Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czersk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czersk. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 listopada 2023

Ach, jak tutaj jest pięknie !


Ruiny średniowiecznego zamku książąt mazowieckich w Czersku są jedną z ikon Mazowsza. Dla powstałego w 1906 roku Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego wycieczka do tych ruin była pierwszym celem w okolicach Warszawy. W głębokim lochu  więzione były  znaczne osobistości. Konrad Mazowiecki, który wiódł zaciętą walkę o senioralną dzielnicę krakowską i o tron królewski z księciem wrocławskim Henrykiem Brodatym, w walce tej nie przebierał w środkach. W roku 1229 porwał Henryka Brodatego i wtrącił do czerskiej wieży.  Wkrótce potem zamknął w lochu kilkuletniego wówczas swojego bratanka księcia Bolesława, syna zamordowanego w Gąsawie Leszka Białego. Ów Bolesław, zwany później Wstydliwym, ożenił się w 1239 roku w węgierską królewną Kingą (której imię związane jest m.in. z kopalnią soli w Wieliczce, później ogłoszoną błogosławioną) i on władał dzielnicą senioralną. A z nad jeziora Czerskiego widok na zamkową ruinę jest  przepyszny. Gdy niebo błękitne, chmury na nim puchate, białe, gdzie się nie spojrzy zieleń zielona ogromnie, chce się żyć. Pośród takiego pejzażu dobrze się odpoczywa. Bo kłania się tutaj historia wpisana w krajobraz  w sposób niemal doskonały. Tutaj jest naprawdę jest bardzo pięknie.

W 1890 roku Stanisław Wyspiański pisał do Lucjana Rydla z Amiens: „Z opisów należałoby wykreślić takie wyrazy jak: piękny, we wszelkich wymienione stopniach, bo one nic nie wyrażają. Jeżeli się przez nie co odczuwa, to tylko znając usposobienie tego, co tych fraz używa, można zgadnąć, o ile i w czym jest piękne to, o czym mówi”.  

Myślę, że gdyby przy takiej pogodzie, jak na tym zdjęciu, zobaczył Wyspiański ten widok, i on krzyknąłby z zachwytu: ach, jak tu pięknie. Co prawda trochę to pocztówkowa panorama, ale nie przesłodzona, nie przefajnowana, taka - po prostu - w sam raz. Piękna i tyle. 

Do najczęstszych okrzyków, jakie wydajemy, gdy zobaczymy coś, co nam się podoba: ach, jak tutaj jest pięknie albo jakie to piękne ! Przewodniki turystyczne roją się od tego przymiotnika. Przyzwyczailiśmy się do tego. Bo my,  współcześni, lubimy  określenia jak najkrótsze, nie wymagające dodatkowego komentarza, opisu, czegokolwiek. Ma być krótko i basta. Jak w facebooku albo innym whatsapie. Słowo piękny jest więc takim jakby wytrychem, ułatwiającym dojście do sedna, gdy  po inne przymiotniki wartościujące sięgać nam się nie chce.  Ale... gdyby tak: ładny? przecież tak też pięknie. Ale... czy aby jednak ten ładny to ładny nie do końca, bo jakby tylko ładny, a więc ...niepiękny? ?

Jest jeszcze jedno określenie z tych bardziej popularnych. Używane w różnych przewodnikach turystycznych równie często. To – ciekawy. Przymiotnik ten poprzedza często jakiś rzeczownik, bywa więc ciekawy widok lub ciekawy zabytek. A czego on tak ciekawy ten zabytek? spytała mnie zasłużona pani profesor,  usłyszawszy, że coś tam tak określiłem, ciekawym właśnie. Zaciekawiający byłby bardziej na miejscu, ale nie pomyślałem. Byłem bardzo młodym autorem, napisałem już swój pierwszy przewodnik. Więc poczerwieniały mi uszy ze wstydu. I zacząłem zwracać uwagę na te przymiotniki określające rangę opisywanego miejsca lub obiektu, także rangę uczuciową, a z uczuciami – jak wiadomo – różnie bywa.

Nie dla wszystkich to samo piękne jest naprawdę piękne. „Jedni wolą zimno, inni lubią chłód. Mnie to obojętne, bo ja wolę miód” pisał całkowicie dziś zapomniany Witold Zechenter, którego wierszyki wciąż pamiętam z dzieciństwa.  Znana anegdota mówi, jak to do pewnego mędrca przyszło dwóch panów, aby rozstrzygnął spór, który z nich ma rację. Gdy pierwszy przedstawił swoje argumenty, mędrzec przyznał mu rację. Gdy uczynił to drugi, i jemu mędrzec przyznał rację. A gdy, słuchająca tego żona mędrca wypomniała mężowi, że to niemożliwe, aby obaj mieli rację, mędrzec chwilę pomyślał  i odrzekł  małżonce:  – Wiesz, i ty również masz rację. Bohater musicalu Skrzypek na dachu, Tewje mleczarz to powiedzenie nagłośnił. Tak też i piękno jest rzeczą względną, i jest to truizm. Nie wszyscy muszą doceniać piękno muzyki Mozarta lub malarstwa Botticellego.  

