piątek, 28 lipca 2023

 Królewski Jałowiec w Korfowem

Należy się mu ta opowieść, zanim umrze. A blisko mu już do śmierci.  Królewski Jałowiec, o którym teraz opowiadam,  jest zabytkiem i podobnego mu  pomnika przyrody w Puszczy Kampinoskiej nie ma. Trafić do niego niełatwo.  Na uboczu rośnie, t
am gdzie turyści bywają bardzo rzadko, albo wcale. Wyrósł na piaszczystych  wydmach w zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego, między wsią Kampinos, a Lesznem. Dzisiaj ten wydmowy obszar  porośnięty jest drzewostanem sosnowym, niemal w całości sadzono go już po ich wejściu w granice parku narodowego, tylko niewielkie jego fragmenty są starsze niż lat pięćdziesiąt.  Przedtem,  przez około sto lat nie było tam lasu. Rozwiewane piaski tam się znajdowały. Zwano je Białymi Górami. Bardzo były malownicze. Ale wśród tych piachów żyli ludzie, wioska Korfowe tam się znajdowała, powstała za carskich czasów. Życie pośród piasków było w tej wiosce jak carska katorga. 

W okresie międzywojennym rozwiewane wydmy Białych Gór były terenem fundamentalnych badań Jadwigi i Romana Kobendzów. 

 

 


Około  700 ha lotnych piasków tu się znajdowało, nieustannie zasypujących to, co ludzie próbowali tam zasiać.  Po roku 1945 wydmy poczęto zalesiać. W myśl obowiązującej wtedy zasady, że zalesiać trzeba wszystkie nieużytki, bez wyjątku. I tak przepadł dla nas, dzisiejszych, ten malowniczy krajobraz rozwiewanych piasków. Rosnące tam teraz monokultury sosnowe są jakie są i wiele jeszcze dziesiątków lat będzie musiało upłynąć, nim bór w Korfowem zacznie przypominać las, jaki rósł tutaj dwieście lat temu, przed powstaniem styczniowym.

 

Już tylko kilka  ludzkich sadyb pozostało w Korfowem. Większość jest już opuszczonych. Można jeszcze zobaczyć ich kilka. Zdjęcie jednej chałupy  tutaj pomieszczam. Jeszcze jest kłódka na drzwiach i ławeczka czeka na gospodarza pod ścianą domu.. . 

Rośnie wciąż jeszcze ten niezwykły pomnik przyrody w uroczysku Korfowe. Nazwano go Jałowcem Królewskim i zapewne dlatego, że jest najwyższym okazem swojego gatunku, jaki rośnie w Puszczy Kampinoskiej. Pierwszy raz zobaczyłem go w roku 1968, jeszcze wtedy nie rósł w lesie, a ja, aby go należycie sfotografować (zdjęcie jest czarno białe, o kolorowych jeszcze nam się wtedy nie śniło) zgodnie z zasadami ustawiłem obok niego człowieka; koleżanka o wzroście 170 cm jest tam po to, aby widz mógł zobaczyć jak jest wysoki.


Królewski Jałowiec należy do praktycznie jedynego z gatunków jałowca, rosnących dziko u nas. A jest na świecie kilkadziesiąt jego gatunków, niektóre sięgają kilkudziesięciu metrów wysokości. Nasz rodzimy ("powszechny" mówią o nim botanicy) nosi  łacińską nawę Juniperus communis i żaden ze znanych egzemplarzy nie przekroczył wysokości 14 metrów. Ten ma ok. 8 metrów i kształt cyprysu, co nie dziwi, należy do rodziny cyprysowatych.

