niedziela, 5 kwietnia 2020

Niedziela Palmowa w kurpiowskiej wsi Łyse
 w roku 1994

Piszę to słoneczną niedzielą kwietniową w roku 2020. Pogoda jest  nadzwyczajna, jak już od już wielu dni. Chciałoby się gdzieś w teren, nawet miałoby się gdzie, ale się nie powinno, a zresztą nawet do lasów w Polsce mamy teraz wstęp zakazany. Za oknem mam swoje osiedle na warszawskim Żoliborzu w czasach zarazy,  a ono  opustoszałe, bezludne, wszyscy kryją się po domach, mieszkania wolno opuszczać tylko idąc do niezbędnej pracy, do sklepu lub do apteki. Zbliża się połowa kwietnia, za tydzień Wielkanoc, dzisiaj jest Niedziela Palmowa. Wyjeżdżałem w tę niedzielę za miasto, jechałem ku przyrodzie, szukałem odgłosów wiosny, ciągnęło mnie ku mazowieckim wioskom, aby wraz z ich mieszkańcami uczestniczyć w obchodach Kwietnej Niedzieli.  Gdzie ja tego dnia nie byłem, w ilu wioskach i kościołach, nawet po skansenach szukało się mazowieckiej tradycji. Ale tak naprawdę tylko w jednej wiosce przeżyłem ten dzień prawdziwie, jak na krajoznawcę przystało. Kiedy tam byłem pierwszym razem, ćwierć wieku temu.
       Wioska Łyse znajduje się koło Myszyńca na Kurpiach, od lat słynie ze swoich wysokich palm, procesyjnie noszonych w uroczystości Niedzieli Palmowej. Z roku na rok uroczystość w Łysych jest coraz bardziej okazała, przyjeżdżają tam wtedy wielotysięczne rzesze z całego kraju i z zagranicy, politycy i ambasadorowie. Przygotowane zawczasu ogromne parkingi zapełniają się setkami samochodów i autokarów. 
     W tym roku parkingi w Łysych będą puste, bo zbierająca śmiertelne żniwo pandemia koronawirusa wszystko pozamykała; lasy i parki, knajpy, szkoły i kościoły, a nas zamknęła w swoich mieszkaniach. Na dodatek, dzisiaj, gdy wrzucam ten post do swojego blogu, warszawski ratusz alarmuje o fatalnym powietrzu w Warszawie. Smog zaatakował na całego. Przy tak złej jego jakości, zaleca się nieotwieranie okien, a na zewnątrz nie powinni wychodzić: seniorzy, dzieci, kobiety w ciąży ani osoby mające problemy z układem oddechowym. I to już wydaje się przekraczać wszelkie wyobrażenia: słoneczna pogoda za oknem, a nie tylko wychodzić się nie powinno, ale nawet otwierać okna nie należy. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nie wspomnienia. To świetne towarzystwo...
..................................................................

    W uroczystościach Palmowej Niedzieli w Łysych uczestniczyłem kilka razy. Najpiękniejszy był dla mnie raz raz pierwszy i swoją pierwszą Palmową Niedzielę w Łysych nieustannie wspominam. To było 27 marca roku 1994, ćwierć wieku temu. Uwierzyć mi trudno, taki szmat czasu! ale ja tam byłem naprawdę, mam na to dowody, może i nie najlepsze, ale przecież jednak są te fotografie w moim archiwum. Sięgnąłem teraz po nie, aby się z nimi podzielić Czytelnikom tego blogu. 
         W nocy spadł śnieg. Pokrył ziemię białym dywanem. Do Łysych przyjechałem dzień wcześniej swoim małym fiacikiem, zanocowałem w  gościnnym pokoiku miejscowej spółdzielni gminnej, rankiem wyszedłem na przechadzkę. Dzień był pochmurny, śnieżna okiść szybko miała stopnieć, godzinę później miało być już po śniegu, który miał przetrwać jeszcze tylko w polnych bruzdach. Na horyzoncie majaczyła ciemna plama lasów Zielonej Puszczy Kurpiowskiej, a ja szedłem przez drewnianą, kurpiowską, której strzegły drewniane świątki z przydrożnych kapliczek. Ze wszystkich stron napływali ludzie, kierując się ku stojącemu pośrodku niej drewnianemu kościółkowi, który podobno w jedną noc został postawiony, wbrew zakazom carskich urzędników. 



A potem, już przed kościołem, w ciągu kilkunastu minut wyrósł ogromny las kolorowych palm, niektórych o wysokości kilku metrów. Trzonem każdej palmy była młoda sosenka, pięknie ostrugana, ale tak, by na wierzchołku została kiść kilku zielonych pędów. Ten długi pręt obłożony był, po równo, zielenią roślin zimozielonych puszczańskiego runa i kolorowymi wstążkami i kwiatami sztucznymi, a to z krepiny, a to z elegantszych już papierów, specjalnie dla tej okazji sprowadzanych z zagranicy. Z drzwi kościoła wyszedł kapłan, poświęcił palmy, później wszyscy weszli do wnętrza.

W czasie mszy św. w Palmową Niedzielę czytany jest ewangeliczny opis Męki Pańskiej, niesłychanie dramatyczny, ściskający za gardło, zatrzymujący serce. I jest ten moment, w którym po słowach „A Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha", wszyscy przyklękają i nastają długie chwile przejmującej ciszy. W Łysych, w tym kurpiowskim kościółku, we wsi okolonej puszczą, cisza ta zdawała się być jeszcze bardziej dojmującą. Nad pochylonymi nisko głowami sterczał  nieprawdopodobnie kolorowy las palmowy, jakby jeszcze mocniej podkreślając nierozerwalny związek dramatu z nadzieją, smutku z radością...
         A była jeszcze procesja okazała wokół drewnianego kościoła, później było jeszcze rozstrzygnięcie konkursu na  palmy najpiękniejsze, niewielki kiermasz wyrobów miejscowych, była czas na rozmowy, żal było odjeżdżać, ale mus to mus, więc odjeżdżało się z daną sobie solenna obietnicą, że jeszcze się tam powróci. Dla mnie pierwsza wizyta w tej wiosce w Kwietną Niedzielę, była czymś mocno ważącym na kierunku moich dalszych wędrówek mazowieckich. 
 










