O mnie

Na krajoznawczej wyprawie w Otwocku Wielkim. Fot. M. Szwacka

Uważam się za krajoznawcę, nie tylko turystę. Pytają mnie niekiedy młodzi ludzie  czy krajoznawstwo i turystyka to to samo, a jeśli nie, to czym się różnią? Więc  mówię: krajoznawca jest także turystą, ale turysta niekoniecznie musi być krajoznawcą.
W czasach zaborów krajoznawstwo było ważną dziedziną zainteresowań polskiej inteligencji w czasach zaborów i jeszcze potem w niepodległej Polsce. Krajoznawcy wnieśli  poważny wkład w znajomość polskiej geografii, przyrody, historii, zabytków i kultury ludowej. Naczelna zasada polskiego krajoznawstwa to „poznaj swój kraj, ojczyźnie służ”. Założyciel Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, Aleksander Janowski spoczywa w alei zasłużonych Polaków na warszawskich Powązkach. Nieopodal niego jest grób ważnego dla polskiego krajoznawstwa Mieczysława Orłowicza.  W pierwszych latach Peerelu krajoznawstwo połączono z turystyką, a z czasem ruch krajoznawczy począł usychać, aż został niemal zupełnie przytłoczony przez rozkwitającą dziś powszechnie turystykę komercyjną, która niemal całkowicie na aut wykopała krajoznawstwo.
Turystyka jest dzisiaj gałęzią gospodarki, w niektórych państwach znaczna część dochodu narodowego zapewnia przemysł turystyczny, Polska też mamy takie ambicje, aczkolwiek – sorry, taki klimat mamy, jaki mamy. Może mi się niesłusznie tak wydaje, ale krajoznawstwo jest jakby szlachetniejsza częścią turystyki. Turystyka bywa indywidualna, ale i masowa, krajoznawstwo jest z założenia elitarne.
 Pragnę o krajoznawstwie przypominać. Mam niekiedy poczucie, iż należę do ostatnich dinozaurów tak dzisiaj niemodnego krajoznawstwa.  Pierwszą swoją publikację o tym charakterze wydałem w roku 1962. W swoim życiu opublikowałem kilkaset artykułów, esejów, przewodników, albumów o tematach związanych gł. z architekturą i sztuką, przyrodą i szeroko pojętym krajoznawstwem. Od lat młodzieńczych zakochany w polskich górach, z upływem lat odkryłem urodę i niepowtarzalność krajobrazu i historii polskich nizin i coś dla nich zacząłem czynić.
   

Z recenzji internetowych

 



        



Herz zaprasza czytelników na niesamowitą wędrówkę po Mazowszu, ale nawet jeśli mieszkamy z dala od tego regionu, to dzięki jego książce na pewno zechcemy poznać najpierw swoją rodzinną ziemię, a później opisany przez autora region. Klangor i fanfary. Opowieści z Mazowsza podpowiadają, jak obcować z lokalną przyrodą, jak tropić ślady historii, jak przedzierać się przez leśne gąszcze, na co zwracać uwagę, oglądając dworki, pałace i wiejskie kościółka, słowem – jak znaleźć wytchnienie po ciężkim tygodniu pracy, nie wyjeżdżając daleko. Jako niezmordowany piechur, autor uczula na tajemnice flory i fauny, przybliża genezę nazw zwiedzanych miejscowości, opowiada o autochtonach (znanych i nieznanych), hojnie obdarowuje rozmaitymi ciekawostkami i anegdotami oraz tropi ślady historii. Nie można oprzeć się jego fascynacji Mazowszem, które skrywa w sobie mnóstwo sekretów.
[ Z recenzji internetowej książki „Opowieści z Mazowsza.Klangor i fanfary: Beata Bednarz http://www.granice.pl/kultura ]

    Autor zwraca uwagę na to, obok czego przeciętny turysta przejechałby obojętnie. Ot jakaś tam kapliczka przyrożna, krzyż, kamień, drewniana chata, a rzeka jak to rzeka. A co dopiero jakieś tam kwiecie na rowie albo w lesie. W swoich opowieściach opowiada fascynujące historie o ludziach, dawnych czasach, władcach i możnych panach, rycerzach i chłopach. Nie stroni od ciekawostek i plotek. Pojawiają się tu znani artyści, ludzie sztuki, mnóstwo odniesień do literatury. Ale najwięcej miejsca poświęca przyrodzie. Po tej książce nawet na kasztanowce patrzę już inaczej.
        Czytając tę książkę nie sposób nie zadać sobie pytania – kto tak dzisiaj jeszcze pisze o świątkach, lipach, sosnach, komu na tym zależy. Godny pozazdroszczenia warsztat pisarski, zmysł obserwacji, umiejętność pochylenia się nad rzeczami maluczkim. Nastrojowość przeplata się tu z konkretnymi i cennymi informacjami. Nie brak wzruszeń i uśmiechania się pod nosem.
  [Z recenzji internetowej książki „Wardęga.Opowieści z pobocza drogi”na blogu brulion.be.el ]