Jałowce są  roślinami pionierskimi dla lasu, jako jedne z pierwszych zasiedlają tereny piaszczyste. Ten z Korfowego  wzrastał na największym obszarze rozwiewanych piasków wydmowych w Puszczy Kampinoskiej. Przedtem, zanim ta wydmowa pustynia powstała, rósł tutaj dorodny las, który po powstaniu styczniowym, kazała wyrąbać Anna Korff, wdowa  carskim generale. W  nagrodę za mężowskie zasługi w tłumieniu powstania, otrzymała od carskiego namiestnika Iwana Paskiewicza ten „uczastok” leśny. Bardzo szybko spieniężyła rosnący na wydmach las i tak powstały widowiskowe Białe Góry, a pośród nich wegetująca na piachach wioska Korfowe. Ale na tych piachach próbowano jedna coś uprawiać. Na pierwszych moich jego portretach, na tym starym, czarno białym zdjęciu z 1968 r. i na tym drugiej, już barwnej  fotografii z roku 2002, widać, że ten jałowiec rośnie na miedzy, miedzy dwoma płatami dawnych pól ornych. Dawnych od niedawna, bo właśnie w parku narodowym zaczęto akcje wykupywania na rzecz skarby państwa nieekonomicznych gospodarstw rolnych, a potem ich zalesianie.  


 

Ile ma lat Królewski Jałowiec? Anna Korff od cara dostała rosnący tu rządowy las w roku 1870. Przypuszczam, że zdołano ten las wyciąć ze szczętem pięć lat najpóźniej. Wtedy zapewne zaczął kiełkować ten jałowiec na powstałej po lesie pustaci wydmowej. A więc, wedle przypuszczeń, w tej chwili Królewski Jałowiec ma lat około 150. Sporo, całkiem sporo. Wciąż jeszcze żył, gdy go odwiedzałem trzy lata temu. Jeszcze igły trzymały się gałęzi po wschodniej stronie drzewa, ale po zachodniej rozgościła się już śmierć. Pozycję pionową ten jałowiec trzymał tylko dzięki zabiegom leśniczego, który go podparł solidnymi drągami. 


No cóż... Spełnił już Królewski Jałowiec swoje zadanie, rolę przedplonu leśnego odegrał, jak mógł najlepiej. W sąsiedztwie rosną  już wyższe od niego sosny. Zabierają mu dostęp do światła słonecznego. Wiele lat będzie musiało upłynąć, zanim ten sosnowy posiew leśny będzie przypominał prawdziwą puszczę. Jałowiec Królewski tego nie doczeka. Dałem się mu przy tym jałowcu sportretować przy tej wschodniej stronie, tej na której jałowiec ma jeszcze igły. Zdjęcie w roku 2020 zrobił nam leśniczy Grzegorz Nizio.  I ja też tej puszczy nie doczekam. Nie będzie nas, będzie las. Darz bór, oby to był  las puszczański!
   

….............................

poniedziałek, 24 lipca 2023

Podróże krajoznawcy: Kozy z Józefowa nad jeziorem Łacha

Szedłem sobie pod koniec tegorocznego czerwca żółtym szlakiem od Karczewa  ku Warszawie. Wąska, malownicza ścieżynka wiodła mnie brzegiem Wisły przez rezerwat „Wyspy Świderskie”, pogoda była przepyszna, widoki wokół wspaniale, ludzi na szlaku zero, tylko ja i to zero, bardzo  sympatyczne zdarzenie. I to wszystko tuż za Warszawą. O krok od miasta. A potem szlak oddalił się od rzeki i pojawiło się obok jezioro, mapa mi powiedziała, że to jest część Nowej Wsi w mieście Józefów, jezioro na mapie nazywało się Łacha, było starorzeczem wiślanym. 

Kozy się pasły na trawie nad jeziorem i przed palącym słońcem szukały cienia pod starymi wierzbami. Sfotografowałem te kozy. 

 

Właścicielem tych kóz jest pasterz Abdul z Dagestanu, jak się dowiedziałem. Nazywa się Rustam Khaybulaew. Dla znajomych Abdul. Abdullah to jego imię religijne. Mieszka w Polsce dziesięć lat i - jak mówił dziennikarzowi „Gazety Wyborczej” - w Polsce czuje się świetnie, prawie tak jak w rodzinnym Dagestanie u stóp Kaukazu.  Jak opisywały media, prowadzi on gospodarstwo ze zdrową żywnością w podwarszawskim Józefowie. W zeszłym roku  mówił dziennikarzowi, że ma 11 dzieci i 3 żony.