Użycie właściwego przymiotnika łatwiejsze jest w przypadku opisywania np. zabytku, który może być obiektywnie interesujący, ładny, wartościowy lub piękny. Nawet przy brzydkiej pogodzie. Chociaż... nie każdy przecież wartościowy lub interesujący zabytek może być obiektywnie piękny.  Inaczej jest z krajobrazem. W tym przypadku pogoda ma wiele   do powiedzenia. W wysokich górach, żleb którym wchodzimy na tatrzański Zawrat od południa, piękny może być nawet przy złej, chmurnej pogodzie, w deszczowej kurniawie. Bywa bowiem w górach piękno o dramatycznym wyrazie. Inaczej jest na nizinach.To piękno najlepiej widzą poeci. Wybitni malarzom  też dla nas to malowali. A my? Zwykli oglądacze otaczających nas krajobrazów?  Po które  –  nie ukrywajmy  –  szczególnie po ich urodę, jej zgłodniali,  wyruszamy na nasze włóczęgi z podróżnym węzełkiem, przerzuconym przez ramiona na plecy.

Błota Famułkowskie 

To ogromne torfowisko na zachodnich krańcach Kampinoskiego Parku Narodowego jest  niewątpliwie  jednym z najwspanialszych krajobrazów mazowieckich. Wzięło swoją nazwę od pobliskich wiosek o nazwie  Famułki; było ich kilka,  każde  do innego majątku przynależały. Nazwa Famułki pochodzi od łacińskiego słowa famulus, tj.sługa, a rzeczownik błota z czasów carskiego zaboru pochodzi, to typowy rusycyzm. 

Przed dwustu laty na błotach wycięto las, zmeliorowano je, pocięto kanałami, na torfowisko powstały łąki i pośród nich zbudowano ludzkie sadyby na wyniesieniach terenu. Po powstaniu parku narodowego grunty zaczęły być sukcesywnie wykupywane, domostwa rozebrano, a na Famułkowskie Błota wkroczyła przyroda. W stylu prawdziwie imponującym!  Ogrom łąk jest oszałamiający. Ciągną się daleko, aż po linię horyzontu. Spore wrażenie czynią oglądane tutaj wschody i zachody słońca, przedwiosenne, jesienne i zimowe. 

Przez środek tych łąk przebiega asfaltowa szosa i jest na tej szosie most nad Kanałem Łasica. Świetne miejsce na fotografowanie. Ale nawet tak interesujące krajobrazy, jak te, które widać  z asfaltowej drogi przez Błota Famułkowskie nie zdadzą się nam ani piękne, ani ładne, ani nawet interesujące  przy złej pogodzie Gdyby nie pogoda, gdyby nie te czarodziejski czas, który czasem się zdarza, bo akurat jesteśmy tam, gdzie być należy i w dodatku przy pogodzie takiej, jak należy. Która została nam ofiarowana. Im więcej wędruję po naszych nizinach, tym goręcej dziękuję za te łaskę, jaka mi czasem wyświadcza natura. 



Czasem  światło nie takie jak trzeba  i w ogóle nie za bardzo. Ale czasem się zdarza, i jest tak, jak należy. Może i nic specjalnego, ale przecież chyba nie najgorzej, prawda? I jaki jest ten krajobraz? Jest on  –  piękny? Czy może tylko ładny albo interesujący?  Słowniki wyrazów bliskoznacznych znają dziesiątki wyrazów, które możemy zastosować, na przykład:  śliczny,  cudowny, urodziwy lub  urokliwy, dorodny, ładny, atrakcyjny,  pyszny, zjawiskowy, wspaniały, wyśmienity lub świetny,  wyborny, pierwszorzędny, fantastyczny,  kapitalny, czarujący,  olśniewający, porywający, zachwycający... Nic, tylko wybierać i dopasowywać, wedle gustu...

 Dolina Liwca u podnóża Sowiej Góry

Wcale niedaleko od dwumilionowej aglomeracji miejskiej Warszawy można odnaleźć  krajobraz polny, zwyczajny, wiejski, taki, jaki dał nazwę naszemu nizinnemu krajowi i plemieniu, zamieszkującemu ten krajobraz. Zawsze lubiłem jechać ku niemu w astronomicznym początku wiosny, około 21 marca. Tę marcową porę roku niektórzy nazywają wiosną pstrą, od tego śniegu  pośród pól, nad którymi unoszą się już ze śpiewem pierwsze, przybyłe z południa skowronki. Nie zawsze odnaleźć się to udaje, przyroda bywa kapryśna, jak piękna kobieta.

