O Mazowszu

Od autora

Na mazowieckiej nizinie.  Okolice Polesia na Powiślu Kampinoskim. Fot. L Herz 
       Zapewne nigdzie indziej w Polsce nie można tak bardzo dotknąć Polski, jak na Mazowszu. Krajobraz tej części naszego kraju jest chyba ze wszystkich najbardziej polskim. Tu jest wszystko, co w krajobrazie polskim być powinno, przede wszystkim jednak pola uprawne, one tam graja rolę główną. Pamiętajmy, iż od pól wzięła Polska swą nazwę, a mazowieccy Mazurzy od umazania rąk pracą na roli. To jest nasz pejzaż, krajobraz narodowy.
       Mazowsze to ziemia prawdziwie magiczna. Nie wszyscy o tym wiedzą, a ci co nie, nie wiedzą ile tracą. Niezwykła historia,  intrygujące zabytki, zajmujący ludzie. sławili tę ziemię wielcy poeci i dobre pędzle ją  malowały. Gdy opuści się główne szosy i zejdzie się z utartych tras, można tutaj zobaczyć miejsca i obiekty fascynujące, na dodatek pośród zadziwiająco bogatej przyrody, a jak się zdaje, większość z nas nawet nie podejrzewa Mazowsza o taką przyrodnicza rozpustę.
     Nazbyt często lekceważone, zasługuje Mazowsze na bliższą przyjaźń. Umie się za nią odwdzięczyć. Do osób mu przyjaznych prawdziwie uśmiecha się i pokazuje im miejsca wyjątkowe i czułości oczekujące. W gruncie rzeczy Mazowsze jest zapoznane. „Zapoznany” to wyraz już dziś przestarzały i zapewne dlatego używany w błędnym znaczeniu, choćby jako - zapomniany. Warto zatem zapamiętać, że zapoznany to  - niedoceniony, nieuznany. Ten wyraz pochodzi od jednego z nieużywanych już dziś znaczeń słowa zapoznawać, czyli: nie doceniać wartości czegoś. Tak jak zdarza się zapoznany twórca, zapoznany poeta, pisarz, malarz, tak i jest z zapoznanym Mazowszem. Poświęciłem mu kawał swego życia i nie żałuję tego czasu.
         Do wspólnej wędrówki po Mazowszu w tym krajoznawczym blogu serdecznie wszystkich zapraszam.
W Nadbużańskim Parku Krajobrazowym. Fot. L. Herz

O urodzie mazowieckiego pejzażu

     Pejzaż mazowiecki ma wiele naturalnego piękna przyjaznego człowiekowi środowiska przyrodniczego. Wbrew pozorom ten typowo nizinny krajobraz jest bardzo urozmaicony. To młody krajobraz, został ukształtowany dopiero kilkanaście tysięcy lat temu. Są tutaj polodowcowe równiny, są wysoczyzny, ubierają  krajobraz doliny kilku dużych rzek i dziesiątek rzeczek mniejszych, małych i całkiem maleńkich, są nawet jeziora, wąskie, rynnowe,  zgoła niemazowieckie. Natura rzuciła na tę ziemię trochę piasku, a wiatr usypał z niego wcale wysokie wydmy. Mazowsze jest ziemią rozległych łąk nadrzecznych i uprawnych  pól,  a jej wielką ozdobą są pozostałości ogromnych dawniej puszcz mazowieckich.
        W przeszłości Mazowsze było ziemią  sarmackiej szlachetczyzny, której wizerunek skreślili pamiętnikarze swoich epok, Jan Chryzostom Pasek i ks.Jędrzej Kitowicz.  W języku łacińskim opiewali tę ziemię Sebastian Klonowic i Maciej Sarbiewski. Było Mazowsze ziemią wielkich polskich romantyków: Fryderyka Chopina, Cypriana Norwida i Zygmunta Krasińskiego. Pisał swoje poezje "lirnik mazowiecki", Teofil Lenartowicz. Odkryli mazowiecki pejzaż artyści malarze, a najsłynniejsze obrazy zostawił po sobie Józef Chełmoński. Najwybitniejsi z polskich literatów w realiach mazowieckiej ziemi osadzali swoje poezje, nowele i powieści: Maria Konopnicka, Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Stefan Żeromski, a później Władysław Broniewski i Jarosław Iwaszkiewicz.
     „Piasek, Wisła i las – pisał Kamil Baczyński. - Płasko, daleko - pod potokami szumiących gwiazd, pod sosen rzeką”. Przedziwna to ziemia, to nasze Mazowsze. Niezwykła historia, zadziwiająco bogata  przyroda, intrygujące zabytki, zajmujący ludzie. Wsie księżackie, siedzące wśród żyznych pól wokół Łowicza. Leśne plemiona Kurpiów na nieużytkach nad Szkwą, Rozogą i Omulwią. Potomkowie drobnej szlachty zagrodowej i plemion rusińskich, które przed wiekami przybyły na kresy mazowieckie. Dwory i pałace mazowieckich Krasińskich i litewskich Radziwiłłów. Mogiły i cmentarze mieszkających tu przez dziesiątki lat Szkotów, Niemców, Holendrów i Żydów. Owocowe sady, lasy i puszcze, przydrożne wierzby i stare legendy. Miejsca, gdzie obozowali łowcy reniferów przed dziesięcioma tysiącami lat i gdzie przed ponad dwoma tysiącami celtyccy przybysze wypalali żelazo.
      Mazowsze znajduje się pośrodku Polski. Prawie pośrodku Europy, bo w sąsiadującej od zachodu Ziemi Łęczyckiej (przez jakiś czas także części Mazowsza) jest miejscowość Piątek, niemal tuż za mazowiecką granicą, i w tym Piątku jest środek Europy, nawet oznaczony został pomnikiem, ustawionym na rynku. Rdzenni mieszkańcy Mazowsza to Mazurzy. Mazur to nazwa tańca, polskiego tańca. Mazurzy z Mazowsza to plemię zaradne, pracowite i ekspansywne, a przedstawiciele licznej tu drobnej szlachty i wiejski lud w ciągu wieków kolonizowali kraje sąsiednie m.in. Podlasie, Litwę, a nawet część Ukrainy oraz zaludniali północne pojezierza, które od nazwy Mazurów z Mazowsza wzięły nazwę: Mazury. Mazowieckie mazurki rozsławił w świecie Fryderyk Chopin, urodzony w mazowieckiej Żelazowej Woli.


O wdzięku mazowieckich nazw

        Skuły, Kuły i Musuły są całkiem niedaleko od Warszawy, tak się nazywają trzy wioski w pobliżu Grodziska Mazowieckiego. Wędrowanie palcem po mapie Mazowsza jest wędrówką pełną tego rodzaju nazw. Niekiedy zabawnych, czasem zdumiewających, zazwyczaj zupełnie niezrozumiałych, budzących zaciekawienie: skąd leż taka właśnie nazwa znalazła się w środku Polski.
        Na przykład Ścięgiel i Wyrzęgi koło Chorzeli. Obierwia,  Charciabałda i Bandvsie nieopodal wioski Wach na Kurpiach.  A przecież kolo lednorożc:a położona  jest wioska Szla, zaś koło Jaciążka są Szlasy. Wręcz nieprawdopodobnie brzmi  nazwa wioski w pobliżu Ciechanowa -  Rzy. W tej nazwie należy czytać każdą literę z osobna !  Bardziej na wschód od niej  można odnaleźć na mapie Baczę Suche i Baczę Mokre, położone nie lak daleko od wiosek Wyrzyki Stare i Wyrzvki Nowe. Są na Mazowszu Piski i Żochy, a obok nich Stylągi nad rzeką Orz. Rąbież i Patory leżą nad rzeczką Soną, a przy źródłach Pelty wznoszą się zabudowania wioski Laguny. Natomiast Nuna leży blisko Chrcynna, obok którego widnieją też Krzyczki-Żabiczki.
        Rzeki i rzeczki mazowieckie są pełne urody. Nazwy maja równie urodziwe.  Czyż nie jest taką nazwą  Skrwa (jest Skrwa Prawa i jest Skrwa Lewa)? Albo   Wkra lub Orz i Orzyc, czy też na ten przykład Pisia (są dwie Pisie, jedna to Pisia Gągolina, a druga to Pisia Tuczna). Jest Mrowa, Słudwia i Mołtawa, także jest  Śmirdziucha, i Cedron jest również. Spotkamy na Mazowszu rzeczkę Rządzę i strugi Struga, Fiszor, Wilączę i Bojewkę. Koło wsi Wilga uchodzi do Wisły rzeka Wilga, a struga Wilżanka do Bugu wpada niedaleko Kamieńczyka, Korczunek i Wężyk są pod Skułami, przez Parysów płynie Rydynia, przez Podgórze rzeczka Ryksa (która tworzy tam imponująco głęboki wąwóz wśród lasu), Ślepota płynie w Ponurzycy, Bełch obok Osiecka, jest także Prut (ale bez Czeremoszu) w Puszczy Białej.
     Cudowne mazowieckie nazwy! Wioska Łazdyń i wioska Chobot. Pięknie położone Rażnv, nieco mniej interesująco Kuty i Kutyski, Paczuski i Jaźwie. Niedaleko tych trzech wiosek z tytułu tego rozdziału są Opypy i Many. W Manach kręcono serial „Złotopolscy”. Obcokrajowcom można polecić z czystym sercem wędrówkę do wsi (uwaga korekta!) Czrzaszew, w pobliżu której nie tak daleko do wsi Strzvbogi  i dalej  nieco do Opożdżewa. Przy tych nazwach miano wioski Gójszcz wydaje się już być łatwą do wymówienia dla cudzoziemca,  przybywającego gdzieś z zachodniej części Europy. Wielu działkowiczów dojeżdża do swoich ogródków, altanek i domków koło wsi Szczaki, a wstyd powiedzieć, iż pod Ostrołęką są także Pierdoły, zaś jedno ze znanych uroczysk kampinoskich nazywane jest Dupne.
[Ten tekst jest fragmentem wydanej przez Wydawnictwo Iskry w r. 2012  mojej książki „Opowieści z Mazowsza. Klangor i fanfary”.]