To gospodarstwo (spętlone ze sobą domy, jeden jakby pałacyk, tyle, że co to za pałacyk, obok przyczepy kempingowe, jakieś budy, wszystko otoczone murem), odosobnione od tego, co je otacza, Nad starorzeczem wędkarze, wokół pastwiskowe łąki, na nich tysiące kwiecia, pośrodku stoi coś z napisem kebab, ale wyraźnie nieczynne od wielu miesięcy. Przy drodze, którą idę, przy wjeździe na teren tej posesji stoi tablica z napisem Na sprzedaż, a tuż  pod murem młoda kobieta, jak wzorowa muzułmanka z chustą, przykrywająca włosy jak należy, sprzedawała jajka i sery.  Nie sfotografowałem jej, bo i jakże, bez zezwolenia? jeszcze w łeb od Dagestańczyka dostać mogę, może to jedna z jego trzech żon! 

Internet czasem pomaga w znalezieniu odpowiedzi, ale niezupełnie. Wpisałem do wyszukiwarki hasło: kozy w Józefowie” i otrzymałem zestaw wiadomości z różnych źródeł, z różnych lat, nie wiadomo której się chwycić, a obraz Dagestańczyka z Józefowa wyłaniał się przedziwny. Urząd miasta Józefów nie wie o żadnym gospodarstwie prowadzonym przez tego mężczyznę i informuje, że Abdullah nie jest mieszkańcem Józefowa. Nie jest też w stanie stwierdzić, czy jest właścicielem kóz, które są w Józefowie, bo nie jest jego mieszkańcem. Kiedyś tu rzeczywiście pomieszkiwał, ale  nieformalnie. A od jakiegoś czasu mieszka w Warszawie. Ale kozy są i to wcale liczne, widziałem dopiero co, nawet je sfotografowałem, możecie je zobaczyć tuż obok tego tekstu.


Dom jest na sprzedaż, co będzie kozami? Mieszkańcy Józefowa wielokrotnie zwracali się do powiatowego weterynarza, by skontrolował kozy i owce znajdujące się w Józefowie. Zgłaszano sprawy znęcania się nad zwierzętami i zabijania ich przez wiele dni. Była też podnoszona kwestia warunków przetrzymywania tych zwierząt. Kontrole przeprowadzono. Nieprawidłowości nie stwierdzono.
No to by było na tyle. Tak było tegorocznym czerwcem. Jak wie kto więcej, może się tutaj dopisze?



 

piątek, 21 lipca 2023

 Młociny. Lipowa aleja w dzień lipcowy

Powoli kończy się lipiec. Jak dotąd był bardzo upalny, były taki dni, że zdzierżyć było trudno, w moim telefonie komórkowym pojawiały się ostrzegające alerty, apelujące do mojego rozsądku, nalegające aby bez powodu nie wychodzić z domu.  „Za waszego życia nie będzie już tak chłodnego lata jak obecne i nie należy tego traktować jako żartu. To jest przerażające - ostrzegł Peter Kalmus, zajmujący się zmianą klimatu naukowiec amerykańskiej agencji kosmicznej NASA. - Jedynym sposobem na zakończenie koszmarnych upałów jest rezygnacja z paliw kopalnych" – dodał.

Potem schłodniało. To znaczy było nadal gorąco, tyle że już nie upalnie. Kilka dni temu padał deszczyk, nie za wielki, potem przeszły nad Polska burze, ulewy pozalewały wsie i miasteczka w Małopolsce, ale u nas na Mazowszu tak źle nie było. ale pada. Mimo deszczu powędrował z otwartym parasolem  nad sobą, włóczyło mnie po Parku Młocińskim. Kiedyś było to dla mnie daleko za miastem, jechało się tam tramwajem linii nr 28. Pętla znajdowała się mniej więcej tam, gdzie dzisiaj jest McDonald. Młociny są już wchłonięte przez  miasto, ale linię zlikwidowano i nawet numer jej przepadł bez wieści.