Kilka lat temu  w poszukiwaniu odznak wiosny zajechałem  na granicę Mazowsza i Podlasia, graniczny Liwiec płynął przez ten pejzaż jak należy. Ziemia jeszcze nie pachniała, ale to już było  przedwiośnie. Takie, jakie być powinno. Słoneczne, chłodne, na ziemi miejscami leżał śnieg, więcej w lasach, wśród pól tylko miejscami, na oziminach pod lasem pasły się kierdele saren, w jednym miejscu aż kilkanaście. Wśród skib zaoranego jesienią pola żerowało stado białych łabędzi pożywiało się witaminami. W innym miejscu  wśród zagonów żerowały żurawie. Zatrzymałem auto, aby na nie spojrzeć, one podniosły głowy, aby mnie się przyjrzeć, potem wróciły do posiłku, a ja do dalszej jazdy. Nad polami śpiewały skowronki i kwiliły czajki, pierwsze ich forpoczty dotarły już do nas, za moment zacznie się przedwiosenny spektakl i z każdym dniem będzie mu przybywać aktorów. 

 

Nad graniczny Liwiec przyjeżdża się dla widoku z Sowiej Góry. A widok jest tam naprawdę przedni, bardzo daleki, takich panoramicznych miejsc na naszej środkowopolskiej nizinie nie ma zbyt wielu, można je wyliczać na palcach jednej ręki. Dla zwiedzających urządzono kilka lat temu wierzchołek wzgórza, jest mały parking, wiatry ze stolami i lawami, są tablice informujące o przyrodzie okolicy. Poniżej wzgórza, nad silnie meandrującym Liwcem jest dzika plaża, w upalne dni lata w czasie weekendów bywają tu tłumy. W marcowy dzień ani żywego ducha. Łąki mad :owcem zalane wodą,  migoce w słonecznym świetle, słońce jeszcze zimowe, dość nisko zawieszone nad krajobrazem, chcę zrobić kilka zdjęć, dobrze by było, by były dobre, pod słońce  zdejmowanie krajobrazów jest ryzykowne,  ale jak się pomyśli, to się da, więc myślę, pstrykam, zdjęcia są nie najgorsze, da się wytrzymać.

Nie wiem skąd ta nazwa –  Sowia Góra. Są z tym wzniesieniom związane  legendy, być może było ono miejscem odprawiania obrządków ku czci słońca i drzew. Może rzeczywiście czarownice zlatywały się tu z odległości nawet kilkuset kilometrów, aby decydować o losach okolicznych mieszkańców.  Mówiono też o zakopanym skarbie czy garncu złota, inni zaś wskazywali na śpiących u stóp góry rycerzach szwedzkich, którzy wstaną wtedy, gdy ich król Karol Gustaw powróci tu po swój zgubiony kapelusz. Wtedy rozgorzeje bój krwawy i od krwi poczerwienieją wody Liwca. Skąd te opowieści, dalipan, nie wiem. Wiadomo natomiast, że badania archeologiczne potwierdziły istnienie u podnóża wzniesienia grodziska sprzed kilku tysięcy lat. 

Rok później znów tam mnie zawiodło w połowie lipca, w środku mazowieckiego lata. W środku dnia tam przyjechałem, wiózł mnie przyjaciel swoim automobilem, ja się już z własnym samochodem pożegnałem, mój pesel poradził mi wielce serdecznie, żeby zrezygnować już z prowadzenia auta i tę czynność pozostawić młodszym. Tyle, że nie zawsze udaje mi się znaleźć się we właściwym krajobrazie o właściwej porze dnia i do tego przy właściwej pogodzie. Albowiem, co tu dużo mówić,  fotografować trzeba albo o wschodzącym słońcu, albo w kontrze o zachodzącym, nie miałem tego szczęścia, byłem w pełni dnia. Patrzyłem na ten krajobraz z przyjemnością. 

Przyglądam się temu zdjęciu i pytam sam siebie: jaki on jest ten krajobraz, ta dolina Liwca, widziana z grzbietu Sowiej Gór? Jest to pejzaż piękny? Chyba to byłoby na wyrost. Więc może po prostu i zwyczajnie  –  ładny?  Oto jest pytanie... 

Jak już o tym Liwcu mowa, wspomnieć tutaj muszę rzeczkę Kostrzyń, niedaleko od Sowiej Góry wpada do Liwca. Na rzeczką Kostrzyń znajduje się wioska o nazwie Sucha, a w niej:

Dwór polski pod starym, ojczystym dachem

Przez stulecia był
dwór trwałym elementem polskiego pejzażu. Prawdziwy polski dwór powinien być drewniany. Przy starszych dworach bywał niemal zawsze drewniany ganek ze słupkami, od wieku osiemnastego zastępowany kolumnowym portykiem. Tysiące dworów było w dawnej Polsce. Ale że pożóg wojennych los i historia Polsce nie szczędziły, więc i niewiele się zachowało zabytków drewnianego budownictwa. Na Mazowszu i Podlasiu dworów drewnianych zostało jeszcze mniej, niż w innych regionach kraju i można je liczyć na palcach. Tym większą wartość mają te, które przetrwały. I jeszcze większą, gdy - na dodatek - są to dwory żyjące, zamieszkałe, z odciśniętym piętnem osobowości właścicieli, a do tego gdy są to dwory udostępnione do zwiedzania. 

