Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorzewice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorzewice. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2022


Letnie wędrówki krajoznawcze

Okolica jak malowanie

Kilka lat temu w ostatnią sobotę lipcową wybrałem się na pieszą wędrówkę po Mazowszu. W mało znaną część okolicy podwarszawskiej mnie wywiało, na rzadko przez turystów odwiedzaną część Wysoczyzny Rawskiej. Teraz tutaj najlepiej dojeżdżać z Grodziska Mazowieckiego, wtedy do autobusu wsiadaliśmy z przyjaciółmi na warszawskim Okęciu. Nad nami co dwie minuty przelatywały samoloty, startujące z pobliskiego lotniska, dzień zapowiadał się pogodny, letni jak należy, ostatecznie kończył się właśnie lipiec, był sam środek lata.

― Państwo na wycieczkę? ―   zapytała mnie niewiasta, wsiadająca przede mną do autobusu.
―  Ano, na wycieczkę.
―  A jest tam po co jechać? Jest tam coś do zwiedzania?

Autobus jechał niespełna godzinę. Wysiadłem na krańcowym przystanku, tam również wysiadła owa niewiasta. Ona poszła w swoją stronę, ja w swoją. Pętla autobusowa (teraz nosi nazwę Piotrowice, wtenczas Grzegorzewice) znajdowała się koło od lat nieużywanego peronu przystanku kolejowego w Grzegorzewicach, przy torach linii kolejowej.  Jej budowa miała znaczenie strategiczne. Omijając Warszawę stanowiła ważny element w ruchu tranzytowym pomiędzy Moskwą a satelickim przyczółkiem ZSRR, jakim była Niemiecka Republika Demokratyczna. W roku 1954 ukończono budowę 160 kilometrowego szlaku kolejowego. Piętnaście lat później linię zelektryfikowano. 

Kursowały po tej linii pociągi pasażerskie. Razem z upadkiem komunizmu i rozsypce socjalistycznej wspólnoty pod egidą Rosji, linia straciła na znaczeniu. Z osobowych pociągów  i ja korzystałem; jadąc do Warszawy trzeba się było przesiąść w Czachówku na pociągi kursujące linią radomską. Dzisiaj pasażerom starcza autobus, od jakiegoś czasu dociera tu regularna linia autobusowa z Grodziska Mazowieckiego.  

W okolicy pól uprawnych niewiele,  zagród wiejskich mało,  krów żadnych, nieużytków sporo, rozsiewały się na nich malownicze chwasty. Część dawnych upraw rolnych  zajęły sady owocowe i ze sporą dawką przesady poniektórzy nazywali tę okolicę mazowiecką Toskanią. Coś w tym jest, bo od lat kilku znajduje się tam nawet całkiem spora, kilkuhektarowa winnica we wsi Dwórzno, położona w pagórkowatej powierzchni. Przed niszczącymi najbardziej dojrzałe owoce szpakami strzegą plantacji dwa jastrzębie,  sam ich głos budzi popłoch wśród zgłodniałych rabusiów.

Winnica Dwórzno – czytam na jej stronie internetowej  –   to największa winnica na Mazowszu i jedna z większych w kraju. Oddalona zaledwie 40 km od Warszawy zajmuje się produkcją tradycyjnych, wysokogatunkowych win gronowych oraz owocowych. Wina produkowane są naturalnymi, nieprzemysłowymi metodami, przy zastosowaniu nowoczesnej technologii i z ogromną dbałością o najdrobniejsze szczegóły. To młoda winnica, komercyjnie działa od roku 2014. Obecnie plantacja zajmuje 4 hektary, ale planowany rozwój i powiększenie upraw. Odmiany białe: Adalmiina, Aurora, Hibernal, Johanniter, Seyval Blanc, Solaris. Odmiany czerwone: Frontenac, Leon Millot, Marechal Foch, Regent, Heridan, Rondo, Swenson Red. Obecnie winnicę można odwiedzić w celu zwiedzenia, zdegustowania wina i jego nabycia. 

Niezwyczajnym elementem krajobrazu jest ta winnica, otoczona sosnowymi borami i borkami. Lasu w tej okolicy jest sporo, w znacznej części wprowadził się na dawniej uprawiane pola. Pośród lasu są poukrywane wille i rezydencje, w nich kształtowana z gustem zieleń, zadbane trawniki, domostwa gustowne i kosztowne, majętni ludzie je postawili. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Petrykozach stoi wśród lasu taki drewniany, współczesny dom, jest bardzo pięknym dworkiem o niewielkich oknach. Ma  ogromny, jak należy, krytym dranicami dachu. Bardzo pasuje do tej okolicy. Przed nim głaz, pewnie jeden z tutejszych, to kamienista ziemia, w te okolice przed tysiącami lat przywlókł je z sobą z dalekiej północy lądolód. Na głazie tablica z marmuru, na niej znajduje się napis: Andrzej Sadowski scenograf dom ten postawił wdzięczni – żona i syn. Zmarły przed kilku laty scenograf urodził się we Lwowie, zmarł w Warszawie, w urodziwym krajobrazie prowincjonalnego Mazowsza postawił ten drewniany dworek w polskim stylu. Był żołnierzem Armii Krajowej, walczył w Powstaniu Warszawskim, przede wszystkim był scenografem, bardzo wybitnym twórcą dekoracji i kostiumów do wspaniałych spektakli teatralnych i operowych, w tych drugich czuł się szczególnie dobrze, jego kostiumy były bardzo „operowe”, na deskach Warszawskiej Opery Kameralnej razem z reżyserem Ryszardem Perytem stworzył cykl przedstawień Mozartowskich.  Chodziło się na te spektakle...