Wędrowałem teraz przez park młociński, była świetna ekspozycja do fotografowania. Wyszło mi niezwykłe zdjęcie, zrobiłem je oszałamiająco pięknej alei lipowej na młocińskiej promenadzie. Światło było świetne, obiektywy lubią deszczową pogodę w tonacji dur, a nie moll. A zdjęcie jest fascynujące, oglądająca je moja zona twierdzi, że zdjęcie jest kłamstwem, że zastosowałem jakiś zabieg fotograficzny, jakiego foto-szopa użyłem, który spowodował, że fotografia jest nieprawdziwa. 

Otóż, zieleń na tej fotografii jest w tej lipowej alei  nadzwyczaj bujna,  bardzo świeża, niemal jak w pełni wiosny, jak młodym latem. A przecież już o koniec lipca się zbliża, czas gorącego lata. Na ziemi jednak zieleni nie ma, a być powinna. Pamiętam przecież, nie raz jeden zdejmowałem tę aleję, tam się bywa, mam tylko pół godziny jazdy autobusem spod mojego żoliborskiego domu. Na ziemi u stóp lip ścieliła się jesień, dywan z liści jesiennych. 

A przecież do jesieni jeszcze trochę. Na cale szczęście zresztą. Zapewne efekt kilkunastu dni okrutnych upałów, które dopiero co nad nami przeleciały. I ten obfity, konsekwentnie padający deszcz, który teraz przyleciał do nas, w młocińskim parku spowodował, że drzewa ożyły,  że rozkwitły zielenią swojego listowia i jak młode panny zaczęły się do mnie wdzięczyć. I z tą rudością u swoich stop stworzyły obraz jedyny w swoim rodzaju.

wtorek, 18 lipca 2023


 Lato w Konstancinie
 
Jest lato. Dobry czas na odwiedziny Konstancina. Tam zresztą o każdej porze roku warto zaglądać. Niebrzydko jest położony. Sąsiadujący z nim las  wkracza do miasta, a miasto zdaje się być tego lasu częścią. I  pośród tego leśnego pejzażu, nad malowniczymi rozlewiskami rzeki Jeziorki,  z
najduje się  niespotykany gdzie indziej pod Warszawą zespół zabytkowych willi z początków XX wieku. Nie ulega wątpliwości, że  Konstancin jest jednym z najładniejszych miast-ogrodów  w okolicy podwarszawskiej. 
 
 
 
„Przyroda i sztuka złożyły się tu, by ową wieś podmiejską uposażyć we wszystko co piękne, a zarazem niezbędne dla zdrowia i wygody" – pisała „Wieś Ilustrowana” w 1910 roku. Pięknie jest tutaj nadal,  jak sto lat temu, przyroda i sztuka mają w tym ogromny udział. Minęło ponad sto lat od czasu tamtego opisu, a w Konstancinie wszystko jest takie właśnie, jakie być powinno. Mariaż przyrody i sztuki w wersji wzorcowej. I do tego wszystkiego jest to uzdrowisko! 
 
Wszystkie drogi konstancińskie prowadzą przez deptak do uzdrowiskowej tężni. Więc idę, a jakże, przez park zdrojowy, kwietnymi biało czerwonymi rabatami,  pięknie  i narodowo przyodziany, zawsze pełen wdzięcznych wiewiórek i mile łechcącego nozdrza zapachu solanki z  konstancińskiej tężni. Niedaleko od niej  jest rozdroże obok mostu nad Jeziorką, a tam ustawiony drogowskaz kieruje odwiedzających miasto  ku Villi la Fleur.

