poniedziałek, 19 grudnia 2016


Zima w Ponurzycy

   Na tegoroczne święta Bożego Narodzenia powinienem w tym blogu opublikować post pasujący do tych świąt, najlepiej zimowy, a jeszcze lepiej żeby był on aktualny, ale jakoś śniegowi nie śpieszno na Mazowsze tej zimy. Wygląda na to, że na  zimę zimową jeszcze będzie trzeba nieco poczekać. A tak w ogóle, to marnie bywa ostatnimi laty ze śniegiem na Mazowszu. Wszak jednak bywały śniegi zawzięte. Zapuszczałem się wtedy na podwarszawską mazowiecką prowincję i z radością cieszyłem śnieżnym krajobrazem. Miejsc zimowo malowniczych jest sporo wokół Warszawy, a do najładniejszych należą zimowe krajobrazy okolic Ponurzycy. Sporo o tej wiosce pisałem, w mojej ostatniej książce cały rozdział tej wiosce poświęciłem. Fragmenty jego teraz w tym blogu pomieszczam, zachęcając do lektury całości w książce. Tam jednak  nie ma zimowych fotografii z Ponurzycy. Więc one niech się znajdą tutaj, w tym blogu. Wybrałem do tego postu fotografie z jednego dnia zimowego w roku 1995. Nigdy przedtem, ani potem, takiej zimy tam nie przeżywałem. Dzień zrazu chmurny, tuż przed zmierzchem wypiękniał. Dobrze mi wtedy było w Ponurzycy.

   Ponurzyca  jest wioską rzuconą w mazowiecki, leśny krajobraz, za górami, za lasami położoną, dotrzeć do niej niełatwo.  Od ponad czterdziestu lat ją  odwiedzam. Nie dojeżdżają do niej autobusy, najbliższy przystanek kolejowy jest oddalony o kilka kilometrów leśnej wędrówki, a w tym lesie pełno gór piaszczystych i bagiennych torfowisk, nad głowami wędrowcy ponuro kruki kruczą i przenikliwie, niczym tolkienowskie Nazgule, nawołują się myszołowy. Samochodem dojechać też niełatwo, droga zawiła, a w zimie  po kilkudniowych opadach śniegu Ponurzyca jeszcze bardziej oddala się od świata.


 
Ciągnie mnie tam ogromnie. Niby blisko od miasta, a daleko, bo wioska zagubiona pośród lasów i okoliczny krajobraz  jakiś taki nie całkiem tradycyjnie mazowiecki, tu przypomina odległą tajgę, tam jest pogarbiony i rozfalowany całkiem nie podwarszawsko, strumyki przez ten krajobraz płyną, tu i tam widnieją głazy polodowcowe, piaszczystych wydm też nie brakuje, po lasach kryją się torfowiska o magicznej prezencji, łosie po mokradłach kroczą dostojnie, przy drogach i dróżkach, na wiejskich i leśnych rozdrożach i przydrożach moc kapliczek strzeże Ponurzycę przed czartami, bo miewały one tutaj swoje interesy i jak zwykle szło im o ludzkie dusze.

   Ponurzyca wioską jest niewielką, lecz rozległą, to kilka kolonii, rzuconych w krajobraz mazowieckiego lasu. Jest wymarzonym terenem dla badań krajoznawczych, etnograficznych, kulturowych, mogłaby być świetnym  tematem niejednej pracy naukowej.  Nawet tego, dlaczego wieś Ponurzycą nazwano, nie wiadomo dokładnie. Czy dlatego, ze ten odludny, leśny krajobraz ponuro się przedstawiał tym którzy tu jako pierwsi zamieszkali? A może dlatego, że  wieś ukryta jest "po norach",  w zagłębieniach terenu ładnie tam ukształtowanej krawędzi polodowcowej równiny, opadającej ku dolinie Wisły blisko czterdziestometrowym skłonem. Jak na Mazowsze wysokość to wcale znaczna.
     Z kilku miejsc na grzbiecie skarpy widać oddalone o kilka dobrych kilometrów wieże zamku książąt mazowieckich w Czersku, podobno nawet pałac kultury w Warszawie jest stamtąd widoczny. Z roku na rok na tej skarpie coraz mniej miejsc, z których to widać, jeszcze przez wiele lat po skończonej wojnie niemal cała skarpa była bezleśna, to można zobaczyć na mapach z tamtego czasu. Gdy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku projektowałem szlaki turystyczne dla tej okolicy, szlak wzdłuż tej skarpy był bardzo widowiskowy, dzisiaj większość jego trasy wiedzie młodymi sosnowymi borkami, które w Ponurzycy bezpardonowo wkroczyły na tereny porolne.     

     Ponurzyckie Góry są porozcinane dolinkami,  płyną nimi wąskie strumyczki o czystej wodzie i piaszczystym lub żwirowym dnie. Najładniejsza struga nosi nazwę Ślepota i malowniczo pośród wzgórz meandruje. Jest jeszcze Maćkowa Woda, która często wysycha, ale jak o przedwiośniu płynie, to na całego, tworząc miniaturowe wodospadziki. Pośród pól i na przydrożach tkwią polodowcowe głazy, są i piaszczyste wydmy, osiągające niekiedy znaczne rozmiary. Ogromne tutaj bogactwo krajobrazów. Bo to i uprawne pola, chłopskie borki, olszynki i brzezinki, ale i niemal puszczańskiego charakteru wilgotne i bagienne bory, będące pozostałościami historycznej Puszczy Osieckiej.

     Pojawiam się tam od ponad czterdziestu lat i przynajmniej raz w roku. Fascynująca jest obserwacja następujących w okolicy przemian cywilizacyjnych.  Część wsi  znajduje się akurat we wczesnym stadium przepoczwarzania się. Malownicza polska wioska, jaką pamiętam sprzed ćwierćwiecza, zawsze była wioską ubogą, wokół laski i piaski,  marnej klasy grunty rolne. Domy były tam drewniane, ale o dobrych proporcjach, ubogie, ale wydawały się być na miejscu, nieźle wpisane w krajobraz. Minęły lata i stoją tam teraz domostwa murowane, zbudowane tzw. metodą gospodarczą, przez właścicieli i osoby zaprzyjaźnione. Jeszcze tu i tam widnieją drewniane stodoły kryte strzechą, ale długo już nie pożyją. 


     Na opuszczone tereny porolne wkraczają sosnowe samosiejki, lasu coraz więcej i bardzo brakuje polnych enklaw wśród lasu. Rolnictwo w Ponurzycy przestało się  opłacać. Za wiele roboty, za mało zysku. Większość gruntów rolnych zalesiono. Z roku na rok więcej tu lasów. Ich fragmenty czynią wrażenie nawet na wyrafinowanych smakoszach przyrody. Najbardziej wartościowe są znajdujące się pośród tych lasów wysokie torfowiska. W okolice Ponurzycy chętnie prowadzę swoich gości, którym chcę pokazać zaczarowany, pełen ciszy, spokoju, tchnący dziwną melancholią świat. I samotnie też wcale często wędruję w tamte strony. Może kiedyś się tam spotkamy? Może akurat będzie to dzień zimowy, śnieżny jak należy, malowniczo malowniczy.










sobota, 26 listopada 2016



Kampinos

Puszcza  Kampinoska sąsiaduje z Warszawą, zaczyna się tuż za granicami miasta. Swoją nazwę wzięła  od wsi Kampinos. Wieś Kampinos jest oddalona od Warszawy o 40 kilometrów. Większość z warszawiaków nawet nie wie, że jest jakaś wieś o tej nazwie. Ludzie w Warszawie najchętniej Kampinosem nazywają całą puszczę, a przede wszystkim podwarszawską część Puszczy Kampinoskiej. Tę albowiem znają najlepiej. Tak naprawdę, to dla Warszawy cała puszcza była „od zawsze" - Kampinosem. W okresie powstania styczniowego w 1863 roku krążył po Warszawie wiersz: "Hej rodacy, kto u wroga / Nie chce szukać losu,/ Komu święta wolność droga,/ Śpiesz do Kampinosu". W czasie II wojny światowej w kampinoskich lasach działała Grupa "Kampinos" konspiracyjnej Armii Krajowej. 