   Lechosław Herz już z imienia jawić się może jako postać niebanalna. Wrażenie to potęguje fakt, że nawet z pomocą poczciwego „wujka Google’a”, nieocenionego w wakacyjnych realiach ersatzu biblioteki, nie mogłem natrafić na datę urodzenia naszego autora. Tylko informacje przez niego podane w eseju „Wspomnienia z krainy dzieciństwa” pozwalają terminus post quem ustalić gdzieś w połowie lat 30. ubiegłego wieku, ante quem – w pierwszej połowie 40-tych. (…)
   Lechosław Herz jest wędrowcem przygotowanym. I nie chodzi tu o prozaiczny śpiwór, kostur pątniczy czy, powiedzmy, mapę sztabówkę. Nasz autor oprowadza nas po każdej stronie swej „Wardęgi” uzbrojony w atlas botaniczny, jak i w zawsze świeżą garść historycznych oraz prywatnych anegdot, tudzież miejscowych podań i klechd. Jako człowiek wychowany na wsi, w bliskości przyrody, acz z innego już całkiem pokolenia, z pewnym zdziwieniem reagowałem na tę skłonność autora do pochylania się nad każdym źdźbłem i kwiatem, które znał po imieniu. Ze zdziwieniem i lekkim zawstydzeniem. Wiem dobrze, że autor ma rację, mówiąc wciąż o przemijaniu, wymieraniu, znikaniu polskiej wsi, nieważne: chłopskiej czy szlacheckiej, wraz z jej tradycjami, jej niepowtarzalną kulturą. Bo ja większości tych nazw nie znam. Lecz nie jestem pewny, czy i w tym przypadku z owym zjawiskiem właśnie mamy do czynienia.  (…)
        Książka ta jest także opowieścią o przemijaniu, o zmianach w kulturze, o zmierzchu dawnego świata. Wzruszająco brzmią kilkakroć powtarzane słowa, w których autor żegna się z niektórymi miejscami, wiedząc, że już tam nie wróci. Inne zgoła uczucia towarzyszą z kolei, mimo naszego zaznajomienia z tym zjawiskiem, opisom pomalowanych przez wandali zabytków, pociągów, zwykłych domów. Scena kończąca ów zbiór esejów ma być, na ile ją zrozumiałem, symbolicznym zamknięciem tego tematu, zrekapitulowaniem owych rozważań wokół działania nieubłaganego czasu i nie zawsze w dobrą stronę zmierzających przemian. Lecz mógłby to być również znów ten wzmiankowany już przeze mnie wyżej konflikt między pojmowaniem świata przez inteligenta oraz przez prostego człowieka. A może jedno i drugie? (…)
        „Wardęga” Lechosława Herza to, moim zdaniem, książka dobra, napisana barwnym językiem, z polotem i znawstwem. Idealna do pociągu czy parku, w wieczór deszczowy czy w pogodny poranek. Entuzjazm wobec polskiego krajobrazu i – że się powtórzę – zdrowy, mądry patriotyzm udzielają się czytelnikowi. Tak, że – grzesząc przeciw oryginalności – wypada się zgodzić z autorką recenzji w „GN”: „konia z rzędem temu, kto skończywszy lekturę, nie westchnie i nie powie o którymś z opisanych miejsc: tam pojadę!”. A wiem, co mówię: czytając tę książkę kilka dni temu, czasem odrywałem na chwilę wzrok, by spojrzeć za okno, gdzie mazowieckie pola z wolna przechodziły w podlaskie.

[ Z recenzji internetowej Emila Kalinowskiego książki „Wardęga.Opowieści z pobocza drogi” na blogu http://histmag.org/ ]

      
    Książka napisana jest pięknym, doprawdy wspaniałym językiem. To polszczyzna najwyższych lotów. Język czysty, nieskażony „nowoczesnością”, trochę archaiczny, ale urzekający prostotą i… emocjami. Tekst bowiem jest przesycony wrażliwością i delikatnością Autora. Słowa układają się potoki, strumienie myśli i przemyśleń Herza. Książkę czyta się wyśmienicie, z wielką przyjemnością. Trzeba jednak oddawać się lekturze powoli, ze spokojem i skupieniem, tak aby smakować obrazy, które po mistrzowsku słowem maluje Herz. (…) To nie tylko almanach wiedzy o tych miejscach, ich historii, tradycjach, kulturze, ludziach którzy tam żyli. To przede wszystkim nostalgiczna podróż Autora przez życie. Podróż po ulubionych miejscach, powrót do przyjemnych chwil, rozrachunek z przeszłością.
        Herz jest bardzo melancholijny, czasami smutny w swoich podróżach. Jego tekst wzrusza, zastanawia, inspiruje, pobudza. Podróż po poboczach głównych życiowych szlaków to podróż w przeszłość, w głąb siebie, spojrzenie wstecz, symbol przemijania. To opowieść człowieka, który wie, że jego ziemska włóczęga zbliża się ku końcowi. Ale Autor nie jest całkowicie smutny i zgorzkniały z tego powodu. Nie jest zawiedziony, strapiony, czy naznaczony przeszłością. Wręcz przeciwnie. Jest pogodny, zadowolony, pogodzony ze sobą i światem, jest szczęśliwy…


[Z recenzji internetowej na blogu http://alehistoria.blox.pl/ ]



W październiku 2016 roku ukazała się moja trzecia książka, w której podróżuję po Mazowszu. We wstępie do tej książki napisałem: od ponad pół wieku wędruję przez tę nizinę nad Wisłą i Narwią, nad Bugiem i Pilicą, jak się zdarzy wędruję: polną drogą, leśnym duktem, wiejską steczką, miejskim traktem. Mazowsze to ziemia prawdziwie magiczna. Nie wszyscy o tym wiedzą, a ci co nie, nie wiedzą ile tracą.  Pytają mnie często ludzie dlaczego akurat Mazowszem się najbardziej interesuję, piszę o nim, popularyzuję. No cóż... Często zachwycamy się takimi ślicznymi kundelkami, a nie rasowymi bydlakami. Trochę kundelka w tym Mazowszu jest. Ale to fascynujący kundelek. A im dalej w las, tym więcej drzew. Mazowsze to ziemia przedziwna. Niezwykła historia, zadziwiająco bogata  przyroda, intrygujące zabytki, zajmujący ludzie. Sławili tę ziemię wielcy poeci i dobre pędzle ją  malowały.
.................
 
