środa, 30 września 2015










Wojciech Jastrzębowski, bohater dwóch puszcz
  
 
Warto się przyjrzeć tej starej fotografii. Zobaczy się na niej twarz przyjazną, pogodną, budzącą zaufanie. To twarz wielkiego Polaka, dobrego człowieka i patrioty. Dla współczesnych Polaków ten człowiek jest niemal zupełnie nieznanym. Niewielu z tych, którzy wędrują po Puszczy Kampinoskiej, zna jego nazwisko, chociaż na pewno przyznają się do  znajomości tej puszczy, czasem nawet się tą znajomością chwalą. A przecież powinno się wiedzieć kim był, on albowiem jako  pierwszy organizował wycieczki do tej podwarszawskiej puszczy. Dawno temu to było, w drugiej połowie XIX wieku. Przed nim nikt z Warszawy na wycieczki po lesie nie chodził.    
    Wojciech Jastrzębowski był świetnym botanikiem, profesorem Instytutu Agronomicznego na warszawskim Marymoncie, uwielbianym przez młodzież profesorem i mentorem życiowym.   „Nie wiecie na co wam się kiedyś przyda wielka nauka chodzenia – mówił do swoich studentów. Człowiek na ten świat przychodzi i ze świata schodzi, umieć więc chodzić, znaczy umieć już w części spełniać zadanie, jakie nas w tej wędrówce od kolebki aż do grobu czeka”. 
      Żył długo. Osiemdziesiąt trzy lata. Gdy umierał w roku 1882, mógł sobie powiedzieć, że powierzone mu zadanie wypełnił. Społeczeństwo godnie jego pamięć uczciło, umieszczając tablicę z jego epitafium w warszawskim kościele św.Krzyża, opodal serca Fryderyka Chopina i epitafiów innych wielkich Polaków, Władysława Reymonta, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Bolesława Prusa, Juliusza Słowackiego i Władysława Sikorskiego. Spoczął na cmentarzu powązkowskim; kwatera 162 (V/16).
  Studentem Jastrzębowskiego był m.in. Józef Wieniawski „Jordan”, brat słynnego skrzypka Henryka. Pozostawił po sobie opisy wędrówek z profesorem, pełne wdzięku i oddechu przygody. „W ślad za nim ruszaliśmy żwawo, zapominając o znużeniu i niewygodach, a gdy zapadająca noc czyniła dalsze poszukiwania niemożliwymi, miękka leśna murawa lub wiązka świeżego siana bywały wezgłowiem, na którym spoczywały młodość, zapał i marzenia... Powracaliśmy z ekskursji do głębin Puszczy Kampinoskiej wszyscy zdrowi i weseli, pogodni i beztroscy”. 
     Do Puszczy Kampinoskiej był wtedy z Warszawy kawał drogi. Z warszawskiego Marymontu trzeba było pieszo dyrdać przez Bielany i Młociny  aż za Sieraków. W pierwszej połowie XIX wieku (o tym warto wiedzieć) pomiędzy Młocinami, a Sierakowem lasu nie było, tam były piaszczyste nieużytki.
  Zapamiętajmy Wojciecha Jastrzębowskiego. Był on pierwszym, który łączył w sobie poszukiwania przyrodnicze w terenie z turystyką; bardzo to istotne nadal, gdy Puszcza Kampinoska jest już parkiem narodowym.    Jego imieniem nazwano  szlak zielony, wiodący z Dziekanowa Leśnego ku Pociesze, ale w tej puszczy  nie ma pan Wojciech żadnego pomnika, żadnego kamienia, które by go przypominało współczesnym turystom.
Współczesny obraz szlaku im. W.Jastrzębowskiego w jesiennej  Puszczy Kampinoskiej. Fot.L.Herz



 W przeciwieństwie do Kampinoskiej, inna mazowiecka puszcza o nim pamiętała, a mianowicie Puszcza Biała. Obok zabytkowego kościoła w miasteczku Brok nad Bugiem, sąsiadującym z tym największym kompleksem leśnym podwarszawskiego Mazowsza, wystawiony został pamiątkowy kamień, na którym umieszczono płaskorzeźbiony medalion z  wizerunkiem Wojciecha Jastrzębowskiego, a poniżej niego znajduje się tablica z napisem: Wybitnemu botanikowi, założycielowi zakładu praktyki leśnej Feliksowo.
Profesor Jastrzębowski na medalionie pomnika w Broku nad Bugiem. Fot.L.Herz

        Nazwa Feliksowo przez krótki czas znaczyła bardzo wiele. Tam właśnie,  nad rzeczką Brok w odległości 5 km od Broku. powstało w 1860 roku leśne gospodarstwo doświadczalne, muzeum i szkoła leśna, założone przez prof. Jastrzębowskiego. Znana była w całym kraju, odwiedzały ją liczne delegacje z państw europejskich. Kilkudziesięciu uczniów szkoły leśnej z Feliksowa przystąpiło do powstania styczniowego. W pobliżu ich szkoły, 14 marca 1863 roku  doszło do bitwy z sotnią Kozaków. Nieopodal leśniczówki Antonowo nieco ukryty w lesie jest prosty pomnik powstańców z polnych kamieni, wzniesiony dla uczczenia poległych w bitwie. Budynki Feliksowa spłonęły, władze carskie urządziły w tym miejscu ośrodek wczasowy dla dygnitarzy. Po tym wszystkim śladu nawet nie ma. Jeśli jednak popytać mieszkańców okolicy, poniektórzy wskażą miejsce, gdzie się znajdował.
    Wędrując śladami prof.Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego można napotkać skonstruowane przez niego zegary słoneczne, bo i to robić umiał. Jeden jest w warszawskich Łazienkach, inny  na gotyckim kościele w Dziektarzewie nad Wkrą i  on jest na fotografii  poniżej.
Zegar słoneczny na ścianie  kościoła w Dziektarzewie nad Wkrą. Fot.L.Herz


