poniedziałek, 9 grudnia 2019



Oj... niedobrze, panie bobrze 
Bobrów mazowieckich blaski i cienie


Niełatwe nastały czasy dla mazowieckich bobrów.


        Że  obecność bobrów pośród naszej przyrody wzmacnia jej wartość, dawałem wyraz w swoich publikacjach i książkach. Wydawało mi się, że  bóbr został już zdecydowanie uratowany dla naszej przyrody, chociaż jest gatunkiem wciąż zagrożonym. Aktualizując teraz swoje książki powinienem dopisać, że oto zagrożenie  nadeszło właśnie ze strony urzędu powołanego do ochrony pozytywnej działalności bobrów. Nie ulega wątpliwości, że sytuacja bobra w Polsce wymaga poważnej dyskusji i nie tylko na naszym, lokalnym, mazowieckim podwórku. Ale czy można wyrazić zgodę na rzeź naszych  mniejszych braci?  Święty Franciszek też nie byłby z tego zadowolony. A prócz tego, last but not least, również politycznie to nie jest dobry pomysł. A jednak planowane jest zabijanie bobrów tej zimy. Bo to dobra pora dla zabójców. Bobry właśnie zaczynają zimowy sen, można je będzie zabijać , hurtem po prostu, całymi rodzinami, śpiące obok siebie, przytulone, żeby było im cieplej... 

     Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Warszawie Arkadiusz Siembida postanowił wydać zarządzenie – jeszcze przed końcem roku 2019  – zezwalające na podstawie odpowiednich artykułów ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody, na czynność umyślnego płoszenia, umyślnego niepokojenia i umyślnego zabijania bobra w kilkudziesięciu terenach łowieckich Polskiego Związku Łowieckiego na terenie województwa mazowieckiego. Zezwolenie to, tyczące 1460 osobników, może być realizowane w miejscach (tak zapisano w dokumencie: może, czyli nie musi akurat tam), w których bobry powodują znaczące szkody poprzez podtapianie gruntów oraz niszczenie płodów i upraw rolnych, infrastruktury technicznej i innych rodzajów mienia.

      Np. w gminie Dzierzgowo planuje się pozbycie się  50 bobrów. Tam akurat, bobry bytują głównie na Orzycu, płynącym w szerokiej, zmeliorowanej dolinie pośród łąk, teraz jest wąską strugą uregulowanego kanału. Przypuszczam, że bobry zaczęły  renaturyzować dolinę, naprawiając to, co zniszczyli melioranci. W gminie Żuromin planuje się zabicie aż 110 bobrów, wszystkie żyjące w  myśliwskich rewirach  pośród zmeliorowanych łąk koło Wólki Kliczewskiej i Nadratowa. Wystarczy rzut oka na mapę: tam bobry przywracają przyrodzie  rozległy teren, zatrzymując wodę, gdzie tylko się da.  W gminie Brok planuje się zabić 20 bobrów na terenie Bojan. Byłem tam niedawno, upalnym latem, zastałem wstrząsającą suszę, panująca tam w dolinie Bugu. Wydaje się, że w Bojanach nie ma żadnych realnych podstaw do uznania ich za szkodniki, one gospodarują na Bugu i kilku starorzeczach na jego tarasie zalewowym, tam może więc chodzić tylko i wyłącznie o sprawienia przyjemności myśliwym.  
  
     To jest obłęd prawdziwy – napisał mi Arkadiusz Szaraniec –   aby w czasach corocznej katastrofalnej suszy ukatrupiać bobry, które - jako jedyne stworzenia - nas przed tą suszą ratują . I nas, i siebie, i swój biotop, i rolnictwo.  Dodam, że Wody Polskie tylko w zeszłym roku zleciły zniszczenie (i opłaciły sowicie) ok 200 tam bobrzych, czyli naturalnie utworzonych zbiorników wody, bogatych w życie wodne i nabrzeżne, i okoliczne - mgły "nawadniają" okolice w okresie upałów, co sam wiele razy widziałem. Uczestniczą w tym procederze i to gromadnie także leśnicy (!), którzy nawet na obszarach chronionych przebijają tamy rurami, by woda schodziła do "pożądanego" poziomu.  

    „To smutne, wręcz tragiczne, jak się w tym kraju ludziom pomieszało w głowach – pisała Maria Kaniewska.  – Prawdę mówiąc, żadne dzikie zwierzątko w Polsce (no, może właśnie poza dzikiem), nie naniszczyło tylu drzew i nie zmieniło tak radykalnie krajobrazu jak bobry.  To pewne jak amen w pacierzu, że jeżeli uchyli się furtkę do zabijania, bobry nie będą miały szans. To zadziała jak "lex Szyszko". Już pojawiają się reklamy cudownego leku z tłuszczu bobra (zresztą i pana Sienkiewiczowa Jagienka zdobywała srom bobrowy), ktoś napisał o afrodyzjaku, Szyszko postulował, że warto by polować też na drozdy (pewnie chodziło o przyrządzanie wg przepisu pani Ćwierciakiewiczowej pasztetu z kwiczoła - należało go utłuc w moździerzu), chłopi chcieliby zabijać żurawie, bo im niszczą zasiewy... Im głupszy pomysł, tym się bardziej niektórym podoba”.


    Za straty wyrządzone przez bobry budżet musi płacić 7-10 mln zł rocznie. Natomiast zyski,  jakie mamy dzięki tym zwierzakom to przynajmniej 100 mln euro!!! Tyle wartą robotę wykonują dla nas co roku. Dlatego nie wolno ułatwiać strzelania do bobrów tak jak chce resort środowiska. Bobry się nam opłacają!!! - krótko i węzłowato napisał Adam Wajrak na facebooku. 
Kanadyjski pejzaż w mazowieckiej Puszczy Białej. Pośrodku rozlewisk widoczne jest żeremie.


      Do moich ulubionych książek o zwierzętach należały w dzieciństwie "Sejdżio i jej bobry" oraz "Pielgrzymi puszczy", napisane przez Grey Owla, trapera z dalekiej Kanady. Zaczytywałem się „Kanadą pachnąca żywicą” Arkadego Fiedlera, później fascynowałem się książką „Nad rzeką bobrów” Erica Colliera. Te książki kształtowały wyobraźnię. Och, jakże chciałem wtedy pojechać tam, na północ Ameryki, do tej pachnącej żywicą Kanady, gdzie bobry budują swoje tamy i żeremia. Aż przyszedł czas, gdy Kanada przyszła do nas, na Mazowsze.

     Bobry od ponad trzydziestu lat są na Mazowszu naszymi bliskimi sąsiadami. Zobaczyć je niełatwo, swoje mieszkania zwierzęta opuszczają najchętniej dopiero o zmroku, a razem z brzaskiem dnia umykają przed ludzkim okiem i pewnie wiedzą, co czynią, bo to mądre zwierzątka. Najczęściej pozostają nam do oglądania powalone przez bobry drzewa, ogryzione z kory pnie oraz, jak nożem ścięte, gałązki krzewów. 

       Nie było bobrów  pod Warszawą przez blisko dwieście lat. W roku 1835 ostatniego bobra ubito w majątku Góra nad Narwią w sąsiedztwie Jabłonny. A kiedyś słynęły z obfitości mazowieckie gony bobrowe. Ich powrót  należy do największych osiągnięć człowieka w dziedzinie ochrony przyrody w naszym regionie. Zadomowiły się nadzwyczajnie. To osiągnięcie zawdzięczają wyłącznie sobie, swojemu uporowi i zdolnościom.  


Bóbr zmyślnie zdjęty obiektywem Adama Wajraka. Ten to robi zdjęcia!


        Po drugiej wojnie światowej w granicach Polski przetrwały tylko nieliczne bobry. W roku 1974  Rada Ochrony Przyrody uchwaliła program ochrony bobra. Utworzono rezerwaty, zaczęto je hodować  w Popielnie na Mazurach, później rozpoczęło się  wprowadzanie bobrów na właściwe dla nich siedliska w różnych częściach Polski. W sąsiedztwie Warszawy również: w roku 1980 wpuszczono bobry na bagna Puszczy Kampinoskiej, wkrótce potem znalazły się nad Wilgą i nad Rawką. Już bez pomocy człowieka Narwią przywędrowały bobry znad Biebrzy. Rojno się porobiło nad mazowieckimi ciekami wodnymi, bo nie tylko rzeki bobry zasiedliły, spotykane są nawet nad kanałami melioracyjnymi, a ślady ich żerowania nie są niczym nadzwyczajnym na Wiśle w granicach Warszawy.  



