Na majowych Warszawskich Targach
Książki, które od kilku lat odbywają się na Stadionie Narodowym, spotkało mnie
wyróżnienie honorową
Nagrodą Magellana, powstałą z inicjatywy magazynu literackiego "Książki". Wręczał mi tę nagrodę dyrektor Targów (800 wystawców, 100 tys.
zwiedzających). Jak pięknie napisano mi w dyplomie: „za kolekcjonowanie piękna
polskiego krajobrazu, rozbudzanie wrażliwości i zachęcanie do pielęgnowania w
sobie uważności”. Ubiegłymi laty nagroda trafiała
m.in. do Olgierda Budrewicza, Elżbiety Dzikowskiej, Marka Kamińskiego, Wojciecha
Karpińskiego, Andrzeja Stasiuka, Moniki Witkowskiej, Martyny Wojciechowskiej,
Michała Książka. Podróżowali oni po dalekim świecie, na biegunach bywali,
zdobywali Koronę Ziemi. Że w tym roku padło na faceta od Mazowsza, więc może ta
nasza podwarszawska ziemia mazowiecka także warta grzechu podróżowania.
niedziela, 29 lipca 2018
Pejzaże polskie
Krajobraz polski jest pełen barw i odcieni o niemałej różnorodności. Ukazał się właśnie album z fotografiami pana Chrystiana Parmy i moim tekstem. Zdjęcia, w tym albumie pomieszczone, są dowodem na to, że w Polsce pejzaży urodnych nie brakuje. Są wszędzie dookoła nas. Jeno trzeba umieć je dostrzec. Pan Chrystian poprosił mnie o wstęp do swojego albumu. Napisałem go i jest on taki oto:
Jak ludzie, tak i każdy kraj ma swoją duszę. Ważną cząstką tej duszy jest pejzaż. Słowo to bierze się od francuskiego paysage, a znaczy to samo, co polski krajobraz. Obraz kraju. Bardzo często właśnie ten obraz odgrywa istotną rolę w kształtowaniu duszy narodu. Krajobrazy są cząstką narodowego bogactwa. Niewątpliwie są w Europie narody i kraje wyjątkowo w tym względzie uposażone. A Polska? Jaki jest ten nasz polski pejzaż?
Polacy swój pejzaż noszą w swoim narodowym istnieniu. Pisał już o tym znakomity średniowieczny dziejopis, Jan Długosz: „Lechitowie, ci zwłaszcza, którzy na polach siedzieli, zostali przez inne pokrewne sobie drużyny, koczujące p o l a s a c h, nazwani Polanami, (...) a naród i kraj wszystek począł mianować się Polską”.
Szczyci się polski pejzaż fascynującym morskim wybrzeżem, malowniczymi pojezierzami i wyżynami, rzekami i jeziorami, lasami dorodnymi, a na południu kraju wznoszą się wysokie góry. Jednak większa część Polski jest położona na wielkim europejskim niżu. Ktoś kiedyś napisał, że to pejzaż niestały, zamglony, bez wyrazistych rysów, bez ostro zaznaczonych granic, otwarty na hulające po tej równinie wiatry ze wschodu i zachodu. To pejzaż, który wiele wysiłku wymaga, a niekiedy i rozpaczy, aby nie dać się zdmuchnąć przeciągom...
Ta pozornie tylko monotonna ziemia była w historii kąskiem łakomym i mieszkającym pośród niej Polakom przyszło z sąsiadami toczyć nieustanne boje w jej obronie.
Polska proza przełomu wieków XIX i XX była przepełniona z miłością kreślonych opisów polskiego pejzażu. Henryk Sienkiewicz, znakomity pisarz i laureat literackiej nagrody Nobla z 1905 r., opisał był w "Potopie" Polskę widzianą oczami szwedzkich żołnierzy, wkraczających na naszą ziemię: "wzrok ich odkrył krainę wesołą, uśmiechniętą, połyskującą żółtawymi łanami zbóż wszelakich, miejscami usianą dąbrowami, miejscami zieloną od łąk... Jakaś cisza i słodycz rozlana była wszędzie po tej ziemi mlekiem i miodem płynącej. I zdawała się roztaczać coraz szerzej i otwierać ramiona"...
Akcję swojej powieści „Chłopi” wpisał w wiejski pejzaż inny polski noblista, Władysław Reymont, uhonorowany nagrodą w 1924 r. „A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych.” To ziemia ojców i praojców z przeszłych czasów. Ziemia – modlitwa. Podziwiana, opisywana, opiewana po tysiąckroć. Pisał Stefan Żeromski: „Bądź pozdrowiona, przenajdroższa ziemio nasza, którą czciliśmy miłością bezdenną, gdyś była pod otchłaniami wód niewoli. Bądź pozdrowiona teraz i o każdej porze mową naszą tysiącletnią i na wieki wieków świętą!”
W literaturze polskiej przeszłych czasów niemal zupełnie brak zwykłych beznamiętnych opisów przyrody. Zawsze dominuje uniesienie emocjonalne i uczuciowe ujęcie pejzaży. Dzisiaj czasy już zupełnie inne i my jesteśmy jakby nieco inaczej skonstruowani, przede wszystkim wewnętrznie. Jeśli spojrzymy oczami duszy swojej, zdaje się, iż będzie to możliwe.
Niekiedy, jak się wydaje, nie wystarczy jednak tylko wiedzieć i odczuwać, karmić się widokiem, cudzymi obrazami i cudzym tekstem, chociażby najbardziej nawet poetyckim. Czasem, wydaje się, trzeba dotknąć swojej ziemi tak, aby - jak legendarny Anteusz - czerpać z niej siłę. Józef Chełmoński, znakomity nasz malarz i jeden z największych europejskich pejzażystów, kładł się wśród zagonów, aby posłuchać tego, co ziemia mu mówi. Kto wie, czy aby w porze żniw nie powinno się wziąć kosy w rękę i kosić, dopokąd na niezwyczajnych takiego wysiłku dłoniach nie pojawią się pierwsze stwardnienia i pierwsze pęcherze. Albo, choćby, zdjąć buty i boso wejść na ściernisko... Bardzo to może być na miejscu w tych czasach dzisiejszych, pełnych efektownych dekoracji, pośród których rozgrywa się hałaśliwy teatr współczesnego życia, gdy szczególniej odczuwa się potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, jak w bezpieczne łono matki.
Artystom - w znacznej mierze - zawdzięczamy nasze widzenie świata. To artyści kształtują nam nasze gusta i najczęściej oni właśnie umożliwili nam otwarcie naszych serc na otaczający nas pejzaż. Wciąż jeszcze, mimo upływu lat ponad dwustu, pozostajemy pod wrażeniem obrazów przyrody, jaki pozostawili nam poeci i pisarze epoki romantyzmu. Któż z nas, Polaków, nie tęskni „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, któż nie wzdycha „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”... tak pięknie opisanych przez Adama Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”?
W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa. I wtedy - na szczęście! - narodziła się fotografia. Dzisiaj fotografuje niemal każdy. Lecz tylko nieliczni zostali obdarowani umiejętnością ukazywania czaru tego świata zwykłym, pospolitym pstrykaczom pamiątkowych rodzinnych i urlopowych fotografii. Tacy artyści fotograficy, jak Jan Bułhak, Edward Hartwig, Paweł Pierściński polską fotografię pejzażową wydźwignęli na wyżyny.
Polacy swój pejzaż noszą w swoim narodowym istnieniu. Pisał już o tym znakomity średniowieczny dziejopis, Jan Długosz: „Lechitowie, ci zwłaszcza, którzy na polach siedzieli, zostali przez inne pokrewne sobie drużyny, koczujące p o l a s a c h, nazwani Polanami, (...) a naród i kraj wszystek począł mianować się Polską”.
Szczyci się polski pejzaż fascynującym morskim wybrzeżem, malowniczymi pojezierzami i wyżynami, rzekami i jeziorami, lasami dorodnymi, a na południu kraju wznoszą się wysokie góry. Jednak większa część Polski jest położona na wielkim europejskim niżu. Ktoś kiedyś napisał, że to pejzaż niestały, zamglony, bez wyrazistych rysów, bez ostro zaznaczonych granic, otwarty na hulające po tej równinie wiatry ze wschodu i zachodu. To pejzaż, który wiele wysiłku wymaga, a niekiedy i rozpaczy, aby nie dać się zdmuchnąć przeciągom...
Ta pozornie tylko monotonna ziemia była w historii kąskiem łakomym i mieszkającym pośród niej Polakom przyszło z sąsiadami toczyć nieustanne boje w jej obronie.
Polska proza przełomu wieków XIX i XX była przepełniona z miłością kreślonych opisów polskiego pejzażu. Henryk Sienkiewicz, znakomity pisarz i laureat literackiej nagrody Nobla z 1905 r., opisał był w "Potopie" Polskę widzianą oczami szwedzkich żołnierzy, wkraczających na naszą ziemię: "wzrok ich odkrył krainę wesołą, uśmiechniętą, połyskującą żółtawymi łanami zbóż wszelakich, miejscami usianą dąbrowami, miejscami zieloną od łąk... Jakaś cisza i słodycz rozlana była wszędzie po tej ziemi mlekiem i miodem płynącej. I zdawała się roztaczać coraz szerzej i otwierać ramiona"...
Akcję swojej powieści „Chłopi” wpisał w wiejski pejzaż inny polski noblista, Władysław Reymont, uhonorowany nagrodą w 1924 r. „A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych.” To ziemia ojców i praojców z przeszłych czasów. Ziemia – modlitwa. Podziwiana, opisywana, opiewana po tysiąckroć. Pisał Stefan Żeromski: „Bądź pozdrowiona, przenajdroższa ziemio nasza, którą czciliśmy miłością bezdenną, gdyś była pod otchłaniami wód niewoli. Bądź pozdrowiona teraz i o każdej porze mową naszą tysiącletnią i na wieki wieków świętą!”
W literaturze polskiej przeszłych czasów niemal zupełnie brak zwykłych beznamiętnych opisów przyrody. Zawsze dominuje uniesienie emocjonalne i uczuciowe ujęcie pejzaży. Dzisiaj czasy już zupełnie inne i my jesteśmy jakby nieco inaczej skonstruowani, przede wszystkim wewnętrznie. Jeśli spojrzymy oczami duszy swojej, zdaje się, iż będzie to możliwe.
Niekiedy, jak się wydaje, nie wystarczy jednak tylko wiedzieć i odczuwać, karmić się widokiem, cudzymi obrazami i cudzym tekstem, chociażby najbardziej nawet poetyckim. Czasem, wydaje się, trzeba dotknąć swojej ziemi tak, aby - jak legendarny Anteusz - czerpać z niej siłę. Józef Chełmoński, znakomity nasz malarz i jeden z największych europejskich pejzażystów, kładł się wśród zagonów, aby posłuchać tego, co ziemia mu mówi. Kto wie, czy aby w porze żniw nie powinno się wziąć kosy w rękę i kosić, dopokąd na niezwyczajnych takiego wysiłku dłoniach nie pojawią się pierwsze stwardnienia i pierwsze pęcherze. Albo, choćby, zdjąć buty i boso wejść na ściernisko... Bardzo to może być na miejscu w tych czasach dzisiejszych, pełnych efektownych dekoracji, pośród których rozgrywa się hałaśliwy teatr współczesnego życia, gdy szczególniej odczuwa się potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, jak w bezpieczne łono matki.
Artystom - w znacznej mierze - zawdzięczamy nasze widzenie świata. To artyści kształtują nam nasze gusta i najczęściej oni właśnie umożliwili nam otwarcie naszych serc na otaczający nas pejzaż. Wciąż jeszcze, mimo upływu lat ponad dwustu, pozostajemy pod wrażeniem obrazów przyrody, jaki pozostawili nam poeci i pisarze epoki romantyzmu. Któż z nas, Polaków, nie tęskni „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, któż nie wzdycha „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”... tak pięknie opisanych przez Adama Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”?
W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa. I wtedy - na szczęście! - narodziła się fotografia. Dzisiaj fotografuje niemal każdy. Lecz tylko nieliczni zostali obdarowani umiejętnością ukazywania czaru tego świata zwykłym, pospolitym pstrykaczom pamiątkowych rodzinnych i urlopowych fotografii. Tacy artyści fotograficy, jak Jan Bułhak, Edward Hartwig, Paweł Pierściński polską fotografię pejzażową wydźwignęli na wyżyny.
PS. Chciałem tu dać jakieś zdjęcie p.Parmy, ale nie udało mi się ściągnąć ich z domeny publicznej w internecie, musiałem więc wrzucić do tego blogu kilka swoich, a więc autora od ś.p.Chrystiana Parmy niewątpliwie gorszego.
wtorek, 24 lipca 2018
Czyżyk na drogę
Autor
tej książki, p.Piotr Brysacz pochodzi z podlaskiego Zambrowa,
mieszka w świętokrzyskich Kielcach, rusza go Suwalszczyzna. Jest
dziennikarzem, wolnym strzelcem, autorem m.in. zbioru wywiadów
„Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”,
współorganizuje także wspólnie z Piotrem Malczewskim festiwal
literacki Patrząc na Wschód w Budzie Ruskiej nad Czarną Hańczą.
"Czyżyk
na drogę. Rozmowy o przyrodzie" jest zbiorem wywiadów o
przenikaniu się natury i kultury, o tym, czym jest natura, przyroda,
przestrzeń, krajobraz, jak wpływa na człowieka, czy krajobraz, w
jakim wzrasta się w dzieciństwie, ma wpływ na to, kim jesteśmy;
dlaczego, skoro wiemy, że natura jest elementem podstawowym dla
dobrego funkcjonowania, odwracamy się od tej natury… Rozmawiał
z Anną Kamińską, Adamem Wajrakiem, Adamem Robińskim, Krzysztofem
Czyżewskim oraz Stanisławem Łubieńskim, także i ze mną. Pytał
czym natura jest dla mnie, w jakim krajobrazie wzrastałem, na co
patrzyłem w dzieciństwie, czym mnie uwodzi krajobraz polski, jakie
są te spotkania…
Pytał
mnie m.in. Pan Piotr jaka
jest różnica pomiędzy „być” a „widzieć”? Odpowiedziałem
mu tak.
„Być”,
to stan bierny, niczego od nas nie wymaga, po prostu się jest...
Jest pan tu u mnie, siedzi pan na tym fotelu, i całe życie może
tak pan „prze-być”. „Widzieć” zaś, to wysiłek, widzieć,
to dostrzegać, być uważnym, wyczulonym, wrażliwym... Gdyby mnie
pan wsadził z zawiązanymi oczami do helikoptera i wyrzucił w
jakimś lesie podwarszawskim, to myślę, że potrzebowałbym
najwyżej pół godziny, żeby panu powiedzieć, gdzie jesteśmy. Bo
każdy las jest inny. Ba! Każde drzewo w tym lesie jest inne, każde
ma swoje własne cechy osobnicze, indywidualne oblicze, chociaż nam
się wydaje, że one wszystkie takie same, jak rosyjscy żołnierze
paradnym krokiem maszerujący na moskiewskim placu u stóp Kremla na
defiladzie. To trochę również tak, jak z Chińczykami. Dla nas
każdy jest żółty i ma skośne oczy, a przecież jazdy jest inny
na swój własny sposób. Podobno zresztą oni to samo mówią o nas.