Uroda Mazowsza

Wisła na Urzeczu  koło Konstancina. Fot. L. Herz

Rolniczy pejzaż z Ziemi Wyszogrodzkiej. Fot. L. Herz

Łąka pełna maków. Fot. L. Herz

Puszcza Zielona koło Myszyńca. Fot. L. Herz

Gotycki kościół w Dziektarzewie nad Wkrą. Fot.L.Herz
Rezerwat Dąbrowa Łącka na Pojezierzu Gostynińskim
Miasteczko Czerwińsk nad Wisłą. Fot. L. Herz

                        Czy nizinne Mazowsze jest atrakcyjne?  

 

Stogi siana na łąkach Całowania w Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Fot.L.Herz
Łąka polska. W dolinie Wisły koło Czosnowa. Fot.L.Herz
Nad Pilicą w okolicach Warki. Fot.L.Herz
Rzeka Osownica koło Jadowa. Fot.L.Herz
Droga wśród pól na Wysoczyźnie Rawskiej. Fot.L.Herz
    Nie da się ukryć, większość Polaków nie docenia walorów Mazowsza. Jak się zdaje, również i jego  mieszkańcy nie za bardzo. Czy nizinne Mazowsze jest atrakcyjne i interesujące? Oczywiście tak, ale w dzisiejszych czasach – jak to dobrze wiemy - wszystko wymaga reklamy, właściwej promocji, a więc także i ta ziemia, pośrodku Polski i niemal w samym środku Europy. W wielu krajach, zwłaszcza na zachodzie Europy, szczególniej jednak w Stanach Zjednoczonych, zwiedzający niemal zawsze oczekują odpowiedniej aranżacji terenu „do podziwiania”. Tu nie ma płatnych usług krajobrazowych, a ludzie często cenią to dopiero, za co muszą zapłacić. Przecież jednak są na Mazowszu miejsca wyjątkowej urody, trzeba je tylko zobaczyć „oczami duszy swojej”, aby odczuć ich niezwykłość. Bo prawdziwa niezwykłość nie rzuca się natrętnie w oczy. Nie potrzebuje makijażu. Ona po prostu – jest.


To prawda, że górskie krajobrazy imponują od pierwszego na nie spojrzenia. Ale wielkie dzieła malarstwa krajobrazowego powstały wśród równin, nie pośród gór. Krajobraz nizinny wymaga specjalnego rodzaju słuchu. Nie można pytać co należy uczynić, aby np. kantaty Jana Sebastiana Bacha były „ciekawe” dla tych, którzy tego słuchu nie mają...

Są kraje, w których piękno krajobrazu, dane im od Natury, ludzie umieją ładnie oprawić. Nie chciałbym generalizować, byłaby to opinia krzywdząca, lecz wydaje mi się czasami, iż Polacy nieźle potrafią to piękno zepsuć. Jakby swojej Polski nie lubili. Można tak sądzić choćby tylko z ogromu śmieci, porzucanych na poboczach dróg i w lasach, po bazgrołach malowanych na czym się da. Mazowsze nie jest od tego wolne, to choroba ogólnopolska, nie najlepsze nam wystawia świadectwo. Nie niszczy się tego, co się kocha.

Dzisiaj jesteśmy zasypywani ofertami zagranicznych wycieczek i wyjazdów pobytowych, cały świat stoi przed nami otworem. Ludziom mojego pokolenia nawet do granicy nie wolno się było zbliżać! Zdobycie paszportu graniczyło z cudem. Nie dziw, że dzisiaj nasze dzieci i wnuki w naszym niejako imieniu to odreagowują, chociaż pewnie z tego sobie nie zdają sprawy. W księgarniach roi się od książek o egzotycznych krajach, piszą je podróżujące blondynki i telewizyjni prezenterzy, księgarskie półki się uginają od przewodników po zagranicznych krajach. A o Mazowszu?  

Nie ma mazowieckich ofert turystycznych, konkurujących z zagranicznymi, ale z mazurskimi i małopolskimi również. Fakt, że atrakcyjność Mazowsza jest obiektywnie mniejszej rangi od tamtych regionów, ale jest też faktem, iż dobrego przewodnika po regionie nie ma od wielu lat, nie widzę też przewodników po innych, niż Warszawa mazowieckich miastach i miejscach. Najczęściej bywa przewodnik po Puszczy Kampinoskiej, lecz przecież to niejedyny leśny kompleks mazowiecki.

Sama tylko Warszawa to kilkaset tysięcy potencjalnych klientów turystycznych. Ale na Mazowsze nie ma mody. Trzeba więc ją stworzyć. Po prostu. 

O mazowieckim gotyku 

   O mazowieckim gotyku można prawie nieskończenie. Takie to niby nic i  tak niepozorne jest to, co po sobie gotyk pozostawił na naszym Mazowszu, ale absolutnie nie do pogardzenia. Wędrowanie gotyckim szlakiem po mazowieckiej ziemi może dostarczyć niemałej przyjemności odkrywania indywidualnego rysu tej architektury. 
Łęg Probostwo. Fot.L.Herz
Wizna. Fot.L.Herz

Luszyn. Fot.L.Herz
Brok. Fot.L.Herz
Łomża. Fot.L.Herz
    Gotyk przywędrował na Mazowsze bardzo późno, lecz „oswojony"  został natychmiast  i uzyskał wyraz bardzo indywidualny, -rozpoznawalny na pierwszy rzut oka. Większość mazowieckich budowli gotyckich pochodzi z wieku XVI. Wtedy na zachodzie Europy dawno już o tym stylu zapomniano.  Gotyk mazowiecki w budownictwie sakralnym niewiele  ma w sobie strzelistości katedr francuskich lub - zbyt daleko nie szukając - świątyń krakowskich. Z niewielkimi wyjątkami, oczywiście. Najbardziej interesujący gotyk mazowiecki odnajdziemy na głębokiej prowincji. Kościoły gotyckie są  tam na ogół krępej budowy, a wnętrza niemal wyłącznie jednonawowe, skromne i z niewielkimi wyjątkami bez kolumn, zaś sufity przeważnie płaskie. Bardzo często i rzec można, że najczęściej, prezbiterium zakończone jest pionową ścianą, chociaż zdarzają się półokrągłe apsydy.  
    To, co najładniejsze w tych wszystkich świątyniach, to ozdobne, lecz bez nadmiernej fantazji realizowane ich szczyty, np. w Łęgu Probostwie lub Wiźnie. Ale w czasach, gdy na Mazowsze docierał spóźniony mocno gotyk, niemal z nim jednocześnie przybywał tu renesans, bowiem zapóźniona, europejska prowincja właśnie rozpoczęła pogoń za tym, co było modne na świecie. I tak na nizinach pośrodku Polski pojawił się  mazowiecki styl gotycko-renesansowy: bryły kościelne były gotyckie, niemal cała reszta renesansowa, taki jest np. kościół w Broku nad Bugiem, albo w Luszynie na ziemi łowickiej. W późniejszych epokach niekiedy dobudowywano frontony barokowe lub klasycystyczne, np. w Łomży. 
   
Gotyckie zamki mazowieckie

Zamek w Płocku nad Wisłą na rycinie z XIX wieku.
   Zamki zawsze należały do najwdzięczniejszych obiektów zabytkowych, legendy najchętniej czepiały się zamkowych murów,  ze swoich szkolnych wycieczek zamki zapamiętuje się najbardziej. Niewiele jednak zamków powstało na nizinnym Mazowszu. W epoce, w której powstawały zamki, a więc w czasach wczesnego średniowiecza i jeszcze trochę przedtem, na nizinach niełatwo przychodziło naszym przodkom znalezienie miejsca pod budowę gniazda rodzinnego zdatnego do obrony. A i budulca brakowało,  kamień często sprowadzano z daleka, najczęściej  z regionu świętokrzyskiego, a wypalania cegieł na tej środkowoeuropejskiej nizinie nauczono się dość późno. 
   We wczesnym średniowieczu na Mazowszu bezpiecznie nie bywało. Napadali na nie sąsiedzi  bliżsi i dalszy, najchętniej  Jaćwingowie i Litwini. Miejsca na obronę najlepsze służyły przez stulecia, np. wzgórza na stromym brzegu dużej rzeki: nad Wisłą w Czersku, w Płocku, Warszawie, Wyszogrodzie, nad Narwią w Pułtusku, nad Bzurą w Sochaczewie. Wpierw budowano drewniane gródki, dopiero potem murowane zamki, niektóre także pośród trudno dostępnych mokradeł, często na usypanym wzgórku. Takie zamki powstały u zbiegu Rawki i Ryłki w Rawie Mazowieckiej, nad Liwcem w Liwie, nad Łydynią w Ciechanowie.  
   Do dzisiejszych czasów przetrwało zaledwie kilka oryginalnych zamków  gotyckich, ale żaden w całości, od wielu dziesiątków lat są już tylko romantyczną ruiną: w Ciechanowie, Czersku, Liwie, Rawie Mazowieckiej. Większość została przebudowana, gotyckie części wkomponowano w mury z epok późniejszych, np. w Płocku i Warszawie.   W tej opowieści na boku pozostawiając zamki płocki i warszawski, zawędrować chciałbym ku kilku zamkom na nieco głębszej, mazowieckiej prowincji.

