niedziela, 20 grudnia 2015

 
Były kiedyś śnieżne zimy na Mazowszu
Zima w Ponurzycy
…..............................................................
Bardzo niezimowa jest, jak dotąd, mazowiecka zima tego roku. Grudzień zmierza ku końcowi, Święta Bożego Narodzenia za pasem, a pogoda jest, jaka jest, każdy to widzi. Mrozu nie ma w ogóle, czasem jakiś przymrozek nocny się przydarzy i szron na kilka rannych kwadransów pobieli dachy. O śniegu tylko marzyć można. A przecież nie tak bywało i to wcale niedawnymi laty.
   Od wielu lat prowadzę notatnik, chętnie do starych w nim zapisków powracam. Teraz zajrzałem do nich, aby poszukać w nich zimy. Bardzo piękną zimę znalazłem w swoich zapiskach z roku 2009, w którym pod datą u 17 grudnia zanotowałem: wczoraj zaczęła się wyczekiwana zima. Prawdziwa i nieudawana. Dziś napadało sporo śniegu. Do ośmiu stopni poniżej zera. W nocy podobno ma być jeszcze zimniej. Chmurno, lecz ładnie, chociaż w mieście na ogół rzadko kiedy jest ładnie. Zimą na wsi jest trudniej żyć, lecz zima wiejska to jest dopiero zima. Zimę polską widzi się najlepiej, gdy opuści się wąwozy miejskich kamienic i wejdzie między polskie pola. Rozległe, zda się ciągnące się daleko, daleko, bez horyzontu.
    Pamiętam, że zawsze wielkie na mnie wrażenie czyniły opisy pogody, zaczynające każdą z części „Chłopów” naszego noblisty, Władysława Reymonta. I teraz po stosowny opis z owej arcypowieści sięgnąłem. Piękny on jest ten opis, cudownym polskim językiem jest to wszystko opowiedziane, dla wielu z nas, dzisiejszych, jest ten język językiem prawie obcym. Jak i takie zimowe krajobrazy, które Władysław Reymont urodziwą polszczyzną opowiedział...
    ...”przed samą świętą Łucją przyszła odmiana... A skoro jeno przedzwonili na południe, zmroczało się nieco i jął padać śnieg dużymi płatami, a sypał gęsty, bo wnet opierzył wszystkie drzewa i wyniosłości. Noc się rychlej zrobiła, ale śnieg nie przestawał, sypał coraz gęściej, suchszy nieco a sypki, i tak już przez całą noc padał.
   Na świtaniu było już śniegu na dobre trzy piędzie, do cna przyokrył kożuchem ziemię i przesłonił świat cały modrawą białością, a leciał wciąż, bez przestanku... Biaława ćma się czyniła, rosła, stawała; biały, migotliwy, niepokalany brzask sypał się by ta wełna najbielsza, najmiększa, najśliczniejsza; suły się gęstwą nieprzeliczoną by ta zamarzła poświata, jakoby wszystkie gwiezdne światłości, zakrzepły w szron i starte lotem podniebnym na proch, świat zasypywały, przysłoniły się rychło bory, przepadły pola, że ani okiem uchwycił, zginęły drogi, roztopiła się wieś cała i wsiąknęła w tę białość cudną, w ten oślepiający tuman, a w końcu nie było już dla oczów nic widne, prócz tych strug śnieżystego pyłu, spływającego tak cicho, tak równo, tak słodko, kiej te wiśniowe okwiaty w noc miesięczną.
     Chociaż po Mazowszu pałętam się już od wielu lat, raz tylko jeden udało mi się taki reymontowski pejzaż fotograficznie uchwycić. Jeszcze nie cyfrowo, lecz na błonie fotograficznej, ale już na japońskiej, nie dederowskiej, więc zdjęcia pyszne. Niedawno zaniosłem stary film z roku 1995 do skanowania. Są na nim moje fotografie z zimy, jaka mi się przydarzyła w okolicach mazowieckiej wioski Ponurzyca.
   To jedna z tych niewielkich wiosek na Mazowszu, wiosek śródleśnych, za górami, za lasami położonych, do których dotrzeć niełatwo. Od ponad czterdziestu lat odwiedzam tę Ponurzycę pośród lasów na południe od Otwocka. Nie dojeżdżają do niej autobusy, najbliższy przystanek kolejowy jest oddalony o kilka kilometrów leśnej wędrówki, a w tym lesie pełno gór piaszczystych i bagiennych torfowisk, nad głowami wędrowcy ponuro kruki kruczą i przenikliwie, niczym tolkienowskie Nazgule, nawołują się myszołowy. Samochodem dojechać też niełatwo, droga zawiła, a w zimie po kilkudniowych opadach śniegu Ponurzyca jeszcze bardziej oddala się od świata.
    Zimową wycieczkę sprzed dwudziestu lat wspominam jako nadzwyczajną. Tęsknię za jej powtórzeniem. Bywałem późniejszymi laty w Ponurzycy razy kilka, ale takiej zimy już nie dopadłem. Pewnie nigdy się już się tam dla mnie nie zdarzy.  Od kilku lat zim na Mazowszu już nie ma. Takich prawdziwych, śnieżnych zim. Jak ta w Lipcach, którą opisywał Reymont, i jak ta, którą dwadzieścia lat temu zdjąłem w okolicach Ponurzycy...


Zima w Ponurzycy. 18 grudnia 1995 r. Fot.L.Herz

wtorek, 15 grudnia 2015





O kilka kroków od Warszawy:
Nieporęt
.........................................................................................................................................