W internetowym blogu "Plamka Mazurka, ptasie sprawy" ukazał się tekst recenzji Arkadiusza Szarańca o "Podróżach po Mazowszu" (Dzikie Mazowsze? 28.10.2016 krogulec14).  Oto on:
   
 "Już kiedyś pisałem o Lechosławie Herzu, jego pasji odkrywania-studiowania dzikiej przyrody, krajobrazu i ludzi, małej i wielkiej historii Mazowsza, jak również o opowieściach, jakie Autor spisuje po tych wędrówkach. Właśnie ukazała się trzecia część tych znakomitych gawęd-reportaży-esejów-wspomnień (bo trudno je określić jednym słowem...) zatytułowana tak po prostu:„Podróże po Mazowszu”. Ja podróżuję po tej książce tam i z powrotem (jak i po poprzednich), i wciąż nie mogę się jej naczytać ani nasmakować. Nie sposób się oderwać, ani też tak tak od razu przeczytać od deski do deski.
    Tylko okładka jest barwna (a jakże mazowiecka...), w środku znajdziemy jedynie trzydzieści dwie czarno-białe fotografie oraz czarne literki na jasnokremowym papierze. Ale już po pierwszych zdaniach czuje się smak i zapach powietrza, wody, lasu, powiew wiatru na twarzy, oraz wędruje wraz z autorem „polną drogą, leśnym duktem, wiejską steczką, miejskim traktem”. Każdy rozdział to inna wędrówka, a raczej seria wypadów, rajdów, odwiedzin, ponawiana po wielokroć, lecz jakby jedna „wardęga”, dokonywana na przestrzeni kilkudziesięciu lat w te same okolice, ale jak w soczewce skupiona na kilku zaledwie stronicach. Autor rzuca – często w jednym akapicie, jak rasowy poeta „imażynista” – pojedynczy obraz, który się koniecznie chce zaraz samemu zobaczyć na własne oczy.
    Polecałem już tę książkę bardzo różnym pasjonatom ...A to „ludziom Wisły”, którzy znajdą u Herza nie tylko piękny rozdzialik o flisach i żegludze po królowej polskich rzek, ale też świetne nastrojowe opisy nadwiślańskich miast, krajobrazów, pradawnych szlaków... A to amatorom starej architektury drewnianej – Autor powiedzie ich w różne zapomniane zakątki i pokaże modrzewiowy kościół w Gąsiorowie („jeden z najbardziej fascynujących wiejskich zabytków mazowieckich”), albo najpiękniejszą nadwiślańską kapliczkę (nie zdradzę gdzie stoi, bo sam tam jeszcze nie byłem!), czy XVIII-wieczny spichlerz gontem krytym... A to tropicielom „wielokulturowej historii Mazowsza”, którzy potem jak po sznurku odnajdą świadectwa pracy osadników „olęderskich”, jak też przeczytają pięknie opisany „sztetł” małych żydowskich miasteczek.
    Jeśli ktoś kocha stare wielkie drzewa, dowie się gdzie na Mazowszu rosną dęby iście królewskie (wielkie jak owe białowieskie), pomnikowy jesion Mocarzem zwany, przeogromna sosna, która była punktem orientacyjnym dla kartografów, czy lipy z barciami „wydzianymi” ponad dwa wieki wcześniej.
    Na tym nie koniec, albowiem Autor zawsze dorzuci od siebie tak niby od niechcenia takie szczegóły, że czytelnik chciałby to wszystko natychmiast zobaczyć na własne oczy. A jeśli już tam kiedyś był – to pragnie znowu obejrzeć te miejsca, ale z nową wiedzą. Bo więcej wiedzieć, to więcej widzieć, zrozumieć i poczuć. To nie jest proza krajoznawcza, turystyczna, tylko – magiczna.
    Ale jak zachęcić czytelników „Plamki mazurka”, czyli w przeważającej części amatorów i fotografów dzikiej natury, aby sięgnęli do tej oraz innych książek Lechosława Herza? Przecież oni sami dobrze wiedzą, gdzie jest Puszcza Kampinoska, a także Kozienicka, Biała, Zielona, gdzie Wisła tworzy enklawy, często tuż za rogatkami stolicy, a tętniące najrzadszymi gatunkami i stadami nieprzeliczonego ptactwa zupełnie jak Amazonia. No, mogą nie wiedzieć, gdzie płyną maleńkie, dzikie a czyste rzeczki jak Pulewna, Kostrzyń, Grabina, Ślepota, Długa, Gawroniec, Witówka, struga Zimna Woda czy niewidzialna Maćkowa Woda (która czasem znika, ale potem tworzy małe wodospady), ale od czegóż mapy? Wielu fotografów dzikiej przyrody w Polsce i na Mazowszu dobrze wie gdzie i co można sfocić.