Kilka kroków stamtąd stał ziemiański dworek z XIX wieku, cale lata mieszkał w nim Wojciech Siemion. Znakomity aktor był kolekcjonerem, miał w tym dworku świetne zbiory sztuki, tak profesjonalnej, jak i ludowej. Był dumny z tych swoich zbiorów. Pokazywał je z entuzjazmem. A jak przy tym o tych swoich zbiorach opowiadał! Był fenomenalnym gawędziarzem.

Nie ma już tego dworku. Wypadek drogowy w Ruszkach koło Sochaczewa  wiosną roku 2010. Zabrakło gospodarza, wdowa widać nie miała serca do Petrykoz i tak się jakoś nieszczęśliwie stało, że trzy lata później, 4 marca 2013 roku pożar strawił dwór, teraz to ruina bez dachu, pozbawiona duszy, to jest teraz bardzo straszny dwór. Co się stało ze świetnymi zbiorami świetnego malarstwa i sztuki ludowej, tego nie wiem. Był obok dworu skansen. I on  w ruinie. Ruiny dworku kryły się za wysokimi jesionami, drzewa  ogromne, cała ich aleja. Nie bez powodu zostały posadzone obok dworu. Jesion to starożytne drzewo święte, występujące w mitach greckich, germańskich, skandynawskich. Grecy, Germanie i mieszkańcy Italii wierzyli, że człowiek pochodzi od jesionu. Jowisz u Rzymian lubił pomieszkanie w pniu jesionu. Jesion jest drzewem magicznym, drzewem życia.  Sen pod jesionem krzepi i nie jest to żadnym mitem lub zmyśleniem. Zmarły, pochowany w jesionowej trumnie, od razu osiągał wieczny spokój i po śmierci nie straszył żywych.


Pośród uprawnych  malowanych złotem zbóż na południe od Petrykoz, rozścielił się Las Petrykoski, kiedyś własność miejscowych dziedziców, od 1945 roku należący do nas wszystkich, do społeczeństwa, bo to las państwowy.  Jak wszędzie na Mazowszu, tak i w tym lesie dominują w tym lesie drzewostany sosnowe, jak wszędzie tak i tutaj są lasami gospodarczymi, więc zręby i wyręby w tym lesie to rzecz normalna i po to, aby wyrąbane tu drewno łatwo można było wywieźć, pobudowano w tym lesie wygodne drogi, bardzo zdatne do wygodnej wywózki. Nie tylko do tego, gdyby nie one wędrówka piesza po tym lesie byłaby niełatwa, bujność leśnego podszycia jest tutaj ogromna. Teraz przez las wiodą specjalnie budowane drogi żwirowe, są wygodne, dawniej drogi przez las były brukowane kamieniem polnym (tradycyjnie na Mazowszu zwą taki bruk kocimi łbami), tego kamienia w okolicy wcale sporo, to morenowa wysoczyzna. Pozostałości takich brukowanych kocimi łbami , jak taki bruk nazywa się tradycyjnie, są niewątpliwym zabytkiem.  
    
Krajobraz okolicy to niezła mozaika. Jest więc ten wcale spory las, widać że gospodarze dbali o niego, jest uprawianym lasem. Od południa graniczą z tym lasem ogromne sady owocowe, one się ciągną dalej ku południowi przez wiele kilometrów, aż po Pilicę, to już sławne sady grójeckie. 



Ozdobą okolicznego pejzażu jest drewniany kościół we wsi Lutkówka, postawiono go na piaszczystym wzniesieniu, rosną na nim sosny, niektóre bardzo stare i malownicze. Wieś po raz pierwszy wzmiankowano w 1445 roku  i pod tą datą erygowano pierwszy tutejszy kościół, lecz – jak się przypuszcza – kościół stał tutaj już zapewne w XIII wieku. Wiadomo też, że w XVII wieku wieś należała do rodziny Osuchowskich, oraz że w 1905 roku ówczesny proboszcz przyłączył się wraz z parafianami do kościoła mariawickiego i secesja trwała przez rok. Obecny orientowany kościół powstał w 1744 roku staraniem kasztelana ciechanowskiego Władysława Grzegorzewskiego. Późniejsze są murowane kaplice. Obok stoi drewniana dzwonnica, prawdopodobnie z XVIII w. Z tyłu prezbiterium znajduje się na terenie cmentarza kościelnego wystawiona Ś.P. Józ:Wiśniewskiemu Ofic:Gward:Pol.Franc: Majorowi Puł: 2º Uuła: Wojska Pols: Kawal: Hono: Krzyża Wojsko: Znaku niska: służ: za lat XV i znaku Pamiąt: Fran: Sº Heleny. Mężowi pełnemu cnót i prawości Człowiekowi serca i czynu zmarlemu w 67 ͫ R: Życia, w d.24/4 1864 R: Pozostała żona i Syn wdzięczna za najszczęśliwsze 40 ͣ Let: pozycie U Kochanemu Mężowi i Ojcu w dowód czci i dozgonnej pamięci.




W zakonnym domu bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów mieszkała kilka lat w Lutkówce Wanda Boniszewska (1907-2003). W lasku opodal kościoła postawiono  upamiętniający ją kamień. Była stygmatyczką, miała niegojące się rany na rękach, stopach, głowie, prawym boku i tułowiu oraz rany po biczowaniu. Rany te pojawiały się nieregularnie. Ukazywały się głównie w czwartki po południu, w piątki, a przede wszystkim w wielkim poście i w Wielkim Tygodniu. Według relacji świadków, miała dar proroctwa oraz uzdrawiania. Doznawała ataków sił nadprzyrodzonych. Do zakonu wstąpiła w Wilnie, gdy Litwa znalazła się w Związku Radzieckim została aresztowana, oskarżona wraz z  innymi siostrami o przynależność do nielegalnego tajnego zakonu, w roku 1950, wyrokiem sądu sowieckiego skazana na 10 lat więzienia, wyrok odbywała w Wierchnie Uralsku. Uwolniona, w roku 1958 jako repatriantka przybyła do Polski.


Niezwykła to okolica i niezwyczajni ludzie są nią związani. A przecież okolica ta jest właściwie zupełnie nieznana, chociaż tak ważna droga ją przecina. Ruchliwa droga krajowa nr 50 pełni od lat rolę tranzytowej obwodnicy aglomeracji warszawskiej. Wkrótce zacznie się budowa obwodnicy autostradowej, będzie nosić numer A 50 i jak ta zwykła, jednopasmowa droga krajowa nr 50., tak i ona będzie prowadzić ze wschodu na zachód. Jeszcze nie wiadomo jaki wariant tej trasy projektanci wybiorą, może wzdłuż obecnej pięćdziesiątki, może wzdłuż linii kolejowej, może jeszcze inaczej, ale prawie na pewno tędy, przez tę okolicę. Jak by jednak ta autostrada nie została poprowadzona, na pewno jest inwestycją potrzebną, dla Polski konieczną, dla Warszawy niezbędną, ale przecież będzie raną w krajobrazie tej okolicy.

…..........................


poniedziałek, 23 maja 2016


Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza:
okolice wsi Skuły... 
     
Nie pomnę w którym roku Skuły poznałem i zostałem zauroczony tą niewielką wioską, położoną  na północnym skraju Wysoczyzny Rawskiej niedaleko Mszczonowa. Moja miłość do tej okolicy trwa  około pół wieku, już w 1976 roku pisałem o niej w jednym z serii przewodników turystycznych "Podwarszawskie szlaki piesze", a w roku 2012 o tej okolicy napisałem  jeden z rozdziałów wydanej przez "Iskry" książki „Klangor i fanfary”. Rozdział ten nosił tytuł: Ziemia niebanalna. Bo i taka to jest ta ziemia. Rośnie tu niespecjalnie wielki las, lecz bardzo jest on ładny i rzeczywiście niebanalny, bo wśród lasów mazowieckich dominują sosnowe bory, a ten las tutaj to las  liściasty. Pośrodku tego lasu wije się płytka  rzeczułka,  okolona bujną zielenią roślinności i jest to genialna sala koncertowa dla ptaków. Ach! jakichże wspaniałych koncertów drozdów o wiosennej, wieczornej porze tam wysłuchiwałem!
Rzeczka Karczunek pośród Skulskiego Lasu. Fot.L.Herz 

    Rzeczkę odkryłem już bardzo dawno. Nazywa się Karczunek i jest dopływem Pisi Tucznej, do której wpada w pobliżu niewielkiej wioski Skuły, niemal tuż obok drewnianego kościółka zbudowanego przed trzystu laty, nad którym wznoszą się wiekowe, niemal równe modrzewie.  Cała okolica wokół Skuł  winna być objęta szczególną pieczą.  Chciałem tam założyć park krajobrazowy, nawet poczyniono starania, na zlecenie wojewódzkiego konserwatora przyrody opracowano plan tego parku, miał nosić imię Józefa Chełmońskiego, bo wielki malarz z tą okolicą jest związany, ale jakoś cala idea padła, bo brakło woli ze strony tych, którzy do utworzenia tego parku mogli doprowadzić. Nawet znam ich z nazwiska, ale cóż z tego...
    Na  podwarszawskim Mazowszu okolice Skuł są ewenementem. Niby jest do tych Skuł blisko, a jednak daleko i krajobraz tej okolicy bardzo jest odmienny od tego, co to znajduje się tuż za granicami Stolicy, tam, gdzie najchętniej z Warszawy w plener wędrujemy, na przykład w Puszczy Kampinoskiej,   lub w lasach wokół Otwocka, albo nad Bug lub nad Narew. W okolicy Skuł ziemia łagodnie faluje, głównie za sprawą rzeczek, które w wysoczyznę polodowcową tutaj się wcinają; Skuły znajdują się w  mszczonowskim węźle wodnym, gdzie bieg zaczyna pół kopy najbardziej znanych rzeczek i strug południowego Mazowsza. Tutaj  początek bierze kilka: Jeziorka, Tarczynka, Mrowa, Utrata, ale dla tej okolicy najważniejsze są dwie Pisie, jedną jest Pisia Gągolina, a drugą Pisia Tuczna.  Obie łączą się poniżej Żyrardowa i tam już płynie ku Bzurze tylko Pisia.
Pisia Tuczna we wsi Skuły, taka tam jest z niej sympatyczna drobina. Fot.L.Herz

    Nazwa >Pisia< pochodzi z języków bałtyjskich, od łotewskiego wyrazu  pisa, oznaczającego bagno porośnięte małymi brzozami i sosnami, lub litewskiego bądź pruskiego  pisa, oznaczającego także rzekę o trudno dostępnych, bagiennych brzegach. Według Stanisława Rosponda podstawa „pisk-", „piszcz-" oznacza właśnie teren podmokły i bagienny.  Pisia Tuczna swoje wody „toczy”, stąd najpewniej jej  nazwa, a nazwa  Gągoliny jest niewątpliwie związana z nurkującą dziką kaczką, gągołem.
Malownicze stawy grzegorzewickie wodę zawdzięczają Pisi Gągolinie. Fot.L.Herz