                                                                         ..................................


piątek, 20 marca 2020


O przedwiośniu 
na początku wiosny astronomicznej 


Powszechnie się uważa, że wiosna zaczyna się 21 marca. Wedle przyrodników prawdziwa wiosna zacznie się dopiero wtedy, gdy z cieplejszych krajów  przylecą już wszystkie ptaki. Przyrodnicy mówią, że teraz trwa dopiero przedwiośnie, czasem zwane też wiosną meteorologiczną lub termiczną.  Od lat prowadzę notatki, tyczące pogody 21 marca. Zanotowałem +15 (1968), +17 (1971) i nawet +18 (1999), ale tylko raz było minusowo, - 2 w roku 1989. Średnio wypadło mi +5. Z chwilą rozwinięcia się liści brzozowych zacznie się pierwiośnie, w lasach liściastych i mieszanych zakwitną łany zawilców, a na mokradłach kaczeńce.
Najczęściej witamy wiosnę astronomiczną, a ta u nas rozpoczyna się w chwili równonocy wiosennej. Od tego momentu noc zaczyna robić się krótsza, a dzień dłuższy.  W tym roku wiosna astronomiczna rozpocznie się w piątek 20 marca.
Wiosna kalendarzowa ma swoją stałą datę i każdego roku wypada 21 marca. Oznacza to, że w tym roku wiosna kalendarzowa rozpocznie się w najbliższą sobotę.
Wirus nakazuje nam unikać zbiorowości zorganizowanej, ale przecież można i nawet trzeba korzystać ze  świeżego powietrza pośród przyrody, a jeśli nie mamy zaleceń lekarskich, nie siedźmy cały czas w domu. Niewątpliwie wszyscy z nas mają jakiś plener, który w perfidnie inteligentny sposób wykorzystują.
Ale w moim osiedlowym parku na Sadach Żoliborskich zlikwidowano na wszelki wypadek ławki, żebyśmy się nie gromadzili i nie zarażali. W Parku Kampinoskim zamknięto polany wypoczynkowe, np. w Granicy, Opaleniu, Lipkowie i Pociesze. Dyrektor Parku był na naradzie u ministra środowiska i w rezultacie obaj wraz ze swoimi kierowcami znajdują się teraz na kwarantannie. Słyszałem żarty, że w tych dniach, gdy zaraza hula po mieście Warszawie, w pobliskiej tego miasta Puszczy Kampinoskiej jest więcej turystów, niż drzew. No cóż, wykorzystajmy plener podwarszawski na swój sposób.Jak kto ma auto, ten ma lepiej.
Niestety, ogromna susza rozgościła się w przyrodzie podwarszawskiej. Śniegu tej zimy praktycznie było, deszcze niezbyt intensywne i niewiele, gleba jest wysuszona, również i torfowiska (które powinny być wodą nasączone, jak gąbka). Nie najlepiej to wróży, niestety. Drzewiej bywało zupełnie inaczej.




Widok na rozlewiska Narwi koło Pułtuska, na drugim brzegu lasy Puszczy Białej. Taki typowy, przedwiosenny krajobraz z dawnych lat. Wracałem wtedy autem z uroczystości Palmowej Niedzieli we wi Łyse na Kurpiach Zielonych. To zdjęcie zrobiłem 27 marca w roku 1994, reprodukowane tutaj jest zdygitalizowaną wersją slajdu.

Jezioro Góra w dolinie dolnej Narwi nieopodal Nowego Dworu Mazowieckiego. Jest pogodny dzień przedwiosenny, dokładnie 12 marca 2011 roku, jezioro jest jeszcze częściowo pod lodem. Marzec, jeśli jest pogodny, potrafi uwieść każdego, kto choć odrobinę czuły jest na wdzięki przyrody. Dolina dolnej Narwi poniżej zapory w Dębem należy do najbardziej widowiskowych w bliskim sąsiedztwie Warszawy.



Na rozlewiskach Bugu koło Brzuzy. Tam przedwiośnie jest chyba najbardziej widowiskowe i są tam dość wygodne drogi, zbudowane dla wywózki siana z nadbużańskich łąk. Z tych dróg jest doskonały wgląd w przyrodę tej części Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Pośród nadbużnych łąk tamtej okolicy narodził się pomysł utworzenia tego parku i tam zawsze i obowiązkowo pojawiam się o przedwiośniu.  Ona te zdjęcia wykonałem 3 kwietnia 2011 roku.  Nad doliną Bugu ciągnęły wtedy dzikie gęsi, a nie zawsze udaje się zgrać planowany wyjazd z tym czasem, gdy można obserwować to wspaniałe widowisko. Lecą wtedy nad naszymi głowami i nieustannie ze sobą rozmawiają.

Klasyczny przykład mazowieckiego krajobrazu przedwiosennego. Jest dzień 17 marca 2012 roku, uroczysko Prochowo w Puszczy Białej i pejzaż, przeniesiony tutaj  krajobraz z dalekiej Kanady. Pośrodku rozlewisk bobrowe żeremie, to im zawdzięczamy te rozlewiska.W czasach dręczącej nas suszy, obecność tych niewielkich zwierzątek jest nieocenionym skarbem. To, jedno z najładniejszych miejsc wokół Warszawy, ma tylko jeden minus; słychać szum samochodów na pobliskiej drodze ekspresowej.



2 marca 2013 roku. Torfowisko Całowanie, jeden z najwspanialszych przyrodniczych fragment podwarszawskiego Mazowsza. Jeszcze tu i tam śnieg, jeszcze rozlewiska skute lodem. Jest ono ozdobą nie tylko Mazowsza, zostało bowiem uznane za ważne dla zachowania różnorodności biologicznej całej Europy i objęte ochroną w ramach europejskiej sieci Natura 2000, zarówno ze względu na występujące tu siedliska roślin i zwierząt jak i bogactwo gatunków ptaków. Znalazłem się tam właśnie po to, aby taki pejzaż zobaczyć.Pod koniec epoki lodowcowej przed kilkunastoma tysiącami lat, obozowali w tej okolicy łowcy reniferów. Lądolód, zalegający wówczas ten fragment ojczystej ziemi, który dzisiaj nazywamy Mazowszem, właśnie począł był ustępować ku północy. Krajobraz Mazowsza tamtych czasów przypominał tundrę, a na pastwiskach tej tundry, wśród traw i krzewów pasły się dzikie renifery. 

Na obfitujących na podwarszawskim Mazowszu piaskach wydmowych dominują bory. Na zdjęciu jest bór sosnowy koło Szumina w Puszczy Kamienieckiej. W obniżeniach terenu utrzymuje się woda i bardzo ubogaca ten leśny krajobraz.


Niewątpliwie woda odgrywa główną rolę w krajobrazie przedwiośnia. Ubogaca pejzaż. Jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc w Kampinoskim Parku Narodowym jest znajdujący się na czerwonym szlaku turystycznym owiany legendami Mogilny Mostek. Z niego najlepszy jest widok na Wilczą Strugę, w której woda płynie okresowo, zazwyczaj największa właśnie przedwiośniem. Wilcza Struga rodzi się pośród Cichowęża, nie ma tam źródeł, ona w ogóle nie ma żadnych, to woda opadowa, którą magazynuje w swoim wnętrzu torfowiska Cichowęża. To zdjęcie jest z 17 marca 2015 roku.   