Takim właśnie "dworem do zwiedzania" był drewniany dwór Cieszkowskich w Suchej nad Kostrzyniem. Został wzniesiony w 1 połowie wieku XVIII, a następnie w wieku XIX nieco został przekształcony. Wciąż stoi w tym samym miejscu. Jest parterową budowlą o zrębowej konstrukcji, inną ma fizjognomię od frontu, inną od ogrodu, od frontu ma dwa narożne alkierze, a na osi murowany portyk z XIX w., na którego trójkątnym szczycie widnieje  łaciński napis: Sub veteri tectu, sed parentali. Co na polski tłumaczy się tak:  "Pod starym, lecz ojczystym dachem". I to hasło jest naprawdę piękne.


Czy ten dwór jako obiekt, jako budowla, jest piękny? Na pewno jest okazały i na pewno jest dość ważny dla historii kultury szlacheckiej, która tak istotną rolę odegrała w polskim życiu.  Kasztelan liwski Ignacy Cieszkowski w roku 1787 gościł w Suchej króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, potem w 1814 roku urodził się w tym dworze August Cieszkowski, znakomity filozof i czołowy przedstawiciel mesjanizmu polskiego, ekonomista oraz autor wielu prac naukowych, człowiek wielkich i wszechstronnych zasług. Jego gościem był w Suchej Zygmunt Krasiński.

Po 1945 r. mieszkali w dworze pracownicy gospodarstwa rybackiego, była tu szkoła, potem dwór niszczał, aż znacznym wysiłkiem przywrócił go społeczeństwu  właściciel i twórca muzeum, wybitny historyk sztuki, prof.Marek Kwiatkowski. W  Suchej wykonał rzecz prawie nieprawdopodobną, gdyż nie tylko przywrócił do życia samą budowlę, lecz przede wszystkim tchnął życie w jej wnętrza. A na dworskim terenie powołał do życia muzeum architektury ziemi siedleckiej, gromadząc kilkanaście obiektów o sporej wartości historycznej i architektonicznej, przeniesionych z różnych miejscowości.

Ale to już przeszłość. W Suchej nad Kostrzyniem  jest teraz podupadający skansen, którego tak naprawdę już praktycznie nie ma.  Profesor już nie żyje. Był świetnym znawcą sztuki, wieloletnim dyrektorem Łazienek warszawskich, autorem poważnych i popularnych prac. Ale kompletne zero w interesach. Przyszłości skansenowi nie zapewnił, więc praktycznie skansen nie ma gospodarza. Jakiś tam procent własności trzyma wdowa po profesorze, trudno mi się rozeznać do kogo należy większość. Skansen popada w ruinę, robi przykre wrażenie. A podobno nie ma ludzi niezastąpionych.

 
 

A wracając do Suchej. Proszę przyjrzeć się temu budynkowi z tego zdjęcia. I on znajduje się w Suchej. Stoi po prawej stronie od dworu Cieszkowskich. Ten wielce urodziwy dworek to dawna organistówka z około połowy XIX wieku, przez prof.Kwiatkowskiego przeniesiona tutaj ze wsi Mokobody. W takich dworkach mieszkali organiści? Aż trudno w to uwierzyć, ale widocznie tak też bywało. I z tych wszystkich krajobrazów, miejsc i obiektów, które do tej pory w tym szkicu opisałem, ten właśnie budynek – chociaż nie ma takiej historii jak dwór z którym sąsiaduje – jest naprawdę bardzo, ale to bardzo,  całkiem obiektywnie i to bez dwóch zdań – on jest bardzo piękny!    

Pejzaż zbożem malowany

    Nie da się ukryć, mam w sobie wdrukowany polski krajobraz, opisywany przez naszych pisarzy i poetów. Chociaż wiele  różnych epok i mód przemieliło moje  odczuwanie zewnętrznego świata, wciąż oczekuję pejzażu z tamtych lektur, z Lenartowicza i Konopnickiej, Sienkiewicza i Żeromskiego. Zapewne coś z tego tkwi we mnie, z tego sposobu odczuwania krajobrazu. Po tamten pejzaż nieustannie się wybieram  w głąb ziemi mazowieckiej. Chociaż teraz nie spotykam już żeńców z sierpami i kosami, ba! nawet nie trafiłem na współczesne, żniwne maszyny, na różne kombajny o nazwie Bizon, o których śpiewane były piosenki. Aż dziw. Sfotografowałem ten krajobraz, a on jakby wiedział, że właśnie on, właśnie taki, jaki mi się ukazał, był moim wytęsknionym marzeniem. 

 

Okazuje się, że wciąż można spotkać takie pejzaże i to tak bardzo blisko wielkiego miasta. Jeżdżę w ich poszukiwaniu co jakiś czas na północ od Warszawy, albo na Ziemię Płońską, albo w okolice Nasielska, tam gdzie odnajduję prawdziwy krajobraz mazowiecki.  Lasy, pola, łagodnie pofałdowany teren, na którym daje się zawiesić oko z wielką dlań frajdą. Więc zawieszam. I po tam jadę te pół setki kilometrów ze swojego domu,  aby zobaczyć ten krajobraz i pośród niego pobyć.  Na niebie swoją historię opowiadają chmury bardzo malownicze,  jak te ze słynnego obrazu Józefa Brandta z oraczem. A wokół wszystko to, co w polskim krajobrazie być powinno,  dojrzewające zboże i moc  polnego kwiecia na przydrożach, żadne tam mecyje pod ścisłą ochroną, ot, takie tam  chwasty niby bez znaczenia, a przecie chwytające za serce. 