W Warszawie mówi się: "jedziemy na wycieczkę do Kampinosu", chociaż się jedzie np. do bliskich miastu Palmir, od których do wsi Kampinos jest ponad 40 kilometrów. Tak samo się mówi "jedziemy w Tatry", a nie: "do Tatrzańskiego Parku Narodowego". Autor tych słów jest od pół wieku związany z tym terenem i wolałby czytać i słuchać równie krótkich lecz lepiej brzmiących sformułowań, np.: "jedziemy do Puszczy" lub "do Parku". Koniecznie z dużej litery, bo na ternie puszczy od lat kilkudziesięciu znajduje się Kampinoski Park Narodowy. Widocznie tak musi zostać. Te trzy nazwy - Kampinos, Puszcza Kampinoska, Kampinoski Park Narodowy - potocznie traktowane są wymiennie i w gruncie rzeczy oznaczają to samo. Czy to się podoba purystom, czy nie, tak właśnie jest.
Droga do cmentarza Palmiry. To jej okolice najczęściej zwane są "Kampinosem". Fot.L.Herz


Wielu warszawiaków ogranicza się w swojej przyjaźni do fragmentów znajdujących się w najbliższym sąsiedztwie Warszawy. To już Kampinoski Park Narodowy, ale jeszcze nie Puszcza Kampinoska. To młode lasy, w większości monokulturowe bory sosnowe. Przez wiele dziesiątków lat, praktycznie przez cały wiek dziewiętnasty i jeszcze trochę dwudziestego, był to teren całkowicie niemal pozbawiony lasu, mapy z połowy XIX wieku ukazują to wyraźnie. Prawdziwie stare bory i trudno dostępne lasy bagienne zaczynają się dalej. Są i w okolicy wsi Kampinos i to od niej bardzo blisko, koło Granicy, Józefowa, Nartów. 
 
Starodrzewy sosnowe okolic wsi Kampinos.

Nazwa Puszczy Kampinoskiej wiązała się ze wsią Kampinos, ośrodkiem dóbr, do których należała okoliczna puszcza.Dzisiejszy Kampinos jest wcale sporą wsią gminną, ale nie wygląda na „stolicę” pobliskiej Puszczy Kampinoskiej. Skąd się wzięła nazwa - Kampinos? Na pewno wpierw tyczyła wsi, dopiero potem od niej poszła nazwa przynależnego do majątku puszczy. Pierwsza wzmianka o osadzie tutaj się znajdującej, pochodzi z roku 1377, ale w dokumentach zapisano nazwę Białe Miasto. Dopiero w roku 1489 po raz pierwszy użyto nazwy Kampinosu, lecz po łacinie i w formie - Capinoss. Jeszcze w 1557 roku Capinos wymieniany był jako miasto, lecz w 1579 roku był już tylko wsią. Pozostał nią do dzisiaj. Po raz pierwszy nazwę miejscowości złączono z puszczą w lustracji królewszczyzn w roku 1566: ... „jest tam w ziemi sochaczewskiei u Kapinossa puscza wielka”, sto lat później podobna lustracja z roku 1661, podała już pełne brzmienie nazwy: ... „Puszcza Kapinoska jest niemała”.

W roku 1712, w przywileju królewskim ,,na robienie Potaszów” udzielonym Podkanclerzemu Koronnemu Szembekowi po raz pierwszy użyto formy używanej obecnie, tj. „Puszcza Kampinoska”. Niewykluczone, iż pierwotna nazwa osady od której poszła nazwa puszczy, tj. Kapinos, wiązała się z sączącym się z kapiącym źródłem na krawędzi tarasu erozyjnego, przy którym postawiono dwór w osadzie. Do dzisiaj "kapinosem" lub "łzawnikiem" nazywany jest na wsi, także we wsi Kampinos i jej okolicach, rowek do skapywania wody w drewnianych budynkach bez rynien i termin ten wciąż odnotowują wszystkie współczesne słowniki języka polskiego.

Puszczę Kampinoską ominął przywilej bycia puszczą królewską, jak np. służące królewskim rozrywkom i utrzymaniu dworu Puszcza Białowieska lub Kozienicka i  Niepołomicka. Puszcza Kampinoska została królewszczyzną, a dochody z królewszczyzn przeznaczano na rzecz skarbu państwa. Że skarb ten wciąż potrzebował pieniędzy, królewszczyzny były najczęściej puszczane pod zastaw, w zamian za pożyczki. Jako zastawu  królewszczyzny kampinoskiej używano wielokrotnie. Posesorami kolejno byli: Katarzyna Jasieńska z synem Pawłem – wdowa po kasztelanie sandomierskim (1497), a po niej sam Paweł Jasieński, dworzanin Jana Olbrachta, później jeszcze wojewoda rawski Prandota z Tarczyna, kasztelan wiślicki i starosta sochaczewski Piotr Szafraniec z Pieskowej Skały, wojewoda płocki Ninogrzew z Kryska, kasztelan sochaczewski Andrzej z Radziejowic oraz Piotr, Bartłomiej, Paweł i Stanisław z Kryska (1511). W tym też roku po raz pierwszy miejscowość została określona jako główny ośrodek dóbr. Od 1512 roku przez dłuższy czas dobra pozostawały w rękach Radziejowskich. Cały ten kontredans królewskich wierzycieli poczynił wielkie szkody w drzewostanach i zwierzostanie puszczańskim, gdyż każdy z nich, co zrozumiałe, starał się wyciągnąć z posiadłości maksymalny zysk.

W wieku XVII posesorką dzierżawy kampinoskiej była m.in. królowa Maria Ludwika (1649). Dzięki lustracjom wiemy co takiego znajdowało się w Kampinosie. Na przykład z lustracji w roku 1661 roku dowiadujemy się, że był tu drewniany kościół, 18 dymów pańszczyźnianych, 1 dym wójtostwa, folwark, młyn i karczma. W 1765 roku wymieniano już dworek z gankiem, mający trzy ściany obmurowane do połowy, była karczma z izbą, komorą i stajnią oraz browar o dwóch izbach i gorzelnia. Czternastu gospodarzy w ramach pańszczyzny było zobowiązanych m.in. poprawiać drogi, groble i mosty oraz „lipy przy drogach sadzone publicznych poprawiać i zasadzać”. Prócz starej, wymagającej remontu karczmy była też wtedy austeria kilkupokojowa, w której podawano „tronki”.