    Ale bacznych czytelników „Podróży po Mazowszu” Autor weźmie za rękę i zaprowadzi tam, gdzie gniazdują i żerują nasze herbowe bieliki i orliki krzykliwe, tajemnicze trzmielojady, powietrzni akrobaci – błotniaki, gdzie gromadnie dudki pohukują i kwilą czajki, śmigają kuliki, rycyki, derkają derkacze...a także gdzie mszary nieprzebyte, gdzie torfowiska wysokie, sosnowe bory bagienne... Pokaże też oazy, gdzie latają trzeple zielone (konia z rzędem...), gdzie arcyrzadkie motyle (jak przeplatka aurinia, modraszek telejus, niestrzępek głogowiec, kraśnik pięcioplamek), gdzie rośnie ponad 700 gatunków roślin naczyniowych, a wśród nich kukułka, stoplamek, siódmopalecznik i nasięźrzał.
    Bo są takie miejsca na Mazowszu, które profanom wydaje się płaskie i nudne, a to przecież magiczna kraina, lecz nie każdy umie odnaleźć i dostrzec jej uroki i tajemnice.
    Taki pilny najpierw czytelnik a potem wędrowiec jako jeden z nielicznych szczęśliwców zobaczy z bliska, na własne oczy prawdziwe rodzime mazowieckie torfowiska wysokie, murawy napiaskowe, turzycowiska, trzcinowiska, łozowiska i mechowiska, a jak mu będzie szczęście sprzyjać to się nie utopi, a nawet traszkę grzebieniastą zobaczy, lub taki rarytas botaniczny jak brzoza niska, żywy zabytek epoki lodowcowej! Albo przejdzie bory, grądy, olsy, łęgi czyli przemierzy „miniaturę Puszczy Kampinoskiej”, ale z dala od granic Kampinoskiego Parku Narodowego. Po drodze zdobędzie szczyt a to Sępiej a to Niedźwiedziej Góry, wpadnie w Czarci Dół, zobaczy też gdzie stały karczmy Sodoma, Pohulanka, albo Łapigrosz, gajówka Na Siedmiu Morgach, odpocznie w cieniu wież średniowiecznego Czerska, lub na wzgórzu, gdzie mieszkali neolityczni łowcy reniferów, ale teraz z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Lechosław Herz jest z historią za pan brat, tą wielką i małą, bo wie jak Norwid (bohater jednego z eseików), że "przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej" i dlatego umie dostrzec znacznie więcej i lepiej niż inni, ci pospieszni wędrowcy.
    Na początku XX wieku fotografowie do zdjęć plenerowych stosowali specjalny obiektyw „triplet”, który zawierał aż trzy odmiennie wyszlifowane soczewki. Nakładanie się trzech różnych „widm” dawało niezmiernie ciekawy efekt. Niedawno miałem okazję podziwiać zdjęcia wiekowego LASU wykonane tą starą nieznaną już techniką. Po prostu zapierają dech w piersi, bo tysiące subtelnie różniących się, przenikających i nakładających na siebie odcieni szarości (nie ostrej czerni i bieli) tworzą obraz o magicznej wręcz głębi perspektywy, o niezwykle wiernie odtworzonym migotliwym światłocieniu, jaki panuje wewnątrz wielkiego lasu.
    Lechosław Herz w swoich opisach stosuje właśnie taką zmienną perspektywę, nakładające się i przenikające kadry i sceny, które w rezultacie tworzą wyjątkową całość. Zwykle wraz z Autorem oglądamy najpierw z daleka jakieś krajobrazy, miejsca, miejscowości, szlaki, przemierzamy wielkie, płaskie, niby monotonne mazowieckie przestrzenie. Następnie jakby powoli, niespiesznie, krok za krokiem zbliżamy się do celu wędrówki, oglądamy drzewa, rozpoznajemy ich kształt liści i wzór na korze, zaglądamy też przez bramy pałaców, w okna dworów i chat, poznajemy też ludzi, zaglądamy w ich twarze, słuchamy opowieści...aż wreszcie nasza uwaga skupia się na tak najdrobniejszych detalach, jak kształt liści, wiemy jak pachnie deptany, wilgotny mech, słyszymy „trusk” czyli szelest podszytu, potem brodzimy przez kwitnące łanami przylaszczki lub żółte jak małe słońca kaczeńce...
    Kto wie jak wygląda ginący unikat - sasanka otwarta i gdzie ją jeszcze można zobaczyć na Mazowszu? Jeśli ktoś ciekawy, niech otworzy tę książkę, a potem...