23 marca 2013 roku ten krajobraz sfotografowałem, To jest Świder niedaleko od przystanku kolejowego tej nazwy, wtedy wybrałem się witać tam wiosnę. Powitała mnie zima. Normalna, ze śniegiem, jak należy. Bo i tak, proszę państwa, się zdarza. Siedem lat temu się zdarzyło. O takiej zimie zimą tegoroczną daremnie marzyliśmy.  A zamiast niej wraz z nadchodzącą wiosną o przedwiośniu dostaliśmy w prezencie koronawirusa.



poniedziałek, 16 marca 2020

Jak żyć w czasach zarazy


Niełatwo, po prostu niełatwo. Zaraza aktualna  nosi nazwę: koronawirus,  ma też swoją inną nazwę: COVID-19. Zaczęła się  w Chinach, dla nas egzotycznie, no i daleko. Aż przyszło do nas i zrobiło się wyjątkowo stresująco. Atakują nas ze wszystkich stron wiadomości złe lub tylko niedobre. W gazetach, radio, telewizji, w rozmowach. Na ekranie telewizora pokazują się mapy, na nich czerwone plamy ogarniają coraz to nowe kraje. Zamknięte szkoły, przedszkola i żłobki, zawieszone zajęcia na uczelniach, Odwołane imprezy masowe, zawody sportowe i koncerty, nieczynne kina, teatry i muzea. Odwołane połączenia lotnicze. Katolikom księża radzą uczestniczyć w mszach radiowych, a eucharystię przyjmować "duchowo", w domu, przed radioodbiornikiem. Papież odwołał audiencje generalne, liturgie wielkanocne odbędą się bez udziału wiernych.  Ludziom wiekowym wszyscy przypominają, że to  oni właśnie są w grupie szczególnego ryzyka. Należy często myć ręce, unikać unikać skupisk, komunikacją publiczną lepiej nie jeździć. Za granicę nas nie puszczą.
    W ostatnią niedzielę, 15 marca,  warszawska Starówka wyludniona totalnie. Ani knajp, ani turystów, ani warszawiaków na spacerze. Tramwaje  wożą powietrze.Przyjaciele  radzą:Wszyscy radzą: odpuśćcie sobie telewizję, po kilku godzinach dziennie oglądania ludzie zaczynają świrować. Pojedźcie codziennie chociaż na krótki spacer za miasto, mówią mądrzy ludzie. Oddychajcie świeżym powietrzem, nie siedźcie zamknięci. Co inteligentniejsi tak robią i uciekają w plener, w przyrodę. Kumpel z Grochowa pojechał w lasy koło Międzylesia.  Przyjaciel, który mieszka na Bielanach, najbliżej ma do Puszczy Kampinoskiej, tam pojechał, rzut kamieniem z Chomiczówki, gdzie mieszka. Parking w Truskawiu był przepełniony. Mieszkający na Ursynowie znajomy pojechał z rodziną do Podbieli na Całowanie. Pogoda fantastyczna, słoneczna, sporo wody, a raczej lodu, bo noc była mroźna. Na ich oczach odpuszczał. Bobry mają się na Całowaniu świetnie, żeremia są ogromne. Ptaków mało, para błotniaków i czyżyki. Spotkał za to kolegów, który godzinę wcześniej nagrali sześć bielików. „Za to, proszę sobie wyobrazić, tłumy ludzi! Nigdy nie widziałem tylu osób na Całowaniu. Co chwila dojeżdżały nowe samochody. Wszyscy elegancko zachowywali wobec siebie dystans, więc stresu nie było, budujące widzieć tylu ludzi w przyrodzie.”  

Wotywna kapliczka z Wawrzyszewa

Kapliczka z warszawskiego Wawrzyszewa
 
     Kilka dni temu, już było źle, ale jeszcze nie tak, robiliśmy z żoną zakupy na zapas, na wszelki wypadek. W czas wojenny tak robić albowiem należy. Przeżyliśmy wojnę światową, kryzysy w peerelu, reglamentowaną żywność na kartki, pewne doświadczenie mamy. Spanikowaliśmy nie tylko my, kolejki do kas były monstrualne, kilkudziesięciometrowe. Czekając na parkingu, aż żona zapłaci rachunek, fotografowałem stojącą obok kapliczkę. Wiele razy ją mijałem, teraz mogłem zobaczyć z bliska. Jest murowana, wysoka i piękna,wewnątrz jest figura Matki Boskiej, a poniżej napis: „na podziękowanie Bogu że nas przy życiu zachował wśród grasującej cholery w miesiącu sierpniu 1852.”. Jest to najstarsza zachowana kapliczka z Matki Boskiej w warszawskiej dzielnicy Bielany, ma 168 lat! Ciekawe, czy ktoś teraz postawi taką kapliczkę w naszej dzielnicy, dziękując za zachowanie przy życiu w czasie epidemii koronawirusa w roku 2020. W mieście? Kiedy tamtą stawiano, wokół trwała wieś. Normalna, wiejska wieś....

       Ta cholera zostawiła moc śladów w ludzkiej świadomości. Słowa “cholera” używano jako przezwiska w rodzinnych kłótniach. Pamiętam taki dowcip rysunkowy, który zobaczyłem w jednym z przedwojennych pisemek, jakie – już po wojnie – znalazłem w mieszkaniu, do którego rzucił nas wojenny los. Pismo było organem wojskowym dla sierżantów, nosiło tytuł >Wiarus<. Dowcip zaś był taki: – Najdroższa – powiedział mąż do swojej żony – na twoją cześć postanowiłem nazwać twoim imieniem nowo odkryty przeze mnie bakcyl cholery... Dla nas, dzisiejszych, śmieszne średnio, ale jakieś świadectwo obyczajowości epoki to jest.

     Wyrosłem w tej epoce. Jak coś mi się nie udało, kląłem: a niech to cholera jasna. Dlaczego akurat jasna? Tego nie wiem. A niech to cholera, raz jeden zakląłem w domu u stryjostwa. I wtedy odezwała się mała ich córeczka, ile ona mogła mieć lat? Usłyszałem jej dziecięcy głosik: bzytko cholela. A jej mama powiedziała wtedy: nie mówi się takich słów przy dziecku. Czułem, że mam bardzo czerwone uszy ze wstydu...

      Z tego wszystkiego została tylko nazwa tej choroby, utrwalona w przekleństwie. Dzisiaj to przekleństwo straciło swoją moc, współcześnie zostało zastąpione obrzydliwymi wulgaryzmami, używanymi na prawo i lewo, a w tym używaniu - o tempora, o mores! - biorą aktywny udział także kobiety, a literatura, powszechnie uchodząca za piękną, ani rusz nie chce się obejść bez tego niepięknego słownictwa. 
      Ta cholera, z powodu której postawiono tę kapliczkę w Wawrzyszewie, do Polski dotarła za sprawą wojsk rosyjskich podczas powstania listopadowego. Powracała do nas  jeszcze potem. Widocznie tak już jest pisane ludzkości, że co jakiś czas muszą ją epidemie przetrzebiać.

 Morowa kapliczka w Czerwonej Niwie

Kapliczka  w Czerwonej Nowie koło Guzowa.
  
