W
tej świątyni, tak niezwykle urządzonej malarsko przez Nowosielskiego,
staje się w oszołomieniu, zdumieniu, zachwycie. Od pierwszej chwili, gdy
tam się znalazłem, to zrozumiałem. Głęboko przemyślane pod względem
teologicznym, wnętrze tego kościoła jest utrzymane w charakterystycznej
dla artysty manierze, będącej nowoczesną interpretacją stylu bizantyjsko
- prawosławnego. Artysta, wychowany w kręgu wyznania unickiego, twórca
współczesnych ikon, ukazujących zasłonięty przed profanami obraz świata,
nadający swoim dziełom niezwykle indywidualny i duchowy charakter,
odnalazł we wnętrzu tego rzymskiego kościoła stojącego na mazowieckiej,
piaszczystej wydmie, miejsce dla swojej intymnej wypowiedzi, którą
zechciał się z nami podzielić.
Rzecz niezwykła, architektura kościoła przybyła ze słonecznych Włoch (koniecznie – słonecznych – zawsze tak przecież należy mówić o Italii). Przez dziesiątki lat, zanim kościół niezbyt szczęśliwie w ostatnim czasie otynkowano, jego mury zachwycały surową cegłą, a ta cegła była tak układana i formowana jak wszystkie romańskie i wczesnogotyckie kościoły włoskie, efektowne swoją nieefektownością, poruszające swoją prostotą, tam naturalną, tutaj absolutnie nie teatralną, przecież absolutnie na miejscu. Wnętrze świątynki za sprawą wielkiego, krakowskiego artysty przybyło do nas z krainy wschodniego chrześcijaństwa. W gruncie rzezy, czyż tak być nie powinno? Czy we włoskiej Rawennie, właśnie tam, przed wiekami nie podały sobie ręki te dwie tradycje chrześcijaństwa, dwa płuca Europy, jak to określał polski papież.
W apsydzie prezbiterium w monumentalnej kompozycji dominuje Madonna w pozie Orantki. Przed nią znajduje się malowany na drewnie krucyfiks, utrzymany w duchu znanego krzyża św. Franciszka z Asyżu. Madonnę od krzyża dzieli pewna odległość, lecz gdy patrzy się z tamtego miejsca właśnie, z tego prostokąta, widzi się Matkę, jakby trzymająca ten krzyż, jakby nam go podającą w modlitewnym geście ofiarowania. Od nas zależy, co my z tym krzyżem robimy.

W podwarszawskiej miejscowości Wesoła spotkało się kilka światów. Ziemia, na której to arcydzieło powstało jest mazowiecka i jest mazowieckim ten piach wydmy. Na tym piachu postawiono fundamenty świątynki, przybyłej z Rzymu wczesnego chrześcijaństwa. Niemal bizantyńskie ikony są wewnątrz. Ich twórca urodził się w Krakowie, jego ojciec był Łemkiem obrządku greckokatolickiego, matka była Polką, katoliczką o niemieckich korzeniach. Rosną wokół nasze polskie sosny, z wysiłkiem zakorzenione w tym piachu, wśród tych sosen znajduje się jeden z najsympatyczniej usytuowanych cmentarzy, jakie się na tej ziemi zdarzyły. Jest po sąsiedzku magiczne torfowisko, przypominające krajobrazy dalekiej, europejskiej północy, i przejeżdża co kilkanaście minut obok kolejka elektryczna, łącząca z dużym miastem okoliczne osiedla o wrośniętych w podwarszawskość nazwach: Wesoła, Wola Grzybowska, Groszówka, Sulejówek, Miłosna. Z roku na rok coraz bardziej imponujące dostatnością są setki willi, pobudowanych pośród mazowieckich sosen... Niezwykłe to zdarzenie: w tej niewielkiej miejscowości, jaką jest Wesoła, spotykają się ze sobą tak różne światy. A wszystko to o krok od centrum Warszawy.