 
Post scriptum. Bardzo interesująco pisał o Wojciechu Jastrzębowskim periodyk, wydawany przez PTTK "Gościniec". Zachęcam do sięgnięcia po ten tekst do internetu:
gosciniec.pttk.pl/18_2005/index.php?co=101

piątek, 25 września 2015

Sosna figa

   Minionego lata szedłem sobie niebieskim szlakiem
pośród sosnowych borów Kampinoskiego Parku Narodowego. Przy Kromnowskiej Drodze chciałem odwiedzić sosnę figę, jedno z najbardziej charakterystycznych drzew puszczańskich. Właściwie to są  trzy kilkudziesięcioletnie sosny, złączone ze sobą; pomiędzy dwie wplotła się sosna trzecia. Cała grupa powstała zapewne z samosiewu. Drzewa rosły zrazu obok siebie równomiernie, lecz z latami zabrakło im przestrzeni i zaczęły przeszkadzać sobie wzajemnie we wzroście. Uciskana przez boczne pnie sosna środkowa wygięła się w poszukiwania światła i sterczała jak palec pokazujący „figę” w zaciśniętej dłoni.
    Wiele razy byłem przy tym drzewie, ale nigdy nie zrobiłem dobrego zdjęcia, tylko raz jeden, zimą, na wycieczce rodzinnej, wtedy jednak bardziej to było zdjęcie dziecka u stóp drzewa, niż samej sosny. 

Sosna figa na starej fotografii i poniżej to, co z niej zobaczyłem tegorocznego lata. Fot.L.Herz 
      Nie sfotografowałem tego lata sosny-figi. Drzewo leżało na ziemi, pocięte na kawałki. Niestety, to był zabieg niezbędny, ta sosna umarła już kilka lat temu, była drzewem martwym, suchym – powiedział mi nadleśniczy Andrzej Starzycki z obwodu ochronnego Parku w Kromnowie. –  Jeden z jej pni złamał się i upadł na drogę, to samo każdego dnia mogło stać się z kolejnymi, a rosnące tuż przy szlaku drzewo było zagrożeniem. Oczywiście, że takiej ciekawostki żal, ale to nie był pomnik przyrody, trzeba było to zagrożenie usunąć.
    Odwiedzałem to drzewo co kilkanaście miesięcy. Sosna-figa rosła przy dość monotonnej krajobrazowo Kromnowskiej Drodze, prowadzącej ładnymi, lecz monokulturowymi borami. To charakterystyczne drzewo było niewątpliwie ozdobą  tej drogi i wiodącego nią niebieskiego szlaku turystycznego. Po raz pierwszy dowiedziałem się o niej z wydanej w roku 1962 książeczki „Wczoraj, dziś, jutro Puszczy Kampinoskiej”, napisanej przez dr Janusza Bobińskiego, który w pierwszych latach funkcjonowania parku narodowego w podwarszawskiej puszczy, wydał kilka publikacji, promujących to, co w tej puszczy warte jest zobaczenia. On nazwał to drzewo sosną-figą.
    Pisząc swój pierwszy przewodnik po Puszczy Kampinoskiej, wydany przez wydawnictwo Sport i turystyka w roku 1971, Kromnowską Drogę opisałem jako jedną z polecanych tras wycieczkowych; jeszcze wówczas nie prowadził nią szlak znakowanych. Oczywiście, że nie mogłem pominąć sosny-figi. Potem wymieniałem ją w każdym następnym swoim przewodniku, także w ostatnim, który ukazał się nakładem oficyny Wydawniczej Rewasz. Wprowadziłem to drzewo do mapy Puszczy Kampinoskiej, wydanej w skali 1:60 000 przez Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych; ta mapa miała kilka wydań, pierwsze w roku 1973. Już po transformacji ustrojowej, monopol niezniszczalnej dotąd PePeWuKi został złamany, również inne wydawnictwa zajęły mapami puszczy. Na wszystkich sosna ta się znajdowała. Zapewne przez wiele jeszcze lat i w wielu wydaniach będzie umieszczana przy Kromnowskiej Drodze. Ale już nikt nie będzie mógł jej odnaleźć w terenie. Szkoda. Bardzo jej tam będzie brakowało.

poniedziałek, 21 września 2015

Skarby mazowieckiej przyrody:
Las Młochowski, piękny i nie doceniany

W rezerwacie Młochowski Grąd. Fot.L.Herz

     Jesienna pora jest bardzo akuratną do odwiedzin tego lasu, z wielu lasów podwarszawskich on wydaje się być najbardziej kolorowy, bo we wszystkich piętrach rośnie w nim wiele gatunków liściastych, właśnie pod koniec września barw nabierających. Ten las rośnie koło Młochowa, na południowy zachód od Warszawy, o kilka kroków od dwujezdniowej szosy, którą codziennie pomykają tysiące aut.  Młochów jest  cichą i leżącą na poboczu szlaków wielkiej turystyki miejscowością o bardzo przyjemnym położeniu. Jej ozdobą jest klasycystyczny pałac z początku XIX wieku, projektował go sławny architekt, ten sam, co i warszawski Belweder – Jakub Kubicki. Wokół pałacu jest pałacowy park o krajobrazowym charakterze, projektowała go inna wybitność, twórca 300 polskich ogrodów – Walerian Kronenberg. Historia Młochowa i związanych z nim ludzi jest interesująca, a okolica przepyszna.
Pałac w Młochowie. Fot.L.Herz

    Do majątku  młochowskiego przez całe wieki należała rozległa okolica z kilkoma wioskami. Należały też do tego majątku dwa kompleksy leśne, oba ocalały, istnieją nadal, mają się dobrze. Jeden od Nadarzyna ciągnie się po Podkowę Leśną, drugi sąsiaduje ze wsią Młochów. Lasy  koło Podkowy Leśnej są  bardziej znane. Dla położonych przy linii WKD osiedli miast-ogrodów są terenem o charakterze parku leśnego, terenem spacerów, a że z Warszawy kolejką elektryczną dojeżdża się tam szybko i wygodnie, na duktach leśnych niemal zawsze i niezależnie od pogody, można spotkać wędrujących spacerowiczów, rowerzystów, konnych. Inaczej jest w tym drugiem lesie.
    Lasy w sąsiedztwie Młochowa są mniej znane, tam dojeżdża się głównie własnym samochodem, komunikacja publiczna jest i owszem wygodna, jednak raczej tylko średnio. Żal oczywisty, bo z urodą Lasu Młochowskiego nie wytrzymują porównania masowo odwiedzane lasy Kampinoskiego Parku Narodowego w okolicach Wólki Węglowej albo lasy Mazowieckiego Parku Krajobrazowego koło Międzylesia i Falenicy.
   Nie do uwierzenia, że tak blisko sporej aglomeracji warszawskiej, o kilka kilometrów od ruchliwej, obrośniętej gigantycznymi magazynami i hurtowniami szosy katowickiej, znajduje się taka oaza spokoju i piękna. Wielką ozdobą podwarszawskiego  krajobrazu jest Młochowski Las. Rosną  w tym lesie drzewostany sosnowe, mieszane i liściaste, podszycie jest gęste i bujna niższa warstwa leśna, najładniej jest tam wtedy, gdy to wszystko zacznie się barwić jesiennie.
Aleja, wiodąca od pałacu do lasu. Fot.L.Herz

    Mnogość w tej okolicy zabytkowych, pomnikowych drzew, malowniczych alei, są w lesie dwa rezerwaty przyrody, w rezerwacie Młochowski Grąd rosną dwustuletnie drzewostany sosnowo-dębowe, w rezerwacie Młochowski Łęg olszowo-jesionowe lasy łęgowe, przez które h przepływa Utrata, tutaj jest wąską rzeczułką, w której otoczeniu szaleje dzika przyroda, kiedyś rzeczułka napędzała młyny, pozostały po nich dwa stawy: w Nowinach i koło wioski Krakowiany.  Po wielu kilometrach, zanim ujdzie do Bzury, minie jeszcze Żelazowa Wolę, w której urodził się Fryderyk Chopin. A tutaj, w sąsiedztwie tego lasu wznosi się gotycki kościół w Żelechowie i obok na cmentarzu jest grób Józefa Chełmońskiego.
    Naturalnym przedłużeniem pałacowego parku krajobrazowego jest pejzaż okolicy o parkowym charakterze, z mozaiką pól, łąk i lasu, z wybiegającymi ku lasowi alejami starych drzew, oraz leśne alejki i dukty, teren przejażdżek i polowań dawnych właścicieli pałacu. Kapitalne są krajobrazy wokół asfaltowej szosy, wiodącej z Młochowa do Krakowian; po jedne stronie las, po drugiej urozmaicone zagajnikami i pojedynczymi drzewami pejzaż pól złotem zbóż w pełni lata malowany.
Rzeczka Utrata w rezerwacie Młochowski Łęg. Fot.L.Herz
Dawny młyński staw w Krakowianach, Utrata przezeń przepływa. Fot.L.Herz
    

   Tras wycieczkowych w tej okolicy jest sporo, doskonale zaprojektowane  znakowane szlaki dla turystyki pieszej umożliwiają podejmowanie wycieczek dłuższych lub krótszych. Pomyślane zostały atrakcyjnie, ale - niestety - nie widać, by miały gospodarza, więc nie wiadomo kto za  marną raczej jakość ich znakowania odpowiada: czy ostatnio podupadające mocno PTTK, czy gospodarujące lasami nadleśnictwo Chojnów, czy też gminy, przez których teren młochowskie szlaki przebiegają. Brakuje też w terenie drogowskazów, a od lat brakuje kładki na zielonym szlaku przez Utratę w rezerwacie Młochowski Łęg i przejście tym szlakiem tamtędy wydaje się trudniejsze od tatrzańskiej Orlej Perci.  Na szczęście jest wydana przez Compass mapa "Południowe okolice Warszawy" i tą mapą sobie pomagając można szlakami młochowskimi nie najgorzej wędrować. 
    Ze smutkiem jednak patrzę jak zabudowa coraz ciaśniej ten las opasuje. A wielkim jego walorem jest nadzwyczajny i bardzo harmonijny pejzaż kulturowy, np. terenów pomiędzy Młochowem, a Rozalinem, gdzie od tamtejszych pałaców wiodły w stronę lasu aleje starych lip pośród melancholijnego, nostalgicznego pejzażu polnego. Jeszcze tylko kilka lat i ten pejzaż ze szczętem zaginie. Grunty pod lasem są przecież w wielkiej cenie.    
Na skraju Lasu Młochowskiego koło Krakowian. Fot.L.Herz

Post scriptum. Odwiedziłem Młochów na początku tegorocznego września; zobaczyłem moc powalonych drzew w parku, skutek gwałtownej nawałnicy, jaka w godzinach popołudniowych 18 sierpnia przeszła przez okoliczne Mazowsze.  W  Młochowie w ciągu niespełna 5 minut wichura spowodowała zniszczenia, jakich nie widzieli tu nawet najstarsi mieszkańcy. Świadkowie tego zdarzenia dzielili się potem swoimi wrażeniami, odnajdowałem je w internecie. 
     Z opisów wyłaniał się obraz jak po bitwie: dziesiątki powalonych drzew, wysokich na kilkadziesiąt metrów. Kilka z nich było rozerwanych wzdłuż, a w środku były spalone od piorunów. Parkowe ścieżki były zablokowane. Droga do Krakowian całkowicie zablokowana z obu stron, co kilka, kilkanaście metrów leżały konary i gałęzie. Na tej drodze zaparkowany samochód, zgnieciony potężnym drzewem. Ludzi w tym czasie nie było w aucie. Wyszli na spacer po parku. I tam ich zastała nawałnica, która powaliła kilkadziesiąt drzew, a kolejne, spadające konary uniemożliwiły im ucieczkę do samochodu. Cały ten koszmar przeżyli w parku i jak się okazało było to dla nich szczęście w nieszczęściu. Szoferka ich samochodu była zgnieciona. 
    Dołączone poniżej zdjęcie jest ściągnięte z internetowego blogu i mam nadzieję, że autorka pożyczkę tej fotografii zechce mi darować. Przy okazji: zachęcam do zajrzenia w ten blog, albowiem pyszne on kulinaria proponuje.
Szosa z Młochowa do Krakowian tuż po nawałnicy. Fot.A.Dutkiewicz

piątek, 18 września 2015

Krajoznawcze smakołyki:
kapliczka ze Świętochowa 





    W swoich krajoznawczych wędrówkach po Mazowszu trafia się niekiedy na prawdziwe krajoznawcze rarytasy, zda się, że nikomu nieznane cudeńka, ukryte gdzieś tam przy bocznych drogach smakołyki, niekiedy bardziej smakowite, niż to, co jest powszechnie znane, cenione, odwiedzane. Zobaczyłem niedawno takie cudo nadzwyczajne i o nim jest ta krótka opowieść. 
     Z krajobrazem polskim ściśle są złączone kapliczki przydrożne. Kapliczek ci u nas w bród, brzydkich i  ładnych, zabytkowych i zupełnie bez wartości artystycznej, wszystkie jednak są wyrazem potrzeb polskiego ludu. Uczciwie mówiąc przyznać trzeba, iż współczesne kapliczki są raczej takie sobie, a najczęściej brzydkie i bez gustu. Nie wszystkie. Są wyjątki, a na dodatek znakomicie są wpisane w krajobraz. Niedawno taką zobaczyłem.
   Kapliczka ta postawiona została  pośród nieużytków i pól wioski Świętochów na na skraju Lasu Świętochowskiego na zachód od Tarczyna. Jest nadzwyczajnej urody współczesną kapliczkę przydrożną, znakomicie wpisaną w mazowiecki pejzaż. Radość patrzeć na tę otynkowaną na biało ceglaną kolumnę o niebanalnym kształcie, otoczoną zielenią pól i złocącymi się kępami nawłoci. Na szczycie kolumny, nakryta dwuspadowym daszkiem, spogląda na te pola płaskorzeźbiona figura  Matki Boskiej  o rozłożonych szeroko ramionach, jakby ujmującej w dłonie mazowieckie pola,  jakby to wszystko wokół nam ukazująca, urodę tej ziemi, jej bogactwo. Zobaczyłem w tym przedstawieniu  Matkę Boską Zielną, albo Siewną. Byłem przy kapliczce późnym latem, niebo było pogodne, błękitne, na nim rzadkie białe chmurki, wszystko razem ogromne na mnie zrobiło wrażenie. Wargi same z siebie skłaniały się do modlitwy. 

    Zainteresowała mnie ta kapliczka, nie było kogo o nią spytać, kilka dni później kilka informacji uzyskałem telefonując  pod numer znajdującej się nieopodal Wioski Bullerbyn, ośrodka kolonijnego dla dzieci. Dowiedziałem się, że upamiętniając tą kapliczką śmierć swojej żony, wzniósł ją mieszkaniec Świętochowa,  pan Gierwiałło. Dowiedziałem się również, że płaskorzeźba przedstawia Matkę Boską Brzemienną.
Matka Boska ze świętochowskiej kapliczki pp.Gierwiałło. Fot.L.Herz

      Chciałem się dowiedzieć bliższych szczegółów, kto kapliczkę projektował, kto rzeźbił, dlaczego powstała, odnalazłem numer telefonu pana Gierwiałło w Świętochowie, zadzwoniłem, ale mechaniczna sekretarka mezzosopranowym głosem damskim poinformowała mnie, że  telefonów przychodzących
ten numer nie przyjmuje.  