    Dla polskich królów z dynastii Wazów był Nieporęt tym, czym Niepołomice dla Jagiellonów, miejscem wywczasów podmiejskich i łowieckich zabaw. Niewiele zostało z dawnej nieporęckiej puszczy, nieduże  i oderwane od siebie kompleksy leśne, to wszystko.
     Gdy Zygmunt III Waza w roku 1596 przeniósł królewską siedzibę z Krakowa do Warszawy, zdecydował też na wzniesienie dla siebie i swojej rodziny dworu myśliwskiego u progów królewskiej stolicy. Tereny łowieckie w okolicach Nieporętu były przednie, lasy i bory urozmaicone, mokradeł było tam sporo, zwierza w nich wszelakiego dostatek.
Leśna dróżka w pobliżu Nieporętu. Fot.L.Herz
     Dwór myśliwski nie tylko łowieckim uciechom miał służyć, miał też być azylem na wypadek wybuchu zarazy, a był to czas, gdy zarazy hasały często po Europie. Wybór padł na Nieporęt, wtedy dobrze już zagospodarowaną osadę bartniczą, położoną w sercu głębokiej puszczy w widłach Wisły i Narwi, nad niewielką rzeczką Długą. Zygmunt III wzniósł tu drewnianą rezydencję, kaplicę, założył ogród. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie, a nie wiadomo też, jak ta drewniana budowla wyglądała, bowiem nie zachowała się żadna ilustracja.
     W literaturze pojawiają się nieliczne wzmianki na temat wyglądu dworu. Podstawowym źródłem informacji jest relacja Jean’a de Laboureur’a z roku 1646. Skrzętnie notował on wszelkie dostępne szczegóły pobytu w Polsce, tworząc encyklopedyczny informator o Polsce. W rok po zakończeniu podróży i powrocie do Francji, wydał on swe notatki w formie książki.
    “Nieporęt jest zamkiem drewnianym wybornej ciesiołki. Król i królowa, mogą w nim wygodnie mieszkać z pierwszymi dworu panami, a to dla mnogości ozdobnych pokojów. Znajdują się w nim wielkie podwórza, piękny ogród i kaplica; na koniec nic innego w nim żądać nie można, tylko trwalszego materiału; lecz jest to okręt, który często opatrywać trzeba. Postawił go Zygmunt III, znacznie przyozdobił syn jego, dzisiejszy właściciel, ks. kardynał Kazimierz. Uczęszcza do niego król dla wiejskiego spoczynku i dla bliskości Warszawy, do której nie masz jak 3 godzin jazdy”.
     Przetrwał też w historii anegdotyczny okrzyk, jaki na widok tego dworu wydał papieski nuncjusz Malaspina. Włoch, nawykły do właściwych jego rodzinnej Italii budowli kamiennych, murowanych. Na widok drewnianego dworca w Nieporęcie klasnął w dłonie i wykrzyknął: jakże pięknie ułożony stos drewna na podpałkę!

Kanał Żerański w Nieporęcie. Fot.L.Herz

    Wybierając Nieporęt na swoją podmiejską siedzibę, Zygmunt III nakazał rzeczkę Długą „doprowadzić do porządku, aby ściągnąć wody z puszczy”. Tak się zaczęła melioracja tej okolicy i początek znikania puszczy, które to zniknienie udało się nie najgorzej, skoro już jej nie ma, acz są fragmenty jeszcze ciut ciut puszczę przypominające. Zawołany myśliwy, Władysław IV, syn Zygmunta III, „wyjeżdżał na swym ulubionym bacie („bat” to nazwa rodzaju łodzi) z przystani podzamkowej i płynął na nim przez istniejący wówczas kanał na samo miejsce.”
    Tego kanału, o którym wspomina Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego, nie można utożsamiać z dzisiejszym Kanałem Żerańskim, bo ten powstał dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku, ale fakt, że był już w czasach wazowskich kanał, zwany Królewskim, od Narwi w górę biegu rzeczki Długiej przekopany aż do Kobiałki.
     „Tu najchętniej mieszkał Jan Kazimierz" — pisał Niemcewicz w 1839 roku — „gdy był jeszcze królewiczem i kardynałem, a gdy został królem, pod wpływem częstych napadów mizantropii, chronił się tu od gwaru dworskiego i trudów panowania. Dwór myśliwski przemieniał się wtedy w miejsce kontemplacji, wypoczynku i sielskich zabaw, które znękany monarcha nazywał swoim tusculum". Taką nazwę nosiło modne miejsce wypoczynku starożytnych Rzymian, np. Lukullusa, Mecenasa, Cycerona. Porównanie dla Nieporętu niewątpliwie zaszczytne. Abdykując, Jan Kazimierz ofiarował rezydencję zakonowi jezuitów.

Kościół w Nieporęcie. Fot.L.Herz

    Jest w Nieporęcie kościół, ufundowany przez Jana Kazimierza w 1651 roku, którego fasadę i wnętrze ukształtowano jednak później, dopiero przy końcu XVII wieku. Jest świątynią barokową o przeciętnej, sympatycznej jednak urodzie. W dzwonnicy-bramie, zapewne jest ona z wieku XIX, znajdują się dwa dzwony z 1739 roku, odlane w Gdańsku. Jeden jest zwany „Janem Kazimierzem", a na nim umieszczono napis: „Krzyknęli chłopięta, wyszedł Jan Kazimierz królem z Nieporęta".

     Zagadkowa jest nazwa Nieporęt. Stanisław Rospond napisał, iż jest nazwą niezwykłą, tylko tu występującą. Przypuszcza on, że nazwa to topograficzna, charakteryzująca położenie, na co wskazuje ostatni człon nazwy, który można czytać jako: wzniesienie, przylądek, ujście rzeki. Prawda: leży Nieporęt na skraju piaszczystej ostrogi z wydmami, wcinającej się między doliny Narwi i uchodzącej do niej rzeczki Długiej, dziś płynącej przekopem Kanału Żerańskiego. Szosy, koleje, rozbudowane dziś osady, zatarły jasność topograficzną tego terenu, jest ona jednak na mapach wciąż widoczna. Zapewne czasy dzisiejsze są dla Nieporętu czasami najlepszymi. Jednak dawnej puszczy żal...
Charakterystyczny typ boru pod Nieporętem, w podszyciu u stóp sosen królują jałowce. Fot.L.Herz
 
        Okolice Nieporętu są atrakcyjnym terenem wycieczkowym. Pośrodku wioski, na placu u stóp współczesnego ratusza gminnego, zaczynają się wiodące w głąb lasu znakowane szlaki turystyczne, zachęcające do wędrówek o każdej porze roku. Można też wędrować wygodną dróżką nad Kanałem Żerańskim, jest w okolicy kilka szlaków rowerowych, ale największą frekwencją cieszą się brzegi Jeziora Zegrzyńskiego. Tam największy tłok, tak na lądzie, jak i na wodzie.