Nie będę ukrywał, że estetyczne kanony  widzenia ojczystego krajobrazu zawdzięczam polskiemu malarstwu pejzażowemu wieku dziewiętnastego, ono mnie w znacznym stopniu ukształtowało pod tym względem.  W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa.  I wtedy  –  na szczęście –  narodziła się fotografia. Fotografuje teraz niemal każdy z nas. Ja również. I wiem, że  są takie pejzaże, które są dowodem na to, że uroda krajobrazu polskiego nie jest mitem. 

Za takim krajobrazem polnym i rolnym, malowanym zbożem rozmaitym wciąż tęsknię. Coraz jej mniej, więcej nawet  w naszej świadomości, niż naprawdę. Czy zauważyliście, że większość z naszych współobywateli nie rozróżni pszenicy od żyta, jęczmienia, owsa,  prosa i gryki. Jacyż to z nich Polacy, skoro tego nie wiedzą. Szukam wciąż takiego pejzażu, coraz dalej on od mojego miasta, które z każdym rokiem ogarnia coraz większe połacie ziemi. Czasem jednak znajduję. Bo szukać warto. Nawet nie trzeba go daleko szukać. Trzeba tyko zjechać z głównej drogi i patrzeć. Nic więcej. Jest naprawdę bardzo piękny !

Mazowieckie zboże, Ach, Bożeż mój, Boże!   – w swoich wierszach śpiewał poeta, zwany lirnikiem mazowieckim Teofil Lenartowicz.   –  -  Że widząc te niwy, / Choć człowiek ubogi, / A jednak szczęśliwy. / I takiej natury, /Że się nie oddali, / Choćby mu dawali / Nawet złote góry.


Mokre łąki. To było to. Pięknie było.


W żarze jesiennego ogniska przed sześćdziesięciu laty piekliśmy ziemniaki na Mokrych Łąkach pod Truskawiem w Puszczy Kampinoskiej. Turystyczną gromadą przyjeżdżaliśmy z miasta autobusem pekaesu, miał wówczas pętlę na początku wsi, zaraz za lasem, wciąż jeszcze widać jej zarys. Wieś była wtedy drewniana, a droga przez wieś piaszczysta lub błotnista, zależnie od pory roku, do wsi autobus nie wjeżdżał. Zaczynał swoją jazdę na dworcu PKS Marymont, w Warszawie, dawno go już nie ma, mur wysokich mieszkalnych bloków tam stoi i stacja metra Słodowiec jest w pobliżu.

Mokre Łąki koło Truskawia w Puszczy Kampinoskiej leżały w niższym położeniu, częściowo na torfowisku, obok rósł habaziowaty, sosnowy lasek, mieszkańcy pobliskiej wsi zwali go Szałasy, zbierali w nich chrust do pieców w czasie zimy, ja z kolegami miałem suche gałęzie na ognisko. Dokładaliśmy tych gałęzi do ognia, trochę to trwało, zanim w ognisku powstał z nich popiół, zdatny do włożenia w niego ziemniaków, był czas na rozmowy. Wspominam te dni z rozrzewnieniem, bo to był dla mnie dobry czas, chociaż czasy nie najlepsze. 

Truskaw teraźniejszy to już zupełnie inna wieś. Chociaż wciąż wieś, tyle że nie rolnicza, ale tam  nie żyje się już z roli, krów się nie hoduje, podobno ktoś nawet  ma kozy, ale chyba nikt świniaka. Prawie dwa tysiące mieszkańców, jak miasteczko, tyle że wciąż wygląda to  jak wieś i domy jednorodzinne, murowane, wygodne, poniektóre jak wille, dostatnie. Zabudowa wyciągnięta wzdłuż drogi, długiej na przeszło dwa kilometry, a droga asfaltowa, z chodnikami (a dawniej widział to  kto chodniki na wiejskiej ulicy?), kursują po niej czerwone, miejskie autobusy.

Mokre łąki to już nie zwykłe, wilgotne łąki, teraz to ważne miejsce na mapie. Tradycyjną nazwę kośnych, wiejskich łąk, przejął obecnie zbiornik wodny o powierzchni 1,7 ha, który powstał tu po wybudowaniu w 2005 roku oczyszczalni ścieków dla gminy Izabelin. I jest niezwykłe przedsięwzięcie, które przynosi wyłącznie korzyść. Powstała tam oczyszczalnia ścieków. Brzmi nieładnie, ale rzec nie byle jaka, bo ona jest  mechaniczno-biologiczna o podwyższonym stopniu usuwania związków biogennych, spełniająca rygorystyczne normy obowiązujące w Unii Europejskiej. A obok powstał ogromny staw, jak jezioro o nieregularnych brzegach. I jest ten staw sporym urozmaiceniem krajobrazu.

