do Warszawy, bo i dobrej szosy do oddalonego o 9 km Leszna też nie było. Do Warszawy wracało się z Kampinosu kursem  w kierunku Żyrardowa. To była jazda  z przesiadką na pociąg w Teresinie.
        Wycieczki z Warszawy do zachodniej części puszczy były wtedy wymagające. Z komunikacją było słabo. Na północnym obrzeżu puszczy, na kampinoskim Powiślu była tylko jedna szosa, którą dawało się jechać autobusem, wiodła od Kazunia do Leoncina. Z Warszawy poczciwe "ogórki" w tamtą stronę odjeżdżały z dw.PKS Marymont (był przy ul.Żeromskiego, mniej więcej tam, gdzie znajduje się stacja metra Słodowiec). Zrazu kocimi łbami, bo nie było asfaltu, dojeżdżały do Głuska, późniejszymi laty do Leoncina i dopiero wiele lat potem do Starego Polesia i Nowin. Lud polski nie miał prywatnych samochodów, takie bowiem były czasy i komunikacja publiczna była koniecznością. 
    Zapchane bywały autobusy do Leoncina. Na końcowym przystanku czekały zaprzężone w konia furmanki, aby podwieźć przyjezdnych krewniaków do rodzinnych domów w okolicznych wioskach. A jak się chciało wracać po wycieczce, to koniecznie z pierwszych przystanków na trasie. Już na pętli w Leoncinie można było się nie załapać na miejsce siedzące, a w Cybulicach nie wejść do zapchanego pojazdu. Jedną ze swoich wycieczek kończyłem na przystanku Cybulice Las pośród Boru Kazuńskiego. Liczyłem na autobus ostatni, ale się przeliczyłem, był załadowany, więc nawet się nie zatrzymał na przystanku. Wraz z przyjaciółmi zaczęliśmy wędrówkę szosą, po ośmiu kilometrach głuchą nocą wsiadaliśmy do pociągu w Modlinie. Tak się uczyłem pieszej turystyki. Bo, jak był odpust w Lesznie, to i stamtąd odjechać się nie dawało, jako że ścisk był niemożebny.  
    Ogromnie  żałuję, że tego wszystkiego nie fotografowałem. Pewnie dlatego, że fotografowanie było niezbyt tanie, więc się oszczędzało, a wolne klatki na fotograficznej błonie zostawiało  na zdejmowanie puszczy, a nie obcych ludzi w zapchanym pekaesie. 

Tak to się, proszę państwa,  za czasów mojej młodości dojeżdżało na wędrowanie po Puszczy Kampinoskiej...
...............................................






wtorek, 1 września 2020

Kraina wiecznej szczęśliwości 
dla dobrych ludzi.
Epizod z życia w mazowieckim Nadkolu 
nad Liwcem

Avenue des Champs-Élysées jest dwukilometrowej długości, szeroką i bardzo reprezentacyjną aleją w mieście Paryż nad Sekwaną, gdzie podąża od placu Zgody ku Łukowi Triumfalnemu. Francuskie  Pola Elizejskie, jak  znane u starożytnych Greków mitologiczne Elizjum, dla Paryżan wydają się być przeznaczonym dla dusz dobrych ludzi miejscem wiecznej szczęśliwości i wiecznej wiosny. One też są mitem. Niemal mityczne Pola Elizejskie, jak się okazuje, a przekonałem się o tym naocznie i mam na to dowód w postaci załączonej fotografii, są nie tylko w Paryżu! Znalazły się także ...w Nadkolu nad mazowieckim Liwcem. W
zdecydowanie skromniejszej postaci, ale przecież jednak tam są. 


 
Liwiec w Nadkolu

O Liwcu można nieskończenie. Rzeka ma kilka twarzy, najbardziej znana znajduje się w okolicach Urli. O letniej porze zaludniają się liczne w całej okolicy letniskowe domki, domy i wille w miejscowościach znajdujących się w dolinie Liwca, w Kamieńczyku, Świniotopi, Halinie, Pustych Łąkach, Nadliwiu, Strachowie i Urlach na zachodnim brzegu rzeki, oraz na brzegu wschodnim w Nadkolu, Koszelance, Gniazdowie, Julinie i Barchowie. Tu i tam pozostały jeszcze domy stałych mieszkańców tych rolniczych niegdyś wiosek,  tyle, że dzisiaj już nikną pośród masy domów letniskowych.

Uliczki we wszystkich osiedlach letniskowych są przeważnie zwykłymi, gruntowymi drogami. Mają swoje nazwy, nie tylko nad Liwcem, także nad Świdrem, Bugiem, Narwią i jeszcze gdzie indziej, jest albowiem tych osiedli wiele w okolicach podwarszawskich. Najczęściej noszą nazwy sympatycznie zwykłe i banalne, np. Wrzosowa, Akacjowa, Sosnowa, chociaż niektóre bywają całkiem oryginalnie, jest np. uliczka Mlekicie w Szuminie. W osiedlu nad zakolem Liwca koło wsi Nadkole, pośród typowo podwarszawskich „daczy”, na ogrodzeniach przy piaszczystych, wyboistych drogach, umieszczono metalowe, emaliowane tabliczki z bardzo dowcipnymi nazwami, wskazującymi na szczególną miłość mieszkańców tego osiedla do Francji: Allée des Jeunes Maries, Champs-Allée  des Elysées de Nadkole albo Rondo a Bientôt. Czyż nie urocze?









