niedziela, 15 października 2023

                   W kolorach jesiennych           


 

Jedną z największych przyjemności wszystkich, co uwielbiają włóczęgę w pięknych okolicznościach przyrody, jest brodzenie w opadłych kolorowych  liściach o jesiennej porze. Mój niezrównany mistrz, Józef Nyka, w swoim przewodniku po Gorcach wspominał przy opisie Szczawy o szlaku z Mogielicy, na który jesienną porą specjalnie przyjeżdżają miastowi z Krakowa, aby przez buczyny zbiegać do doliny Kamienicy brodząc po kolana w żółtych i czerwonych liściach. U nas buczyn nie ma, mamy natomiast kolory jesieni w niektórych warszawskich parkach. W mieście również można brodzić w opadłych, barwnych liściach. 


Nie darowuję sobie nigdy odwiedzin  brodzić w królewskim parku łazienkowskim w Warszawie. Zanim służby parkowe barwnych kobierców opadłych liści nie zgarną z alejek (zdjęcie górne). Jeszcze przed początkiem listopada zachwycająco jesienny bywa rezerwat w lesie bielańskim (zdjęcie niższe). To drzewostan dębowy, dęby gubią liście później od innych gatunków drzew liściastych. Zanim zacznie się październik zachwycająco jesienny bywa rezerwat w lesie bielańskim. To drzewostan dębowy, dęby gubią liście później od innych gatunków drzew liściastych.




Mam też szlaki kampinoskie, które lubię odwiedzać w czasie, gdy przyodziewają się w jesienne kolory. Do odwiedzin najbardziej urodziwego szlaku kolorowej jesieni zachęcam w swoim przewodniku "Puszcza Kampinoska". Napisałem tam, że do najbarwniejszych wycieczek jesiennych należy wędrówka piesza za zielonymi znakami Północnego Szlaku Krawędziowego, prowadzącego ku zachodowi z przystanku autobusowego w Nowych Grochalach w stronę Piasków Królewskich. Obfitość rosnących w sosnowym borze krzewów i drzew liściastych podszycia i dolnego piętra leśnego, szczególnie w barwach jesiennych nadaje wędrówce wyraz o  skali gdzie indziej w Kampinoskim Parku Narodowym niespotykany. Od lat o godzinie 9-ej rano odjeżdża w tamtą stronę autobus sprzed dworca Gdańskiego.  Najprzyjemniej jest tam pod koniec października, wtedy o wybraniu się na ten szlak warto pomyśleć; wtedy można brodzić w opadłych na ziemię liściach i jest to miłe doznanie. Zapraszam na wędrówkę tym szlakiem. Może się tam nawet spotkamy... 

Niestety, lasów bukowych u nas na Mazowszu nie ma. Ono jest usytuowane poza strefą naturalnego występowania buka. A tam, gdzie rosną buki, o kolorowej jesieni tam jest jeszcze ładniej, niż ładnie.

Takich bukowych lasów trzeba  szukać  poza granicami historycznego Mazowsza.

Pierwsza połowa tegorocznego października nie była zbyt łaskawą. Jednego dnia zimno, drugiego zimo i pogodnie, trzeciego wcale ciepło i dżdżyście. Lasy wciąż zielone i wygląda na to, że nie będzie polskiego babiego lata. Nie ma mgieł o porankach, malowniczo snujących się nad łąkami. Brakuje wokół Warszawy lasów liściastych, dębiny wycięto, buczyny nie rosną, dominują drzewostany sosnowe, nie liściaste. A jeśli liściaste, to głównie wilgotne olszyny, rosnące w niższych położeniach, a liście olchy nie zmieniają kolorów. 

W podwarszawskich okolicach najwięcej barw dostarczają dęby czerwone, ale to nie jest gatunek rodzimy, dąb czerwony jest sprowadzonym z Ameryki egzotem. Fakt, że bardzo jest malowniczy. I niezwykle agresywny. W Kampinoskim Parku Narodowym dęby czerwone się wycina; park narodowy powinien być jak żywe muzeum gatunków roślin rodzimych, a nie cudzoziemskich. Te widoczne na zdjęciu szpalery dębu czerwonego na szlaku koło Dziekanowa już nie istnieją. Ta fotografia jest już dokumentem historycznym. 

Po leśne barwy jesienne prawdziwe, a i polskie, jak należy, zawsze jeździłem daleko, najchętniej w takie lasy, w których rosną buki. Tak więc zdradzałem moje Mazowsze na rzecz lasów świętokrzyskich. Ich północne fragmenty od ostatniej reformy administracyjnej, chociaż nie leżą na obszarze historycznego Mazowsza, znajdują się  w granicach województwa mazowieckiego. 

