poniedziałek, 28 czerwca 2021

Kościółek w Gąsiorowie

   Na północnym Mazowszu lasów niewiele, smugami wzdłuż niewielkich strug i cieków wodnych ciągną się łąki i gdzie spojrzeć widnieją pola uprawne. W tym przyjemnym, wiejskim krajobrazie znajduje się kilka zabytkowych budowli, a każda z nich inaczej umiejscowiony i wyjątkowo korzystnie wpisany w otaczający go pejzaż.  Niewiele tu dworów. Kiedyś było inaczej. Przebywający pod Ciechanowem młody Stefan Żeromski notował w "Dziennikach": Wiosek nie widzisz zupełnie: dwory i dwory...   

     To już przeszłość. W drugiej połowie wieku XX nastąpił kres dworkowej kultury szlacheckiej. W ramach reformy rolnej odebrano właścicielom ich majątki, grunty zostały po części rozparcelowane, niewłaściwie użytkowane budynki dworów popadły w ruinę, a czas który nastąpił po upadku ustroju, narzuconego Polsce przez bolszewików, poza nielicznymi wyjątkami budynków do życia nie przywrócił. Przetrwała niemal wyłącznie architektura sakralna. Kościołów na tej ziemi w bród.   A są pomiędzy nimi tak foremne, jak ten, który wznosi się na rozdrożu na zachód od Pułtuska i bulkowskiego lasu,  miłośnikom fauny znanego z żyjących w nim danieli. 


    Na zachód od Pułtuska, pośród wiejskiego, mazowieckiego pejzażu, przy rozwidleniu dróg, w niewielkiej wiosce Gąsiorowo wznosi się drewniany kościół św. Jana Chrzciciela. Jest jednym z najbardziej fascynujących wiejskich zabytków mazowieckich. Zbudowano go w roku 1792, ale nie pierwsza to budowla sakralna na tym rozdrożu. Pierwsza powstała już przy końcu wieku XIV, później były następne, wszystkie z drewna. Architektura gąsiorowskiego kościółka ma rys bardzo indywidualny. Historycy sztuki zwracają uwagę, że jest on przykładem specyficznego nurtu w drewnianym budownictwie sakralnym, polegającego na przenoszeniu form architektury murowanej. Prawdopodobnie nawet jego fasada naśladowała te murowane, była była dwuwieżową i choć już taką nie jest, bez kłopotu można się jej miejsca dopatrzeć. Czy z tymi wieżami świątynka robiła by takie wrażenie, jakie robi w kształcie dzisiejszym? 

     Kościółek gąsiorowski jest pod wezwaniem Najświętszej   Marii   Panny, św. Jana Chrzciciela i Jedenastu Tysięcy Męczennic. Rzadko używa się tego całego zestawu świętych patronów. Zresztą, któż dzisiaj wie co to za męczennice i to aż w liczbie jedenastu tysięcy. Źródło znajduje się w niemieckiej Kolonii, tam jest świątynia pod wezwaniem św.Urszuli i jedenastu tysięcy dziewic. Owe jedenaście tysięcy wynikło prawdopodobnie z pomyłki w tłumaczeniu łacińskiego skrótu XI M V, gdzie M tłumaczone było jako milia (tysiące), a nie martyres (męczennice), jak być powinno. Z drugiej strony, istnienie Jedenastu Tysięcy Dziewic poświadczają średniowieczne przesłanki o licznych relikwiach z kobiecych kości i czaszek, które zostały wykopane na przedmieściach Kolonii na terenie dawnego cmentarza nazywanego Ager Ursulanus.  Największa ich część znalazła się w kolońskim kościele Św. Urszuli (gdzie znajdują się do dziś), a pozostałe zostały wykupione lub rozesłane do różnych ośrodków kultu religijnego w Europie. 