Zaciekawiony tym kto jest tego sprawcą, zapytałem o to  zaprzyjaźnioną romanistkę, ta zasięgnęła języka i  odpowiedź  nadesłała taką...

W Nadkolu, idąc szosą od strony Łochowa na początku wsi z lewej strony,  jest stara chata, duża niczym dworek, należąca z dawien dawna do rodziny Piórów.  Bodaj jedyny obiekt w Nadkolu wpisany do rejestru zabytków i opatrzony odpowiednią plakietką. Dziś zaniedbany, ale kiedyś było to zamożne gospodarstwo. Z drugiej strony jest wielkie podwórko i ogromna stodoła szerokości chaty. Stodołę przeszło 30 lat temu kupiła jedna z wielkich rodzin arystokratycznych (Radziwiłłowie? Lubomirscy? Czartoryscy?), aby móc sprowadzać na wspólne wakacje dzieci krewnych mieszkających zagranicą, w większości francuskojęzyczne. Prymitywną stodołę przystosowali do celów mieszkalnych, doprowadzili wodę, zlikwidowali sławojkę. Miejsce bardzo się na rodzinne wakacje nadawało, za stodołą jest sad, a dalej sosnowy borek i prześliczny tam Liwiec. Sąsiednie uliczki dla zabawy nazwali z francuska, na płotach powiesili deski z ich nazwami. Musiało się to spodobać lokalnym decydentom, skoro prymitywne deski zastąpiono, wydaje się, oficjalnymi francuskimi nazwami ulic.

Mazowiecki Liwiec pod Warszawą widocznie ma w sobie coś,  czego nie sposób nazwać, niewątpliwie jego atmosfera jest "klimatyczna", jak teraz mówi się o czymś takim. Podobnego zjawiska jak Liwiec nie znajdzie się nigdzie indziej w Polsce, ba! nigdzie indziej na świecie. To coś musi być wartością ogromną, skoro ciągnie ku sobie i to tak, jak tych francuskojęzycznych polskich emigrantów z arystokratycznych rodzin, którzy chcą, aby ich wnuki właśnie nad Liwcem, a nie w renomowanych kurortach europejskich spędzały wakacje. 


...a może ktoś z Czytelników zechce opowieść tę uzupełnić sobie znanymi szczegółami? Zapraszam.

Liwiec koło Nadkola



wtorek, 14 lipca 2020


Opowieść o Rgilewnicy

Astronomiczne lato zaczęło się zgodnie z planem 20 czerwca, tuż przed godziną 21. Przez Mazowsze przechodziły  burze z monstrualnymi ulewami,  nadlatywały i dręczyły nas niemal codziennie, pojawiały się najczęściej około szesnastej i robiły swoje. Ulewne deszcze równie imponująco zaopatrzyły w wodę podwarszawską Puszczę Kampinoską. Woda była  wszędzie tam, gdzie być powinna. Sprawdziłem to na początku lipca, gdy zawędrowałem do podwarszawskiej puszczy.


 
                Truskawska Droga na Paśniki. Początek wędrówki na spotkanie z Rgilewnicą.



   Wędrówkę zacząłem w Truskawiu. Okolica wspaniała, a pretekst do wędrówki miałem znakomity. Szedłem na spotkanie z Rgilewnicą. To przedziwna struga, która czasem bywa, ale najczęściej jej nie ma. Swoją nazwę zyskała w okresie średniowiecza i szybko ją straciła.  Dowiedziałem się o niej  z pracy doktorskiej pierwszego dyrektora Kampinoskiego Parku Narodowego, Kazimierza Heymanowskiego. Praca nosiła tytuł "Dzieje Puszczy Kampinoskiej (do połowy wieku XIX)" i w roku 1964 została wykonana w Zakładzie Historii Leśnictwa SGGW w Warszawie pod kierunkiem prof.dr Antoniego Żabko-Potapowicza.

Tam właśnie, w tej pracy przeczytałem, że gdy w roku 1419 roku od własności sąsiednich dóbr prywatnych rozgraniczano dobra klasztoru czerwińskiego, do których należał m.in.Truskaw, w dokumencie, który to rozgraniczanie opisał, zaznaczono istnienie rzeczki Rgilewnicy, płynącej przy tej wsi. Wspomniano nawet o młynie, znajdującym się powyżej Truskawia. Tylko ten jeden raz została zapisana nazwa tej rzeczki, właśnie w roku 1419. Później już nigdy. Nic dziwnego, że współcześni mieszkańcy okolicy nawet nie mają pojęcia, że  kiedyś w ich  okolicy płynęła rzeczka tej nazwy. 