Niezwyczajnym zjawiskiem jest ten kwiatek, tak bardzo od niedawna zdobiący i tak przecież urodziwy Konstancin. Doprawdy niezwykłe jest to prywatne muzeum sztuki Marka Roeflera, biznesmena i właściciela największej w Polsce prywatnej kolekcji obrazów École de Paris, który z kolekcjonowania sztuki zrobił zajęcie niemal równorzędne z prowadzeniem biznesu. Co dla nas, zwykłych zjadaczy chleba najważniejsze, on swoje zbiory udostępnia społeczeństwu, a robi to w sposób imponujący.  Muzeum jest zachwycające. Dwa zabytkowe budynki i otaczający je stylowy park są pełne świetnych obrazów i rzeźb.
 
 

Z obu budynków Villa la Fleur jest bardziej zabytkowa, budynek jest z 1906 roku, on jako pierwszy został objęty remontem przez właściciela. Nadzwyczajne jest tam to, że nie ma w środku typowej, wystawowej ekspozycji, tam dzieła sztuki są świetnie wkomponowane we wnętrza, to robi wrażenie. Z wielkim gustem jest to urządzone i bardzo jest esprit to wszystko co  tam zostało zgromadzone. Chapeau bas !   
 

 
W dziejach polskiej sztuki XX wieku niewiele było zjawisk tak interesujących jak École de Paris, czyli Szkoła Paryska. Termin „École de Paris” narodził się w 1925 roku, odnosił się on do artystów, dla których Paryż stał się nowym domem, emigrantów z terenów znajdującej się pod zaborami Polski oraz z Rosji, artystów głównie pochodzenia żydowskiego.

W internecie dzisiaj można znaleźć wszystko. Jeśli się umie szukać i odrzucać mylne tropy. Dobry trop znalazłem na internetowej stroni Desy, gdzie Tomasz Dziewicki prezentuje krótki poradnik dla kolekcjonerów École de Paris. Pisze w nim, że dzieła polskich artystów z tego   kręgu,osiadłych w Paryżu w I połowie XX wieku, stanowiły kluczowe obiekty najważniejszych prywatnych kolekcji malarstwa polskiego formowanych przede wszystkim w latach 80. i 90. XX wieku. I dalej pisze, że obecnie prace największych twórców Szkoły Paryskiej oraz malarzy osiadłych na stałe w Paryżu święcą rynkowe triumfy i należą do najdroższych prac na polskim rynku sztuki, o czym zaświadczają rekordowe licytacje obrazów Mojżesza Kislinga (2,4 mln zł) lub Meli Muter (1,8 mln zł).
 


 



Z uwagą studiowałem przygotowany przez Desę poradnik i już wiem, że kolekcjoner powinien pamiętać, co liczy się przede wszystkim  — nazwisko. A nazwisko to —  marka. A marka buduje wartość dzieła. Im nazwisko bardziej cenione przez historyków sztuki i kolekcjonerów, tym wyższa wartość rynkowa obrazu czy rysunku. Prace Mojżesza Kislinga, Eugeniusza Zaka, Henryka Haydena czy Meli Muter należą już do europejskiego, czy wręcz światowego kanonu sztuki nowoczesnej. Warto postawić na prace artystów uznanych, lecz również poszukiwać dzieł twórców wysokiej klasy, lecz rzadszych i mniej znanych. Kolekcja w Konstancinie spełnia te założenia i jest naprawdę imponująca.  I nie tylko znawcom może się podobać, spełnia albowiem oczekiwania szerszej publiczności, niespecjalnie się wyznającej  w trendach, modach i kierunkach.   


 
 
Zmierzchało, gdy do autobusu wracałem przez park nad Jeziorką. Parkowe sosny wyglądały jakoś bardziej, ale wiewiórki wciąż się ganiały po parku, spacerowiczów niewielu, noc nadchodziła spokojnie. Powrót był wygodny, ładne dziewczę ustąpiło  staruszkowi siedzącego miejsca w autobusie, w metrze usiadłem wygodnie na samym krańcu,  kilka stacji dalej zaczął się niemożebny tłok. Na swoim Żoliborzu zasypiałem z widokiem konstancińskiej galerii. Przez kilka następnych dni nie mogłem uspokoić swoich emocji po tej wyprawie.  
 
