środa, 6 stycznia 2016

O kilka kroków od Warszawy:    
Jabłonna

Pałac w Jabłonnie na XIX-wiecznej ilustracji.

Jabłonna leży o kilka kroków od Warszawy, często ją odwiedzam, bo niedaleko, a miejscowość zacna, znajdujący się tam pałac niepośledniej wartości architektonicznej, pałacowy park nadzwyczaj urodziwy, a historia Jabłonny poruszająca i niewiele podwarszawskich pałaców może się tak interesującą historią poszczycić. 

    Jeszcze kilka mil drogi - a oto zza wzgórza
    Piękna się, ocieniona Jabłonna wynurza.
    Idź odwiedzić tę ustroń stopy pobożnemi,
    Bo tutaj żył przed laty bohater tej ziemi.
    Zwiedź ten cienisty ogród - może gdzie w altanie
    Sam Józef Poniatowski przed oczy ci stanie
    W sutej, żołnierskiej burce, w kaszkiecie hułana.


  Taką zobaczył Jabłonnę Władysław Syrokomla we "Wspomnieniach pielgrzyma" z roku 1861 i wybaczmy mu te rymy, tak rozkosznie naiwne i proste. Przez dziesiątki lat żywili się Polacy coraz bardziej, z upływem lat rosnącą i olbrzymiejącą postacią księcia Józefa. 

    Całą Jabłonnę wypełniała dla mnie światowo-rycerska postać księcia Józefa Poniatowskiego - wspominał Wiktor Gomulicki w jednej ze swoich nowel, której akcja rozgrywa się m.in.w żydowskiej bryczce, jak dzisiejsze autobusy przewożącej pasażerów na trasie z Pułtuska do Warszawy, a którą to trasę Gomulicki po wielekroć przemierzał. Pisał tedy: "Z okna izby zajezdnej przyglądałem się bramie żelaznej wiodącej do jego niegdyś parku. Przy podjeździe leżały tam dwie olbrzymie kule kamienne, przez kratę było widać zwężającą się perspektywicznie aleję nagich, skostniałych od mrozu drzew parkowych. Zdawało mi się nieraz, a z mgły przesłaniającej głębię parku, wysuwa się bez szmeru biały łabędź sani książęcych, a na nim młodzieniec w burce, z małymi na rumianej twarzy >bakenbardami<, z oczyma ciskającymi błyskawice."
      W Jabłonnie o każdej porze roku jest ładnie, także w porze bezlistnej, ale najładniej jest kolorową jesienią, ale i zimą tam zajść warto, zimą albowiem Jabłonna ukazuje zupełnie inne oblicze i ono jest bardzo, ale to bardzo urodziwe. Przed sześciu laty zima była śnieżna mocno, byłem tam  z gromadą przyjaciół. To zdjęcie wykonałem w styczniu, a zima styczniowa lutą była wówczas niezmiernie.


Były takie zimy na Mazowszu, także i w Jabłonnie;styczeń w  roku 2010. Fot.L.Herz 
    Pałac w Jabłonnie powstał nie jako zimowa, lecz jako letnia rezydencja. Zapewne większość z nas nie wie, że moda na podmiejskie wille rozpoczęła się w Warszawie około roku 1770 i że w Jabłonnie jedna z willi najpierwszych powstała, a dodajmy, że stoi tam nadal i to od lat 235. Dzisiaj, w  którą by stronę wokół Warszawy nie pojechać, wszędzie aż roi się od letniskowych działek, domów i podmiejskich willi. Żadna z nich willi w Jabłonnie nigdy nie dorówna.
    Willa podmiejska w Jabłonnie nie jest zwykłą willą książęcą, to mały pałac, nie byle kto ją zamawiał, nie byle kto projektował. Ten pałac powstał na zamówienie ówczesnego właściciela Jabłonny, późniejszego prymasa, księcia biskupa Michała Poniatowskiego. Na podmiejską willę miejsce było akuratne, trzeba je było tylko zagospodarować odpowiednio, do budowania został powołany  twórca warszawskich Łazienek, Dominik Merlini. W latach 1775-79 powstała w Jabłonnie  bardzo piękna  budowla o kształcie "na pograniczu skromnej rezydencji podmiejskiej i pawilonu towarzyskiego", jak to określił Tadeusz Broniewski.  Wciąż dzieło Merliniego oglądamy, tylko nieco potem było przebudowane, bardzo zresztą udatnie, przez Henryka Marconiego w roku 1837. Wespół z pawilonami oficyn, również autorstwa Merliniego, oraz z oranżerią, wystawioną wedle projektu Szymona Bogumiła Zuga, tworzy całość o dobrych proporcjach i szlachetnej prostocie. 
    
Dwa spojrzenia na pałac w Jabłonnie, od dwóch stron, ze wschodu i z południa. Fot.L.Herz


    Spośród kilku postaci, związanych z Jabłonną, najmocniej pamięta się księcia Pepi. Książę Józef Poniatowski tu właśnie częściowo spędzał swoje "politycznie bezczynne lata", jak to się ładnie zazwyczaj ujmuje w zgrabne słowa. Gdy Stanisław August namawiał bratanka do udziału w polityce, pisał książę do królewskiego stryja: "chciałbym sobie siedzieć spokojnie w Jabłonnie". Nie były to najlepsze lata późniejszego bohatera narodowego, a po śmierci w nurtach Elstery - dodajmy - również bohatera romantycznego. Bardzo byronowska była ta śmierć. I bardzo niepotrzebna, chyba że na potrzeby legendy. 
  Najbardziej znany obraz, przedstawiający śmierć księcia, namalował go January Suchodolski.







Jeśli gdziekolwiek na podwarszawskim Mazowszu pozostały ślady zakotwiczającej się romantyczności, są one tutaj właśnie, a nie w pozbawionej narodowego charakteru sentymentalnej Arkadii koło Łowicza. Właśnie tu, w Jabłonnie, w cieniu legendy jakże polskiego bohatera. Z wszystkimi jego ułomnościami i zaletami.  Książę Józef Jabłonnę odziedziczył. Korzystał z niej, zapisał się w jej dziejach najtrwalej, ale nie on był tym, który Jabłonnę stwarzał. On dawał Jabłonnie charakter. Barwił jej życie. Nasycał swoimi słabościami i temperamentem, swoją indywidualnością. Jabłonnę kształtowali inni. Pora, aby ich również przedstawić. Zatrzymajmy się przy kilku postaciach.