W wodach stawu na Mokrych Łąkach żyją ryby, otoczenie jest miejscem godów i rozrodu płazów, na wyspie pośrodku stawu i w nadbrzeżnych szuwarach gnieżdżą się ptaki, wiosną mewi rejwach   niesie się daleko, ostatnio okolicę ulubiła sobie gęś gęgawa, niemal przez cały rok można zaobserwować czaple siwą i białą,  na obrzeżach bywają łosie. Wędkarze mają frajdę, ptasiarze radość, dzieciaki bawią się w powstałym dla nich  ogródku jordanowskim obok, a oczyszczona woda płynie sobie w głąb pobliskiej puszczy, a wszystko i wszyscy  w okolicy mają pożytek z tych Mokrych Łąk. I o to przecież chodzi! Wciąż  je odwiedzam, wciąż fotografuję, teraz robię już kolorowe fotografie, dożyłem takich czasów, że nawet aparatu fotograficznego mieć ze sobą nie muszę, bo w dzisiejszych czasach fotografuje się nawet telefonem. Te  zdjęcia, które są poniżej, zrobiłem smartfonem.



 

To było dwa lata temu przy końcu zimy, zdarzyło się na skraju turzycowisk Mokrych Łąk. Było bardzo pięknie. To było to. Trafiłem tam wtedy na krajobraz bajkowy. Rozlewiska były ścięte lodem. Dyskretnie zimowe słońce oświetlało krajobraz. Od strony Warszawy nadchodziła śnieżyca, czająca się w ciemnych chmurach. Rozpoczynał się spektakl, na który nieczęsto się trafia. Zdarza się wtedy gdy jest się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Byłem. Zdjąłem więc z tych sztalug kilka nie najgorszych obrazów... Potem wróciłem do Truskawia, a gdy wsiadałem do autobusu, który miał mnie zawieźć na warszawskie Młociny, akurat zaczął padać śnieg...

................................................................................................................





sobota, 18 czerwca 2016


Magia czerskiego zamku


Widok na czerski zamek od strony jeziora czerskiego. Stamtąd jest najładniejszy. Fot.L.Herz



Dla każdego krajoznawcy są wielką skarbnicą ruiny zamku książąt mazowieckich w Czersku. I ja z tej skarbnicy nieraz czerpałem  obficie. Nie znać Czerska to błąd. Nie powracać, jest grzechem. W Czersku bywać trzeba. Więc znów tam powędrowałem, przyszedł czas, aby odnowić znajomość.  
      U początków swojego istnienia, gdy jeszcze Polska nie odzyskała niepodległości, Polskie Towarzystwo Krajoznawcze w roku 1907 zorganizowało cztery wycieczki w okolice Warszawy. Wybór celów wycieczkowych tych podmiejskich wycieczek był wtedy prosty: Puszcza Kampinoska, Żelazowa Wola i Czersk oraz Stary Otwock. W wydanej w roku 1926 broszurze „Wycieczka do Czerska”, napisanej przez współzałożyciela Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, Aleksandra Janowskiego, pisał  autor o Czersku, iż „w historii ukazuje się jako najważniejszy punkt księstwa Mazowieckiego. Wtedy, gdy na terenie dzisiejszej Warszawy szumiała jeszcze nieprzebyta puszcza, tu już stał zamek książęcy. Był też Czersk siedzibą Archidjakona, posiadał kapitułę kanoników, słowem trzymał prym pomiędzy miastami Mazowsza. Ale Wisła zmieniła swoje koryto, zamek został bez obrony, a książęta Mazowieccy przenieśli swą siedzibę do Warszawy. Miasto upadało, a już 400 lat temu pisano: „niegdyś najwspanialsze na Mazowszu miasto, obecnie nędzna mieścina”.
    W  roku 1926 do ruin tego zamku jechało się koleją wąskotorową z Warszawy. Pociążek z Warszawy dojeżdżał do Góry Kalwarii, dalej trzeba było iść pieszo. Dzisiaj na czerskim rynku w weekendy tłum samochodów, są i wycieczkowe autokary, autobusem też można dojechać, ale nie na samo miejsce. Wciąż najlepiej dochodzić od Góry Kalwarii i prawie godzinę zabiera ta wędrówka. Ja pojechałem dalej, z wareckiego autobusu wysiadłem w Coniewie, tam zarzuciłem swój wędrowny węzełek na plecy i wszedłem w plener czerskiej okolicy. Z Coniewa przez Podgórę i Królewski Las zaszedłem nad Wisłę, a później przez Brzumin i Ostrówik powędrowałem
dalej. 
    Do czerskich ruin zamkowych nie powinno się dojeżdżać samochodem, chociaż można i to niemalże do samych stóp gotyckich wieżyc zamkowych.  Pieszo należy tam docierać. Wędrówka jest wtedy pielgrzymką. Tak już jest, i jest to dobrze, iże tak właśnie. Do miejsc ważnych w historii, do zapisanych przez człowieka znaków w krajobrazie, powinno się pielgrzymować. I w czasie tej pielgrzymki widzieć, jak z każdym naszym krokiem cel się przybliża, ogromnieje. Można się wtedy najpełniej cieszyć na zbliżające się spotkanie. Dojrzewać do niego. 