(zdjęcia autora blogu)
 ............................................................................
 







sobota, 8 lipca 2023

 Krajobrazy z okolic wielkiego jeziora

Lato  tego roku jest upalne. Jak zeszłym roku, a może i nawet bardziej. Na początku  tegorocznego lipca temperatura na Ziemi osiągnęła najwyższy poziom w historii i przekroczyła 17 stopni Celsjusza. Jest to średnia temperatura z różnych punktów pomiarowych od lodów Antarktydy (tam teraz trwa zima) do wnętrza Sahary. Lodowce w Alpach znikają, Grenlandia coraz bardziej przypomina Zieloną Wyspę. Planeta nam się gotuje, proszę państwa. 

A pośrodku Mazowsza upały są naprawdę porządne i mocno dokuczliwe. Wilgi wołają o deszcz rozpaczliwie. Ziębom nawet wołać się nie chce.  A deszczu jak nie było, tak nie ma. Nie rezygnuję jednak z wędrowania. Wciąż i wciąż jeszcze ciągnie mnie mazowiecki plener. Więc jadę nad brzegi Jeziora Zegrzyńskiego. Z mojej Warszawy jadę, od stacji metra na Marymoncie mam miejski autobus, od dworca Gdańskiego pociąg szybkiej kolei miejskiej, nic tylko jechać. Byle wiedzieć gdzie się chce, w jakie krajobrazy. A są one rozmaite... 


 W żeglarskiej marinie nad wielkim, mazowieckim jeziorem

 

 Jest środek tygodnia, jest lato, słońce przygrzewa, a niebo jest niebieskie jak należy i woda się barwą dostroiła do niego. Jest dzień roboczy, cudownie pusto, tłumy chętnych zjadą tu dopiero na letni weekend. Teraz jest cicho, spokojnie, siadam sobie przy stoliku pod parasolem, sączę złocistego Żywca z nalewaka i patrzę. A przede mną drzemią żaglówki w marinie Nieporęt-Pilawa. Dopiero co wysiadłem z autobusu, z warszawskiego Marymontu przywiózł mnie tutaj od metra w trzy kwadranse, wygodnie i w dodatku za darmochę; to jedna z nielicznych przyjemności czasu z przejrzałym peselem. 

W czasach swojej młodości bylem na kursie żeglarskim, wyszkolono mnie na lądowego żeglarza, nawet stosowny papier dostałem. Ale  jakoś tak mi się życie potoczyło, że uwiodły mnie wysokie góry, zacząłem uprawiać wspinaczkowe taternictwo i nawet jako załogant już nie siadłem w żadnej żaglowce. Nawet alfabetu Morse'a już zapomniałem, A umiałem nieźle machać rękami, bo znałem ten alfabet na wyrywki, po prostu mi się to podobało. I węzły umiałem zaplatać, i marynarski i różne inne. Sztyk i półsztyk zapleść umiem nadal, ale z pozostałymi chyba już sobie nie dałbym rady. 

Siedzę wiec sobie pod bufetowym parasolem na żaglówkowej marinie, sączę piweczko i się rozmarzam. Ale co to za rozmarzanie, skoro wiem, że już wcale mi się nie chce żeglować po żadnych wodach i oceanach, nawet po tym "Morzu Zegrzyńskim", które mam właściwie pod bokiem. Ale popatrzeć sobie to i  owszem. Sama przyjemność. 


 
Na tropach Puszczy Nieporęckiej

Pociągiem szybkiej kolei miejskiej do zagubionego w laskach i piaskach przystanku Dąbkowizna. Samotnie idę  po śladach Puszczy Nieporęckiej i sporo radości dostarcza to leśne wędrowanie.  Pcha mi się leśny krajobraz do obiektywu. Najładniejsze są te fragmenty tego drzewostanu, które przyrodnicy określają mianem boru mieszanego świeżego. Parzę na ten las i napatrzeć się nie mogę. I już wiem, że muszę tu wracać... 