Pierwszą znaną osobistością, rezydującą w Jabłonnie, był Karol Ferdynand Waza, biskup wrocławski i płocki, opat mogilski, czerwiński i tyniecki, książę raciborski i opolski. Jak pisał o nim Paweł Jasienica w "Rzeczpospolitej obojga narodów", ksiądz biskup był małomówny i nietowarzyski, zamknięty w sobie i zawsze byle jak ubrany, posiadał jednak przygarść zalet, których kraj pragnął, niczym kania deszczu. Karol Ferdynand uchodził za skąpca, ale gospodarzem był znakomitym, swoje dobra kościelne doprowadził do stanu kwitnącego, na potrzeby społeczne umiał nie szczędzić grosza. Wróg pustosłowia, rzeczywiste potrzeby szanował i lubił otaczać się ludźmi do rzeczy. Zdecydowany i stanowczy, zawsze wiedział czego chce.

    Był kandydatem na tron królewski. W roku 1648 w czasie elekcji walczył o ten tron z Janem Kazimierzem. Podczas elekcji czekał na jej wynik w swojej Jabłonnie, "gościnnie w niej tęgo poił szlachtę", a gdy szala zwycięstwa poczęła się przechylać na korzyść jego brata, który w tym samym czasie czekał na wyniki w bardzo stąd blisko położonym Nieporęcie, ogłosił rezygnację. Elegancko się zachował, przyznać trzeba.

    W roku 1773 od kapituły nabył rezydencję późniejszy prymas, biskup i książę Michał Poniatowski. To on nadał rezydencji szlif, nadal widoczny i dzisiaj. I to on do budowy najął Dominika Merliniego.    Merlini do Polski przybył jako trzydziestoletni młodzieniec i w Polsce zrobił oszałamiającą karierę. Już trzydziestojednoletni był warszawskim budowniczym. W wieku lat 38 uzyskał nobilitację i signor Merlini został imć Merlinim. Kształtował wnętrza warszawskiego zamku królewskiego, potem zajął się Łazienkami, wreszcie przystąpił do projektowania zespołu pałacowego w Jabłonnie. Gdy budowa została zakończona w roku 1779, Merlini miał lat czterdzieści dziewięć. Pozostało mu jeszcze osiemnaście. Urodził się jako Włoch w Italii. Gdy umierał jako polski szlachcic w polskiej Warszawie, od roku była ona okupowana przez Prusaków, a szesnaście lat po śmierci Merliniego miał zginąć najsławniejszy z lokatorów zbudowanego przezeń pałacu, książę Pepi.

   W czasie, gdy Dominik Merlini kształtował w Jabłonnie swoje dzieło, młody książę był jeszcze szesnastoletnim młodzieńcem o urodzie cherubina, obkomplementowywanym na austriackim dworze cesarskim. Pałacyk zawierał tylko mieszkanie właściciela; natomiast apartamenty gościnne oraz dwór prymasa mieściły się w dwóch pawilonach bocznych, z których lewy zwany jest królewskim, na pamiątkę bytności Stanisława Augusta w Jabłonnie. Kształtował park Szymon Bogumił Zug, który zaprojektował i wystawił grotę, wieżyczkę i kiosk chiński, a samemu parkowi nadał charakter krajobrazowy. Później nieco wybudowano zaprojektowaną przez Zuga oranżerię, skośnie ustawioną poza prawym pawilonem.

Oranżeria pałacowa, klasycyzm doskonalszy od doskonałego. Fot.L.Herz


    Styl w jakim pałac wybudowano określany jest jako klasycystyczny, chociaż ta budowla nie jest taką w pełni. "Reminiscencje baroku splatają się tu z elementami klasycyzmu we francuskiej redakcji", jak to określiły autorki opracowania tyczącego Jabłonny w "Katalogu zabytków sztuki w Polsce". Barokową jest przede wszystkim bryła pałacyku z okrągłym salonem na osi, wysuniętym w postaci trójbocznego ryzalitu w elewacji ogrodowej. Szczególnie charakterystycznym motywem całej kompozycji jest wieżyczka na osi środkowej fasady, zwieńczona hełmem z kulą.  

Dwie fasady pałacu, frontowa i ogrodowa. Fot.L.Herz
     Całkowicie odmienne są obie elewacje. Gdy patrzeć na nie, wydaje się, iż przynależą do zupełnie innych budowli. Frontowa jest mniej jednolita od ogrodowej. W elewacji ogrodowej dominuje wysunięta i przewyższająca całość o piętro część środkowa mieszcząca salę balową. Ten sposób rozwiązywania centralnej części budowli pałacowej stosowany był w osiemnastowiecznej architekturze francuskiej i angielskiej. W Polsce pojawił się w architekturze pałacowej w wielu odmianach. Kompozycja elewacji ogrodowej pałacu w Jabłonnie należy do najwcześniejszych klasycystycznych rozwiązań tego typu w Polsce.

    Jest w Jabłonnie trochę sarmatyzmu, szczypta angielszczyzny, co nieco francuszczyzny i jest spora porcja dramatu. Po samobójczej śmierci prymasa, rezydencja przeszła w ręce księcia Józefa Poniatowskiego. W Jabłonnie książę przyjmował swoich gości w salonach i pokojach na parterze pałacyku. Mieszkał skromnie i swoje pokoje skromnie wyposażył. Tylko na ścianach zawisło nieco militarnych pamiątek, trochę okazów z jego świetnej kolekcji broni oraz szkice Orłowskiego, a wśród nich jeden przedstawiający bitwę pod Zieleńcami. Było to pierwsze polskie zwycięstwo w polu od czasów wiktorii Jana III Sobieskiego. 18 czerwca 1792 książę osobiście poprowadził polską armię do zwycięstwa na wojskami carskimi. Niespełna dwa miesiące wcześniej zawiązana została konfederacja targowicka, do której później przystąpił stryj księcia i jego protektor, król Stanisław August Poniatowski. A że potem naczelnikiem wojskowym został obrany Tadeusz Kościuszko, a nie on właśnie, więc też książę Józef miał powody, by być zgorzkniałym. Zgorzknienie zmienił na wesołe życie. Czy jednak nie była to tylko maska bawidamka, jaką narzucił sobie dla ukrycia rozczarowań, jakich mu los nie szczędził w tym czasie?