 W okolicach Guzowa na Ziemi Sochaczewskiej, przy skrzyżowaniu lokalnej drogi z Guzowa do Nowej Suchej z szosą Bolimów – Aleksandrów – Szymanów – Paprotnia wznosi się niewielka przydrożna kapliczka na kształt miniaturowego kościółka o trzech wieżyczkach, zwieńczonych trzema krzyżami, jak na Golgocie. Postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. Zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.
     Ta kapliczka to ważny zabytek, nie tylko architektury, lecz przede wszystkim polskiej obyczajowości i tradycji. Z tych trzech krzyży najważniejszy jest ten pośrodku, który jest karawaką, krzyżem „cholerycznym”. Jest to podwójnie przekreślony krzyż, w którym poprzeczka górna jest trochę krótsza od środkowej. Taki krzyż chroni przed wypadkami i nagłymi zgonami, klątwami, kradzieżami, burzami, piorunami. Leczy bezsenność. Dzisiaj karawak się już nie stawia, kiedyś stawiano ich wiele. W przeszłości bowiem zbierały obfite żniwo ospa, cholera i wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział.
     Na granicach wsi, aby rozprzestrzenianiu się zarazy zaradzić, stawiano przy  drogach drewniane krzyże karawak. Pisał o nich Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej". „Gdy w miasteczku hiszpańskim Caravaca zasłynął krzyż o dwóch poprzecznicach jako cudowny przeciwko morowemu powietrzu i stał się głośnym zwłaszcza r.1545 we Włoszech podczas zarazy morowej w mieście ówczesnego soboru Trydencie (uważany za skuteczny, kto się przed takim modlił lub go nosił) - wówczas pielgrzymi zaczęli przynosić do polski relikwiarzyki w kształcie małych krzyżyków tej samej formy i tak samo nazywanych. Pobożni w czasie morowego powietrza stawiali „karawaki" przy wsiach i miasteczkach, aby zaraza je mijała, i modlili się na książkach tak samo nazywanych.
     Niewiele jest już takich krzyży po drogach mazowieckich postało,  jednak nigdzie indziej na Mazowszu  nie ma takiej jak ta kapliczki, mającej chronić rozległą okolicę przez morowym powietrzem. postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.

 
Kapliczka choleryczna z Drążdżewa nad Orzycem
Kapliczka z Drążdżewa nad Orzycem.



Wciąż stoją po mazowieckiej prowincji kapliczki choleryczne. Jest ich trochę i są świadectwem tego, jak powszechną bywała w przeszłości  zaraza na mazowieckiej ziemi. „Ty zarazo!”, „Ty cholero!” Przed laty dosyć powszechne były to przekleństwa, rzucane wobec kogoś, kto mocno dopiekł rzucającemu. Ze wyrazy zaraza i cholera są rodzaju żeńskiego, częściej epitetem obdarzano kobietę. Groźne epidemie nawiedzały dawniej kraj bardzo często. Zakaźne choroby nazywane były wówczas powietrzem lub morem, najgroźniejsze były dżuma i ospa, jedna i druga były też zwane czarną śmiercią. Lęgły się zazwyczaj w czasie wojen. A tych w Polsce nie brakowało
    W Drążdżewie nad Orzycem jest kapliczka pomorowa. Żelazny krzyż kowalskiej roboty wieńczy kolumnę z tablicą. Na niej napis: „Offiara Naywyższemu na ubłaganie Maiestatu za zwolnienie plagi grasuiącey cholery w roku 1831”.

Złe powietrze, mór, czarna śmierć. Okropne słowa. Nie słyszymy ich przerażającego brzmienia, my, ludzie dzisiejszego świata. A przecież zbierały obfite żniwo w przeszłości ospa, cholera oraz wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział. Cholerę mógł sprowadzić tzw. cholernik. Bywało - jak opowiadano w XIX w. pod Czerskiem - że cholera przybierała postać kobiecą i podwieziona przez chłopa na wozie, przekraczała bezkarnie rzeki i granice wiosek.
    Na morowe powietrze nie było rady. Przychodziło często. Za często.  Książęta i królowie opuszczali wtedy swoje miejskie zamki i chronili się w swoich wiejskich rezydencjach. Mieszkańcom wsi i miasteczek pozostawała tylko modlitwa. Za opiekunów i obrońców ludności przed chorobami zakaźnymi uchodzili liczni święci, najbardziej św. Roch i wystawienie mu kaplicy zabezpieczało okolicę przed niebezpieczeństwem. Jeśli więc we wsi grasowała zakaźna choroba, a kapliczki blisko nie było, odbywano pielgrzymki nawet do dalszych okolic, gdzie znajdował się kościół pod wezwaniem św. Rocha. 


Kościół pod wezwaniem św.Rocha 
w Brochowie nad Bzurą 

Święty Roch w Polsce nigdy nie był, a jest jednym z ważniejszych świętych patronów polskiej wsi. Około trzech tysięcy kościołów i kaplic na świecie nosi jego imię. W Polsce są 63 kościoły pod wezwaniem św. Rocha, a ilość kaplic i kapliczek niepomiernie jest większa. Najlepszy dowlod, że zarazy hasały po naszej, polskiej ziemi, że potrzeba wznoszenia modłów o ochronę przed nimi była niezbędną potrzebą. 


      Perłą mazowieckiej architektury jest kościół obronny w Brochowie nad Bzurą. Jest pod w
ezwaniem św.Rocha (dokładnie: współwezwaniem, jeszcze św.Jan Chrzciciel patronuje tej świątyni). Przed świątynią czuwa figura świętego w kapliczce pośród brzóz, a we wnętrzu znajduje się obraz z jego przedstawieniem, oczywiście z torbą, z kosturem i w szacie  pielgrzyma
     Obecna budowla powstała w połowie XVI wieku, jest całkowicie oryginalna,  niepowtarzalna i to nie tylko w Polsce, w całej Europie również. Przez wiele lat wielu teoretyków architektury nie bardzo wiedziało, jak zakwalifikować kościół w Brochowie. Gotycki on, gotycko-renesansowy, czy tylko renesansowy, ewentualnie renesansowy. ale ze szczyptą gotyku w tle?  Wnętrze ma na pewno renesansowe, z zewnątrz wydaje się być gotycki i co do tego sporów być nie powinno. Ceglane baszty trzech wieżyc brochowskiej bazyliki jak zamkowe dominują nad płaską równiną okolicy. 


     
    Św.Roch urodził się we Francji w wieku XIV, a jego imię pochodzi od francuskiego >roche<, oznaczającego skałę. Rozdał swój majątek ubogim i sam, w ubogiej szacie, z pielgrzymim kosturem w ręce, jak najczęściej bywa przedstawiany, ruszył do Rzymu. Po drodze spieszył z pomocą zarażonym dżumą i wkrótce jego sława stała się tak wielką, iż musiał uciekać przed tłumem wielbicieli. Potem sam zaraził się dżumą. Życiorys świętego i jego relikwii są fascynujące. Nie wiem dlaczego tego patrona świątyni przydano i czy dopiero ta budowla go uzyskała, bo przed nią stały tu inne; pierwszy kościół w Brochowie powstał najprawdopodobniej przed 1113 rokiem, jeszcze za czasów Władysława Hermana. 

piątek, 13 marca 2020

Śnieżyczka przebiśnieg



Nadeszło przedwiośnie i znów jadę w teren, jak co roku, aby po raz kolejny przeżyć obraz rozkwitających pośród lasu białych łanów śnieżyczki przebiśniegu  (Galanthus nivalis). Swoją  nazwę naukową roślina zawdzięcza mlecznobiałym kwiatom. Nazwał tę roślinę  sławny Linneusz. Galanthus utworzony jest z dwóch słów greckich: gala - mleko i anthos - kwiat. Z łaciny natomiast pochodzi drugi człon nazwy : nivalis oznacza - śnieżny. A przebiśnieg, jak mówimy w Polsce, to dlatego, że już w lutym zakwita, acz zdecydowanie częściej w marcu, chociaż tak też bywa, że gdy zima jest mroźna, nawet w  kwietniu. W swoich wędrówkach ku podwarszawskim przebiśniegom, a odbyłem ich wiele, prawie zawsze je oglądałem już w bezśnieżnym czasie przedwiosennym. Ale...  cóż to za przedwiośnie bez obrazu topniejącego śniegu ? 