    Pisia Gągolina wypływa z okolic wsi Zimna Woda na południe od Grzegorzewic. Nawadniane przez nią  stawy grzegorzewickie  są największymi w okolicy i tworzą miniaturowe pojezierze. W szuwarach gniazdują  krzyżówki, czernice, łyski i perkozy, w pełni wiosny zewsząd dobiegają godowe głosy trzciniaków i trzcinniczków oraz słowików, latem na płyciznach żerują czarne bociany, mające gniazda w okolicznych lasach, mają tam swoje miejsca lęgowe żurawie i czarne bociany i od kilku lat gnieździ się bielik, któremu wiosną roku 2016 roku urodziły się dwa orle pisklęta.
    Zawsze był to jeden z najczęściej przeze mnie odwiedzanych fragmentów Mazowsza, dawnymi laty była świetna komunikacja, bezpośredni autobus z dworca zachodniego w Warszawie, teraz jest gorzej, autobusy kursują tylko z Grodziska Mazowieckiego, a w niedziele w ogóle nie ma komunikacji publicznej, więc wtedy jeśli się nie ma własnego pojazdu, to i nie ma się  szans na odwiedzenie Skuł w dni świąteczne.
Kościółek w Skułach jest modrzewiowy i stareńki, ma ponad 350 lat. Fot.L.Herz
    Pośrodku wsi Skuły, przy rozdrożu, od jakiegoś czasu ujętym we współczesne, nowoczesne rondo, postawiono kościółek z drewna modrzewiowego. Jest stareńką budowlą, stawiano go w roku 1678 roku. Od czterech lat królem Polski był wtedy Jan III Sobieski, który pięć lat później miał poprowadzić Europę do zbrojnego zatrzymania islamu pod Wiedniem. Kościółek jest  wzmocnioną lisicami budowlą konstrukcji zrębowej, zbudowano go na planie prostokąta, jest niewielki, wzdłuż można go przejść w trzydzieści męskich kroków, może trochę więcej, ale coś około tego. Kościół jest orientowany,  więc prezbiterium z ołtarzem znajduje się,  jak należy, po wschodniej stronie.  W chrześcijańskiej symbolice architektonicznej środek kościoła jest środkiem świata. Środek każdego kościoła! Każdy kościół jest obrazem świata. Tyczy to również  drewnianego kościółka w Skułach. 
    To trzeci kościół w tym miejscu,  ten zbudowano staraniem kolatorów: Seweryna Skulskiego ze Skuł  i księży misjonarzy od Św. Krzyża w Warszawie, bo im nadała część wsi królowa Maria Ludwika, żona dwóch królów polskich z dynastii Wazów, Władysława IV i Jana Kazimierza, która - już owdowiawszy po pierwszym, jako małżonka drugiego - w roku 1654 nabyła dobra skulskie, a dopiero co sprowadziwszy tych zakonników do Polski, w trosce o ich dobra doczesne majątek skulski im ofiarowała. 

Fragmenty wnętrza kościółka w Skulach. Fot.L.Herz

    Ogromnie wiele wdzięku ma wnętrze skulskiej świątynki. W latach 1774-75 na tyłach prezbiterium świątynki dobudowano zakrystię, a ściany kościoła obito wewnątrz płótnem i na nim nieznany nam z nazwiska autor wymalował   iluzjonistyczną polichromię. Jest ona  jedyną tego rodzaju osiemnastowieczną polichromią kościelną na Mazowszu. Przedstawia sceny ze Starego i Nowego Testamentu,  to wdzięczne, naiwne malarstwo i jest to swego rodzaju osiemnastowieczny komiks, albowiem oglądając te przedstawienia niepiśmienny lud mógł poznawać zdarzenia z Biblii najważniejsze: na jednym z iluzjonistycznych obrazów namalowano wygnanie z raju, na innym  dramatyczną scenę przedstawiającą potop, na jeszcze innym wspierający się na ramionach córek stary Lot opuszcza Sodomę, na kolejnych  Aniołowie przychodzą z pomocą prorokowi Eliaszowi i Tobiaszowi, a niewiasty egipskie wyławiają z Nilu małego Mojżesza, a w tle rosną papirusy, jak to nad Nilem z papirusami bywa.  To w nawie, a w prezbiterium są sceny z Nowego testamentu; jeden przedstawia wręczenie kluczy św.Piotrowi, a drugi Boże Narodzenie i ten drugi ze wszystkich jest mi najbliższy, pewnie dlatego, że to święto jest mi najbliższe.  Czy te obrazy są dobrym malarstwem? Oczywiście, że nie. Autor malowideł skulskich był zapewne tylko sprawnym rzemieślnikiem. Nie da się jednak ukryć, że jest to malarstwo wzruszające.


