piątek, 1 marca 2019


Bunkry na wydmach
opowieść krajoznawcza w dwóch odsłonach 

     Zima tegorocznego lutego na Mazowszu jakaś taka bardziej łagodna raczej. A luty wręcz niebywały. Czasem słonecznie, mroźnie bywało, ale nie za bardzo. W sam raz na wypad na peryferie mojego miasta, do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego w okolice Starej Miłosny, w krainę wydm i torfowisk.  To niezwykła  kraina, zadziwiająca tym bardziej, że  w znaczącej części znajduje się w granicach Warszawy.  
      Są dwie Miłosny, jedna jest dzielnica Sulejówka, druga to Miłosna Stara i jak sama nazwa wskazuje, to ona jest starsza. Niektórzy warszawiacy mają problem z odmianą nazwy Miłosna. Najczęściej popełnianym błędem jest odmiana, powszechnie jedzie się więc do Miłosnej, a powinno do Miłosny. Tak jak jechałoby się do Warszawy, a nie Warszawej. Takie bowiem są prawidła naszego, polskiego języka.
    Mówią mi niektóre źródła, że nazwa osady pochodzi od rośliny  w średniowieczu masowo rosnącą na bagnach u stóp miejscowych wydm. Owa roślina to miłosna górska (Adenostyles alliariae), gatunek należący do rodziny astrowatych. Występuje tylko w górach środkowej, południowej i wschodniej Europy. Przypuszcza się, że roślina wyginęła tutaj wraz ze zmianą klimatu na przełomie XVI i XVII wieku. Mnie bardziej trafia do przekonania inna hipoteza, przyjmująca pochodzenie nazwy od  od żyjących w istniejącej tu puszczy w średniowiecznej rodziny bartników: Jakub, Jan i Maciej zwani byli Miłosławami. Jak wyczytałem, ta informacja tyczy roku 1565, ale wiele przemawia za tym, że nie byli oni pierwszym pokoleniem Miłosławów. I być może tu właśnie należy doszukiwać się pochodzenia nazwy Miłosny.
    W tamtej okolicy krajobrazowo najbardziej interesujące są ługi. Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim brzegu Nysy zwanej Łużycką, na terenie dzisiejszych Niemiec. Ługi tutejsze są efektowne. Otoczone borami rosnącymi na piaszczystych wydmach, porośnięte kępami turzyc, pomiędzy turzycami przebłyskuje woda. 


Ług bezinienny na poludnie od wydm Pohulanki

I jeszcze jeden ług, po sąsiedzku, też bezimienny.
 
Zielony Ług
Macierowe Bagno w bezsłonecznej pogodzie zimy na początku lutego 2019 roku
Najładniejszym tamtejszym ługiem jest niewątpliwie Macierowe Bagno. Chcieli przyrodnicy zrobić je rezerwatem, ale się nie dało, jest własnością prywatną od przedwojny, należy do wielu właścicieli. Zielony ług też niebrzydki. Tam zachodzi się najczęściej, bo jest tam rozstaj trzech szlaków znakowanych, blisko od niego do pętli autobusowej w Międzylesiu nieopodal gmachów Centrum Zdrowia Dziecka.
    Na wycieczkę w okolice Starej Miłosny pociągnęły mnie teraz nie znane mi dotąd szczątki bunkrów, znajdujące się na otaczających ługi wydmach.  Podczas I wojny światowej, w 1915 roku, wojska niemieckie przejęły rosyjską linię obrony przebiegającą przez pasmo wzgórz Starej Miłosny, tworząc w tym miejscu nowoczesną linię obroną zwaną Bruckenkopf Warschau (Przedmoście Warszawy). Na okazałej wydmie parabolicznej znajdował się tzw. Punkt Oporu Pohulanka, składający się z trzech fortyfikacji z okresu I Wojny Światowej, wybudowanych w roku 1915 oraz trzech ciężkich schronów, wybudowanych w 1941 roku. 


Ruina jednego z bunkrów na Pohulance w sąsiedztwie Starej Miłosny
    Te schrony bojowe o wymiarach miały żelbetowe ściany o grubości dwóch metrów. Do dziś przetrwały, ale  w ruinie.Odegrały te bunkry pewną rolę w 1944 roku, przez kilka dni powstrzymywały ofensywę radziecką przed zajęciem przez Armię Czerwoną warszawskiej Pragi. Po wojnie wysadzono te bojowe schrony dość dokładnie. Te bliższe osiedli służą mieszkańcom jako śmietnik, odleglejsze dla odwiedzających są bardziej malownicze i wcale fotogeniczne.  