wtorek, 15 września 2015

Wielki las jest zupełnie podobny do miłości 
Pozostałości wielkiej, mazowieckiej puszczy: Las Bielański w Warszawie. Fot.L.Herz
    Napisał Stefan Żeromski, że "wielki las jest zupełnie podobny do miłości. Gdy weń wchodzisz - jesteś dziecięco uśmiechnięty, jesteś zachwycony cudami lasu, wonią, jakiej nigdzie nie ma na świecie, i milionami zjawisk, o jakich słyszałeś i czytałeś, z których nie zdawałeś sobie sprawy, a ujrzawszy które na własne oczy, oczarowanyś, zachwycony, unosisz się z każdą chwilą bardziej, i z przyspieszonymi uderzeniami serca idziesz w ciemną, odurzającą zieloną głąb".
      Czyż nie miał racji Stefan Żeromski, pod wpływem chwili te słowa notując w swoich "Dziennikach"? Czyż nie miał racji Tadeusz Konwicki, który pisał, iż las "jest wielkim ogrodem dzieciństwa, krainą złych przeczuć i pierwszych lęków, ojczyzna złośliwych demonów i gnomów, lecz równocześnie oazą skrytego dobra i pięknych wzruszeń". Dzieciństwo i miłość tak wiele mają ze sobą wspólnego.
    Są na Mazowszu takie lasy, w których przetrwało jeszcze sporo starodrzewu i zachowały się partie mroczne, puszczańskie, jakby przybyłe wprost z obrazów Artura Grottgera. To nie są  zwykłe lasy, to  nawet nie zwyczajna puszcza, to są prawdziwe knieje. Knieją w dawnych czasach nazywano las wielki, wyjątkowy, gęsty, trudny do przebycia, pełen zwierza dzikiego. Taki las skłania do zadumy. Bo to jest las romantyczny, jeden z tych, które wciąż bywają natchnieniem i obdarzają człowieka poczuciem tajemnicy, pod warunkiem iż zechce się on w nich zatracić. W takim lesie nie można opędzić się od podstawowych dla ludzkiej egzystencji pytań, pod warunkiem, że chce się je zadawać i chce oczekiwać odpowiedzi. 
    "Tylko człowiek nadaje sens przyrodzie, jej istnienie jest istnieniem dla człowieka. I odwrotnie, tylko w naturalnym środowisku człowiek osiąga swoją pełnię, dana mu jest szansa rozkwitu, szczęścia, smak swobody ciała i postępu ducha" - pisał francuski uczony Philippe Saint Marc, zaś polski ekofilozof, prof. Henryk Skolimowski twierdzi, iż  takie życiodajne puszcze są ważne dla ludzi przede wszystkim jako sanktuaria przyrody, w których bez nich nie mogłyby przetrwać rozmaite formy życia.  Po drugie zaś dlatego, iż takie lasy są dawcami oddychającego drewna, z którego wykonywane boazerie, meble i różne inne przedmioty mogą tchnąć życie w nasze mieszkania. Przede wszystkim jednak takie lasy są istotne jako sanktuaria.
     Dobrze jest wędrować drogami i duktami takich lasów, przystawać u stóp potężnych sosen i dębów, aby pośród leśnej ciszy - tak mocno dającej się słyszeć w czasie samotnej wędrówki - posłuchać także głosu swego serca. W obliczu wiekowych olbrzymów jakby lepiej można ujrzeć wielkość natury. Ale i ludzką małość, niestety, również...   
      
Anachronizm we współczesnym krajobrazie: Puszcza Kampinoska u wrót Warszawy. Fot.L.Herz


Puszczańskie krajobrazy w królewskiej Puszczy Kozienickiej. Fot.L.Herz

Puszcza Bolimowska. Bobry zabrały się za puszczańskie olbrzymy w rezerwacie na rzeką Rawką. Fot.L.Herz
W rezerwacie Jegiel w Puszczy Kamienickiej. Fot.L.Herz

Puszcza Zielona, mroczny bór w rezerwacie Czarnia koło Myszyńca. Fot.l.Herz

piątek, 11 września 2015

Gotyckie zamki mazowieckie
Zamek w Płocku nad Wisłą na rycinie z XIX wieku.
   Zamki zawsze należały do najwdzięczniejszych obiektów zabytkowych, legendy najchętniej czepiały się zamkowych murów,  ze swoich szkolnych wycieczek zamki zapamiętuje się najbardziej. Niewiele jednak zamków powstało na nizinnym Mazowszu. W epoce, w której powstawały zamki, a więc w czasach wczesnego średniowiecza i jeszcze trochę przedtem, na nizinach niełatwo przychodziło naszym przodkom znalezienie miejsca pod budowę gniazda rodzinnego zdatnego do obrony. A i budulca brakowało,  kamień często sprowadzano z daleka, najczęściej  z regionu świętokrzyskiego, a wypalania cegieł na tej środkowoeuropejskiej nizinie nauczono się dość późno. 
   We wczesnym średniowieczu na Mazowszu bezpiecznie nie bywało. Napadali na nie sąsiedzi  bliżsi i dalszy, najchętniej  Jaćwingowie i Litwini. Miejsca na obronę najlepsze służyły przez stulecia, np. wzgórza na stromym brzegu dużej rzeki: nad Wisłą w Czersku, w Płocku, Warszawie, Wyszogrodzie, nad Narwią w Pułtusku, nad Bzurą w Sochaczewie. Wpierw budowano drewniane gródki, dopiero potem murowane zamki, niektóre także pośród trudno dostępnych mokradeł, często na usypanym wzgórku. Takie zamki powstały u zbiegu Rawki i Ryłki w Rawie Mazowieckiej, nad Liwcem w Liwie, nad Łydynią w Ciechanowie.  
   Do dzisiejszych czasów przetrwało zaledwie kilka oryginalnych zamków  gotyckich, ale żaden w całości, od wielu dziesiątków lat są już tylko romantyczną ruiną: w Ciechanowie, Czersku, Liwie, Rawie Mazowieckiej. Większość została przebudowana, gotyckie części wkomponowano w mury z epok późniejszych, np. w Płocku i Warszawie. 
     W tej opowieści na boku pozostawiając zamki płocki i warszawski, zawędrować chciałbym ku kilku zamkom na nieco głębszej, mazowieckiej prowincji.  
Spojrzenie na krajobraz prowincji mazowieckiej z murów gotyckiego zamku w Ciechanowie. Fot.L.Herz
    Ruiny wspaniałego zamczyska w Ciechanowie już w tym blogu opisałem i do tego opisu zainteresowanych odsyłam. Tutaj chcę zatrzymać się przy trzech zamkowych ruinach, najbardziej gotyckich.
    Ruina zamkowa w Czersku dzisiaj należy do najchętniej odwiedzanych mazowieckich zabytków.  Już od połowy XIX wieku budziła zainteresowanie jako świadectwo przeszłości. Roman Zmorski  napisał jeden z najpiękniejszych romantycznych wierszy o czerskim zamczysku:

Po czarnych szczelinach, darłem się ku górze       Zobaczył to wicher — co gdzieś tam bałwany 
Mgły gonił w polu — i przybiegł zdyszany, 
I zawył mi w ucho: „Gdzież pniesz się to? gdzież? 
Od wieku nie dotknął nikt skroni tych wież!    
    Ceglane baszty zamku książąt mazowieckich z późnego średniowiecza górują nad okolicą. To najbardziej romantyczna mazowiecka ruina zamkowa. Gdy spojrzy się z wierzchołków tych baszt na otoczenie, wyraźnie widać, jak mądrą była zamkowa lokalizacja, zwłaszcza gdy pamiętamy, iż do XV wieku Wisła podpływała do stóp wzgórza zamkowego i dopiero, gdy odsunęła swoje koryto, Czersk stracił na znaczeniu.
Ruina zamkowa w Czersku jest nadzwyczajnie wpisana w mazowiecki krajobraz. Fot.L.Herz

    Do naszych czasów przetrwało w Czersku trochę murów i trzy baszty. Wieża bramna zachowała się najlepiej,  przez nią wiedzie wejście do zamku. baszta wschodnia służyła jako więzienie; jedyne wejście mieściło się na wysokości muru obwodowego, a więźniów opuszczano na dno głębokiego na 10 metrów lochu, wyłożonego kamiennymi płytami. W tym lochu nie przebierający w środkach Konrad Mazowiecki, walcząc o dzielnicę senioralną, więził swego brata Henryka Brodatego. Wkrótce potem zamknął w tym lochu kilkuletniego wówczas księcia Bolesława (później znanego pod mianem Wstydliwego). Działo się wiele w czerskim zamku, ale - o dziwo! - zamek ten, w przeciwieństwie do wielu innych zamczysk, nie ma swoich duchów. 

Masywna wieża liwskiego zamku; w niej zamurowany wjazd, przed nim był most zwodzony. Fot.L.Herz
   Zamek w Liwie wręcz przeciwnie, duchów jest pełen. W przeszłości Liw był jedną z ważniejszych miejscowości wschodniego Mazowsza, na granicy z Podlasiem, przy starej przeprawie przez Liwiec na historycznym trakcie handlowym. Zamek pobudowano na pagórku, usypanym pośród dawnych trzęsawisk. Budowę przed rokiem 1423  ukończył murator Niklos, budowniczy zamku w Ciechanowie. Na polecenie królowej Bony w wieku XVI mury i wieżę bramną podwyższono. To jedyna w całości zachowana część gotyckiego zamku książąt mazowieckich. 
   W  1792 roku wzniesiono obok barokowy budynek kancelarii starostwa o mansardowym dachu. W nim jest dzisiaj muzeum, a w nim m.in. portret Ludwiki Szujskiej; miała być ona osądzoną za wiarołomstwo i skazana na śmierć, a teraz nocami straszy jako Żółta Dama przy pełni księżyca. Legend w Liwie nie brakuje. Podobno po błoniach okolicznych wieczorami krąży dama w powłóczystej szacie, trzymając dwoje pacholąt za ręce. To księżna Anna i ostatni mazowieccy książęta. Podobno zamek był niegdyś połączony podziemnymi korytarzami z Węgrowem, ale "złe" przejście zawaliło. To właśnie "złe" przybiera czasem  postać starca, zatrzymującego podróżnych na moście i częstuje tabaką lub serem, czemu nie wolno ulec.
Zamek w Rawie Mazowieckiej, kiedyś więzienie, potem skarbiec królewski, dziś obiekt turystyczny. Fot.L.Herz 
   Niewiele pozostało dzisiaj z królewskiego zamku  w Rawie Mazowieckiej. Zbudowano go z czerwonej cegły w XIV wieku na sztucznym wzniesieniu wśród bagien u zbiegu Rawki i Ryłki. W czasach panowania książąt mazowieckich był jednym z najważniejszych na Mazowszu. Pod koniec wieku XIII była już Rawa stolicą kasztelanii i stolicą księstwa i Ziemi Rawskiej, a przed 1400 rokiem miała prawa miejskie. Po inkorporacji tej części Mazowsza do Korony, od 1462 roku tutaj była stolica województwa. Przez wiele dziesięcioleci szczyciło się miasto mianem jednego z bardziej zamożnych w Polsce, podupadło w XVII wieku.
   Podobno wyraz "szubrawiec" pochodzi od tego, iż "sub Ravam" osadzano  więźniów, a więźniami były też znakomitości, np. syn króla szwedzkiego Karola IX w 1601 roku. Później w tym zamku gromadzono tzw. skarb rawski, a były to pieniądze przeznaczone na utrzymywanie stałego, zaciężnego wojska, zwanego kwarcianym, gdyż na jego utrzymanie pobierany był z dóbr królewskich w wysokości kwarty części, tj. ćwierci.
   Rawski zamek ma swoje legendy, a jedna z nich jakoby posłużyła Szekspirowi do napisania "Opowieści zimowej". Opowiada ona legenda o Ludmile, żonie księcia Ziemowita, która odrzuciła awanse rycerza krzyżackiego, a ten w zemście oskarżył ją przed księciem, iż zdradzała męża z paziem. Oboje zginęli, a po śmierci się okazało, iż paziem była przebrana dziewczyna. Nocami można dziś niekiedy ujrzeć ducha nieszczęsnej Ludmiły.     