Buczyna w lasach kolo Przysuchy

Wyjazdy ku tamtym bukowym lasom wymagały wysiłku i samozaparcia.  Jechało się  na jeden dzień, zazwyczaj w niedzielę, wolnych sobót jeszcze nie było. Przed świtem trzeba było dotrzeć na warszawski autobusowy dworzec zachodni. Wyjazd raniutko, powrót o późnym zmierzchu, czasem już nocą, nazajutrz trzeba było iść do pracy. To się dawało zrobić przy pomocy publicznej komunikacji. Więc  trasy wycieczkowe były atrakcyjne, to nie były trasy okrężne, wymagające powrotu do samochodu. Szło się z Suchedniowa przez Wykus do Wąchocka albo z Bliżyna przez Świnią Gorę do Zagnańska, po 25. km za każdym razem. Dla tych jesiennych, leśnych kolorów bylo się zdolnym na wszystko. No i było się młodym. Teraz młodym już się nie jest, a z komunikacją coś się powyrabiało, bo albo jest z nią kiepsko, albo w ogóle jej nie ma. 

Stosunkowo łatwo dostępny jest rezerwat „Bukowiec” na Wyżynie Łódzkiej, oddalony o godzinę marszu od stacji  Lipce Reymontowskie na Ziemi Łowickiej.  Rezerwat utworzono  w 1934 r , oficjalnie zatwierdzono w 1954 r., ale nie jest wielki, ma  zaledwie 6,5 ha powierzchni.  Przed I wojną światową był prywatną własnością carskiej rodziny Romanowów. Dojazd   koleją  nie jest skomplikowany, do stacji Lipce Reymontowskie jedzie się pociągiem. wpierw kolei mazowieckich z Warszawy, od Skierniewic pociągiem kolei łódzkich.  

Bukowiec  to las nie byle jaki. Rośnie  w  lekko pofałdowanym terenie,  jest bardzo dorodny, buki wszechobecne, buczyna miejscami niemal o górskim charakterze. I tak jak należy, pod nogami idących szeleszczą  opadłe, barwne  liście, Potężne buki  mają tam  ponad dwieście lat. To pośród nich odbywały się przyjęcia na wolnym powietrzu w czasie galowych polowań carskich. Z tym lasem sąsiadują pola, pełne ozimin i bardzo wiejski, bardzo polski krajobraz, wioseczka Bobrowa jest tam jak malowanie, nie podrabiana, nie podrajcowana na pokaz w żadnym foto szopie. Gdy byłem tam po raz ostatni, trafiłem na słoneczną pogodę złotej polskiej jesieni, nie chciało się stamtąd odchodzić.  

Jesienne kolory w rezerwacie "Bukowiec" koło Lipiec Reymontowskich


...a gdy już bardzo zatęsknię za kolorami jesieni, a tak się złoży, że nie będę mógł ku tym kolorom wyruszyć ze swojego warszawskiego mieszkania, wówczas otworzę szeroko okno i spojrzę na swoje tonące w barwach jesieni domowe osiedle na Sadach Żoliborskich. Brodzić w opadłych liściach nie będę, ale co sobie popatrzę, to moje. To zdjęcie zostało wykonane trzy  lata temu w dniu 25 października. 

Osiedle Sady Żoliborskie w Warszawie w kolorach jesieni

 

sobota, 7 października 2023

 

Nadbużański Park Krajobrazowy

Kilka słów na Jubileusz 30-lecia Parku

W roku 1993 powstał Nadbużański Park Krajobrazowy w  lewobrzeżnej części Doliny Dolnego Bugu, tam gdzie towarzyszą jej  Puszcza Kamieniecka, Lasy Miedzyńskie i Ceranowskie.  Naczelnym zadaniem Parku jest dbałość o zachowanie równowagi pomiędzy terenami zurbanizowanymi, a terenami cennymi przyrodniczo, będącymi jednocześnie miejscem wypoczynku. W Parku Krajobrazowym (i jego otulinie) nie lokuje się uciążliwego przemysłu, a działalność gospodarcza i rolnicza, nie wyłączając leśnej, musi być prowadzona bez ujemnych skutków dla środowiska naturalnego. A jest tutaj ono niezwykle interesujące. 

Właśnie obchodzi swój Jubileusz trzydziestolecia Nadbużański Park Krajobrazowy. Dla dla mnie to czas wspomnień. Ten Park wymyślił  się mi w Czaplowiznie pośród Puszczy Kamienieckiej. Jakiś czas pośród niej mieszkałem. Pan Józef Jechna z gajówki kolo Czaplowizny opowiadał mi o strachach i czarach, ciągnęły wieczorami słonki koło Dębu Józefa wśród lasu, o świtaniu na  duktach wokół Ługu czuszykały cietrzewie. Bataliony tokowały na nadbużańskich łąkach,  szukałem rzadkich roślin po lesie, raz jeden biegały wokół mnie zakochane kuny leśne, zupełnie na intruza nie zwracając uwagi, niemal codziennie żurawi klangor mnie budził, a z pohukiwaniem puszczyka zasypiałem. 