         W przyrodzie wszystko powinno być jak należy, po kolei. Ostatnimi laty coś się jednak pokićkało. Nazwa śnieżyczki przebiśniegu wskazuje związki rośliny ze śniegiem. Jeszcze śnieg leży, a one już przebijają się przezeń ku światłu. Tak w każdym razie być powinno. Ale już tak nie jest ostatnio. Czy tamte czasy jeszcze wrócą? Zapewne tak, przyroda lubi płatać nam niespodzianki, nie tylko dla ludzi dramatyczne, ale i miłe przecież tak samo. 

        Nie przyznaję pierwszeństwa żadnej z dwóch nazw bohaterki tej opowieści. Używam ich jednocześnie lub na zmianę, zależnie od tego co mi serce w danym momencie podsunie. Mam nadzieję, że roślinki nie mają mi tego złe. I że uczeni botanicy zechcą mi tę literacką dowolność wybaczyć. Tegoroczna zima na nizinie mazowieckiej była niemal całkowicie bezśnieżna. Nazwa przebiśnieg dla naszej bohaterki okazywała się jakby bezzasadna. Nazwa śnieżyczka wydawała się bardziej na miejscu. Z pewnego oddalenia patrząc na łany tych kwiatów, jawią się one patrzącym na podobieństwo śniegu, dno lasu jakby się nimi śnieży...


     W naturze śnieżyczka przebiśnieg rośnie w lasach i zaroślach południowej części Europy, w Polsce  centrum występowania tej pięknej rośliny znajduje się na południu, przede wszystkim w Karpatach. Rosną także na pagórach Jury Krakowsko - Częstochowskiej.  Możemy je spotkać na Roztoczu. W Warszawie rosną z woli człowieka, który je zaprosił do swoich  ogródków. Widuje się to kwiecie w niektórych parkach, ładnie tam wyglądają i owszem, ale  nie tam jest ich środowisko naturalne.  
       W okolicach Warszawy rosnące w naturze śnieżyczki są przyrodniczą sensacją i  występują tylko w trzech miejscach, oddalonych o ponad sto kilometrów od najbliższej stacji metra. Jedno miejsce znajduje się na Mazowszu historycznym nad Skrwą Prawą pod Płockiem koło Sikorza i Brudzenia. Drugie jest w Lesie Rogowskim koło Repek w okolicach Sokołowa, ale to już nie jest Mazowsze, lecz bliskie Podlasie, chociaż to ta część Podlasia, które przypisano obecnie do województwa mazowieckiego, a nie podlaskiego. W naturze rosną także śnieżyczki przebiśniegi w Puszczy Kozienickiej, ale to też nie Mazowsze, a tylko województwo mazowieckie. Ta puszcza rośnie na ziemi radomskiej, a ona już historycznie przynależy do Małopolski.



        Koło mojej leśniczówki w Puszczy Kampinoskiej posadziłem śnieżyczki u stóp jesionu. Polubiły moje sąsiedztwo, szybko zaczęły kolonizować bliższą okolicę. Taką legendę o tym kwieciu wyczytałem. Kiedy Ewa została wygnana z raju, stała w swoim zimowym ogrodzie i rozpłakała się nad kwiatami, które znikły. Przechodził obok anioł i usłyszał płacz Ewy. Zrobiło mu się żal płaczącej kobiety - złapał opadający płatek śniegu, dmuchnął na niego i zamienił w przebiśnieg. Dając go Ewie powiedział: Jest to dla ciebie zapowiedź, że wiosna i lato wkrótce nadejdą. Jest to obietnica, że przebiśnieg będzie pojawiał się co roku.
      Opuściłem już swój leśny dom, bo kłopoty z jego utrzymaniem poczęły przerastać moje fizyczne możliwości. Budynek wkrótce zapewne przestanie istnieć, on już dobrze wie, że bez człowieka nie ma dla niego życia.  Ale, gdy domostwa już nie będzie, te białe kwiatki zapewne pozostaną, rozsieją się jeszcze bardziej i będzie tak, jak gdzie indziej na polskim niżu.
     Znakomita większość stanowisk śnieżyczek na niżu   ma  takie właśnie, wtórne, antropogeniczne pochodzenie. Rosną  w lesie tam najczęściej, gdzie przed wielu laty znajdowały się osady, leśniczówki, cmentarzyki. Chociaż kamień na kamieniu z budynków już nie pozostał, one trwają w miejscach, gdzie ktoś kiedyś w ogródku je wsadził. Trwają i rozsiewają się, co chętnie czynią nadzwyczaj.
      Aby trafić w  miejsca, w których rosną kozienickie śnieżyczki, trochę się trzeba nachodzić. Ja korzystałem z wiedzy miejscowego leśniczego. Odwiedzałem dwa stanowiska przebiśniegów, oba ustępujące urodą tym znad mazowieckiej Skrwy i spod podlaskich Repek. Jeśli przyjdzie się tam o kilka dni za późno, nad Puborskimi Łąkami przebiśniegi będą już ogarnięte  przez duże dywany czosnku niedźwiedziego, który tam gra rolę główną i pachnie czosnkiem tak, jak powinien,. W rezerwacie "Zagożdżon" przebiśniegi zajmują większy obszar, występują mniej więcej w promieniu dwustu metrów wokół dębu Zygmunt August, ale kwiaty nie tworzą tam litego kobierca, rosną w rozproszeniu, poukrywane między opadłymi jesienią liśćmi na dnie lasu.
    Ze wszystkich wokół Warszawy najładniej położone są stanowiska śnieżyczek w znajdującym się koło Płocka wielce urodziwym Brudzeńskim Parku Krajobrazowym. Ten należący do najmniejszych w Polsce parków krajobrazowych uchodzi za jeden z najpiękniejszych.  Śnieżyczki rosną tam w dwóch miejscach. Bliżej Płocka jest stanowisko koło Sikorza. Szosa obok tej wioski  przebiega w terenie płaskim i mało efektownym. jadąc tamtędy nie wszyscy wiedzą, że o krok odtej  szosy zaczyna się pejzaż, który przydał okolicy miano Mazowieckiej Szwajcarii.
    W latach międzywojennych XX w. w tym to pejzażu odpoczywali sławni artyści, przyjeżdżający do miejscowego dworu Piwnickich. Julian Tuwim pisał tam "Bal w operze", zaś bywający tu Tadeusz Dołęga-Mostowicz polecił Sikórz i pobliskie Radotki, jako miejsce plenerów do filmu wg swojej głośnej powieści "Znachor" , który ze znakomitym Józefem Węgrzynem w latach międzywojennych nakręcił tutaj Michał Waszyński. 
    Od sikórzeckiego kościoła (banalny neogotyk) droga sprowadza w dół doliny Skrwy. Różnica poziomów, jak na Mazowsze, całkiem znaczna,  zdumiewająco urodziwa est silnie meandrująca Skrwa Prawa, która płynie tutaj głęboko wciętą doliną o zboczach wysokich miejscami na ponad 40 m. Zaraz za mostem na obu brzegach rosną śnieżyczki. Setkami tam rosną.  