wtorek, 8 września 2015



Na piaseczyńskim rynku


 
Sympatyczny jest rynek piaseczyński. Dzisiaj jest salonem o ładnej posadzce, jest na tym rynku fontanna, ławeczki są i w ogóle to miło tam jest, letnią zwłaszcza, pogodną porą. Nieliczne kamieniczki dziewiętnastowieczne też swój wdzięk mają i tworzą klimat. Najważniejsza jest zachodnia pierzeja rynkowa, na której znajdują się obok siebie trzy najważniejsze zabytki miasta.      
    Podwarszawskie Piaseczno jest dziwnym tworem miejskim. Najbardziej sympatyczne jest otoczenie rynku, bo to jest miasto lokacyjne, zbudowane na średniowiecznym założeniu urbanistycznym. Jest Piaseczno jednym z najstarszych miast na Mazowszu, a prawa miejskie otrzymało w 1429 roku z rąk księcia Janusza I.  Herbem Piaseczna jest Junosza (Baran), polski herb szlachecki, którym pieczętowały się niektóre rody mazowieckie. Przez lata Piaseczno było tradycyjnym miejscem targów i jarmarków, w XVI wieku miasto przeżywało  swój największy rozkwit. Wówczas na Mazowszu istniało coś około setki miast, ale na dobrą sprawę większość z nich była więcej wsią, niż miastem, chociaż w wielu całkiem przyzwoite miały założenie urbanistyczne, często z porządnym rynkiem pośrodku.
  Gdybyśmy się znaleźli w którymś z tych mazowieckich miasteczek  pod koniec XIX wieku, zapewne również i w Piasecznie, zobaczylibyśmy pełen końskich i krowich łajn rynek oraz kaczki, gęsi i indyki, spacerujące po bocznych uliczkach, po których płynęły nieczystości. Takimi miasteczkami nasza polska ziemia była usiana.
  W ostatnim dwudziestopięcioleciu wiele mazowieckich miast uzyskało nową, wcale dostatnią twarz. Niektóre miasteczkami pozostały, inne bardzo się rozrosły, tak jak Piaseczno. Wokół rynku Piaseczno jest miasteczkiem, a nie miastem. I to jest chyba najpiękniejsze co się mogło miastu Piaseczno przydarzyć, że tę miasteczkową część zachowało i że o nią dba. A wokół jest zupełnie inne Piaseczno, na które składa się kilka odmiennych miast. Każde z nich inne, jedne do drugiego niepodobne. Niedaleko od tego rynku jest dzielnica przemysłowa, telewizory dla połowy mieszkań w Polsce tam produkowano. Niemal tuż obok rynku ogromne domy mieszkalne, wielopiętrowe, zupełnie do tego starego miasteczka nie pasujące. Pod Las Kabacki podchodzi Józefosław, cały jest  we współczesnym budownictwie mieszkaniowym i chociaż to Piaseczno, tak naprawdę to sypialnia Warszawy z mieszkaniami tańszymi niż w Stolicy. I jest jeszcze Zalesie Dolne, miasto-ogród z willami wśród starego drzewostanu, z niezliczonymi pomnikami przyrody. 

Przez Piaseczno najczęściej się tylko przejeżdża. Fot.L.Herz

     Turyści przez środek Piaseczna najczęściej przejeżdżają autobusem, jadąc na wycieczkę do Chojnowa lub Warki. Rzadko  celem wycieczki czyni się samo miasto. A jest na co spojrzeć. Niewielki ratusz  zbudowany został wedle projektu Hilarego Szpilowskiego w 1823 roku w stylu klasycystycznym. Takich ratuszy Szpilowski porozsadzał po Mazowszu kilka. Ten się wyróżnia umieszczonym na kopule wież półksiężycem, który ma przypominać o pobycie w Piasecznie w 1777 roku posła tureckiego Numan-beja, wysłannika Otomańskiej Porty do króla Polski.

Najważniejsze zabytki piaseczyńskie: klasycystyczny ratusz i gotycki  kościół. Fot.L.Herz

  Najcenniejszym zabytkiem jest orientowany, ceglany kościół Św. Anny. Należy do grupy mazowieckich kościołów późnogotyckich z XVI wieku,  był wielokrotnie  restaurowany, prócz elementów z epoki gotyku, zawiera również sporo z epok renesansu i baroku, a także współczesnych. Razem   współtworzą udaną całość. Gotyckie są portale ceglane z ok.1565 roku, a najładniejszy do zakrystii ma ręcznie kute drzwi. Od strony rynku widnieją w murze szczątki tzw. kuny, w którą zakuwano przestępców, wystawionych na publiczny widok gwoli przestrogi. W arkadowej wnęce prezbiterium umieszczono późnobarokową figurę św. Jana Nepomucena, fundowaną przez starostę piaseczyńskiego Józefa Aleksandra Sułkowskiego w 1736 roku, a jak podaje tablica obok, w milenijnym roku 2000 odnowiona przez starostę piaseczyńskiego Wojciecha Adamiaka wyznania ewangelicko-augsburskiego w intencji jedności chrześcijan. 
Św. Jan Nepomucen z Piaseczna. Fot.L.Herz

    Do wnętrza turyście wejść niełatwo, albowiem -  jak to bywa na ogół -  poza godzinami nabożeństw polskie kościoły są zamknięte dla odwiedzających je przybyszy i turystów. Szkoda, wnętrze kościoła piaseczyńskiego odwiedzin jest warte. Jest tam późnogotycki krucyfiks z początku XVI wieku, noszący cechy oddziaływania sztuki Wita Stwosza, z tegoż wieku pochodzą również fragmenty malowideł wewnętrznych ścian, przedstawiające Mękę Pańską, odkryte w części prezbiterialnej. Ołtarz główny i dwa boczne są  też godne spojrzenia.
    Pomiędzy kościołem, a ratuszem, stoi murowana, klasycystyczna stara plebania, parterowa z poddaszem, na szczycie data 1794, wedle tradycji budynek powstał fundacji Ryxów. Jest wewnątrz Muzeum Regionalne. Dla przybysza z zewnątrz nic w nim specjalnego, ale dla mieszkańców wręcz przeciwnie, z takich jak tam przechowywanych pamiątek i zdjęć, tka się historia miasta i gdy w nim się mieszka, dobrze jest to wiedzieć. 
Stara plebania. Fot.L.Herz