W XVIII wieku dzierżawa kampinoska była w rękach ludzi wybitnych, m.in. późniejszego kanclerza wielkiego koronnego Jana Szembeka (1703), podkomorzego Wielkiego Księstwa Litewskiego Jerzego Mniszcha z małżonką Bithildą z Szembeków (1735), generała artylerii i pierwszego ministra króla Augusta III Henryka hr. Brühla (1764), hetmana wielkiego koronnego Franciszka Ksawerego Branickiego (1766), który „wedle wiarygodnych podań” polował tu na niedźwiedzie.

Ostatnim dzierżawcą, aż do upadku Rzeczpospolitej w 1795 roku, był starosta czerwiński i szambelan królewski Ludwik Gutakowski. Wspominano go mile. Przy końcu XVIII w. jego kosztem, „ze znacznem dołożeniem się teraźniejszego Plebana X. Żegoskiego”, postawiono na miejscu starego i zrujnowanego nowy kościół i to ten kościół wciąż tutaj można oglądać. Później ekonomię Kampinos oddzielono od lasów, na których terenie w czasie krótko trwającego zaboru pruskiego utworzono Królewski Urząd Leśny, a w zaborze rosyjskim – Leśnictwo Koronne z siedzibą w Grabinie.
Kościół kampinoski, ilustracja z internetowego blogu miejscowej parafii
Drewniany kościół parafialny jest najważniejszym zabytkiem wioski Kampinos. Parafia kampinoska jest znacznie starsza od kościoła i istniała już wtedy, gdy Kampinos był jeszcze Białym Miastem. Charakterystyczne jest jednak, iż – jak to odkryła i opisała Maria Kann – parafia od początku zwana była „kapinoską”, a nie „białomiejską”. Podobnie starostwo niegrodowe w Białym Mieście zwano „kapinoskim”. Kościół, jaki oglądamy obecnie, zbudowano z sosen kampinoskich w latach 1773–82. Jego fasada jest  przykładem wpływu, jaki na budownictwo drewniane wywierała architektura murowana: powtarza formy barokowe i w pewnym stopniu klasycystyczne. Bryła kościoła oglądana z zewnątrz nie jest efektowna i tylko fasada nadaje jej rys indywidualny. Wnętrze jest skromne, a wrażenie czyni. Jest sympatyczne, jasne i rozświetlone. Rozdzielone jest kolumnami na trzy części, przedłużeniem nawy głównej jest prezbiterium, naw bocznych zakrystia po lewej i skarbczyk po prawej. Wyposażenie neobarokowe z lat 1866-69.
Ołtarz główny. Fot.Ula Kaczyńska

Interesująco zakomponowany jest ołtarz główny. To elegancki klasycyzm z małym ukłonem w stronę baroku. Jak i reszta wyposażenia kampinoskiej świątynki, powstał w wieku XIX.  W polu głównym ołtarza jest obraz Chrystusa na Krzyżu. Czytałem, że jego autorstwo jest przypisywane Franciszkowi Smuglewiczowi, wziętemu malarzowi dziewiętnastowiecznemu, specjalizującemu się w obrazach religijnych. Sporo ich po sobie zostawił w mazowieckich kościołach, nie tylko tam zresztą. Wokół kilka rzeźb.
W zwieńczeniu ołtarza Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny; pod takim wezwaniem jest kampinoska parafia.Po bokach rzeźby świętych Piotra i Pawła nad bramkami, wiodącymi do obejścia ołtarza. A do tego jeszcze rzeźby aniołów i pelikan nad tabernakulum.  Jak z wycieczką byłem w kościele ostatnim razem dopytywali się mnie wycieczkowicze dlaczego tutaj jest pelikan i to w tak ważnym miejscu na ołtarzu. Że symboliczne znaczenie pelikana na ogół jest nieznane, opowiedzmy sobie zatem o nim.

Pelikan był zawsze w ikonografii chrześcijańskiej symbolem miłosierdzia, >caritas<. Wedle legendy, znanej już z  II wieku, . pelikany wyróżniają się wielką miłością do swych piskląt. Gdy jednak młode dorastają i zdarzy się, iż uderzą skrzydłem rodziców, wtedy rodzice mogą uderzenie odwzajemnić, a przy tym uderzeniem swoich dużych skrzydeł zabić maleństwa. "Rodzice żałują tego, co uczynili, i na trzeci dzień matka (według innych przekazów - ojciec) otwiera swój bok, a krew spływa na martwe ich ciała i przywraca im życie. Podobnie Bóg odrzucił ludzi po ich upadku i wydał ich śmierci. Potem jednak ulitował się nad nimi jak matka, umarł za nich na krzyżu i swoją krwią obudził ich do życia wiecznego. (...) W średniowiecznych utworach poetyckich podaje się jeszcze inną wersję tej legendy. Nie mówi się już o śmierci młodych pelikanów, opowiada się natomiast, że stare pelikany tak długo karmią swe pisklęta własną krwią, aż wycieńczone same umierają - symbol Chrystusa, który ofiarował za nas swe życie" [Dorothea Forstner OSB: "Świat symboliki chrześcijańskiej". 1990].

Patronem kościoła jest św. Izydor Oracz. Przedstawiający go obraz znajduje się w prawym ołtarzu bocznym, malował go Rafał Hniedziewicz ok. roku 1867. Święty ten, pochodzący z Hiszpanii,prawie całe życie pracował jako robotnik rolny, w pracy miał wizje i mówiono, iż pomagali mu w niej aniołowie. Zastanawiające, że w miejscowości, której nazwa daje miano pobliskiej puszczy, patronem świątyni zostaje patron rolników. Jak widać w pojęciu naszych przodków, w każdym razie na pewno tych, którzy są z Kampinosem związani, nie puszcza była ważna, a uprawa roli. Co zrozumiałe, położone na Równinie Łowicko- Błońskiej gleby okolicy Kampinosu są jakby stworzone dla rolnictwa. Puszcza była skazana na wyrąbanie. Człowiek wdzierał się w głąb puszczy, osuszał bagna, zajmował wyniesienia pośród mokradeł, sadził na nich ziemniaki i owies, próbował gospodarować. Gdyby nie bezużyteczne dla rolników wydmy, w ogóle nie byłoby lasu w okolicy kampinoskiej.

W lewym ołtarzu jest pochodzący z 2 poł. XVIII wieku obraz Matki Boskiej, Pani i Królowej Ziemi Kampinoskiej. Jest miejscową relikwią. Parafianie są bardzo doń przywiązani. Jest im potrzebny. Zaświadczają o tym liczne wota, umieszczone poniżej. Jako zasłony używany jest obraz św.Zofii z jej trzema córkami: Wiarą, Nadzieją i Miłością. I o tej świętej jest legenda, bardzo piękna zresztą.