 


Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Był rok 1973, jesień, ja dopiero co powróciłem z wyprawy alpinistycznej do Afganistanu i  jechałem pociągiem z dworca wileńskiego w Warszawie do  Puszczy Kamienieckiej. Stałem przy otwartym oknie i   –   stęskniony, dopiero co przybyły z krainy kurzu i jałowej ziemi pustynnej  –   nie mogłem się nacieszyć zapachami polskiej wsi, polskich pól i łąk, polskiego lasu, przyrody polskiej. Ach! Jakże to wszystko pachniało, ileż zapachów umiałem rozróżnić! Zapachy mojej ziemi ojczystej!  Wiele wtedy wówczas zrozumiałem w tym pociągu, stojąc przy jego otwartym oknie. A dzień później byłem już nad Bugiem koło Brzuzy, Wywłoki i Szumina. Rzeka nie była jeszcze obwałowana. Widok był oszałamiająco piękny.


Przypuszczam, że to wówczas zaczął się konkretyzować  pomysł utworzenia parku krajobrazowego na obu brzegach Bugu, z rzeką jako spoiwem całego ekosystemu. Pomocą w ubraniu pomysłu w odpowiednią szatę dokumentów służyli mi działacze komisji ochrony przyrody Okręgu Warszawskiego PTTK, przede wszystkim jednak prof. Stefan Kozłowski, późniejszy minister ochrony środowiska w rządzie Jana Olszewskiego. Był wtedy szefem komisji parków narodowych w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody. Prowadziłem go przez okolice Czaplowizny, szliśmy z Toporu do Nepomucka w Grabinie. Po drodze odwiedziliśmy hajstrę na gnieździe. Jak się zdaje, nadal tam gniazduje. 

 

Myśl o rezerwacie w Czaplowiznie, którą rzuciłem, zrealizował ówczesny konserwator przyrody w Siedlcach, p.Zbigniew Kaszuba. Wielka tam różnorodność siedlisk dobrze zachowanych zbiorowisk roślinnych. Różnią się od siebie znacznie i dopiero wiedza o tych różnicach lepiej pozwoli zrozumieć las.  Ornitofaunę  fachowcy  uznali za pierwotny zespół ptaków o cechach przewodnich, właściwych większym, naturalnym kompleksom leśnym, np. Puszczy Białowieskiej. 

To co jednak tam jest najważniejsze w tej nadbużańskiej krainie, to krajobraz kulturowy ziem nad Bugiem. Na obu brzegach, w obu puszczach pospołu, w Kamienieckiej i Białej. Oraz na ziemiach, uprawianych od wieków przez mieszkających tam ludzi. Zmienia się tam krajobraz, współczesność dorzuca do niego swoje ślady, pięknieją ludzkie sioła, piaszczyste drogi ubierają się w asfalt, za wiele zrębów po lasach, ale to wciąż ten krajobraz, o którym pisał wielki poeta epoki romantyzmu, przepomniany dziś trochę Teofil Lenartowicz.

                         Prawda, że piękne cudze kraje,
                         Lecz w sercu czegoś nie dostaje,
                         Kościoły wielkie, zamki, wieże,
                         Ale za serce nic nie bierze...

                        We własnym kraju, tam, w ojczyźnie,
                        Wszystko ci bratnie, wszystko bliźnie,
                        Głos ma dla ciebie zrozumiały
                        Ta ziemia szara, ten kraj cały.
                        Te lasy twoją szumią mową...

Zamyśliwałem kiedyś nieśmiało, że Teofil Lenartowicz byłby dobrym i właściwym patronem Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. Ten fragment jego poezji, który tutaj zostały przytoczony, uczyniłem mottem swojej książki „Podróże po Mazowszu”, wydanej w roku 2016 nakładem Wydawnictwa Iskry. W tej książce  i w innych swoich książek wspominałem krajobraz  szczególnie mi bliski. Z autocytatów z tych książek utkałem to moje jubileuszowe wspomnienie. Dobrze, ze jest ta bardzo inspirująca ziemia.  I   –   chociaż powstał nie w takich granicach, w jakich powinien   –   dobrze że jest ten Nadbużański Park Krajobrazowy. 





                          

                            ..................................................................................

niedziela, 1 października 2023

Piękny pałac wyrósł pośród lasu w Teresinie.

Aż dziw,  że tego lasu  nie wycięto, co jest ewenementem w tym równinnym, okolicznym pejzażu, bo na tej żyznej Równinie Łowicko - Błońskiej wycięto wszystkie lasy już przed wiekami. Las jest niewielki i ma kształt obwarzanka. Ocalał jako dawny las dworski, w którym się wypoczywało, zażywało przejażdżek, polowało. Dzisiaj już nie spotkamy właścicieli dóbr teresińskich na leśnych dróżkach. Lecz są świadkowie tamtych czasów. To wiekowe i okazałe zabytkowe drzewa. Przeważnie są to dęby szypułkowe.  Najpiękniejsze dwadzieścia rośnie w bliskim sąsiedztwie pałacu. 