sobota, 5 września 2015

Okrzejka

Rzeka  w pobliżu Oronnego. W tej okolicy w roku 1794 umierała Rzeczpospolita. Fot.L.Herz
     Bardzo polski, mazowiecki, łagodny i serdeczny jest krajobraz nad Okrzejką. Niedawno znów byłem nad tą rzeczką. Wraz ze mną kilkanaście osób, najstarszy uczestnik tej wycieczki był o siedemdziesiąt lat starszy od uczestniczki najmłodszej. Wszyscy z wycieczkowiczów nad brzegami Okrzejki stanęli po raz pierwszy, wszyscy po raz pierwszy usłyszeli jej nazwę. 
Ten prawobrzeżny dopływ Wisły jest rzeczką niepozorną, niebyt szeroką, jedną z wielu mazowieckich rzeczek o których się nic nie wie i wydaje się, że wiedzieć nie ma po co. A jednak wiedzieć się powinno. Okrzejka ma zaledwie kilkadziesiąt kilometrów długości, ale z jej brzegami związane są dwa bardzo ważne dla Polski wydarzenia. W górnym bieg nad brzegiem tej rzeczki znajduje się wioska Wola Okrzejska, 5 maja 1846 roku w skromnym dworku, należącym do jego babki Felicjany Cieciszowskiej, w którym zamieszkali jego rodzice, urodził się jeden z tych Polaków, którzy nas wszystkich ukształtowali, laureat literackiej nagrody Nobla, Henryk Sienkiewicz.
Rzeczka uchodzi do Wisły nieopodal Maciejowic, około których na polach wsi Oronne koło Podzamcza nad Okrzejką umarła Rzeczpospolita, 10 października 1784 roku tam rozegrała się decydująca bitwa Insurekcji Kościuszkowskiej, nad Okrzejką Rosjanie pokonali polską armię Tadeusza Kościuszki, a on sam dostał się do carskiej niewoli. 
 Jakiś czas temu czytałem wywiad, udzielony przez Stanisława Barańczaka, w którym opowiadał on, że jego amerykańscy studenci mieli zwyczaj kreślić uwagi na marginesach pożyczanych książek; dzieła literatury polskiej upstrzone są zdaniami w rodzaju „dobrze wam tak!, sami na to zasłużyliście...". Być może, z amerykańskiej perspektywy patrząc, mają nieco racji.  Tyle, że polska literatura nie żywiła się tylko klęskami. A Henryk Sienkiewicz nie o klęskach pisał swoje najlepsze powieści, on je pisał ku pokrzepieniu narodu. Niektórzy mają mu to za złe, dlaczego? nie za bardzo rozumiem.      
 Różne myśli nachodzą człowieka nad rzeką Okrzejką, o której większość z nas nic nie wie. A bardzo jest ładną ta niewielka rzeczka. I sporo ma nam do powiedzenia. Bardzo mazowiecki jest pejzaż okolicy nad Okrzejką.  Polskę się czuje nad nią, taką zwyczajną, z krajobrazem w którym właściwie nie ma niczego szczególnego, ale to przecież nasz krajobraz, własny, wśród niego wzrastaliśmy i w głębi tego pejzażu żyjemy. Nasz ci on jest i tyle...   

środa, 2 września 2015

Piaszczysta droga polna na Mazowszu
w upalny dzień przy końcu lata
    To zdjęcie zrobiłem  pod koniec tegorocznego lata w okolicach Podebłocia w powiecie ryckim na  południowo-wschodnim krańcu Mazowsza. Pierwszy raz tamtędy szedłem do pociągu ponad czterdzieści lat temu, później już mnie nie było na tej polnej drodze, wiodącej w stronę stacji w Życzynie. 
   Wiele różnych dróg wówczas poznałem, zachłannie poznając Mazowsze.  Ku stacjom kolejowym bardzo często prowadziły dróżki, zwane rowerówkami. To był najkrótszy dojazd do stacji od  wiosek. Niemal nie było wtedy prywatnych samochodów, na wsi zupełnie ich nie było, asfaltu do tych wsi też jeszcze nie doprowadzono, rower był powszechnym środkiem lokomocji, zostawiało się rower przy stacji i jechało pociągiem do miasta do pracy.
    Lubiłem te rowerówki. Teraz to już przeszłość, lud wiejski na ogół ma swoje auta, do większości wiosek wiedzie droga asfaltem i choć jest dłuższa od rowerówkowej drożyny, ale jest wygodniejsza, więc rowerówek praktycznie się już nie spotyka.  Dawniejszymi laty takie rowerowe dróżki były bardziej pewne od najpewniejszej mapy, pomagały znaleźć najkrótszą trasę do stacji. Przerzucały się z drogi na drogę, czasem wiodły na skos przez zaorane pole, przed żniwami szło się wtedy taką dróżką wśród łanów zboża i to było bardzo sympatyczne wędrowanie. I taką zapamiętałem wtedy, gdy od Podzamcza szedłem do stacji w Życzynie. Te zboża z kłosami na wysokości ramion wciąż mam przed oczami.
    Tego roku szedłem tamtędy, gdy zboże już zwieziono z pól, otaczały mnie ścierniska, z nieba lał się żar, a droga była niewygodna, okrutnie piaszczysta. Powinno mi być źle, ale nic z tego, źle mi nie było. Dobrze się czułem wśród tego krajobrazu. 

Pośród mazowieckich pól przy końcu upalnego lata. Fot.L.Herz

Wystąpił błąd w tym gadżecie.