    Zawsze otoczony gronem gości, spędzał wiele czasu albo w swoim warszawskim Pałacu pod Blachą, albo tutaj, w Jabłonnie, gdzie panowała pełna swoboda, a goście księcia żyli wedle własnego rozkładu dnia. Kiedy chcieli, to wstawali, potem gawędzili przy śniadaniu, następnie mężczyźni udawali się na dół do tzw. kawiarni, i dalej gawędzili, paląc tytoń turecki na długich cybuchach. Przez następne godziny Poniatowski albo grał w piłkę "rakietem" albo oddawał się jeździe konnej. Kobiety natomiast, po śniadaniu i rannej toalecie gromadziły się u pani Vauban. Kilkakrotne uderzenie w dzwon chiński zwoływało gości i domowników na wykwintny obiad na modłę francuską. A wieczorami spacery w powozach lub konno, rzadziej przejażdżki wielkimi łodziami po Wiśle.
Popiersie damy, bardzo z epoki, ten wizerunek można w Jabłonnie zobaczyć. Fot.L.Herz

    Krąg złotej młodzieży z otoczenia księcia nosił wówczas tzw. mundur Jabłonny, mocno kolorowe i pstrokate odzienie. Więc młodzieńcy młodzi i młodzieńcy już nieco podstarzali, zakładali na się frak jasnozielony, żółto podszyty, z czarnym kołnierzem i złoconymi guzikami z wyobrażeniem konia angielskiego, z napisem "Jabłonna", albo kamizelkę, często pasową, suto szamerowaną złotem, na huzarską modłę. Ten ubiór plus kult konia, huzara i romansów "tworzyły swoistą mieszaninę sarmatyzmu ze snobistyczną, arystokratyczną modą na angielszczyznę".

    To prawda, że nie były to najlepsze lata w życiu księcia. Najlepsze przyszły potem. Razem z Napoleonem. I już nie miał książę czasu na Jabłonnę. Tych najlepszych lat było zresztą zaledwie kilka, jakże jednak intensywnie przeżytych! Zaangażował się uczuciowo, jak się zdaje po raz pierwszy, na pewno już dozgonny. Został jedną z najważniejszych postaci Księstwa Warszawskiego, utworzonego przez Bonapartego. Został kawalerem francuskiego orderu Legii Honorowej, generałem, ministrem wojny i wodzem naczelnym armii Księstwa, marszałkiem Francji. Osłaniając odwrót armii francuskiej poległ pod Lipskiem w roku 1913. 
     O, ironio! Dopiero po śmierci - kto wie, czy nie będącej wyborem świadomym - poczęła rosnąć jego postać, aż nowy jego wizerunek przesłonił już całkowicie niemal lata Jabłonny i teraz wszyscy go pamiętają takim, jakim jest na konnym pomniku dłuta Thorvaldsena, stojącym na warszawskim Krakowskim Przedmieściu.


W jakiś czas po śmierci księcia właścicielką Jabłonny została Anna z Tyszkiewiczów Potocka, po rozwodzie z Aleksandrem Potockim od roku 1821 żona byłego adiutanta Napoleona, gen. Stanisława Dunin-Wąsowicza. Popularna Anetka była uzdolnioną malarką i projektantką ogrodów. Jej staraniem wokół pałacu powstał bardzo malarski park o dużych walorach krajobrazowych, romantyczny lecz nie sentymentalny, co godne podkreślenia. Na bocznej ścianie pałacu została wmurowana tablica. Pod klasycyzującą płaskorzeźbą, przedstawiającą zadumaną niewiastę w antycznym stroju, siedzącą pod piramidą, widnieje napis: "Ustronie bohatera... potomkom przekazuię 1837 A.D.W." Pod napisem głowa amorka. Jakież to romantyczne! 

Romantyczne pamiątki romantycznego bohatera. Fot.L.Herz

   Po przeciwnej stronie pałacu, w pewnej odeń odległości, stoi inna romantyczna pamiątka romantycznego bohatera: łuk z napisem "Poniatowskiemu", zaprojektowany około roku 1840 przez Henryka Marconiego. Ten łuk miał swoje romantyczne odpowiedniki gdzie indziej: pomniki księcia Józefa wzniesiono w Puławach i w Zofiówce na Ukrainie. O kilka kroków od łuku w Jabłonnie widnieją ruiny romantycznej groty.

     Park w Jabłonnie jest wyjątkowy i można w nim spędzić nawet i kilkadziesiąt minut i to bez minuty znudzenia, chociaż nie należy do parków dużych i ma zaledwie trzydzieści hektarów powierzchni. Niewiele w nim widać z pierwotnego założenia z czasów królewicza biskupa Karola Ferdynanda. Główną pracę wykonał Szymon Bogumił Zug po roku 1778, który to co było przekomponował, to i tamto dołożył i wówczas powstała ta aleja dojazdowa, okalająca trawnik przed pałacem. Potem do roboty wzięła się Anetka; powstały nowe dukty widokowe i nowe perspektywy się odsłoniły. Niestety, wybudowanie wału ochronnego nad Wisłą w końcu wieku XIX, zamknęło perspektywę najważniejszą i zlikwidowano wtedy sadzawkę od strony fasady ogrodowej.
W balowej sali. Fot.L.Herz

   Pośrodku pałacu za najpiękniejsze pomieszczenie uchodziła zawsze sala balowa, ukształtowana przez Merliniego. Wnętrza wciąż pełne są dzieł sztuki, ale to już zupełnie inne obrazy, akwarele i ryciny oraz meble, przybyłe tutaj dopiero po drugiej wojnie światowej, ponieważ wyposażenie pierwotne, po odebraniu Potockim Jabłonny w toku 1945, zostało przez nich wywiezione za granicę. W niektórych salach odkryto fragmenty fresków z wieku XVIII, najpewniej będące dziełem Szymona Mańkowskiego. W podziemiach znajdują się malarskie dekoracje Antonio Travellego, poleconego prymasowi Poniatowskiemu przez arcybiskupa Sierakowskiego ze Lwowa. Trzeba być nieco upartym, aby móc obejrzeć te wnętrza, niechętnie udostępniane do zwiedzania zwykłym śmiertelnikom. Żal trochę, że nie ma tu biograficznego muzeum księcia Józefa, który na nie zasługuje. Jest za to ekskluzywna restauracja w podziemiach i tam każdy przy kawie lub kotlecie może podziwiać freski Travellego. 
Satyr w pogoni za nimfami wśród rzecznego szuwaru. Fresk Travellego w podziemiach pałacu. Fot.L.Herz
    To, co widać w Jabłonnie dzisiaj, to po zniszczeniach wojennych w roku 1944 zostało odbudowane nakładem państwa. Nazywając rzecz po imieniu: jest to w dużej mierze rekonstrukcja, lecz bardzo udana. Nad odbudową kształtu architektonicznego czuwał Mieczysław Kuźma, nad odbudową wnętrz miał pieczę Tadeusz Wierzejski, ogrodem zajmował się Gerard Ciołek. W roku 1953 rezydencję przekazano Polskiej Akademii Nauk. Odbywały się w Jabłonnie liczne naukowe sympozja i międzynarodowe spotkania ludzi kultury, literatów, dziennikarzy, bywają spotkania polityków. W roku 1977 odbyły się w pałacu pierwsze śluby cywilne, a jeden z takich ślubów opisał Jerzy Andrzejewski w powieści "Miazga" i chociaż jest to literacka fikcja, jednak zawiera wiele prawdziwego obrazu, dość dosadnie charakteryzującego pewien okres w życiu pewnych warstw o pewnym znaczeniu w okresie PRL-u. Pałac dzisiaj zarabia na siebie głównie organizacją wesel i jest wynajmowany często jako dekoracja przy realizacji zdjęć do różnych filmów. Wypada w nich pierwszorzędnie.
   Dostępny jest publiczności park pałacowy, jest wspaniały, ale ostatnio stał się nieco zaniedbany, pewnie dlatego, że jest otwarty dla publiczności jako park miejski,  ranią oczy   potłuczone latarnie parkowe i tynk odpada z oranżerii i z Łuku Poniatowskiego, a chińska altana jak czekała na remont przed laty, tak czeka, zapuszczona, otoczona ogrodzeniem. Wciąż na szczęście rosną tam drzewa wielgaśne, a wśród nich  najokazalsze na Mazowszu modrzewie, ach! jakież to są drzewa ogromne, jakże wysokie, o poradlonej korze swoich pni, pięknych jak bywa piękną starość. Wędrując od parku z biegiem Wisły zobaczy się rosnące wśród pól ogromne nadwiślańskie topole czarne, imponujące drzewa, tutaj o prezencji, jakiej gdzie indziej nad Wisłą topole mieć się nie zdają.