Zamek w Ciechanowie. Fot.L.Herz


  Zamek w Ciechanowie przedstawia się bardzo romantycznie. Potężny, z czerwonej cegły zbudowany, z masywnymi wieżami, wygląda tak, jak powinien wyglądać zamek książęcy. W czasach z czasów uczniowskich ruiny zamkowe bardzo na mnie działały. Dzięki szkolnym wycieczkom zobaczyłem ruiny pienińskiego zamku w Czorsztynie i zamku w Bodzentynie u stóp Łysogór, ale zamek w Ciechanowie pierwszy raz zobaczyłem będąc od tego zamku z daleka,  w czasie lektury „Krzyżaków”. 
      Sugestywny obraz tego zamku, przekazany mi przez  Henryka Sienkiewicza, był w ogóle moim pierwszym spotkaniem z Mazowszem. Już jako dorosły człowiek mogłem zobaczyć ciechanowski zamek własnymi oczami. Przyjechałem do miasta nad Łydynią i napatrzeć się nie mogłem na ogrom tego zamku. A gdy - wychowany na lekturze powieści Sienkiewicza -  stanąłem  na zamkowym dziedzińcu, wyraźnie słyszałem  oddech walczących i świst toporów. To na nim bohater sienkiewiczowskiej powieści, Zbyszko z Bogdańca toczył zacięty pojedynek  z Krzyżakiem Rytgierem.
     Dzień był zimny, wilgotny, ale jasny – pisał Sienkiewicz - powietrze roiło się od kawek, które zamieszkiwały dachy i szczyty baszt, a które spłoszone niezwykłym ruchem, kołowały z wielkim łopotaniem skrzydeł nad zamkiem. Mimo chłodu ludzie potnieli ze wzruszenia, a gdy ozwała się pierwsza trąba oznajmująca wejście zapaśników, wszystkie serca poczęły bić jak młoty. Oni zaś weszli z przeciwnych stron szranków i zatrzymali się na krańcach, każdy z patrzących utaił wówczas dech w piersiach
     Po raz pierwszy stając na tym podworcu ciechanowskiego zamku nie wiedziałem jeszcze, że tego zamku wówczas jeszcze nie było. O tym się dowiedziałem później. Ten zamek jest drugim murowanym zamkiem w Ciechanowie. Pierwszy stał na Farskiej Górze, wznoszącej się pośrodku miasta. Tego pierwszego Sienkiewicz nie oglądał, ale ten drugi odwiedzał. Postawiono go na nizinie pośród trzęsawisk i bagien rzeki Łydynia. Niewiele w Polsce tak sytuowanych zamków murowanych.      
     Dzisiaj, gdy trzęsawisk już brakło i pozostała jeno uregulowana, zmieniona w kanał rzeczka Łydynia, a nieco dalej od zamkowych murów szeroko rozlany staw, wciąż  zamek czyni niemałe wrażenie, chociaż jest tylko ruiną. Bardzo szacowną. Jedną z najpierwszych, jakie z cegły na Mazowszu postawiono. Wznosił te ceglane mury znany nam z imienia murator Niklos około roku 1429, w czasie  panowania księcia mazowieckiego Janusza I. Powstał prostokąt murów  oflankowany dwoma basztami. Wschodnia służyła jako więzienie, zachodnią zwano arsenałem lub wieżą rokową, gdyż w niej odbywały się rozprawy sadowe, czyli "roki".
    Ciechanowski zamek, po inkorporacji Mazowsza do Korony w roku 1526, został nadany królowej Bonie. Gdy Włoszka opuściła Polskę, powracając do rodzinnego Bari na italskim południu, zamek począł niszczeć, aż dzieła dokonali Szwedzi w czasie najazdu w roku 1657. Malowniczość ruiny została odkryta w dobie romantyzmu i odtąd stała się celem pielgrzymek i miejscem natchnienia poetów i pisarzy. Zygmunt Krasiński w czasie pobytu z dala od ojczyzny odbywał w wyobraźni pątniczą drogę do tych ruin: "Ciechanowskie wieże piękniej wznoszą się w moim wspomnieniu niż Mont-Blanc, która do nieba dotyka”. Pielgrzymowali ku tym ruinom Maria Konopnicka, Bolesław Prus, Stefan Żeromski.
    Bardzo romantyczna to ruina zamkowa. Legend tyczących tego miejsca jest bardzo wiele. W wieku XIX jedną z nich  zanotował Wincenty Gawarecki. Mówi ona legenda, iż w zwaliskach ciechanowskiego zamku mieszkańcy grodu przyległego mogą widzieć psa wielkiego, czarnego,  a ów brytan, stróż czujny,  strzeże w zaklętych lochach zamkowych skarbów. Nie jest szkodliwy, rzuca tylko postrach na zbliżających się do tych miejsc...
 Ruina zamkowa w Czersku dzisiaj należy do najchętniej odwiedzanych mazowieckich zabytków.  Już od połowy XIX wieku budziła zainteresowanie jako świadectwo przeszłości. Roman Zmorski  napisał jeden z najpiękniejszych romantycznych wierszy o czerskim zamczysku:
Po czarnych szczelinach, darłem się ku górze       
Zobaczył to wicher — co gdzieś tam bałwany 
Mgły gonił w polu — i przybiegł zdyszany, 
I zawył mi w ucho: „Gdzież pniesz się to? gdzież? 
Od wieku nie dotknął nikt skroni tych wież!    
    Ceglane baszty zamku książąt mazowieckich z późnego średniowiecza górują nad okolicą. To najbardziej romantyczna mazowiecka ruina zamkowa. Gdy spojrzy się z wierzchołków tych baszt na otoczenie, wyraźnie widać, jak mądrą była zamkowa lokalizacja, zwłaszcza gdy pamiętamy, iż do XV wieku Wisła podpływała do stóp wzgórza zamkowego i dopiero, gdy odsunęła swoje koryto, Czersk stracił na znaczeniu.
Ruina zamkowa w Czersku jest nadzwyczajnie wpisana w mazowiecki krajobraz. Fot.L.Herz
    Do naszych czasów przetrwało w Czersku trochę murów i trzy baszty. Wieża bramna zachowała się najlepiej,  przez nią wiedzie wejście do zamku. baszta wschodnia służyła jako więzienie; jedyne wejście mieściło się na wysokości muru obwodowego, a więźniów opuszczano na dno głębokiego na 10 metrów lochu, wyłożonego kamiennymi płytami. W tym lochu nie przebierający w środkach Konrad Mazowiecki, walcząc o dzielnicę senioralną, więził swego brata Henryka Brodatego. Wkrótce potem zamknął w tym lochu kilkuletniego wówczas księcia Bolesława (później znanego pod mianem Wstydliwego). Działo się wiele w czerskim zamku, ale - o dziwo! - zamek ten, w przeciwieństwie do wielu innych zamczysk, nie ma swoich duchów. 
Masywna wieża liwskiego zamku; w niej zamurowany wjazd, przed nim był most zwodzony. Fot.L.Herz
   Zamek w Liwie wręcz przeciwnie, duchów jest pełen. W przeszłości Liw był jedną z ważniejszych miejscowości wschodniego Mazowsza, na granicy z Podlasiem, przy starej przeprawie przez Liwiec na historycznym trakcie handlowym. Zamek pobudowano na pagórku, usypanym pośród dawnych trzęsawisk. Budowę przed rokiem 1423  ukończył murator Niklos, budowniczy zamku w Ciechanowie. Na polecenie królowej Bony w wieku XVI mury i wieżę bramną podwyższono. To jedyna w całości zachowana część gotyckiego zamku książąt mazowieckich. 
   W  1792 roku wzniesiono obok barokowy budynek kancelarii starostwa o mansardowym dachu. W nim jest dzisiaj muzeum, a w nim m.in. portret Ludwiki Szujskiej; miała być ona osądzoną za wiarołomstwo i skazana na śmierć, a teraz nocami straszy jako Żółta Dama przy pełni księżyca. Legend w Liwie nie brakuje. Podobno po błoniach okolicznych wieczorami krąży dama w powłóczystej szacie, trzymając dwoje pacholąt za ręce. To księżna Anna i ostatni mazowieccy książęta. Podobno zamek był niegdyś połączony podziemnymi korytarzami z Węgrowem, ale "złe" przejście zawaliło. To właśnie "złe" przybiera czasem  postać starca, zatrzymującego podróżnych na moście i częstuje tabaką lub serem, czemu nie wolno ulec.
Zamek w Rawie Mazowieckiej, kiedyś więzienie, potem skarbiec królewski, dziś obiekt turystyczny. Fot.L.Herz 
   Niewiele pozostało dzisiaj z królewskiego zamku  w Rawie Mazowieckiej. Zbudowano go z czerwonej cegły w XIV wieku na sztucznym wzniesieniu wśród bagien u zbiegu Rawki i Ryłki. W czasach panowania książąt mazowieckich był jednym z najważniejszych na Mazowszu. Pod koniec wieku XIII była już Rawa stolicą kasztelanii i stolicą księstwa i Ziemi Rawskiej, a przed 1400 rokiem miała prawa miejskie. Po inkorporacji tej części Mazowsza do Korony, od 1462 roku tutaj była stolica województwa. Przez wiele dziesięcioleci szczyciło się miasto mianem jednego z bardziej zamożnych w Polsce, podupadło w XVII wieku.
   Podobno wyraz "szubrawiec" pochodzi od tego, iż "sub Ravam" osadzano  więźniów, a więźniami były też znakomitości, np. syn króla szwedzkiego Karola IX w 1601 roku. Później w tym zamku gromadzono tzw. skarb rawski, a były to pieniądze przeznaczone na utrzymywanie stałego, zaciężnego wojska, zwanego kwarcianym, gdyż na jego utrzymanie pobierany był z dóbr królewskich w wysokości kwarty części, tj. ćwierci.
   Rawski zamek ma swoje legendy, a jedna z nich jakoby posłużyła Szekspirowi do napisania "Opowieści zimowej". Opowiada ona legenda o Ludmile, żonie księcia Ziemowita, która odrzuciła awanse rycerza krzyżackiego, a ten w zemście oskarżył ją przed księciem, iż zdradzała męża z paziem. Oboje zginęli, a po śmierci się okazało, iż paziem była przebrana dziewczyna. Nocami można dziś niekiedy ujrzeć ducha nieszczęsnej Ludmiły.      