    Obecność bobra w przyrodzie znacznie podnosi wartość emocjonalną terenu. Także dlatego, że odtwarza korzystne warunki bytowania dla wielu innych cennych gatunków fauny, że budując tamy hamuje spływ wód roztopowych i opadowych tworząc naturalny system retencyjny, nawilgotniając przesuszone terytorium Polski.  Mieszkają bobry głównie w norach, wydrążonych w stromych brzegach rzek,  kanałów i jezior. Rzadziej spotykane są  żeremia, jak nazywane są domki bobrowe, budowane przede wszystkim tam, gdzie jest na tyle wystarczająca baza paszowa, iż bobry  zamierzają tam pozostać na dłużej. Żeremie można zobaczyć gołym okiem, jeśli jest świeżo zbudowane, starsze albowiem żeremia są porośnięte roślinnością i już nie wyróżniają się z otoczenia.
    
   
Ogromne żeremie na strudze koło Puszczy Mariańskiej

   
Tama bobrza koło Lipkowa w Kampinoskim Parku Narodowym

Tama na Korabiewce koło Bartnik podnosi poziom wody w strudze o kilka metrów.



     Człowieka zwęszy bóbr pod wiatr z odległości trzystu kroków!  Bywa również inaczej.  Przyjaciele poszli na przechadzkę na Powiślu i pośrodku zimowego, lutowegodnia, tuż przed samym południem, mieli „bliskie spotkanie” z bobrami w okolicy „płyty desantowej”, tuż przy szpetnych budach piwnych, a pomimo spacerowiczów i towarzyszącym im psów dwa bobry dały się długo podziwiać. Ona wstydliwie kryła się w wodzie za gałązkami. On? [wypasiony] bezwstydnie patrolował brzeg pływając pod prąd i do swojej małżonki powracając pod wodą. 
   
    Środowisko ma z obecności bobra korzyści więcej, niż szkód, aczkolwiek trzeba przyznać, iż w tej chwili bobry w wielu miejscach stały się już problemem, podtapiając wiejskie zagrody, pola uprawne i drogi jezdne. Tworząc rozlewiska i jeziorka, urozmaicają nasz pejzaż, woda bowiem bardzo „ubiera” środowisko, przy okazji odtwarzają korzystne  warunki bytowania dla wielu cennych gatunków fauny i flory.  Działalność bobrów może zapoczątkować proces renaturyzacji sztucznie uregulowanego przez człowieka cieku wodnego. Kopanie nor i kanałów, jak również tworzenie rozlewisk, inicjują naturalne procesy bagienne. Niestety, są i negatywy, trzeba o nich też wspomnieć. Kopią bobry swoje nory w groblach hodowlanych stawów, a dla hodowców  ryb to nieszczęście. Swoje mieszkalne nory bobry chętnie też kopią w nadrzecznych wałach ochronnych. Na takie przypadki (i dziesiątek innych)
niekoniecznie trzeba sięgać po broń palną, chociaż - przyznać trzeba - diabeł kusi i zachęca, więc po broń sięgnąć łatwiej i ubicie zwierzaka szybciej sprawę załatwia. 
 
W ręku turystki znajduje się  wnyk na bobra, umieszczony na grobli stawu na Całowaniu. Założono go przy norze, przymocowano do wbitego obok kołka. Na zdjęciu widać kilka takich kołków, wnyki znajdowały się przy każdym.


     
Wymieniając listę pożytków, płynących z obecności bobra (prócz futerka, pozyskanego przez łowcę w świetle prawa, lub to prawo omijającego),   należy wspomnieć, iż bobry hamują spływ wód roztopowych i opadowych oraz erozję gruntów przybrzeżnych, oraz fakt, iż dzięki bobrom są szanse na podwyższanie obniżającego się systematycznie od kilku lat poziomu wód gruntowych. Na podtopionych brzegach rozwijają się nowe zbiorowiska roślinne, dzięki bobrom odtwarzają się naturalne drzewostany i zarośla, a w strefach przejściowych na brzegach nowo powstałych stawów występuje bogata roślinność, wszystko to sprzyja rozwojowi przeróżnych  bezkręgowców, które z kolei stanowią pożywienie dla wielu gatunków ryb, płazów, gadów i ptaków.  Rozlewiska bardzo chętnie odwiedzane są  przez wydry i łosie, jelenie i dziki. Fachowcy obliczyli skrupulatnie, iż ogólny przyrost biomasy roślinnej wywołany gospodarką bobrów jest większy, aniżeli ubytek masy drewna wywołany zgryzieniami. 

Bobrza robota w dolinie Rawski w Puszczy Bolimowskiej

       Bobry pracują na ogół tylko nocami, jak wytrwali drwale umieją położyć pokotem znaczne powierzchnie zagajników, sąsiadujących z ich wodnym terytorium. Czasem można zobaczyć ogromne nieraz drzewa, które zwierzątka usiłują ściąć, potężne topole i nawet dęby. Już na pierwszy rzut oka widać, że to zabieg daremny, że za żadne skarby tych olbrzymów bobrom nie uda się powalić. Po co to one robią? To, co najsmaczniejsze, znajduje się na górze drzewa, ta młoda kora, te młode gałązki, świeże listki. Co się da, ze zrębu zostanie chybko sprzątnięte, zaciągnięte dla umocnienia tamy, jesienią zmyślnie przytwierdzone do dna rzeki, aby w zimie  bóbr mógł korzystać z takiej spiżarni bez konieczności przebijania lodu i wypływania na zmrożony, zimowy świat. 
    
      Zdawać by się mogło, że bóbr jest uratowanym dla naszej przyrody, chociaż nie do końca, gdyż nadal jest gatunkiem zagrożonym.  Okazało się, że najgorsze może przyjść ze strony tych, którzy przez społeczeństwo zostali powołani do jego ochrony.




  

czwartek, 21 listopada 2019

Z teki krajoznawcy: wspomnienia jesienne.

Kapliczki przydrożne
Kapliczka słupowa w Sobienkach koło Osiecka


     Zacząłem kolekcjonować kapliczki przydrożne. Żaden chyba inny kraj europejski nie ma ich tak wielu i tak różnorodnych. Aleksander Brückner pisał o polskich przydrożnych  kapliczkach: mnogość ich wielka wszędzie, małych i większych, drewnianych i murowanych. Nawet wypróchniały pień dębu zamieniono na kaplicę, jakby pozostałość pogańskiej czci. Okazji bywało dość: pobożny, uratowany od pioruna, od koni, które poniosły, w miejscu cudownego objawienia, dla ochrony przed powodzią, morem, zbójcami, wznosił kaplicę lub kapliczkę.
        Najpiękniejsze kapliczki znajdują się niewątpliwie w Małopolsce, ale i Mazowsze sroce spod ogona nie wypadło. Niekiedy w zupełnie niespodziewanym miejscu można zobaczyć kapliczkę, która wprawia w zachwyt i intryguje. Tegoroczną jesienią  pojechałem do Powielina koło Błędostowa w gminie Winnica w powiecie pułtuskim na północnym Mazowszu. Bo tak już mam, że lubię odwiedzać miejsca na ogół nieznane i niezauważane. Ciągnęła mnie tam kolumnowa kapliczka, widziałem ja dobre trzydzieści lat temu, a pamiętałem jej urodę, chciałem ją raz jeszcze zobaczyć w naturze.         

 
Kapliczka z Powielina koło Pułtuska



    Oświetlona jesiennym, ostrym słońcem, prezentowała się urodziwie. Ustawiona na cokole kolumna w typie toskańskim  (tak napisano w katalogu zabytków) w formie ślepej latarni czekała na mnie, elegancko otynkowana na biało. Wystawiona została z fundacji Romana Doranta, dziedzica dóbr Powielin, na pamiątkę oddzielenia jego dóbr od Błedostowa i Smogorzewa Kościelnego. Ustawiono kapliczkę tuż przy granicy z Błędostowem, za niewielką dolinka już lekko wznoszący się teren tamtej wsi. O tak, wiedziałem już, że słusznie postąpiłem, wybierając się w odwiedziny do tej kapliczki. Swoją drogą, czy wielu jest takich wariatów, którzy jadą pół setki kilometrów w jedną stronę, aby zobaczyć przydrożną kapliczkę???   
     Podobno nazwa kaplicy wywodzi się od osobnej celi, w której przechowywano płaszcze św.Marcina: łacińska capella ma być zdrobnieniem od wyrazu cappa, oznaczającego płaszczyk. Stąd też i kapelan, i kapelmistrz, ale to już zupełnie inny temat. Z Italii nazwa przeszła do innych krajów już jako określenie każdego małego budynku, przykrycia lub daszku, chroniącego jakiś obiekt kultu religijnego. Niekiedy stawiano kolumny, na wierzchu których ustawiano albo samotnie stojąca rzeźbę  albo umieszczano kapliczkę czworoboczną z daszkiem, a wewnątrz niej dopiero znajdowała się rzeźba. Kolumna zawsze odgrywała rolę nie tylko elementu budowlanego, bądź architektonicznego; już kulty pogańskie nakazywały wznoszenie kolumn ku czci bogów natury, wyobrażając wciąż się odnawiającą siłę natury. Chrześcijańska symbolika kolumn oznaczała zawsze kościół nauczający, apostołów i ich następców, podtrzymujących budowlę Kościoła.
   