      Sześć lat temu o zimowej porze poszedłem z przyjaciółmi nad Wisłę koło Jabłonny. Już za przeciwpowodziowym wałem ochronnym znajduje się teren rezerwatu przyrody "Ławice Kiełpińskie", prowadzi tam wąska ścieżka, którą przegradza kilka drzew, powalonych przez bobry. Nad rzeką czekał  tam na nas pejzaż niezmieniony od setek lat, krajobraz jaki oglądali zapewne jeszcze mazowieccy książęta. Przed sześciu laty zima styczniowa była śnieżna mocno, chociaż szary był dzień i chmurny, zupełnie nie pocztówkowy, a przecież było tam tak, jak trzeba, nad tą Wisłą koło Jabłonny. Za kilka dni tam znowu będę. Podobno ma prószyć śnieg...
Zimowa Wisła pod Jabłonną w dniu  bezsłonecznym, pod niebem szarym. Fot.L.Herz

W tekście tym wykorzystałem fragment swojej książki "Klangor i fanfary", która ukazała się w r.2012 nakładem Wydawnictwa Iskry. 

sobota, 2 stycznia 2016

Były kiedyś śnieżne zimy na Mazowszu 
Zima na Szmulkach
Warszawskie Szmulki zimą roku 1961. Fot.L.Herz
Miałem kiedyś ambicje fotograficzne. Łaziłem po przedmieściach Warszawy, fotografowałem ulice, których dzisiaj już dawno nie ma. Jak się dało, chociaż bez teleobiektywu, również ludzi. Przeglądając te stare zdjęcia widzę, jak wiele przeszło mi koło nosa. Nie pomyślałem, że trzeba, że warto, że kiedyś... Wtedy pozostawałem nieco pod wpływem oglądanych filmów włoskiego neorealizmu, swoją rolę odegrali też polscy fotograficy, artyści fotografii czarno białej...
    Zawsze z radością odwiedzam dzielnice i ulice, w których zachowała się autentyczna atmosfera fascynującej lokalności. Sporo zdjęć zrobiłem w roku 1961 w Warszawie, fascynująca wtedy była dla mnie oglądana w zimowej szacie dzielnica  Szmulki na peryferiach Pragi.

 

 
Wszystkie zdjęcie z warszawskich Szmulek śnieżną zimą roku 1961. Fot.L.Herz


     Szmulki miały smak egzotyki. Dziś to już nie to. Szmulki są już inne. Ja jestem inny. Zdjęcia teraz robi się inne. Mały pikuś to dzisiejsze fotografowanie. Aparat myśli za nas. Odpada kupowanie błon fotograficznych, wywoływanie ich, robienie papierowych zdjęć. Zapis cyfrowy ogromnie obniżył koszty. Wtedy sam wywoływałem filmy i zdjęcia, kuchnię zamieniałem nocami w laboratorium fotograficzne. Takich ambitnych zdjęć jak wówczas, już nigdy później nie robiłem.
    Zmieniły się czasy. Na lepsze, to niewątpliwe. Ale tamtych Szmulek żal. Czarno białej fotografii też żal. Ta kolorowa to nie to. Podrajcowane widoczki pachną tandetą. Ale lud to lubi,  jak na lud przystało.