 
Pałac powstał w końcu XIX wieku na zamówienie Mieczysława Epsteina. Ten świeżo upieczony ziemianin i nobilitowany szlachcic chciał mieć dla siebie budowlę okazałą i prawdziwie wielkopańską. Stać go było na to. Był wiek XIX, Epstein był  kapitalistą, a  szanujący się kapitalista musiał mieć pałac w Warszawie i musiał mieć pałac wiejski w jej okolicy. Dobrze było, jeśli znajdował się pobok szmat żyznej, zdatnej do uprawy ziemi, przynoszącej odpowiednie zyski. Taka właśnie ziemia była na tej równinie. Więc budowali pałace już nie tylko przedstawiciele ziemiaństwa, lecz także bogaci warszawscy kupcy i bankierzy, często jako świeżo upieczeni ziemianie z dopiero co uzyskanym szlacheckim tytułem i herbem. Bankier zmieniał się w ziemianina, arystokrata w kapitalistę. I jednemu i drugiemu nie przeszkadzała carska niewola, a "interesa" pochłaniały i jednych i drugich całkowicie. 

Powstawały więc rezydencje, które miały odpowiadać nowemu statusowi społecznemu ich właścicieli. Architekci chętnie sięgali po wzorce do architektury zachodniej Europy. Dzisiaj są te eklektyczne pałace świadectwem swoich czasów, ubarwiającym mazowiecką równinę. 

Eklektyzm był stylem, który pojawił się w Polsce przed ponad stu laty i przez lat kilkadziesiąt gościł na naszych ziemiach, aby potem odejść w przeszłość. Budowle eklektyczne korzystały powszechnie z mnogości wszelakich pożyczek stylistycznych z różnych epok i różnych artystycznych środowisk pochodzących. Robiły to w takim stopniu, iż słowo "eklektyzm" wkrótce nabrało znaczenia pejoratywnego i stało się synonimem rzeczy nieoryginalnych i w oburzającym stopniu naśladowczych. Od eklektycznych budynków, które pozostały wśród naszego rodzimego pejzażu odwracano się ze wstrętem. Przez wiele lat były niemodne. Musiało upłynąć znowu lat kilkadziesiąt, by eklektyczna architektura powróciła do łask, ale już nie jako styl aktualnie obowiązujący, lecz jako szacowny zabytek, nad którym roztkliwiają się znawcy i koneserzy tego, co uważane jest za prawdziwie ładne. Cóż, mody się zmieniają, i to stosunkowo szybko. Także i mody w architekturze.

Dzisiaj budowle eklektyczne wielokrotnie budzą zachwyt. Przede wszystkim eklektyzm pałaców łódzkich fabrykantów i kamienic na pryncypalnej ulicy miasta, na Piotrkowskiej. Ale i na podwarszawskim Mazowszu nie brakuje budowli eklektycznych. Jedną z nich jest pałac wśród lasu w Teresinie. Zapewne najefektowniej położoną, to przez te dęby, zobaczcie je koniecznie w barwach jesiennych, jest na co popatrzeć! 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A pałac jest prawdziwie eklektycznym cackiem, które zostało zaprojektowane pod koniec wieku XIX  przez Francois Arveufa, dopiero co przybyłego do Polski architekta francuskiego. Jest pałac budowlą piętrową, krytą galerią arkadową połączoną ze starszą odeń oficyną parterową.  Ma ten pałac wysokie poddasze, mansardowy dach blaszany z lukarnami. Wnętrze w części zachowuje nadal dawny charakter, z drewnianymi boazeriami, marmurowym kominkiem i zachowaną do dzisiaj martwą naturą szkoły francuskiej, obrazem pochodzącym z przełomu wieków XVII i XVIII.



Drzewostan, otaczający otoczenie pałacu sadzono przed 120 laty, co podają współczesne mapy Banku Danych o Lesie. Okazałe zabytkowe drzewa otaczające pałac, pomników przyrody całe mnóstwo, są sosny zwyczajne, dorastające lat 180, jest 120-letnia sosna wejmutka i 80-letni tulipanowiec amerykański (80 l.), przede wszystkim wyjątkowej urody  dęby szypułkowe,  mają po około 300-350 lat, najtęższy ma 530 cm obwodu w pierśnicy, najwyższy dosięga 25 metrów.  Najpiękniejsze dwadzieścia rośnie w bliskim sąsiedztwie pałacu. 
 