 Dzieciątko z Pęcławia

Tegoroczną jesienią nareszcie zobaczyłem przydrożną kapliczkę we wsi Pęcław koło Góry Kalwarii. Wzniesiono  ją w  roku 1831, Jest kolumnową kapliczkę przydrożną, którą  wieńczy  figurka Dzieciątka Jezus. „Zachowaj Panie od wszelkiego złego” głosi napis na wmurowanej w kapliczkę tabliczce. 



       Figurka jest niewielka, wdzięk ma ogromny. Dzieciątko jest krągłych, rubensowskich kształtów, to barok czystej wody. Ale że  barok to mocno spóźniony - bo u nas na Mazowszu tak już jest, wszystkie style na tę naszą prowincje docierały mocno spóźnione - określmy styl jako neobarokowy, będzie bezpieczniej i bardziej właściwie.               
       Dziecko z figurki jest półnagie, ma tylko zarzucony na ramiona materiałem, niby cesarskie okrycie z rzymskich, starożytnych czasów. W lewej ręce trzyma królewskie jabłko zwieńczone krzyżykiem, jest za duże na jego rączkę, zdaje się z niej wysuwać, więc Dzieciątko przytrzymuje je, oparte na biodrze. Prawa ręka wyciągnięta jest w geście błogosławieństwa, błogosławi okolicę jak należy, nie całą dłonią, lecz po pańsku, dwoma palcami.
    We Włoszech Dzieciątko Jezus ma swoje miejsce. Odpowiednie miejsce, dodajmy. W Polsce w zdecydowanej większości parafii kult Dzieciątka Jezus ogranicza się tylko do adoracji żłóbka w okresie Bożego Narodzenia. W Italii najważniejsze jest Dzieciątko Jezus w kościele Aracoeli w Rzymie. Dla rzymskiego ludu jest czymś bardzo, ale to bardzo ważnym. Rzymskie Bambino zostało wyrzeźbione z oliwkowego drewna w roku 1480, drewno pochodzi z Ogrodu Getsemani na Ziemi Świętej. Do niewielkiej, 60-centymetrowa figurki Dzieciątka Jezus lud rzymski się modli, u jej stóp umieszcza się karteczki z prośbami. 

       Gdy przyjechałem do Wiecznego Miasta po raz pierwszy, poszedłem odwiedzić Dzieciątko. Ale go nie zastałem, ku rozpaczy rzymian figurka została skradziona. To się mogło tylko we Włoszech zdarzyć. Ktoś bardzo zapewne bogaty wynajął fachowców, aby dla niego figurkę ukradli. Teraz zapewne trzyma ją głęboko ukrytą przed niepożądanymi oczami. I modli się do Dzieciątka. O co prosił? Od czasu moich tam odwiedzin upłynęło wiele  lat, rzymianie wciąż żyją nadzieją, że ich ukochane Pupo (w dialekcie rzymskim: dziecko) któregoś dnia powróci i zapuka do drzwi. A może ruszony wyrzutami sumienia sprawca już ją zwrócił?


Pęcław

     Dzieciątko w Pęcławiu koło Góry Kalwarii jest dla mnie niespodzianką, ewenementem. Chyba nie ma drugiego, podobnego temu wśród kapliczek mazowieckich. Ja w każdym razie, innego nie spotkałem. Cóż za fascynująca sprawa dla krajoznawcy. Dlaczego ta figura tutaj się znalazła, kto zamówił jej wykonanie i dlaczego, w jakiej intencji? Wpuszczam temat do swojego blogu, może się ktoś znajdzie, kto na te wszystkie pytania mi odpowie, czekam niecierpliwie. 
   
Morowa kapliczka w Czerwonej Niwie

  W okolicach Guzowa na Ziemi Sochaczewskiej, przy skrzyżowaniu lokalnej drogi z Guzowa do Nowej Suchej z szosą Bolimów – Aleksandrów – Szymanów – Paprotnia wznosi się niewielka przydrożna kapliczka na kształt miniaturowego kościółka o trzech wieżyczkach, zwieńczonych trzema krzyżami, jak na Golgocie. Postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. Zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.
     Ta kapliczka to ważny zabytek, nie tylko architektury, lecz przede wszystkim polskiej obyczajowości i tradycji. Z tych trzech krzyży najważniejszy jest ten pośrodku, który jest karawaką, krzyżem „cholerycznym”. Jest to podwójnie przekreślony krzyż, w którym poprzeczka górna jest trochę krótsza od środkowej. Taki krzyż chroni przed wypadkami i nagłymi zgonami, klątwami, kradzieżami, burzami, piorunami. Leczy bezsenność. Dzisiaj karawak się już nie stawia, kiedyś stawiano ich wiele. W przeszłości bowiem zbierały obfite żniwo ospa, cholera i wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział.
     Na granicach wsi, aby rozprzestrzenianiu się zarazy zaradzić, stawiano przy  drogach drewniane krzyże karawak. Pisał o nich Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej". „Gdy w miasteczku hiszpańskim Caravaca zasłynął krzyż o dwóch poprzecznicach jako cudowny przeciwko morowemu powietrzu i stał się głośnym zwłaszcza r.1545 we Włoszech podczas zarazy morowej w mieście ówczesnego soboru Trydencie (uważany za skuteczny, kto się przed takim modlił lub go nosił) - wówczas pielgrzymi zaczęli przynosić do polski relikwiarzyki w kształcie małych krzyżyków tej samej formy i tak samo nazywanych. Pobożni w czasie morowego powietrza stawiali „karawaki" przy wsiach i miasteczkach, aby zaraza je mijała, i modlili się na książkach tak samo nazywanych.
     Niewiele jest już takich krzyży po drogach mazowieckich postało,  jednak nigdzie indziej na Mazowszu  nie ma takiej jak ta kapliczki, mającej chronić rozległą okolicę przez morowym powietrzem. postawiona została w XVIII wieku, po tym jak Bolimów i okolice nawiedził mór w 1713 roku. zmarła wtedy większość mieszkańców, a ci co przeżyli, opuścili swoje zapowietrzone domostwa.


 
Kapliczka choleryczna z Drążdżewa nad Orzycem


Kapliczka z Drążdżewa nad Orzycem.
Wciąż stoją po mazowieckiej prowincji kapliczki choleryczne. Jest ich trochę i są świadectwem tego, jak powszechną bywała w przeszłości  zaraza na mazowieckiej ziemi. „Ty zarazo!”, „Ty cholero!” Przed laty dosyć powszechne były to przekleństwa, rzucane wobec kogoś, kto mocno dopiekł rzucającemu. Ze wyrazy zaraza i cholera są rodzaju żeńskiego, częściej epitetem obdarzano kobietę. Groźne epidemie nawiedzały dawniej kraj bardzo często. Zakaźne choroby nazywane były wówczas powietrzem lub morem, najgroźniejsze były dżuma i ospa, jedna i druga były też zwane czarną śmiercią. Lęgły się zazwyczaj w czasie wojen. A tych w Polsce nie brakowało
    W Drążdżewie nad Orzycem jest kapliczka pomorowa. Żelazny krzyż kowalskiej roboty wieńczy kolumnę z tablicą. Na niej napis: „Offiara Naywyższemu na ubłaganie Maiestatu za zwolnienie plagi grasuiącey cholery w roku 1831”.


Złe powietrze, mór, czarna śmierć. Okropne słowa. Nie słyszymy ich przerażającego brzmienia, my, ludzie dzisiejszego świata. A przecież zbierały obfite żniwo w przeszłości ospa, cholera oraz wszelkie inne zarazy. Były spowodowane głównie brakiem higieny i fatalnym stanem ówczesnej wiedzy medycznej. Zabobonna wiara w magię i czary również miały niemały udział. Cholerę mógł sprowadzić tzw. cholernik. Bywało - jak opowiadano w XIX w. pod Czerskiem - że cholera przybierała postać kobiecą i podwieziona przez chłopa na wozie, przekraczała bezkarnie rzeki i granice wiosek.
    Na morowe powietrze nie było rady. Przychodziło często. Za często.  Książęta i królowie opuszczali wtedy swoje miejskie zamki i chronili się w swoich wiejskich rezydencjach. Mieszkańcom wsi i miasteczek pozostawała tylko modlitwa. Za opiekunów i obrońców ludności przed chorobami zakaźnymi uchodzili liczni święci, najbardziej św. Roch i wystawienie mu kaplicy zabezpieczało okolicę przed niebezpieczeństwem. Jeśli więc we wsi grasowała zakaźna choroba, a kapliczki blisko nie było, odbywano pielgrzymki nawet do dalszych okolic, gdzie znajdował się kościół pod wezwaniem św. Rocha. 