Niemcy z budowali, Rosjanie zniszczyli, jakby na to nie patrześ: zabytek historii.
    Przez wydmy i lasy w okolicach Starej Miłosny wiodła trasa ostatniej wycieczki Mieczysława Orłowicza. Mistrz polskiego krajoznawstwa, czuję się jego uczniem, choć go nie znałem, ale wzrastałem w jego legendzie, a siostra mego mistrza uczyła mnie biologii w liceum. Zakochany w Karpatach, które zdeptał pieszo wzdłuż, wszerz i wzwyż,  latami całymi związany ze Lwowem, ostatni swój kontakt z krajobrazem przyrodniczym  miał na Mazowszu.
    Towarzyszącej mi znajomej niewieście nie podobały się ruiny wojennych schronów. Że nieinteresujące – mówiła. Po co takie coś oglądać. Doktor Orłowicz odpowiedziałby by jej pewnie tak: przeciętny krajoznawca interesuje się wszystkim.  Prawdziwych gór koło Starej Miłosny nie ma, są jednak miejscami potężne wydmy, łączące się z sobą w długie na kilka kilometrów grzbiety, więc włóczenie się ich grzbietami jest dla górołazów namiastką karpackiej wędrówki. Pół wieku zaprojektowałem wiodący tamtędy szlak wiodący „piaszczystą percią”; szlak jest mój, ale nazwa starsza, tą percią się chodziło jeszcze zanim ja zjechałem do Warszawy.
Dąb przy Piaszczystej Perci. Fot.H.Łojasiewicz

     Przez te wydmy, może nawet obok tego starego dębu ze zdjęcia  w roku 1959 wiodła trasa ostatniej wycieczki Mieczysława Orłowicza. Uważał się raczej za krajoznawcę praktycznego  niźli teoretyka, a przecież napisał coś około stu pięćdziesięciu  przewodników turystycznych, które dziś są wznawiane i — mimo znacznej dezaktualizacji — są wciąż lepsze od wielu współczesnych. Zakochany w Karpatach, które zdeptał pieszo wzdłuż, wszerz i wzwyż,  latami całymi związany ze Lwowem, ostatni swój kontakt z krajobrazem przyrodniczym  miał na Mazowszu. Wśród zasłużonych spoczął na tyłach katakumb z Warszawskich Powązek. Ta perć koło Starej Miłosny zapewne była namiastką górskiej dla Orłowicza.
    Ani deszcz, ani burza nie były dla niego przeszkodą w wędrówkach – pisali uczestniczy jego wycieczek.  Wychował tysiące swoich rodaków. Wiele osób uczestniczyło w prowadzonych przezeń słynnych wyprawach. Jeszcze więcej zetknęło się z wędrowaniem, w celu poznania ziemi ojczystej, dzięki jego książkom i artykułom. Model „orłowiczowskiego" wędrowania wciąż uprawiany jest przez bardzo wielu.  

     W końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem  wycieczkę w Starej Miłośnie. Tab był obowiązkowy punkt programu wszystkich warszawskich turystów:  sławna dziewiętnastowieczna  karczma „Szafa gra”.  Jej sława  wybiegała  daleko  po  za szeroko pojętą okolice. Tamn taka szafa była, w latach Peerelu była sensacją, a do tego grającą! Nie zrobiłem zdjęcia tej szafy. Nie zdawałem sobie sprawy w swojej młodości, że zdejmowałbym zabytek. Połowa budynku jeszcze stoi, karczmy, ani grającej szafy w nim nie ma. Piękne zdjęcie budynków zabytkowego zajazdu znalazłem w internecie. Oto one:
 
Dzisiaj okolica zupełnie nie do poznania. Aż trudno uwierzyć. 

       Orłowicz był tam około dziesięciu lat przede mną. Szedł wtedy od stacji w  Sulejówku, w tej restauracji zjadł obiad, poszedł dalej do kolei w Międzylesiu. Tę, ostatnią swoją wycieczkę prowadził mając lat siedemdziesiąt osiem.  Pobiłem mistrza o lat pięć, teraz prowadząc przyjaciół w okolice Starej Miłosny. A po drodze, nad Zielonym Ługiem spotkałem innego starszego pana. Pozdrowił mijanego turystę uchylając w ukłonie swoją czapkę. Zatrzymałem się i podziękowałem za ten ukłon. Czasem ludzie się pozdrawiają na leśnych trasach podwarszawskich. Ostatnio nawet częściej, niż dawnymi laty. Ale żeby ktoś kłaniał się przechodzącym przez zdjęcie nakrycia głowy? Tak czynić mogą ludzie tylko bardzo starej daty. Porozmawialiśmy sobie. Dobiegać już począł dziewięćdziesiątki i wciąż wędruje turystycznie. Samotnie na dodatek! 