Sympatyczna jest trasa wycieczkowa nad Kanałem Żerańskim. Fot.T.Jaroszewska

Na szlaku pośród boru na nieporęckich wydmach. Fot.T.Jaroszewska

 Największa atrakcja okolic Nieporętu, ogromne Jezioro Zegrzyńskie. Fot.L.Herz

wtorek, 8 grudnia 2015


Tu i tam to i owo 
dla pamięci fotograficznym aparatem zdjęte
  ................................................................................................................
 
Zimę tego grudnia mamy bezśnieżną, temperatury znośne, pogoda jednak raczej mało jest sympatyczna, czasem wieje, a mglistość zdarza się często ogromna, dzień wstaje późno, zmierzch zapada za wcześnie, więc jak nie trzeba, to z domu wychodzić się nie chce. Nadszedł czas sięgania po wspomnienia czasu letnich wędrówek. 
Wędrując tu i tam po Mazowszu, fotografuję to i owo, czasem z premedytacją obiekt fotografowany wybieram, a czasem pstrykam zdjęcie pod wpływem impulsu, bo mi się po prostu podoba. Przez większość mojego życia nie wolno było fotografować w muzeach, teraz to się odmieniło, tyle że lamp błyskowych używać nie wolno, ale i tak nie są już one potrzebne, albowiem współczesny sprzęt fotografujący jest niezwykle czuły i pozwala na robienie zdjęć bez błysku nawet w nieoświetlonych  wnętrzach. Więc fotografuję, a później oglądam sobie te zdjęcia na ekranie monitora w domowym komputerze i jest mi dobrze, bo nie wychodząc z domu obcuję ze sfotografowanym pięknem.

Fot.1-Otwock Wielki.. Fot.L.Herz

   Ten blat zabytkowego stolika (Fot.1) sfotografowałem w muzeum wnętrz, znajdującym się w Otwocku Wielkim, a będącym oddziałem warszawskiego Muzeum Narodowego. Zanim powstał powszechnie znany Otwock, rozbudowany pośród sosnowych borów nad Świdrem przy linii kolejowej z Warszawy do Dęblina, istniał inny Otwock i ten inny dał nazwę stacji, wokół której wyrosło zrazu letnisko, a potem miasto. Tamten starszy Otwock nazwano Otwockiem Starym, albo Wielkim i ta druga nazwa jest teraz upowszechniona.
     W Otwocku Wielkim, który jest wciąż wsią i raczej  niedużą, chociaż przymiotnik w jej nazwie na co innego wskazuje, znajduje się Pałac Bielińskich, jeden z najcenniejszych zabytków późnego mazowieckiego baroku,  zbudowany w latach 1693-1703, zapewne wg projektów Tylmana z Gameren, a w połowie wieku XVIII przebudowany przez Jakuba Fontanę.
     Otwockie muzeum wnętrz jest  znakomite i piękne rzeczy w nim się znajdują.  Fotografując ten blat zabytkowego stołu nie zapisałem niestety tego, co fotografuję, czego żałuję. Mocno mi ten kolorowy obrazek  przypominał zapamiętane z przeszłości "Huśtawkę" Jean-Honoré Fragonarda,
dzieło  francuskiego malarza epoki rokoka. Listownie zapytałem panią kustosz otwockiego muzeum czy podążam dobrym tropem. Niebawem odpisała mi, iż stolik jest w muzeum depozytem Potockich z Krzeszowic, a wykonanie jego określa się na 2 połowę XIX wieku; forma i dekoracja są inspirowana rokokiem. Sugerowała mi pani kustosz, iż może lepiej napisać, że motyw zaczerpnięty, a całość w duchu... i  że to dziełko inspirowane jest „Huśtawką” Nicolasa Lancerta  (1690-1943), który w latach 1735-40 namalował aż trzy Huśtawki. W momencie wykonywania stolika znany był także i pewnie bardziej uznany obraz Jeana-Honorégo Fragonarda, czy choćby freski Norblina w pałacu natolińskim. 
Fot.2-Warka. Fot.L.Herz
     Te dwie zgrabne, pozłacane figurynki dwóch pięknych dam w antycznym stylu (Fot.2) sfotografowałem w innym muzeum, mieszczącym się w Pałacu Pułaskich w Warce. W roku 1747 w tym pałacu urodził się Kazimierz Pułaski, bohater narodu polskiego i amerykańskiego, w roku  1779 zginął bohaterską śmiercią pod Savannah. Muzeum wareckie jest poświęcone nie tylko Kazimierzowi Pułaskiemu, ale i innym wielkim Polakom, którzy zaznaczyli się w dziejach Stanów Zjednoczonych: wielkiej aktorce Helenie Modrzejewskiej, znakomitemu pianiście Ignacemu Paderewskiemu, naczelnikowi Tadeuszowi Kościuszce i jego adiutantowi, świetnemu historykowi Julianowi Ursynowowi Niemcewiczowi. 
     Wnętrza pałacu wareckiego są stylowe i urządzone historycznymi meblami i obrazami. Trudno się z nimi rozstawać, wnętrz tego muzeum opuszczać się nie chce. Będąc tam ostatnio, jak każdy współczesny turysta to i owo fotografowałem. To urocze zdjęcie z Warki przedstawia górną część zegara, a ten zegar na kwadratowej podstawie jest wykonany z brązu, brązu złoconego i czarnego marmuru, a pochodzi z Francji, początek XIX wieku. Piękny detal, nieprawdaż?
Fot.3 - Węgrów. Fot.L.Herz
      Z Węgrowa jest zdjęcie kolejne (Fot.3) i jest to fragment fresku w jednej z dwóch węgrowskich świątyń, w których znajdują się  ogromne, imponujące malowidła ścienne. Na freskach tych tłoczą się tłumy świętych i anioły wyciągają z czyśćcowych płomieni dusze w nich pokutujące; to typowe dzieła na zamówienie, powstałe w okresie kontrreformacji.  Węgrowskie malowidła wykonał jeden z  najwybitniejszych artystów z Włoch, jaki przywędrował na Mazowsze.
     Michelangelo Palloni z Toskanii urodził się w Campi nieopodal Florencji w dzień św. Michała Archanioła, w dniu 29 września 1642 roku i od świętego archanioła wziął imię. Początkowo pracował w Italii, a do  Rzeczypospolitej Obojga Narodów został sprowadzony w 1674 roku przez magnacką rodzinę Paców, wykonując  freski w kościołach fundowanych przez jego mecenasów na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, najprzedniejsze w kościele na Antokolu, a bardzo wspaniała to świątynia, jak mało która. 
     W roku 1684 Palloni przeprowadził się do Warszawy. Jan III zatrudnił artystę  przy dekoracji Pałacu Wilanowskiego, na zlecenie prymasa Michała Stefana Radziejowskiego Palloni  wykonał malowidła w Łowiczu, a najwięcej pracował dla Jana Dobrogosta Krasińskiego w Warszawie i w jego prywatnym mieście, w Węgrowie.
      Palloni był  najznakomitszym freskantem, działającym w Polsce w dobie baroku, nie ulega to żadnej wątpliwości. Znakomite dzieła po sobie pozostawił na Mazowszu, w granicach Polski tylko tutaj, dla mieszkańców mazowieckiej ziemi to  zaszczyt. Molto grazie, messer Michelangelo.  