W roku 1993 po raz pierwszy pojawiliśmy się tam oboje z żoną, aby freski obejrzeć. Przedtem była rozmowa z ks. Wysockim. Gdy dowiedział się od nas, że właśnie tego roku będziemy mieli 35-lecie ślubu, bystrym okiem na nas spojrzał i zapraszając na mszę św. powiedział, że dobrze się składa, że akurat jesteśmy, że trzeba to uczcić i zaprosił nas przed ołtarz do grona swoich parafian, innych małżeńskich jubilatów. I tak obeszliśmy w Wesołej swoje 35-lecie, chociaż niedokładnie w samą rocznicę.
Gdy brakło ks. Wysockiego w Wesołej, to, co dotąd było skrywane, wyszło na wierzch. Okazało się, że dla parafian dzieło Nowosielskiego jest obce. Oni czują się w nim nieswojo. Chcą zwykłych, standardowych obrazów, a nie dzieł sztuki dla nich niezrozumiałych. Więc zwykłej Matki Boskiej, zwykłego obrazu Chrystusa Miłosiernego, zwykłej fotografii polskiego papieża. Wykorzystując przybycie nowego proboszcza część parafian chciała wprowadzić do kościoła tradycyjne elementy wyposażenia wnętrza, niezwykle dotąd surowego, a słynne freski zastąpić reprodukcjami lub malowidłami oswojonymi, nie tak nowatorskimi. Rozważano zamalowanie fresków. No i ta surowa cegła z zewnątrz, to przecież wstyd. Trzeba otynkować. Czy można te reakcje parafian potępiać? W żadnym wypadku. Parafianie z Wesołej swoje racje mają. To zapewne jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Sprawą zainteresował się stołeczny konserwator zabytków. Wpisanie Kościoła Opatrzności Bożej do rejestru zabytków oznacza zachowanie świątyni w obecnym kształcie. Nie do końca zamiar się udał. Ceglane mury kościoła zostały otynkowane, świątynia się prezentuje elegancko, ale to już nie to, nie to. We wnętrzu pojawiło się kilka obrazów i naruszony został zamysł kompozycyjny artysty, który to wnętrze ukształtował.
Czy umiałbym wytłumaczyć parafianom z Wesołej dlaczego dzieło Nowosielskiego jest wielkie i dlaczego oni powinni być z tego dzieła dumni? Dlaczego surowa cegła murów ich kościoła jest jak najbardziej na miejscu, a gdy ja otynkowano to byłoby nie za bardzo? Myślę, że nie umiałbym tego wytłumaczyć, skoro nie zechcieli zrozumieć tego wielkiego daru, który – zapraszając artystę do Wesołej - zechciał im ofiarować ich wieloletni proboszcz, ks. Stefan Wysocki. (czy to był dar, czy unieszczęśliwienie?). Czy umiałbym im powiedzieć dlaczego tak bardzo podobają mi się dzieła Nowosielskiego?
„Od lat powtarzam swoim studentom – powiedział kiedyś do swoich studentów – ostatnim twoim zmartwieniem ma być lęk o twoją indywidualność. Jeżeli Pan Bóg zechce, to będziesz indywidualnością. A jak nie, to choćbyś na głowie stawał, będziesz powielał innych. Indywidualność to coś niezależnego od naszych intencji, coś bardzo tajemniczego.” Właśnie to decyduje o odbiorze jego sztuki. Indywidualność. Dająca się rozpoznać, jedyna, niepowtarzalna. I jest w niej coś mądrego. Coś przejmującego jest w jego obrazach. Coś, co nie wszyscy – jak sądzę – są w stanie odczytać, odczuć, przeżyć. To coś, co powoduje także i w zwykłym życiu, codziennym, że przepadamy rozmawiać z Iksem, natomiast Y nas denerwuje, a Zet pozostawia obojętnym. Jeżeli miałbym szukać argumentów za sztuką, która nie jest realistyczną, przedstawiającą, to właśnie sztuka Nowosielskiego nią jest. Kim zawładnęła, temu już nie popuści. Więc i ja trwam w zachwycie nad nią. Krytycy sztuki analizują każde jego płótno, pod każdym względem, kompozycyjnym lub kolorystycznym. Mnie jest ona po prostu, zwyczajnie - bliska. Lubię ten fotograficzny portret Jerzego Nowosielskiego. Człowiek o twarzy tak pełnej wyrazu, mądrości i dobroci, nie mógłby malować niedobrze. Tak się jakoś u niego zdarzyło.