   Kościołów, ale i kapliczek z figurą św.Rocha, też mamy na Mazowszu niemało. O niektórych z nich jeszcze tutaj kilka słów napiszę...
Św.Roch sprzed zabytkowej bazyliki pod jego wezwaniem w Brochowie




czwartek, 10 października 2019

Niezwykły monolit


Lądolód skandynawski pozostawił go na tej ziemi przed tysiącami lat. Dopiero co odwiedziłem ten niezwykły głaz, który cieszy oko przy lokalnej drodze na na północ od Warszawy. Znajduje się na gruntach wsi Nowa Wrona na Wysoczyźnie Płońskiej.Na Mazowszu jest taki jeden jedyny. Ba! podobnego mu kształtem nie ma w całej Polsce. Jest fascynujący. Ma dwa i pół metra wysokości i kształt absolutnie niebanalny. Ten  różowy granitowy kamień jest monolitem, a wygląda, jakby był niedokończonym dziełem rzeźbiarza, który ze skały próbował wydobyć coś, a co, tego nigdy się nie dowiemy. Aż dziw, że nasz lud nie rozebrał go na podmurówki do swoich domostw, niemało było głazów wokół Warszawy, które taki właśnie los spotkał. Ten ocalał. Na szczycie głazu wmurowano krzyż żelazny, przed głazem ludzie stawiają kwiaty. I tak stoi ten głaz wysoki na mazowieckiej, nizinnej ziemi, schrystianizowany znak pogańskiego bóstwa sprzed wielu, wielu wieków. 

 

czwartek, 19 września 2019


Przechodniu pomnij, że jest niepojęta władza, 
która zło karze,  a dobro nagradza

Sady z jabłoniami w okolicach Nowej Wsi


    Znowu tam zawędrowałem. Jak zawsze jesienią, wtedy, gdy dojrzewają jabłka w sadach południowego Mazowsza. Powracam tam co kilka lat, dla mnie były dobrą szkołą krajoznawstwa. Do odwiedzin okolicy Nowej Wsi jako pierwszy zachęcił mnie przewodnik po Grójcu, Warce i okolicach, napisany przez Janusza Żmudzińskiego i wydany w roku 1965 przez wydawnictwo „Sport i turystyka”. To wydawnictwo było praktycznie monopolistą w wydawaniu przewodników po całej Polsce, takie były czasy, że monopolizowano wszystko pod sztandarem jednej partii. Ona jedna  znała jedyną jedynie słuszną drogę, jaką miała kroczyć ojczyzna i jej obywatele. Dla pewności partia na czele wydawnictwa stawiała ludzi przenoszonych tam z właściwego urzędu, zajmującego się naszym bezpieczeństwem. Byli to sympatyczni panowie, którzy pilnie zwracali uwagę, aby przewodniki szczególniej zachęcały turystów do poznawania osiągnięć Polski Ludowej. Zwiedzać należało więc przede wszystkim spółdzielnie produkcyjne (czyli polskie kołchozy), wzorowe pegieery (czyli polskie sowchozy) albo zakłady przemysłowe lub choćby tylko tzw.szkoły tysiąclecia  i socjalistyczne mieszkalne blokowiska (które nas do dziś straszą w krajobrazie). One były najbardziej polecane do oglądania, bardziej niż np. zabytkowe kościoły i pałace lub dwory po obszarnikach i innych krwiopijcach, wysysających krew ze zdrowego, polskiego ludu.
    Poszedłem teraz z przyjaciółmi w okolice Nowe Wsi. Według internetowej Wikipedii nazwę Nowa Wieś nosi 116 miejscowości podstawowych, 21 części miast i 229 integralnych części miejscowości w Polsce. W rankingu ilości nazw Nowa Wieś jest na czwartym miejscu. Ta akurat Nowa Wieś, ku której powędrowałem pieszo od przystanku kolejowego w Michalczewie, do  1954 roku była siedzibą gminy Nowa Wieś, teraz przynależy do gminy Jasieniec, a z ważniejszych miast okolicy najbliżej jest stamtąd do Warki. 
    W Nowej Wsi wznosi się klasycystyczny dwór murowany. Jest parterowy, fronton poprzedzony kolumnowym portykiem, dwór jest połączony z również parterową oficyną. Ładna i kształtna to budowa. Pierwsza wzmianka o tym dworze pochodzi z początku XIX wieku, wtedy, gdy tutejszy majątek ziemski nabył Antoni Aleksander Borowski od generała Lindnera. To był rok 1805.

 
Dwór w Nowej Wsi, zdjęcie z roku 2009

     A tak w ogóle, skąd ta nazwa - Nowa Wieś? Ta akurat, podwarecka Nowa Wieś ma już 440 lat, w dokumentach była wymieniana już w 1480 roku. W stosunku do jakiej innej osady jest to wieś nowa, tego nie wiemy, przekazy historyczne nie dostarczają nam żadnych wskazówek. Bardziej szczegółowe informacje uzyskujemy dopiero w wieku XIX. W roku 1821 od rodziny Borowskich m.in Nową Wieś zakupił pan Tomasz Gąsiorowski, a już 23 lata później właścicielem został architekt Adolf Schuch i to on dobudował czterokolumnowy portyk, nadający typowy dla polskiego klasycyzmu charakter temu dworkowi. W 1861 roku kolejnym właścicielem majątku jest  Mieczysław Huba.
     Wielki był to pasjonat rolnictwa, więc za jego czasów gospodarstwo rozkwitło. Dziedzic Huba stosował nawozy, meliorował grunty, a hodowane przez niego jałowce były wyróżniane w konkursach. Swoje osiągnięcia opisał w pracy „Rezultaty uprawy płodów rolnych na nawozach mineralnych i obornych, otrzymane na polu doświadczalnym w Nowej Wsi za rok 1873 i 1874”. Takich to, proszę państwa, mieliśmy na mazowieckiej wsi gospodarzy po małych, wiejskich dworach. A dziedzic Huba był pierwszym sadownikiem w tej okolicy. I to warto zapamiętać, wędrując pośród okolicznych sadów. 
    Długo gospodarowali w tutejszym majątku Daszewscy, od 1896 roku. Tadeusz Marian Daszewski w latach 1908 – 1945. W tym czasie wybudował we wsi i jej okolicach 9 szkół, a prócz tego walczył o niepodległość kraju:  11 listopada 1918 roku brał czynny udział w zdobywaniu koszar łazienkowskich, a dwa lata później w wojnie polsko-bolszewickiej. Po skończonej wojnie światowej Z majątku wyzuła Daszewskich władza ludowa w 1945 roku, .
   Dwór w Nowej Wsi miał szczęście, pojawił się w nim ojciec współczesnego sadownictwa w Polsce, prof.Pieniążek. Z jego inicjatywy w 1952 roku powstał tu Zakład Naukowo-Badawczego Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach. To była świetna decyzja, w okolicy zaroiło się od jabłonnych sadów. Minęły lata, zmieniły się czasy w Polsce, sady w okolicy wciąż trwają i zdaje się ich przybywać, ale zakład sadowniczy prof.Pieniążka w Nowej Wsi transformacji ustrojowej nie przetrzymał. W roku 2015 dwór powrócił do dawnych właścicieli, lecz koszt remontu i utrzymania dworu zdaje się ich przerastać. 
Tak to wyglądało w roku 2019, dwór w Nowej Wsi w rujnacji.


    Tym, co naznaczyło tę okolicę na równi z sadownictwem, była bitwa, którą na tutejszych polach w dniu 18 maja 1863 roku stoczył partyzancki oddziale powstańców styczniowych pod dowództwem majora Władysława Grabowskiego z oddziałem carskiego wojska rosyjskiego, którym dowodził generał Meller-Zakomelski.
   Oddział powstańczy był złożony z kosynierów, strzelców i żuławów, część ubrana była w zwykłe chłopskie świtki i pąsowe konfederatki. Rosjan było o wiele więcej, po lasach nad Pilicą tropili powstańców od długa, to było regularne wojsko, miało konie, ciągnęło z sobą działa. Ponad 80 powstańców poległo, 180 dostało się do niewoli, nieliczni ukryli się u okolicznych gospodarzy, ich dowódcy dosiadali koni, udało się im zbiec.


Upamiętniający powstańców styczniowych pomnik w Rytomoczydłach.

    Na skraju lasu obok Rytomoczydeł stoi kapliczka w kształcie usypanej z kamieni kolumny. Wzniesiono ją przeszło pół wieku po bitwie, dopiero w okresie międzywojennym, wtedy, gdy władza carska odeszła już w przeszłość. Powstała z inicjatywy Józefa Gogulskiego zarządcy leśnego majątku w Rytomoczydłach. Właścicielka majątku - Paulina Radzimińska zapisała go w testamencie w roku 1881 jako fundusz stypendialny dla uczącej się młodzieży polskiej. Korzystał z niego m. in. wybitny pisarz Stefan Żeromski. Przed kapliczką tabliczka z cytatem z wiersza Wisławy Szymborskiej: Umarłych pamięć dotąd trwa / pokąd pamięcią jej się płaci.

Dwór w Rytomoczydłach, zdjęcie z r.2019.

   O rytomoczydlańskim dworze Radzymińskich nieco opowiedzieć należy.  Zbudowano go na z początku XIX wieku, później był rozbudowany, jest parterowy, z portykiem o czterech kolumnach, nakryty jest dachem naczółkowym. W XX wieku dwór przeszedł na własność rodziny Rostkowskich, w 1945 został przejęty przez państwo, dwór przerobiono na mieszkania, później służył Zakładowi Doświadczalnemu  Instytutu Sadownictwa w Nowej Wsi. Nie jest ten dwór wielkim dziełem architektury, ale tak zachowanych dworów na ziemi mazowieckiej specjalnie wiele się nie zachowało. Teraz jest własnością prywatną, plany właściciele mieli różne, słyszałem o koniach, czytałem o hodowli owiec, chyba też sami właściciele się zmieniali, ostatnio odwiedzając ten dwór  zobaczyłem pasiekę, dziesiątki uli stały wokół  okrągłego klombu przed frontonem.  Klomb był zarośnięty dżunglą  zielska, ale to byle jakie zielsko niewątpliwie karmiło te pszczoły, swój sens więc miało.


    W ładnej okolicy jest położony ten dwór, w wyraźnie widocznym obniżeniu rzeczki Czarnej. Nazwa wsi Rytomoczydła ma swoje lata.  pojawia się w źródłach już w roku 1423 jako Ruthemoczadli, a w roku 1526 jako Rithemoczczydła, czyli: Ryte Moczydła, od imiesłowu ryty (ryć tj.kopać) i od staropolskiego rzeczownika moczydło, a więc mokradło, staw albo sztucznie wykopany dół z wodą do moczenia konopi lub lnu.. Nazwa jest więc związana z osuszaniem terenów podmokłych. Przez kopanie kanałów odpływowych, bądź z uprawą, a właściwie przetwarzaniem lnu. Tak to w każdym razie tłumaczą etymolodzy (Urszula Bujak. Nazwy miejscowe powiatu grójeckiego. Słownik historyczno-etymologiczny, Grójec 2001)... 
 
Kolumna koło powstańczej mogiły w Gołębiowie k.Nowej Wsi, zdjęcie z roku 2018


      Mogiła powstańcza znajduje się na uboczu, na północ od Rytomoczydeł, półtora kilometra od Nowej Wsi. Powstańcy spoczywają w ziemnej mogile, w usypanym nad nią niewielkim kopcu, na niewielkim pagórku, pośród morza pól i sadów nieopodal zagród nieopodal zagród przysiółka Franulin i wsi Gołębiów. W sąsiedztwie mogiły rosną urodziwe sosny, a obok wznosi się kolumna, ma kształt podobnym popularnym w regionie wareckim barokowym kapliczkom przydrożnym, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w okresie międzywojennym.
      Kolumnę na powstańczej mogile ufundował inny dziedzic z Nowej Wsi, pionier sadownictwa w rejonie grójeckim – Tadeusz Marian Daszewski. Minęły lata, zmieniły się czasy w Polsce, sady w okolicy wciąż trwają i zdaje się ich przybywać, ale zakład sadowniczy prof.Pieniążka w Nowej Wsi transformacji ustrojowej nie przetrzymał. W roku 2015 dwór powrócił do dawnych właścicieli, lecz koszt remontu i utrzymania dworu zdaje się ich przerastać.


Kaplica grobowa Gąsiorowskich, zdjęcie z roku 2018
     Pośród sadów, nieopodal powstańczej mogiły jest jeszcze jeden zabytek architektury i historii. Na niewielkim, zadrzewionym wzgórzu wznosi się murowana kaplica grobowa, w roku 1830 wystawił ją Tadeusz Gąsiorowski z Nowej Wsi, gospodarował tam przed Daszewskimi. Mówią, że pieniądze na tę budowlę zdefraudował z jakiejś kwesty, którą sam zorganizował. Mówią także, że los Gąsiorowskiemu tego nie darował, za to przez swoje zachowanie ściągnął na siebie i swoją rodzinę i wkrótce po wybudowaniu kaplicy zmarło kilku członków jego rodziny. I trwa to nadal. Drzwi do kaplicy otwarte, można zajrzeć, wejść, zobaczyć zrujnowane wnętrze, widok dramatyczny. Kilkanaście lat temu złodzieje poszukujący biżuterii zniszczyli wszystko, kryptę grobową zdewastowano, trumny otwarto, zwłoki zostały zbezczeszczone. Nawet kości pochowanych tam już nie ma...
 
     Na ustawionej przy powstańczej mogile kolumnie jest niewielka tabliczka, na niej wciąż aktualne zdanie: Przechodniu pomnij, że jest niepojęta władza, która zło karze, a dobro nagradza.


Wszystkie zdjęcia w tym poście są wykonane przez  autora tego blogu
.....................................

środa, 18 września 2019

Nad podwarszawską Wisłą
...wąska drożynka wyprowadziła mnie nad Wisłę. I to było to. Pejzaż, który powinno się oglądać, klęcząc. Piękno w postaci najdoskonalszej. Napatrzyć się nie mogłem. Rzeka płynęła dostojnie, szeroka, dzień ofiarował mi pogodę idealną, urlopową, wakacyjną. Owiewał mnie wietrzyk, na niebieskim niebie płynęły białe obłoki cumulusów, rozmawiałem z tym krajobrazem, zwierzałem się rzece ze swoich smutków i radości.
Mądrzy ludzie utworzyli na rzece kilka prawem chronionych rezerwatów, które obejmują jej kryto i znaczną część brzegów, więc jest szansa, że nasze prawnuki będą jeszcze mogły karmić swoje oczy i serca tym pięknem....






Na praskim brzegu Wisły w rezerwacie 'Wyspy świderskie'
      Wkładam ten post do blogu miesiąc później. Jest już wrzesień, zimno jak nie wiadomo co, wietrzność jest ogromna, a wiatr dokuczliwy niemożebnie, niebem gnają jak zwariowane ciemne chmury, dopiero co przeleciała ulewa nad moim miastem, jesień  pokazuje mi swoje nie najlepsze oblicze. A ja wspominam sierpniowy dzień na podwarszawską Wisłą. Teraz dopiero widzę jakim był dla mnie darem....

środa, 31 lipca 2019

Lipcowe lato
albo
moje krajobrazy podwarszawskie

 
Jak to na Mazowszu.

Czerwiec tegoroczny był piekielnie upalny. Lipiec okazał się być kapryśnym, wpierw rzucił w nas chłodem, potem dołożył upałami, burzowych nawałnic nie oszczędzając. Nad Starym Kontynentem szalało gorące powietrze znad Sahary. We Francji i Hiszpanii termometry wskazywały ponad 40 stopni Celsjusza w wielu miejscach. W Carpentras na południu (region Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże) termometry wskazały 44,3 st.. Zaledwie francuskie media poinformowały o rekordzie z Carpentras, a w niecałą godzinę później w Gallargues-le-Montueux na południu termometry wskazały 45,8 st. Celsjusza - bijąc kolejny rekord.  Nad Loarą z upałów zmarły trzy osoby. Jeden z etapów sławnego Tour de France został przerwany z powodu katastrofalnych opadów śniegu. 
    Nie wyjeżdżałem tegorocznym lipcem  z Warszawy, Mazowsza nie opuściłem, a narzekać nie mogę. Lipiec zaczął się dla mnie w ostatni weekend czerwcowy. Umówiłem się z przyjaciółmi na pieszą włóczęgę. Wstrzeliłem się w nadzwyczajne okno pogodowe; niebo było pogodne, nadal było więcej, niż ciepło, ale nie upalnie, jak dzień przedtem, jak dzień później. W pierwszej części dnia pogoda trwała  wręcz idealna, z lekkim powiewem wiatru w tle. Ale ziemia spalona słońcem. Jeszcze nie hiszpańska meseta, ale wszystko się może zdarzyć.  



Od miesiąca mazowiecka ziemia woła o deszcz.

     Ze stacji Modlin powędrowałem ku zachodowi u stóp twierdzy modlińskiej.   Jednym z miejsc, gdzie moje Mazowsze nabiera barw szczególniejszych, znajduje się właśnie w okolicach Modlina.  Niemal na wyciągnięcie ręki z dużego miasta, o kilka kroków od  międzynarodowego portu lotniczego, tuż obok bardzo ruchliwej trasy, znajduje się  tam jeden z najcenniejszych przyrodniczo terenów w okolicach Warszawy, położony wokół ujścia Narwi do Wisły. To, co znajduje się w tamtej okolicy nieźle jest chronione prawnie, a to Warszawskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu, to  Rezerwatu Biosfery „Puszcza Kampinoska” oraz otuliny Kampinoskiego Parku Narodowego,  albo objęte jest granicami europejskich obszarów chronionych siedlisk i ochrony ptaków lub znajduje się na terenach wiślanych rezerwatów przyrody. 

Ujście Narwi do Wisły, a na horyzoncie Puszcza Kampinoska.


    Zdaniem naukowców cała ta okolica jest  ekosystemem, który można w Polsce porównać tylko z obiektami uznawanymi jako bezcenne w skali ogólnoeuropejskiej, z Puszczą Białowieską i Bagnami Biebrzańskimi.  W tych okolicach znajduje się węzeł korytarzy ekologicznych o znaczeniu paneuropejskim, skrzyżowaniem najważniejszych w skali całej Europy tras migracji wielu gatunków roślin i zwierząt. Tutaj jest ważnym węzłem komunikacyjnym: od prawieków szlaków zwierzęcych, od wieków europejskich szlaków handlowych, dawniej wodnych i nadrzecznych, teraz drogowych.  Tak się złożyło, że i dla naszego gatunku to ważny węzeł komunikacyjny.
     
Neorenesansowy spichlerz zbożowy w widłach Narwi i Wisły.

    U stóp modlińskiej twierdzy rzeka Narew wpada do Wisły. Nigdzie chyba nie łączą się z sobą dwie rzeki o tak zupełnie odmiennych dwóch barwach wody jak Wisła i Narew – pisał Zygmunt Gloger.  – Wobec białawej Wisły, Narew można nazwać z Klonowiczem „czarnymi wirami”. Właściwie nie ma w wodzie Narwi nic czarnego, a tylko największa przeźroczystość z lekkim odcieniem siności fal na dnie czarnym. Wisła zaś ma kolor białawy z tego powodu, że zarówno jak San, przy znacznie większej bystrości swoich nurtów, unosi cząstki miałkiej jasnej gliny, po której pokładach w wielu miejscach przepływa. Sienkiewicz powiada, że w Ameryce jest dużo rzek z taką barwą jak narwiana, które tam krajowcy czarnymi wodami nazywają. Woda wiślana jak to mleko, przez czas długi przy zetknięciu z narwianą, faluje w głębi oddzielnie, zanim wreszcie nie zmoże tej ostatniej w dalszym wspólnym z nią biegu.




    Widać to na tym zdjęciu, jakie zrobiłem  z modlińskiej Wieży Czerwonej.
Taras widokowy na jej szczycie wznosi się na wysokość 45 metrów nad poziom rzeki. Fotografia  przedstawia ujście Narwi do Wisły. Narew jest u dołu, poniżej widocznej na zdjęciu malej łódki wędkarskiej. Ma ciemną wodę. Jak w wierszu zapomnianego poety, Władysława Sebyły: „O czarne wody Narwi wiatr szerokim skrzydłem bije / I księżyc – siwy koń – na płytkim brzegu wodę pije”.
    Ba zachód od modlińskiej twierdzy znajduje się  wioska Utrata, tuż obok ruchliwego mostu ma krajowej siódemce. Wioska  powstała jako osada przy karczmie tej nazwy, usytuowanej obok przeprawy przez Wisłę. Całe wieki przez tę przeprawę wiódł szlak z Warszawy do Gdańska. Przeprawiano się łodziami, później promem, piesi, konni, czasem i wozy w konie zaprzężone. Zatrzymywano się w karczmie, pili w niej woźnice i jeźdźcy, tracili w Utracie zarobek flisacy i oryle. Przeprawa straciła znaczenie dopiero w roku 1877, gdy powstał kolejowo-drogowy na Narwi, którym ku północy Polski jeżdżono z Warszawy przez Jabłonnę. Po sąsiedzku powstał most na w roku. W roku 1990 oddano do użytku most drogowy obok Utraty, nazwano go mostem imienia Obrońców Modlina 1939 roku, tym mostem wiedzie najkrótsza przeprawa dla jadących z Warszawy na północ Polski.
     Obok domostw Utraty zaczyna się gruntowa droga, jedyna, którą można wkroczyć na ogromną Kępę Gałaską. Wkroczyłem tą drogą w krajobraz bajeczny. Nie zawsze daje się wejść na tę kępę suchą nogą, jak przy tegorocznej suszy. Kępa Gałaska jest jedną z wielu wiślanych kęp, znajdujących się w okolicach Warszawy. Na północ od Stolicy jest niewątpliwie najbardziej interesującą. Jest przede wszystkim ogromna. I znajduje się w granicach rezerwatu przyrody.
    Piaszczyste kępy na Wiśle są ozdobą krajobrazów podwarszawskich. Współcześni warszawiacy często zwą je piaszczystymi łachami, a to błąd, kępa jest po prostu ławicą z mułów, piasków i żwiru naniesionego przez wodę, natomiast łachą nazywano od bardzo dawna boczne koryto rzeki lub starorzecze, czyli jej dawne koryto, tworzące płytkie jezioro, ale i niekiedy będące już tylko mokradłem. Bywa, i to wcale często, że na ławicach pojawiają się trawy, wiklinowe krzewy, później także drzewa, głównie wierzby i topole, rodzi się wiślany łęg, okresowo zalewany wodą, o charakterze nadrzecznej dżungli, obraz  niezwykle podniecający miłośnika krajobrazu.
  

Wisła w rezerwacie 'Zakole Zakroczymskie
      Ławice zwyczajowo nazywa się na Wiśle - kępami. Niektóre są niemal przyrośnięte do brzegu, najczęściej oddzielone od niego wąskim korytem łachy z okresowo płynąca nimi wodą.  Taką kępą były niegdyś Saska Kępa i Kępa Potocka w Warszawie. Taka też ławicą jest Kępa Gałaska koło Zakroczymia, biorąca nazwę od sąsiadującej z miasteczkiem wsi Gałachy i będąca ozdobą wiślanego rezerwatu przyrody „Zakole Zakroczymskie”.  Ta kępa istnieje już od kilku co najmniej wieków, wspominał ją  Sebastian Fabian Klonowic w wydanym w roku 1595  poemacie „Flis, to jest Spuszczanie statków Wisłą i inszymi rzekami do niej przypadającymi”. Pisał tam, że obok tej kępy „bzdzielów ujzrzysz długą procesyją”. Bździelami zwano młyny łodne, stawiane na nurcie (bełchu) rzeki. W lustracji królewszczyzn z roku 1617 odnotowano przy Zakroczymiu dwanaście młynów łodnych, a każdy z nich miał młynarza dziedzicznego. 




     Jak wyglądały takie bździele,  można zobaczyć na namalowanym w 1770 r. obrazie Bernarda Bellotto, zwanego Canalettem. "Widok ogólny Warszawy od strony Pragi" (powyżej reprodukcja fragmentu z tymi młynami na łodziach)  znajduje się w galerii malarstwa polskiego warszawskiego Muzeum Narodowego.
     Skąd się wzięła nazwa "kępa"? Od osadników niemieckich się wzięła, oni właśnie albo zasiedlali takie wyspy, albo tylko je użytkowali, całkiem jeszcze niedawno na wiślanych wyspach istniały zagrody w okolicach podwarszawskich. Z czasem niemieckie Kampe zostało polską Kępą. Bo my tak w Polsce mamy, że co rusz to albo rusycyzm, albo germanizm. Acz w przypadku Wilanowa, Marymontu i Żoliborza, także francuskie tony dźwięczą w naszym słowiańskim nazewnictwie.
    Niezwykły jest pejzaż Kępy Gałaskiej. O bździelach dawno już Wisła zapomniała. Po osadnikach niemieckich z okolicy pozostały resztki sadów, pojedyncze, stare drzewa owocowe, najczęściej są to grusze. Byłem na tej kępie ostatniego dnia czerwcowego, od miesiąca Mazowsze nie zaznało łaski deszczu, dręczące Europę niespotykane upały nie ominęły i naszych okolic. Krajobraz Kępy Gałaskiej  zdawał się mi przypominać prerię lub sawannę. 


Krajobrazy Kępy Gałaskiej

    Od strony Zakroczymia na Kępie nad Łachą rośnie dżungla splątanej roślinności, topole czarne i białe, wiązy, jesiony, łozy, wiosną zewsząd słychać głosy godowe kumaków, żab i ropuch, w krzewach kląskają słowiki i jest tu krajobraz zupełnie nieznany mieszkańcom wielkiego miasta. Gdy w tych ostępach się zagłębić i błądzić pośród jej krajobrazu, można doznać uczucia oddalenia w czas tak daleki, że aż niewyobrażalny. O bździelach już dawno okolica zapomniała, nie płyną już Wisłą tratwy, komięgi i dubasy. Ale krajobraz, tak się w każdym razie  wydaje, jakby się nie zmienił od czasów pierwszych Piastów. Gdyby nie
startujące z modlińskiego lotniska samoloty, pojawiające się na niebie. .
     Kępa Gałaska usadowiła się jest u stóp Zakroczymia na wysokiej skarpie. Miasteczko jest niewielkie, w jednej ze swoich książek pisałem o nim - a teraz się przekonałem, że miałem rację - że miasteczko takie to ni to, ni sio, ni to dalekie, jakby zapomniane przez Warszawę jej przedmieście, ni to stolica regionu rolniczego, a ma on czym się pochwalić, bo ziemie wokół żyzne, zboża rosną na nich wysokie, zaś pola truskawkowe w okolicy takie, że aż hej.Wiele starych podań miasto rozciągało się kiedyś niżej, zapewne tuż nad wodą, być może na Kępie. Zwać się miało to miasto Kroczym i dopiero po zupełnym jego zniszczeniu mieszkańcy zaczęli się budować powyżej dawnego miasta i wtedy  powstała nowa osada Zakroczymem zwana.