Już nikt o tym nie pamięta, tylko historycy. I do tego nieliczni. Nieporęt był dla polskich królów z dynastii Wazów tym, czym Niepołomice dla Jagiellonów, miejscem wywczasów podmiejskich i łowieckich zabaw. Gdy Wazów nie stało, zostało niewiele. Za carskich czasów okolicę wzięli we władanie wojskowi. Dzisiaj tu i tam można jeszcze napotkać po lasach ślady cywilizacji wojskowej.

Podobno było to zaplecze Stanowiska Dowodzenia Naczelnego Wodza Wojska Polskiego, podziemne bunkry pozwalały przetrwać wojskowym atak wrażych wojsk amerykańskich. Do ogrodzenia zbliżać się nawet wtedy bałem,  pod Białobrzegami ukrywało się ono jeszcze do tego za wydmami, za bagnami, na których dziś gospodarują bobry. Tam  rośnie bardzo atrakcyjny wizualnie las, powracająca Puszcza Nieporęcka. Oczywiście, polegnie ona tutaj ta puszcza, bo leśnicy tak mają, że rąbią (czasem bez opamiętania!), a te akurat swój wiek rębny tych drzewostanów to lat 120. Ale póki co, są i rosną urodnie. Wedle aktualnej mapy „Banku danych o lesie” najstarsze fragmenty tego powojskowego drzewostanu  mają teraz 133 lata, to dobrze, że one trwają, a zdaje się że w jednym z nich bielik ma swoje gniazdo i wyprowadza w nim lęgi...










 W czasach Wazów była to jeszcze puszcza wcale nielicha. I to u progów królewskiej stolicy. Tereny łowieckie były przednie, lasy i bory urozmaicone, mokradeł było tam sporo, zwierza w nich wszelakiego dostatek. Francuz La Laboureur notował w 1645 roku, że królewski dwór myśliwski  był „wspaniałą robotą ciesielską", iż niczego tam nie brakowało, że izb było wiele i bardzo pięknych, że był ogród i duży podwórzec, była kaplica, „słowem nic nie pozostawia do życzenia, jak tylko, aby był z materiału bardziej twardego: bo to niby-okręt, który trzeba często odnawiać".  

„Tu najchętniej mieszkał Jan Kazimierz" — pisał Niemcewicz w 1839 roku — „gdy był jeszcze królewiczem i kardynałem, a gdy został królem, pod wpływem częstych napadów mizantropii, chronił się tu od gwaru dworskiego i trudów panowania. Dwór myśliwski przemieniał się wtedy w miejsce kontemplacji, wypoczynku i sielskich zabaw, które znękany monarcha nazywał swoim tusculum". Dwór myśliwski się nie zachował w Nieporęcie, nawet żadne jego ilustracji nie ma. 

 

Okazały dąb rośnie w Dąbkowiźnie. Nazwano go imieniem Jana Kazimierza.  Czy pamięta króla ten zabytkowy dąb? Chyba już tylko nazw króla przypomina, zresztą został nią obdarzony  dopiero przed kilkudziesięciu laty. Jego wiek oceniany jest na 300-400 lat, o ile wiem nie badano jego wieku bardziej szczegółowo, skłaniałbym się do lat najwyżej trzystu.  Jan Kazimierz abdykował w roku 1668, cztery lata później umarł we francuskim Nevers. W czasach, w których król w tej swojej puszczy polował, ten dąb  był najpewniej tylko małą siewką. 

Drzewo jest piękne, najlepiej się prezentuje od północnej strony. Nie wygląda na wysokie drzewo, chociaż ma tych swoich metrów aż 22. Jest dość niewysokim, dębem szypułkowym o rozłożystej koronie, widać po tym, że wzrastał w terenie otwartym, nie w gęstym lesie, jego pień nie wspina się więc do góry w poszukiwaniu potrzebnego do życia światła. Drzewo zasługuje, żeby znaleźć się na liście najczęściej odwiedzanych dębów podwarszawskich. Ale tak nie jest. Na uboczu jakby rośnie. Chociaż prowadzą obok niego znakowane szlaki turystyczne... 