 
Puszcze mazowieckie
Pozostałości wielkiej, mazowieckiej puszczy: Las Bielański w Warszawie. Fot.L.Herz
 Drzewiej lasami Mazowsze słynęło. Dziś więcej tu pól, ale są tu jeszcze lasy, w których przetrwało jeszcze sporo starodrzewu i zachowały się partie mroczne, puszczańskie, jakby przybyłe wprost z obrazów Artura Grottgera. To nie są  zwykłe lasy, to  nawet nie zwyczajna puszcza, to są prawdziwe knieje. Knieją w dawnych czasach nazywano las wielki, wyjątkowy, gęsty, trudny do przebycia, pełen zwierza dzikiego. Taki las skłania do zadumy. Bo to jest las romantyczny, jeden z tych, które wciąż bywają natchnieniem i obdarzają człowieka poczuciem tajemnicy, pod warunkiem iż zechce się on w nich zatracić. W takim lesie nie można opędzić się od podstawowych dla ludzkiej egzystencji pytań, pod warunkiem, że chce się je zadawać i chce oczekiwać odpowiedzi.
     Dobrze jest wędrować drogami i duktami takich lasów, przystawać u stóp potężnych sosen i dębów, aby pośród leśnej ciszy - tak mocno dającej się słyszeć w czasie samotnej wędrówki - posłuchać także głosu swego serca. W obliczu wiekowych olbrzymów jakby lepiej można ujrzeć wielkość natury. Ale i ludzką małość, niestety, również... 

Poczet puszcz mazowieckich
Na zdjęciach (patrząc od góry): Kampinoska, Kozienicka, Bolimowska, Zielona, Kamieniecka, Lasy  Lukowskie, Puszcza nad Radomką, Puszcza Osiecka, Puszcza Biała. Wszystkie zdjęcia są zdjęte przez autora blogu.
















  Arcydzieło z Kobyłki

Kościół Św.Trójcy w Kobyłce, widok od południa. Fot.L.Herz
     Zadziwiający zabytek znajduje się w Kobyłce, jeden z tych obiektów, jakie składają się na bogactwo ziemi mazowieckiej, wciąż jakby nie dostrzegane, wciąż nie doceniane.  Twórcą tej  świątyni był biskup Marcin Załuski z wielce zasłużonej dla Polski rodziny. W wieku XVIII jako jedna z pierwszych w Europie i pierwsza w Polsce biblioteka publiczna dzięki ich staraniom powstała i pełniła rolę narodowej biblioteki. To co ocalało z grabieży, dokonanej przez carat oraz ze zniszczeń zadanych przez hitlerowców, stanowi zrąb dzisiejszej Biblioteki Narodowej. Marcin Załuski był sekretarzem królewskim, biskupem był także, na koniec został jezuitą. I co najważniejsze: pozostawił nam po sobie świątynię w Kobyłce, on był jej fundatorem. Budowę zaczął wenecjanin Guido Antonio Longhi w roku 1740, nieco ponad dwadzieścia lat później dzieło kończył Jakub Fontana, najbardziej polski architekt z zadomowionej u nas włoskiej rodziny architektów.    Historycy sztuki widzą w budowli wpływy włoskiego Piemontu i elementy typowe dla szkoły wileńskiej, w której zespoliły się pierwiastki zapożyczone z architektury włoskiej, austriackiej i architektury Wschodu oraz naszej rodzimej, polskiej.   

Fragment fasady północnej kobyłeckiej świątyni. Fot.L.Herz

     Patrząc na jego fasadę, na dekorację wież, na te wszystkie pilastry i kolumienki, na to całe bogactwo — o którym chciałoby się rzec, że jest wręcz rozpustne, gdyby nie niewłaściwość określenia w tym przypadku — nie można wyjść z podziwu dla twórców tego arcydzieła architektury.  Wnętrze jest równie zachwycające.
Wnętrze świątyni. Fot.L.Herz

  Imponująca główna nawa ma ściany rozczłonkowane przez wymyślne kątowe pilastry, wszystko wokół niej tańczy, a to skośnie ustawione, a to gnące się w wybrzuszeniach i spływach, a to przełamujące w gzymsach, wspinające po łukach arkad i kolebkowego sklepienia, fantazyjnie biegnące po kapryśnej linii otworów okiennych. Zaś w prezbiterium - szaleństwo rokokowe. Efektowna ambona i chrzcielnica oraz drewniane obudowy lóż dla zakonników po obu stronach. 
Tabernakulum głównego ołtarza. Fot.L.Herz


    Główny ołtarz ma kształt rozbudowanego tabernakulum z relikwiarzami, rzeźbami i płaskorzeźbami aniołów. W wymyślny i zarazem w całkowicie naturalny sposób ołtarz łączy się z polichromią, pokrywającą świątynię. Program teologiczny i malarski tej polichromii jest jasny i czytelny. Nad nawą główną sceny Triumfu i Adoracji Eucharystii z udziałem dziesiątków postaci z obu Testamentów. W bocznych nawach ściany pokryte są malowidłami przedstawiającymi życie Chrystusa. Na ścianie szczytowej, w apsydzie, widnieje scena Adoracji Dzieciątka i pokłonu pasterzy, a powyżej przedstawienie Trójcy Świętej. Na suficie, w kopułce prezbiterium koncertują anieli. A to  wszystko w oprawie iluzjonistycznie malowanej architektury. 





Późnobarokowa polichromia na sklepieniu została wykonana po 1742 r. Fot.L.Herz



    Ach, i jeszcze jedno, o czym zapomnieć nie można. Bazylika w Kobyłce została zbudowana w stylu późnego baroku. W wielu jej fragmentach to już jest rokoko. Jest to jeden z bardzo nielicznych przykładów rokoka na Mazowszu. Zachwycające są te rokokowe okienka z Kobyłki, jedne prawdziwe, inne blendowane, jeszcze inne iluzjonistyczne, pozorne. A, jak już tam będziecie, mili czytelnicy tego blogu, spojrzyjcie na inne detale, na przykład na wykrój ozdobnych ram obrazów, na kunsztownie wykonane zwieńczenia konfesjonałów... 



Piękno detalu kobyłeckiej świątyni. Fot.L.Herz
     Polichromia jest wszechobecna w kobyłeckiej bazylice.  Sklepienie nawy głównej oraz ściany prezbiterium po roku 1742 wymalował Grzegorz Łodziński, sceny z życia Chrystusa w bocznych nawach w latach 1754-62 malował najprawdopodobniej Ignacy Doretti.  Niedawno spod warstwy tynków wschodniej ściany  zostały odsłonięte freski Drogi Krzyżowej, są unikatowe, nie ma podobnych w Polsce. Nie wszystkie się zachowały, po przeciwnej stronie świątyni tylko niewielkie fragmenciki,  ale dobrze, że są przynajmniej te. Malowane na zewnętrznych ścianach świątyń sceny ze Starego i Nowego testamentu były dawnymi czasy podstawową lekcją religii dla przybywającego do kościoła ludu, zwłaszcza dla niepiśmiennego, ułatwiały kontakt z wiarą, pomagały w modlitwie.


Niektóre z zabytkowych fresków Drogi Krzyżowej na wschodniej ścianie świątyni. Fot.L.Herz



Opinogóra 
w czas złotej polskiej jesieni
w październiku roku 2017

.....................................

Mazowiecka Opinogóra bywa nazywana gniazdem romantyzmu. Jest tam nawet jedyne w Polsce muzeum romantyzmu. Z Opinogórą wiąże się nazwisko Zygmunta Krasińskiego, jednego z czwórki polskich wieszczów. Nie w Opinogórze się urodził, lecz w Paryżu. A jednak mazowiecką była gleba, na której wzrastał i gdzie dojrzewała jego natchniona poezja. Żył niedługo. Czterdzieści siedem lat. Jak się urodził, tak i umarł w Paryżu. Został pochowany w swojej  Opinogórze. Ona  była jego "rajem swobody i uciech dziecinnych", później świadkiem jego nieudanego małżeństwa z woli ojca. 
     Dzisiejsza Opinogóra jest dobrze utrzymanym zespołem zabytkowym. Licznie odwiedzana ma znaczenie niepospolite, szczególnie dla miłośników literatury i architektury. Jest także miejscem bardzo romantycznym, świadkiem wydarzeń i dramatycznych przeżyć. Aż trudno uwierzyć w to wszystko, co tutaj miało miejsce, gdy przechadzamy się po alejkach tonącego w ciszy opinogórskiego parku, wśród kolorów mazowieckiego "babiego lata".
Zameczek (albo jak kto woli: pałacyk) opinogórski. Arcydzieło bez dwóch zdań.