Pałac miał krótką, ale interesującą historię, najbardziej zapamiętano  zdarzenie z początkowych lat XX wieku; przez wiele lat poruszała opinię publiczną sensacja kryminalno towarzyska -  w roku 1913 w parku teresińskim w tajemniczych okolicznościach został zamordowany książę, baron został o zabójstwo oskarżony, proces budził emocje, barona  uniewinniono. 
 

Dzisiaj mieści się w pałacu ośrodek rehabilitacyjno szkoleniowy KRUS. Różnie się tym KRUS-ie mówi, nie zawsze najlepiej, często źle,  jednakże o pałac i o jego otoczenie dzisiejsi gospodarze dbają nie najgorzej. Park jest ogólnodostępny. W  pół godziny można do niego dojść od pobliskiej stacji kolejowej „Teresin Niepokalanów” kolo Sochaczewa, pociągiem z Warszawy jedzie się około 50 minut.
....................................................

wtorek, 26 września 2023

W jabłoniowych sadach południowego Mazowsza

Byłem tam  dopiero co, jak co roku tam jadę o  jesiennej porze późnego września. W podróż do największego sadu Europy wyruszyłem  pociągiem Kolei Mazowieckich z warszawskiego dworca. Po godzinie  jazdy wysiadłem na przystanku  Gośniewice. A potem  pieszo poszedłem w głąb tego sadu. Z tego przystanku poprowadziłem przed laty nieoznakowany szlak w jednym z moich broszurowych przewodników z serii „Podwarszawskie szlaki piesze”, wydawanych przez wydawnictwo Sport i turystyka w latach siedemdziesiątych XX wieku. Sześćdziesiąt lat minęło od tamtego czasu, a ja wciąż tutaj przyjeżdżam. Tuż obok przystanku kolejowego zaczynają się teraz jabłoniowe sady. I ciągną dalej, het! na wschód ku Warce, Konarom i Czerskowi...
   


Południowe Mazowsze jest krainą owocowych sadów. Jak z winnic słynie włoska Toskania, francuska Burgundia i jeszcze kilka innych regionów w cudzoziemskich krajach, tak w sadów jabłoniowych słyną okolice podwarszawskie. Wcale niedaleko od polskiej stolicy, o niespełna pół setki kilometrów zaledwie. Jeszcze w początkach wieku XX wioski na południu Mazowsza były biedne, tak samo jak i w innych regionach ziemi mazowieckiej. Wszystko zaczęło się już w niepodległej Polsce. Popularyzacja  ogrodnictwa włościańskiego szybko wydała owoce. Idea była taka: każdy chłop powinien mieć przy domu sad owocowy, on miał zapewnić rodzinie dostatek, a  wykształcenia dzieciom. I tak południowe Mazowsze stawało się sadowniczą potęgą. 
 

 


Mówi się, że matką sadownictwa w tej mazowieckiej okolicy była Bona, rodowita Włoszka, a polska królowa w wieku XVI. Prawdziwy rozwój tutejszych sadów datuje się na koniec XIX wieku. Trzeba jednak pamiętać, że jabłonie w Polsce rosły grubo przed Boną. Dostarczały owoców mieszkańcom terytoriom dzisiejszej Polski już w okresie halsztackim w epoce żelaza, a więc w okresie od VII do V wieku przed nową erą. W lasach rosła dzika jabłoń płonka. Nosząca łacińską nazwę Malus silvestris, rośnie w naszych lasach nadal. Niewątpliwie owoce tych drzew były zbierane z dzikiego stanu przez człowieka od czasów najdawniejszych .

Zadziwiające: Bona, po śmierci męża z jego woli przez kilka lat władczyni Mazowsza,  tak niewiele tutaj pozostawiła po sobie. Na pewno tym, co naprawdę jej ziemia ta zawdzięcza, to sady owocowe. Nie lubili jej polscy panowie szlachta. Była obcą, z obcego kraju. Ksenofobia jest na pewno istotnym elementem polskich przypadłości narodowych. Była inteligentna. Za inteligentna. Przebiegła, a w polszczyźnie znaczy to tyle, co chytra. Też niedobrze. W jej rodzinnej Italii tez jej nie lubiano. Ta, którą w Polsce posądzano tyle razy o szafowanie trucizną, zmarła sama otruta dnia 19 listopada 1557 roku na zamku w Bari. 
 