niedziela, 20 grudnia 2015

 
Były kiedyś śnieżne zimy na Mazowszu
Zima w Ponurzycy
…..............................................................
Bardzo niezimowa jest, jak dotąd, mazowiecka zima tego roku. Grudzień zmierza ku końcowi, Święta Bożego Narodzenia za pasem, a pogoda jest, jaka jest, każdy to widzi. Mrozu nie ma w ogóle, czasem jakiś przymrozek nocny się przydarzy i szron na kilka rannych kwadransów pobieli dachy. O śniegu tylko marzyć można. A przecież nie tak bywało i to wcale niedawnymi laty.
   Od wielu lat prowadzę notatnik, chętnie do starych w nim zapisków powracam. Teraz zajrzałem do nich, aby poszukać w nich zimy. Bardzo piękną zimę znalazłem w swoich zapiskach z roku 2009, w którym pod datą u 17 grudnia zanotowałem: wczoraj zaczęła się wyczekiwana zima. Prawdziwa i nieudawana. Dziś napadało sporo śniegu. Do ośmiu stopni poniżej zera. W nocy podobno ma być jeszcze zimniej. Chmurno, lecz ładnie, chociaż w mieście na ogół rzadko kiedy jest ładnie. Zimą na wsi jest trudniej żyć, lecz zima wiejska to jest dopiero zima. Zimę polską widzi się najlepiej, gdy opuści się wąwozy miejskich kamienic i wejdzie między polskie pola. Rozległe, zda się ciągnące się daleko, daleko, bez horyzontu.
    Pamiętam, że zawsze wielkie na mnie wrażenie czyniły opisy pogody, zaczynające każdą z części „Chłopów” naszego noblisty, Władysława Reymonta. I teraz po stosowny opis z owej arcypowieści sięgnąłem. Piękny on jest ten opis, cudownym polskim językiem jest to wszystko opowiedziane, dla wielu z nas, dzisiejszych, jest ten język językiem prawie obcym. Jak i takie zimowe krajobrazy, które Władysław Reymont urodziwą polszczyzną opowiedział...
    ...”przed samą świętą Łucją przyszła odmiana... A skoro jeno przedzwonili na południe, zmroczało się nieco i jął padać śnieg dużymi płatami, a sypał gęsty, bo wnet opierzył wszystkie drzewa i wyniosłości. Noc się rychlej zrobiła, ale śnieg nie przestawał, sypał coraz gęściej, suchszy nieco a sypki, i tak już przez całą noc padał.
   Na świtaniu było już śniegu na dobre trzy piędzie, do cna przyokrył kożuchem ziemię i przesłonił świat cały modrawą białością, a leciał wciąż, bez przestanku... Biaława ćma się czyniła, rosła, stawała; biały, migotliwy, niepokalany brzask sypał się by ta wełna najbielsza, najmiększa, najśliczniejsza; suły się gęstwą nieprzeliczoną by ta zamarzła poświata, jakoby wszystkie gwiezdne światłości, zakrzepły w szron i starte lotem podniebnym na proch, świat zasypywały, przysłoniły się rychło bory, przepadły pola, że ani okiem uchwycił, zginęły drogi, roztopiła się wieś cała i wsiąknęła w tę białość cudną, w ten oślepiający tuman, a w końcu nie było już dla oczów nic widne, prócz tych strug śnieżystego pyłu, spływającego tak cicho, tak równo, tak słodko, kiej te wiśniowe okwiaty w noc miesięczną.
     Chociaż po Mazowszu pałętam się już od wielu lat, raz tylko jeden udało mi się taki reymontowski pejzaż fotograficznie uchwycić. Jeszcze nie cyfrowo, lecz na błonie fotograficznej, ale już na japońskiej, nie dederowskiej, więc zdjęcia pyszne. Niedawno zaniosłem stary film z roku 1995 do skanowania. Są na nim moje fotografie z zimy, jaka mi się przydarzyła w okolicach mazowieckiej wioski Ponurzyca.
   To jedna z tych niewielkich wiosek na Mazowszu, wiosek śródleśnych, za górami, za lasami położonych, do których dotrzeć niełatwo. Od ponad czterdziestu lat odwiedzam tę Ponurzycę pośród lasów na południe od Otwocka. Nie dojeżdżają do niej autobusy, najbliższy przystanek kolejowy jest oddalony o kilka kilometrów leśnej wędrówki, a w tym lesie pełno gór piaszczystych i bagiennych torfowisk, nad głowami wędrowcy ponuro kruki kruczą i przenikliwie, niczym tolkienowskie Nazgule, nawołują się myszołowy. Samochodem dojechać też niełatwo, droga zawiła, a w zimie po kilkudniowych opadach śniegu Ponurzyca jeszcze bardziej oddala się od świata.
    Zimową wycieczkę sprzed dwudziestu lat wspominam jako nadzwyczajną. Tęsknię za jej powtórzeniem. Bywałem późniejszymi laty w Ponurzycy razy kilka, ale takiej zimy już nie dopadłem. Pewnie nigdy się już się tam dla mnie nie zdarzy.  Od kilku lat zim na Mazowszu już nie ma. Takich prawdziwych, śnieżnych zim. Jak ta w Lipcach, którą opisywał Reymont, i jak ta, którą dwadzieścia lat temu zdjąłem w okolicach Ponurzycy...


Zima w Ponurzycy. 18 grudnia 1995 r. Fot.L.Herz

wtorek, 15 grudnia 2015





O kilka kroków od Warszawy:
Nieporęt
.........................................................................................................................................

    Dla polskich królów z dynastii Wazów był Nieporęt tym, czym Niepołomice dla Jagiellonów, miejscem wywczasów podmiejskich i łowieckich zabaw. Niewiele zostało z dawnej nieporęckiej puszczy, nieduże  i oderwane od siebie kompleksy leśne, to wszystko.
     Gdy Zygmunt III Waza w roku 1596 przeniósł królewską siedzibę z Krakowa do Warszawy, zdecydował też na wzniesienie dla siebie i swojej rodziny dworu myśliwskiego u progów królewskiej stolicy. Tereny łowieckie w okolicach Nieporętu były przednie, lasy i bory urozmaicone, mokradeł było tam sporo, zwierza w nich wszelakiego dostatek.
Leśna dróżka w pobliżu Nieporętu. Fot.L.Herz
     Dwór myśliwski nie tylko łowieckim uciechom miał służyć, miał też być azylem na wypadek wybuchu zarazy, a był to czas, gdy zarazy hasały często po Europie. Wybór padł na Nieporęt, wtedy dobrze już zagospodarowaną osadę bartniczą, położoną w sercu głębokiej puszczy w widłach Wisły i Narwi, nad niewielką rzeczką Długą. Zygmunt III wzniósł tu drewnianą rezydencję, kaplicę, założył ogród. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie, a nie wiadomo też, jak ta drewniana budowla wyglądała, bowiem nie zachowała się żadna ilustracja.
     W literaturze pojawiają się nieliczne wzmianki na temat wyglądu dworu. Podstawowym źródłem informacji jest relacja Jean’a de Laboureur’a z roku 1646. Skrzętnie notował on wszelkie dostępne szczegóły pobytu w Polsce, tworząc encyklopedyczny informator o Polsce. W rok po zakończeniu podróży i powrocie do Francji, wydał on swe notatki w formie książki.
    “Nieporęt jest zamkiem drewnianym wybornej ciesiołki. Król i królowa, mogą w nim wygodnie mieszkać z pierwszymi dworu panami, a to dla mnogości ozdobnych pokojów. Znajdują się w nim wielkie podwórza, piękny ogród i kaplica; na koniec nic innego w nim żądać nie można, tylko trwalszego materiału; lecz jest to okręt, który często opatrywać trzeba. Postawił go Zygmunt III, znacznie przyozdobił syn jego, dzisiejszy właściciel, ks. kardynał Kazimierz. Uczęszcza do niego król dla wiejskiego spoczynku i dla bliskości Warszawy, do której nie masz jak 3 godzin jazdy”.
     Przetrwał też w historii anegdotyczny okrzyk, jaki na widok tego dworu wydał papieski nuncjusz Malaspina. Włoch, nawykły do właściwych jego rodzinnej Italii budowli kamiennych, murowanych. Na widok drewnianego dworca w Nieporęcie klasnął w dłonie i wykrzyknął: jakże pięknie ułożony stos drewna na podpałkę!