        Na wierzchołku pagórka stoi romantyczne cacko - neogotycki zameczek. Budowla bardzo niewielka i zgrabnie zakomponowana. Dzięki opadającym spod jej stóp stokom i dzięki cokołowi, na jakim ją postawiono, również dzięki smukłej wieży o czterech kondygnacjach, budowla nadspodziewanie urasta. Budowano zameczek dosyć długo, ukończono w roku 1843. Przez wiele lat usiłowano przypisać projekt autorstwu Villet-le-Duca. Rzeczywisty twórca jest nieznany, był jednak niewątpliwie artystą przednim.

           Zameczek nakazał postawić generał Wincenty Krasiński. Jako prezent z okazji synowskiego ślubu z Elizą z Branickich, przez ojca wybraną synowi żoną. Ślub odbył się w roku 1843. Unieszczęśliwił ten ślub kilka osób: męża, żonę, potem także trójkę ich dzieci. Ojciec i teść był z siebie zadowolony. Wincenty Krasiński był postacią nieprzeciętną. O takich dziś mówi się, że są kontrowersyjni. Wierny napoleończyk, potem adiutant carski, wreszcie gorliwy wykonawca woli cara Rosji. Życie swoich bliskich meblował wedle własnych zamiarów, tworząc podwaliny dla swojej dynastii. Fałszował nawet historyczne fakty: nakazał Horacemu Vernet namalować obraz z sobą na pierwszym planie po zwycięstwie pod Somosierrą, gdzie w istocie go nie było. Kopia obrazu wisi dzisiaj w zameczku.

Eliza
 Delfina

        Syn był posłuszny. Kochał jednak inne. Przedtem romansował z Joanną Bobrową, żoną bogatego ziemianina z Ukrainy i matką dwóch córek. "Mogłem być z tobą na ziemi szczęśliwy,/ Mogłem uwierzyć, że tu czasem wiosna"... Bobrową Zygmunt poróżnił z jej mężem, unieszczęśliwił, wtrącił w melancholię. Potem poeta szalał za Delfiną Potocką: "I ja też miałem Beatricze moją!". Egzaltowana piękność przez jedenaście lat zajmowała myśli poety, zresztą nie tylko jego, bowiem uchodziła za najbardziej adorowaną kobietę w kręgach arystokracji Francji i Włoch. Ojca to drażniło. Ojciec miał tego dość. Na dodatek ojciec nie wierzył w syna - poetę: "Co znaczy, że ma imaginacją, dowcip, naukę, ale za grosz nie ma zastanowienia ani rozsądku". I żeby jeszcze umiał wybrać sam dla siebie kobietę. Przecież wszystkie one były odeń starsze! 

Napoleon na obrazie w opinogórskim muzeum



           W posiadanie Opinogóry wszedł generał w 1811 r. Zygmunt urodził się rok później. Opinogórę generał otrzymał od cesarza Francuzów, Napoleona Bonaparte. W podzięce za zasługi. Matką chrzestną Zygmunta została Maria Walewska. Miała na sobie empirową, stosowną do epoki romantyzmu, zwiewną suknię i wyglądała prześlicznie. Gdy nastąpił kres epoki epoki napoleońskiej i Polska znalazła się pod władzą Rosji, Wincenty Krasiński natychmiast dostosował się do sytuacji. Zwrócił się do cara. Car donację potwierdził. Oczywiście, w nadziei na generalskie posłuszeństwo. Miał je jak w banku. Już przedtem, bo od 1659 roku, niegrodowe starostwo opinogórskie było w rękach rodziny Krasińskich. Tylko do trzeciego rozbioru Polski. Generał, odzyskawszy majątek dla rodziny, teraz całe swoje życie podporządkował Opinogórze. To dla niej był gotów na wszystko. Lecz wedle prawa był tylko dzierżawcą. Walczył więc o to, "ażeby nie został zniszczony owoc prac i zabiegów". Do tego był mu potrzebny posłuszny syn. Syn miał gospodarować w ordynacji opinogórskiej. Ku chwale rodu. Tak bowiem on, ojciec, postanowił.

           Po Wincentym Krasińskim została Opinogóra. To niemało. Po nieszczęśliwej Elizie, żonie nie kochanej, pozostały opasłe tomy fascynującej korespondencji. Więcej pozostało po Zygmuncie. To z "Irydiona" są te wieszcze słowa: "O myśli moja, ty przetrwałaś wieki!". W poezjach Krasińskiego jest bardzo wiele z tego, co tutaj miało miejsce. Tutaj przecież poeta cierpiał obciążony brzemieniem dziedzictwa, a jak pisał prof.Juliusz Kleiner, "nie tylko fizycznego... lecz moralnego, historycznego, które kazało misję pełnić potomkowi wielkiego rodu, a jednocześnie powikłało mu żywot beznadziejnie straszną przemianą ojca i ojcu temu dało wobec syna niby rolę przeznaczenia". W rękach Krasińskich była Opinogóra aż do drugiej wojny światowej.


        Alejkami opinogórskiego parku trzeba przechadzać się wolno. Tutaj, jak bodaj nigdzie indziej na mazowieckiej równinie, architektura i jej zabytkowa wartość, obrazy na ścianach w zameczku, jakieś przymglone tremo w empirowej ramie w korytarzu - to wszystko staje się li tylko dekoracją antycznej tragedii. Przez jednostkowe losy bohaterów ukazują sie losy ich ojczyzny, koniec świata szwoleżerów i tego, którego przedstawicielami są bohaterowie tego dramatu. I to jest również oblicze polskiego romantyzmu. Już nie romantyczności. W tej opinogórskiej dekoracji dramat rozgrywał się o rozmiarach ajschylosowych. Czy było to znamię epoki? Czasów?
Nagrobek matki: arcydzieło wykute w marmurze z Karrary

        W kościelnej nawie opinogórskiego kościoła znajduje się nagrobek matki, Marii z Radziwiłłów Krasińskiej. W karraryjskim marmurze został wyrzeźbiony przez włoskiego artystę Luigi Pampilioniego. Postać umierającej jest przedstawiona w klasycyzującej formie. Matka spoczywa na rzymskim łożu, przy którym klęczy dziesięcioletni Zygmunt. Na jego głowie w geście błogosławieństwa spoczywa matczyna ręka. Poeta wierzył, że matka - w chwili śmierci kładąc rękę na jego czole - przekazała mu dar wieszczy. Scena ta znalazła odbicie w tekście "Nie-Boskiej komedii" na początku drugiej części dramatu.

        W podziemnej krypcie opinogórskiego kościoła umieszczone są trzy płyty z brązu, wykonane w roku 1877 według projektu Franceschi'ego. Na jednej z nich wyryto scenę z "Nie-Boskiej komedii", na drugiej z "Irydiona", na trzeciej z "Przedświtu". W krypcie tej i on sam spoczywa. Pochowany został tutaj, a nie w Paryżu, jak urodzony na mazowieckiej ziemi Fryderyk Chopin. I nie na Wawelu, jak Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki.

        "Byłem dziś w Opinogórze" - zanotował pod datą 22 sierpnia 1887 r. młody Stefan Żeromski w swoim "Dzienniku". Upłynęło od czasu tych odwiedzin kilka ładnych dziesiątków lat. Zmieniło się trochę w Opinogórze. Ale wciąż do głębi poruszający jest obraz nakreślony przez przyszłego, świetnego pisarza, obraz odwiedzin u grobu wielkiego poety, obraz, jakiego nikt już po nim nie nakreślił. Pozostańmy pod przejmującym wpływem tej prozy. - "Odźwierna prowadzi nas ku zewnętrznej stronie prezbiterium. Są tam ciężkie żelazne drzwi z wykutym na nich herbem. Otwarła je. Przeszliśmy jeden sklep pusty, drugi pusty i wreszcie stanęliśmy wobec zamkniętych drzwi. Gdy je otwarła babina - weszliśmy do wiecznej sypialni smutnego ducha poezji polskiej." 
Kościół w Opinogórze o wyrazie antycznej świątyni. W podziemiach jest grób poety.