Na tyłach kościoła jest cmentarz, a na nim powstańcze mogiły z 1863 r. (w części południowo-wschodniej), groby żołnierzy polskich z 1939 r. (przy alei głównej) oraz 343 osób cywilnych poległych w czasie tych walk. Jest też grób inż. Stanisława Richtera (1891–1978), nadleśniczego kampinoskiego, zaangażowanego w ochronę przyrody leśnika, który pracę w Puszczy Kampinoskiej podjął w 1927 roku. We wrześniu 1939 roku, dzięki jego staraniom zebrano w jedno miejsce poległych w walkach pod Górkami i Demboskiem polskich żołnierzy i założono cmentarz wojenny w Granicy. Inż. Richter działał potem aktywnie w konspiracyjnej Armii Krajowej. Chociaż trudno w to uwierzyć,  właśnie jemu udało się w roku 1940 nakłonić władze hitlerowskie do ochrony wyjątkowo dorodnego drzewostanu. W ten sposób powstał rezerwat "Nart", ogromna dzisiaj przyrodnicza atrakcja Kampinoskiego Parku Narodowego! Naprzeciw kościoła, po drugiej stronie ulicy, rosną dwa zabytkowe dęby. Są pięknymi drzewami. Jeden nosi imię prymasa Wyszyńskiego, drugi kompozytora, który urodził się w pobliskiej Żelazowej Woli. Bezszypułkowy „Fryderyk” jest wyższy (28,5 m), za to szypułkowy „Stefan” tęższy, ma 475 cm obwodu w pierśnicy i szczególnie piękny pokrój korony. 
Turyści przed dębem "Stefan" w Kampinosie.

Zadbana jest wieś Kampinos Ledwo się wyjdzie z autobusu, już widać tablice informujące o znajdującym się w sąsiedztwie wsi Kampinoskim Parku Narodowym, o przyrodzie gminy kampinoskiej, wszystko bogato ilustrowane. Na tablicach informacyjnych obok kościoła  jest omówiona świątynia i wydarzenia historyczne z okolic wsi. Początek Kampinosu jako osady miał miejsce gdzieś około kościoła, może tam, gdzie wznosi się dzisiaj dwór, tam zapewne było źródło pitnej wody, zwane kapinosem, ono zapewne było powodem, dla którego koło niego postawiono budynki, które dały początek osadzie i jej nazwie, a potem i całej puszczy. Dzisiaj wznosi się tam dwór klasycystyczny, jak i pozostałości parku wokół niego, datowany jest na początek wieku XIX wieku
Kampinoski dwór. Oglądać go można tylko zza płotu.

W czasie powstania styczniowego 1863 roku mieściła się w dworze siedziba sztabu Zygmunta Padlewskiego i Mieczysława Romanowskiego, którzy przybyli z Warszawy, aby organizować powstańcze oddziały. Na ścianie jest tablica, wmurowana przez Oddział PTTK w Sochaczewie w 70. rocznicę powstania „pamięci tych, co w boju za Polskę ginęli, pamięci tych, co wśród cierpień i niedoli sztandarom wierni pozostali”. W czasie II wojny światowej w dworze działała placówka graniczna żandarmerii hitlerowskiej; wzdłuż kanału Łasica przebiegała wówczas granica pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem, a terenami włączonymi do Rzeszy Niemieckiej. Mieszkańcy wsi musieli nosić specjalne opaski. W parku dworskim rozstrzelano wielu Polaków.

Od lat pięćdziesiątych XX w. wieś była ważnym ośrodkiem turystycznym: w dworze istniało schronisko PTTK, organizowano kuligi i jazdy konne, później można było zanocować również w hoteliku i sezonowym schronisku szkolnym. W III Rzeczpospolitej PTTK pozbyło się swego obiektu, gmina sprzedała dwór w prywatne ręce, a obecny właściciel nie jest chętny turystom.

W roku chyba 1961 po raz pierwszy wędrowałem obok długą trasą z Czerwińska (z przeprawą przez Wisłę łodzią, był wtedy przewoźnik w Czerwińsku, takie to czasy były) do Kampinosu. Z całej trasy pamiętam tylko mgłę wieczorną, a to była jesień i mgła była taka październikowa. Pierwszy raz miałem kontakt z taką mgłą na nizinach. Przez te mgłę zobaczyłem posuwające się do przodu końskie uszy i za tymi uszami jechał na mgle tułów faceta bez nóg, z batem w ręku. To, co poniżej, tonęło w mgle. Do Kampinosu doszedłem późno, trzeba było zanocować w schronisku, autobusu już nie było. Wtedy nie było szosy do Leszna i do Żelazowej Woli, autobusy jeździły kocimi łbami do Szymanowa, tam się trzeba było przesiadać na pociąg do Warszawy. Dla jej mieszkańców wyjazd do Kampinosu był w tamtych czasach ogromną wyprawą. Potem wiele razy odwiedzałem gospodarujących tam państwa Pudłowskich. Ją nazywało się „mamą”. Lubiła to. 

Okolice Kampinosu 

W okolicach wsi Kampinos jest wiele miejsc, przyciągających uwagę turystów. W jednej wycieczce nie da się tego wszystkiego obejrzeć. Ale chociaż schroniska już nie ma w dworze, na szczęście są pośrodku wioski wygodne kwatery agroturystyczne. Miejskim autobusem z centrum Warszawy też dojechać można, ale z dwoma przesiadkami, a więc jedzie się długo, coś około dwóch godzin, prawie tyle co pendolinem do Krakowa. Wieś Kampinos wciąż jest daleko, chociaż to tylko 40 km z centrum Stolicy, ale bez własnego samochodu wyprawa tutaj zdaje się być niemal egzotyczną.

Żyzne pola na skarpie i podmokle łąki w sąsiedztwie. Pejzaż listopadowy (0,5 km od Kampinosu). 
Malownicze torfianki koło pozostałości wsi Narty (3 km od Kampinosu).

Takie obejścia stały niegdyś w Kampinosie. To jest w skansenie koło Granicy (3,5 km od Kampinosu).
Pomost widokowy wśród bagien  na Olszowieckich Błotach (3,5 km od Kampinosu).
Dąb Powstańców 1863 r. pod Bielinami (10 km od wsi Kampinos).
Cmentarz wojenny z 1939 r. (4,5 km od Kampinosu).
Trzystuletnie graby w Nartach (6 km od Kampinosu).
Chata Kampinoska w Granicy, siedziba regionalnego towarzystwa z Kampinosu (4 km od wsi).

środa, 9 listopada 2016


Wilki mazowieckie 

Wspaniałą mamy przyrodę wokół Warszawy. Jednym z dowodów na to jest fakt, iż niezbyt daleko od stolicy naszego państwa żyją wilki w lasach mazowieckich. Byle jakich lasów wilki nie wybierają na swoje mieszkanie. Należą do tych  gatunków zwierząt, których obecność wzmacnia  emocjonalną wartość lasu, do którego wchodzimy. W wiekach średnich zwierzęta te nazywano animalia superiora. Kiedyś były to przede wszystkim tur i żubr, niedźwiedź również. Polowania na nie były przez całe wieki zastrzeżone dla władców, ich siedliska wyłączano  spod powszechnej dostępności jako łowiska książęce. Od dawna już nie ma tych wspaniałych zwierząt w mazowieckich lasach. Są łosie,  jest ich bardzo dużo, widuje się je wcale często, łosie żyją nie tylko w Puszczy Kampinoskiej, skąd zachodzą na peryferie miasta, łosia można zobaczyć na żywo i wcale często. 
    Wilki niechętnie dają się oglądać, musi nam wystarczyć wiadomość, że są gdzieś, tuż tuż, obok nas. Bo tak jest bardzo często, że chociaż my ich nie widzimy, one nas obserwują uważnie, zza krzewów, spośród wysokich traw, gdzie czają się i patrzą, czasem tylko czują, bo węch mają i owszem, nadzwyczajny. Trudno się dziwić, że unikają z nami spotkania. Daliśmy się solidnie we znaki naszym młodszym braciom. Człowiek, homo sapiens, to nie jest łagodne zwierzę, to drapieżca, jakich poza nim na świecie się nie uświadczy…
  
Trop wilka jest niemal identyczny jak psa,
różnica jest w sekwencji kroków
Ostatnimi laty pojawiło się na Mazowszu kilka wilczych watah; jedna żyje w kurpiowskiej Puszczy Zielonej, druga w Puszczy Białej, trzecia zadomowiła się w Puszczy Kampinoskiej, podobno są już także wilki w Puszczy Bolimowskiej. Niełatwo być wilkiem. Drapieżniki nie mają w Polsce łatwego życia. Wilki są gatunkiem zagrożonymi przez człowieka, który – mimo doraźnych gestów – wydał im walkę. 