    Zagadką jest skąd owe tysiące męczennic przywędrowało do Gąsiorowskiego wezwania gąsiorowskiej świątynki. Może przez ojca pierwszy  znany  z  imienia  plebana w Gąsiorowie, nosił imię  Świętosław  syn  Fryderyka,  ojciec przyniósł swoje imię na Mazowsze gdzieś z Germanii, może właśnie znad Renu?    Przez  kilka  stuleci  była  w Gąsiorowie siedziba parafii,  erygowanej  w  1385  r.  przez bpa płockiego Ścibora z Radzymina, poprzez  wydzielenie  z  parafii  w  Winnicy.   Świętosław., Ścibor, przepiękne imiona, jakaż szkoda, jakiż żal, że dzisiaj zupełnie zapomniano o takich słowiańskich, polskich imionach, jak Ścibor, Czcibor, Radzim. Chociaż... myślę, że nie chciałbym  swojego syna narażać na kpiny kolegów szkolnych, gdybym go obdarzył jakimś takim imieniem, jak na przykład Mszczuj,  albo Gedko, ale Mieszko, Zbyszko, Przemko? A czemuż  by nie?

        Skromne i niemal surowe, a urodne jest jego halowe wnętrze, którego wdzięk w architekturze, nie w jego wystroju, acz kilka jego elementów zaskakuje, np. sylwetowo wycięte  w deskach i malowane postacie Matki Boskiej Bolesnej i św. Jana Ewangelisty na belce tęczowej, albo datowane na 2 ćwierć wieku XVII dwa obrazy, jeden przedstawiający św. Michała Archanioła, drugi św. Jana Ewangelistę, oba w późnorenesansowych skrzydłach jednego z ołtarzy, mają w sobie coś z malarstwa bizantyjskiego. 



  Większej wartości artystycznej i zabytkowej nie mają obrazy ołtarzowe, lecz za to ileż one dodają wdzięku tej świątynce, zarówno święta Tekla w ołtarzu lewym, jak i św. Jan Chrzciciel chrzczący Chrystusa w wodach Jordanu oraz św. Mikołaj w ołtarzu głównym, wszystkie w ramach przyozdobionych roślinnymi fryzami, radość dla oka. Na ścianach dwanaście malowanych zacheuszków rokokowych z końca XVIII wieku. Są znakami konsekracyjnymi, a rytuał namaszczenia kościołów swoją tradycją sięga wieku  IV. Pierwotnie przewidywał 12 miejsc dla zacheuszków, tak jak ma to miejsce w Gąsiorowie. Najczęściej jednak umieszcza się  ich mniej. Nazwa pochodzi od bogatego celnika Zacheusza, który przyjął Jezusa Chrystusa w swoim domu.      
    Upłynęły stulecia, szalały pożary, przez Mazowsze przetaczały się wojska polskie i szwedzkie, austriackie i francuskie, pruskie, niemieckie i hitlerowskie, carskie i bolszewickie. A ten kościółek i inne jemu podobne drewniane cudeńka, wciąż trwają na naszej niemal doskonale płaskiej ziemi, o której ktoś kiedyś powiedział, iż jest dramatycznie otwarta na przeciągi wiejące ze wschodu i z zachodu, zmuszające zamieszkujący tę ziemię lud do wielkiego wysiłku, aby się nie dać tym wiatrom zdmuchnąć. Czyż nie graniczy to wszystko z cudem?

 


    Odwiedzam gąsiorowską świątynkę przy każdej sposobnej okazji. Razu jednego, gdy pojawiłem się byłem przy tym kościółku, akurat szykował się w nim ślub. Wnętrze świątynki było świątecznie przystrojone, w bocznej nawie młodzi ludzie  stroili  instrumenty i głosy, zakrystian poprawiał jeszcze świece, orszak już od wsi nadchodził, przodem panna młoda w długiej, białej sukni, wsparta na ramieniu narzeczonego w czarnym garniturze i pod muchą, za nimi świadkowie, nieco z tyłu rodzina i dwóch akordeonistów z instrumentami rozciągniętymi od ucha do ucha, szli asfaltową szosą, bardzo godnie, wszyscy  szczęśliwi i bardzo to był sielski obrazek, z takich, co to się ich długo nie zapomina.  Nie chciało się stamtąd  odjeżdżać, pobyć z nimi się chciało, popatrzeć, posłuchać, ale musiałem, zaproszony przecież nie bylem, a czas mnie naglił, ten wstrętny naglący czas, który zawsze się pojawia w niewłaściwym momencie.