Kanał Żerański w Nieporęcie. Fot.L.Herz

    Wybierając Nieporęt na swoją podmiejską siedzibę, Zygmunt III nakazał rzeczkę Długą „doprowadzić do porządku, aby ściągnąć wody z puszczy”. Tak się zaczęła melioracja tej okolicy i początek znikania puszczy, które to zniknienie udało się nie najgorzej, skoro już jej nie ma, acz są fragmenty jeszcze ciut ciut puszczę przypominające. Zawołany myśliwy, Władysław IV, syn Zygmunta III, „wyjeżdżał na swym ulubionym bacie („bat” to nazwa rodzaju łodzi) z przystani podzamkowej i płynął na nim przez istniejący wówczas kanał na samo miejsce.”
    Tego kanału, o którym wspomina Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego, nie można utożsamiać z dzisiejszym Kanałem Żerańskim, bo ten powstał dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku, ale fakt, że był już w czasach wazowskich kanał, zwany Królewskim, od Narwi w górę biegu rzeczki Długiej przekopany aż do Kobiałki.
     „Tu najchętniej mieszkał Jan Kazimierz" — pisał Niemcewicz w 1839 roku — „gdy był jeszcze królewiczem i kardynałem, a gdy został królem, pod wpływem częstych napadów mizantropii, chronił się tu od gwaru dworskiego i trudów panowania. Dwór myśliwski przemieniał się wtedy w miejsce kontemplacji, wypoczynku i sielskich zabaw, które znękany monarcha nazywał swoim tusculum". Taką nazwę nosiło modne miejsce wypoczynku starożytnych Rzymian, np. Lukullusa, Mecenasa, Cycerona. Porównanie dla Nieporętu niewątpliwie zaszczytne. Abdykując, Jan Kazimierz ofiarował rezydencję zakonowi jezuitów.

Kościół w Nieporęcie. Fot.L.Herz

    Jest w Nieporęcie kościół, ufundowany przez Jana Kazimierza w 1651 roku, którego fasadę i wnętrze ukształtowano jednak później, dopiero przy końcu XVII wieku. Jest świątynią barokową o przeciętnej, sympatycznej jednak urodzie. W dzwonnicy-bramie, zapewne jest ona z wieku XIX, znajdują się dwa dzwony z 1739 roku, odlane w Gdańsku. Jeden jest zwany „Janem Kazimierzem", a na nim umieszczono napis: „Krzyknęli chłopięta, wyszedł Jan Kazimierz królem z Nieporęta".

     Zagadkowa jest nazwa Nieporęt. Stanisław Rospond napisał, iż jest nazwą niezwykłą, tylko tu występującą. Przypuszcza on, że nazwa to topograficzna, charakteryzująca położenie, na co wskazuje ostatni człon nazwy, który można czytać jako: wzniesienie, przylądek, ujście rzeki. Prawda: leży Nieporęt na skraju piaszczystej ostrogi z wydmami, wcinającej się między doliny Narwi i uchodzącej do niej rzeczki Długiej, dziś płynącej przekopem Kanału Żerańskiego. Szosy, koleje, rozbudowane dziś osady, zatarły jasność topograficzną tego terenu, jest ona jednak na mapach wciąż widoczna. Zapewne czasy dzisiejsze są dla Nieporętu czasami najlepszymi. Jednak dawnej puszczy żal...
Charakterystyczny typ boru pod Nieporętem, w podszyciu u stóp sosen królują jałowce. Fot.L.Herz
 
        Okolice Nieporętu są atrakcyjnym terenem wycieczkowym. Pośrodku wioski, na placu u stóp współczesnego ratusza gminnego, zaczynają się wiodące w głąb lasu znakowane szlaki turystyczne, zachęcające do wędrówek o każdej porze roku. Można też wędrować wygodną dróżką nad Kanałem Żerańskim, jest w okolicy kilka szlaków rowerowych, ale największą frekwencją cieszą się brzegi Jeziora Zegrzyńskiego. Tam największy tłok, tak na lądzie, jak i na wodzie.

Sympatyczna jest trasa wycieczkowa nad Kanałem Żerańskim. Fot.T.Jaroszewska

Na szlaku pośród boru na nieporęckich wydmach. Fot.T.Jaroszewska

 Największa atrakcja okolic Nieporętu, ogromne Jezioro Zegrzyńskie. Fot.L.Herz

wtorek, 8 grudnia 2015


Tu i tam to i owo 
dla pamięci fotograficznym aparatem zdjęte
  ................................................................................................................
 
Zimę tego grudnia mamy bezśnieżną, temperatury znośne, pogoda jednak raczej mało jest sympatyczna, czasem wieje, a mglistość zdarza się często ogromna, dzień wstaje późno, zmierzch zapada za wcześnie, więc jak nie trzeba, to z domu wychodzić się nie chce. Nadszedł czas sięgania po wspomnienia czasu letnich wędrówek. 
Wędrując tu i tam po Mazowszu, fotografuję to i owo, czasem z premedytacją obiekt fotografowany wybieram, a czasem pstrykam zdjęcie pod wpływem impulsu, bo mi się po prostu podoba. Przez większość mojego życia nie wolno było fotografować w muzeach, teraz to się odmieniło, tyle że lamp błyskowych używać nie wolno, ale i tak nie są już one potrzebne, albowiem współczesny sprzęt fotografujący jest niezwykle czuły i pozwala na robienie zdjęć bez błysku nawet w nieoświetlonych  wnętrzach. Więc fotografuję, a później oglądam sobie te zdjęcia na ekranie monitora w domowym komputerze i jest mi dobrze, bo nie wychodząc z domu obcuję ze sfotografowanym pięknem.