Wilki mają wyjątkowo złą prasę. Od wieków!  Dlaczego? Czy nie dlatego, że wilk jest zwierzęciem inteligentnym, wytrzymałym na trudy, bystrym i o wspaniałych zmysłach? Bolesław Świętorzecki, autor pierwszej monografii wilka, wydanej w Polsce w roku 1926 stwierdzał, że wilk nadaje lasowi osobliwego uroku, a w oczach ludu nawet niebezpieczeństwa. Toteż, gdy legnie ostatni z tych drapieżników – pisał Świętorzecki - do reszty stracą nasze lasy aureolę byłych puszcz.
      Już ustawa króla Zygmunta I Starego, wydana 27 lutego 1538 roku, tycząca ochrony lasów i łowiectwa, wprowadzająca szereg ograniczeń w polowaniach, celem ochrony zwierzyny łownej i dla zapewnienia właściwego jej stanu w lasach Rzeczpospolitej, jeden wyjątek jednocześnie wprowadzała. Tyczył on wilka. Chłop każdy mógł zabić wilka na swoich polach, nawet bez powiadamiania o tym leśniczego królewskiego. A chłop żywemu nie przepuści, jak wiadomo. Lęk przed wilkiem jest zakorzeniony w nas bardzo głęboko. Jak ktoś kiedyś napisał, jest to niejako dziedzictwo i specyficzna cecha Słowiańszczyzny. Wystarczy przejść się przez polskie galerie dziewiętnastowiecznego malarstwa. Prawie każdy z artystów za swój obowiązek uznawał konieczność namalowania obrazu ataku wilczej zgrai na sanie, pędzące przez śnieżna, zimową noc. Oszalały galop koni. Płaty śniegu spod kopyt. Strwożone oczy woźnicy i zaciekłość pasażera, celującego z dwururki w rozwarte paszcze. Józef Brandt, Józef Chełmoński, Alfred Kowalski-Wierusz takie sceny malowali.

Dwa warianty obrazu Alfreda Wierusza Kowalskiego, który swoimi dziełami stworzył wciąż trwającą w narodzie legendę krwiożerczego wilka.
     O złym wilku można nieskończenie.  Strachem przed nim karmimy nasze dzieci. Wilk jest dziki, wilk jest zły, wilk ma bardzo ostre kły. Tym strachem karmimy swoje dzieci. Wilk chciał zjeść Czerwonego Kapturka. Gdyby nie był na obrazku, zaraz by cię zjadł, głuptasku, opowiada dzieciom wierszyk Jan Brzechwy.  Reprodukcję obrazu Piotra Stachowicza, przedstawiającego Matkę Boską ze świecą w ręku i odpędzającą od domostwa zgłodniałe wilki, wierni umieszczali na gromnicach, święconych tego dnia w kościele. Jest wilk symbolem zła i grzechu.  „Bracie wilku, wyrządzasz wiele szkód w tej okolicy, i popełniłeś moc złego, niszcząc i zabijając wiele stworzeń bez pozwolenia Boga” - mówi do wilka w Gubbio św.Franciszek.
Św.Franciszek z wilkiem z Gubbio, rzeźba z Kłodzka

     Bardzo lubimy stawiać cenzurki, przypisywać różne cechy tak ludziom, jak i zwierzętom, którym chętnie przypisujemy ludzkie cechy. Więc lwy są szlachetne. Orły dumne i czujne, wilki bezwzględne, krwawe i dzikie. Wszystkie trzy gatunki żywią się mięsem innych zwierząt, lecz spośród nich tylko wilk jest dla nas, Europejczyków, symbolem zwierzęcia o wrednym charakterze. Orły zawędrowały na nasze sztandary. Drapieżniki kształtowały inteligencję człowieka pierwotnego. Lęk przed nimi został nam zakodowany. Słowianie jednak inaczej patrzą na lwa, niż Afrykanie. Nam lew nie zagraża, możemy go łaskawie obdarzyć koroną. Wilk w koronie? Wolne żarty, dobre sobie. Gdy człowiek począł uprawiać ziemię, wszystkie dzikie zwierzęta zostały jego wrogami.       
Sam wielki Wojciech Kossak legendę także współtworzył. Stereotypowo.
  

Jerzy Kossak też sobie nie żałował. Z pięknego konia pan leśniczy zabija złego wilka.
     Wilk nigdy naprawdę nie był groźny dla człowieka, jednak zawsze zagrażał hodowanej przez ludzi trzodzie i bydłu. Był zawsze naszym konkurentem i to niezwykle uzdolnionym. Tak i dzisiaj do walki z wilkami nawołują ci, którzy jego konkurencją są najbardziej zagrożeni – myśliwi. Jelenie dla wilka? Wara mu. Tylko my mamy prawo je ubijać. Tradycja polowań na wilki jest bardzo stara. Za czasów Karola Wielkiego powołano do życia organizację „wilczarzy”, luparii, czyli tropicieli gatunku.  Dziś efekt jest taki, że we Francji działa nadal związek „wilczarzy”, natomiast nie ma wilków. 
    To prawda, wilk atakuje zwierzynę łowną, ale taką rolę wyznaczyła mu natura. Kapusty wilk nie jada. Jest mięsożernym zwierzęciem. Ponad wszelką wątpliwość stwierdzono, ze wilk wybiera na łup jednostki upośledzone, najsłabsze, chore. Polując na sarny w imieniu przyrody spełnia zadanie selekcjonera. W średniowiecznych źródłach pisanych brak śladów zorganizowanej walki z wilkami. We Francji tak było, na ziemiach polskich – nie. Źródła te, przebadane przez historyków, nie informują też o jakichkolwiek obowiązkach wsi mających chronić przed wilkami książęce, królewskie czy ziemiańskie stada bydła. Nie słychać skarg, donoszących o agresji tych drapieżników, ani ze strony mieszkańców wsi i miasteczek, ani kupców lub podróżników, przemierzających nasze polskie drogi. Kronikarze sporadycznie tylko sygnalizowali o wilczych watahach.
     Wilki instynktownie obawiają się ludzi. Atakując sanie z podróżnymi, rzucały się nie na ludzi, lecz wyłącznie na konie, zmuszone do tego głodem, z braku dzikiej zwierzyny w ich ostojach, zwierzyny wybitej zresztą przez myśliwych. Od lat trzeźwo myślący przyrodnicy próbują uzmysłowić komu trzeba, że obecność drapieżników w ekosystemach jest niezbędna. Że gdyby wilków w Polsce było wielokrotnie więcej, wtedy także nie zagrażałyby zwierzynie leśnej, lecz przeciwnie, przyczyniłoby się to do polepszenia stanu zdrowotnego tej zwierzyny.
Wilcza rodzina, czyli wataha bez złego kontekstu