niedziela, 13 czerwca 2021










Wojciech Jastrzębowski, bohater dwóch puszcz
  
 
Warto się przyjrzeć tej starej fotografii. Zobaczy się na niej twarz przyjazną, pogodną, budzącą zaufanie. To twarz wielkiego Polaka, dobrego człowieka i patrioty. Dla współczesnych Polaków ten człowiek jest niemal zupełnie nieznanym. Niewielu z tych, którzy wędrują po Puszczy Kampinoskiej, zna jego nazwisko, chociaż na pewno przyznają się do  znajomości tej puszczy, czasem nawet się tą znajomością chwalą. A przecież powinno się wiedzieć kim był, on albowiem jako  pierwszy organizował wycieczki do tej podwarszawskiej puszczy. Dawno temu to było, w drugiej połowie XIX wieku. Przed nim nikt z Warszawy na wycieczki po lesie nie chodził.    
    Wojciech Jastrzębowski był świetnym botanikiem, profesorem Instytutu Agronomicznego na warszawskim Marymoncie, uwielbianym przez młodzież profesorem i mentorem życiowym.   „Nie wiecie na co wam się kiedyś przyda wielka nauka chodzenia – mówił do swoich studentów. Człowiek na ten świat przychodzi i ze świata schodzi, umieć więc chodzić, znaczy umieć już w części spełniać zadanie, jakie nas w tej wędrówce od kolebki aż do grobu czeka”. 
      Żył długo. Osiemdziesiąt trzy lata. Gdy umierał w roku 1882, mógł sobie powiedzieć, że powierzone mu zadanie wypełnił. Społeczeństwo godnie jego pamięć uczciło, umieszczając tablicę z jego epitafium w warszawskim kościele św.Krzyża, opodal serca Fryderyka Chopina i epitafiów innych wielkich Polaków, Władysława Reymonta, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Bolesława Prusa, Juliusza Słowackiego i Władysława Sikorskiego. Spoczął na cmentarzu powązkowskim; kwatera 162 (V/16).
  Studentem Jastrzębowskiego był m.in. Józef Wieniawski „Jordan”, brat słynnego skrzypka Henryka. Pozostawił po sobie opisy wędrówek z profesorem, pełne wdzięku i oddechu przygody. „W ślad za nim ruszaliśmy żwawo, zapominając o znużeniu i niewygodach, a gdy zapadająca noc czyniła dalsze poszukiwania niemożliwymi, miękka leśna murawa lub wiązka świeżego siana bywały wezgłowiem, na którym spoczywały młodość, zapał i marzenia... Powracaliśmy z ekskursji do głębin Puszczy Kampinoskiej wszyscy zdrowi i weseli, pogodni i beztroscy”. 
     Do Puszczy Kampinoskiej był wtedy z Warszawy kawał drogi. Z warszawskiego Marymontu trzeba było pieszo dyrdać przez Bielany i Młociny  aż za Sieraków. W pierwszej połowie XIX wieku (o tym warto wiedzieć) pomiędzy Młocinami, a Sierakowem lasu nie było, tam były piaszczyste nieużytki.
  Zapamiętajmy Wojciecha Jastrzębowskiego. Był on pierwszym, który łączył w sobie poszukiwania przyrodnicze w terenie z turystyką; bardzo to istotne nadal, gdy Puszcza Kampinoska jest już parkiem narodowym.    Jego imieniem nazwano  szlak zielony, wiodący z Dziekanowa Leśnego ku Pociesze, ale w tej puszczy  nie ma pan Wojciech żadnego pomnika, żadnego kamienia, które by go przypominało współczesnym turystom.
Współczesny obraz szlaku im. W.Jastrzębowskiego w jesiennej  Puszczy Kampinoskiej. Fot.L.Herz



 W przeciwieństwie do Kampinoskiej, inna mazowiecka puszcza o nim pamiętała, a mianowicie Puszcza Biała. Obok zabytkowego kościoła w miasteczku Brok nad Bugiem, sąsiadującym z tym największym kompleksem leśnym podwarszawskiego Mazowsza, wystawiony został pamiątkowy kamień, na którym umieszczono płaskorzeźbiony medalion z  wizerunkiem Wojciecha Jastrzębowskiego, a poniżej niego znajduje się tablica z napisem: Wybitnemu botanikowi, założycielowi zakładu praktyki leśnej Feliksowo.
Profesor Jastrzębowski na medalionie pomnika w Broku nad Bugiem. Fot.L.Herz