       Doskonale klasyczną fasadą z portykiem o czterech kolumnach imponuje opinogórski kościół. Powstał na początku ostatniej ćwierci wieku dziewiętnastego, twórcą projektu był Wincenty Rakiewicz. Gdy patrzeć na świątynię od frontu, wydaje się być antyczną budowlą przeniesioną na polską równinę, aby stanąć u stóp opinogórskich pagórków. Tutaj, w tej antycznej dekoracji późnego klasycyzmu, po rozegranym dramacie pozostały ciała bohaterów. Tylko to je różni od leżących na scenie ciał aktorów pod koniec spektaklu, że ten dramat nie był fikcją. Oni nie żyją naprawdę. I rąk do oklasków złożyć jakoś nie sposób.
      Opinogóra wydaje mi się na podobieństwo sceny romantycznego dramatu, jeden z rozdziałów swojej "Wardęgi" jej poświęciłem, pisałem tam, że tutaj,  jak bodaj nigdzie indziej na mazowieckiej nizinie, architektura i jej zabytkowa wartość, stają się dekoracją antycznej tragedii. Że przez jednostkowe losy bohaterów ukazują się losy ich ojczyzny, koniec świata szwoleżerów i tego, którego przedstawicielami są bohaterowie tego dramatu. W opinogórskiej dekoracji dramat rozgrywał się o rozmiarach ajschylosowych.       Nie ma już śladu po dworcu myśliwskim książąt mazowieckich, w którym w połowie wieku XV zmarł Bolesław IV, książę warszawski, czerski, zakroczymski, ciechanowski i łomżyński, a któremu krzyż piaskowcowy postawił w opinogórskim parku generał Wincenty Krasiński. Nie ma już pałacu, w którym generał mieszkał z rodziną, na jego miejscu stoi dwór, dla Krasińskich został zaprojektowany w 1908 roku, stanął dopiero sto lat później, chwała tym, co pomyśleli iż stanąć wreszcie powinien.  Stoi oficyna neogotycka, szczęśliwie przywrócona do właściwego wyglądu po nieudanych przekształceniach. 
       Nieopodal oficyny znajduje się "ławeczka miłości", kamienna pamiątka postawiona przez Amelię Załuską. Jest to jeszcze jedna bohaterka tego, co tutaj się rozgrywało. Kochał się w niej młodziutki Zygmunt. Zwierzał się jej jego ojciec: "chce być tylko pismakiem", pisał. Czy go kochała? Była mu wierną na swój sposób. Na pewno była mu przyjazną. "Niech moja pamięć zawsze ci będzie miła"; taki napis kazała wyryć na ławeczce. Jak przystało na odtwórczynię jednej z ról, Amelia również pozostała w opinogórskim kościele. Konstanty Laszczka rodem z mazowieckiego Makówca, w roku 1899 wyrzeźbił w białym marmurze jej nagrobną płytę.
     W dworze jest 
ekspozycja dziewiętnastowiecznego malarstwa epoki romantyzmu, dużo obrazów z warszawskiego Muzeum Narodowego, sporo siakich takich, kilka świetnych, dwa prawie arcydzieła. W oficynie ekspozycja związana z dziejami Krasińskich. Wokół park w barwach jesieni. Opinogóra dzisiejsza jest wspaniale utrzymanym obiektem, nic ino brawa bić. Inteligentnie jest pomyślana. Zjeżdżają wycieczki licealistów, którzy romantyzm przerabiają, opowiadała nam pani przewodniczka, że nudzą się tutaj setnie. 




Z muzeów w Opinogórze. Jak inne zdjęcia, tak i te: autora

      
Odwiedziłem niedawno Opinogórę. Cały dzień tam spędziłem, a i tak, jak mi się później zdawało, byłem za krótko, aby w pełni rozsmakować się w jej krajobrazie i atmosferze. Nie pierwszy raz tam byłem. Nie ostatni. W Opinogórze bywać się powinno. Wiele jest po temu powodów...


Dwór w Brześcach

Ten drewniany dwór jest pobudowany w barokowym i bardzo polskim stylu. Jest kilka takich w Polsce, z tych najpiękniejszych tylko jeden jest  na Mazowszu, niemal tuż koło Warszawy. Niezwykła sprawa. Znajduje się we wsi Brześce, położonej na Urzeczu, w dolinie Wisły na południe od Wilanowa i Obór. Nazwa tej wsi pochodzi najpewniej od określenia  >brzeście<, oznaczającego zbiorowisko brzostów tj. wiązów górskich, gatunku niegdyś popularnego w Polsce. W nizinnej Wielkopolsce rośnie ich trochę, utworzono dla nich rezerwaty, na nizinnym Mazowszu są bardzo rzadkie. Jeden rośnie niedaleko od dworu w Brześcach, widać go z dworskiego tarasu, znajduje się na przeciwnym brzegu wiślanego starorzecza i wyróżnia się budową korony.
        Brześce to stara wieś szlachecka,  rozbudowała się przy ważnym trakcie, który łączący Warszawę z Czerskiem.  W wieku XV  Brześce były siedzibą Brzeskich, a najstarsze znane wzmianki z roku 1401 dotyczą Wszebora, podsędka, podkomorzego  i sędziego ziemskiego czerskiego. W wieku osiemnastym właścicielem wsi został żyjący w latach 1731-1800 Jan Kanty Fontana z rodziny spolonizowanych architektów włoskich. W roku 1769  został uhonorowany przez króla szlachectwem. W pierwszych latach panowania Stanisława Augusta pełnił funkcje burgrabiego zamku warszawskiego i do niego należało administracyjne kierownictwo prac restauracyjnych na zamku. Powierzano mu też prace w ogrodach oraz przy niewielkich budowlach w Ujazdowie i Łazienkach.  Brześce wybrał na wiejską rezydencję dla siebie i na starszych zapewne fundamentach po 1784 roku wybudował tutaj dwór. Różne były potem koleje majątku i różnych miał właścicieli. Po 1945 roku w dworze przez długie lata gospodarował PGR.
         Dwór w Brześcach jest jednym z najdoskonalszych polskich dworów drewnianych w sarmackim typie, jest barokowo-klasycystycznym budynkiem o znakomitych proporcjach, z wysokim, łamanym dachem i z frontowym ganeczkiem nakrytym dwuspadowym daszkiem, wspartym na kolumienkach.  Ten dwór jest typowym sarmackim dworem polskim i takie dwory były niegdyś trwałym elementem polskiego pejzażu. Taki dwór opisywał go Adam Mickiewicz w >Panu Tadeuszu<, niektórzy twierdzą, że Mickiewicz pisząc o Soplicowie miał przed oczami dwór w Mereczowszczyźnie koło Nowogródka, w którym urodził się Tadeusz Kościuszko. Był czas, iż takich dworów były w Polsce tysiące. 
          Drewno jako budulec było nader często wykorzystywane, a najbardziej najtrwalsze gatunki tj. modrzew i sosna. Często dwory tynkowano, co miało znaczenie konserwacyjne i ocieplające. Kolumnowy portyk pojawił się dopiero w 2 połowie wieku XVIII, stopniowo wypierając drewniany ganek ze słupkami. Portyk z kolumnami był symbolem statusu społecznego, bowiem ganki miały przecież i chałupy chłopskie. Na szczególną uwagę zasługuje dach łamany, zwany polskim, gdyż poza naszym krajem występuje niezwykle rzadko. Taki dach ma dwór w Brześcach. W odróżnieniu od dachu mansardowego ma dwie równolegle do siebie płaszczyzny, górną i dolną. Dachy były kryte najczęściej gontem, rzadziej dachówką, najuboższe słomianą strzechą. Ten dwór jest usytuowany „na godzinę jedenastą”, dzięki czemu wszystkie strony domu miały słońce o pewnej porze dnia;  dwory z czołem na pełne południe nie mogły go mieć w tylnych, ku czystej północy zwróconych pokojach.
          Dwór polski był siedzibą rodu, ostoją rodziny, jądrem domowego ogniska. Pisał Wespazjan Kochowski: Tu ociec z dziady, krewnych gromady / I mali wnukowie / dzieciństwa doszli, tu w zgodzie ośli / Przy swej starszej głowie. Dawnymi czasy Polak patrzył krzywym okiem na inne budynki, prócz drewnianych. Szlachta polska ze swoimi pojęciami i tradycjami rdzennie słowiańskimi, murów nienawidziła, budując wszystko z drewna i słomy oraz wierząc głęboko w szkodliwość murów dla zdrowia.    
Drewniana Polska niemal do szczętu spłonęła od ognia i wojen. Nie zachował się żaden z dworów sięgających poza wieki XVI i XVII.
          Stosunkowo liczna reprezentacja dworów z wieków XVIII i XIX oszpecona jest przez późniejsze przeróbki. Wokół Warszawy drewnianych budowli dworskich jest jeszcze mniej, niż winnych regionach kraju. W tej szczególnie sytuacji dwór w Brześcach urasta do rangi zabytku najwyższej klasy. Jest świadectwem siły polskiej tradycji, budownictwa całkowicie indywidualnego, niespotykanego w innych częściach Europy, jedynie na ziemiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jakże silna musiała to być kultura, skoro Włoch z pochodzenia, signore Fontana taki właśnie dom mieszkalny dla siebie i swojej rodziny pobudował. 


Post scriptum. Ten dwór nie jest ogólnodostępnym obiektem do zwiedzania, jak np.Wilanów lub Nieborów. Jest własnością prywatną i jak mnie poinformowano odzyskał go potomek ostatnich właścicieli. Z internetu wiem, że istnieje  Fundacja Dwór i Folwark w Brześcach. W ostatnią sobotę  wrześniową bez przeszkód z zewnątrz dwór  podziwiałem i fotografowałem. Zajrzałem nawet do wnętrz, były w trakcie remontu, nieumeblowane. Przypuszczam jednak, że niedługo już podejść do dworu nie będzie można. 

Niezwykłe zabytki
w Dolinie Dolnego Bugu na wschodnim Mazowszu
Wiosenne rozlewiska w dolinie Bugu. Fot.L.Herz



Znowu tam byłem. Bywam tam niemal nieustannie. Zostawiłem tam sporo serca, to i powracam. Wiosną najbardziej. Dolina Dolnego Bugu należy do najładniejszych fragmentów Mazowsza. Ja szczególniejszą estymą  obdarzam jej fragment powyżej Wyszkowa, w górę biegu rzeki. Krajobraz tam jest taki, jakim być powinien. Tam wszystko zdaje się być na miejscu. To harmonijny krajobraz kulturowy, w którym dzieła natury wcale nieźle i z pewnym szacunkiem zostały zagospodarowane przez człowieka. Korespondują tam ze sobą nie najgorzej rzeka i jej rozlewiska i starorzecza, nadrzeczne łąki, otaczające je dwie puszcze, Kaminiecka na południu i Biała na północy, wioski i obok nich osiedla domków letniskowych, tubylcy i letnicy,  i dzikie ptactwo, którego tam nie brakuje i moc ornitologicznych rarytasów się lęgnie. Opowiadać o tym wszystkim mógłbym bez końca, jako  rzekłem albowiem, odwiedzam tę część Mazowsza  często i zawsze z zachwytem. 