Zafascynowała mnie ta  Rgilewnica. Skąd taka dziwna nazwa?  Brzmi pociągająco. Co oznacza, od czego pochodzi? Najwięcej podpowiedział mi Aleksander Bruckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego (PWN  1970, II wydanie). Niejasne jest pochodzenie  tej nazwy, bardzo osobliwej dla nas, dzisiejszych. Zacznijmy rozważania od nazwy wsi Truskaw, bo to z nią po raz pierwszy, a do czasów współczesnych raz jedyny, związana jest nazwa tej Rgilewnicy.  Nazwa wsi Truskaw pochodzi od trusku, tj. szelestu. Brückner przytaczał nawet charakterystyczny staropolski zwrot: za lekkim truskiem liścia. W  tej puszczańskiej okolicy aż dwie wioski  noszą podobną nazwę: Truskaw i  Truskawka.  W średniowieczu truskawkami nazywano poziomki i inne rośliny leśne. Dopiero później ta nazwa dla określania nią owoców leśnych została zapomniana, a przylgnęła do owoców ogrodowych, których ogromne plantacje tak liczne są dzisiaj na Mazowszu i które z nich słynie.
    Nazwę Rgilewnicy Aleksander Brückner wiązał ze zbożem, a dokładniej z żytem, poczynając od jego bardzo starej, prasłowiańskiej nazwy: reż. Jak żyto zwało się reż, tak mąka  rżaną i z tej bardzo starej nazwy pozostało do dzisiaj już tylko rżysko, które wciąż ma się dobrze i jest używane pospołu ze ścierniskiem. U nas ta osobliwa nazwa żyta już dawno została zapomniana, acz w Ciechanowskiem znajduje się wioska, długa śródleśna ulicówka o wciąż używanej nazwie Rzy. Współczesne słowniki mówią, że w  Rzach urodzeni rzianin lub rzianka  pochodzą z Rzów. Co wymawiać trzeba nie jak "ż", ale każdą literę osobno. Zadziwiający jest doprawdy język polski! 
    Powiada Brückner, że reż,  ta prasłowiańska nazwa pośledniejszego (wobec pszenicy) zboża, u nas od 15. wieku została niemal zapomniana, a ocalała w tych kilku urobieniach, jak wspomniane rżysko. U innych Słowian natomiast, do dziś jest żywotna: Rosjanie mają  roż (narzeczowe irża, orżanoj), Serbowie raź, Czesi reż (w drugim przypadku: rżi). A sąsiadujący z nami Litwini mają ruggys, tj.ziarno rży, a w liczbie mnogiej rugiai oznacza właśnie ‘żyto'. Niemcy od Słowian przejęli swoją nazwę nazwę żyta: Roggen. Chleb żytni to Roggenbrot. Być może  to zapożyczenie tkwi w nazwie wyspy Rügen (gdzie się dostała od uprawy rży?). U Słowian ocalało może Pierwotne "g"  u Słowian ocalało może tylko w prastarej nazwie bożka kijowskiego Rĭgł z XII wieku. 
   Aczkolwiek wydaje się to mocno ryzykowne,  poszukiwania pochodzenia nazwy Rgilewnicy w Puszczy Kampinoskiej wskazują na kult bóstwa żytniego, zbożowego. Kijowskego na dodatek. Prawda, że fascynujące? zastanawiające? Tyczy to nie tylko truskawskiej Rgilewnicy, lecz również dopływu Warty, długiej na ponad 44 km rzeczki Rgielewki oraz miejscowości Rgielew pod Kłodawą. Ale to domysł bardzo kruchy - pisał Brückner - wobec braku bliższych wiadomości o tym bożku Rgle na ziemiach polskich. 
     Dlaczego z żytem związano nazwę rzeczki koło Truskawia? Można tylko przypuszczać. Dawnymi czasy osady pośród lasów zakładano przede wszystkim dlatego, żeby uzyskać miejsce pod zasianie czegoś pożytecznego, koniecznego do życia, na przykład żyta. Dla naszych przodków las wydawał się być wiecznym, niezniszczalnym. Nie było nas, był las. Żyto natomiast było ważniejsze od lasu, bo żyto dawało życie. Ze zmielonego żyta powstawała mąka, z mąki w domu wypiekano chleb, a żyto na mąkę do tego chleba mełł młyn. I on istniał na Rgilewnicy i zostało to zapisane we wspominanym tu dokumenciey. Ludzie, mieszkający w średniowiecznym Truskawiu wszystko mieli na miejscu. Wodę mieli w Rgilewnicy, drewno na opał znajdowali w lesie, w którego runie wszelki leśny "trusk" na nich czekał, prawie wszystko było obok. Do najbliższego kościoła mieli daleko, ich parafią była Łomna, kawał drogi, nic dziwnego, że żyto urastało do boskiej rangi, albowiem karmiło.
     Oczywiście, że wszystko to luźne przypuszczenia w granicach literackiej fantazji. Chociaż niemal wszystkie domysły i rozważania kończą się na wszechmocnym >być może<, przecież jednak lekceważyć tych domysłów nie wolno.


         Rgilewnica po lipcowych ulewach latem  r.2020
Nazwę Rgilewnicy próbuję przywrócić świadomości współczesnych.  W swoich przewodnikach po Puszczy Kampinoskiej umieściłem  tę  nazwę na mapkach. Jednak na ogólnodostępnych mapach turystycznych (m.in. wyd. Compass),   Rgilewnicy nie ma.  Bo i tak naprawdę już tej strugi nie ma, chociaż – jak się zdaje – w czasie jej regulowania, zapewne jeszcze w wieku XIX, zachowano w kilku miejscach jej przebieg, np.  i całkiem wyraźnie meandruje ona u stóp zespołu wydm pomiędzy Truskawiem, a Zaborowem Leśnym. Gdy wody jest dużo, najczęściej przy końcu zimy,  oglądającym ukazuje się jak prawdziwa, naturalna struga. Przez większą część roku wody w niej nie ma, jak inne cieki wodne, tak i ona korzysta wyłącznie z wód opadowych. 
 