Myślę
zresztą, że gdyby pan przypadkiem mnie zawiózł na przykład w
rejon Wykusu w Kieleckiem, to też bym wiedział, gdzie jestem.
Bardzo często tam jeździłem Wysiadałem z autobusu pośpiesznego
relacji Warszawa – Szczawnica gdzieś pod Suchedniowem i szedłem
w las. Zawsze tam jeździłem jesienią, bo w okolicach Warszawy nie
ma tych przepięknych, jesiennych kolorów lasów bukowych, na naszym
Mazowszu nie rosną albowiem buki, proszę pana...
Nas,
miastowych, ciągnie przede wszystkim do lasów. Od krajobrazu
leśnego jednak ważniejszy dla nas jest krajobraz otwarty, polny,
architekci krajobrazu mówią o takim: kulturowy. Ja to powtarzam do
znudzenia i powtórzę raz jeszcze: my swoją nazwę – Polska –
wywodzimy od pól, Polska, to nic innego jak kraj pól, nazwa
Mazowsze zaś to ojczyzna ludzi umazanych ziemią, utrudzonych pracą
na roli. Moje imię, Lechosław, wywodzi się od „leszków” –
tak nazywano ludzi mieszkających po lasach – albo od słowa
„lechy”, co oznacza skibę.
Jesteśmy
wszyscy z tych pól i z tego otwartego, polnego krajobrazu, z tych
łanów zbóż, zaoranej ziemi, z tych płaskich jak naleśnik łąk
na skraju lasu... To wszystko jeszcze do niedawna było w tym
mazowieckim pejzażu widoczne, ale to świat, który odchodzi... Bo
nie opłaca się uprawiać ziemi, siać i zbierać...
Miałem
szczęście – jako działacz ochrony przyrody – latać nad tą
mazowiecką ojczyzną helikopterem. Z lotu ptaka widać trzy
krajobrazy: Puszczę Kampinoską, z góry bardzo przeciętną, z
wydeptanymi przez łosie ścieżkami na bagiennych łąkach; widać też
fenomenalną Wisłę. Gdy człowiek spojrzy na nią z góry, to jeży
się przeciwko tym wszystkim pomysłom regulowania tej rzeki,
wpuszczaniu jej w kanał i grodzeniu zaporami. Z góry widać jeszcze
jeden krajobraz: takiego niechlujstwa nie ma chyba nigdzie na
świecie.
Polskie
gospodarowanie przestrzenią jest nadzwyczajnie okropne. Otoczenie
wielkich miast zwłaszcza, gdy patrzeć na nie z góry. Antoni Kroh,
pisarz, etnograf, wybitny znawca kultury ludowej, pisze w jednej ze
swoich książek, że w latach 70. XX wieku, gdy z polskiego
krajobrazu odeszła XIX-wieczna wieś, zaczął się jeden wielki
chaos, który trwa do dziś. To z góry doskonale widać: jakieś
Gargamele we wściekłych kolorach, stawiane jak i gdzie się komu
podoba...
Skąd
w nas takie bezguście szpecące polski krajobraz? Gdy przeczytałem
niedawno w „Gazecie Wyborczej”, że wielka pacyficzna wyspa
śmieci ma wielkość pięciu czy dziewięciu województw
mazowieckich, to się zacząłem zastanawiać, czy my w ogóle mamy
jakiekolwiek pojęcie o skali zbrodni, jakiej się dopuszczamy na
przyrodzie… Bo może się okazać, że jest już za późno, by się
nad takimi sformułowaniami zastanawiać…
To
dość trudna sprawa… Myślę, że naród polski nie kocha swojego
kraju, bo własnego mieszkania nie zaśmieca się tak strasznie jak
Polacy zaśmiecają swój kraj. Nad tym nieszczęsnym narodem trzeba
zacząć pracę od postaw. Kto to ma robić? Niewątpliwie: czas.
Przecież jednak trzeba mu w tym pomóc. Zacząć powinien telewizor
i ambona. Ba, trzeba by wpierw wyedukować i telewizje, i kaznodziei,
z biskupami zresztą włącznie. Papież Franciszek to wie, ale
wygląda, że tylko on jeden...
Ładnie
zrecenzował
książkę znakomity ptasiarz p.Arkadiusz Szaraniec w swoim blogu
„Plamka Mazurka”. „Czyżyk na drogę” to świetny tytuł
(choć w środku mało jest o ptakach), jakże trafny na cykl z
motywem podróży w tle i podtekście, także tym najgłębszym.
Teksty jak rzadko które nadają się do dziobania na wyrywki,
smakowania poszczególnych zdań, potem całości.