        Nazwa Feliksowo przez krótki czas znaczyła bardzo wiele. Tam właśnie,  nad rzeczką Brok w odległości 5 km od Broku, powstało w 1860 roku leśne gospodarstwo doświadczalne, muzeum i szkoła leśna, założone przez prof. Jastrzębowskiego. Feliksowo znane było w całym kraju, odwiedzały je liczne delegacje z państw europejskich. Kilkudziesięciu uczniów szkoły leśnej z Feliksowa przystąpiło do powstania styczniowego. W pobliżu ich szkoły, 14 marca 1863 roku  doszło do bitwy z sotnią Kozaków. Nieopodal leśniczówki Antonowo, nieco ukryty w lesie, znajduje się prosty pomnik powstańców z polnych kamieni, wzniesiony dla uczczenia poległych w bitwie. Budynki Feliksowa spłonęły, władze carskie urządziły w tym miejscu ośrodek wczasowy dla dygnitarzy. Po tym wszystkim śladu nawet nie ma. Jeśli jednak popytać mieszkańców okolicy, poniektórzy wskażą miejsce, gdzie się znajdował.
    Ten polski pozytywista był nie tylko jednym z wybitniejszych polskich ekologów. Zebrał, opisał i nazwał blisko 2 tys. roślin, jako pierwszy opisał klimat Warszawy, był pierwszym który organizował wycieczki turystyczno naukowe do Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze do tego, podczas powstania listopadowego w 1831 r. napisał pierwszą w historii „Konstytucję dla Europy”. Dokument ten można i należy traktować jako polski wkład w rozwój myśli zjednoczeniowej w Europie.
    Wędrując śladami prof.Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego można napotkać skonstruowane przez niego zegary słoneczne, bo i to robić umiał. Jeden jest w warszawskich Łazienkach, inny  na gotyckim kościele w Dziektarzewie nad Wkrą i  on jest na fotografii  poniżej.
Zegar słoneczny na ścianie  kościoła w Dziektarzewie nad Wkrą. Fot.L.Herz


 
Post scriptum. Niedawno ukazała się interesująca biografia naszego bohatera pt. "Azymut wspólna Europa. Jastrzębowski", autorstwa  Alicji Wejner. Gorąco polecam.     Bardzo interesująco pisał o Wojciechu Jastrzębowskim periodyk, wydawany przez PTTK "Gościniec". Zachęcam do sięgnięcia po ten tekst do internetu:
gosciniec.pttk.pl/18_2005/index.php?co=101

środa, 26 maja 2021

Wielki las w Wielgolesie
   

  Na początku tegorocznego maja pojechałem do Wielgolasu w Puszczy Białej. Do dziś pamiętam jakie wrażenie wywarł na mnie tamtejszy las, gdy go po raz pierwszy zobaczyłem, a było to prawie pół wieku temu. W latach siedemdziesiątych projektowałem szlaki turystyczne w tamtej puszczy. Wtedy serce  mi silniej dla tego lasu zabiło. To i wracam tam co lat kilka. Ostatni raz byłem w Wielgolesie dziewięć lat temu, w kwietniu. Długo mnie tam nie było, za długo...

  Rosną tam sosny ogromne, kłaniają się niebu, a gdy się do nich podchodzi, wtedy kolana same z siebie zginają się do uklęknięcia. Dla ochrony tych sosen w roku 1981 powołano rezerwat przyrody, nosi nazwę " Wielgolas" i jest to fragment lasu naprawdę wielkiego, chociaż nieduży obszar zajmuje, zaledwie 6.73 ha. Niektóre z rosnących tam sosen zdają się nie mieć  sobie równych na podwarszawskim Mazowszu. Gdyby nie ochrona rezerwatowa, nie zobaczyłbym tych 210-letnich sosen. 

     

         Zawsze starałem się odróżniać bór od lasu i w swoim pisaniu o przyrodzie  przypominałem, że w borach najwyższe piętro tworzą drzewa iglaste, a w lasach liściaste. Tutaj to się zupełnie nie zgadza. Chociaż w górnym piętrze dominują sosny, w żadnym wypadku nie jest to bór. Te drzewa rosną na siedlisku lasu świeżego, tu powinien rosnąć typowy subkontynentalny grąd, czyli las dębowo grabowy.