Rezerwat 'Wyspy Świderskie'  na Wiśle.
     Kilka dni później zawędrowałem na południe od Warszawy, na Urzecze, aby obfotografować piaszczyste ławice w wiślanym rezerwacie niedaleko Konstancina na południe od Warszawy, na Urzeczu.  Powiadają niektórzy, że to jest miejsce, które bardziej przypomina karaibskie plaże niż wiślane widoki, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Fotografowałem te pejzaże jak najęty. Niby każde ujęcie jest prawie takie same, i na tym piasek, i na tamtym, na tym koryto rzeki, i na tamtym, ale przecież wystarczy dobrze spojrzeć, aby się przekonać, że jedno drugiemu niezupełnie podobne. To my zatraciliśmy umiejętność widzenia świata, który nas otacza. Fotografie zatrzymują go w kadrze, pomagają w odzyskaniu naszej uważności.
  Potem poszedłem w kierunku Obór i Konstancina. Ciemne chmury czaiły się na niebie, tylko czekać, jak powinno zacząć padać, ruszyłem w drogę przez taras zalewowy, pośród pól uprawnych (słoneczniki, cebula biała i czerwona, kapusta i koper koło Ciszycy, kukurydza pod Oborami). 





Słoneczniki, koper, kapusta, żyto. Krajobrazy urodzajnej doliny Wisły na Urzeczu



    Kilka dni później, dzień powszedni. Zaprzyjaźniony teatrolog zaproponował: ja wchodzę w to swoim samochodem, ty wymyślasz trasę. Gdzie jedziemy? Pojechaliśmy blisko. W Modlinie dopadł nas  deszcz, ale potem, gdy dojechaliśmy nad Wkrę, pogoda wypiękniała nadzwyczajnie. Akurat znalazłem się tam, gdzie chciałem, a przy tej cudnej pogodzie przeżyłem jedną z lepszych chwil w swoim krajoznawczym życiu. 
    Bardzo chciałem znaleźć się pośród mazowieckich pól w czasie, gdy w lipcu dojrzewają zboża, tuż przed żniwami. No i  to właśnie mi się przytrafiło. Przyjaciel chciał, abym go pilotował  możliwie bocznymi drogami, wyjechaliśmy na takie z Zakroczymia, w Goławicach przejechaliśmy wiszący most nad Wkrą, a potem było to, wokół polnej drogi, jak okiem sięgnąć, rozpościerało się złoto mazowieckich zbóż. 



Swego czasu, a dawno to było, Rzeczpospolita swoim zbożem karmiła połowę Europy...
    Teofila Lenartowicza nie darmo nazywano lirnikiem, dziś z lirenką by się do świata nie przebił, przez literackich krytyków mocno jest dzisiaj obśmiewany. A ja szedłem sobie wśród pól zbożem malowanych koło Goławic i tak sobie Lenartowiczem myślałem, że „…jak z ciepłą wiosną / Pszenice porosną, / A zboże kłosieje, / A wiater powieje, / To zda się w tym zbożu, Że płyniesz po morzu”. Po prostu, najzwyczajniej w świecie, proste to strofy, jak i ten okrzyk pana Teofila: „Mazowieckie zboże, Ach, Bożeż mój, Boże!” I jeszcze to: „A każdziuchne pole / Równe jak po stole”. Ot, niby nic, a poezja najczystsza.
    Zastanawia mnie: dlaczego takimi pejzażami zachwycać się umieli tylko poeci z drugiej, albo i trzeciej linii polskiego panteonu wielkich nazwisk naszej literatury. Tacy, jak Władysław Bełza: „Jakże się oko nasze zachwyca, / Jakże się pieści łanów obszarem! / Tu jęczmień, żyto, a tam pszenica, / Złociste kłosy gną pod ciężarem. / O! dobry Boże! dziękiż Ci, dzięki!”
    Może to i śmieszne, może rzeczywiście démodée, tak bardzo niedzisiejsze, ale ja rzeczywiście miałem ochotę klękać przed tym złocistym krajobrazem. Pytał Wiktor Zin: czy znacie dotyk dojrzałych kłosów zboża pęczniejącego chlebem?  Zanurzyć dłonie w zbożu, zapatrzeć się w łany złota, posłuchać świerszczy, poczuć muśnięcie …    Pogoda przytrafiła mi się teraz wyjątkowa. Ostrość powietrza nadzwyczajna, na niebieskim niebie swoją historię opowiadały chmury bardzo malownicze, były jak te ze słynnego obrazu Józefa Brandta z oraczem. "U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków! Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków! Bo każda chmura inna" - sławił słowiańskie, polskie niebo Tadeusz Soplica w arcypoemacie mistrza Adama. 

    Droga była piaszczysta, pośród dojrzałego zboża o barwie złota, zakręcała łagodnie ku niewielkim wzniesieniom na horyzoncie,  ustawiono na nich białe maszty wiatraków, Stanisław Lem przydał takim nazwę  wiatropędni. 


Zbożowe pola w okolicach Golawickoło Nasielska

    Trzaskałem zdjęcie za zdjęciem. Zdarzyła się rzecz prawie zupełnie niespotykana, tego dnia trafiłem we właściwe miejsce przy właściwej i wprost idealnej pogodzie. Zazwyczaj po powrocie do domu siadam przed komputerem, wprowadzam wykonane dopiero co zdjęcia do jego pamięci i zabieram  do obróbki fotografii. Teraz to wszystko okazało się być zbędnym.
    Sięgnąłem potem po jedną ze swoich książek ulubionych. Ze wszystkich tekstów, wierszy, opisów, najbardziej mi serce głaskały i duszę poruszały właśnie słowa tego znakomitego rysownika i gawędziarza. Książkę Wiktora Zina, zatytułowaną „Piękno nie dostrzegane”, wydały Arkady w roku 1970, zaraz potem ją nabyłem,  a ja dopiero co zaczynałem zaprzyjaźniać się z mazowiecką ziemią nizinną i coraz mocniej przemawiać poczęły do mnie detale otaczającego mnie krajobrazu, Zin w tej nauce bardzo mi dopomógł. Lata upłynęły od tamtego czasu, a ja co jakiś czas po tę książkę sięgam.   Są w niej takie oto zdania.   
    „Kiedyś, gdy będziecie pośród żniwnych łanów, zwróćcie, proszę, uwagę na koloryt pejzażu: gorący, płomienny i złoty. Zboże oczekujące żniwiarzy ma kolor trudny do określenia, można porównać je do starego złota, które błyśnie czasem w zakurzonym, starym ołtarzu, ujawniając czerwony podkład, na którym zostało położone. Ścierniska są też złote, ale już inaczej. Mienią się i wibrują błękitami nieuchwytnych cieni i refleksów nieba, które w czasie żniw jest rozgrzane, niekiedy herbaciane, jakby zestrojone z kolorytem ziemi.”
    Kilka dni później, w dzień świąteczny, wywiozłem rodzinę autem w plener, do Serocka. Na rynku parkować się nie dało, trwał jarmark, na auto znalazłem jakieś miejsce koło plaży, do wody blisko, a bardzo było tam przyjemnie, bo urządzone jest wszystko z pomysłem i starannie. Pobyliśmy tam trochę, ludzi oglądaliśmy na plaży, po wodzie pływały łódki przeróżne, statek z Warszawy dopłynął i pasażerowie wysypali się z niego i poszli w miasteczko.  Zadziwiające, chociaż to tylko podwarszawskie Mazowsze - człowiek czuje się jak na Mazurach, bo te żaglówki na wodzie, te pełne jachtów mariny i wiatr wiejący od wody, i jej zapach... 
Podwarszawskie jezioro

    Jezioro powstało w roku 1963, oficjalnie na 22 lipca, to było święto narodowe ludowej ojczyzny, z tej okazji zawsze coś powstawało, a to jakiś most, albo dworzec kolejowy w Stolicy, albo sztuczne jezioro.  Jak to w tamtych czasach peerelowskich bywało, spieszono się z terminem, uroczystość oficjalnego oddania inwestycji miała się odbyć 22 lipca. Pod wodą zostały resztki domów, płoty, kikuty drzew, po protu zalano łąki, ledwo co krowy z nich spędzono. Ludzie pomstowali, odwoływali się, ale prawo własności miano wtedy za nic. Warto o tym pamiętać nad tym naszym pięknym, podwarszawskim jeziorem.