Wszyscy rozmówcy
poszukują, podróżują, dążą, „nosi ich” , a przy tym umieją
zauważyć wąską ścieżynkę, która wiedzie gdzieś w bok od
utartego szlaku, i co najważniejsze – pójść właśnie tamtędy.
Snują rozmowy o przyrodzie (taki jest podtytuł), ale – to jedyny
wspólny mianownik - żaden z nich nie jest profesjonalnym
przyrodnikiem z dyplomem renomowanej uczelni, choć stale mają do
czynienia z naturą, krajobrazem, lasem, polem, łąkami,
zagajnikami, strumykami, tym co rośnie, płynie, fruwa. To
pasjonaci, co się czuje od razu, po pierwszym dziobnięciu. I po
każdym następnym. Tylko taki ktoś może określić, że „widział
staw z ognistobiałym łabędziem”, a łąkę nazwać „przepastną”.
To
bardzo interesująca książka. Nie obłowi się jednak autor na niej, a może i poniesie straty. Nabyć ją można chyba wyłącznie przez
internet, np. przez www.sklep.magazynkontynenty.pl. Wydawca ma własną stronę internetową i jest obecny
na facebooku. Jakby co, wyguglujcie sobie te dwa słowa: paśny
buriat.
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Gaj topolowy w Kamieńczyku
Upały zelżały, schłodniało, to i pojechałem do Kamieńczyka, aby nareszcie obfotografować gaj topolowy nad Bugiem. Przed wielu laty zobaczyłem go po raz pierwszy na czarno białym zdjęciu w albumie „Na Mazowszu” Kazimierza Saysse-Tobiczyka, wydanym w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zobaczyłem na tym zdjęciu polną drogę, na niej domowe ptactwo, drewnianą stodołę i stare drzewo z bocianim gniazdem, a za nim las topolowy. Krajobraz bardzo polski, łapiący za serce. Zauroczył mnie ten pejzaż, począłem go odwiedzać. Wiele razy tam byłem, nigdy nie zrobiłem dobrego zdjęcia, najczęściej pogoda do niczego, zupełnie nie fotograficzna. Gniazda już nie ma. Drzewo padło już dawno temu, powiedzieli mi teraz miejscowi. Na budowę gniazda nowego bociany najwyraźniej nie miały ochoty, a miejscowym jakby nie przyszło do głowy, aby bociany do osiedlenia się zachęcić. Szkoda.
Upały zelżały, schłodniało, to i pojechałem do Kamieńczyka, aby nareszcie obfotografować gaj topolowy nad Bugiem. Przed wielu laty zobaczyłem go po raz pierwszy na czarno białym zdjęciu w albumie „Na Mazowszu” Kazimierza Saysse-Tobiczyka, wydanym w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zobaczyłem na tym zdjęciu polną drogę, na niej domowe ptactwo, drewnianą stodołę i stare drzewo z bocianim gniazdem, a za nim las topolowy. Krajobraz bardzo polski, łapiący za serce. Zauroczył mnie ten pejzaż, począłem go odwiedzać. Wiele razy tam byłem, nigdy nie zrobiłem dobrego zdjęcia, najczęściej pogoda do niczego, zupełnie nie fotograficzna. Gniazda już nie ma. Drzewo padło już dawno temu, powiedzieli mi teraz miejscowi. Na budowę gniazda nowego bociany najwyraźniej nie miały ochoty, a miejscowym jakby nie przyszło do głowy, aby bociany do osiedlenia się zachęcić. Szkoda.
Wspaniałe topole w Kamieńczyku są przyrodniczą atrakcją miejscowości. To są topole czarne, siostry topoli białej, zwanej białodrzewem. W przeciwieństwie do tamtej czarna ma korę ciemniejszą, choć nie czarną. Jest spękana głęboko, zgrubiała u dołu, gdy stara. Dorasta 37 metrów wysokości i osiąga 8 metrów obwodu. Z czasów rosyjskiego zaboru została jej druga nazwa i jest to oczywisty rusycyzm: sokora. W nazwie tej znajduje się >sok< i nie bez powodu, bowiem sokora lubi puszczać sok i niespodziewanie obdarowuje nim niekiedy pod nią odpoczywających. Liście sokory, jak i innych gatunków topoli tj.białodrzewu i osiki, są bardzo ruchliwe i gdy inne drzewa pogrążone są w milczeniu, sokora "ciągle coś szepcze i szemrze, wtórując ptakom, które na niej gromadzą się chętnie i licznie" (Bronisław Gałczyński, 1932).
Topola czarna jest coraz radziej spotykana w polskim krajobrazie, a przed wiekami bardzo licznie rosła w nadrzecznych lasach łęgowych. Słynęły ze swojej urody topolowe aleje z Puław do Kazimierza oraz z Marymontu na Bielany. Po tej drugiej już nie ma śladu żadnego. Dziś topola czarna występuje zazwyczaj pojedynczo lub w niewielkich zgrupowaniach, m.in. nad Wisłą koło Jabłonny. Często zwana jest topolą nadwiślańską, zapewne z tego powodu. Chociaż przecież nie tylko tam rośnie. W Kamieńczyku rośnie nad Bugiem.