Fot.1-Otwock Wielki.. Fot.L.Herz

   Ten blat zabytkowego stolika (Fot.1) sfotografowałem w muzeum wnętrz, znajdującym się w Otwocku Wielkim, a będącym oddziałem warszawskiego Muzeum Narodowego. Zanim powstał powszechnie znany Otwock, rozbudowany pośród sosnowych borów nad Świdrem przy linii kolejowej z Warszawy do Dęblina, istniał inny Otwock i ten inny dał nazwę stacji, wokół której wyrosło zrazu letnisko, a potem miasto. Tamten starszy Otwock nazwano Otwockiem Starym, albo Wielkim i ta druga nazwa jest teraz upowszechniona.
     W Otwocku Wielkim, który jest wciąż wsią i raczej  niedużą, chociaż przymiotnik w jej nazwie na co innego wskazuje, znajduje się Pałac Bielińskich, jeden z najcenniejszych zabytków późnego mazowieckiego baroku,  zbudowany w latach 1693-1703, zapewne wg projektów Tylmana z Gameren, a w połowie wieku XVIII przebudowany przez Jakuba Fontanę.
     Otwockie muzeum wnętrz jest  znakomite i piękne rzeczy w nim się znajdują.  Fotografując ten blat zabytkowego stołu nie zapisałem niestety tego, co fotografuję, czego żałuję. Mocno mi ten kolorowy obrazek  przypominał zapamiętane z przeszłości "Huśtawkę" Jean-Honoré Fragonarda,
dzieło  francuskiego malarza epoki rokoka. Listownie zapytałem panią kustosz otwockiego muzeum czy podążam dobrym tropem. Niebawem odpisała mi, iż stolik jest w muzeum depozytem Potockich z Krzeszowic, a wykonanie jego określa się na 2 połowę XIX wieku; forma i dekoracja są inspirowana rokokiem. Sugerowała mi pani kustosz, iż może lepiej napisać, że motyw zaczerpnięty, a całość w duchu... i  że to dziełko inspirowane jest „Huśtawką” Nicolasa Lancerta  (1690-1943), który w latach 1735-40 namalował aż trzy Huśtawki. W momencie wykonywania stolika znany był także i pewnie bardziej uznany obraz Jeana-Honorégo Fragonarda, czy choćby freski Norblina w pałacu natolińskim. 
Fot.2-Warka. Fot.L.Herz
     Te dwie zgrabne, pozłacane figurynki dwóch pięknych dam w antycznym stylu (Fot.2) sfotografowałem w innym muzeum, mieszczącym się w Pałacu Pułaskich w Warce. W roku 1747 w tym pałacu urodził się Kazimierz Pułaski, bohater narodu polskiego i amerykańskiego, w roku  1779 zginął bohaterską śmiercią pod Savannah. Muzeum wareckie jest poświęcone nie tylko Kazimierzowi Pułaskiemu, ale i innym wielkim Polakom, którzy zaznaczyli się w dziejach Stanów Zjednoczonych: wielkiej aktorce Helenie Modrzejewskiej, znakomitemu pianiście Ignacemu Paderewskiemu, naczelnikowi Tadeuszowi Kościuszce i jego adiutantowi, świetnemu historykowi Julianowi Ursynowowi Niemcewiczowi. 
     Wnętrza pałacu wareckiego są stylowe i urządzone historycznymi meblami i obrazami. Trudno się z nimi rozstawać, wnętrz tego muzeum opuszczać się nie chce. Będąc tam ostatnio, jak każdy współczesny turysta to i owo fotografowałem. To urocze zdjęcie z Warki przedstawia górną część zegara, a ten zegar na kwadratowej podstawie jest wykonany z brązu, brązu złoconego i czarnego marmuru, a pochodzi z Francji, początek XIX wieku. Piękny detal, nieprawdaż?
Fot.3 - Węgrów. Fot.L.Herz
      Z Węgrowa jest zdjęcie kolejne (Fot.3) i jest to fragment fresku w jednej z dwóch węgrowskich świątyń, w których znajdują się  ogromne, imponujące malowidła ścienne. Na freskach tych tłoczą się tłumy świętych i anioły wyciągają z czyśćcowych płomieni dusze w nich pokutujące; to typowe dzieła na zamówienie, powstałe w okresie kontrreformacji.  Węgrowskie malowidła wykonał jeden z  najwybitniejszych artystów z Włoch, jaki przywędrował na Mazowsze.
     Michelangelo Palloni z Toskanii urodził się w Campi nieopodal Florencji w dzień św. Michała Archanioła, w dniu 29 września 1642 roku i od świętego archanioła wziął imię. Początkowo pracował w Italii, a do  Rzeczypospolitej Obojga Narodów został sprowadzony w 1674 roku przez magnacką rodzinę Paców, wykonując  freski w kościołach fundowanych przez jego mecenasów na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, najprzedniejsze w kościele na Antokolu, a bardzo wspaniała to świątynia, jak mało która. 
     W roku 1684 Palloni przeprowadził się do Warszawy. Jan III zatrudnił artystę  przy dekoracji Pałacu Wilanowskiego, na zlecenie prymasa Michała Stefana Radziejowskiego Palloni  wykonał malowidła w Łowiczu, a najwięcej pracował dla Jana Dobrogosta Krasińskiego w Warszawie i w jego prywatnym mieście, w Węgrowie.
      Palloni był  najznakomitszym freskantem, działającym w Polsce w dobie baroku, nie ulega to żadnej wątpliwości. Znakomite dzieła po sobie pozostawił na Mazowszu, w granicach Polski tylko tutaj, dla mieszkańców mazowieckiej ziemi to  zaszczyt. Molto grazie, messer Michelangelo.  

     
Fot.4-Mława. Fot.L.Herz


     Na zakończenie tej opowieści przenieśmy się teraz  znacznie głębiej w czas przeszły. Tę prehistoryczną urnę (Fot.4) sfotografowałem w muzeum w Mławie. Jest to tzw. urna twarzowa. Zwyczaj zdobienia zdobienia zawierających prochy zmarłego urn wizerunkami twarzy ludzkiej jest bardzo stary, korzeniami sięga starożytności. Na terenach polskich pojawił się na Pomorzu, w  początkach VI stulecia p.n.e. Tam wykształciła się wtedy nowa kultura, którą archeolodzy nazwali kulturą pomorską, a urny twarzowe to najbardziej charakterystyczny, zachowany zabytek kultury pomorskiej. 
     Bardzo twarzowa jest ta urna twarzowa, wykopana przez współczesnych na jednym z prastarych cmentarzysk na Ziemi Zawkrzeńskiej. W swojej prostocie i elegancji jest wyjątkowo fascynująca i – nie bójmy się tego tak nazwać – bardzo piękna. Czy zmarły, gdyby ten swój wizerunek zobaczył, byłby z niego zadowolony? To już zupełnie inna inszość. 