Trzy obrazy z osiemnastowiecznej polichromii kościoła w Skulach. Fot.L.Herz
W najbliższym otoczeniu kościoła rosną dwa stare modrzewie, jedne z najładniejszych na Mazowszu, bardzo tutaj pasują. Jeszcze całkiem niedawno było ich więcej, ale ten trzeci trzeba było ściąć, bo groził wywróceniem się na świątynkę i jej zniszczenie. Na jednym z modrzewi przez długie lata znajdowało się bocianie gniazdo i to było absolutnie rozkoszne móc oglądać te święte, polskie ptaki w tym miejscu.
    W południe rozdzwaniają się trzy dzwony skulskiego kościółka,  muzyka dla uszu wzruszająca, bardzo to wszystko polskie te niosące się nad głosy dzwonów nad krajobrazem okolicy, oprawionej w świeżą majową zieleń. Gdy ze znajomymi byłem tam ostatnio w połowie maja, padał deszcz. Wyszliśmy ze świątynki i słuchaliśmy muzyki dzwonów. Pięknie było. Kilkanaście godzin później jedna ze znajomych napisała mi w mejlu, że nagrała te dzwony w Skułach i ustawiła ich głos jako dzwonek w telefonie i teraz jej dzwonią, jak ktoś się chce z nią rozmawiać.
    Intryguje mnie nazwa wsi. Skąd się wzięły te Skuły? Miejscowi mi mówią, że od właścicieli, rodu Skulskich, ale najpewniej jest odwrotnie, to Skulscy wzięli swoje nazwisko od nazwy wioski. Jest w Wielkopolsce koło Konina wieś Skulsk, dawniej miasto, teraz jest tam siedziba urzędu gminnego. Nazwa podobna, jest kilka przypuszczeń skąd ona, kilka hipotez przekonywuje, ta na ten przykład, że nazwa Skulsk „wywodzi się od formy zabudowania, na jaką pozwolił ówczesny obszar, a więc zabudowa była zagęszczona, ściśnięta, można zatem przypuszczać, iż pochodzi od słowa „ skulony".    
    Skuły po raz pierwszy były notowane w 1 połowie XV wieku jako ośrodek dóbr wojewody czerskiego Piotra Pilika herbu Rogala, zmarłego po roku 1435 syna Jana, wojewody czerskiego który poległ w 1399 roku w bitwie nad Worsklą. Piotr Pilik był nie byle kim, pełnił różne ważne funkcje w mazowieckim księstwie, był więc marszałkiem dworu księcia Janusza I, podstolim warszawski, zakroczymskim podkomorzym i wreszcie wojewodą mazowieckim w latach 1402-1435. Należały do niego dobra:  Drwalew, Chynów, Skuły i  nadliwiecki Węgrów. Zmarł bezdzietnie i dobra węgrowskie wróciły do książąt litewskich, a dobra w Ziemi Czerskiej zapisał bratankom ze Skuł używających nazwiska Skulski i herbu Rogala.
    Na internetowej stronie gminy Żabia Wola, do której Skuły przynależą teraz administracyjnie, Barbara Gradkowska interesująco o Skulskich ze Skuł opowiada. O tym, że Seweryn, Walenty i Jan Skulscy podpisali się pod elekcją Jana III Sobieskiego. Że Adam Skulski był przydany w 1704 roku prymasowi  ad Consilia, a zmarły w Skułach w wieku 62 lat podczaszy warszawski Michał to deputowany na Trybunał Koronny w 1738 roku, zaś Ignacy Skulski w roku 1788 został podwojewodą warszawskim. Pod Beresteczkiem walczył Jerzy Skulski, który w testamencie, sporządzonym 26.VI.1651 roku,  przekazał kwotę 3000 zł na uposażenie parafii w rodzinnej miejscowości, prosząc w zamian za śpiewanie Godzinek do N.M.P i odprawienie Mszy św. Każdej środy za jego dusze (...jeżeli mnie Pan Bóg z tego świata mizernego weźmie...”).
     Drogi z kilku stron zbiegają się ku Skułom, więc tutaj było jakieś centrum, może jeszcze dawniej,  może jeszcze przed czasami książąt mazowieckich tu się znajdowało centrum plemienne jakiejś wspólnoty? Prócz kościoła lata całe najważniejszym miejscem ku któremu wszyscy zdążali, była karczma. Bez karczmy na normalnej wsi ani rusz. Była więc taka i w Skułach. Gdzie stała, nie wiem, może nad rzeczułką Karczunek? Była to karczma drewniana, dwutraktowa, z podcieniem, ogromna to była budowla, pomieścić mogła sporo luda. Jej drewniany budynek ocalał. Znakomity aktor i kolekcjoner, Wojciech Siemion, swoim kosztem przeniósł karczmę do niewielkiego skansenu, który utworzył koło swojego dworu w Petrykozach, wiosce położonej w bliskim sąsiedztwie Skuł. Stała tam obok dwóch koźlaków, ogromnych, drewnianych wiatraków, jeden z nich machał przedtem skrzydłami w Chudolipiu, ono Chudolipie też od Skuł niedaleko. Cieszyła więc karczma oczy pana Wojciecha i jego gości, a miał ich sporo, całe wycieczki przyjeżdżały oglądać te cuda, które w Petrykozach zgromadził.
   To bardzo zabytkowy budynek, ta karczma jest stusześćdziesięcioletnia, podobno bywał w niej sam mistrz Józef Chełmoński, w czasach w których w Kuklówce wielki malarz mieszkał, a ta Kuklówka też niedaleko od Skuł, nad Pisią Tuczną leży, tą samą nad którą postawiono skulski kościółek. Aż stało się nieszczęście. Wypadek drogowy w Ruszkach koło Sochaczewa. To było wiosną roku 2010. No i osierocił swoje Petrykozy pan Wojciech Siemion. Trzy lata później, 4 marca 2013 roku pożar strawił jego dwór, teraz to ruina bez dachu, pozbawiona duszy, to jest teraz bardzo straszny dwór. Co się stało ze świetnymi zbiorami świetnego malarstwa i sztuki ludowej, tego nie wiem. Skansen dopiero co odwiedziłem, jest w ruinie. Stara karczma ze Skuł także. Dramatycznie to wszystko wygląda.