A potem wyszedłem z gmachu i powędrowałem przez Ogród Saski. Spadł niedawno deszcz. Powietrze pachniało wiosennym ozonem. Kwitły już pierwsze bratki i przygotowywały się do kwitnienia tulipany na rabatach pracowicie zasadzonych przez miejskich ogrodników. Świeżą zielenią czarowały wykluwające się z pąków liście kasztanowców. Ptaki siedziały już na jajach w swoich gniazdach wśród krzewów. Po przyjściu do domu począłem poszukiwać w internecie wiadomości o Jerzym Nowosielskim. W internetowym portalu znalazłem kilka artykułów o jego życiu i sztuce. Jest taki zwyczaj, że pod podanymi wiadomościami lub artykułami można dodać swój komentarz. Żaden z tekstów nie był skomentowany. Z wyjątkiem jednego. Była to wiadomość z ostatniej chwili: właśnie umarła wierna towarzyszka życia artysty, jego żona. Miała 81 lat. Jeden z młodych internautów skomentował tę informację: „A żona Dawnosielskiego jeszcze żyje? ;) A Średniosielskiego?” Byłem z powrotem w Polsce moich codziennych dni......
„Wierzę – mówił Jerzy Nowosielski w jednym ze swoich wywiadów - że tzw. upadłe byty subtelne w jakimś continuum czasoprzestrzennym, którego my nie umiemy ani znaleźć, ani nazwać, tak gruntownie zepsuły boskie dzieło stworzenia, że właściwie żyjemy na gruzach. To oczywiste, że światem rządzi diabeł. Zresztą nawet w Ewangelii określony on jest mianem księcia tego świata. W pismach św. Jana rzeczywistość także jest oparta na elemencie zła.” Więc uważa Pan, że w diabła jest o wiele łatwiej wierzyć niż w Pana Boga? – „Ależ oczywiście, w diabła musi się wierzyć, bo się go dotyka na co dzień. Cała tragedia zwierzęcej i ludzkiej egzystencji, tragedia przyrody – to są jawne rządy szatana i upadłych aniołów. Natomiast gdzie jest ten Bóg? Gdzie go szukać?"
Powyższy tekst jest w znacznej części rozdziałem jednej z moich książek, nosiła tytuł Klangor i fanfary, wydały ją Iskry jeszcze w roku 2012. Kolejnego wydania zapewne już nie będzie,a nowi, potencjalni czytelnicy teraz częściej do internetu sięgają, niż po papierową książkę, pomyślałem więc, że warto ją w tym blogu pomieścić, nieco ten tekst uzupełniając. A w Wesołej bardzo dawno mnie nie było. Sporo złego tam zaszło, przemyślaną, wyrazistą ikonografię wnętrza zaburzyły dewocyjne obrazy. Katastrofalne w skutkach okazało się pokrycie ceglanej elewacji styropianem. W jej efekcie polichromie uległy częściowemu zawilgoceniu i odbarwieniu, pojawiły się odpryski i zarysowania. W roku 2004 wystrój świątyni został wpisany do rejestru zabytków. W roku 2011 pieczę nad parafią przejęła ekumeniczna wspólnota Chemin Neuf, a zakonnicy – jak czytam na internetowej stronie Urzędu Miasta w Warszawie w poście z 15.09.2023r. – konsekwentnie dążą do przywrócenia świątyni pierwotnego wyglądu. Więc zapewne będzie wszystko dobrze, choć pewnie ten styropian na fasadzie świątynki pozostanie. A ja, cóż ja, najkrócej mówiąc – jestem szczęśliwy, że poznałem ten kościół w Wesołej wtedy, kiedy go poznałem.
.............................................
.jpg)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz