niedziela, 27 sierpnia 2017

Letnie wycieczki krajoznawcze po Mazowszu
...............................................................................

    Koniec sierpnia. Lato się kończy, żniwa zakończone, ścierniska ścielą się na mazowieckich polach, bociany już odleciały. "Lato się przełamało" mówił o takim czasie w pogodzie bohater jednego z opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza. 
 
Na Mazowszu  przy końcu lata. Fot.L.Herz

Kapryśne było lato tegoroczne. W powietrzu trzydzieści stopni na plusie i duchota, a w lasach atakują kleszcze, boleśnie dziabią gzy. Po Puszczy Kampinoskiej chodzić się całkiem nie dało, parność  jak w dżungli. Najgorsze były  burze, które przychodziły z przytupem, na całego, czasem bezlitośnie. Nawałnice zwalały drzewa w miastach, zrywały dachy po wsiach, kosiły lasy. W Borach Tucholskich las został rozstrzelany przez wichurę na ogromnej powierzchni, telewizja pokazywała morze zwalonych drzew, pod względem powierzchni poległo więcej lasu niż znajduje się w całej podwarszawskiej Puszczy Kampinoskiej. To i na każdą nadchodząca burzę spoglądaliśmy z niepokojem. Czasem jednak trafiał się dzień w sam raz na wędrowanie. W sierpniu było ich kilka.  Bardzo udane krajoznawcze wyprawy odbyłem na Mazowszu.
W dolinie Wisły koło Wiączemina. Fot.L.Herz
    10 sierpnia autem wybrałem się na wycieczkę samochodem,  aby pooddychać krajobrazem  mazowieckich zbóż złotem malowanych w dolinie Wisły. Właśnie żniwa się zaczęły, trzeba ten pejzaż łowić, cieszyć się nim, następna okazja będzie dopiero za rok. Bardzo widowiskową, wyasfaltowaną drogą, od Kamionu pojechałem wzdłuż Wisły w kierunku Płocka. 
  
Zabytkowy dąb szypułkowy w Pieczyskach Iłowskich. Fot.L.Herz

W Pieczyskach Iłowskich trafiłem na dąb ogromny, ma około siedmiu metrów obwodu na wysokości piersi. Jak na dąb jest drzewem młodym, ma coś około trzystu lat, ale mu się urosło bardzo wspaniale. Na drzewie nie ma tabliczki pomnika przyrody,  gdy później poszperałem w Internecie dowiedziałem się, że jednak tak, to jest pomnik przyrody. Ale żadnej innej wzmianki, dąb nie ma żadnej nazwy, żadnej legendy, chyba trzeba będzie przyjechać raz jeszcze, a może i raz kolejny, popytać ludzi, porozmawiać, niełatwe jest życie ambitnego krajoznawcy. Jeśli ktoś z moich Czytelników na jakikolwiek ślad natrafi, proszę o informację, wdzięczny będę.


Ewangelicko augsburski zbór w Wiączeminie z daleka i z bliska zdjęty. Fot.L.Herz

Pośród upraw rolnych w Wiączeminie wznosi się  kościół ewangelicko-augsburski. Zbudowany został w 1935 roku na 3,5 metrowym, sztucznie usypanym wzniesieniu. Olendrzy wiedzieli co czynią, widać taki wzgórek miał ochronić świątynkę przed powodziami, a razie czego był też chór we wnętrzu, to jeszcze kolejne trzy dwa metry. Widoczny z daleka budynek z czerwonej cegły jest zaczątkiem projektowanego  Skansenu Osadnictwa Olenderskiego, oddziału  Muzeum Mazowieckiego z Płocku. Projektuje się  przeniesienie tutaj oryginalnych, olenderskich budynków, ich wyposażenia i przystosowanie do zwiedzania. Walory kulturowe i krajobrazowe - piszą twórcy tego skansenu - są wartością, którą należy chronić i która stanie się wizytówką małej ojczyzny oraz szansą na promocję regionu i jego rozwój. W świątynce jest dobrze pomyślana informacja o tym kim byli owi olendrzy, jak żyli, jak się budowali. Są zdjęcia osadników. Charakterystyczne twarze, godne, dostojne. To nie są twarze polskich rolników. I te wcale nie chłopskie odzienie! Sposób w jaki siedzą przed obiektywem!