    Drugie, chyba efektowniejsze stanowisko śnieżyczki przebiśniegu w okolicy, znajduje się nieopodal wsi Brudzeń i stamtąd najlepiej dochodzić do celu, a dojście ułatwia prowadzący stamtąd czerwony szlak dla pieszych. W Brudzeniu nad Skrwą urodził się Paweł Włodkowic, postać nietuzinkowa, rektor Akademii Krakowskiej, poseł króla polskiego na sobór w Konstancji, gdzie bronił polskiej racji stanu w sporze Polski z Zakonem Krzyżackim.
    Zanim powstała wieś Brudzeń, istniała już w tamtej okolicy osada, jej śladem jest ogromne grodzisko. datowane na wieki X - XI wiek. Ma kształt zbliżonym do trójkąta i w miejscu największym pokaźne rozmiary. Przedwiośniem, gdy jeszcze nie rozwinęło się listowie na leśnych drzewach okolicy, widok na dolinę Skrwy  ze szczytu grodziska jest naprawdę okazały.

    O przedwiośniu wchodzi się tutaj w królestwo kwiecia. Wokół grodziska i poniżej, na stokach malowniczych Brudzeńskich Jarów. Swoich znajomych i przyjaciół zachęcałem do przyjazdu tutaj także z ich powodu. A oni piszą mi potem listy, pełne podziękowań za to, ze ich na wyjazd w te strony namówiłem,  opowiadają w tych listach, że idąc w głąb tych kwietnych kobierców, pragną frunąć,  żeby tylko nie podeptać   przebiśniegów, które rosną nawet na ścieżce. Od ścieżki do samej rzeki – tak zupełnie dosłownie: jak okiem sięgnąć – tylko przebiśniegi. Nie, przepraszam – nie tylko: gdzieniegdzie kępka przylaszczek. Kto wie, czy nie najciekawszym czasem, w którym warto być tutaj, nie jest ten właśnie czas, gdyśnieżyczki już zaczynają przekwitać. Jeszcze trwają, jeszcze cieszą nas swoją urodą, ale już już pojawiają się inne leśne kwiaty przedwiośnia, prócz przylaszczek także  kokoryczki i zaraz potem  zawilce gajowe. 
       Najchętniej jeżdżę oglądać śnieżyczki na bliskie Podlasie. Na wschód od Węgrowa krajobraz staje się  tak bardzo polski, że aż za serce ściska. Pod Płockiem tak nie ma, nad brudzeńskimi krajobrazami cieniem się rzuca płocka rafineria. Położona koło Sokołowa Podlaskiego wioska Rogów jest  położona akuratniej i po części jeszcze trwa w niej drewniana architektura.  Drewniany jest też kościółek i dzwonnica, stojąca obok niego.  Ma około dwustu lat ta świątynka, była świadkiem wojen, w których w walce o rząd dusz wprzągana była religia. Pobudowano świątynkę jako cerkiew unicką, potem gdy carat unitom kazał przestać być unitami, przez jakiś czas była to cerkiew prawosławna, po odzyskaniu niepodległości cerkiew pełni już rolę kościoła katolickiego. Ot, zwykła na Podlasiu historia, za którą kryje się jednak moc ofiar i ogromnie wiele łez.
      O kilka kroków od kościółka zaczyna się Las Rogowski, a i on jest przyjemny, bo  tam wszystko przybyszowi jawi się jak należy. Jest w tym lesie rezerwat „Śnieżyczki” i rosną w nim miliony śnieżyczek, tworząc obraz nieprawdopodobnie piękny. Zwłaszcza przy słonecznej  pogodzie! Autor internetowego hasła (https://nasze miasto.pl/rezerwat-śnieżyczki) napisał, że nieopodal, dosłownie przez drogę, znajdowała się gajówka. Funkcjonowała jeszcze kilkanaście lat po II wojnie światowej. Już niebawem nie można będzie dojrzeć śladów po niej. Nie wiem jaka była historia gajówki, kiedy została  zbudowana, czy wcześniej w tym miejscu również istniała jakaś osada. W latach 60. XX wieku przewieziona została na Miotki w pobliżu Repek, tam ją jeszcze widywałem i obok pracujące mielerze. Dla mnie to była egzotyka, mielerze znałem tylko z Bieszczadów. Zupełnie możliwe, że rogowskie śnieżyczki mają związek z istniejąca obok osadą leśną. 

Te małe, białe kwiaty  mają ciekawą cechę,  potrafią albowiem wykonywać ruchy i w zależności od temperatury  otwierać się i zamykać. A otwarte w słońcu kwiaty mają największą szansę na zapylenie.
    O śnieżyczkach przyrodnicy piszą tak, jakby pisali wiersze. Że te rośliny, zakwitające jako pierwsze po długich miesiącach zimowych, wzbudzają w nas szczególnie emocje. Że je podziwiamy, jako iż mimo chłodów dzielnie przebijają swe łodyżki i wznoszą swe kwiaty przez śniegi. Że ich widok rozgrzewa serca i rozbudza nadzieję na to, że po kolejnej zimie wróci wiosna i lato pełne kwiatów. Podobno pierwszy przebiśnieg zakwitł po wygnaniu Adama i Ewy z ogrodu Eden. Była zima i anioł, aby  pocieszyć naszych pierwszych rodziców, obiecał im wiosnę, chuchnął na spadające płatki  śniegu, a te opadając na ziemię zmieniały się w białe kwiaty przebiśniegów. Ludzie kochają przebiśniegi i dlatego zapewne rwą na potęgę do bukietów, i to wszystko z miłości do nich, że takie ona piękne, więc ich piękno chcą zabrać ze sobą do domów. Jest teraz ta roślina objęta ochroną prawną i trochę jej lepiej, acz niezupełnie i nie wszędzie.