      Warto spojrzeć na tę mapkę, aby wiedzieć gdzie można szukać podwarszawskiej Rgilewnicy koło Truskawia. Na mapce oznaczyłem jej przebieg, poczynając od Dużego Rowu na południe od wsi Truskaw. Ten opaskowy rów melioracyjny niewątpliwie poprowadzony został śladem dawnej rzeczki, na co wskazuje jego kręta linia. Dzisiaj ten rów niesie wodę z pobliskiego anteopogenicznego jeziora, ze zbiornika Mokre Łąki.
      Na mapce oznaczyłem czerwonymi kółkami najważniejsze miejsca, w których można spotkać się z Rgilewnicą. Najbliższe Truskawia jest na Truskawskiej Drodze, która zaczyna się zaraz za parkingiem i prowadzi  nią żółty szlak turystyczny. Po jej prawej stronie jest sosnowy borek, zwany Korcówką. Zdaję sobie sprawę, jak wątła jest to nić domysłów, ale przypomnijmy, że korzec to dawna jednostka objętości, stosowana dla ciał sypkich, a sypkie jest  zboże, sypka jest mąka. Ta miara była stosowana od średniowiecza do 2 połowy XIX wieku. Nazwa Korcówka tak jakoś mi się ze zbożem kojarzy. Jak i Rgilewnica, co wytłumaczył mi prof.Brückner. 
      Niewielki staw jest obok, on często wysycha, zapewne służył  jako poidło dla gospodarskiej żywiny, bo w okolicy parkingu był kiedyś folwark, a więc obory, chlewy i kurniki. Ten folwark też odegrał rolę w historii, (ale to już zupełnie inna historia i do opowiedzenia przy innej sposobności). Zaraz  potem jest obniżenie terenu; na mapce oznaczyłem ją literką "b". Tutaj najpewniej znajdował się bród, wzmiankowany w dokumencie z 1419 roku. 
 
Rozlewisko w "obniżeniu Rgilewnicy" na Truskawskiej Drodze (20.02.2018 r.)



To obniżenie jest śladem, pamiątką po Rgilewnicy sprzed siedmiu wieków, miejscem po dawnym brodzie z czasów średniowiecznych. Po śnieżnej zimie lub dużych opadach latem, strugami i kanałami Puszczy Kampinoskiej płynie wtedy  opadowa woda, a tutaj jest tak duża,  że przejść się nie daje. Sądzę, że tym obniżeniem (poprzecznie do drogi) płynęła Rgilewnica, wtedy zapewne, gdy jeszcze korzystała z wysokich wód gruntowych, o poziomie tak dramatycznie dzisiaj obniżonym. A może i ze źródeł na wysoczyźnie nad prawiślaną doliną pod Babicami lub nawet na terenie dzisiejszych osiedli warszawskich.
      Staraniem dyrekcji Parku wkrótce ma zacząć się budowa wygodnego parkingu, na miejscu tego, co jest teraz. W Truskawiu powstanie elegancki, nowocześnie zaprojektowany punkt wejściowy dla turystów, wybierających się na wędrówkę w okolicę. A gdy to już się stanie, wtedy to obniżenie  (nazwijmy je półżartobliwie "obniżeniem Rgilewnicy") zostanie zasypane, droga  będzie na nasypie. Dyrekcja KPN nie będzie musiała zamieszczać w internecie ostrzeżeń, że droga jest podtopiona i szlaku przejść się nie daje.
Tarasowane przez powały koryto Rgilewnicy w Zaborowie Leśnym, 
struga jest  dzika i puszczańska. Zdjęcie z 23 kwietnia 2016 r.

        Gdy pójść tym szlakiem dalej, po trzech kilometrach wędrówki, w Zaborowie Leśnym można będzie zobaczyć ostatni fragment Rgilewnicy, jest bardzo malowniczy w porze wiosennej, z roku na rok zmienia się jego obraz, takiej strugi, jak ta ze zdjęcia można już nie zobaczyć! W pobliżu jest miejsce, w którym w wieku XIX rzeczka została wpuszczona w kanał, przecinający torfowiska uroczyska Kalisko. Zwany Kanałem Zaborowskim, pod Roztoką wykorzystuje częściowo koryto innej puszczańskiej rzeczki, a i ona nosiła w przeszłości nazwę o której opowiadać i opowiadać by się dało; płynąca koło Roztoki rzeczka nazywała się - Mustogoszcza.  
 
Uroczysko Paśniki.Pod tymi kładkami ukrywa się ślad Rgilewnicy. Zdjęcie z 7 lipca 2020 r.


       Czarny szlak turystyczny (i wiodąca nim ścieżka przyrodnicza) opuszczają parking Truskawską Drogą na Paśniki. Pierwsze kładki na tym szlaku postawiono na prawie  niewidocznym dla zwykłego turysty obniżeniu. I to miejsce jest na mapce oznaczone czerwonym kółkiem. W pełni lata rosną tam szuwary. Na dawnym korycie Rgilewnicy one rosną! 



Paśniki u progu lata. Obraz współczesny. Fot.L.Herz.