160-letnia karczma ze Skuł , taka jaka jest teraz, w Petrykozach. Smutek i rozpacz. Fot.L.Herz

    Przez czas jakiś siedziba gminy o nazwie Skuły znajdowała się w Bartoszówce. Po roku 1954 przeniesiono ją do Żabiej Woli. Bartoszówka swoją nazwę zawdzięcza Bartoszowi Głowackiemu, to na jego cześć tak nazwano osadę Skobelówka, w roku 1878  założoną przez osadników rosyjskich, sprowadzonych tutaj  przez carskiego generała Skobelewa, który otrzymał dobra skulskie za swoje zasługi w wojnie  rosyjsko-tureckiej. Na tyłach cmentarza katolickiego jest zapuszczony cmentarzyk prawosławny, na nim byli chowani Rosjanie, ostatnie dwa nagrobki pochodzą ze stosunkowo niedawnych czasów. Skomplikowane są dzieje naszej polskiej ziemi, pod Skułami również.
    Najchętniej dojeżdżam do Skuł autobusem i tak, jak ostatnim razem w połowie maja, wysiadam na przystanku Ciepłe. Stamtąd  jest tylko kilka kroków do rezerwatu, który darzę ogromną estymą, a jest ogromną wartością nie tylko dla tej ziemi. W połowie maja wędrowanie po tej ziemi jest radością ogromną. Pogoda ostatnimi laty zupełnie zwariowała, wciąż jest coś nie tak, w przyrodzie coś  przychodzi za wcześnie, coś pojawia się za późno, liczyłem na to, że tym w tym roku ludowe przysłowia na temat pogody się nie sprawdzą, ale nie, nic z tego, tego roku majowi zimni ogrodnicy zjawili się w terminie. Tej wiosny Skulskie Lasy przywitały mnie lekkim dżdżem i ów dżdż towarzyszył mi już przez prawie cały czas wędrówki, czasem zanikał, ale  niekiedy zamieniał się w regularny, lekki i przyjazny dla przyrody deszcz. Ten deszczykowaty, pochmurny dzień okazał się był  darem niebios, ożywił młodowiosenną  zieleń, takiej burzy świeżej zieleni nie spotyka się co roku, teraz była wspaniała. I bardzo fotogeniczna, świetnie się dawała fotografować.
Na skraju rezerwatu. W głąb tego lasu wiedzie wąska ścieżka. Fot.L.Herz
Jakże mały jest człowiek wobec drzew, A to wcale nie najstarsze w tym lesie. Fot.L.Herz

    Rezerwat „Skulski Las” jeszcze nie był rezerwatem, gdym był tam po raz pierwszy, a urzeczony jego urodą tak bardzo, żem szybko począł zabiegać o to, by rezerwatem został. W roku 1980 tam zaszedłem i zobaczyłem obraz, który mną wstrząsnął. Zaraz potem wysłałem list do „Życia i nowoczesności”, cenionego dodatku do najpopularniejszej codziennej gazety polskiej tamtych czasów, „Życia Warszawy”. Opublikowano ten list. Pisałem w nim m.in. „Pod siekierami padło 8 starych dębów, najgrubszy z nich leży jeszcze powalony, przeznaczony na opał (!!!). W pierśnicy mierzył on 475 cm, z ilości słojów ściętego pnia można odczytać jego wiek; drzewo liczyło ponad 240 lat! Razem z dębami padł grab zwyczajny o obwodzie 212 cm, rzadka brzoza czarna o obwodzie 118 cm, sosna pospolita o obwodzie 274 cm.
    W następnej kolejności czeka na siekierę druga część zabytkowego drzewostanu, w której rośnie kilkanaście wiekowych sosen o obwodzie w pierśnicy od 252 do 295 cm, kilkanaście grabów sięgających 246 cm obwodu, brzoza brodawkowata o obwodzie 236 cm, podrosty buków w dolnym piętrze. Na pn. wsch od budynków b. nadleśnictwa, w oddziale 299, tuż przy dukcie ograniczającym oddział, padło m. in. kilka innych dębów o obwodzie sięgającym 470 cm! Pozostawione na obu zrębach karpy dają jeszcze świadectwo ogromu wyciętych drzew.
     Jak mogło dojść do tego? Rozmawiałem na ten temat z wieloma ludźmi. Najsmutniejsze były głosy emerytowanych leśników, mieszkających dzisiaj w budynkach b. nadleśnictwa. Dawny nadleśniczy terenowy, poprzednio nadleśniczy Kampinoskiego Parku Narodowego – nie widzi w fakcie wycięcia nic nadzwyczajnego. Tzw. operat urządzeniowy, sporządzany przez fachowców z Biura Urządzania Lasu raz na dwadzieścia lat, przewidywał wycięcie. Więc – wycięto i zrąbano pomniki przyrody. Na wniosek nadleśniczego w stanie spoczynku ocalono jednak stary drzewostan sosnowy (niestety, bez pomnikowych okazów drzew) zaglądający do okien jego mieszkania. Obaj mieszkający obok zrębów leśnicy emeryci nie uznali za stosowne zaprotestować przeciw znanym im planom wyrębu. Nie zaprotestował urzędujący leśniczy. Nie zastanowił się nadleśniczy, kierujący Nadleśnictwem Państwowym w Grójcu, któremu podlegają lasy Skuł. Nikt z leśników nie powiadomił władz ochrony przyrody, nie zaproponował objęcia prawna ochroną ani drzewostanu, ani pojedynczych egzemplarzy proponowanych do wycięcia drzew. Nie zareagował wojewódzki konserwator przyrody i wojewódzka Rada Ochrony Przyrody. To co się stało w Lasach Skulskich jest już nieodwracalne. Można jeszcze uratować to co pozostało.”
    Skutek był niemal natychmiastowy. Już cztery lata później został utworzony rezerwat „Skulski Las”, ma ponad 300 hektarów powierzchni, to całkiem sporo, dla porównania dodajmy, iż 90 hektarów powierzchni ma obszar otaczający Pałac Kultury w Warszawie, zamknięty ulicami z komunikacją miejską, pomiędzy dworcem centralnym, a domami handlowymi. Upłynęły już 32. lata istnienia rezerwatu, drwale z siekierami i mechanicznymi pilami już do niego nie zaglądają, fragmenty tego lasu są wspaniałe. Potężne, dębowe pnie wspinają się tam wysoko ku niebu, na ponad trzydzieści metrów, strzeliste są one i  wysoko, gdzieś pod chmurami niosą swoje korony. 
  