                                           
 O turystycznych szlakach kampinoskich


U stóp dwustuletniej sosny w Puszczy Kampinoskiej. Fot. U.Kaczyńska

W wydawanym przez Kampinoski Park Narodowy kwartalniku „Puszcza Kampinoska”, w numerze 2-4/2014 pytała mnie p.Magdalena Kamińska: Mazowsze się stało pana ulubionym regionem, a prawdziwym oczkiem w głowie Puszcza Kampinoska. Skąd to zainteresowanie tym kompleksem leśnym? A ja jej tak odpowiadałem:

Pyta pani, skąd to wszystko się wzięło ? Wiele się na to złożyło.  Wzrastałem wśród wzgórz i gór małopolskich i tamte krajobrazy były moimi krajobrazami. Po karpackich szlakach wędrował mój ojciec. Gdy wojna go zabrała, zastąpił mi go jego brat, mój stryj. W  góry jeździłem na szkolne wycieczki, a miałem wspaniałych  nauczycieli, uczyli mnie także radości włóczęgi, byli wychowawcami i opiekunami, mentorami i przewodnikami wprowadzającymi w życie.
Do Warszawy  przybyłem ponad pół wieku temu, za daleko było na stały z górami kontakt. Brakowało mi gór, brakowało wędrówek, a w tradycji warszawskiej wypady na łono natury za miastem były na ogół wyjazdami na zieloną trawkę, z kocykiem i wałówką w koszyku. W góry też wyjeżdżano, zazwyczaj tylko w czas wakacji. Czekałem na nie z utęsknieniem. Nie ja jeden. Wedle obserwacji przeprowadzonych w Tatrach procent turystów z Warszawy przewyższał tam zawsze procent przybywających w te góry z pobliskiego Śląska i z Krakowa.
Nim zrozumiałem otaczającą mnie  nizinność ziemi mazowieckiej, jej całkowitą inność, odrębność, indywidualność, nim nauczyłem się  czytać i odczuwać tę ziemię, upłynęło sporo czasu.  Poznawanie swoich okolic zacząłem od Kampinoskiego Parku Narodowego, pierwszy raz pojawiłem się w nim już po studiach, w roku 1961, park istniał dopiero od dwóch lat. Przyciągnęła mnie tutaj magia słowa „puszcza”, fakt, że był w tej puszczy park narodowy, i to, że były w nim znakowane szlaki turystyczne, niemal zupełnie tak, jak w górach.
W okolicach Warszawy znakowane szlaki turystyczne były wtedy tylko w Puszczy Kampinoskiej, pojawiły się w niej w połowie międzywojennego dwudziestolecia. Było ich kilka, najpierwsze były dwa: szlak w podwarszawskiej części puszczy wiódł do powstańczej mogiły z 1863 roku koło Zaborowa Leśnego, drugi był na zachodzie puszczy i prowadził od przeprawy przez Wisłę koło Czerwińska przez Krzywą Górę i Zamczysko do Leszna. Farbę znaków turystycznych tych pierwszych szlaków kładł na drzewach m.in. Mieczysław Podolski. Walczył potem w Powstaniu Warszawskim w 1944 roku, w nim stracił nogę i mimo że  poruszał się później z trudem, o kulach, znakował potem szlaki powstałego 55 lat temu  Kampinoskiego Parku Narodowego, w którym został zatrudniony jako fachowiec od turystyki. 
Nie wiem, jak to się stało, ale się stało, wsiąkłem w Puszczę Kampinoską, działać dla niej chciałem, ba! musiałem. Społecznikostwo miałem we krwi, z gór je wziąłem.  Społecznicy tworzyli turystykę w górach. Na początku XX wieku podniebny, skalny szlak Orlej perci w Tatrach powstał z inicjatywy poety Franciszka Nowickiego i wytyczał go, w znacznej mierze  własnymi siłami, współprojektant szlaku, ksiądz Walenty Gadowski. Zapatrzony w nich i im podobnych,  jąłem się współorganizowania turystyki mazowieckiej w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym. Znalazłem tam dobrą atmosferę, w warszawskim okręgu PTTK powstała specjalna komisja do spraw Puszczy Kampinoskiej, stanąłem na jej czele, dzięki pracy wielu ludzi zaczęła się pozytywistyczna praca od podstaw. Została  ustanowiona odznaka „Miłośnik Puszczy Kampinoskiej”, a że w tamtym czasie, a były to lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, szlakami turystycznymi w Polsce właśnie PTTK się zajmowało, w uzgodnieniu z dyrekcją KPN działacze tej organizacji przystąpili do realizacji rozbudowy szlaków turystycznych i do ich propagowania. 
Puszcza Kampinoska była obszarem, który, zwłaszcza po 1945 roku,  przejmował na siebie konsekwencje rozwijającej się aktywnie masowej turystyki ku przyrodzie. Rzut oka na mapę wystarczył, aby zauważyć, że na północ  od Warszawy znajduje się duży obszar leśny. Dla jednych był to zwyczajny las, popularny i licznie odwiedzany, obfitujący w jagody i grzyby. Dla innych las o nazwie puszczy, kojarzącej się z dzikimi ostępami, a to mocno działało na wyobraźnię.
Ranga, jaką uzyskała nasza puszcza po utworzeniu parku narodowego, spowodowała, iż stała się szybko obiektem zainteresowań warszawskich górołazów, którzy pośród wyniesień wydmowych odnajdywali namiastkę wakacyjnej i urlopowej przygody na górskich szlakach. Oczywiście, że szli przede wszystkim ku kampinoskim „górom”, a że posługiwano się wtedy najczęściej przedwojennymi 'setkami' topograficznymi Wojskowego Instytutu Geograficznego, wędrowano najczęściej ku tym wydmom, które miały w nazwie słowo: góra.  Najczęściej  jednak rozdeptywano Wydmę Łuże, jak zrazu nazywano Łużową Górę.