         Potężne sosny w rosnące w rezerwacie, dożywają już swojego kresu i może będą jeszcze żyły lat kilkadziesiąt i  raczej już mniej, niż więcej lat im pozostało. Żyć mogą nawet lat 400, ale takie przypadki zdarzają się wyjątkowo. Najstarsza polska sosna pospolita dosięga właśnie lat 350.  Ile jeszcze lat żyć będą tutejsze?  I co będzie tu rosło potem? Gdy umrą naturalną śmiercią sosny ostatnie, będzie to zupełnie inny las. Niemal zupełnie nie ma tu podrostu sosnowego. Sosny się tutaj nie odnawiają!        

        Jest to jeden z najstarszych fragmentów Puszczy Białej ten rezerwat. Niedaleko stamtąd, przy granicach Pułtuska rośnie typowy mazowiecki bor sosnowy w rezerwacie Popławy, od tego w Wielgolesie starszy o trzy lata. W dokumentach powołujących ten  rezerwat napisano, że jest to drzewostan o cechach zespołu naturalnego,  dwupiętrowy drzewostan z sosną w górnym i grabem w dolnym piętrze, bogatym podszytem i bogatym nie zniekształconym runem, a zbiorowiskiem panującym w rezerwacie jest grąd Tillo-Carpinetum, w którego runie występuje rzadki gatunek turzycy orzęsionej (Carex pilosa). 

        Można wnosić, że te olbrzymie, iglaste drzewa, dzisiaj nadające wyraz rezerwatowi, zostały zasadzone w miejscu, w którym -  być może -  przedtem  sosny nie rosły. Rósł zapewne liściasty grąd dębowo-grabowy.   Te olbrzymie iglaste drzewa, dzisiaj nadające wyraz rezerwatowi, zostały tu zasadzone. Przypadkiem? W niższym pietrze grabów i dębów jest moc, sosen żadnych! Może one tylko czekają, aż sony umrą i wtedy dopiero przystąpią do tego, do czego zostały powołane: do rośnięcia w górę, ku niebu. Ciekawe: czy pozostawi się los tego rezerwatu naturze, gdy nie będzie tu już głównego przedmiotu ochrony?


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    W uroczysku Wielgolas leśnicy zachowali sporo okazałych dębów, a niektóre z nich są prawdziwie imponujące, np. zespół trzech dębów, chronionych jako zbiorowy pomnik przyrody, można je zobaczyć tuż przy drodze w bliskim sąsiedztwie wsi Gładczyn  Rządowy, fragment jest na powyższym zdjęciu. I one mogą mieć po lat trzysta. Uświadamiają patrzącemu jak wspaniałym i jak wielkim mógł być ten las okoliczny.   

        Jest jeszcze jeden dąb, rośnie pojedynczo, blisko południowej granicy rezerwatu, przy szerokiej leśnej drodze gospodarczej, ale już poza rezerwatem, po drugiej stronie tej drogi. Nie mierzyłem go, tak na oko ten olbrzym ma co najmniej 450 cm obwodu w pierśnicy i blisko 30 metrów wysokości, a wydaje się być drzewem zdrowym i na schwał.Fotografowałem go z daleka i z bliska, z ustawionym obok przyjacielem, aby zobaczyć przez porównanie, jak ten dąb jest potężny. Dopiero na zdjęciu zobaczyłem, jak bardzo przewyższa okoliczny drzewostan, też zresztą swoje lata mający, bo ponad 80-letni. Jakże piękny tu kiedyś las musiał rosnąc i jak dobrze, że gospodarze tego lasu zostawili dla nas przynajmniej te kilkanaście dębów, mamy co podziwiać! 

    W okolicy Wielgolasu, w otoczeniu czerwono oznakowanego szlaku turystycznego rosną lasy o zupełnie innym charakterze, niż w bliskich okolicach Warszawy, niż innych częściach Puszczy Białej. Znacznie tutaj mniej litych sosnowych borów. Zwraca uwagę siedliskowy typ lasu, zwany lasem świeżym, sporo też lasu wilgotnego, uwagę zwracają stare przestoje dębowe. Drzewa imponują rozmiarami, niektóre objęto ochroną jako pomniki przyrody. Są nie tylko atrakcyjnym urozmaiceniem krajobrazowym, lecz przede wszystkim ostoją ptaków "dziuplaków", które chętnie zakładają gniazda w dziuplach starych drzew. Pozostawianie takich drzew w lesie należy do obowiązków leśnika.             


Za każdym razem moich  bytności w Wielgolesie starałem się odwiedzić także sąsiadujący z rezerwatem zabytkowy dąb. Ogromny, z powodu swojego kształtu przez lud okoliczny zwany Krzywielcem, albo Krzywulcem. Piękne, pociągające urodą i swoim niezwykłym kształtem było to drzewo. Często nie dawał się podejść, bronił do siebie dostępu, można go było fotografować tylko z oddali. Na tym zdjęciu powyżej lepiej go  widać na odbiciu w wodzie... To zdjęcie jest sprzed dziewięciu lat. Wiosna tegoroczna jest także mokra, wciąż pada, pojawiły się już komary i zapowiada się, że w tym roku nam nie odpuszczą i wędrowanie wśród lasu może być katorgą, a nie przyjemnością. W lasach Wielgolasu  zastałem dużo wody. Ale dębu się tak już nie sfotografuje...

 

Powyżej portret Krzywielca, jaki znalazłem na internetowej stronie z Pułtuska. Ja nie mam takiego własnego zdjęcia tego dębu w całości. Oczywiście, że zależało mi na sportretowaniu tego dębu, ale jakiś zły duch stawał mi wciąż  na przeszkodzie, gdy przychodziłem do niego. Dobrego zdjęcia zrobić nie mogłem. Pech? Może i tak, a może rzeczywiście duch drzewa miał mi coś za złe. A to aparat fotograficzny odmówił mi posłuszeństwa, a to pogoda była fatalna, więc poszedłem teraz ku niemu, kałuże wiosennej wody sforsowałem, aby wreszcie spełnić swoją powinność i zrobić upragnione zdjęcie. Zastałem kolosa powalonego. 


    To kolejny okaz zabytkowego drzewa, który umarł na moich niemal oczach; po Opalonym Dębie na kampinoskim uroczysku Żurawiowe, po Sośnie Powstańców w Górkach, Jagiellonie przy Kacapskiej Drodze, po cudownej lipie z Puszczy Białej, którą zdążyłem uchwycić na okładkę przewodnika po Puszczy Białej, po stareńkim grabie w Narcie, a on umarł dopiero co niemal...


        Dąb został wpisany na listę pomników przyrody w roku 1974,  miał w obwodzie na wys.130 cm miał 570 cm, wysoki był na 25 metrów. Był już od kilku lat martwy gdy poprzednio go odwiedzałem w roku 2012. Pomyśleć: tyle teraz wody w tym lesie wokół niego, trudno było dojść suchą nogą, a on umarł w wieku lat około trzystu pięćdziesięciu  w roku 2004 i to z powodu suszy ogromnej, jaka wtedy u nas panowała. Przewrócił się dopiero pod koniec grudnia 2016 roku. Dziewięć lat temu jeszcze stał, fotografowałem go z kłopotami, zbliżała się akurat burza, niebo już było zaciągnięte, zaczynał padać deszcz, towarzyszący mi koledzy pozakładali na siebie przeciwdeszczowe peleryny, a ja, żeby zdjąć Krzywielca musiałem używać lampy błyskowej z powodu tej zapadłej ciemności.

        Nie słyszałem o żadnych legendach, podaniach i klechdach, związanych z tym dębem. Ale dla naszego ludu dąb, to dąb, to potęga i obiekt szacunku. Dęby szanowano od prawieków. Te najwspanialsze, największe, zanim zaczęto nazywać je pomnikami przyrody,  miały status drzew świętych. W Polsce ochrona prastarych drzew była obrzędową.   Wydany w roku 1343 w czasach panowania Kazimierza Wielkiego Statut Wiślicki, przewidywał znaczne kary w naturze za kradzież drewna w lesie lub "ścinanie drzew z pszczołami". Władysław Jagiełło w Statucie Wareckim nakazał zanotować: "Jeśliby kto wszedłszy w las, drzewa które znajdują się być wielkiej ceny jako jest cis albo im podobne podrąbał, tedy może być pojman."