 
Nad mazowieckim jeziorem obok miasteczku Serock

    Fotografowałem wodę i żaglówki, zdejmowałem przybrzeżną roślinność i kaczory  krzyżówek. Już pozbawione swoich piór godowych tylko nieco większym formatem odróżniały się od swoich samic. Pasażerowie z Warszawy wrócili na statek o nazwie Zefir, statek dał głos i ruszył w drogę powrotną. Poszedłem na obiadek w serockiej restauracji, rybę miała w nazwie, obiadek też rybny, jak to nad jeziorem być powinno.
    Kilka dni później notuję: wakacyjnie jest bardzo, ale gorąco nad normalną, letnią miarę, ale bardziej niż u nas, goręcej jest wciąż w zachodniej Europie. W Paryżu zanotowano 41 stopni, to rekord gorąca dla stolicy Francji,  w Rzymie tylko 38 stopni, bagatelka, u nas 26, powinno się dać żyć. Przyjaciel zaprosił mnie do swojego auta, pojechaliśmy do Puszczy Kampinoskiej, chciałem przejść się nad Wisłą koło Secymina, tam są moje ulubione nadwiślańskie dróżki, ale nie na tegoroczny lipiec one, obaj zresztą mieliśmy na wędrowanie na nogach wyjątkowy napad nieochoty. Ale na Wisłę napatrzeć się nie mogę. To i patrzę...


Wisła koło Secymina

    A Wisła jest piękna niewyobrażalnie. Taka właśnie, jaka jest, dzika, nieuregulowana. Walory przyrodnicze tej rzeki, to absolutny skarb.  Najpiękniejsza rzeka naszej ojczyzny, jej kręgosłup, rzeka o królewskiej urodzie. Była natchnieniem poetów epoki romantyzmu. „Nad twoim brzegiem marzę uczuć tysiącem i długim szeregiem dziwaczne myśli plączę” zwierzał się rzece poeta tamtej epoki, Seweryn Filleborn.  Od tysięcy lat trwa ten wiślany pejzaż przepełniony ciszą.   
       Jakże wspaniała jest ta rzeka ! Przed laty przyjeżdżaliśmy tam dość często z naszego leśnego domu, razem z naszymi siostrzeńcami, oni mieli po kilkanaście lat. Auto stawiało się pod dającą cień kępą topoli, D. siadała na foteliku i czytała sobie, a ja z dzieciakami wędrowałem po okolicy. Jednego lata woda była też tak niska, jak teraz. To było chyba w roku 1997. Na boso wędrowaliśmy piaszczyskami, jakie utworzyły się pośrodku koryta rzeki. Było wielką sztuką odnajdywanie podwodnych przykos, którymi dawało się przechodzić z wyspy na wyspę. Ależ to była przygoda ! Gdy ja byłem dzieckiem nie miałem takich przygód jak te dzieciaki w czasie pobytów u nas, pośród dzikiej puszczy, rosnącej nad fenomenalnej urody wielka rzeką, na dodatek królową rzek polskich. Chyba im zazdroszczę. Teraz całe to towarzystwo ma już swoje dzieci. Czy będą mogły brodzić w nurcie wielkiej, dzikiej rzeki europejskiej i czy w kominie ich domu będzie mieszkać puszczyk i czy tak, jak rodzice gdy byli mali, będą wyczekiwać tej godziny wieczornej, gdy wielka sowa wyrusza na nocne łowy?
    Polska Akademia Nauk w swoim oficjalnym stanowisku wskazuje człowieka jako główną przyczynę globalnego ocieplenia. Ostrzega też, że jeżeli nie uda się zahamować zmian klimatu, rozwój ludzkości zostanie zatrzymany. Lodowce w Alpach o Himalajach topnieją, okres wegetacji roślin wydłużył się w Polsce o ponad 25 dni, licząc od 1970 roku, w ślad za tym wydłużyło się także zagrożenie alergiami. W 2019 roku pylenie roślin dało o sobie znać już w styczniu. Wiem to, odczułem na sobie, bardzo mi moja astma alergiczna dała znać o sobie i nieźle mnie wymęczyła. Nauka dysponuje dzisiaj niezbitymi dowodami na szybki wzrost temperatury, który występuje na Ziemi (obecnie średnia temperatura jest o jeden stopień Celsjusza wyższa niż w czasach poprzedzających gwałtowny rozwój przemysłu) oraz fakt, że emisja gazów cieplarnianych powstałych w wyniku działalności człowieka jest głównym czynnikiem wywołującym zmiany klimatu. Zmiany te już dziś mają negatywny wpływ na społeczeństwo. Między innymi ciągną za sobą ogromne konsekwencje dla naszego zdrowia. Europa odnotowuje setki tysięcy zgonów przez zanieczyszczone powietrze. Skutkiem spalania paliw kopalnych jest nie tylko emisja gazów cieplarnianych, ale też zanieczyszczenie powietrza. W krajach Unii Europejskiej odpowiada ono za około 350 000 zgonów rocznie.
     Tegorocznym latem Wisła niesie bardzo mało wody, widać to gołym okiem w Warszawie. Ze swojego mieszkania na Żoliborzu mam do rzeki  tylko kilka kroków. Na tyłach Centrum Olimpijskiego przy Wisłostradzie królowa rzek polskich przybiera charakter przełomowy, tworzy niewielkie szypoty, głównie bliżej brzegu praskiego w jej korycie ścielą się liczne głazy narzutowe, miejscami tworząc niewielkie ławice. Poszedłem tam w tych dniach lipcowych, fotografowałem pejzaż niecodzienny. Taki widok bardzo jest  egzotyczny, rzeka jest pełna głazów i głazowisk, prezentuje urodę dunajcową raczej, nie wiślaną.  


 
Na żoliborskim brzegu Wisły.

   Nadzwyczajnie świetnym pomysłem była budowa przechadzkowych ścieżek,nadwiślańskimi łęgami w Warszawie. Jeden z najlepszych pomysłów stołecznego ratusza z czasów, gdy prezydentem miasta była pani Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jej prezydenturze zawdzięczamy także eleganckie bulwary nad Wisła i przyłączenie kilku podwarszawskich miejscowości do strefy, objętej miejską, warszawską  komunikacją. Dzięki temu z warszawską kartą miejską można teraz dojeżdżać m.in. do Kampinoskiego Parku Narodowego. Ale, niestety, wszystko co dobre, przesłoniła afera reprywatyzacyjna. I z tym piętnem zostanie pani Hania zapamiętana. 

Mazowiecki Bug w Nadbużańskim Parku Krajobrazowym

         W ostatnią lipcową sobotę z gronem przyjaciół  byłem nad Bug około Kamieńczyka, w Nadbużańskim Parku Krajobrazowym. W trzystopniowej skali ocen ta moja wycieczka lipcowa niewątpliwie zasługiwała na piątkę. Okolica jest albowiem nadzwyczajna, a widoki są tam najbardziej naj, na polskim niżu się nie spotyka się podobnych zbyt często. Bugowi wody ubyło, wyłoniły się piaszczyska, nad którymi przeszłymi laty pływałem kajakiem, ale tak w ogóle rzeka nie wyglądała najgorzej. Przez pięć godzin wędrowałem jedną z najładniejszych tras, jakie zostały  mi dane na podwarszawskim Mazowszu. Z biegiem rzeki wędrowałem wolno od Szumina ku Kamieńczykowi, zatrzymując się co chwilę, fotografując. Nigdzie nie było mi spieszno, pogoda była w sam raz, letnia i lipcowa, białe obłoki płynęły po niebieskim niebie, zieleń była zielona, a Bug nieprawdopodobnie urodny. Takich widoków się nie zapomina, takie  panoramy zapisuje się głęboko w pamięci i jak już nie ma ich w naturze pod bokiem, zaczyna się marzyć, aby zobaczyć je raz jeszcze.


Bug w okolicach Szumina

        „O Bugu! O czysty wód świętych krysztale!”  zachwycał się rzeką  poeta polskiego baroku, Maciej Kazimierz Sarbiewski, najznakomitszy ze wszystkich poetów polskich, piszących po łacinie.  Zadziwiające, rzeka tak urodziwa, duża, a jakoś się uchowała przez literatami. Tak się bowiem złożyło, iż z trzech dużych rzek, płynących przez ziemię mazowiecką, wiele wierszy poświęcono Wiśle i niemało Narwi, a prawie nie ma poezji, poświęconych urodzie Bugu. Może dlatego, iż niewiele znaczących grodów pobudowano na niskich brzegach tej rzeki, że przez setki lat płynęła przez peryferie państwa polskiego, że nigdy nie należała do głównych jego arterii. W literaturze tak naprawdę pozostały tylko te strofy łaciną piszącego przed wiekami Sarbiewskiego. Zadziwiające, prawda? 
       Wróciłem na swój Żoliborz przed wieczorem. Dwie godziny później zaczęła się burza i to taka na 24 fajerki. Była gwałtowna, której towarzyszył jej porywisty wiatr. Najwięcej szkód burza wyrządziła na Bielanach i na Żoliborzu. Wiatr wyrywał drzewa z korzeniami.  Takie to lipcowe lato latoś mamy...