czwartek, 6 kwietnia 2023

Krzywulce

W podwarszawskiej części Kampinoskiego Parku Narodowego, pośród uroczysk Opaleń i Łuża koło Wólki Węglowej, w lesie o aparycji wcale nie puszczańskiej, choć jest częścią Puszczy Kampinoskiej, rosną  zabytkowe, ponad stuletnie krzywulce sosnowe. Tak naprawdę są to  mocno pokręcone   –  Sosny Waleczne.




Wzrastały te sosny na wydmowych piaskach, pozbawionych lasu. Przecz cały niemal XIX wiek i jeszcze trochę w wieku następnym, między Warszawą, a Sierakowem prawie nie było lasu! Co pokazuje zwana popularnie mapą kwatermistrzostwa „Topograficzna Karta Królestwa Polskiego”  z 1843 roku, do dziś uznawana za jedno z najważniejszych osiągnięć polskiej kartografii XIX wieku. Jeszcze w wieku XX znajdowały się tutaj niemałe piachy, na których dominowały jałowce pospolite. Pośród tych piasków  tylko niewielkie laski się znajdowały i tak powstała wśród nich osada Laski, a w niej sławny dziś na cały świat zakład dla ociemniałych dzieci... Wśród tych piachów chciano założyć osiedle mieszkaniowe, coś na kształt podwarszawskiej Radości lub Izabelina, miało się nazywać Pogórze Leśne, sporządzono nawet plany, wytyczano na nich ulice, szczęściem  dla nas, współczesnych, osiedle to nie powstało...

 



Na tutejszych piachach walczyły o przetrwanie sosny, które próbowały je kolonizować. Podobnie jak sosny na  wydmach nadmorskich, jak te znane najbardziej, w sąsiedztwie Łeby. Te nasze, podwarszawskie,  są tamtym podobne. Są pokręcone, to widać. A i są waleczne, bo przetrwały. Są tak mało puszczańskie. Nie tak sobie wyobrażamy prawdziwą puszczę.   Bo i gdzie tym sosnom  do gonnych, śmigłych, wysokich, witających się z niebem sosen masztowych. Poeci o nich nie pisali dytyrambów, a są niewątpliwie zabytkiem. Mają swoje lata, niektóre dosięgnęły już zapewne wieku  lat stu. 



 

 O każdej z nich sporo by się dało opowiedzieć. Zapewne i one same też by coś by rzec chciały o swoim pokręconym życiu, ale my jakoś nie chcemy ich słuchać, choć zapewne chciałyby powiedzieć nam, że walczyć trzeba zawsze, do końca, one są tego przykładem. Tylko nieliczni się obok zatrzymają, jeszcze mniej chętnych do słuchania ich głosu. Jak wieje wiatr nad puszczą, słychać jak wtedy szepcą do nas masztowe sosny i liryczne brzozy. A te niewysokie, dziwnie pokręcone sosny? One po prostu – trwają! Tylko tyle. I aż tyle!

Jedna z tych sosen szczególnie ważną rolę odgrywała w życiu setek tysięcy turystów i spacerowiczów, którzy odwiedzali puszczańskie bory w okolicach Wólki Węglowej. Przez dziesiątki lat cieszyła swoją urodą. To Sosna Kandelabrowa na Łużach, drzewo o trzech konarach, które swój oryginalny kształt zawdzięcza temu, iż po ścięciu głównego pnia rolę wierzchołka wzięły naraz trzy jego boczne gałęzie. Rosła  na Łużach w sąsiedztwie Wólki Węglowej. Pierwszy raz zobaczyłem ją w roku 1963.  Odwiedzałem ją dziesiątki razy w ciągu minionych sześćdziesięciu lat. Nie jestem w stanie zliczyć moich przy niej odwiedzin. W moim życiu była zawsze. I zawsze się cieszyłem na spotkanie z nią.  

Sosna Kandelabrowa

Sosna Kandelabrowa już martwa

 Drzewa umierają stojąc.  Nawet sztukę pod tym tytułem kiedyś napisano, grająca w niej główną rolę, wówczas dobiegająca setki sławna Mieczysława Ćwiklińska, w tej sztuce żegnała się z widzami. Drzewa umierają stojąc.  I to drzewo taki los spotkał.  Sosna kandelabrowa umarła nie doczekawszy swojego stulecia, ale niewiele mu do niego zabrakło, chociaż na swój wiek to drzewo nie wyglądało. Jeszcze możemy tę sosnę oglądać, jeszcze możemy ją fotografować. Jak długo jeszcze? Bo przecież w końcu w proch się obróci. Jak po ludziach, tak i po drzewach niektórych z nich żal jest większy... 