Nie ulega wątpliwości, iż dopiero świadomość związku krajobrazu z historią i rozwojem duchowym człowieka nadaje mu szczególnego uroku i stanowi o pełni naszego doznania. Inaczej mówiąc – dopiero wtedy, gdy zaludniamy jakiś obszar wspomnieniem dziejów, które na nim się toczyły, zaspokajamy nigdy nie nasyconą potrzebę refleksji.
Obserwować to można we wszystkich liczących się w Europie obszarach szczególnej ochrony przyrody, w parkach narodowych i krajobrazowych lub parkach natury, jak nazywa się je w krajach Zachodniej Europy. Na pewno mniejszą rangę miałyby polskie Tatry i Park Tatrzański bez Podhala, bez Góralszczyzny i tłumu zakochanych w nich artystów o ceperskim rodowodzie. Czy można podobnie mówić o nadbużańskiej okolicy Mazowsza? Zapewne nie, ale przecież i ona ma swoje atuty, których lekceważyć nie można.

Tutaj chcę opowiedzieć o trzech ważnych, chociaż niewielkich w gruncie rzeczy zabytkach, jakie znajdują się w tej nadbużańskiej krainie. To trzy rzeźby niepospolitej wartości. Sfotografowałem  i oto są. Jak znajdziecie czas, popróbujcie zobaczyć je na miejscu. Madonna Tronująca z Poręby i Tron Łaski z Prostyni  są we wnętrzach kościołów, Nepomucen spod Sadownego znajduje się w zabytkowej brogowej kapliczce. Podróż ku nim przez otaczający krajobraz też warta jest  grzechu.  


     Madonna Tronująca z Poręby

(ok.1360 r.)


We wsi Poręba w Puszczy Białej znajduje się niezwykłe dzieło w miejscowym kościele parafialnym. Jest nim najstarsza drewniana rzeźba epoki gotyku na Mazowszu, pochodzi z około 1360 roku.
Królem Polski był wówczas Kazimierz Wielki. W maju 1350 roku Litwini wtargnęli na Mazowsze i dokonali tam wielkich zniszczeń (m.in. spalili Warszawę i Czersk). Poręba znajdował się wówczas w księstwie mazowieckim, panował w nim wówczas  Siemowit III, syn Trojdena I. O rzeźbie świat dowiedział się dopiero po sześciuset latach, w roku 1973.
Odkryły tę rzeźbę Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska, nieocenione znawczynie sztuki na Mazowszu, to one jako pierwsze obwieściły światu rangę wielu dzieł, których znaczenie same odkryły (one odnalazły na strychu w Kosowie Lackim obraz El Greca!), także i rzeźby z Poręby, publikując jej pierwszy opis w Biuletynie Historii Sztuki w roku 1975. 
Madonna przedstawiona jest  na tronie, artysta nadał jej hieratyczną pozę, na ustach ma zastygły „archaiczny uśmiech”, dekoracyjnie, malowniczo ułożone fałdy szaty opadają ku ziemi, wychyla się spod nich typowo średniowieczny spiczasty pantofelek. Na prawym kolanie Matki stoi Dzieciątko, odziane w długą szatę, podtrzymywane matczyną ręką, w drugiej matczynej ręce znajduje się przyłożone do serca królewskie jabłko. Jezusek lewą swoją ręką położył pieszczotliwie na matczynej głowie, uśmiecha się uśmiechem dziecka, które zdaje sobie sprawę z powagi chwili.
Można przypuszczać, iż rzeźba pierwotnie była umieszczona w postawionym w roku 1638 drewnianym kościele, poprzedniku obecnego murowanego, który został zbudowany dopiero w drugiej połowie wieku XVIII. Gdy ten murowany pobudowano, rzeźba stała się niemodna, powędrowała więc do akurat postawionej kapliczki. Czy rzeczywiście tak było? tego nie wiem. Powróciła do parafialnego kościoła dopiero po drugiej wojnie światowej, wtedy, gdy proboszczem miejscowym był ks. Jerzy Dąbrowski, a do Poręby zawitały inwentaryzujące zabytki sztuki na Mazowszu dwie panie.
Matka Boska tronująca znajduje się w bocznej kaplicy kościoła, na prawo od głównego ołtarza. Została umieszczona w drewnianej szafie o otwartych szeroko drzwiach, w które wkomponowano misternie wyrzezane dwie nadokienne "koruny", jakie dawnymi czasy ozdabiano okna drewnianych chałup w kurpiowskim stylu, z których słynęła okolica porębiańska, a do dzisiaj zachowały się już tylko bardzo nieliczne.
Mieszkańcy okolicy zupełnie nie poczuwają się do żadnych związków z Kurpiowszczyzną, a przecież są w dużej części potomkami osadników z Puszczy Myszynieckiej, przez Załuskich sprowadzonych do Puszczy Białej w XVIII wieku. Jeszcze w niepodległej Polsce po 1920 roku mówiło się o tym regionie: Kurpie Puszcza Biała. Biografka tej okolicy, świetna pani etnograf, Maria Żywirska tak ich nazywała, o nich mówiła, o nich pisała. Pamiętam sąsiadującą z Porębą wioskę Udrzynek z szeregiem kurpiowskich chałup. jedna w drugą były znakomitymi przykładami drewnianej architektury o kurpiowskim rodowodzie. To było bardzo niedawno, zaledwie czterdzieści lat temu. Ale już wtedy czułem, że miejscowi wstydzą się swojego kurpiowskiego rodowodu. W gruncie rzeczy jakby mieli rację o tyle, że nazwa >kurpie< oznaczała kiedyś plecione z łyka lipowego łapcie, a takie nosili Puszczacy, ludzie ubodzy, a więc bogatsi od nich rolnicy od tych kurpi na nogach, tych co je nosili, Kurpiami nieco pogardliwie przezywali. 

 
     Tron Łaski z Prostyni


(1460 r.)
Z około 1460 roku pochodzi Tron Łaski w Prostyni, wioski, która jest położona  na wyniesieniu pośród  szerokiej doliny Bugu na północny wschód od Warszawy. W jej sąsiedztwie znajduje się Treblinka, miejsce męczeńskiej śmierci dziesiątków tysięcy Żydów z całej Europy w czasie drugiej wojny światowej. Na przełomie wieków XIII i XIV Prostynia znajdowała się na terytorium Rusi. Potem księstwa ruskie zostały podbite przez władców litewskich i w ten sposób wioska   znalazła się w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Od Unii Lubelskiej w roku 1569 okolica była już  częścią Królestwa Polskiego. Dziś wioska jest w województwie mazowieckim, ale to już Podlasie, nie Mazowsze.
Bardzo ładna okolica ta dolina Bugu koło Prostyni.  Tam wiosną
po niebie wędrują twarzowe chmury, a zieleń jest bujna i  przyjazna. W  maju na otaczających wioskę łąkach rozkwitają  łany mniszków, nad nimi   kwilą czajki, słychać zewsząd tęskne pokrzykiwania kulików i dzwonienia krwawodziobców, bliżej wsi przepiórki krzyczą  swoje "pójdźcie żąć, pójdźcie żąć", nad przybrzeżnymi partiami jeziora Bużysko hałasują krzykliwe rybitwy czarne, na wodzie kołyszą się milczące łabędzie, a ze wszystkich stron słychać rozkoszne żabie koncerty. 
Nad okolicą góruje prostokątna wieża modernistycznego kościoła w Prostyni. Ten kościół powstał po roku 1945.W krajobrazie okolicy tej nadbużańskiej wioski jest ciałem zdecydowanie obcym. Widoczny jest z bardzo daleka, oglądałem go ze szczytu triangulacyjnej wieży, stojącej o w odległości 25 km od niego na wydmie nad Mostówką koło Wyszkowa.  Jest to nieco zmieniona wersja projektu drugiej, niezrealizowanej Świątyni Opatrzności w Warszawie, której autorem był Bogdan Pniewski. Skąd się wzięła tutaj ta dziwna świątynia? No cóż, był do zagospodarowania projekt, a wieś dopiero co straciła swój kościół, który spłonął podpalony przez hitlerowców w roku 1944. Stał w miejscu strategicznym, wystawiony na widok z każdej strony, aż się prosił aby go zniszczyć.
We wnętrzu kościoła, w dość pretensjonalnej współczesnej oprawie, znajduje się największy skarb wioski i jeden z największych skarbów ziemi w tej książce opisanej. Tron Łaski jest wykonaną z drewna lipowego figurą Trójcy Świętej, umieszczoną w głównym ołtarzu. Rzeźba jest niewielka, ma nieco ponad metr wysokości, przedstawia Boga Ojca, obejmującego rozłożonymi rękami ramiona krzyża z krzyżowanym na nim Synem, a na szczycie krzyża znajduje się gołębica Ducha Świętego. Być może jest to dzieło z warsztatu Wita Stwosza, niektórzy przypuszczają, że wyszło spod ręki samego mistrza, zostało  wykonane około roku 1460. Powiada się, że podarował ją nowo założonej parafii bp Paweł Holszański. W tamtych czasach Prostyń przynależała do Litwy i do diecezji w Łucku, a żyjący w latach 1490-1555 Paweł Algimunt Holszański herbu Hippocentaurus był nie tylko biskupem, również i księciem  litewskim.
Biskupi dar przybył tutaj  najpewniej na płynącej Bugiem łodzi, ale lud ubrał ten fakt w piękną legendę, podle której figura przypłynęła z powodziowymi wodami Bugu, utknęła w nadbużnych zaroślach i tam jako pierwsze zobaczyły ją prostyńskie kozy. Czy dlatego szeroko zasłynęła chlebowa figurka kozy, od lat niezmiennie sprzedawana na tutejszych odpustach? A może dlatego, że po powstaniu styczniowym pod pozorem handlu kozami przychodziło na tutejsze odpusty wielu unitów? Kozy prostyńskie są wypiekane z twardego ciasta. Tutejsze gospodynie przygotowują je tradycyjnie od setek lat. Mam taką jedną kozę w swoim domu, miło na nią spoglądać. Szymon Kobyliński, znakomity  rysownik i gawędziarz przedni, miał swój drugi dom nad Liwcem w Gniazdowie. Każdego odwiedzającego go nowego gościa obdarowywał jedną taką kozą. Kupował je na odpuście na zapas, kopami.  