Do Puszczy Kampinoskiej wprowadzała mnie prof. Jadwiga Kobendzina, która zechciała mnie wziąć pod swoje pełne przyjaźni skrzydła. Opowiedziała mi kiedyś, że gdy opowiadała o puszczy dzieciom jednej ze szkół w którejś z puszczańskich wsi, jedno z dzieci zapytało ją: proszę pani, a czy Tatry to też takie góry z piasku? Nie było wówczas telewizji, a z nazwami  gór dziecko się spotykało na co dzień, wznosiły się wszak w sąsiedztwie; duży łańcuch wydm na północ od Leszna nosił od lat nazwę Karpackie Góry, bo jak Karpaty zdawały się być wielkie te wydmy.
Uświadomiłem sobie wówczas jak niewiele miejscowych nazw terenowych znajduje się na mapach Puszczy Kampinoskiej. Sięgnąłem więc do starych dokumentów, do map, przechowywanych  w archiwum akt dawnych na ulicy Długiej w Warszawie, wędrowałem po wioskach, rozmawiałem z ich mieszkańcami, ze starymi leśnikami, odnalezione nazwy wprowadziłem na pierwszą powojenną mapę Puszczy Kampinoskiej, w roku 1973 wydaną w skali 1:60 000 przez Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych, z którym zacząłem współpracę. Była to bardziej mapa przeglądowa, niż kartograficzna, ale takie wtedy były wymogi cenzury wojskowej.  Jeszcze wcześniej, w roku 1971 ukazało się pierwsze wydanie mojego „Przewodnika po Puszczy Kampinoskiej” w wydawnictwie „Sport i turystyka” i tam pomieściłem  całkiem sporą ilość wcale dokładnych i obrazujących aktualną sytuację mapek różnych fragmentów puszczy. I na nich znalazły się nazwy miejscowe, albo całkiem już zapomniane, albo aktualnie używane przez mieszkańców puszczańskich wiosek, ale tylko im znane, nie ogółowi.
Powołanie parku narodowego spowodowało konieczność zmodyfikowania sieci szlaków dla turystyki pieszej w taki sposób, aby udostępniając szlakami miejsca najbardziej atrakcyjne dla zwiedzających, równocześnie omijać obszary o największej wartości przyrodniczej. Dokonaliśmy tego w ciągu dwunastu lat, od roku 1965 poczynając. Z niewielkimi korektami, spowodowanymi zmianą sytuacji terenowej, sieć szlaków wówczas zaprojektowana, nadal egzystuje.   
Projekt sieci znakowanych szlaków dla turystyki pieszej opracowywałem społecznie, korzystając ze swoich górskich doświadczeń. Pyta mnie pani, jakie kryteria powinny być stosowane przy wyborze trasy szlaku – łatwością przejścia, atrakcyjnością, różnorodnością? Na pewno do szlaku powinien być łatwy dostęp, jego punkty krańcowe winny mieć dobrą komunikację, najlepiej publiczną, bo najfajniejsza jest wędrówka od jednego punktu do drugiego, trasy okrężne nie dają takiej satysfakcji, nie są podróżą w nieznane, w dal...
Oczywiście, że szlak musi być atrakcyjny i powinien ukazywać znajdujące się w okolicy ważne i istotne elementy krajoznawcze,  miejsca interesujące i wyróżniające się krajobrazowo, również miejsca o  określonych wartościach historycznych, etnograficznych, przyrodniczych. Przy prowadzeniu szlaku szczególnie należy unikać dróg o linii prostej, na przykład leśnych linii oddziałowych. W kompleksie leśnym, zwanym puszczą, powinien szlak ukazywać puszczańskość tego lasu. Prof. Romuald Olaczek, którego przyjaźń wielce sobie cenię, powiada, że przyroda nie znosi linii prostej. Dobrze zaprojektowany szlak powiniene więc prowadzić trasą krętą, urozmaiconą, o zmiennej perspektywie i  dużym bogactwie krajobrazowym, pograniczem obszarów odmiennych morfologicznie o  zmiennej szacie roślinnej. Najlepiej, gdy szlak wiedzie wąskimi dróżkami i ścieżkami. Im dróżka węższa, tym lepiej. Tak prowadzona trasa szlaku  zmusza grupy turystów do wędrówki gęsiego i eliminowane są zbędne rozmowy, zakłócające ciszę przyrody, a turysta w ten sposób może nawiązać bliższy kontakt z otaczającym go pejzażem. Łatwym szlak być nie musi, chociaż na pewno nie może być trudnym szlak podmiejski, bo chodzą nim spacerowicze, czasem wiekowi, czasem z małymi dziećmi. Dalej od Warszawy może być trudniej, jako że trochę przygody turyście nigdy nie zaszkodzi, wszak po tę przygodę też się przyjeżdża na kampinoskie szlaki.   Takie to były główne zasady prowadzenia szlaków w terenie. Gdzie się dało, te zasady zostały wprowadzone w życie. 
Przez wiele lat znakowało się szlaki społecznie i  zrazu tylko na farbę i pędzle były pieniądze z dotacji, resztę wykonywało się bezpłatnie, nawet do pracy w terenie dojeżdżało się na koszt własny. Najróżniejsi ludzie malowaniem znaków się zajmowali, był wśród nich przyszły wybitny krytyk teatralny i aktor był również, malował szlaki świetny fizyk i przyszły ksiądz oraz wiekowy już wtedy docent nauk chemicznych oraz dwóch oficerów wojska polskiego, a także znakomitość polskiego reportażu  machała pędzlem po drzewach.  
Rok 1968: powstaje nowy szlak w Puszczy Kampinoskiej. Fot. L.Herz