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
O Bonie już dawno sadownicy mazowieccy zapomnieli, a sadów przybywa i przybywa. Prawie polowa wszystkich zbiorów jabłek w Polsce stąd pochodzi. Dzięki tym sadom i plantacjom mazowieckim Polska należy do czołówki europejskich producentów jabłek i zajmuje czwartą pozycję po Włoszech, Francji i Niemczech. Są tam przecież i inne owoce:  grusze, śliwy, wiśnie, czereśnie i – przede wszystkim – truskawki, ale przede wszystkim na południu Mazowsza pysznią się jabłoniowe sady. Zmieniały się gatunki jabłek, jakie tu hodowano. Jabłka mojej młodości już niemal wszystkie odeszły w przeszłość, chociaż czasami można się jeszcze z nimi spotkać. Rozczulamy się w rówieśnym towarzystwie na samo tylko wspomnienie tamtych jabłek. I powraca we wspomnieniach ich niezrównany smak. Smak wczesnej antonówki, w której miąższ zagłębiały się nasze młode zęby już wczesnym latem. Smak koszteli powraca, jabłka wyhodowanego przez zakonników z mazowieckiego Czerwińska pod koniec XVI wieku. Podobno jeszcze czasem można nabyć kosztele na warszawskich straganach. Jak i smak renety, a były renety szare i były złote. Koksę się pamięta, a jakże. I późniejsze boikeny, cortlandy, idarety.
 


Dzisiaj najważniejszą role sadownicy mazowieccy wyznaczyli dwom gatunkom jabłek. Jednym jest Szampion. Owoce ma czerwone, jest odmianą czeską, wyselekcjonowaną w 1970 roku w miejscowości Skirzovice z mieszańców Golden Delicious i Koksa Pomarańczowa. Zaletami tego jabłka jest wczesne wchodzenie w okres owocowania oraz obfite i coroczne plony. Na popularność tego jabłka u nas jest  wysoka jakość i smak owoców. 
 

 


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Z Ameryki przybyło do nas  deserowe jabłko Golden Delicious o jasnozielonych owocach. To odmiana uprawna jabłoni domowej, należąca do grupy odmian zimowych, wyselekcjonowana  w USA w roku 1890 w Wirginii Zachodniej. W warunkach polskich dojrzałość zbiorczą osiąga w połowie października, a dojrzałość konsumpcyjną w grudniu.



Nie najgorszy  rodowód mają nasze mazowieckie jabłka. Jabłoń rosła w biblijnym raju, tak w każdym razie jest przedstawiana na wielu starych obrazach. Biblijne drzewo poznania dobra i zła jest uważane powszechnie za jabłoń; biblijna Ewa przedstawiana jest z jabłkiem w dłoni.  Mały Jezus na ramionach Matki również często przedstawiany jest z jabłkiem. I - bardzo to ważne dla chrześcijańskiej wiary znaczenie symboliczne - z żywym jabłkiem!  Jabłka królewskie niejednokrotnie bywały szczerozłote, często inkrustowane drogimi kamieniami. Interesujące, iż jabłoń nie odgrywa praktycznie żadnej roli w wierzeniach ludów słowiańskich. Istotną rolę ma natomiast w ludowej medycynie i to na całym świecie. Uważano, że jabłka wzmacniają serce i żołądek, a dzieci chronią od mizerności.  Podobno spożywając dwa jabłka dziennie, ustrzeżemy się od sklerozy. A ileż to wspaniałych przysłów jest związanych z jabłkami! Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Zjeść kwaśne jabłko. Cóż po pięknym jabłku, jak jest zgniłe. Jaka jabłoń, takie jabłko. Nie każda jabłonka słodkie jabłka rodzi. I wiele, wiele innych...


środa, 13 września 2023

Niezwykły głaz ze wsi Pieczyska w ziemi czerskiej

Pierwszy raz dowiedziałem się o wsi Pieczyska z dzieła nieocenionego Oskara Kolberga (Mazowsze. Obraz etnograficzny. 1885). I to, co tam przeczytałem spowodowało, że zadrżała we mnie dusza krajoznawcy, ożywiona w czasach jeszcze szkolnych, licealnych. Wiedziałem już, że Pieczyskom nie odpuszczę. To stara wieś, już w roku 1452 po raz pierwszy zanotowano nazwę wioski Pieczyska w ziemi czerskiej księstwa mazowieckiego. Wtedy to bracia Tryczowie herbu Prus z Pieczysk, Barcic i Niegowa (Mikołaj - kanonik płocki, Piotr - proboszcz sochaczewski, oraz syn Wawrzyńca - Adam, ich bratanek) - wystawili i uposażyli kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP i św. Marii Magdaleny. 


Dzisiaj we wsi stoi zupełnie inny kościół. Jest murowaną  budowlą, przyodzianą  w neogotycki kostium, powstał w latach 1904-1908 wg projektu Wacława Zaremby z Warszawy. Jego największą ozdobą jest ołtarz główny, pochodzący z 2. poł. XVIII w. z figurami Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Znajduje się w nim słynący łaskami obraz Matki Boskiej Pieczyskiej, malowany na wzór ikony częstochowskiej, wg tradycji albo ofiarowany przez braci Tryczów w XV wieku, albo pochodzący z roku 1613.  