Zgrupowanie wiekowych topól w Kamieńczyku nazwałem gajem i jako gaj począłem prezentować w opracowywanych przez siebie przewodnikach. A więc to moja nazwa, nie miejscowa, ów „gaj topolowy w Kamieńczyku”. Nazwa wydała mi się stosowna, albowiem, gdy to miejsce zobaczyłem, wydało mi się miejscem niezwykłym, jakby aż - świętym. Wyraz „gaj" jest wyrazem ogólnosłowiańskim. Pierwotnie oznaczał ogrodzoną, chronioną przestrzeń z drzewami. ,,Gaj ogrodzony stanowił najpierwotniejszy przybytek bogów" — pisał Zygmunt Gloger. Językoznawcy wskazują także na pokrewieństwo nazwy gaj oznaczającej wśród Słowian święty gaj oraz słowa raj oznaczającego miejsce wędrówki dusz po śmierci. Kamieńczykowskie topole były najpewniej sadzone. Kiedyś rosły wcale gęsto, widać to na archiwalnym zdjęciu Tadeusza Sumińskiego, pomieszczonym w albumie z 1964 roku, na którym zobaczyłem je po raz pierwszy. Nie wykluczone, że te drzewa sadzono tutaj z konkretnego powodu. Na pewno nie jako gaj święty. Zapewne dlatego, żeby rosnąc utrwalały brzeg rzeki, chroniły osadę przez podmyciem z jej strony. A może też dlatego, żeby ratowały ludzkie sadyby w czasie burzy; topole od dawien dawna znane były jako swego rodzaju odgromniki, przyciągające pioruny. Ale jest jeszcze jedna możliwość do rozważenia.
Kazimierz Moszyński w swoim monumentalnym dziele „Kultura ludowa Słowian” pisze o tym, że w czasie rozlewów Prypeci używano ogromne czółna, te „duby” poleskie wyrabiano z ogromnych sokór lub dębów, a mieściły w sobie niekiedy wóz z parą koni, albo nawet i dwa wozy. Dziś gdy drzewa-olbrzymy należą do rzadkości, trudno to sobie nam wyobrazić. W czasie gdy sadzono te drzewa, które zobaczyć można jeszcze dziś w Kamieńczyku, był on osadą flisacką, żył nad rzeką i z rzeki, dla jego mieszkańców czółna były sprzętem pożytku codziennego. A więc może i z ich powodu sadzono te topole?
Może ktoś z Czytelników ma coś interesującego do dorzucenia do tej opowieści o tym cudownym kamieńczykowskim nadbużnym gaju o przedziwnej prezencji. Kto wie czy nie tak wyglądał tolkienowski las Entów ze Śródziemia.
Topola czarna jest coraz radziej spotykana w polskim krajobrazie, a przed wiekami bardzo licznie rosła w nadrzecznych lasach łęgowych. Słynęły ze swojej urody topolowe aleje z Puław do Kazimierza oraz z Marymontu na Bielany. Po tej drugiej już nie ma śladu żadnego. Dziś topola czarna występuje zazwyczaj pojedynczo lub w niewielkich zgrupowaniach, m.in. nad Wisłą koło Jabłonny. Często zwana jest topolą nadwiślańską, zapewne z tego powodu. Chociaż przecież nie tylko tam rośnie. W Kamieńczyku rośnie nad Bugiem.
| Topolowy gaj w Kamieńczyku. Fot.L.Herz |
Kazimierz Moszyński w swoim monumentalnym dziele „Kultura ludowa Słowian” pisze o tym, że w czasie rozlewów Prypeci używano ogromne czółna, te „duby” poleskie wyrabiano z ogromnych sokór lub dębów, a mieściły w sobie niekiedy wóz z parą koni, albo nawet i dwa wozy. Dziś gdy drzewa-olbrzymy należą do rzadkości, trudno to sobie nam wyobrazić. W czasie gdy sadzono te drzewa, które zobaczyć można jeszcze dziś w Kamieńczyku, był on osadą flisacką, żył nad rzeką i z rzeki, dla jego mieszkańców czółna były sprzętem pożytku codziennego. A więc może i z ich powodu sadzono te topole?
Może ktoś z Czytelników ma coś interesującego do dorzucenia do tej opowieści o tym cudownym kamieńczykowskim nadbużnym gaju o przedziwnej prezencji. Kto wie czy nie tak wyglądał tolkienowski las Entów ze Śródziemia.