     
Fot.4-Mława. Fot.L.Herz


     Na zakończenie tej opowieści przenieśmy się teraz  znacznie głębiej w czas przeszły. Tę prehistoryczną urnę (Fot.4) sfotografowałem w muzeum w Mławie. Jest to tzw. urna twarzowa. Zwyczaj zdobienia zdobienia zawierających prochy zmarłego urn wizerunkami twarzy ludzkiej jest bardzo stary, korzeniami sięga starożytności. Na terenach polskich pojawił się na Pomorzu, w  początkach VI stulecia p.n.e. Tam wykształciła się wtedy nowa kultura, którą archeolodzy nazwali kulturą pomorską, a urny twarzowe to najbardziej charakterystyczny, zachowany zabytek kultury pomorskiej. 
     Bardzo twarzowa jest ta urna twarzowa, wykopana przez współczesnych na jednym z prastarych cmentarzysk na Ziemi Zawkrzeńskiej. W swojej prostocie i elegancji jest wyjątkowo fascynująca i – nie bójmy się tego tak nazwać – bardzo piękna. Czy zmarły, gdyby ten swój wizerunek zobaczył, byłby z niego zadowolony? To już zupełnie inna inszość. 

Prawidłowe odpowiedzi na quiz primaaprilisowy z roku 2016: 1c,2c,3b,4b,5c.

wtorek, 1 grudnia 2015

Co lubimy najbardziej?
Krajobrazy i miejsca lubiane 
w okolicach Warszawy
....................................................................................................................................
    Małą ankietę przeprowadziłem wśród kilkudziesięciu  mieszkających w Warszawie przyjaciół i znajomych z turystycznych szlaków. Pytanie brzmiało tak: jakie miejsca lub obiekty w okolicach Warszawy są przez nich szczególniej lubiane? Prosiłem o wymienienie  od jednego do trzech miejsc, albo jakiegoś większego obiektu np. puszczy lub regionu, albo  jakiegoś konkretnego  miejsca w tej puszczy, albo miasteczka, wsi lub zabytku, przy czym kolejność nie miała znaczenia.
Krajobraz lubiany najbardziej: sosnowy bór Puszczy Kampinoskiej. Fot.L.Herz
    Wyszło z tej ankiety, że - ogólnie mówiąc  - krajobrazy przyrodnicze lubimy bardziej od  miejscowości i znajdujących się tam zabytków. Zdecydowanie pierwsze miejsce w kategorii najbardziej lubianych krajobrazów dzierży Puszcza Kampinoska, a z krajobrazów kampinoskich najbardziej lubianą jest podwarszawska część puszczy, chociaż sporo respondentów lubi puszczę jako całość, nie roztkliwiając się na widok jakiegoś jednego miejsca, np. Palmir lub Zamczyska. Wielu z pośród tych, co to lubią tę puszczę, najistotniejsze jest to, że tam rośnie las i ta świadomość im wystarczy i żadne inne szczegóły ich nie interesują,ani przyrodnicze, ani historyczne, ani żadne inne. Poniektórym zaś do głowy nawet nie przyjdzie, że na podwarszawskim Mazowszu lasów jest co nie miara, że wianuszkiem otaczają Stolicę, dla nich się liczy tylko "Kampinos", chociaż niekoniecznie liczy dlatego, że las kampinoski jest parkiem narodowym.
W tym domu w Żelazowej Woli urodził się Fryderyk Chopin. Fot.L.Herz

    Z pośród miejscowości jako szczególnie lubiane uznane zostały tylko Brochów,  Jabłonna i Żelazowa Wola oraz Płock, a także wpisane w pejzaż leśny Otwock,  Podkowa Leśna i Konstancin. Po równi dzieł natury i człowieka tyczyły dwie odpowiedzi, w których za najbardziej lubiane uznano okolice położone na północ od Warszawy od Pomiechówka aż po Ciechanów, oraz znajdujące się na wschód od Stolicy okolice Radzymina, Marek i Zielonki.
Rzeczka Długa powyżej Zielonki. Fot.L.Herz
    Po jednym głosie otrzymały krajobrazy Bagna Pogorzel od strony Mikanowa, torfowisko Całowanie, rezerwat Jata w Lasach Łukowskich i rezerwat Stawinoga koło Serocka, Lasy Chojnowskie i Lasy Mieńskie, Narew i Pilica, a oba kompleksy leśne i obie rzeki jako takie i bez wymienienia w jakiej konkretnie okolicy są lubiane najbardziej. Jest  lubiana okolica Ponurzycy oraz Puszcza Bolimowska i Puszcza Kamieniecka, ta druga szczególnie  w sąsiedztwie Łochowa i Kamieńczyka, a także rzeka Skrwa Prawa, rezerwat Stawy Raszyńskie i Trupia Góra koło Podebłocia. 
    Zaskakujące są tutaj dwa ulubione miejsca, leżące poza popularnymi szlakami, a mianowicie Bagno Pogorzel na południe od Mińska Mazowieckiego oraz otoczenie Trupiej Góry, które rzeczywiście jest fascynująco ładne. Zadziwia też fascynacja pięknym, lecz położonym na peryferiach Mazowsza i mocno oddalonym od Warszawy rezerwatem Jata.
Rezerwat Jata w Lasach Łukowskich. Fot.L.Herz