Jeden z wiekowych dębów skulskich.
  Najstarsze ze skulskich dębów mają ponad dwieście lat, ich siewki poczęły kiełkować mniej więcej w tym czasie, gdy ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski abdykował na rzecz Rosji, deportowano go do Petersburga, a Polska na 123 lata przestała istnieć jako państwo. Cały więc okres zaborów przeżyły te drzewa i jeszcze kilkadziesiąt lat potem, z dwoma wojnami światowymi wieku dwudziestym włącznie. Istnieje prawdopodobieństwo, że nikt tych dębów nie sadził, że są naturalnymi dziećmi drzew, które rosły tu przed ponad dwustu laty, pod ich opieką wyrosły. W roku 1980 mierzyłem w tym lesie  bezlitośnie ścięte ogromne dęby, z ilości słojów ściętego pnia dębu najpotężniejszego odczytywałem jego wiek; drzewo zabijano, gdy miało ponad 240 lat! Zapewne kilka ze skulskich dębów ma lat 250, teoretycznie to zaledwie ćwierć tego okresu, który dożyć mogą. Nie wszystkim to pisane, wiele z nich już leży na ziemi, powalonych. Z drzewami albowiem, jak z ludźmi. Nie wszystkim dane jest długie życie. 
Wiosną w zielonym lesie rezerwatu, pośród starych dębów. Fot.L.Herz

A jeszcze wcześniej, przedwiośniem, u stóp starodrzewu ściele się dywan zawilcowy. Fot.L.Herz
   Lasy Skulskie są lasami liściastymi, grądami dębowo-grabowymi,  a nie bagiennymi olsami lub wilgotnymi łęgami, chociaż i te w niewielkich fragmentach się tutaj znajdują. Kto przyzwyczajony do tego, że pod Warszawą wszędzie rosną bory sosnowe, że sosny panują wszechwładnie, dla tego lasy w okolicach Skuł są niespodzianką. Wczesną wiosną całe dno rezerwatu zamienia się w ogromny dywan, w którym kwitną miliardy zawilców, widok jest nieprawdopodobnie piękny. Jesienią dno skulskich lasów zasłane jest barwnymi liśćmi, idzie się wtedy brodząc pośród nich i to też jest bardzo przyjemne uczucie.
Uroczysko ze Skulskiego Lasu. Fot.L.Herz

    Są w tym lesie uroczyska o nadzwyczajnej urodzie, godne pędzla najlepszych artystów epoki romantyzmu. W sąsiedztwie tego lasu  ma swoje źródliska rzeka Utrata, ta sama, nad którą urodził się Fryderyk Chopin, największy z muzyków tej epoki. To przez ten las płynie Karczunek, meandrując pośród bardzo naturalnych fragmentów lasu łęgowego z zalegającymi w nim głazami narzutowymi. Tegorocznym majem Karczunek forsowałem z przyjaciółmi po zwalonym pniu, było trochę przygody i ciut emocji.  Wody wokół Skuł nie brakuje.
Grzegorzewickie stawy pod lasem. Fot.L.Herz
    
     Na zachód od nich są Grzegorzewice, a koło nich rozłożyły się pod lasem wodne tafle stawów, w pogodne, letnie dnie odbijające błękit nieba. Na stawach pokrzykują perkozy, zaś na płyciznach, jak egzotyczne marabuty, stoją na warcie czarne bociany, mające swoje gniazda w lasach okolicznych. Stawy grzegorzewickie są stawami hodowlanymi, jest na nich prowadzona  tradycyjna gospodarka rybacka i niewątpliwie jest to dodatkowym elementem wzmacniającym atrakcyjność kulturową okolicy. W położonym nad stawami gospodarstwie rybnym dają pyszne, smażone ryby, prosto ze stawu. Kto chce, może sobie je sam złowić.  Za stosowną opłatą. Przepływa przez te stawy Pisia Gągolina, ona daje stawom wodę. Nim dopłynie do Radziejowic, będzie meandrować wśród krzewów i liściastych drzew, wśród mokrych łąk i bagiennych zagajników. 
Żurawie na łące koło Kaczkowa. Fot.Ula Kaczyńska
     Niedawno  po raz pierwszy w tej okolicy usłyszałem niosący się znad tej rzeczki hejnał żurawi, których przez ostatnie kilkadziesiąt lat tutaj nie było. Tego roku zobaczyliśmy dwa, jak pasły się na łące koło Kaczkowa. Podeszliśmy do nich cichutko, kryjąc się za drzewkami zdziczałego sadu. Zobaczyły nas i z krzykiem zerwały się do lotu. Jeden poleciał w jedną, drugi w drugą stronę. 
  