        Sięgnąłem teraz po  prozę Juliana Ejsmonda, po jego Żywoty drzew, bardzo mi jakoś do tego miejsca te Żywoty pasują. Pięknie  pisał i tak jakby o którymś z tych ogromniastych dębów z Wielgolasu w Puszczy Białej...

      

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Był w nim głos i ludzkich spraw dawnych i nowych pełnych chwały i pełnych żałości... - A choć bujnie żył tylko słońcem i chwilą, radując się po roślinnemu zdrowym krążeniem soków i smakowitą wilgotością gleby ? W nieśmiertelnej pieśni jego koronnych liści pozostało coś i z owego poszeptu świętych borów, w których  przed tysiącem lat wybujał jego pradziad...  Szum drzewa był tą skarbnicą, w którą idący czas rzucał coraz to nowe dni, smutne i promienne. Coraz to nowy dźwięk przybywał do tej odwiecznej pieśni dębu, coraz to nowy ton wzbogacał mowę drzewa... Ale jeden smutek, dawny jak samo drzewo, towarzyszył mu wiernie... Wszystko bowiem dokoła niego mijało. Lasy ginęły... „

     Teoretycznie Krzywielec mógł  dożyć 1200 lat. Umarł w wieku lat około trzystu. Dlaczego? A bo tak mu się przytrafiło. Jak ludzie, tak i dęby żyją różnie, raz dłużej, a raz nie. Teraz zobaczyłem żałosny strzęp dawnej wielkości, ogromne, leżące truchło, które sfotografować się nie daje w żaden sposób w całości. Tyle razy tu byłem, a żadnego przyzwoitego zdjęcia Krzywukcowi nie zrobiłem. I już nie zrobię, niestety. Miejmy nadzieję, że wkrótce zostanie okryty ciepłą kołderką z mchów i porostów – wyczytałem o nim takie zdanie w pułtuskim periodyku. Nie sądzę, abym to zobaczył, nie wydaje mi się, że jeszcze kiedyś przyjadę odwiedzić  Krzywielca.  Chociaż kto wie, wszak tak pięknie jest w tej okolicy, w samym środku regionu, który romantycznemu poecie zawdzięczają nazwę  Kurpie Gocie. 



    Wioski w tej okolicy przenikają się z puszczą, tworzą niezwykła mozaikę krajobrazów. W XVII wieku pośród puszczy osiedlano Kurpiów, sprowadzanych z okolic Myszyńca. Byli ludźmi obeznanymi z pracą w lesie. Posadowieni zostali na polanach śródleśnych, sami sobie owe gołocie wyrąbali wśród puszczy. Chociaż niektórzy z dzisiejszych mieszkańców tych wiosek, do których i Wielgolas należy, trochę już nie chce przyznawać się do swoich kurpiowskich korzeni,  las wciąż jest obecny w ich życiu. Widzą go za oknami domostw, jak ich ojcowie i dziadowie korzystają z leśnych dobrodziejstw, uprawiają pola pod las podchodzące. Żurawie wyjadają Wielgolasianom dopiero co zasiane przez nich ziarnoziarno, dziki buchtują w zasiewach, jesienią trzęsą się szyby w oknach od głosu zakochanych jeleni w czasie rykowiska, gdy przyjdą mrozy chmary jeleni przychodzą z lasu ku ludzkim sadybom. 



     To zdjęcie, które pomieszczam powyżej, zrobione jest jednak nie w Białej, a w Białowieskiej Puszczy. Wykonał je Adam Wajrak; mam nadzieje, że mi wybaczy ściągnięcie go bez uzgodnienia do tego blogu. W okolicach Wielgolasu zimą na wiejskie pola wychodzą chmary liczące nawet i około stu jeleni; opowiadał mi o tym miejscowy podleśniczy. 