Ważną postacią dla Pieczysk jest Matka Boska. Kiedyś nawet osobiście odwiedziła okolicę, a było to wtedy, gdy wędrowała po Mazowszu ze swoim kotkiem. Nie wierzycie? Jest na to dowód. Oto, około pół kilometra na wschód od kościoła, leży pośród sosen sporych rozmiarów polodowcowy głaz, przyciągnięty tutaj gdzieś z północy Europy  przed tysiącami lat przez lądolód skandynawski. Na głazie widoczne są przedziwne wgłębienia, które w przekonaniu wielu są śladami wędrówki Matki Boskiej, gdy w tych stronach chodziła ze swoim kotkiem. Powiadają iż jeden znak jest od wysiedzenia, taki jaki robi się na poduszce, gdy kto usiądzie, inny zaś jest śladem wyciśniętej nogi, oraz kijka którym się Matka Boska podpierała, a jeszcze inny śladem kotka. Ślady są wyraźne, a "stopka" Matki Boskiej wydaje się być tak bardzo realną, iż trudno uwierzyć, że jest to tylko legenda...


Księga Ziemi Czerskiej (Warszawa 1879, str.LXX) podaje, że to jest kamień graniczny,  jeden z tych zapewne, na których wykuwano stopę, gdy kamień cechowany był przez sąd kmiecy.   „Kamień ten graniczny (Markstein), znajdujący się w parafii Pieczyska, samotny, położony wśród łąk i lasu wyciętego, jest przedmiotem czci z pobożnej, miejscowej tradycyi wynikłej, złączonej z kultem obrazu N.P.Maryii w Pieczyskach”.

Może tak było, może to i kamień graniczny, ale może i jednak niekoniecznie. Powiadają niektóre źródła, że w średniowieczu nie brakowało fachowców, którzy na zamówienie tworzyli takie cudowne stopki. Bo takie było zapotrzebowanie zamawiających, po choćby, aby zapewnić sławę ich klasztorowi lub świątyni, i żeby przybywało tam ofiarnych pątników.

Na przełomie wieków XIX i XX ukazywał się w Warszawie Tygodnik Illustrowany, świetnie redagowany jest  kopalnią wiadomości dla nas, dzisiejszych. Miał znakomitych miał autorów, drukował tam Bolesław Prus i Maria Rodziewiczówna, prezentowane były pejzaże Fałata  i Stanisławskiego. Ważką rolę odgrywało to czasopismo w rozbudzaniu świadomości narodowej u Polaków pod zaborami. W numerze 46. tego tygodnika  z roku 1907. wydrukowano ilustrację przedstawiającą głaz w Pieczyskach, jest to jego pierwszy publikowany wizerunek. A rok tej publikacji jest ważną datą dla poszukiwaczy krajowidoków polskich: w 1906 roku powstało Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, a już rok później wiodło pierwszą nizinną, zorganizowaną wycieczkę pieszą do Puszczy Kampinoskiej! Ilustracji tej w tym Tygodniku towarzyszył  tekst: „Uczeni nie mogą się zgodzić co do ustalenia czasu, w którym znaki te wykonano, i co do określenia ich znaczenia. Niewątpliwie jednak stopki owe pochodzą z epoki bardzo odległej, z czasów przedhistorycznych.   Fantazya ludu wiązała kamienie ze śladami nóg czlowieczych z religijnymi wierzeniami.” 



W tej opowieści o kamieniu z mazowieckich Pieczysk wszystko jest domniemaniem, przypuszczeniem, możliwością do rozważenia. Choćby sama nazwa wioski: Pieczyska. Warto sięgnąć do Aleksandra Brücknera Słownika etymologicznego języka Polskiego, którego pierwsze wydanie ukazało się w 1927 roku.  Na str.406 jest część tego Słownika najbardziej nas interesująca. Zacytujmy cały ustęp, wnioski każdy z czytających  sam sobie wyciągnie: 

Piecza, 'staranie, opieka'; w dawnym języku (cerkiewnym, staroczeskim i innych) mówiono: >piec się o czem<  'starać się, gryźć się', stąd bezpieczny, niebezpieczeństwo, a dawniej, jeszcze i w 16. wieku przezpieczny, przezpieczność. Dalej pieczliwy, pieczliwość, 'troskliwy', 'troska, staranie' przestarzale. Od piek-; przyroistek -ja, dlatego u wszystkich Słowian to samo cz' słoweńskie pecza, czeskie pecze, ruskie piecza.

Pieczyska leżą na zdenudowanym tj. wyrównanym płacie akumulacji lodowcowej Równiny Warszawskiej. Razem z lądolodem  z dalekiej Skandynawii przybyły tu krocie głazów, sporo z nich wydobyto z głębi ziemi przy okazji różnych budowań. Największy znajduje się w nie tak dalekim od Pieczysk powiatowym Piasecznie, jest naprawdę ogromny. Ale na powierzchni takich głazów zachowało się niewiele. Głaz z Pieczysk na Mazowszu Czerskim jest jedynym naprawdę się wyróżniającym. A więc?