     Jest trzynastego i na dodatek jest to piątek, wedle wszystkich nic gorszego w te dzień spotkać człowieka już nie może. Dopiero co rozmawiałem telefonicznie z leśniczym, w którego lesie wdzięczą się do nas te śnieżyczki z fotografii zdjętej w rezerwacie koło Rogowa. - Jak tam dzisiaj pańskie śnieżyczki ? zapytałem. Świetnie, kwitną jak oszalałe, niech pan przyjeżdża. Wziąłem to sobie do serca, w najbliższych dniach ku nim wyruszę. Przecież człowiek musi mieć coś radosnego na widoku. Zwłaszcza teraz, o przedwiośniu roku 2020, gdy na całym świecie, także i u nas, rozszalała się epidemia zbierającego już śmiertelne ofiary koronowirusa. 
      W mediach atakują nas ze wszystkich stron wiadomości złe lub tylko niedobre. W gazetach, radio, telewizji, w rozmowach. Na ekranie telewizora pokazują się mapy, na nich czerwone plamy ogarniają coraz to nowe kraje.W Polsce na dwa tygodnie zamknięto szkoły, przedszkola i żłobki, zawieszono zajęcia na uczelniach, odwołano imprezy masowe, zwody sportowe i koncerty, nieczynne będą kina, teatry i muzea. W ostatnim czasie zrobiło się wyjątkowo ciężko i stresująco. Lekarze zalecają ludziom w starszym wieku, aby nie wychodzili z domu, unikali tłoku, publicznej komunikacji i w ogóle. Do mnie to adresowane, wiem o tym. Ale radzą także madrzy ludzie częste wypady na świeże powietrze, w głąb nieskażonej wirusem przyrody. A tam czekają na mnie one właśnie. Więc jakże nie skorzystać z zaproszenia... ..

niedziela, 16 lutego 2020

Matka Boska Telefoniczna z Boernerowa


Wspaniały warsavianista, Jerzy Kasprzycki w jednym  ze swoich felietonów z cyklu Spacerki Warszawskie, publikowanych przed laty w "Życiu Warszawy", nazwał tę rzeźbę Matką Boską Telefoniczną, bo sąsiaduje z osiedlem pracowników poczt i telegrafów, powstałym przy radiostacji transatlantyckiej, zbudowanej na terenie dawnego poligonu wojskowego. Kupiłem od niego tę nazwę, ale chyba tylko ja jeden. Spotykam często ludzi u jej stóp, bo nie tylko ja ją odwiedzam. Większość to miejscowi. Ale, kogokolwiek nie zagadnę, ten nie zna nazwy, jaką obdarzył figurę redaktor Kasprzycki. Ustawiona tu została w roku 1933, szczęśliwie przetrwała II wojnę światową i nadal cieszy oczy.
    Do Boernerowa jeżdżę co jakiś czas, najczęściej wtedy, gdy dnie są krótkie, a pogoda wyjątkowo kapryśna i nie za bardzo chce się wtedy jechać dalej. A przecież i tutaj jest ładnie, choć nie wiejsko. Jeżdżę tam przede wszystkim dla sąsiadującego z osiedlem Lasu Bemowskiego. Wycieczkowanie po nim powinno się zaczynać od tej figury, od Matki Boskiej Telefonicznej. Najlepiej dojechać tam tramwajem i wysiąść z niego na najładniejszym krańcowym przystanku tramwajów warszawskich, ładniejszego nigdzie nie znajdziecie, ta pętla istnieje od roku 1934. 
    Rzeźba z Boernerowa jest niewątpliwie nietuzinkowym dziełem sztuki. Paweł Giergoń  w internetowym portalu sztuka.net  pisał, że jest to prawdopodobnie najpiękniejsza figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem , jaka powstała w dwudziestoleciu międzywojennym w Warszawie. Znana chyba wyłącznie lokalnej społeczności Boernerowa, nie doczekała się jak do tej pory słowa wzmianki w literaturze tematu, co dziwi, ponieważ jest to dzieło sztuki o wysokich walorach artystycznych.
        Na czym polega wdzięk i uroda rzeźby
Jana Golińskiego? Myślę, że na tym przede wszystkim, że jego Matka Boska jest inna, niż inne z innych rzeźb, kapliczek i pomników. Chyba nie tylko z okresu międzywojennego, ale w ogóle. Nie nawiązuje stylistycznie do średniowiecznych rzeźb w typie Pięknej Madonny, jest zaprzeczeniem rozpowszechnionych w wieku XIX figur Matki Boskiej z Lourdes. Przede wszystkim jednak, to też widać od razu, jest dziełem w stylu całkiem osobnym. Anna Kostrzyńska - Miłosz [w tekście „Jan Goliński – rzeźbiarz-architekt”, znajdującym się w publikacji „Polskie art déco”, Płock 2015] pisała o rzeźbie, że jej stylizacja zawiera typowe dla lat trzydziestych formy. Twarz Madonny przypomina twarz kobiety z tak bardzo znanej rzeźby Henryka Kuny "Rytm". Multiplikujące poziome linie fałdy szaty czy układ włosów małego Chrystusa wydają się być inspirowane przez ideologię ugrupowania artystycznego Rytm. Dla mnie  kobieta z rzeźby boernerowskiej jest kobietą z ludu, różni się od obowiązującego w dwudziestoleciu międzywojennym wzorca kobiety. Przecież jednak wystarczy spojrzeć, żeby wiedzieć, że jest naprawdę królową. I – że to jest dzieło z międzywojennego dwudziestolecia, bo to się czuje od razu, zaraz po jej zobaczeniu.
    Figura z Boernerowa myśl pierwotnego projektu, miała wieńczyć pomnik Zjednoczenia Ziem Polskich, jaki miał stanąć w Gdyni w 1931 roku. Wg projektu Golińskiego pomnik miał mieć formę latarni morskiej, zwieńczonej figurą Matki Boskiej. Projekt ten zajął drugie miejsce w konkursie na ten pomnik, pomnika zresztą nie zrealizowano, a rzeźbę w zmienionej formie wykorzystano do wykonania tej figury na warszawskim Boernerowie. Dwa lata później, niż w Gdyni i nie na wysokiej latarni.
    Odlana z brązu figura jest usadowiona na trzymetrowym cokole, obłożonym płytami z piaskowca. Cokół jest utrzymany w stylu modernistycznym - ma obłe, wręcz opływowe kształty i symetrycznie umieszczone relingi, będące obramowaniem postumentu; jest stylizowany na element wyposażenia statku lub okrętu. Tyle tylko zostało z projektu konkursowego.
    Jaki on miał być, opowiedział mi o tym p.Marcin Gubała w artykule „Tajemnica gdyńskiego pomnika w Warszawie” z dn. 9 marca 2019 pomieszczonym  w internecie www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Tn132451. Pod koniec lat dwudziestych XX w. rozbudowująca się Gdynia cierpiała na brak jednoznacznie wyznaczonego centrum miasta. Aby temu zaradzić, opracowano koncepcję tzw. Dzielnicy Reprezentacyjnej, wychodzącej ze śródmieścia ku morzu, w której miały być pomieszczone m.in. dwa obiekty o symbolicznym znaczeniu, a mianowicie Bazylika Morska oraz Pomnik Zjednoczenia Ziem Polskich.
    Ta Matka Boska, dziś obecna na dalekich peryferiach Warszawy w Boernerowie, w Gdyni  miała się znajdować na szczycie pomnika Zjednoczenia Ziem Polskich. Miał to być pomnik nie byle jaki. Rozpisano konkurs. Chciano majestatycznej wieży, wyrastającej ponad okolicę, ponad port i miasto, a jednocześnie skierowanej w stronę morza. Zgłoszone do konkursu projekty jawiły się jako strzeliste katedry patriotyzmu i miłości młodego państwa do morza, były to projekty obezwładniające artystyczną wyniosłością.
    Projekt opracowany na konkurs przez Jana Golińskiego miał monumentalną formę, ale jednocześnie cechował się lekkością i wyraźnie skłaniał się charakterem ku stylowi okrętowemu, ku modernistycznej architekturze obwieszczającej postęp i nadzieję. W zamyśle Jana Golińskiego pomnik miał odgrywać rolę użytkową - oprócz tego, że pełniłby funkcję latarni morskiej, miał być również obiektem otwartym dla publiczności, która z tarasów umieszczonych piętrowo na wieży mogłaby cieszyć wzrok widokiem portu, miasta i zatoki.
    Nic tego nie wyszło. Pomnik „Matki Boskiej Telefonicznej”, jak nieco żartobliwie, ale przecież przesympatycznie, nazwał tę rzeźbę Jerzy Kasprzycki, wznosi się w warszawskim Boernerowie, jest jego nieodłączną częścią, jego ozdobą  i emanacją. Powstało to osiedle  z inicjatywy Ministra Poczt i Telegrafów, zapamiętałego piłsudczyka, żołnierza Legionów, płk Ignacego Boernera, on właśnie w 1932 roku zainicjował jego budowę. Przeznaczone było głównie dla pracowników telekomunikacji, dla załogi radiostacji i wojskowych. Radiostacja przetrwała czas wojny, wysadzili dopiero, gdy przyszło im się wycofywać. Szczęśliwie czas wojny przetrwała też figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. 