      O Paśnikach kilka słów rzec by należało, są cennym elementem krajobrazu, bardzo ważnym także dla nas, pasantów, wędrujących szlakiem turystycznym. Przez kilka wieków były wilgotnymi łąkami, karmiącymi truskawskie bydło. Paśniki to wciąż żywa nazwa miejscowa. Podobno jeszcze po zakończeniu II wojny światowej, zanim powstał  park narodowy, wypasano na nich około trzystu krów. W końcu Paśniki zostały wykupione przez Skarb Państwa  i znajdując się już w rezerwatowych granicach KPN, objęte zostały czynną ochroną przyrody, a tym, co teraz jest najważniejsze, to w ich części utrzymanie łąkowego charakteru krajobrazu. Leśnicy czuwają więc nad tym, aby Paśniki całkowicie nie zarosły, wycina się zbyt ekspansywnie wkraczające na nie drzewa i krzewy, a łąki są co jakiś czas mechanicznie koszone. W otoczeniu szlaku od wielu lat utrzymuje się fantastyczny, harmonijny krajobraz kulturowy. W wersji: "krajobraz parkowy". I o to też w chronieniu przyrody chodzi w parku narodowym.  
 
Przy bobrzej pomocy nawet rzeczka której nie ma, żyć zaczyna.Oto  Rgilewnica. Zdjęcie z 29 grudnia 2011 r.
       Jeśli jest duża woda w puszczy, Rgilewnica ujawnia się w całej swojej urodzie w miejscu, którego zdjęcie znajduje się powyżej, a do którego nie doprowadza żaden szlak (i dokąd bez zezwolenia dyrektora KPN chodzić się nie powinno). To miejsce znajduje się o pół kilometra od tej kładki z szuwarami, w gęstwie krzewów i młodego lasu u stóp Zakrętkowej Góry. To wszystko wokół strugi wyrosło samo z siebie, nikt tego nie sadził, wyłącznie natura. Bobry tam bobrują, łosie przychodzą do wodopoju.

Tę Rgilewnicę ze zdjęcia, zdejmowałem 29 grudnia 2011 r. w czasie bezśnieżnym. Fot.L.Herz.
Najlepszym miejscem dla fotografowania naszej bohaterki (gdy w strudze  płynie woda, oczywiście) jest to, gdzie u stóp wydm kładki turystyczne się kończą. Na niewielkim wzniesieniu przy drodze, wprowadzającej w wyżej położony teren wydmowy, rosła kiedyś lipa. Miejscowi nazywali to miejsce: Przy lipie, albo Przylipie. Podobno to było potężne drzewo, w środku było spróchniałe, miało dziupla była ogromna.  Gdy padał deszcz, chronili się w niej pastuszkowie, wypasający krowy na Paśnikach, łąkach koło Truskawia. Przeczekujący deszcz pastuszkowie rozpalili pośród drzewa ognisko, to i lipa spłonęła. Krów już nie ma żadnych w okolicy i lipy też nie ma.  Podejrzewam, że  ta lipa, sama osobiście, lub jej poprzedniczka, rosły przy młynie, który stał na Rgilewnicy i o którym również jest mowa w piętnastowiecznym dokumencie. A i w liście, o którym poniżej.
       Kilkanaście lat temu otrzymałem list od pani Alicji Osieckiej.  Opisywała w nim tę okolicę z młodych jej lat,  gdy mieszkała we wsi  Łosia Wólka na skraju naszej puszczy. „Niepust  to teren podmokły, ze stojącą wodą – kaczeńce, lilie wodne w czterech kolorach i ruczaj z zielona wodą, teren z opisów Mickiewicza.  Mniej więcej na wysokości Truskawia – pisała pani Alicja  –  była Dudniąca Droga. Babcia opowiedziała mi legendę – kiedyś stała tam Karczma „Pohulanka” i  „Młyn”. W karczmie tej okoliczni mężczyźni bawili się z dziewczętami, a młynarz oszukiwał na mące, za trwonienie groszy kobiety tak złorzeczyli Karczmarzowi, że Karczma i młyn się zapadły pod ziemię i odtąd w miejscu tym dudni.”
    Karczma "Pohulanka", zwana też karczmą "Niepust" (a może to były dwie karczmy obok, tak też przecież bywało; rzez do zbadania!) znajdowała się w miejscu, zwanym dzisiaj Karczmiskiem, jest to tam, gdzie krzyżuje się kilka dróg i rozwidlają szlaki turystyczne. O Dudniącej Drodze nigdy nie słyszałem i nigdzie nie czytałem. Młyna nie było na żadnej mapie, które oglądałem w Archiwum Akt Dawnych w Warszawie, ale wspominany był młyn koło Truskawia w dokumencie z 1419 roku. Czyżby to ten sam? 
      Podejrzewam, że młyn znajdował się w tym miejscu, gdzie w bagnach Niepustu szlak czarny (czyżby wiodący dzisiaj owa Dudniącą Drogą?) po postawionych przez Park kładkach,   przekracza Rgilewnicę.  Zapewne tę to właśnie strugę moja korespondentka określa mianem „ruczaju”. Kiedyś niosła wodę przez cały rok, dzisiaj jest najczęściej wyschnięta. A Dudniąca Droga dlaczego? "Dudni woda, dudni W cembrowanej studni. A dlaczego dudni? Bo jest woda w studni." Toż to, jako żywo, odniesieniem do młynówki jest ta nazwa. Ani chybi, to zabytkowa nazwa, więc będziemy musieli tak ją nazywać: Dudniącą Drogą.