Pierwsze, pojawiające się wtedy szlaki, były dla większości mieszkańców całkowitą nowością. Ludzie pytali  po co się maluje te drzewa w paski. Na pętli autobusu miejskiego w Wólce Węglowej (przed pół wiekiem także to był autobus linii 110, ale pętla była w innym miejscu) pytał mnie o to kierowca tego autobusu. Szybko nauczyłem się przystępnie tłumaczyć zaciekawionym tubylcom, że to po to, aby szkolne wycieczki mogły trafić do cmentarza Palmiry, albo do domu Chopina w Żelazowej Woli. Jak się okazało bowiem, sens wycieczki szkolnej był zrozumiały, ale nikt nie mógł zrozumieć jaki ma sens chodzenie  dorosłych po lesie i to tak sobie, a nie po to, by zbierać  grzyby.  W przeszłości szlaki z powodzeniem służyły również organizacji na gwiaździście zbiegających się trasach modnych w latach peerelowskich masowych rajdów turystycznych. Polityczne idee przyświecały organizatorom tradycyjnych rajdów szlakami walk i męczeństwa z zakończeniem w Palmirach, popularne pośród młodzieży studenckiej  były mocno integrujące jesienne rajdy politechniki warszawskiej, kończące się w Lesznie. Chyba się to już nie wróci. W każdym razie nie w tak masowym wydaniu.  
Staraniem PTTK została wydana ścienna mapa-plakat, rozwieszana na warszawskich slupach ogłoszeniowych. Znajdował się na niej schemat szlaków turystycznych, zamiast nazw było kilka obrazków ilustrujących docelowe miejsca wycieczkowe: trzy krzyże nad cmentarzem palmirskim, w Wierszach  sylwetki partyzantów,  w Lipkowie  Wołodyjowski i Bohun tłukli się szablami, w Żelazowej Woli  widniał namalowany chopinowski dworek, potężny dąb rósł w Krzywej Górze...  Dużymi literami wypisano dominujące nad całością hasło: Puszcza Kampinoska czeka na ciebie. A pod spodem był tekst informacyjny, że w tej puszczy jest park narodowy, że obowiązują w nim  przepisy ochrony przyrody, że do jego zwiedzania służą szlaki, były rysunki jak te znaki wyglądają i znalazła się tam też informacja jak na nie można dojechać przy pomocy publicznej komunikacji. Tak to wtedy uczyliśmy ludzi sposobów korzystania z naszej puszczy. To było niezbędne, przez wiele lat, już po powstaniu parku narodowego, były organizowane do naszej puszczy zbiorowe wycieczki pracownicze na grzybobrania, po lasach parkowały nie tylko auta osobowe, także busy i półciężarówki. Tak to kiedyś było...
Zadziwiające, jak w stosunkowo szybkim czasie zadomowiła się turystyka w naszym Parku. Po roku 1975 w innych terenach okolic Warszawy zaczęła się zwiększać ilość szlaków znakowanych, wszak trzeba było odciążyć Puszczę Kampinoską. Znaczna część tych tras   zaprojektowałem, jak i szlaki kampinoskie całkowicie społecznie, na swój koszt.  Część ruchu turystycznego, dotąd kierującego się głównie tutaj, została przejęta przez tamte okolice np. lasy Mazowieckiego Parku Krajobrazowego koło Międzylesia, Otwocka i Celestynowa, okolice Zalesia Górnego w Chojnowskim Parku Krajobrazowym, przez leśne otoczenie Podkowy Leśnej. Projektując tam szlaki przy okazji poznałem  nie najgorzej podwarszawskie Mazowsze. Ono jest naprawdę bardzo atrakcyjne! Nie tylko Puszczą Kampinoska stoi Mazowsze, acz jest ona niewątpliwie największym diamentem regionu. Niestety, nie wszędzie szlaki przetrwały, po upływie trzydziestu lat w niektórych okolicach  już tylko archeologiczną pozostałością są resztki znakowanych tras, chociaż wciąż umieszczane są na mapach. Kampinoski Park Narodowy jest wyjątkiem, ma na turystykę środki i kadrę, gdzie indziej brakuje gospodarza, bowiem PTTK zupełnie nie daje sobie teraz rady z podwarszawskimi szlakami, a z gminami różnie bywa.
Teraz jest moda na turystykę rowerową, wspierane jest finansowo tworzenie szlaków dla rowerzystów. Poza naszym parkiem narodowym, gdzie jest dobrze, niemal wszędzie indziej turystyka piesza jest jako ta bezdomna sierota. Są wyjątki: dobrze się mają szlaki Mazowieckiego Parku Krajobrazowego i na terenach gmin w Długosiodle i Nieporęcie oraz w  okolicy Podkowy Leśnej, ostatnio gmina Pomiechówek.  
Przechadzki po lesie z mody nigdy nie wyjdą, tam zwłaszcza gdzie las sąsiaduje z miastem. Ale turystyka piesza, przemierzanie długich tras w poszukiwaniu turystycznej przygody, to co jest tak podniecające w wędrowaniu szlakami górskimi, w okolicach Warszawy staje się mniej modne,  ustępując pola innym rodzajom turystyki, najczęściej rowerowej. Obserwuję jak zmienia się model podwarszawskiej turystyki.
Większość szlaków została zaprojektowana w czasach, gdy na te szlaki można było dojechać autobusem. Tylko blisko Warszawy komunikacja autobusowa trzyma się dobrze. Im dalej, tym jest teraz gorzej. Bez samochodu niełatwo dojechać do wielu miejscowości w zachodniej części naszego parku, do niektórych w dni weekendowe nie ma żadnego kursu.
Komunikacją publiczną z Warszawy łatwiej jest dojechać do Zakopanego, niż do Żelazowej Woli. Będzie jeszcze gorzej, w soboty i niedziele na niektórych liniach autobusy wożą dzisiaj powietrze. Ani chybi, wkrótce i te linie padną. A kiedyś tak było, że jeśli nie wsiadło się do autobusu na przystanku krańcowym, wtedy się nie siedziało, na wielu dalszych przystankach wejść do pojazdu było trudno, taki był ścisk. Przesiedliśmy się dzisiaj do własnych samochodów, część z nas niechętnie rusza się ze swoich letniskowych działek. Tempora mutantur...
Przeszłością jest dzisiaj społecznikowski model organizowania turystyki.  Nastał bowiem czas na profesjonalizm. Nasz narodowy park jest znakomitym tego przykładem. Umie zapewnić odpowiednie środki i  ma  kadrę. Działają w parku ośrodki edukacyjne, muzea, są ekspozycje dydaktyczne. Powstały  parkingi, a obok nich krótkie dydaktyczne szlaki przyrodnicze. Tradycyjne szlaki są regularnie konserwowane i odnawiane. Pobudowano wygodne kładki  tam, gdzie okresowo szlaki bywają zalewane wodą. Stawiane są drogowskazy i tablice z informacjami krajoznawczymi. Są wreszcie ludzie, pełni entuzjazmu, w większości młodzi, a do młodych świat należy jak wiadomo. Obserwuję to wszystko z radością i wiem, iż jest za co i komu bić brawo. 
Pyta pani, który ze szlaków jest mi najbliższy i dlaczego? W naszym parku mam ich kilka, żadnego nie chciałbym pominąć, wszystkich wymienić nie sposób. Ale jeśli już koniecznie miałbym się na któryś zdecydować, wtedy wymieniłbym szlak wiodący z Zaborowa Leśnego przez Kalisko. Dla takich szlaków jak ten, warto podejmować trud wędrówki. Zaprojektowałem ten szlak czterdzieści lat temu i od tego czasu  Kalisko jest jednym z tych miejsc, wobec których nie umiem być obojętnym. To  ogromne  i wyjątkowej urody torfowisko, mokradło jakich niewiele.  Pamiętam, jak były tam  kośne łąki i pasły się na nich krowy. Teraz imponująco powraca dzika natura,  łąki ustąpiły turzycowiskom, wkroczyły szuwary, na podbój torfowiska wyruszyły forpoczty lasu, torfowisko wygląda tak, jak prawdziwe bagno wyglądać powinno.