Prawidłowe odpowiedzi na quiz primaaprilisowy z roku 2016: 1c,2c,3b,4b,5c.

wtorek, 1 grudnia 2015

Co lubimy najbardziej?
Krajobrazy i miejsca lubiane 
w okolicach Warszawy
....................................................................................................................................
    Małą ankietę przeprowadziłem wśród kilkudziesięciu  mieszkających w Warszawie przyjaciół i znajomych z turystycznych szlaków. Pytanie brzmiało tak: jakie miejsca lub obiekty w okolicach Warszawy są przez nich szczególniej lubiane? Prosiłem o wymienienie  od jednego do trzech miejsc, albo jakiegoś większego obiektu np. puszczy lub regionu, albo  jakiegoś konkretnego  miejsca w tej puszczy, albo miasteczka, wsi lub zabytku, przy czym kolejność nie miała znaczenia.
Krajobraz lubiany najbardziej: sosnowy bór Puszczy Kampinoskiej. Fot.L.Herz
    Wyszło z tej ankiety, że - ogólnie mówiąc  - krajobrazy przyrodnicze lubimy bardziej od  miejscowości i znajdujących się tam zabytków. Zdecydowanie pierwsze miejsce w kategorii najbardziej lubianych krajobrazów dzierży Puszcza Kampinoska, a z krajobrazów kampinoskich najbardziej lubianą jest podwarszawska część puszczy, chociaż sporo respondentów lubi puszczę jako całość, nie roztkliwiając się na widok jakiegoś jednego miejsca, np. Palmir lub Zamczyska. Wielu z pośród tych, co to lubią tę puszczę, najistotniejsze jest to, że tam rośnie las i ta świadomość im wystarczy i żadne inne szczegóły ich nie interesują,ani przyrodnicze, ani historyczne, ani żadne inne. Poniektórym zaś do głowy nawet nie przyjdzie, że na podwarszawskim Mazowszu lasów jest co nie miara, że wianuszkiem otaczają Stolicę, dla nich się liczy tylko "Kampinos", chociaż niekoniecznie liczy dlatego, że las kampinoski jest parkiem narodowym.
W tym domu w Żelazowej Woli urodził się Fryderyk Chopin. Fot.L.Herz

    Z pośród miejscowości jako szczególnie lubiane uznane zostały tylko Brochów,  Jabłonna i Żelazowa Wola oraz Płock, a także wpisane w pejzaż leśny Otwock,  Podkowa Leśna i Konstancin. Po równi dzieł natury i człowieka tyczyły dwie odpowiedzi, w których za najbardziej lubiane uznano okolice położone na północ od Warszawy od Pomiechówka aż po Ciechanów, oraz znajdujące się na wschód od Stolicy okolice Radzymina, Marek i Zielonki.
Rzeczka Długa powyżej Zielonki. Fot.L.Herz
    Po jednym głosie otrzymały krajobrazy Bagna Pogorzel od strony Mikanowa, torfowisko Całowanie, rezerwat Jata w Lasach Łukowskich i rezerwat Stawinoga koło Serocka, Lasy Chojnowskie i Lasy Mieńskie, Narew i Pilica, a oba kompleksy leśne i obie rzeki jako takie i bez wymienienia w jakiej konkretnie okolicy są lubiane najbardziej. Jest  lubiana okolica Ponurzycy oraz Puszcza Bolimowska i Puszcza Kamieniecka, ta druga szczególnie  w sąsiedztwie Łochowa i Kamieńczyka, a także rzeka Skrwa Prawa, rezerwat Stawy Raszyńskie i Trupia Góra koło Podebłocia. 
    Zaskakujące są tutaj dwa ulubione miejsca, leżące poza popularnymi szlakami, a mianowicie Bagno Pogorzel na południe od Mińska Mazowieckiego oraz otoczenie Trupiej Góry, które rzeczywiście jest fascynująco ładne. Zadziwia też fascynacja pięknym, lecz położonym na peryferiach Mazowsza i mocno oddalonym od Warszawy rezerwatem Jata.
Rezerwat Jata w Lasach Łukowskich. Fot.L.Herz


    Wiele osób lubi to przede wszystkim, co znajduje się przy rogatkach Warszawy, w terenie  niemal jeszcze miejskim, ale już „z oddechem”, jak to określiła jedna z moich znajomych. Z tego rodzaju miejsc od domu nieodległych znalazły się pośród ulubionych Morysin koło Wilanowa i Olszynka Grochowska, zasię aż  trzy osoby najbardziej napisały, iż lubią szczególniej podwarszawską część Puszczy Kampinoskiej koło Wólki Węglowej i Lasek, a więc okolicę praktycznie leżącą na stołecznych przedmieściach, czyli tam, gdzie Puszcza Kampinoska jest najmniej puszczańską, przedstawiając sobą obraz typowych mazowieckich, podwarszawskich lasków i piasków.
    Poniektóre z otrzymanych przeze mnie listów były bardzo osobiste, uzasadniały wybór miejsc lubianych wspomnieniami z dzieciństwa, na przykład „chałupy państwa Tworzydłów w Ponurzycy i Mycielskich w Nadkolu nad Liwcem”, albo zaciekawieniem miejscami, „w których można odnaleźć ślady po cmentarzach olęderskich w Puszczy Kampinoskiej i dolinie Wisły. 

Cmentarz kolonistów olęderskich w Secyminie. Fot.L.Herz
     Ktoś lubi szlak wzdłuż Rawki,  bo trochę jest „górski" i bogaty w krajobrazy, ale i sentymentalny dla respondenta, wiążący go wspomnieniami jego biwaków harcerskich. Ktoś inny ceni wspomnienia z Żelazowej Woli i jej okolic, a to dlatego, że zachowały się mu zdjęcia z jedynej wycieczki w tamte strony wspólnej z jego mamą. Jeszcze ktoś inny lubi najbardziej Starą Olszewnicę, bo tam żył jego pradziadek i tam się urodził  dziadek.
    Po dwie osoby głosowały na  Dolinę Wkry i Puszczę Białą, oraz Wisłę w okolicach Zakroczymia i Czerwińska, a także (zaledwie dwie) na Mazowiecki Park Krajobrazowy (ale tylko na jego część sąsiadującą z Warszawą, bo np. urokliwe okolice Celestynowa już się szczególnie nie podobają). Po trzy głosy padły na dolinę Bugu w okolicach Broku i Brzuzy oraz na rzekę Rawkę.


Dolina rzeki Rawki w Puszczy Bolimowskiej. Fot.L.Herz


   Zabrakło mi na tej liście kilku miejsc o najwyższej randze turystycznej, aż proszących się o lubienie szczególne, w których bywać by się chciało  jak najczęściej, np. Nieborowa, Pulw lub Modrzewiny, zaskakuje też nieobecność łatwo dostępnych  Lasów Pomiechowskich i Świdra, zwłaszcza tego Świdra, przed laty bezwzględnie najpopularniejszej rzeczki podwarszawskiej. Zabrakło mi także – a może przede wszystkim – braku lubiących wyjątkowo urodziwe i sympatyczne okolice Skuł i Grzegorzewic. Nikt nie zanotował wśród ulubionych zabytkowego Łowicza i tamtejszej procesji w święto Bożego Ciała, a jest ta procesja ewenementem na europejską skalę. Nikogo nie zafascynowały Kurpie z ich Puszczą Zieloną. Pułtuska też nie wymieniano, a przecież to niewielkie miasto jest jednym z najładniejszych w środkowej Polsce i do tego ma historię nie lada, a jego zabytki są z najwyższej, krajowej półki. 
Zamek w Pułtusku. Fot.L.Herz