| Las Entów koło Kamieńczyka. Fot.L.Herz |
wtorek, 29 maja 2018
Liwiec w Świniotopi
Przez cały miesiąc nie miałem chwili czasu dla blogu, kończyłem kolejną swoją książkę, a i pogoda nie sprzyjała moim wycieczkom, bo burze latały często gęsto, a ja jestem niestety meteopatą i bardzo na zmienne ciśnienie czuły. Skoczyłem tylko raz jeden nad Liwiec do Świniotopi, a to jest taka wioska wśród lasów nad rzeką niedaleko od Kamieńczyka i ujścia onego Liwca do Bugu. Podobno jej nazwa pochodzi od tego, że świnie się tam w piachach topiły. Jak powiadają jest to nazwa żeńska, tak w każdym razie chce tradycja, a więc mówić należy TA Świniotop, a nie TEN Świniotop. A prócz tego, to już prawie nie wioska, tubylcy są albowiem w mniejszości, w Świniotopi jest bardzo wiele domów letniskowych i od rolników letników tam więcej, latem szczególnie. Na szczęście w kilku miejscach da się dojść do rzeki, a do rzeki dochodzi tam także las i to są bardzo, ale to bardzo urodziwe miejsca. Obfotografowałem je i polazłem potem te kilka kilometrów na obiadek do Kamieńczyka. Tam jest arcysympatyczna knajpka i dają tam placek z mięskiem w środku, nazywa się ów placek "karczmarz" i jest wyśmienity nadzwyczajnie, w sam raz pod kuflowe piwo.
czwartek, 26 kwietnia 2018
Niespodzianki mazowieckie:
kościoły drewniane
Architektura drewniana jest wielką niespodzianką na nizinnej, mazowieckiej ziemi. Graniczy z cudem, iż mimo pożarów i kataklizmów wojennych, nękających tę część Europy, przetrwały do dzisiaj drewniane kościoły mazowieckie. Chociaż trudno w to uwierzyć, ale najstarszy z nich wzniesiono ok.1500 roku. Jest tych drewnianych budowli sakralnych ponad sto, a są pośród nich kościoły o pięknej bryle zewnętrznej bądź o cennej polichromii lub świetnych dziełach sztuki w wyposażeniu.
Tak sobie myślę, że jeśli cokolwiek z dumą pokazywać np. swoim gościom z zagranicy, to właśnie te drewniane kościółki, a niektóre z nich są wyjątkowo malowniczo usytuowane.
Boguszyce koło Rawy Maz.
Niepozorny z zewnątrz wiejski kościółek z połowy XVI w., we wnętrzu kryje znakomite dzieła sztuki.
Janisławice koło Skierniewic.
Ten najstarszy z mazowieckich kościołów drewnianych ma bardzo piękną bryłę i stoi w tym samym miejscu od pięciuset lat, pobudowany ok.1500 r.
Leoncin.
Ośmioboczna kaplica cmentarna w 1789 r. była postawiona w Głusku, a sto lat później przeniesiono ją na cmentarz leonciński.
Chotum nieopodal Ciechanowa.
Ten wdzięczny kościółek został wzniesiony być może w 1644 r.
i do XIX w. był dworską kaplicą, a ok.1900 r. został ozdobnie oszalowany.
Gąsiorowo koło Pułtuska.
Nie spotykany w innych drewnianych kościołach mazowieckich jest niezwykły kształt tej świątynki, postawionej wśród sielskiego, mazowieckiego pejzażu
w 1792 r.
Barcice.
Kościółek o zrębowej konstrukcji z 1758 r. o trzech nawach i trzech wieżyczkach.
Mariańskie Porzecze,
Budowę kościoła Ojców Marianów ukończono w 1776 r., a swoją bryłą naśladuje on barokowe świątynie murowane.
Architektura drewniana jest wielką niespodzianką na nizinnej, mazowieckiej ziemi. Graniczy z cudem, iż mimo pożarów i kataklizmów wojennych, nękających tę część Europy, przetrwały do dzisiaj drewniane kościoły mazowieckie. Chociaż trudno w to uwierzyć, ale najstarszy z nich wzniesiono ok.1500 roku. Jest tych drewnianych budowli sakralnych ponad sto, a są pośród nich kościoły o pięknej bryle zewnętrznej bądź o cennej polichromii lub świetnych dziełach sztuki w wyposażeniu.
Tak sobie myślę, że jeśli cokolwiek z dumą pokazywać np. swoim gościom z zagranicy, to właśnie te drewniane kościółki, a niektóre z nich są wyjątkowo malowniczo usytuowane.
Boguszyce koło Rawy Maz.Niepozorny z zewnątrz wiejski kościółek z połowy XVI w., we wnętrzu kryje znakomite dzieła sztuki.
Janisławice koło Skierniewic.
Ten najstarszy z mazowieckich kościołów drewnianych ma bardzo piękną bryłę i stoi w tym samym miejscu od pięciuset lat, pobudowany ok.1500 r.
Leoncin.
Ośmioboczna kaplica cmentarna w 1789 r. była postawiona w Głusku, a sto lat później przeniesiono ją na cmentarz leonciński.
Chotum nieopodal Ciechanowa.
Ten wdzięczny kościółek został wzniesiony być może w 1644 r.
i do XIX w. był dworską kaplicą, a ok.1900 r. został ozdobnie oszalowany.
Gąsiorowo koło Pułtuska.
Nie spotykany w innych drewnianych kościołach mazowieckich jest niezwykły kształt tej świątynki, postawionej wśród sielskiego, mazowieckiego pejzażu
w 1792 r.
Barcice.
Kościółek o zrębowej konstrukcji z 1758 r. o trzech nawach i trzech wieżyczkach.