Osadnicy olenderscy z doliny Wisły na zdjęciach z ekspozycji muzealnej w Wączeminie.
Od XV wieku sprowadzano do Polski osadników z innych krajów. Robili to królowie, czynili właściciele dużych majątków ziemskich. Przyjeżdżali do nas  z Holandii, z Flandrii i Fryzji, obeznanych z gospodarowaniem na terenach zalewanych przez powodzie. Rdzenni Polacy tego robić nie umieli, oni tak. Nad mazowiecką Wisłą  pojawili się w XVIII wieku i byli najczęściej Niemcami, ale wszystkich kolonistów zwano "Olendrami". Umiejętnie wykorzystywali muł rzeczny, użyźniający grunty, które z roku na rok dawały lepsze plony. Domy budowali na usypanych sztucznie wzgórkach, pola grodzili wyplatanymi wiklinowymi płotami. Tworzyli doskonale zorganizowane wspólnoty. Po II wojnie światowej musieli opuścić swoje sioła. Przy kościele w niedalekim stamtąd Zycku Polskim jest o nich informacja na tablicy. Stoi tam napisane czarno i na białym: powrócili do swojej ojczyzny. Ergo: wynieśli się, na nasze szczęście byli zbędni i  nie na miejscu.  
 


                       Drewniany kościółek w Troszynie ma prawie pięćset lat! Fot.L.Herz

Niedaleko od Wiączemina jest Troszyn, wznosi się tam drewniany kościółek św.Leonarda, bardzo foremna, wielce urodziwa to budowla z roku 1636. Pierwotnie kościół stał bliżej Wisły, obecny postawiono  w bezpieczniejszej odległości od rzeki, ale i to niewiele mu pomogło, na zewnętrznej ścianie kościoła od strony rzeki oznaczono dwa poziomy wysokiej wody, ostatni w roku 2010, to była ogromna powódź, setki zostało ewakuowanych, woda wdzierała się przez wyrwę koło Świniar na całą dolinę wiślaną w tej okolicy. Ten kościółek wybudowano w 1636 r., stareńki on jest. Na stronie internetowej Skarbca mazowieckiego (świetna robota!) czytam, iż to rzadkość w drewnianych świątyniach mazowieckich, że zachowało się całe wyposażenie kościoła z okresu jego budowy. Tym bardziej, że dotyczy to 1. połowy XVII stulecia. Są w kościele późnorenesansowe ołtarze, z roku 164- jest główny z obrazem Matki Bożej Niepokalanie Poczętej, ambona jest również z czasów budowy kościoła. Ale nie ma szansy, abym to mógł zobaczyć, tym razem muszę się obejść smakiem. 


Stawy w dolinie Sienniczki . Fot.L.Herz
W sobotę 19 sierpnia pojechałem z przyjacielem na samochodową włóczęgę krajoznawczą po wschodnim Mazowszu. Sporo zobaczyłem, w wielu miejscach kiedyś byłem, ale nic a nic ich nie pamiętałem, dobrze było spojrzeć na nie świeżym okiem. Przede wszystkim zachwycająca dolina Sienniczki i oszałamiającej urody stawy, obsadzona lipami brukowana droga dworska, horyzont dobrym pędzlem malowany, para łabędzi z przychówkiem, para żurawi z wyrośniętym już żurawięciem, które niedługo ruszy wraz z rodzicami do ciepłych krajów, a bo na jesień idzie, choć jeszcze tego nie widać, ale wielkie śród ptaków poruszenie: zbierają się do odlotu gromady czajek i namawiają się na drogę przysiadłe na drutach telegraficznych jaskółki, one siadają na tych drutach jak nutki na pięciolinii, o takich mówiło się zawsze, że jesień się zbliża, bo jaskółki  "robią na drutach".    