Gospodarz Barku w Dakowie


      Okolica ma teraz inną knajpkę i jest ona znakomitym miejscem  dla wędrowców. To znajdujący się w środku lasu "Barek w Dakowie",  prowadzony przez państwa Bednarskich. Ma bardzo schroniskową atmosferę,  we wnętrzu zawsze pełno jest turystów, którzy przywędrowali tu pieszo, z kijkami lub bez, w grupkach jak my, lub pojedynczo, z dziećmi lub bez, którzy zrobili tu sobie przerwę w footingu, przyjechali na rowerach latem, zimą ma nartach. Niewątpliwie jest to najbardziej sympatyczna knajpka, jaka można spotkać na podwarszawskich szlakach. 
       Pod koniec lutego raz jeszcze znalazłem się w Mazowieckim Parku Krajobrazowym, znów w towarzystwie, tym razem w dalszej części Parku na południe od Otwocka, w morzu sosnowych borów. Przez wiele dziesiątków lat nie było tam żadnego lasu, wycięto go na amen jeszcze w XIX wieku. Dopiero w latach trzydziestych XX wieku rozpoczęto te tereny zalesiać. To była wielka akcja. Upamiętnia ją niewielki głaz, ustawiony przy skrzyżowaniu dwóch traktów. Na głazie wyryty napis: Gdzie halizny i pustynia Siać i sadzić zagajenia Niech się po nas las zostanie Pracy leśnej poszczęść Panie. Pamiątka roku 1931-34. Bory jak bory, sadzono sosnę niezbyt wartościowego gatunku, pnie nawet marnie oczyszczone, widać, że zalesiający okolicę leśnicy nie przebierali w materiale do sadzenia. Pewnie widziały gały, co brały, chociaż mogły brać lepsze. Ale i zdegradowana do imentu piaszczysta gleba też miała coś do powiedzenia. Te lasy to w większości wciąż przysłowiowe mazowieckie laski i piaski.     

      Obok kamienia przebiega ważny trakt historyczny, łączący Karczew z Osieckiem, prawie cały czas wiedzie lasami, jak planowałem pierwszy raz wybrać się w te lasy, ten trakt wybrałem na wycieczkę, tylko on był oznaczony na ogólnie dostępnych mapach, inne drogi to była tajemnica wojskowa, nie dla profanów dostępna. Poszedłem więc tym traktem, z wycieczki zapamiętałem, że droga okazała się długa, piaszczysta i nudna jak sto psów, chociaż niemal cały czas lasem. 

Czerwony szlak na grzbiecie wydmowym Dąbrowieckiej Góry
Na tegoroczną zimową wycieczkę wybrałem się te lasy w lutym. Zima trwała, mrozik trzymał lekki, ale śniegu tyle co na lekarstwo,. Głównym celem mojej wycieczki była wysoka piaszczysta wydma, od pobliskiej wsi zwana Dąbrowiecką Górą. Na tej wydmie także znajdują się bunkry, jak pod Starą Miłosną. Zachowały się jednak jako tako i grono zapaleńców ze Stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji „Pro Fortalicium” http://www.profort.org.pl/. W ciągu kilku ostatnich lat z  niemieckich schronów bojowych z czasów wojny, zrobili obiekt muzealny, nazwali go skansenem fortecznym. 
Pan Hubert (pośrodku) opowiada. A ma o czym mówić  i mówić o tym umie !
    Przyszedłem z grupą znajomych, zapowiedziany wcześniej, na miejscu czekał na nas jeden z gospodarzy tego  fortecznego skansenu na Dąbrowieckiej Górze, p.Hubert Trzepałka. Wszystko pokazywał i objaśniał.  Takich bunkrów Niemcy trochę postawiali na wydmach, rozsianych na wschodnich przedpolach Warszawy, co naszych czasów dotrwały tylko dwa, pozostałe zniszczyli Sowieci. Zbudowano je solidne, odporne na trafienia ciągłe artylerii, miały wytrzymać bombardowanie bombami lotniczymi do wagi 500 kg. Po wojnie zostały totalnie zdewastowane. 
    Po upadku komuny bunkrami zainteresowali się pasjonaci militariów. Odbudowali, co było zniszczone, a do tego jeszcze urządzili wnętrze w stylu tamtych lat. Wygląda tak, jakby wojsko tam zamieszkujące dopiero co uszło w popłochu, pozostawiając wszystko na swoich miejscach. Prycze są zaścielone kocami, odłożona na moment broń wisi na kołku, na stole jest jakiś sprzęt radiowy i stare mapy z tamtych czasów, w oficerskiej izbie są  zdjęcia półnagich, biuścistych niewiast  i jest nawet Völkischer Beobachter (czyli „obserwator ludowy”) – organ prasowy NSDAP, organ bojowy narodowosocjalistycznego Ruchu Wielkich Niemiec.   