Pałac w Grzegorzewicach  z czasów, gdy gospodarzyli tam adwokaci z Warszawy. Fot.L.Herz
     Po sąsiedzku ze stawami, wśród wyniosłych drzew zabytkowego parku wznosi się  grzegorzewicki pałac, zbudowany około połowy XIX wieku. Specjaliści określają jego architekturę jako neorenesans, sympatyczna to budowla, architektonicznie wartości raczej średniej. Najprawdopodobniej postawiono ten pałac dla ówczesnej właścicielki miejscowych ziem Zofii Kuszell, do której należał niewielki majątek, zaledwie 230-hektarowy. Od niej odkupił  posiadłość Alfred Meissner,  profesor chirurgii, stomatolog, później rektor Akademii Stomatologicznej w Warszawie.
    Po 1945 roku majątek rozparcelowano. Los pałacu był podobny losowi setek innych; został zdewastowany. Dopiero w roku 1973  przekazano go Naczelnej Radzie Adwokackiej do bezpłatnego użytkowania, powstał w nim Dom Pracy Twórczej Adwokatury, do którego na wypoczynek zjeżdżali warszawscy adwokaci, ale już ich nie ma, pałac opustoszał i czeka na kogoś, kto go przywróci do życia.  i gdzie tak miło było usiąść na tarasie, by zaspokoić pragnienie czarną kawą i owocowym sokiem, nim pójdzie się na dalszą przechadzkę, może ku leśnym stawom, na których można spotkać znajome łabędzie. Zachodziliśmy tam z przyjaciółmi na naszych wycieczkach, było miło, cicho, spokojnie. Pałac teraz stoi pusty i czeka na lepsze czasy, a otaczający go park park dziczeje w sposób pokazowy. Rośnie w parku kilka drzew, opatrzonych tabliczkami pomników przyrody, m.in.  białodrzew, jesion wyniosły, modrzewie europejskie i  lipa drobnolistna.
Niezwyczajna lipa drobnolistna, pomnik przyrody z Grzegorzewic. Fot.L.Herz

     Adwokaci bywali w Grzegorzewicach znani i szanowani, najważniejsza jednak okazała się pisarka, Maria Dąbrowska albowiem wieś okoliczną opisała i to bardzo interesująco.  Zaproszona jako gość na wesele do córki swojej służącej-gospodyni, to, co zobaczyła,  przedstawiła w wydanym w roku 1955 opowiadaniu „Na wsi wesele”. To niezwykłe opowiadanie, świetny dokument epoki, wiernie przestawiający problemy polskiej wsi tamtych, tuż powojennych czasów. Dąbrowska zgrabnie życie wiejskie opisała, nie stroni od pochwał, ale zaraz potem kłuje boleśnie. Dzisiaj zapewne opowiadanie to ukazałoby się nakładem wydawnictwa „Czarne”, specjalizującego się w egzotycznym literackim reportażu. 
    Od  grzegorzewickiego pałacu do autobusu wędrowałem wśród wiejskiego krajobrazu. Architekci krajobrazu taki rodzaj pejzażu zwą harmonijnym krajobrazem kulturowym. I taki on jest tutaj właśnie, to przykład modelowy. Skuły, Bartoszówka i Grzegorzewice tworzą jedną jakby całość, z dwóch stron flankowaną przez niewielkie, a bardzo malownicze lasy. 




Krajobraz skulskiej okolicy. Fot.L.Herz
  Zieloność okolicznego krajobrazu jest o wiosennej porze porażająca, wydaje się że żaden inny z podwarszawskich pejzaży pod tym względem temu dorównać nie może.   Wioski też sympatyczne, robią niezłe wrażenie, zabudowania nie są skupione przy ulicówkach, są rzucone luźno w ten kipiący od zieleni lekko pofałdowany lekko pofałdowany pejzaż morenowej wysoczyzny. Zagrody tutejszych rolników  i domy oraz wille warszawiaków całkiem dobrze ze sobą sąsiadują. Otoczenie mają porządne, zadbane, wszędzie moc kwiatów, trawniki ładnie przystrzyżone, drogi są wyasfaltowane lub żwirowe, dla samochodów wygodne, na łąkach okolicznych wiosną kwitnie polne kwiecie, wśród pól straszą strachy na wróble, a na poboczach dróg stoją kapliczki murowane i drewniane, słupowe i wiszące, niemal wszystkie ozdobione kolorowymi, plastikowymi kwiatami, bo tak trzeba, bo tak się teraz na polskiej wsi robi, a jakby na to nie patrzeć, ma to swoisty wdzięk i gdyby tych plastikowych kwiatów przy kapliczkach zabrakło, wtedy byłaby to już zupełnie inny krajobraz, więc może niech tak już zostanie.
Przydrożne kapliczki z okolicy: nadrzewna i słupowa. Fot.L.Herz
    Deszcz się rozpadał na dobre i wyraźnie schłodniało, gdy tegorocznym majem wsiadałem do autobusu w Grzegorzewicach. Godzinę  później siedziałem już w pociągu z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy, a po następnych kilkudziesięciu minutach byłem już w swoim mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu. I już zacząłem tęsknić za powrotem do skulskiego krajobrazu.