Jaskółki "robią na drutach". Fot.L.Herz

Jest co nieco do zwiedzania na Mazowszu, więc zwiedzałem tego lata zabytki, lecz nie te popularne, najważniejsze, a mniej znane, rzadko odwiedzane przez turystów. Kościoły przede wszystkim, bo w polskim krajobrazie, w mazowieckim  również, wojenne zawieruchy przetrwały niemal wyłącznie  budowle sakralne. W zachodniej Europie wciąż trwają w niezmienionym kształcie murowane miasteczka i wioski prowincjonalne, w takiej Francji krajobraz ozdabiają co krok jakieś chateau. U nas pałaców i dworów niewiele, atrakcyjnych wizualnie tyle, co kot napłakał.                
     Wszędzie spotykałem jakiś szczegół, detal, który bardziej od innych wzrok przyciągał. W Siennicy odwiedziłem barokowe dzieło Antonio Solariego, architekta króla Augusta III i tam nie mogłem oczu oderwać od kamiennej figury Matki Bożej Niepokalanej z pierwszej połowy XIX wieku, wieńczącej kolumnę toskańską pośrodku dziedzińca przed kościołem. Przed świątynią celowo ustawiona nie na osi, lecz nieco z boku. Złożone w modlitewnym geście dłonie Marii również nie na osi ciała, lecz z boku, na wyciągniętych rękach, jakby w geście modlitewnym ku Komuś, który jest w centrum, na osi świątyni. Znakomity zabieg plastyczny, widać że twórca miał swoją klasę.  




Towarzyszącemu mi przyjacielowi najbardziej podobało się oryginalne murowane mauzoleum w kształcie łuku triumfalnego, ustawione obok drewnianego kościółka w Jeruzalu. Postawione zostało w końcu osiemnastego wieku dla dziedzica miejscowych dóbr. Pisałem obszerniej o nim w jednej ze swoich książek. Wychowany w nadzwyczajnej pobożności: „co miesiąc przystępował do spowiedzi i komunii, co trzy lata odbywał rekollekcyje, codziennie zaś odprawiał długie modlitwy, tudzież godzinę rozmyślał" w wieku dojrzałym począł robić karierę. Pisano o nim, iż był człowiekiem dzikiego umysłu, jak wielu z możniejszej szlachty w owoczesnej Polsce, co to przez nierząd zokrutnieli i zdziczeli. Coś nam to przypomina? 
Mauzoleum Floriana Cieszkowskiego w Jeruzalu. Fot.L.Herz

    Sierpień to pora ślubów, to polska tradycja, wieś ślubami zajmuje się po żniwach; gdy praca skończona, można wtedy świętować. Mogę więc zobaczyć wnętrza, mam szczęście, kościoły są otwarte, trwają w nich przedślubne przygotowania.  Także i w Jeruzalu. 


Wnętrze kościoła w Jeruzalu przygotowane już do ślubnej ceremonii. Fot.L.Herz

Jeruzal to filmowe Wilkowyje, była miejscem plenerów niezwykle popularnego serialu telewizyjnego "Rancho", kilka serii tego zrealizowano, wieś jest obstawiona tablicami, że tu było filmowe to, a tu tamto, są na tych tablicach zdjęcia artystów, są krótkie przypisy, fajny pomysł. Wioska zwiedzana jest przez licznych turystów, sporo ich i teraz widziałem, fotografują się na tle budynku plebanii, w której mieszkał jeden z bohaterów filmu, wewnątrz kościoła, w którym brali ślub inni bohaterowie, zdejmują się na ławeczce na której z butelką miejscowego wina Mamrot czterech mężczyzn, niby chór ateński albo chłopi z mrożkowej komedii komentuje w filmie wilkowyjskie zdarzenia. Mamrota można za pięć złotych kupić w miejscowej gastronomii w Jeruzalu.  
Sierpień 2017: turyści przed sławnym sklepem "U Krysi", znanym z telewizyjnego serialu.

      W ostatnią sobotę sierpniową z gronem przyjaciół odwiedziłem Kiczki. Absolutna prowincja, daleko wszędzie, ale ma bezpośrednie połączenie autobusowe ze stołeczną Warszawą. W roku 1450 książę Bolesław IV młynarzowi Maciejowi Kiczce nadał wójtostwa z młynem w Woli Piaseckiej, bo tak pierwej się Kiczki nazywały. Nazwisko owego młynarza i nazwa wsi Kiczki przypominają nam jedno z zapomnianych ze szczętem słów polskich: kiczka. Internetowa Wikipedia objaśnia je tak.

Kiczka (snopek) – wyrób budowlany wykonywany z żytniej słomy. Słoma na kiczki musiała być prosta i niezgnieciona a więc była odpowiednio przygotowywana. Zboże było żęte sierpem lub koszone kosą i ręcznie młócone cepem. Kiczki wykonywano z długiej żytniej słomy w ten sposób, że pęk słomy (mocno ściśnięty miał średnicę ok. 8-10 cm) ustawiano na płaskim podłożu, następnie załamywano górną część (kłosy) na wysokości ok. 80 cm do 1 m pod kątem 180° i mocno obwiązywano pasemkiem słomy tworząc tzw. główkę, która później podczas krycia dachu służyła do zamocowania kiczki w strzesze. Kiczki układano poziomymi rzędami na drewnianych łatach i dociskano cienkimi żerdkami. Żerdki przywiązywano do łat słomianym powrósłem co 5-8 kiczek, w taki sposób, że tworzyły schodkową strzechę. Stosowana była powszechnie jeszcze w latach 50. XX wieku.