      Tam gdzie dzisiaj jest lotnisko, to o kilka kroków od Matki Boskiej, znajdowały się kiedyś Góry Szwedzkie. Już ich nie ma, fizycznie przestały istnieć. Bo zbudowano lotnisko, lotnisko musi być płaskie, żadne góry nie są tam potrzebne. Podobno coś tam się działo w czasie szwedzkich wojen, za „potopu”. Podobno, ale co, tego dokładnie nie wiadomo. Dokumenty milczą. Czy to były piaszczyste wydmy, nie wiadomo. A może jakieś szańce, które obozujący tam Szwedzi usypali, a jak wiemy z innych miejsc, także na Mazowszu, robili to chętnie. Ale tego też nie wiadomo. Zadziwiające, jak znikają takie - istotne przecież - elementy krajobrazu, po których zostaje tylko i wyłącznie nazwa. 
       W książce "Wierna puszcza" Marii Kann (Wyd.LSW 1972) znalazłem taki fragment, to opowieść stareńkiego dziadka Bieńkowskiego, którego autorka odwiedziła. Na pytanie skąd powstała nazwa Szwedzkie Górki, tak pan Bieńkowski odpowiedział.
       - Aaa.... wiem, mój dziad gadał, że na tych górkach Szwedzi się chowali... Szkody w lesie robili, roje pszczele niszczyli, miód rabowali, chaty i kościoły palili, bydło nam zabierali. Naszych chłopaków, znaczy się polskich, wieszali"...
    Zimą roku 1940 miała tam miejsce jedna z pierwszych hitlerowskich zbrodni na mieszkańcach Warszawy. Była utrzymywana przez Niemców w tajemnicy. 6 stycznia, w Święto Objawienia Pańskiego, na Trzech Króli Z dwóch ciężarówek wyprowadzono 96 osób. Szukałem wiadomości o tej zbrodni. Znalazłem tylko pytania. Kim były ofiary, kim kaci? Czy podobnie jak w Wawrze, także koło Boernerowa zastosowano odpowiedzialność zbiorową? Jeśli tak, to za co? O tej zbrodni sprzed lat nie wiemy dziś niemal nic.
    W roku 1949 pod figurą Matki Bożej z Dzieciątkiem umieszczono kamień upamiętniający śmierć powstańców warszawskich, którzy polegli w okolicach Boernerowa i Szwedzkich Gór, podczas wycofywania się  ku Puszczy Kampinoskiej. Kamień ten pierwotnie znajdował się w miejscu masakry powstańców, ale tam po wojnie powstało lotnisko, więc trzeba go było przenieść.  Powstańcy zginęli na samym początku powstania, 2 sierpnia 1944 roku. To byli młodzi ludzie od „Żywiciela”, mieli za zadanie wykurzyć Niemców z  Lasu Bielańskiego i  Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego na Bielanach. Wobec niepowodzenia ataku, wycofała się z zamiarem przejścia do Puszczy Kampinoskiej. Na Szwedzkich Górach powstańcy dostali się w podwójny ogień niemiecki. W  ciągu godziny większość zginęła,  schwytanym nakazano wykopać zbiorą mogiłę dla swoich poległych kolegów oraz dla siebie. Do historii zdarzenia te przeszły pod nazwą masakry.
     W książce „Kronika Boernerowa”, jej autorka Lowisa Lermer opisuje związaną z tą figurą niezwykłą historię z czasu Powstania Na terenie Boernerowa stacjonował oddział węgierski. Formalnie Węgrzy kolaborowali z hitlerowskimi Niemcami, ale ich rozmieszczone na terenie Polski ich oddziały w każdej możliwej chwili starały się demonstrować swój prawdziwy stosunek do Polski i Polaków. W Boernerowie urządzili Węgrzy niezwykły koncert dla mieszkańców osiedla. „Ich orkiestra grała przed figurką Matki Boskiej niesłyszane dawno melodie, w tym hymn polski. W tym czasie płonęła Warszawa, dobrze to widziano z Boernerowa. Licznie zgromadzeni boernerowiacy słuchali ich, płacząc ze wzruszenia. Koncert przerwał wreszcie oficer niemiecki, kiedy zorientował się poniewczasie.
         Po skończonej wojnie w roku 1947 zmieniono nazwę osiedla, piłsudczyk jako jego patron był nie do przyjęcia dla nowej władzy. A że w pobliżu był kiedyś poligon artyleryjski, sięgnięto po artylerzystę, generała Bema, jako patrona osiedla.  I tak narodziła się nowa nazwa Bemowo. W czerwcu 1951 r. Boernerowo (a właściwie Bemowo) zostało wcielone do Warszawy. Z czasem bardzo się to Bemowo rozrosło. Najstarsza jego część powróciła do nazwy Boernerowo po 1989 roku, gdy „najlepszy z ustrojów” odszedł już w przeszłość.
    9 sierpnia 2017 Figura Matki Bożej z Dzieciątkiem została wpisana do rejestru zabytków ruchomych województwa mazowieckiego.Jest niewątpliwie zabytkiem sztuki. Ale i świadkiem historii. Napatrzyła się, oj... napatrzyła... boernerowska Matka Boska Telefoniczna... 



Fot.Ula ze Słodowca
Fot.Ania z Sadyby