Nepomucen spod Sadownego
 
(XIX w.)
Z krajobrazem polskim ściśle są złączone kaplice i kapliczki przydrożne. Mnogość ich wielka wszędzie, małych i większych, drewnianych i murowanych. Nawet wypróchniały pień dębu zamieniano na kaplicę, jakby pozostałość pogańskiej czci. Okazji bywało dość: pobożny uratowany od pioruna, od koni, które poniosły, w miejscu cudownego objawienia, dla ochrony przed powodzią, morem, zbójcami, wznosił kaplicę lub kapliczkę — pisał Aleksander Brũckner.
Święty Jan Nepomucen, którego figury stawiano przy brodach i mostowych przeprawach, strzegł od powodzi, przed utonięciem, ale i przed suszą również. Jan Nepomucen nazywał się Jan Welflin i pochodził z miejscowości Pomuk, był czeskim kanonikiem, który w roku 1393 został na rozkaz króla Wacława IV pojmany, torturowany, a następnie zrzucony do Wełtawy z mostu Karola w Pradze. Przyczyną jego śmierci było jakoby to, iż nie chciał zdradzić tajemnicy spowiedzi królewskiej małżonki, którą niezrównoważony i chory na umyśle król podejrzewał o zdradę. Kanonizowano męczennika dopiero w roku 1729. Jego figura - jako że zginął w wodach rzeki - stawiana była zazwyczaj u brodu, nad stawkiem lub sadzawką obok kościoła. Miała za zadanie strzec przed powodziami oraz przynosić potrzebne deszcze w czasie suszy. Niekiedy jego figury osiągały znaczne rozmiary, czasem nawet wielkości naturalnej, podobna znajduje się nieopodal Sadownego. Wykonywane były często z drewna dębowego, a koszt ich wykonania musiał być znaczny. Jacek Olędzki przypuszczał, iż „istnieje wiele powodów, aby sądzić, że były to rzeźby zamawiane u specjalistów przez ogół mieszkańców wsi". 
Ów czeski święty został z czasem także i polskim świętym, często spotykanym również i w mazowieckim krajobrazie. Figury świętego są zwieńczeniem kapliczek słupowych drewnianych lub murowanych. Niekiedy figury skrywają się w cieniu namiotowych daszków, przykrywających kapliczki brogowe lub zrębowe. Zrósł się Nepomucen z naszym pejzażem, stał jego częścią nierozerwalną, elementem nieodzownym. Nawet zyskał to pieszczotliwe, jakby spoufalające imię "Nepomucka".
Z pośród wielu figur tego świętego na Mazowszu szczególniejszą przyjaźnią darzę jedną, tę która znajduje się w brogowej kapliczce koło Sadownego.  Kilka kilometrów na zachód od sadowieńskiego kościoła, przy lokalnej szosie do Zarzetki i Brzuzy stoi w pobliżu przepustu nad uregulowaną Bojewką, zwaną też Zbożową Strugą, drewniana zrębowa kapliczka brogowa, wewnątrz której umieszczona jest naturalnej wielkości drewniana figura św.Jana Nepomucena  odznaczająca się wysokim poziomem artystycznym, zapewne pochodząca spod dłuta kogoś, którego rzeźby zamawiane były do kościelnych ołtarzy, nie do przydrożnych kapliczek. 

Być może więc pierwotnie rzeźba znajdowała się w sadowieńskim kościele, ale potem, gdy wyposażano świątynię w aktualnie modne stylowo ołtarze i towarzyszące im rzeźby, ta akurat została zesłana nad Bojewkę. Dobrze się tu czuje, to widać. Okoliczni mieszkańcy opowiadają, że podczas powodzi, często występujących tu przed budową wałów ochronnych, figura była zabierana przez wodę, a jednak Nepomucen zawsze wracał sam na swoje miejsce. Ostatni raz miało się tak zdarzyć całkiem niedawno, bo w 1979 lub 1981 r. legenda ta, rozpowiadana w okolicy, jest o tyle interesująca, iż rzeczywiście w tym mniej więcej czasie Święty opuścił kapliczkę na czas jakiś, rzeźba została bowiem poddana konserwacji. Ta kapliczka ma ogromną ilość wdzięku i jest nie najgorzej wkomponowana w okoliczny krajobraz, ona po prostu jest jego częścią. 

Kapliczka spod Sadownego w Dolinie Dolnego Bugu. Fot.L.Herz
 

3 komentarze:

  1. Leszku, jesteś pewnie jak to napisałeś "dinozaurem" krajoznawstwa, ale jesteś też ciągle nowatorem jako promotor mazowieckich krajobrazów i Mazowsza w ogóle. Dziękuję Ci za Twoją pasję i wytrwałość i za to, że dzielisz się swoja wielką wiedzą i zapałem z innymi. Ludzie częściej wolą wybrać się na zagraniczną wycieczkę, niż poznać to, co tuż obok daje wytchnienie i może zauroczyć. Ale masz rację do tego trzeba szczególnej wrażliwości i przede wszystkim chęci. Sama wracając z zagranicznych wojaży spoglądając na nasze polskie, mazowieckie krajobrazy doceniałam jakby bardziej ich wartość polegającą głownie na ich różnorodności i pięknie po prostu. Niedawno przyjmowałam rodzinę ze Śląska. zaprosiłam ich na spływ Pilicą, na spacer po udostępnianej ścieżce po rezerwacie przyrody "Modrzewina" i w inne zakątki (kwitły wtedy kosaćce żółte). Byli zachwyceni, zrobili dużo zdjęć i jak myślę wywieźli piękne wrażenia.Ten blog to wspaniały pomysł. do zobaczenia na mazowieckich ścieżynkach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za bloga! Wartościowy i fantastycznie napisany. Mam 22 lata i wraz z moimi znajomymi odkrywam uroki Mazowsza. Dla Krakusów ta kraina ma w sobie jakąś barwną egzotykę. Podczas podróży autostopowych poznałem Niemcy i większość krajów Środkowej Europy, ale genius loci Mazowsza ciągle zachwyca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam z zachwytem wszystko o Mazowszu.Prowadzę małe biuro podróży od 23 lat. Jeżdżę po Polsce z dziećmi i młodzieżą podziwiając wszystko co piękne.W pewnym momencie na podstawie tych obserwacji i porównań nasunęło mi się takie podsumowanie: Mazowsze pozostaje daleko w tyle za innymi regionami jeżeli chodzi o wiedzę o swoim regionie, tworzenie nowych atrakcji turystycznych, znajomość gwary.Uciekamy z Mazowsza jak najdalej jakby tu nie było nic interesującego. A nie jest to prawda,ale niestety trzeba samemu wyszukiwać to co jest atrakcyjne na Mazowszu, co jest już samo w sobie bardzo interesujące.Postanowiłam zostać Babą Mazowiecką i promować klimaty kultury wsi mazowieckiej. Bardzo lubię te zajęcia a dzieci są bardzo zaangażowane i chłoną przekazywane w zaskakujący sposób informacje. Ale Baba kojarzy się nie najlepiej : stara baba, Baba Jaga więc kiedy odkryłam w historii Mazowsza postać smoka- wywerny, którą książę czerski postanowił umieścić w swej pieczęci zdecydowałam się zostać Smoczycą Mazowiecką i dzięki tej postaci promować Mazowsze i jego historię. Nawet specjalnie prowokuję opinię, określając wawelskiego smoka jako nieco skundlonego w porównaniu z naszym. Nasz "ma rodowód, papiery" i istnieje w heraldyce, na sztandarach księcia Janusza pod Grunwaldem a teraz w herbach kilku powiatów. Organizuję autorską wycieczkę Szlakiem Smoka Mazowieckiego. Dzieci przebierają się w stroje, które dla nich przygotowałam, następnie losują kartki z numerami i imionami kolejnych książąt z linii Piastów Mazowieckich, poznajemy informacje o nich. Dziewczęta losują równoległe numery innego koloru i poznają którego księcia została żoną. Na zamku w Czersku ( infrastruktura pożal się Boże:dwa toj-toje i "psia buda do sprzedawania biletów) organizuję spotkanie ze znakomitym rekonstruktorem p. Damianem Dębskim a na koniec dzieci odnajdują skarb księcia mazowieckiego, którego pilnuje Smok (jak żywy)Mazowiecki. Tak żałuję, że inne regiony potrafią tworzyć marki turystyczne, a my ciągle tylko narzekamy, że nic się nie opłaca.Marzy mi się wielka atrakcja turystyczna w postaci "Jaskini Smoka Mazowieckiego" z niespodziankami jak z filmu o Indiana Johnsie: ze zjeżdżalniami grawitacyjnym, escape-roomami, dźwiękami, hologramami. Wiem, że kiedyś to się spełni.

    OdpowiedzUsuń

Wystąpił błąd w tym gadżecie.