Kraina sadów w okolicy Czerska. Fot.L.Herz

      Na tarasie zalewowym  w dolinie Wisły koło Czerska znajduje się imponujące zagłębie ogrodnicze, wydaje się, że tam są wyłącznie sady, nic ponadto. Ciągną się kilometrami, są wspaniałe. Szedłem tedy wśród tych sadów,  na drzewach dojrzewały właśnie czereśnie i wiśnie. Towarzyszyły mi w tej wędrówce strzały, to tu, to tam, co jakiś czas słychać było strzały; to strzelały takie zmyślne urządzenia automatyczne, specjalne, na propan-butan, 850 złotych sztuka, ich zadaniem jest hałasem odganiać ptaki, mające ochotę na owoce. Podobno ptaki już wiedzą, że to żadne niebezpieczeństwo i nic sobie z tego strzelania nie robią.
    Już po powrocie do domu znalazłem w internecie portal sadowniczy, w nim trafiłem akurat na tekst o tych okolicach, co to ja w nich dopiero co byłem. Sadownicy uzbroili się w odstraszacze – przeczytałem. Z prawej sad, z lewej sad, co kilkanaście sekund grzmot. Wybuchy od rana do wieczora, od końca maja do połowy lipca. – Normalna rzecz na wsi – tłumaczy  w Podgórze starszy pan z sąsiedniego Królewskiego Lasu. – Ale te odgłosy niektórych drażnią. A bo niektórzy są nadwrażliwi – kwituje mężczyzna.  Tu wszyscy strzelają.  Ja z tych kilkuset drzew żyję. Nie mam wyjścia, muszę strzelać. Te chmary ptaków wszystko zjedzą. Niech wracają tam, gdzie ich miejsce: do lasu. A hałas? – Taka jest wieś. Krowa ryczy, kogut pieje, trzeba się przyzwyczaić.


Wisła w sąsiedztwie Czerska, koło Brzumina. Fot.L.Herz



    W połowie swojej czerwcowej wycieczki zaszedłem nad Wisłę, tam gdzie w sąsiedztwie Brzumina zbiega ku wodzie betonowa droga. Nad Wisłą co kilka kilometrów są takie drogi, wchodzą prosto do rzeki, na drugim brzegu jest podobna, to drogi strategiczne, w razie czego zbuduje się tu pontonowy most i wojsko przejdzie po nim rzekę. Teraz byłem sam,  wojna od naszej ojczyzny na szczęście znajdowała się daleko,  ale strzały było słychać. – Co to za strzały? Czyżby się zaczęło nowe powstanie warszawskie? –  usłyszałem od strony wody. Rzeką płynął kajak, w nim samotny mężczyzna, dobra sześćdziesiątka na karku, kajak załadowany po brzegi, na burcie znana mi nazwa jednego z najpiękniejszych miast nadwiślańskich: Grudziądz. Człowiek płynął Wisłą z Goczałkowic, tam mieszka, jest na emeryturze, w Grudziądzu ma rodzinę, stamtąd pochodzi, postanowił odwiedzić swoje rodzinne miasto, dlaczegoż by nie uczynić tego samotnie spływając kajakiem królową rzek polskich?  Zazdrościłem mu.
    Niebo błękitne, chmury na nim puchate, białe, zieleń zielona ogromnie, pięknie jest, chce się żyć. Chociaż strzelają na potęgę w tej rolniczej okolicy. Jeśli czegoś mi brak, to zdjęcia tego wiślanego kajakowicza, jak zawsze bowiem, wtedy gdy trzeba, tak i teraz, nie sięgnąłem po aparat fotograficzny. Po prostu nie mam żyłki fotoreportera, niestety. Więc musicie mi uwierzyć na słowo, że był taki pan, dzielny samotny mężczyzna na emeryturze, że siedział w kajaku i płynął do swojego Grudziądza. 
    A moja rodzina mieszkała w Grudziądzu, zawołałem za odpływającym. Odkrzyknął mi pytaniem: a w którym osiedlu? Panie – krzyknąłem ku oddalającemu się z prądem – wtedy, gdy oni tam mieszkali, nie było jeszcze żadnych osiedli w polskich miastach, tylko zwykłe kamienice przy normalnych ulicach. To było tuż po wojnie, tej pierwszej, tuz po odzyskaniu niepodległości. Stamtąd mój ojciec wraz z bratem i rodzicami przenieśli się na południe Polski. Grudziądz pozostał już tylko rodzinną legendą. Z całej rodziny tylko ja o nim pamiętam. Wkrótce i już nikt nie będzie o tym naszym grudziądzkim mieszkaniu pamiętał. A mój tata został pochowany na cmentarzu w Nowym Sączu. I nie ma już jego grobu, bo tak się ułożyło. I nie wiadomo, gdzie była dokładnie jego mogiła.