     Wilk ma silnie rozwinięty instynkt rodzinny. Przez lornetkę obserwowałem kiedyś w górach wilczą rodzinę, wiatr miałem korzystny, odległość była bezpieczna, na wilcze zabawy patrzeć  mogłem spokojnie przez dobrych kilka minut. To był wspaniały obraz, tak wielkiej porcji rodzinnej miłości nieczęsto można oglądać. Dotychczasowe obserwacje wilka dowodzą, że właśnie wilki ze swoją społeczną organizacją życia są najbardziej predestynowane do ewentualnego opiekowania się dziećmi. Wychowywany przez wilki Mowgli, bohater „Księgi dżungli” Kiplinga nie jest tworem wyobraźni  angielskiego pisarza. Wypadki wychowywania ludzkich dzieci przez wilki w Indiach miały miejsce, Kiplingowi były zapewne znane. Romulusa i Remusa, założycieli Rzymu, wykarmiła i wychowała wilczyca, jest dzisiaj w herbie Wiecznego Miasta.

     Wilki żyją rodzinami, składającymi się z rodziców i młodych. Potomstwem opiekuje się matka, ojciec spełnia rolę zaopatrzeniowca, zapewniając wyżywienie. Do czasu usamodzielnienia się młodych rodzina przebywa stale razem. Obwód łowiecki jednej rodziny jest nieprawdopodobnie rozległy, mazowiecka Puszcza Kampinoska może się okazać zbyt małą. Wielkie stada wilcze istnieją tylko w powieściach. Niebezpieczeństwo spotkania człowieka z wilkami jest wyolbrzymiane.
Jeszcze raz Wierusz Kowalski, polubił wilka artysta

     W jednym ze znanych mi nadleśnictw w sąsiedztwie Mazowsza, leśnicy wiedzą, że mają u siebie wilki, wciąż widzą ich tropy, spotykają ślady posiłków, samych zwierząt od miesięcy nie zdołali zobaczyć. Autor tej opowieści raz jeden wszedł na wilcze gniazdo, wadera z młodymi już je opuściła. Na moje szczęście, broniąca młodych matka mogła być w tej obronie zdeterminowana. Owo gniazdo znajdowało się w terenie absolutnie niedostępnym na biebrzańskim Czerwonym Bagnie, ja trafiłem tam przypadkiem, równie dobrze mogłem je minąć obok, niczego nie widząc. 
      Badania, jakie przeprowadzili Durward, Allen i Mech na wyspie Isle Royale na Jeziorze Wielkim w Ameryce Północnej, świadczą wymowne o korzyściach płynących z wilczej obecności. Na tej wyspie, będącej rezerwatem ścisłym, zamieszkują przeważnie łosie, które rozmnożyły się tam nadmiernie i na skutek tego populacja uległa zwyrodnieniu. Któregoś roku po lodzie przeszły na wyspę wilki, dla których łosie stały się głównym obiektem polowań. W ciągu następnych kilkunastu lat, dzięki obecności wilków, wytworzył się na wyspie stan równowagi. Z trzech tysięcy  łosi zostało tylko nieco ponad pięćset, za to doskonale zbudowanych i zdrowych. Liczebność wilków zaś wcale się nie powiększyła i wilcza zgraja wciąż składała się z kilkunastu sztuk, równie dorodnych jak łosie. Przypuszczać należy, że wilki same regulowały swoją liczebność, wypędzając słabsze sztuki lub je zagryzając.
      Jesienią w księżycowe noce słychać niekiedy, jak wyją młode wilczki. W Kanadzie organizowane są nawet „noce wycia wilków”, na które zjeżdżają się do Algonquin Parku w prowincji Ontario nie tylko krajowi, ale i zagraniczni turyści, liczeni nie w setki, lecz w tysiące osób. W imprezie tej miejscowi przyrodnicy naśladując glosy wilcze, nawiązują z wilkami swego rodzaju „rozmowy”. Słyszałem to wilcze wycie kilka razy w Bieszczadach i na Bagnach Biebrzańskich. Nie „rozmawiałem” ze słyszanymi wilkami, u nas – o ile wiem - tylko jeden Adam Wajrak wył do wilków, spotkanych przez niego pośród Puszczy Białowieskiej. Podobno wilki stanęły z wrażenia, jak wryte, a potem ile sił w nogach czmychnęły przed nim w puszczańskie ostępy.
Ponieśli wilka. Moment o którym marzy każdy myśliwy. A ja niekoniecznie, a nawet wcale.

     Przez wieki uczyliśmy się nienawiści do wilka. Czy uda się tę nienawiść usunąć z umysłów człowieka? A jeśli się uda, czy nie nastąpi to dopiero wtedy, gdy „ostatniego poniosą już wilka” ? „Nie taki wilk strasznym jak go malują” mówi stare przysłowie. Obecność wilków dla zdrowotności zwierzyny leśnej jest wręcz niezbędna, dla człowieka praktycznie niegroźna. Jakże jednak wzbogaca ta obecność nasz stosunek do przyrody. Jakże cenna jest świadomość, iż gdzieś tu, obok nas, niemal o krok od przebywanego przez nas szlaku, żyją swobodnie te wspaniałe drapieżniki. To uczucie można przeżyć również wcale nie tak daleko od Warszawy. Niedawno niemal wszedłem na świeże odchody wilka, zobaczyłem je o krok od znakowanego szlaku w Kampinoskim Parku Narodowym, w miejscu oddalonym o 25 kilometrów od warszawskiego pałacu kultury.
Jedyny wilk, jakiego udało mi się samemu sfotografować, przytrafił mi się na Czerwonym Bagnie
.................................

© Powyższy tekst jest fragmentem rozdziału z mojej kolejnej książki o Mazowszu, która jesienią przyszłego roku ukaże się w wydawnictwie >Iskry<.

czwartek, 27 października 2016


Podróże 
po Mazowszu 

Wydawnictwo “Iskry” wydało moją kolejną książkę o ziemi  mazowieckiej. Jest to trzeci tytuł, jaki w swojej trylogii o Mazowszu poświęcam temu polskiemu regionowi. Przedtem była "Wardęga" i "Klangor i fanfary", ta książka nosi tytuł “Podróże po Mazowszu”.
We wstępie do tej książki napisałem: od ponad pół wieku wędruję przez tę nizinę nad Wisłą i Narwią, nad Bugiem i Pilicą, jak się zdarzy wędruję: polną drogą, leśnym duktem, wiejską steczką, miejskim traktem. I to jest  kolejna moja książka  o Mazowszu i moim wędrowaniu przez ten  skrawek ziemi pośrodku Polski. To ziemia prawdziwie magiczna. Nie wszyscy o tym wiedzą, a ci co nie, nie wiedzą ile tracą.  Pytają mnie często ludzie dlaczego akurat Mazowszem się najbardziej interesuję, piszę o nim, popularyzuję. No cóż... Często zachwycamy się takimi ślicznymi kundelkami, a nie rasowymi bydlakami. Trochę kundelka w tym Mazowszu jest. Ale to fascynujący kundelek. A im dalej w las, tym więcej drzew. Mazowsze to ziemia przedziwna. Niezwykła historia, zadziwiająco bogata  przyroda, intrygujące zabytki, zajmujący ludzie. Sławili tę ziemię wielcy poeci i dobre pędzle ją  malowały.

wtorek, 18 października 2016

Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza: 
dolina Rawki w Puszczy Bolimowskiej




Puszcza Bolimowska
     Wciąż i wciąż do tej puszczy powracam.  Jakże nie wracać? Jak nie fotografować. Wiosennych łąk. Jesiennych barw. Dostojnego lasu. Puszcza Bolimowska ocalała dlatego, że rośnie na obszarach nieprzydatnych dla rolnictwa. Zajmuje teren płaski, bez znaczniejszych wzniesień, o przeciętnej wysokości 105 m npm. Teren o dużej wilgotności jest poprzecinany licznymi strugami i rzeczkami, spływającymi z wyżej położonych terenów wysoczyzny, sięgających 180 m npm.
    Puszcza Bolimowska rozciąga się po dwóch stronach rzeki Rawki, pomiędzy Nieborowem, Skierniewicami, Radziwiłłowem i Bolimowem, zajmując powierzchnię ok. 10 tysięcy ha. składa się z czterech części, a każda z nich związana jest z inną własnością. Na wschód od Rawki rozciąga się dawna Puszcza Bolimowska, najdłużej będąca własnością wpierw książąt mazowieckich, potem będąca królewszczyzną. Na zachodnim brzegu Rawki sytuacja jest bardziej skomplikowana. Północna część stosunkowo wcześnie została własnością majątku w Nieborowie i w stosunku do niej do dzisiaj używa się niekiedy nazwy Lasy Nieborowskie. Był czas, gdy tak Lasy Nieborowskie, jak i historyczna Puszcza Bolimowska, znalazły się w rękach nieborowskich Radziwiłłów. Część południowa do upadku Rzeczpospolitej związana była ze skierniewickim majątkiem prymasów Polskich. Po II wojnie światowej całość wchodzi w skład Lasów Państwowych i jest administrowana przez nadleśnictwa Skierniewice i Radziwiłłów. Z małym wyjątkiem: lasy na pd. od Bolimowa w okolicach Ziemiar są własnością bolimowskiej wspólnoty leśnej, która ma swoją służbę leśną. Nazwa Puszczy Bolimowskiej pochodzi od nazwy miejscowości Bolimów, a tej od imienia Bolim, czyli  Bolesław.
     Lasy, z pozoru jednolite i nieciekawe, tworzą mozaikę różnorodnych drzewostanów sosnowych z niewielkimi domieszkami brzozy, czasem osiki; pojedynczo występują w nich dąb, grab, lipa i klon, rzadko jesion. Sośniny te pokrywają duże powierzchnie o ubogich glebach, często porolnych. Żyźniejsze miejsca porastają fragmenty świetlistych grądów lub resztki starych, ponad 150-letnich dąbrów, będących wspomnieniem dawnej świetności. W podmokłych zagłębieniach teren, wzdłuż cieków wodnych, wokół oczek i starorzeczy wykształciły się olsy.
     Pod okapem drzewostanów - w podszycie i runie, w nadrzecznych zaroślach i szuwarach, na śródleśnych polanach, bagniskach i wyrobiskach torfowych, na podmokłych łąkach i pastwiskach kryje się olbrzymie bogactwo i różnorodność flory puszczańskiej.  Znaleźć tam można m.in. ponad 40 gatunków objętych ochroną i ponad 100 uznanych za zagrożone i ginące.  Od roku 1988 cała puszcza  znajduje się w granicach Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. Jest lasem gospodarczym, a więc takim, w którym hoduje się drzewa po to, aby pozyskać z nich drewno. Rezerwaty są niewielkie, najważniejszym z nich jest rzeka Rawka.

Rawka, rzeka niezwykła




       Rzeka Rawka jest niezwykłym zjawiskiem w pejzażu środkowej Polski. Ma charakter naturalnej rzeki o zakrzewionych i zadrzewionych brzegach, w wielu miejscach z przylegającymi do niej lasami. Naturalność rzeki jest podkreślona przez meandry, zmienną głębokość, podmywane strome brzegi, wyspy i łachy, starorzecza. Meandrujące koryto w dużej mierze decyduje o dużych zdolnościach samooczyszczania się wody. Od 24 XI 1983 r. rzeka jest chroniona jako rezerwat przyrody "Rawka"; ochroną objęto ok. 97 km długości rzeki od źródeł koło Koluszek po ujście do Bzury, w granicach rezerwatu znajduje się koryto rzeki i po 10 m brzegów z każdej strony. W kilku miejscach do rezerwatu włączono także starorzecza, podmokłe łąki, torfowiska, także i dolne odcinki niektórych dopływów: Rokity, Korabiewki, Grabinki. Łącznie chronionych jest 487 ha, w tym 134 ha wód. Dozwolone jest rekreacyjne i turystyczne korzystanie z rzeki i jej brzegów.
           Za najładniejszy uchodzi fragment doliny Rawki powyżej Bolimowa, gdzie rzeka płynie w bezpośrednim sąsiedztwie Puszczy Bolimowskiej. Meandrująca rzeka pośród łąk i zarośli, starorzecze, typowa roślinność wodna, na horyzoncie obramowujące dolinę lasy, to wszystko składa się na ten pejzaż, w którym uroda przyrody wyjątkowo silnie dochodzi do głosu. Podkreślić należy wyjątkową naturalność Rawki, uwypukloną przez liczne meandry i starorzecza.
        Rawka jest rezerwatem bardzo cennym przyrodniczo. Występuje w rezerwacie ponad 350 gatunków roślin naczyniowych, 360 gatunków glonów, w tym gatunki charakterystyczne dla wód czystych. Dno rzeki jest w wielu miejscach porośnięte przez płaty rdestnic; tego typu zespoły roślinne są znane z Krutyni i Czarnej Hańczy, rzek uchodzących w Polsce za najładniejsze. O czystości wód Rawki świadczy również występowanie w rzece raków oraz dwóch szczególnie gatunków ryb, uznawanych za najcenniejsze spośród 26 gatunków ryb, zasiedlających rzekę; są to głowacz białopłetwy i strzelba potokowa, a prócz nich minog strumieniowy oraz  pstrąg potokowy. Żyją w wodach rzeki bóbr, wydra, piżmak i rzęsorek rzeczek, bytują w nim i jego otoczeniu łosie i dziki, w rezerwacie i otoczeniu wyprowadzają lęgi i ma swoje żerowiska ok.100 gatunków ptaków, np. bocian czarny, żuraw popielaty, derkacz, bąk, błotniak stawowy, samotnik, bekas kszyk, kropiatka, wodnik, zimorodek i podróżniczek.

          Rawka jest emocjonującym szlakiem kajakowym. Nie jest rzeką trudną, płynie albowiem łagodnie i nurt ma dość spokojny. Jest jednak szlakiem bardzo uciążliwym.  Rzeka o szerokości zaledwie kilkumetrowej nieustannie zmienia kierunek, a meander goni tam za meandrem, zaś główny nurt jest mocno kapryśny. Największy kłopot jest ze zwalonymi drzewami, przegradzającymi koryto. Czasem daje się je ominąć slalomem, niekiedy można się przecisnąć pod przegradzającym koryto pniem, z kajaka nie wysiadając i tylko schylając mocno głowę, czasem jednak trzeba wysiąść z łódki, aby okrakiem siadając na pniu, przepchnąć pod nim sam kajak. Bywa jednak i tak, że kajak trzeba przeciągnąć nad drzewem, szurając jego kilem po pniu. Największym kłopotem są głęboczki, tworzące się pod takimi przeszkodami. Tak więc kąpieli niemal zupełnie uniknąć nie sposób. 

Krwawa wojna nad Rawką



      Brzegi doliny Rawki zryte są okopami. To ślady I wojny światowej.   Niewiele jest na Mazowszu miejsc, w których w pięknych okolicznościach przyrody rozgrywał się tak wielki dramat, jak nad Rawką w Puszczy Bolimowskiej. W czasie I wojny światowej,  przez siedem miesięcy na przełomie lat 1914 i 1915 dolina Rawki rozdzielała dwie walczące ze sobą armie. Po stronie zachodniej okopali się Niemcy, Rosjanie po wschodniej.  Bardzo długo Niemcy nie potrafili przełamać obronnej linii Rosjan. Z pomocą armii niemieckiej pospieszył prof. Fritz Haber, który jesienią 1914 roku złożył niemieckiemu sztabowi generalnemu propozycję użycia nowej broni, potrafiącej przełamać umocnione pozycje i która przyniesie zwycięstwo w wojnie pozycyjnej. Pomysł profesora po raz pierwszy wykorzystany został 22 kwietnia 1915 roku pod Ypres w zachodniej Belgii, gdzie Niemcy dokonali ataku gazowego pomocą chloru na froncie długości 6 km. Straty Aliantów wyniosły tam 12000 ludzi, z czego od gazu zmarło 350 osób.
Dawna butla z gazem,dziś gong ppoż
Atak gazowy nad Rawką koło Bolimowa był drugim w historii.  12 tysięcy butli (na zdjęciu po lewej taka butla, jako gong pożarowy w Bolimowie) z 264 tonami chloru ustawiono na przedpiersiach okopów, zwracając je zaworami w stronę przeciwnika, oddalonego o 80-600 kroków. Długo czekano na sprzyjający wiatr. Atak zaczął się nocą, jeszcze przed świtem 31 maja 1915 roku. Sunąca z wiatrem żółto - zielona chmura o wysokości ok. 6 metrów szybko dotarła na pozycje rosyjskie. Zupełnie zaskoczeni Rosjanie nie wyposażeni w maski przeciwgazowe, chowali się do okopów, tam stężenie gazu było największe. Części metalowe w karabinach zardzewiały.  Wszystko co żyło, a co trafiało w zasięg działania gazu, natychmiast ginęło.  Ziemia pokryła się czerwono - burą powłoką, żyto więdło, wydawało się jak spalone. Liście na drzewach skręcały się jakby pod wpływem silnego żaru i usychały. Ptaki siedzące na drzewach padały martwe. Ludzie umierali w męczarniach. Podobno zginęło wtedy 11 tysięcy. Inne źródła podają, że było ich 9100. Rosyjskie publikacje twierdzą, iż życie straciło 1500-2100 żołnierzy. Wyraźny odór czuć było w odległości 30 kilometrów. Wśród zagazowanych była także ludność cywilna. Nie wiemy dokładnie ilu rosyjskich żołnierzy poległo w tym dniu w rejonie Bolimowa. Liczba zagazowanych osiągnęła podobno 11 tysięcy. Inne źródła podają, że było ich 9100. Rosyjskie publikacje twierdzą, iż życie straciło 1500-2100 żołnierzy. Także ludność cywilna.  Wyraźny odór czuć było w odległości 30 kilometrów.
        Nad Rawką wiodą dzisiaj szlaki turystyczne. Wędrujemy nimi i podziwiamy piękno przyrody.  Czy jesteśmy w stanie uświadomić sobie, że tutaj właśnie, nad Rawką, rozgrywał się jeden z najbardziej krwawych epizodów I wojny światowej i jeden z najbardziej dramatycznych, jakie miały miejsce na ziemiach polskich w całej ich historii.


Ze szlakami turystycznymi różnie bywa. Dolina Rawki w Puszczy Bolimowskiej jest niezaprzeczenie najbardziej interesującym fragmentem krajobrazu zachodniego Mazowsza. Pod względem turystycznym najbardziej interesującą jej częścią jest odcinek pomiędzy wioskami Budy Grabskie, a Joachimów Mogiły. Słusznie poprowadzono tamtędy znakowane szlaki turystyczne, ukazujące urodę tej okolicy, ułatwiające orientację w wędrówce.  Najbardziej efektownym jest szlak zielony, wiem, co piszę, sam go zaprojektowałem przed laty, a później jako "wycieczkęCzerwone serce z sercem" opisywałem w przewodniku "Bolimowski Park Krajobrazowy", w roku 2011 wydanym przez Oficynę Wydawniczą >Rewasz<.
Tam o każdej porze roku jest pięknie. Najbardziej lubię wiosnę. Jesienią też zachodzę. Ostatnio byłem tam w połowie września 2016 roku. Zobaczyłem zniszczone szlaki. Na znacznym odcinku zostały zrąbane drzewa z namalowanymi znakami trzech szlaków: dwóch szlaków dla turystyki pieszej (niebieskiego i zielonego) oraz jednego dla turystyki rowerowej (niebieskiego). Szczególnie dotkliwe zniszczenia tyczą rozwidlenia szlaków w oddziale 137 ndl.Radziwiłłów. Rozstaje te znalazły się na terenie zrębu zupełnego. Po sąsiedzku wycięto też drzewa ze znakami przy budowie leśnej drogi gospodarczej, prowadzącej od Grabia ku pn.wsch. Szlaki w tej okolicy praktycznie nie istnieją. 
Do tej pory spotykałem się ze zniszczeniami szlaków, dokonywanymi przez wandali, szlaki zniszczone przez leśników są ewenementem! Jest zrozumiałe, że zręby w w lesie być muszą, w lesie musi być prowadzona normalna gospodarka leśna, ale żeby przy sposobności niszczyć służące ludziom szlaki turystyczne? Smutne i bolesne. Powiadomiłem o tym nadleśnictwo Radziwiłłów, na którego terenie to się zdarzyło. Napisałem do nadzorującej to nadleśnictwo okręgowej dyrekcji lasów państwowych w Łodzi. Poinformowałem dyrekcję  Bolimowskiego Parku Krajobrazowego oraz zarząd główny PTTK. Co z tej interwencji wyniknie? Zobaczymy.

Teraz się buduje takie drogi do wywózki drewna z lasu. Przy okazji wycinając drzewa ze znakami.
Kolorowymi strzałkami oznaczyłem trasy szlaków. Drzewa ze znakami nie ocalały. Wrzesień 2016 r.  

...................................

Post scriptum. W sierpniu byłem nad Radomką w Puszczy Stromieckiej. Opisałem ją w tym blogu. Popularnością Radomka Rawce ustępuje zdecydowanie, urodą wydaje się przewyższać. Ale może się mylę. Byłbym ciekaw opinii czytelników tego blogu.
Wystąpił błąd w tym gadżecie.