Młyn w Kiczkach postawił Maciej Kiczka na dopływie Świdra, rzeczce Piaseczna. Budynek stoi tu nadal, ale już inny, od 1962 roku wpisany jest do rejestru zabytków,a le mimo tego wpisu mocno podrujnowany i wygląda na to, że długo już nie pożyje. Na rzeczce Piaseczna stało zresztą wiele młynów, zwały się różnie: Kulki, Ptaki, Kiczki, piękne nazwy nie ma co. W 16 zeszycie przewodnika z serii "Podwarszawskie szlaki piesze" opisywałem szlak młynów nad Piaseczną w roku 1975 i jak się zdaje to był pierwszy opis tego szlaku. Opisywałem ten szlak po odwiedzinach tamtej okolicy, odwiedzałem wtedy jednego z młynarzy, opowiadał jak peerelowska władza utrudniała mu życie, dla niej był wszak kułakiem i zdziercą, godnym pogardy prywaciarzem. 
Tyle zostało z młyna w Ptakach nad Piaseczną. Fot.L.Heerzu
Minęły lata, szlak siedmiu młynów nad Piaseczną stał się dość popularny, ale młynów na nim już nie ma. W Ptakach pozostało po młynie młyńskie koło, malowniczo eksponowane. Jest młyński niemal już zupełnie zarośnięty, bardzo ale to bardzo malowniczy staw w Dzielniku i przetrwała w pamięci mieszkańców dawna i bardzo ładna nazwa młyna "U Jana na Boru", którą podawał Stanisław Kryciński w "Gościńcu" z 1985 roku. W tym Dzielniku są dwa dudniące mostki na rzeczce Piasecznej, przez miejscowych nazywane „imieniem wójta Zielińskiego z Siennicy”, a obok jednego z nich stoi budynek dawnego młyna, przerobiony wcale udatnie na dom letniskowy. W Kiczkach pracowały dwa młyny: jeden z nich jest łatwo dostępny, stoi nieopodal drewnianego kościoła z 1751 r. i trudno się nawet domyślić jego dawnego przeznaczenia. Ale staw jest uroczo malowniczy w tych Kiczkach.

Staw młyński w Kiczkach. Fot.L.Herz

       
W książce "Z zapachem starego drewna", napisanej przez Henryka Sienkiewicza (ale to inny Sienkiewicz, nie ten od trylogii i Nobla) Kiczki są opisane jako wieś leżąca w bok od głównych szlaków, do której wiedzie droga wijąca się wśród zieleni mazowieckich pagórków i dolinek. Cytuje ów Sienkiewicz artykuł stąd pochodzącego Czesława Budzyńskiego, pomieszczony w "Spotkaniach z zabytkami" z 1997 roku. Wieś Kiczki w oczach swego krajana bardzo sielsko się prezentuje. "położona wśród pól, łąk i resztek wielkich lasów, tworzy swoisty nastrój ciszy i spokoju. Widać, że zawieruchy wojenne omijały te strony, o czym świadczą stare chałupy z zabudowaniami gospodarskimi, które zachowały się w zupełnie niezłym stanie. Naprzeciw kościoła wzdłuż wiejskiej drogi rozciąga się staw, utworzony przez Piaseczną. Przepust i młyn znakomicie dopełniają rzadko już spotykany, nietknięty bezmyślnością człowieka krajobraz mazowieckiego piękna i sielskości". Tak było dwadzieścia lat temu. Jak to wygląda teraz? Nie najgorzej. Ale to nie jest wieś nadmiernie dostatnia. 