Baszta więzienna, wschodnia wieża czerskiego zamku. A za nią Mazowsze w całej krasie. Fot.L.Herz
Ilekroć odwiedzam czerski zamek, w pierwszym rzędzie drapię się na szczyt baszty wschodniej. I zawsze radość mi towarzyszy w oglądaniu tego wszystkiego, co wokół się rozpościera. Widok jest stamtąd przepyszny. Na północy dachy kościołów i domów w Górze Kalwarii, na wschodzie zieleń drzew zasłaniająca Wisłę, oddaloną o 2.5 km od zamku; przed wiekami płynęła u jego stóp, a fakt że się odsunęła spowodował upadek Czerska i przeniesienie siedziby książąt mazowieckich na dogodniejsze miejsce w Jazdowie na terenie Warszawy. 35 km południu widać elektrownię kozienicką. Warszawskiego pałacu kultury nie dostrzegłem. A chciałem, wypatrywałem, czterdzieści lat w nim pracowałem, więc powinienem go przecież zobaczyć.
     Całe Mazowsze Czerskie jeszcze nieco więcej niż sto lat temu było zwartym i wyróżniającym się spośród innych regionem etnograficznym, chętnie odwiedzanym przez uczonych badaczy i literatów, tutaj poszukujących materiałów naukowych i twórczego natchnienia. Był wśród nich także Roman Zmorski, jeden z duchowych przywódców literackiej cyganerii warszawskiej z połowy XIX wieku, poeta rozkochany w Mazowszu i w mazowieckim ludzie. To jego pióra jest jeden z najpiękniejszych romantycznych wierszy o czerskim zamczysku:

      Po czarnych szczelinach, darłem się ku górze
        Zobaczył to wicher — co gdzieś tam bałwany
        Mgły gonił w polu — i przybiegł zdyszany,
        I zawył mi w ucho: Gdzież    pniesz    się   to?   gdzież?
        Od wieku nie dotknął nikt skroni tych wież!

    Romantyczna ruina czerskiego zamku jest czymś znacznie więcej, niż tylko ruiną. Tu naprawdę wiele się działo. W głębokim lochu wschodniej baszty więzione były również znaczne osobistości. Konrad Mazowiecki, który wiódł zaciętą walkę o senioralną dzielnicę krakowską i o tron królewski z księciem wrocławskim Henrykiem Brodatym, w walce tej nie przebierał w środkach. W roku 1229 porwał Henryka Brodatego i wtrącił do czerskiej wieży. Uwolnił go dopiero po interwencji przybyłej ze Śląska żony Henryka. księżnej Jadwigi (później ogłoszonej świętą). Wkrótce potem Konrad zamknął w lochu kilkuletniego wówczas swojego bratanka księcia Bolesława, syna zamordowanego w Gąsawie Leszka Białego. Wraz z Bolesławem więził jego matkę Grzymisławę. Św Bolesław, zwany później Wstydliwym, ożenił się w 1239 roku w węgierską królewną Kingą (której imię związane jest m.in. z kopalnią soli w Wieliczce, później ogłoszoną błogosławioną) i on władał dzielnicą senioralną.


Te mury sporo pamiętają. Wielcy ludzie tą bramą wkraczali do zamku. Także jako więźniowie. Fot.L.Herz

    Czerski zamek, w przeciwieństwie do wielu innych zamczysk, nie ma swoich duchów. Może dlatego, że historia z nim związana, jest dostatecznie okrutna. Wiele natomiast opowieści i legend jest związanych z Mazowszem Czerskim. Pracowicie je zbierali w XIX w. m.in. Oskar Kolberg oraz Kornel Kozłowski. U nich właśnie wyczytałem, iż wędrując drogami wokół Czerska, często można było usłyszeć dziwne odgłosy. Mimo, że rzecz się dzieje w suchym terenie, słychać jakby się coś chlapało w błocie. Należało się wtedy bardzo strzec, dotyczyło to zwłaszcza młodych dziewcząt: odgłosy te mogły bowiem oznaczać, iż kasztelanic jest w pobliżu, a mocno on był chętny młode dziewice w bagienną toń wciągać. Niekiedy zaś na mokradłach okolicy pojawiały się tajemnicze światełka, migocące w pogodne noce. Istniał z tym przesąd, mocno tkwiący przez wiele lat, że to miernicy, błąkający się po trzęsawiskach. Przesąd ten bowiem sprowadzał się do wiary, „że jeometra, który za życia nierzetelnie wymierzał pola, skazany jest po śmierci na błąkanie się po tychże samych polach, a wtedy oczy mu się świecą jak latarnie".    

   To było sto lat temu. Nie ma już bagien w okolicy, na ich miejscu powstały sady, ale jeszcze dzisiaj opowiadają mieszkańcy Czerska różne legendy, na przykład o lochu, znajdującym się pod zamkiem, ciągnącym dwa kilometry do jednej ze wsi sąsiednich. W lochu tym mają być rzekomo ukryte wielkie skarby. „Kilkanaście lat temu" — pisała mieszkanka Czerska, Krystyna Oladowska w 1966 roku. — „ktoś jednak odkrył w miejscu, gdzie dawniej był zwodzony most, okute drzwi. Jaka tajemnica się za nimi kryje — nikt nie potrafi odgadnąć".
Jezioro Czerskie u stóp zamku. Pamięć rzeki, gdy tędy płynęła przed wiekami. Fot.L.Herz.