A może – pomyślałem  – zanim  sosna kandelabrowa padnie w końcu na piach Łużowej Góry, na przedpolu której wyrosła,  może jednak warto odpowiednio zabezpieczyć, utrwalić jej truchło w niezmienionym kształcie i już jako artefakt umieścić ją w odpowiednim miejscu parkowego gmachu w Izabelinie.

 

 Każda z rosnących tutaj sosen ma swój wyraz, cechy indywidualne, każda ma inną fizys, inny układ konarów, a większość – gdy się im uważnie przyjrzeć  –  budzi zachwyt.  Na przykład taka „Sosna Rodzinna” , jak jej nazwę zaproponowałem. Wydało mi się albowiem, że każde bardziej charakterystyczne z rosnących w tym lesie drzew mogłoby mieć swoją nazwę. Przyznaję, że ten zabieg „uczłowieczania” poprzez nazwę obiektów przyrodniczych, podkradłem to z udostępnionych do zwiedzania utworów geologicznych, różnych skał i skałek  w Sudetach (np.Końskie Łby, Trzy świnki i Twarożnik w Karkonoszach, Fotel Pielgrzyma, Wahadło i Żółw w Górach Stołowych).   A dlaczego ta sosna zasługuje na nazwanie jej  „rodzinną”? Otóż, jak się zdaje    –  mogę tylko przypuszczać, nie jestem bowiem ani dendrologiem, ani drzewiarzem i o ile wiem fachowcy nie interesowali się jeszcze życiem przeszłym tego właśnie drzewa    –  główny pień (lub raczej jego pozostałość) znajduje się wewnątrz piasku, a nad jego powierzchnię wystają tylko jego konary, które przyjęły formę drzew osobnych. Bardzo wdzięczne to drzewo do obfotografowywania. Com czynił z zapałem. A po cichutku przyglądałem się mijających mnie turystom. Proszę sobie wyobrazić; nie dostrzegali tego drzewa. Po prostu i zwyczajnie. Szli przez las i tyle. Ą detale? Nie miały dla nich znaczenia...


Dr Janusz Bobiński, pierwszy kierownik działu naukowego nowo powstałego parku narodowego w Puszczy Kampinoskiej, jako pierwszy  zwrócił uwagę na nazwy pojedynczych drzew. W jego książeczce „W ostępach podstołecznej puszczy”, napisanej wraz z Leonardem Chociłowskim i wydanej w 1967 r. przez PWRiL czekały na mnie Topola Napoleońska, Pamiątkowa Sosna, Niepożyty Jałowiec, Płacząca Sosna, Sosna Parasolowata, Sosna-figa, Lipa-Jeleń, Rosnąca Brama, Sosny Siodlaste i wiele, wiele innych. Wśród nich także Sosna Kandelabrowa, to dr Bobiński był ojcem tej popularnej wśród turystów nazwy tego charakterystycznego drzewa. Przyciągały mnie ku sobie. Stawały się celem moich wędrówek. Jak w górach szczyty i przełęcze, tak w nizinnym lesie one właśnie. Wciąż tamtędy chodzę, najlepiej żółtym szlakiem od Wólki Węglowej, lubię tę trasę i z sympatią patrzę z niego na boki ku tym wszystkim malowniczym krzywulcom sosnowym, rosnącym w otaczającym szlak lesie uroczyska Łuże ... 

Często wędruję przez łużową okolicę, ten las jest bardzo akuratny dla starszego pana, jakim się stałem w ciągu tych swoich sześćdziesięciu pięciu lat kampinoskiego wędrowania. Chodzę teraz spokojnie, nie za szybko, mam czas, by rozglądać się po otoczeniu. Którejś zimy zobaczyłem stojącą w śniegu niezwykłą grupę sosen. Wiele razy musiałem ją mijać, a przecież dopiero tamtej zimy, w otulającym jej konary śniegu, zawołała do mnie. A gdzie tak biegniesz, gdzie ci tak spieszno? Zatrzymaj się, popatrz na mnie. Czyż nie jestem urodna? Nie chciałbyś mnie sfotografować? Taką ośnieżoną? No i zdjąłem ją, nawet nie musiałem schodzić z udeptanej przez turystów Łużowej Drogi, z  żółtego szlaku. W domu przyjrzałem się zdjęciu. Była to rzeczywiście bardzo piękna kompozycja. Jakby dalekie, mazowieckie echo antycznej rzeźby, sławnej Grupy Laokoona z muzeów watykańskich...

.......................................