Lud swoje wie, tłumaczyć mu nie trzeba. Lud ma swoje legendy.  Lud posiada mało – pisał Oskar Kolberg – ale co posiada, to posiada dobrze. Istnienie tego  głazu (głazu czy tego, co z tym głazem jest związane?) zapewniało pieczę swojemu ludowi.  Jedna z pieczyskich legend powiada, że w czasie potopu szwedzkiego, gdy wojska  szwedzkie zbliżały się do wsi, jej mieszkańcy schronili się w pobliskim lesie obok kamienia. No i gdy Szwedzi zbliżali się do ich kryjówki na głazie ukazała się postać kobiety. Żołnierze przestraszyli się i uciekli. Kiedy mieszkańcy Pieczysk wyszli z ukrycia na głazie nikogo nie było. Na powierzchni kamienia znajdował się jedynie odciski stóp, które przypisano Matce Boskiej.

Czy już w czasach pogańskich ten głaz był głazem świętym? A dlaczegoż by nie? Na pewno kult kamienia z Pieczysk sięga późnego średniowiecza. Wiąże się z nim m.in. powstanie pieczyskiego kościoła pod wezwaniem Narodzenia NMP. Trzech braci Fryczów, fundatorów kościoła,  do  budowy świątyni miała skłonić ludowa tradycja o objawieniu się na kamieniu Matki Boskiej, która zdążając do Pieczysk zostawiła w tym miejscu ślady swoich stóp.


Przez miejscowych parafian głaz otaczany jest czcią i pobożnym szacunkiem. I coraz bardziej obudowywany tego szacunku dowodami. Od lat jest już częścią wcale sporej, plenerowej kapliczki.   Jakby nie było, niezwykłość tej wdzięcznej legendy z Pieczysk jest porażająca. I    – proszę!  –  nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Że naród prymitywny, że głupi i naiwny, że mu księża w głowach pokałapućkali, to i w głupoty wierzy. W tej legendzie jest coś więcej. No i jest   –  kotek. Wskazuje wyraźnie na to, że ci, co tę opowieść snuli na samym początku, doskonale wiedzieli o tym, że to, o czym opowiadają, to jest niemożliwość. 
 
To byli poeci. Nadawali swojej opowieści cechy poetyckiej baśni. Baśnie, jak wiemy, nie zawsze są zmyśleniem, bywają poetycką interpretacją faktu. Bo i byli ci średniowieczni bajarze katolikami, ludźmi wierzącymi. Wiedzieli więc, że Matka Boska nie jest zmyśleniem. Ona istniała. Wszak byli tego świadkowie. Ona była kobietą. Więc przecież na pewno miała kotka, chociaż nie mówią o tym Pisma... 

.............................................

Kilka osobistych zdań od autora na zakończenie. 
 
Na południe od Warszawy znajdują się te Pieczyska, daleko są za Piasecznem, za Lasami Chojnowskimi się znajdują,  tam, gdzie turyści raczej nie zaglądają. Tym bardziej kuszą, aby je odwiedzić. Zobaczyć ten głaz ! Tę stopkę, co wygląda jakby była wypalona w kamieniu przez jakąś tajemniczą, nieziemską siłę. I ta legenda... fascynująca sprawa. 
Jak poinformował mnie  wujek Google, głaz w Pieczyskach oddalony jest od mojego domu na Żoliborzu o 42 km. Gdybym chciał przebyć tę trasę pieszo, to wedle wujka Google, który zaprojektuje mi ją dość dokładnie, musiałbym przeznaczyć  ma nią 9 godzin i 42 minuty. Niestety, tego internetowy doradca nie uwzględnił, mój pesel już mi pozwala na takie szaleńcze tempo... Samochodu nie mam, na taksówkę nie stać mnie za bardzo, ale – jak się okazuje – mogę skorzystać z warszawskiej komunikacji miejskiej. Z uwagi na swój pesel podróż mam bezpłatną. Taki sposób podróżowania po okolicach mojego miasta to niewątpliwie jeden z najważniejszych przywilejów starości, jaki został mi dany. Skorzystałem. 
W osiem minut tramwajem dojechałem ze swojego domu na Żoliborzu do kolejowego Dworca Gdańskiego, tam kwadrans na przesiadkę i pociągiem linii S4 Szybkiej Kolei Miejskiej w 37 minut dojechałem do krańcowej stacji tej linii w Piasecznie, tam zdarzyła mi się wygodna przesiadka, tylko dwudziestominutowa, przystanek autobusu linii L19 niedaleko, pojechałem tym autobusem do samych Pieczysk, po 48 minutach jazdy wysiadłem w samym centrum wsi, do głazu miałem kilkaset metrów.  
To prawda, trwała ta podróż (w jedną tylko stronę) dwie godziny!   Na pytanie czy było warto aż cztery godziny przeznaczać na komunikację w tej mojej wycieczce, odpowiem: a dlaczegóż by nie?