Przedwiośniem na szlaku turystycznym przez Kalisko.Fot.L.Herz


 Turystyczny szlak wiedzie w głąb Kaliska usypaną pośród bagien Drogą do Gaci, bo od majątku w Zaborowie do folwarku w Zaborowskiej Gaci doprowadzała.  Gdy wody na torfowiskach Kaliska jest sporo, a to się często przytrafia, zwłaszcza przedwiośniem,  nie daje się iść tym szlakiem,  przez obniżenia terenu z jednej na drugą stronę drogi przelewa się wtedy nadmiar wody pokrywającej torfowisko i zwykły szlak zamienia się w szlak wielkiej przygody.  Dobrze się w tamtej okolicy czuję, bo to jest mój biotop, moje środowisko naturalne. Uwiodła mnie ta okolica dawno temu i wciąż jestem nią uwiedziony.  
Mokradła Kaliska są dzisiaj niemal całkowicie niedostępne, o takich jak one  pisywali autorzy powieści o akcji osadzonej w zamierzchłych, słowiańskich czasach: Józef Ignacy Kraszewski w „Starej baśni”, Karol Bunsch w „Dzikowym skarbie”, Antoni Gołubiew w „Bolesławie Chrobrym”. To były lektury młodości mojego pokolenia, nie sądziłem, ze podobne plenery jeszcze kiedyś zobaczę i to tak blisko Warszawy.


Pyta mnie pani, czy wyznaczanie szlaków, opracowanie map lub przewodników to praca lekka, łatwa i przyjemna czy mozolna, mało atrakcyjna? Otóż, praca to niełatwa, pani Magdaleno, czasem nawet cholernie trudna, ale pierońsko przyjemna. Gdy śnieżną zimą pojawiam się w okolicach Wólki Węglowej w naszym parku lub koło Anina i Falenicy w parku mazowieckim, i gdy widzę wtedy obficie przedeptane na śniegu trasy szlaków, które sam zaprojektowałem i opisałem w przewodnikach, ogrania mnie  radość. Dobrze jest być komuś przydatnym. Dobrze wiedzieć, że coś, co się zrobiło, miało sens.
Wystąpił błąd w tym gadżecie.