 

Nad wielka wodą kolo Arciechowa

Nad Jeziorem Zegrzyńskim, znajduje się miejscowość o nazwie Arciechów.  Dzisiaj  jest miejscowością o charakterze letniskowo-rekreacyjnym nad samym brzegiem Zalewu, położona jest wśród typowo mazowieckiego pejzażu, niewiele tam pól, a dużo zagajników i lasów trochę, drogi raczej piaszczyste, w to wszystko wrzucone jest tu i tam co nieco zabudowy, taki to pejzaż domowych naszych lasków i piasków, bo i wydm sporo. Sympatyczny to krajobraz i przyjazny, a zagubić się w nim łatwo. Wszystko to w granicach Warszawskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu.

W każdej miejscowości, w każdym terenie mniejszym lub większym, zawsze jest jakiś cel, ku któremu się dąży. Jakiś zabytek, kościół lub coś podobnego. W okolicy Arciechowa jest mnóstwo starych dębów, z inwentaryzacji powiatowej wynotowałem ich aż trzydzieści, ale żadnego na cel swojej wędrówki wybrać nie mogłem, za wiele ich tutaj i w znacznym od siebie rozproszeniu rosną. Zdecydowałem się więc za swój cel wybrać miejsce, w którym dobija do brzegu prom z Serocka. 

Najważniejsze koło tego Arciechowa jest miejsce, w którym Bug wpływa do Narwi. I to był główny cel tej mojej wędrówki. Bo tak już jest, że bez celu rasowemu krajoznawcy niełatwo się gdziekolwiek wybierać. Cel być musi i basta.

Przez wiele lat trwały spory na temat, która z rzek wpada do której i jak należy zwać odcinek od miejsca w którym obie rzeki się łączą; ma nosić nazwę dłuższego od Narwi Bugu, czy odwrotnie. Ale już od dawna wiedziano, że to Bug do Narwi wpada, albowiem ( za "Słownikiem Geografii Królestwa Polskiego" z roku 1885 to podaję: "Woda Narwi w pobliżu jej źródeł ma kolor nieco mętny i płowy; przeciwnie na Podlasiu i Mazowszu odznacza się dziwną przezroczystością i sinem zabarwieniem. Bug nie zmienia tego koloru Narwi, który uderza szczególniej przy połączeniu się jej z Wisłą pod Modlinem”. Dzisiaj nieco trudno byłoby sprawdzić, co wpada do czego, bowiem od roku 1963, już po przegrodzeniu rzeki zaporą koło Dębego i po powstaniu dużego sztucznego Jeziora Zegrzyńskiego, połączenie rzek zginęło nieco w wodach jeziora. Niektórzy wolą mówić, ze to zalew, a nie jezioro, ale czasem, zależy jak się na nie spojrzy, rzeczywiście wygląda jak najprawdziwsze jezioro i do tego bardzo egzotyczne i zupełnie nie mazowieckie. 



Dotarłem więc do brzegu, na nim wspaniale piaszczyska, urokliwa niewielka pustynia, to i fotografowałem ją bez wyjęcia, nieźle się te piaski wdzięczyły do obiektywu.  Serock na drugim brzegu tonął w oplatającej skarpę zieleni, dobrze się musiałem przypatrzeć, aby zobaczyć wystający nad tę zieleń ceglany korpus późnogotyckiego kościoła. Wieki całe była to parafialna świątynia  dla Arciechowa, ale gdy powstał zalew, Serock oddalił się od Arciechowa. Wreszcie, po wieloletniej przerwie, uruchomiono wakacyjne przeprawy katamaranem, ale tylko w weekendy. Zamarzyło mi się, oczywiście, żeby jeszcze dotrzeć tam w te wakacje, na prom się załapać i innym sposobem wracać już z Serocka, przedtem odwiedziwszy jakąś knajpeczkę tameczną, może zajdę do naleśnikarni, była tam świetna, czy jeszcze istnieje?

.......................................................