"Ruczaj" Rgilewnicy u stóp 150-letniego dębu. Widok z kładek. Początek lipca 2020 r.
      Zobaczyłem ją teraz, na początku lipca. Płynęła! Przypominała mi białowieską Orłówkę, najbardziej puszczańską rzeczułkę, jaką kiedykolwiek widziałem i której zapomnieć się nie da. Kiedyś, w pełni jesieni byłem nad  nią o nocnej, księżycowej porze, w czasie rykowiska. W gąszczu ryczał byk. Udając rywala szedłem ku niemu, tamten zdawał się temu wierzyć, więc szedł ku mnie, tułowiem łamał gałęzie, przedzierając się przez gęstwę leśną. Walki nie podjąłem, bo i cóż ze mnie za byk. Dyplomatycznie się wycofałem ku stropionemu moją przygodą leśniczemu, który mnie przyprowadził nad tę Orłówkę o nocnej, księżycowej porze w czas jeleniego rykowiska.
    Leśniczy rezerwatu ścisłego w Białowieskim Parku Narodowym nazywał się Jacek Wysmułek, człowiekiem był wspaniałym, po uszy zakochanym w swojej puszczy. Był też przyjazny dla takich, jak ja, entuzjastów, pomagał mi i uczył przyrody swojej okolicy. Kilka lat później poznałem drugiego takiego, ten drugi był leśniczym obwodu ochronnego na Hali Gąsienicowej w Tatrzańskim Parku Narodowym, nazywa się Wojciech Gąsienica Byrcyn, i jemu zawdzięczam ogromnie wiele, moc wiedzy o tatrzańskich świstakach i kozicach,  przyjaźń przede wszystkim.
    Byrcyn został później dyrektorem swojego Parku,  Wysmułek swój Park musiał opuścić, ale pozostał w Puszczy Białowieskiej i jako specjalista w nadleśnictwie Białowieża doprowadził do powstania pierwszych kładek turystycznych  w polskich lasach; to on wymyślił  słynne Żebra Żubra, wiodące od strony Białowieży przez bagienne lasy w kierunku zagrody pokazowej żubrów.  
     Zapadły mi do pamięci te Żebra Żubra. Projektowałem im podobne:  pośród lasów przekraczają Czarną Hańczę w Wigierskim Parku Narodowym. Podobne im kładki przekraczają Rgilewnicę koło Truskawia w podwarszawskim narodowym Parku; najbardziej efektowny ich fragment przebiega nad najlepiej zachowanym jej odcinkiem. Co zobaczyć można, oczywiście, tylko wtedy, gdy płynie w niej woda! Pięknie zobaczył tę wodę i zmyślnie ją sfotografował (poniżej jest zdjęcie) p.Maciej Szajowski z Kampinoskiego Parku w Izabelinie, świetny fotografik puszczański.  
   
W letnim gąszczu płynie Rgilewnica po letnich ulewach w roku 2020. 



Dzikość w okolicy jest wielka i bardzo puszczańska. Jakże się nie radować, że tutaj, tuż obok Warszawy, pod Truskawiem mam już prawie taką samą puszczę jak tamta, koło Białowieży. W każdym razie takie są jej niektóre fragmenty. Taka jest puszcza nad Rgilewnicą znajdująca się  w obszarze ochrony ścisłej "Cyganka”, który obejmuje fragment kotliny Niepustu. To jeden ze skarbów podwarszawskiego parku narodowego ten Niepust, ogromna jest tam różnorodność krajobrazów przyrodniczych.