Budowę kościoła Ojców Marianów ukończono w 1776 r., a swoją bryłą naśladuje on barokowe świątynie murowane.
Waliska.
W romantycznym otoczeniu w osadzie pośród lasu koło Nowego Miasta nad Pilicą znajduje się ten niewielki kościółek z 1650 r.
W romantycznym otoczeniu w osadzie pośród lasu koło Nowego Miasta nad Pilicą znajduje się ten niewielki kościółek z 1650 r.
We wsi Skuły znajduje się mój absolutny faworyt, lubię albowiem bardzo ten kościółek z 1678 roku; bardzo on wiejski, w bardzo urodnej stoi okolicy i wnętrze świątynki jest urocze
Stara Rawa.
Wieś nad Rawką szczyci się drewnianym kościołem z XVIII wieku i smukłej sylwetce.
Gończyce.
Z 1740 roku pochodzi, przy okazji kolejnych remontów coś tam mu dodano, prezentuje się całkiem ładnie.
Grzebsk.
Kościół z XVIII wieku.
Sama radość z okolic Mławy,
na dodatek pięknie odremontowana jest ta radość.
Sinołęka
w okolicy Mińska Maz. ,
kaplica dworska
z drewna
modrzewiowego z r.1725
Długa Kościelna.
Jeden z najstarszych, o najładniejszej ze wszystkich bryle, stał przez pięćset lat,
w roku 2000 spłonął podpalony przez pijanego rodaka;
kuria nie zdecydowała się na jego odbudowanie...
Lewiczyn. W okolicach Grojca wznosi się ten kościół z 1606 roku, a jego wnętrze należy do najcenniejszych na Mazowszu.
Gończyce.
Z 1740 roku pochodzi, przy okazji kolejnych remontów coś tam mu dodano, prezentuje się całkiem ładnie.
Grzebsk.
Kościół z XVIII wieku.
Sama radość z okolic Mławy,
na dodatek pięknie odremontowana jest ta radość.
Sinołęka
w okolicy Mińska Maz. ,
kaplica dworska
z drewna
modrzewiowego z r.1725
Długa Kościelna.
Jeden z najstarszych, o najładniejszej ze wszystkich bryle, stał przez pięćset lat,
w roku 2000 spłonął podpalony przez pijanego rodaka;
kuria nie zdecydowała się na jego odbudowanie...
Lewiczyn. W okolicach Grojca wznosi się ten kościół z 1606 roku, a jego wnętrze należy do najcenniejszych na Mazowszu.
Od lat jeżdżę sobie po Mazowszu i kolekcjonuję te kościółki.
Ze swojego obfitego zbioru fotografii wybrałem kilka. Może ktoś z Czytelników blogu zechce wskazać jakieś swoje szczególniej lubiane? I napisać dlaczego te akurat.
Są dwie pozycje przewodnikowe o mazowieckich kościołach drewnianych. bibliograficzne. Jedna to Jacka A.Wiśniewskiego "Kościoły drewniane Mazowsza". Druga to dwutomowa książka o charakterze przewodnika, napisana przez Henryka Sienkiewicza "Z zapachem starego drewna". Obie pozycje mają swoje wady i zalety. Obie zasługują na jak największą uwagę.
Ze swojego obfitego zbioru fotografii wybrałem kilka. Może ktoś z Czytelników blogu zechce wskazać jakieś swoje szczególniej lubiane? I napisać dlaczego te akurat.
Są dwie pozycje przewodnikowe o mazowieckich kościołach drewnianych. bibliograficzne. Jedna to Jacka A.Wiśniewskiego "Kościoły drewniane Mazowsza". Druga to dwutomowa książka o charakterze przewodnika, napisana przez Henryka Sienkiewicza "Z zapachem starego drewna". Obie pozycje mają swoje wady i zalety. Obie zasługują na jak największą uwagę.
Etykiety:
Barcice,
Boguszyce,
Chotum,
Długa Kościelna,
Drewniane kościoły Mazowsza,
Gąsiorowo,
Gończyce,
Grzebsk,
Janisławice,
Leoncin,
Lewiczyn,
Mariańske Porzecze,
Skuły,
Stara Rawa,
Waliska
środa, 14 marca 2018
Wielkanoc w skansenie w Sierpcu
z fotografiami autora (Wielkanoc 2017)
W Poniedziałek Wielkanocny pięknie było na naszym Mazowszu w roku 2017. Słoneczko przygrzewało dyskretnie, białe obłoki jak stateczki kursowały na niebieskim niebie, kwitły tarniny, brzozy czarowały świeżymi liśćmi. Pojechałem do Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu i to był dobry pomysł. Skansen sierpecki jest zachwycająco urodziwy. To świetne miejsce, nic tylko bić brawo dla jego twórców i opiekunów. Łza się w oku kręci, gdy ogląda się jak kiedyś ładnie i wdzięcznie budowano, a żal serce ściska, gdy się pomyśli, że naród współczesny jakby zatracił kompletnie poczucie estetyki i piękna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