    Wiele osób lubi to przede wszystkim, co znajduje się przy rogatkach Warszawy, w terenie  niemal jeszcze miejskim, ale już „z oddechem”, jak to określiła jedna z moich znajomych. Z tego rodzaju miejsc od domu nieodległych znalazły się pośród ulubionych Morysin koło Wilanowa i Olszynka Grochowska, zasię aż  trzy osoby najbardziej napisały, iż lubią szczególniej podwarszawską część Puszczy Kampinoskiej koło Wólki Węglowej i Lasek, a więc okolicę praktycznie leżącą na stołecznych przedmieściach, czyli tam, gdzie Puszcza Kampinoska jest najmniej puszczańską, przedstawiając sobą obraz typowych mazowieckich, podwarszawskich lasków i piasków.
    Poniektóre z otrzymanych przeze mnie listów były bardzo osobiste, uzasadniały wybór miejsc lubianych wspomnieniami z dzieciństwa, na przykład „chałupy państwa Tworzydłów w Ponurzycy i Mycielskich w Nadkolu nad Liwcem”, albo zaciekawieniem miejscami, „w których można odnaleźć ślady po cmentarzach olęderskich w Puszczy Kampinoskiej i dolinie Wisły. 

Cmentarz kolonistów olęderskich w Secyminie. Fot.L.Herz
     Ktoś lubi szlak wzdłuż Rawki,  bo trochę jest „górski" i bogaty w krajobrazy, ale i sentymentalny dla respondenta, wiążący go wspomnieniami jego biwaków harcerskich. Ktoś inny ceni wspomnienia z Żelazowej Woli i jej okolic, a to dlatego, że zachowały się mu zdjęcia z jedynej wycieczki w tamte strony wspólnej z jego mamą. Jeszcze ktoś inny lubi najbardziej Starą Olszewnicę, bo tam żył jego pradziadek i tam się urodził  dziadek.
    Po dwie osoby głosowały na  Dolinę Wkry i Puszczę Białą, oraz Wisłę w okolicach Zakroczymia i Czerwińska, a także (zaledwie dwie) na Mazowiecki Park Krajobrazowy (ale tylko na jego część sąsiadującą z Warszawą, bo np. urokliwe okolice Celestynowa już się szczególnie nie podobają). Po trzy głosy padły na dolinę Bugu w okolicach Broku i Brzuzy oraz na rzekę Rawkę.


Dolina rzeki Rawki w Puszczy Bolimowskiej. Fot.L.Herz


   Zabrakło mi na tej liście kilku miejsc o najwyższej randze turystycznej, aż proszących się o lubienie szczególne, w których bywać by się chciało  jak najczęściej, np. Nieborowa, Pulw lub Modrzewiny, zaskakuje też nieobecność łatwo dostępnych  Lasów Pomiechowskich i Świdra, zwłaszcza tego Świdra, przed laty bezwzględnie najpopularniejszej rzeczki podwarszawskiej. Zabrakło mi także – a może przede wszystkim – braku lubiących wyjątkowo urodziwe i sympatyczne okolice Skuł i Grzegorzewic. Nikt nie zanotował wśród ulubionych zabytkowego Łowicza i tamtejszej procesji w święto Bożego Ciała, a jest ta procesja ewenementem na europejską skalę. Nikogo nie zafascynowały Kurpie z ich Puszczą Zieloną. Pułtuska też nie wymieniano, a przecież to niewielkie miasto jest jednym z najładniejszych w środkowej Polsce i do tego ma historię nie lada, a jego zabytki są z najwyższej, krajowej półki. 
Zamek w Pułtusku. Fot.L.Herz



wtorek, 24 listopada 2015


O kilka kroków od Warszawy: 
Kobyłka
...........................................................................................................................................

To jedna z tych miejscowości na podwarszawskim Mazowszu, których często się nie podejrzewa o to, że cokolwiek mogą zaoferować przybyszowi. Ba ! które z założenia wydają się być nie warte choćby jednej naszej chwili. I nawet nam nie przyjdzie do głowy, że możemy się mylić.     
 Z Warszawy do Kobyłki niedaleko, tylko kwadrans jazdy pociągiem z dworca Wileńskiego. Warszawianie Kobyłki prawie wcale nie znają. Z Warszawy do Kobyłki się albowiem nie jeździ,  ale z Kobyłki do Warszawy i owszem. Kobyłka z roku na rok  coraz bardziej staje się dzielnicą Warszawy, chociaż wciąż jeszcze miastem odrębnym, do Stolicy jeździ się nie tylko do pracy, także na zakupy, do kina lub na imprezę, aby pokosztować wielkiego miasta. A do Kobyłki jechać po co? Ano właśnie, jest po co i to nawet bardzo. I o tym jest ta krótka opowieść... 
  
Kobyła z Kobyłki stoi sobie pośrodku miasteczka. Fot.L.Herz
    Tak się tu ułożyło w tej okolicy, że miejscowościom chętnie nadawano tutaj zwierzęce nazwy. Najlepszymi tego przykładami są  Wołomin i Kobyłka. W Kobyłce, tak w każdym razie  chce tradycja, już w XII wieku odbywały się targi końskie. W dokumentach pisanych z roku 1415 wspominana była szlachecka wieś Targowa Wola lub Kobełka. Miała wielu właścicieli, m.in. Załuskich: biskup Marcin Załuski w 1731 roku lokował tam miasto Załuszczyn, a gdy się to nie powiodło, powrócono do starej nazwy.
   W latach 1782-94 założył w Kobyłce persjarnię Franciszek Selimand, wybitny artysta z Lyonu. W jego manufakturze produkowano pasy kontuszowe, Na takie pasy moda przyszła do Polski w 1 połowie wieku XVIII i zrazu je sprowadzano z Persji, zanim zaczęto produkować na miejscu, w Rzeczpospolitej. Noszony do kontusza pas orientalnej proweniencji był nieodzownym atrybutem ubioru polskiego szlachcica w drugiej połowie XVIII wieku.
     Kobyłka nie jest miastem urodziwym. Jest taka, jak większość podmiejskich suburbiów, dużo tam budownictwa jednorodzinnego, jedne domostwa niezbyt bogate, pobudowane metodą gospodarczą, własnymi rękami właścicieli, inne są pychą nabzdyczonymi willami, ale ulice zadbane,  a gdy dzień pogodny, całość prezentuje się wcale sympatycznie i  bezpretensjonalnie. Rozplanowanie ulic z trójkątnym rynkiem pośrodku osady pochodzi z wieku XVIII i tam znajduje się duma Kobyłki - późnobarokowy kościół. Tę świątynię najlepiej oglądać  w pełnym blasku słońca, gdy mazowieckie niebo wciąga na się niebieską suknię i jest prawie zupełnie tak, jak w słonecznej Italii.

Arcydzieło z Kobyłki

Kościół Św.Trójcy w Kobyłce, widok od południa. Fot.L.Herz
     Zadziwiający zabytek znajduje się w Kobyłce, jeden z tych obiektów, jakie składają się na bogactwo ziemi mazowieckiej, wciąż jakby nie dostrzegane, wciąż nie doceniane.  Twórcą tej  świątyni był biskup Marcin Załuski z wielce zasłużonej dla Polski rodziny. W wieku XVIII jako jedna z pierwszych w Europie i pierwsza w Polsce biblioteka publiczna dzięki ich staraniom powstała i pełniła rolę narodowej biblioteki. To co ocalało z grabieży, dokonanej przez carat oraz ze zniszczeń zadanych przez hitlerowców, stanowi zrąb dzisiejszej Biblioteki Narodowej. Marcin Załuski był sekretarzem królewskim, biskupem był także, na koniec został jezuitą. I co najważniejsze: pozostawił nam po sobie świątynię w Kobyłce, on był jej fundatorem. Budowę zaczął wenecjanin Guido Antonio Longhi w roku 1740, nieco ponad dwadzieścia lat później dzieło kończył Jakub Fontana, najbardziej polski architekt z zadomowionej u nas włoskiej rodziny architektów.    Historycy sztuki widzą w budowli wpływy włoskiego Piemontu i elementy typowe dla szkoły wileńskiej, w której zespoliły się pierwiastki zapożyczone z architektury włoskiej, austriackiej i architektury Wschodu oraz naszej rodzimej, polskiej.   

Fragment fasady północnej kobyłeckiej świątyni. Fot.L.Herz

     Patrząc na jego fasadę, na dekorację wież, na te wszystkie pilastry i kolumienki, na to całe bogactwo — o którym chciałoby się rzec, że jest wręcz rozpustne, gdyby nie niewłaściwość określenia w tym przypadku — nie można wyjść z podziwu dla twórców tego arcydzieła architektury.  Wnętrze jest równie zachwycające.
Wnętrze świątyni. Fot.L.Herz

  Imponująca główna nawa ma ściany rozczłonkowane przez wymyślne kątowe pilastry, wszystko wokół niej tańczy, a to skośnie ustawione, a to gnące się w wybrzuszeniach i spływach, a to przełamujące w gzymsach, wspinające po łukach arkad i kolebkowego sklepienia, fantazyjnie biegnące po kapryśnej linii otworów okiennych. Zaś w prezbiterium - szaleństwo rokokowe. Efektowna ambona i chrzcielnica oraz drewniane obudowy lóż dla zakonników po obu stronach. 
Tabernakulum głównego ołtarza. Fot.L.Herz




    Główny ołtarz ma kształt rozbudowanego tabernakulum z relikwiarzami, rzeźbami i płaskorzeźbami aniołów. W wymyślny i zarazem w całkowicie naturalny sposób ołtarz łączy się z polichromią, pokrywającą świątynię. Program teologiczny i malarski tej polichromii jest jasny i czytelny. Nad nawą główną sceny Triumfu i Adoracji Eucharystii z udziałem dziesiątków postaci z obu Testamentów. W bocznych nawach ściany pokryte są malowidłami przedstawiającymi życie Chrystusa. Na ścianie szczytowej, w apsydzie, widnieje scena Adoracji Dzieciątka i pokłonu pasterzy, a powyżej przedstawienie Trójcy Świętej. Na suficie, w kopułce prezbiterium koncertują anieli. A to  wszystko w oprawie iluzjonistycznie malowanej architektury. 





Późnobarokowa polichromia na sklepieniu została wykonana po 1742 r. Fot.L.Herz



    Ach, i jeszcze jedno, o czym zapomnieć nie można. Bazylika w Kobyłce została zbudowana w stylu późnego baroku. W wielu jej fragmentach to już jest rokoko. Jest to jeden z bardzo nielicznych przykładów rokoka na Mazowszu. Zachwycające są te rokokowe okienka z Kobyłki, jedne prawdziwe, inne blendowane, jeszcze inne iluzjonistyczne, pozorne. A, jak już tam będziecie, mili czytelnicy tego blogu, spojrzyjcie na inne detale, na przykład na wykrój ozdobnych ram obrazów, na kunsztownie wykonane zwieńczenia konfesjonałów... 



Piękno detalu kobyłeckiej świątyni. Fot.L.Herz
     Polichromia jest wszechobecna w kobyłeckiej bazylice.  Sklepienie nawy głównej oraz ściany prezbiterium po roku 1742 wymalował Grzegorz Łodziński, sceny z życia Chrystusa w bocznych nawach w latach 1754-62 malował najprawdopodobniej Ignacy Doretti.  Niedawno spod warstwy tynków wschodniej ściany  zostały odsłonięte freski Drogi Krzyżowej, są unikatowe, nie ma podobnych w Polsce. Nie wszystkie się zachowały, po przeciwnej stronie świątyni tylko niewielkie fragmenciki,  ale dobrze, że są przynajmniej te. Malowane na zewnętrznych ścianach świątyń sceny ze Starego i Nowego testamentu były dawnymi czasy podstawową lekcją religii dla przybywającego do kościoła ludu, zwłaszcza dla niepiśmiennego, ułatwiały kontakt z wiarą, pomagały w modlitwie.


Niektóre z zabytkowych fresków Drogi Krzyżowej na wschodniej ścianie świątyni. Fot.L.Herz




wtorek, 17 listopada 2015

 W Treblince

      Pośród młodego, sosnowego boru, w oddaleniu od  wiosek,  znajduje się dzisiaj pomnik o wielkiej sile wyrazu. Postawiony został na terenie byłego hitlerowskiego obozu zagłady. Naziści zamordowali w Treblince kilkaset tysięcy Żydów, nie tylko z Polski, przywieziono ich tutaj z wielu krajów Europy. Wycofując się stąd pod koniec wojny, oprawcy zniszczyli wszystko, co o tym mogło komukolwiek cokolwiek przypominać. 
    W Treblince rośnie dzisiaj sosnowy las i pośród niego siedemnaście tysięcy granitowych złomów wrosło w betonową, popękaną płytę. Wszystkie kamienie są pochylone ku pylonowi, wznoszącemu się w centrum ogromnej śródleśnej polany. Kształtem przypominają macewy z żydowskich kirkutów i milczący, skamieniały tłum ofiar, podążających ku tragicznemu końcowi.




         Na głazach wypisane nazwy miejscowości, z których ofiary przywieziono na to miejsce ich śmierci. Tylko na jednym wyryto imię i nazwisko. Janusz Korczak.  Był Żydem, polskim oficerem, pisarzem.  W dzieciństwie  czytałem jego „Bankructwo małego Dżeka”. Książeczka została potem, za czasów PRL-owskich, objęta indeksem cenzuralnym, bo sławiła kapitalistyczną spółdzielczość. Jednocześnie jednak komuniści używali nazwiska Korczaka jako jednej ze sztandarowych ofiar hitleryzmu.  Nikt nie wspominał, co najwyżej napomykał, że Korczak był polskim Żydem. Potem czytałem „Króla Maciusia Pierwszego” i czytając nie wiedziałem nawet, że był Żydem. W moim domu nie stawiało się etnicznych etykietek. Nie miało to żadnego znaczenia.
    Janusz Korczak mógł się uratować, mógł uniknąć zagłady. Ale, aby być do końca z powierzonymi jego opiece dziećmi, dobrowolnie wybrał śmierć. Poświęcił się. Jest jakieś podobieństwo z Ojcem Maksymilianem Kolbe, który w Auschwitz wybrał śmierć, aby uratować inne życie. Nie mogę opędzić się od pytań. Czy te dwie śmierci można porównywać? Która ofiara jest większa? I jeszcze jedno: Ojciec Kolbe swoją śmiercią zacierał ciemną kartę swojego życiorysu, z czasu, gdy był wojującym antysemitą. 
      Przypominała mi się scena z telewizyjnego filmu „Wichry wojny” i twarz nieżyjącego już sir Johna Gielguda, wielkiego aktora brytyjskiego, kreującego tam rolę profesora, intelektualisty, który mógł się uratować, lecz postanowił towarzyszyć do końca swojej rodzinie w jej ostatniej drodze. Nie zapomnę tej twarzy, gdy żegnając się z tym światem, wiedząc co go czeka, ostatni raz spogląda na księżyc, który właśnie zaczynają przesłaniać chmury. Gielgud należał do tych aktorów, których twarz może wyrazić wszystko. On nie musiał grać. On był. Zawsze był szekspirowskim Prosperem. Człowiekiem który wie. Wszystko. Twarz jego z tego filmu wyrażała wszystko, na niej wypisany był dramat wszystkich ludzi, którzy tu zostali zamordowani. Współczesny Everyman, ale już bohater nie moralitetu średniowiecznego, jak jego pierwowzór, lecz dramatu całkowicie współczesnego. 
    Oglądamy teraz w telewizji filmy przyrodnicze i na nich wielkie drapieżne koty, wybierające z wielotysięcznych gromad antylop zwierzęta pojedyncze. I widzimy pozostałe, których lwy nie wybrały, jak przyglądają się temu. Jakby obojętnie. Te mięsożerne lwice mordują antylopy po to, by zaspokoić głód. Swoje ofiary mordując w Treblince co hitlerowcy chcieli zaspokoić? 
    Obok tragedii Żydów polskich większość z nas, Polaków przechodziła obojętnie, jak te afrykańskie antylopy, pogodzone z wyrokami losu. Ja sam, wówczas kilkulatek, mieszkając wtedy w Nowym Sączu i bawiąc się, biegałem po  chodnikach, wyłożonych nagrobnymi macewami z żydowskich kirkutów. Słyszałem głosy potępienia ze strony dorosłych, wiedziałem że to płyty nagrobne, czułem że to nie jest w porządku. Lecz przecież chodzili po nich również  moi najbliżsi ze świata dorosłych i tysiące innych, nie znanych mi aryjskich Sądeczan...      
   Byłem niedawno w Treblince,  niebo szaro burą opona zwieszało się nad tym zagubionym pośród lasu miejscem, które znajduje się  niemal pośrodku Polski, a wydaje się być dalej, niż daleko. Nad krajem przechodził właśnie front, pogoda była, jaka była, do ataku na mazowiecką ziemię sposobił się właśnie deszcz, niebo trwało jednolicie zachmurzone, jakby bez wyrazu.    
    W Treblince rośnie las. Dlaczego las ten jest tak cichy? A przecież słyszałem pytania, jakie mi ten las zadaje. I dlaczego są one niekiedy tak dręcząco niewygodne?  


Jedźcie do Treblinki
Otwórzcie oczy szeroko
Wyostrzcie słuch
Wstrzymajcie oddech
wsłuchajcie się w głosy wydobywające się tam
spod każdego ziarenka ziemi –
jedźcie do Treblinki
Oni czekają na was, spragnieni głosu waszego życia
znaku waszego istnienia, kroku waszych nóg
ludzkiego spojrzenia
rozumiejącego, pamiętającego
powiewu miłości na Ich prochy –

jedźcie do Treblinki
z własnej, wolnej woli....
 

                  Halina Birenbaum




środa, 11 listopada 2015

Skarby mazowieckiej przyrody:
zabytkowe aleje przydrożne

Czym by były  nasze drogi bez tych rudowłosych alei. Fot.L.Herz
    Aleje przydrożne nie są najmocniejszą stroną ziemi mazowieckiej, pod tym względem niezrównane są w Polsce drogi mazurskie, ale i Mazowsze ma się czym pochwalić. W otoczeniu dworów i pałaców alei jest najwięcej i tam są najładniejsze. Wspomnijmy kilka z nich. 
     Jadąc szosą nr 580, wiodącą z Warszawy przez Leszno do Żelazowej Woli, mija się po drodze jedną z najładniejszych alei mazowieckich. Ta  trzykilometrowej długości zabytkowa aleja lipowa wiedzie od miejscowości Łazy w stronę kościoła parafialnego w Zawadach nad Utratą. Przed laty wojewódzki konserwator przyrody p.Czesław Łaszek nazwał ją  Aleją Lipowa im. Fryderyka Chopina, a to ze względu na bliskość Żelazowej Woli. Powinna nosić imię łazowskich dziedziców, Karkowskich, o których się nie pamięta, a powinno, ważką rolę albowiem odegrali dla tej części ziemi sochaczewskiej i dla zachodniej części Puszczy Kampinoskiej.
 
Dwa oblicza zabytkowej alei  z Łaz do Zawad na skraju Puszczy Kampinoskiej. Fot.L.Herz

     Wedle tradycji rodzinnej aleję tę kazała zasadzić w siedemdziesiątych latach XIX wieku Ludwika Karnkowska, a to dlatego, iż nie mogła znieść jazdy do kościoła w słońcu. Aleja składa się z 759 lip drobnolistnych, 11 jesionów wyniosłych i 1 dębu szypułkowego. Niestety ostatnimi laty jej fragment najbliższy Łazom wyraźnie źle się czuje, drzewa umierają. Ostatnimi miesiącami ruszyli na ich ratunek konserwatorzy, ale czy uda się ten proces zatrzymać?
  

Aleja wzdłuż Alei  Palmirskiej: barwną jesienią i szarym przedzimiem łońskiego roku. Fot.L.Herz 

   W sąsiedztwie Kampinoskiego Parku Narodowego jest jeszcze jedna aleja, nie tak urodziwa, jak tamta i bez drzew zabytkowych, a przecież ładna. Wiedzie ku wsi Palmiry od gdańskiej szosy. Wiodła od dworu i kościoła w Łomnie do Puszczy Łomińskiej, bo tak kiedyś zwano otaczające wieś Palmiry lasy, całymi latami przynależne do majątku w Łomnie. Jeszcze w  XIX wieku nikt nawet nie myślał, aby lasy palmirskie nazywać Puszczą Kampinoską, która zaczynała się dalej, około Wierszy, stamtąd wiodąc ku zachodowi aż po Kampinos. Aleja Palmirska z roku na rok traci na urodzie, jeszcze ćwierć wieku temu wiodła wśród pól, teraz podchodzi już do drogi zabudowa, bliżej szosy gdańskiej są jakieś magazyny, niespecjalnie urodziwe. Wieś Palmiry też się rozrasta i to rolników tam już niewielu, a domy są tam eleganckie, z fasonem, nie ubodzy rodacy w nich pomieszkują.
   Kilka ładnych alei znajduje się w otoczeniu Nieborowa, łącznie jest ich 13 km, wszystkie są obsadzone lipami, których zinwentaryzowano aż 2108. Najbardziej wartościową jest Aleja Nieborowska  wzdłuż szosy z Nieborowa do Arkadii. Średni wiek drzew rosnących tam drzew to dwieście 200 lat. I jeszcze jest jednak kraina alejowa, ona jest wokół dworu w Strugach koło Sochaczewa. Takiego nagromadzenia zabytkowych szpalerów starych drzew nie spotka się nigdzie indziej na Mazowszu. Łącznie aleje tamtejsze mają 23 km długości, we wszystkich rosną zinwentaryzowane 2123 drzewa, a w czasie lipcowego kwitnienia, obsypane miododajnym kwieciem lipy przyciągają dziesiątki tysięcy pszczół, których brzęczenie potrafi nieraz zagłuszyć warkot silników przejeżdżających alejami samochodów. 
Aleja Na Dębaku w pochmurnym dniu zimowym. Nie bywają  tam wtedy turyści. Bywają sarny. Fot.L.Herz
     Chciałbym jeszcze wspomnieć o kilku alejach, które można odnaleźć w samej Podkowie Leśnej i w jej niedalekim sąsiedztwie. Tam właśnie, dzisiaj już w większości pośród lasu, sadzono aleje prowadzące do kilku posiadłości, tropienie ich wśród lasu koło Karolina (tego od zespołu „Mazowsze”) może dostarczyć sporo frajdy. Z tych leśnych alei najładniej się prezentuje dobrze  zachowana lipowa aleja, wiodąca do leśniczówki Na Dębaku od strony Podkowy Leśnej, wiedzie nią czerwono znakowany szlak dla turystów spieszonych. Rosną w tej alei dorodne lipy, i kilka niezłej prezencji dębów szypułkowych, z powodu bliskiego sąsiedztwa Karolina, najznaczniejszy nazwano Dębem Sygietyńskiego, aby upamiętnić tak twórcę sławnego zespołu. 

Wystąpił błąd w tym gadżecie.