Krajobraz wiejski, sielski, jest krowa, ale i dach z eternitu. Fot.L.Herz
W porównaniu z wioskami położonymi bliżej linii kolejowej, choćby koło Mińska Mazowieckiego, to wieś zupełnie inna. Widać to gołym okiem. Tam domy, jak wille, tutaj niekoniecznie takie. Tam dachy jak spod igły, nowiutka dachówka prawie na każdym, tutaj dachów eternitowych nie brakuje, tutaj są niemal powszechne te smętne pamiątki smętnych czasów peerelowskich.
Drewniany kościół w Kiczkach powstał w połowie XVIII wieku, ma trzysta lat! Fot.L.Herz


W Kiczkach najważniejszy jest kościół, to nie pierwszy, pierwszy powstał w 1458 roku, ten budowany był po 1751 roku, w 1901 roku został powiększony. Jest z drewna, konstrukcję ma zrębową, wzmocnioną lisicami, na zewnątrz go oszalowano, kamienny mur go otacza, od frontu jest w nim ceglana brama dzwonna o trzech wejściach, nad środkowym wiszą dwa dzwony. Nawa jest na planie prostokąta, prezbiterium węższe, zamknięte ścianą prostą z dwiema zakrystiami od południa i północy. Dach dwuspadowy pokryty dawniej gontem obecnie blachą ocynkowaną. Zachwycająco prezentuje się wnętrze, całe w bieli. 

Wnętrze świątynki w Kiczkach, wszystko w drewnie, wszystko w bieli. Fot.L.Herz
Do maja 2007 roku wnętrze pomalowane było w różnych odcieniach błękitów z kilkoma malowidłami szablonowymi na suficie, następnie przemalowane w różnych tonacjach bieli, które dobrze współgrają z klasycystycznym wystrojem z licznymi złoceniami. Ołtarze są barokowe, jest kilka zabytkowych obrazów, feretronów, urocza drewniana chrzcielnica, i ona też w bieli.   

Ksiądz Sławomir Safader, proboszcz z Kiczek.

Odwiedzając Kiczki z przyjaciółmi, umówiłem swoją tam wizytę telefonicznie, szliśmy pieszo dolinką Piasecznej od autobusu w Drożdżówce, przed swoim kościołem w Kiczkach czekał na nas proboszcz, ksiądz Sławomir Safader, kapłan wspaniały, serdeczny, nadzwyczaj gościnny. Z talentem opowiadał o swojej świątynce, pieszcząc ją spojrzeniem sypał anegdotami. A później zaprosił wędrowców na przygotowany przez księżą gospodynię kompot. Na koniec były jeszcze odwiedziny niewielkiego parafialnego muzeum w budynku starej organistówki. Żadne tam wielkie zabytki, kolana się przed nimi nie uginają, ale przecież to są świadectwa dawnej wiejskiej kultury, świadkowie dnia codziennego czasu już dawno przeszłego i nie da się ukryć, że wzruszające dla żyjących dzisiaj. także i książki z biblioteczki parafialnej sprzed lat, warto przejrzeć autorów i tytuły, aby dowiedzieć się jakie to książki na mazowieckiej wsi przed kilku dziesiątkami lat czytano.

Z parafialnego muzeum w Kiczkach, świadectwa lat dawnych, dla ciała i ducha. Fot.L.Herz

 


3 komentarze:

  1. Szanowny Panie,
    od wielu lat czytam i podziwiam Pańskie dzieła krajoznawcze, a teraz z radością odkryłem ten blog!
    Mam też do Pana szczegółowe pytanie: interesuje mnie pochodzenie ośmiu tajemniczych/budzących grozę nazw miejscowych z terenu PK, którego to pochodzeia nijak nie potrafię prześledzić za pomocą internetu czy nawet zasobów czytelni Varsavianów biblioteki na Koszykowej. Jest Pan zatem dla mnie w tej kwestii ostatnią deską ratunku:-) Czy mógłby mi Pan pomóc w rozwikładniu etymologii tych nazw? Chodzi o: Mogilny Mostek, Debły, Zamczysko, Pieklice, Piekło, Góra Koło św. Teresy, Wisielak, Tańczący Bór.
    Proszę łaskawie dać mi znać na poniższy adres mailowy, jak mógłbym się z Panem w tej sprawie skontaktować.
    Pozdrawiam najserdeczniej,
    Stanisław Tekieli
    stanislawtekieli@hotmail.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Etymologię nazw: Mogilny Mostek,Debły,Zamczysko,Góra k. Świętej Teresy,Tańczący Bór,znajdziesz w Przewodniku po Puszczy Kampinoskiej,którego autorem jest Pan Lechosław Herz.

      Usuń
    2. O kurczę, straszna wtopa! Ale dziękuję z całego serca:-)

      Usuń