Grąd w rezerwatowych lasach nad Rgilewnicą. 7 lipca 2020 r. Fot.L.Herz
Miałem ci ja przygód niemało z tym fragmentem puszczy związanych. O jesiennej porze  spotykałem tutaj bukujące łosie, słyszałem ich miłosne stęki, były krótkie, mocne, gardłowe,  jak grzmoty. Nieczęsto ludzie spotykają się z bukującymi łosiami w czasie ich godów, zwanych bukowiskiem. Głos, jaki wydaje z siebie bukujący  łoś, przypomina uderzenie obuchem siekiery o pień drzewa.  Wielu kampinoskich leśników bukowisk nigdy nie doświadczyło. A teraz, gdy od jakiegoś czasu zadomowiły się w puszczy jelenie, ich rykowiska przyćmiły bukowiska łosiowe. Nie da się bowiem ukryć, że akustycznie są zdecydowanie efektowniejsze.  
     Najpiękniejsze swoje zimowe spotkanie z łosiami miałem na Paśnikach. Jeszcze nie było wtedy czarnego szlaku, właśnie go wymyślałem, pojawić się miał w terenie dopiero kilka lat później. Parkin gu nie było, wtedy mało kto miał samochód. Nie było więc także tych atrakcyjnych kładek na tym szlaku. Był zimowy grudzień, taki jak należy. Zbliżał się zmierzch, o tej porze roku jak zwykle zbyt wcześnie. Nad puszczą zalegała taka typowo zimowa mgiełka, rozmleczniająca otoczenie, nadająca krajobrazowi delikatność i miękkość. Zza tej mgiełki widoczna, nad puszczańskimi turzycowiskami zawisła nisko czerwieniejąca tarcza zachodzącego słońca. Rudawe kępki turzyc pokryte były białą szadzią, która pejzażowi nadawała prawie baśniowy charakter. Gdybym wtedy miał ze sobą aparat fotograficzny, do tego z teleobiektywem, jakże udane byłoby zdjęcie! Ale aparatu nie miałem, musisz się więc, drogi Czytelniku, obejść tylko opisem zdarzenia. A było ono takie oto. 
        Niespełna kilometr dzielił mnie od ludnej wsi, gdzie miałem zakończyć wędrówkę. Słychać było szczekanie psów, ludzkie głosy, warkot traktora. W odległości kilkudziesięciu metrów od siebie zobaczyłem ogromne zwierzę, stojące pośród łąk. Otaczał je kłąb pary. Całe jego ciało parowało... Stał nieruchomo, bokiem do mnie, tylko swój. duży łeb zwrócił w moją stronę. Na lewo od niego zobaczyłem drugiego. A jeszcze bliżej ciemniejącej ściany lasu, stal trzeci łoś. Wspaniałe, królewskie zwierzęta. Po prostu stały. Patrzyły na mnie. Ja patrzyłem na nie. Potem ja ruszyłem swoją drogą, a one poszły swoją. Piętnaście minut potem siedziałem już w czerwonym miejskim autobusie, wiozącym mnie do Warszawy.
    W ten podwarszawski las zachodziłem częściej przed ponad trzydziestu laty. Przychodziłem tu przedwiosennymi wieczorami na ciągi słonek. Znalazłem takie miejsce, gdzie z pochrapywaniem i popiskiwaniem ciągnęły słonki nad łąką, wąskim pasem wcinającą się pomiędzy las i noszącą całkiem słuszną nazwę Szyja.  Cudowne ptaki, szybkie, tajemnicze. Budzące tęsknotę do czegoś nieuświadomionego, co gdzieś tam jest pośrodku wypatrującego ich lotu człowieka. 
Słonka w czasie lotu
    Zawsze, gdy myślę o słonkach, przypominam sobie profesora Jerzego Szulca, który nauczył mnie do nich miłości, wodząc za sobą po augustowskich lasach. Świetny ortopeda był znakomitym obserwatorem przyrody. Kochał ją niemal bezgranicznie. I prozę Juliana Ejsmonda sobie przypominam,  sięgam po nią przy każdej nadarzającej się okazji. Rzecz dziwna, wielu znanych mi świetnych przyrodników, nie zna Ejsmonda, ba! o nim  nawet nie słyszała. Teraz on jest zapewne całkowicie passé, wszak był bardem myślistwa, o ono jest bardzo démodée .

    
Pośród łąk uroczyska Paśniki koło Truskawia.Fot.L.Herz

Wśród rezerwatowych drzewostanów "Cyganki" w Niepuście nad Rgilewnicą.Fot.L.Herz

    Wybierając się teraz do  lasów nad Rgilewnicą koło Truskawia, myślałem przede wszystkim o fotografowaniu.  Zdjęcia, jak zdjęcia, wyszły, jak wyszły (powyżej), są nie najgorsze, szlak udało mi się zdjąć ładny wyjątkowo. Do pokazywania jest ten szlak  cudzym ziemcom przeróżnym, aby wiedzieli jakie my tu, panie dzieju, coutrysaid mamy narodowy, a i znakomity trail dla turystów pod naszą Warszawą!  Dobrze mi się zdejmowało te pejzaże, światło miałem zmienne, chmurki wędrowały po niebie, więc przy niektórych ujęciach trzeba było  czekać kilkanaście minut, aż chmura ze słońca zejdzie i plener mi sympatycznie pogłaszcze. Albo i odwrotnie, czekałem, aż słońce chmury przesłoni i nasza podwarszawska dżungla będzie równomiernie oświetlona światłem rozproszonym.
    A prócz tego: komary okrutne pojawiły się między moimi dwoma wypadami w plener; pierwszego lipca ich nie było, trzy dni później były już  w nadmiarze. Bliskie z nimi spotkania jednak przeżyłem, a  cierpieć było warto, szlak jest przewspaniały, a ja jeszcze złapałem  na nadzwyczaj cenne rośliny, bliskie zagrożenia, objęte ochroną. Pośród wilgotnych łąk Paśników pokazało się pokaźne stadko kwiatów mieczyka dachówkowatego, które właśnie rozkwitły.

Niemal wszyscy turyści mijają to niewielkie kwiecie, zupełnie go  nie widząc, a przecież dopiero detale świadczą o randze krajobrazu. Nie mam odpowiedniego sprzętu do zdejmowania, jestem tylko fotograficznym amatorem, potem jednak w kompie urobek podrajcowałem i tak całkiem źle nie wyszło, nieprawdaż?
    Szczególną sympatią darzę ozdobę polskich lasów, wcale nie tak częstą, jakby się chciało, Lilię złotogłów również spotkałem w swojej wędrówce ku Rgilewnicy. Zakwita na ogół pod koniec czerwca i kwitnie do początku lipca. Jeszcze się na nią załapałem. Ma barwę i kształt wymyślne  oryginalne, a woń odurzającą i słodką, wzmagającą się wieczorem. Ma pełne prawo do ubiegania się o tytuł kwiatowej piękności. Kto miał szczęście ujrzeć tę lilię wśród zielonej głuszy leśnej roztaczającą swą krasę o dziwnym, wschodnim przepychu, ten najpewniej tytuł ów jej przyzna – notowała Zofia Radwańska-Paryska.