      Pan Hubert należy do nieczęstych osobników, dzięki którym otaczający nas świat staje się ciekawszy. Nawet jeśli to, co ciekawi jego, nas już niekoniecznie. Jakby jednak nie było, te hitlerowskie bunkry są świadkami historii naszej, mazowieckiej ziemi. Nie wyrywa się kartek z historii. Działalność pana Huberta i jego przyjaciół o tym nam przypomina. Każdą wolną od zawodowej pracy chwilę poświęca temu obiektowi. Jest on dla niego jak dziecko. A jak te pańskie bunkry znosi pańska rodzina? - pytam. Uśmiecha się. Widziały gały, co brały – odpowiada. Jedna z towarzyszących mi pań nachyliła się ku mnie i szepnęła mi do ucha: nie chciałabym być żoną pana Huberta...


    Nieopodal stały samochody, którymi przyjechali tutaj, aby poćwiczyć  poprzebierani w mundury mężczyźni z brzuszkami, członkowie jakiejś grupy rekonstrukcyjnej. No cóż, hobby militarystyczne nie jest obce naszym współrodakom.        
     Przed laty był w Warszawie znakomity europejski architekt, ścisła czołówka światowa, top absolutny, nazywał się Renzo Piano. Pytali go warszawscy dziennikarze co by zrobił z Pałacem Kultury,  budowlą, którą wielu z warszawiaków uważa za wyjątkowo szpetną ranę w miejskim pejzażu polskiej stolicy, a na dodatek wbity w miasto symbol upamiętniający czas sowieckiego komunizmu. Oczywiście, pytający spodziewali się odpowiedzi jedynie właściwej: należy toto zburzyć, zniszczyć lub przebudować. A na to Włoch: nie wyrywa się kartek z historii miasta. Nie wykopiemy też trumny Bieruta z powązkowskiego cmentarza. Pozostanie tam jako świadek historii. Te bunkry też są takim świadkiem.

Skansenu fortecznego na Dąbrowieckiej Gorze obiekt najważniejszy.
    Takich bojowych bunkrów Niemcy trochę postawiali na wydmach, rozsianych na wschodnich przedpolach Warszawy, co naszych czasów dotrwały tylko dwa, pozostałe zniszczyli Sowieci. Nie spełniły nadziei, jakie w nich pokładały władze niemieckie. Sowieci podeszli schrony na Dąbrowieckiej Górze fortelem. W podobny sposób podszedł Rzymian przebiegły Hannibal pod Kannami: okrążeniem. 
      Gdy już pod koniec lipca 1944 roku Niemców z  Dąbrowieckiej Góry przegnali, sami na tej wydmie wśród sosnowych lasów  zapadli na wiele tygodni. W Warszawie w międzyczasie wybuchło i zgasło Powstanie, a wokół bunkrów na tej wydmie aż do styczniowej ofensywy i forsowania Wisły w 1945 roku zimowało radzieckie wojsko w wykopanych ziemiankach. Ślady tych ziemianek wciąż są widoczne. To także historia. I do tej historii należą te ziemianki wśród  mazowieckich piachów, milcząco dzisiaj opowiadające o tych zziębniętych, wygłodzonych sołdatach, zagnanych tu przez wojenne wichry....

Piachy Dąbrowieckiej Góry.



     

2 komentarze:

  1. Barek na Dakowie bardzo fajne miejsce ale jest jeszcze jeden taki leśny lokal "Bar Przy Stajni" też niedaleko szlaku żółtego https://www.google.com/maps/place/BAR+PRZY+STAJNI/@52.1617505,21.2452756,15z/data=!4m2!3m1!1s0x0:0x9120364012c3a203?ved=2ahUKEwjYg9rvxOngAhXs-SoKHfSWCocQ_BIwDnoECAYQCA

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałe miejsca. Zwłaszcza leśne rozlewiska dodają im niesamowitego uroku. A właściciel barku w Dakowie, powinien dostać medal za zasługi dla wzrostu aktywności wśród społeczeństwa. Dla wielu argumentem do wyjścia na spacer do lasu jest właśnie wizyta w Dakowie :)
    Nie bardzo tylko rozumiem wygrodzenia terenu leśnego wraz z kawałkiem ścieżki, dla tzw. obserwatorium przyrody.

    OdpowiedzUsuń