Lilia złotogłów, zdjęta przez autora 7 lipca.Fot.L.Herz

    Górale tatrzańscy zowią ją "lelują" i w stylizowanej formie kwiat ten należy do chętnie używanych w ornamentach podhalańskiej snycerki.  Nazwa łacińska brzmi: lilia martagon. >Martagon< bywa różnie tłumaczony: wg niektórych pochodzić ma jakoby od mitycznego Marsa, boga wojny, wg innych ma związek astrologiczny z planetą Marsem, a jeszcze inni przypuszczają, iż pochodzi od tureckiego martagan, co oznacza rodzaj turbanu, więc może i stąd polska nazwa zawojek lub zawojka, co ciekawsze, mająca odpowiednik w językach angielskim i niemieckim. 
    W Polsce rosną dziko dwa gatunki rodzimych lilii, na świecie kilkadziesiąt. Od starożytności ma lilia duże znaczenie w symbolice i ceremoniałach religijnych różnych narodów. Alchemicy średniowieczni z cebulek lilii złotogłów przyrządzali złocistą tynkturę, która miała metale nieszlachetne zamieniać w złoto. Prawdopodobnie nazwa >złotogłów< stąd się wywodzi. Ale może ze względu na wyjątkowość tego kwiatu został on nazwany złotogłowiem? Bowiem tak właśnie nazywano w szlacheckiej Polsce kosztowny brokat, ciężką, złotolicą tkaninę lub przetykaną złotem materię jedwabną lub półjedwabną. 

     Z puszczy wracałem wygodnym miejskim autobusem w kierunku swojego Żoliborza i tak sobie o tym myślałem, jak to ta wioska zmieniła się przez te wszystkie lata, w ciągu których w niej się  pojawiałem w swoich wędrówkach ku przyrodzie. Truskaw się pysznił asfaltem jezdni, chodnikami, domostwami o zgoła nie wiejskiej prezencji. Ta wieś już wsią nie była. Nikt z jej obywateli nie hodował krów ani nie sadził i zbierał  zbóż i ziemniaków, dumne słowo "wieśniak" dla mieszkańców stało się obelgą.  A przecież tak niedawno było tu tak, jak na tym zdjęciu, które radzieckim aparatem o nazwie "Smiena" sfotografowałem w roku 1964. Pamiętam dokładnie, to było w drugi dzień świąt wielkanocnych, wracałem z wycieczki, przystanek autobusu do Warszawy (Pekaesy wtedy chodziły, jechało się  na dworzec Marymont przy Żeromskiego) znajdował się na początku wioski, koło lasu. Dla mieszczucha wędrówka przez wieś była katorga, bez gumiaków iść się dało. Kilka lat później wzdłuż niej małowalem pierwsze znaki żółtego szlaku do powstańczej mogiły koło Zaborowa Leśnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spotkam po drodze Rgilewnicę. Wiedza o niej dotarła do mnie znacznie później. A czegom się dowiedział, to opowiedziałem.


            Roztopy wiosenne z roku 1964 w okolicy dzisiejszej pętli autobusowej. w Truskawiu.
Jak się nie miało gumiaków, chodziło się po podmurówkach ogrodzeń, a że taka wędrówka była niezłą gimnastyką, więc w czasie marszu należało trzymać się płotów. Fot.L.Herz.



    Aby oglądać kwiecie i chłonąć nozdrzami jego zapachy, tego roku nawet nie muszę opuszczać warszawskiego Żoliborza. Pośrodku miasta, tuż obok domu w którym mieszkam,   mam burzę roślinności. Genialny jest pomysł warszawskich władz miejskich, aby nie kosić trawników, nie strzyc zieleni, dać jej rosnąć, a gdzie tylko można dosiać i wzbogacić w gatunki. Obraz pośrodku miasta niezwykły.    
    Dziesiątki polnych kwiatów i chwastów. Widok zachwycający. Przy chodniku obok tablica objaśniająca ideę. Że taka łąka jest kolorową alternatywą dla trawnika, że dostarcza doznań wizualnych, węchowych i duchowych, że owadom daje pożywienie i schronienie, korzystnie oddziałuje na przebywających w pobliżu ludzi i zwierzęta, że zmienia się z porami roku, redukuje gazy cieplarniane i smog i pełni rolę edukacyjną. Niemało, jak na małą łąkę przy ruchliwej ulicy. 


Kwietna łąka miejska z Żoliborza. To,co najbardziej kolorowe, to zwykły kąkol polny! Fot.L.Herz

    Ten świat otaczał naszych przodków w czasach, gdy mieszkali na wsi, w chałupie albo we dworze, czasem w małomiasteczkowym domku. My, mieszkańcy dużego miasta zapomnieliśmy, że takie rośliny istnieją. No, może mak rozpoznamy, może jeszcze chaber, może i stokrotkę, zapewne jeszcze coś, ale wszystko inne to dla mieszczuchów ziemia nieznana.  Myślę, że i ja niewiele z tych kwiatów  rozpoznam w terenie, przydzielając im właściwą nazwę. A sądzę, że nikt z mojej rodziny nie wypadnie lepiej ode mnie, bo w przeciwieństwie do nich, ja mam przecież niemal na co dzień kontakt z przyrodą. Och, jakże jest piękną taka kwitnąca miejska łąka  o kilka kroków od mojego mieszkania. O radości moich starych dni!  
..............................................................