    Puszcza Biała to nie tylko las. I zwierza tu też niemało. Nie darmo  jest też ta puszcza prawnie chronionym obszarem specjalnej ochrony ptaków rangi europejskiej. Obecność starych drzew w puszczy umożliwia bytowanie wielu gatunków pożytecznych ptaków, których obecność sprzyja nie tylko zdrowotności lasu, lecz również zapobiega nadmiernemu rozmnożeniu się szkodników na sąsiadujących z lasem polach uprawnych. Tutaj mają swoje miejsca lęgowe puszczyki, muchołówki, sikory i kowaliki. Większość dębów tutejszych, wielgolaskich, ma gonny pień i wysoko noszą swoją koronę, co świadczy, że przez wiele lat rosły w otoczeniu innych, równie wysokich drzew, musząc walczyć o dostęp do życiodajnego światła słonecznego. Na takich wysokich drzewach, pozostawionych na zrębach, otoczonych nowinami i młodnikami, lubią przesiadywać czyhające na zdobycz ptaki drapieżne, np. myszołowy, a śladami ich bytności są widoczne pozostałości ptasich odchodów pod drzewem.  
    Ale – zawsze przecież jest jakieś ale – dlaczego ich tam mało? Nie mogli zachować tych dębów więcej?

   Ostatnio byłem w Wielgolesie przy świeżej, majowej zieleni. Też nie najgorzej ten las się prezentował.  Podobno aż  pięć gatunków dzięciołów odnotowywali w tym lesie ornitolodzy: dzięcioły czarny, zielony, pstry duży i średni oraz dzięciołek. Świadczy to o urozmaiceniu piętra drzew rezerwatu, bowiem dzięcioły są bardzo wyspecjalizowane i każdy z gatunków "obsługuje" na ogół inny rodzaj drzew; im drzewa starsze, większe i tęższe, tym większy jest dzięcioł, bo potrzebny jest do pracy większy dziób i siła. Gniazduje też w rezerwacie lub jego okolicy maleńki mysikrólik oraz wcale bardzo nieczęsta sowa pójdźka, którą wieczorami łatwiej usłyszeć, niż w dzień zobaczyć, a głos ma charakterystyczny i on właśnie nadał tej sowie nazwę.

      Teraz, w dzisiejszych czasach, niemal każdy ma ze sobą smartfona, to sprytne i usłużne urządzenie, więc dzięki satelitarnemu połaczeniu znalazłem pośrodku puszczy zdjęcie pójdźki, aby moc je tutaj pomieścić. A że w smartfonie ukryto dla mnie asystenta, wystarczyło powiedzieć mu dwa słowa, np. pójdźka głos i zaraz potem na ekranie wyskoczył mi link do głosu pójdźki. Kliknąłem sobie i wysłuchałem z zadowoleniem. 

        Przecież jednak zdaję sobie sprawę, że to trochę nie za bardzo, że powinienem tu przyjechać o zmierzchu kwietniowym, w czas pójdźkowych godów, aby wtedy wysłuchać samczyka, nawołującego swoją wybrankę. Być może w jednym z tych ogromnych dębów mości pójdźka swoje gniazdo lęgowe, być może więc tutaj bym ją usłyszał, ale być może raczej jednak nie, bo jest to naprawdę rzadki ptak w naszym kraju, ocenia się jego liczebność na najwyżej tysiąc sztuk. Więc słucham ja sobie pójdźki w swoim telefonie. Znalazłem w nim nawet takie wyjątkowo intymne nagranie, którego dokonał jeden z ornitologów, w którym po pełnym męskości głosie sowy słychać głos zachwyconej samicy w czasie kopulacji.    


czwartek, 20 maja 2021

Trująca piękność

Bardzo piękną pięknością jest ta roślinka: pełnik europejski  (Trollius europaeus). Na  Ziemi Kłodzkiej nazywają pełnika różą kłodzką i to od wielu wieków, niezależnie od tego, do kogo ta ziemia należała, do Czechów, Niemców, czy Polaków.Tam pełnika można zobaczyć tuż przy znakowanym szlaku turystycznym. Na ziemi mazowieckiej nie mamy na to szans. Rzadki on jest tutaj bardzo.  

Ta roślina z rodziny jaskrowatych, osiągająca wysokość ok. 60 cm, ma wzniesione, pojedyncze, rzadko rozgałęzione łodygi, na których występują najczęściej 2 lub 3 kwiaty, wyglądem przypominające kuliste róże. Robi wrażenie widok tych złotych słoneczek pośród bujnej zieleni. Szczególnie przy słonecznej pogodzie raduje oko i serce. Kwitnie pełnik w okresie od maja do początku lipca, na Mazowszu najczęściej w drugiej połowie maja jest jego kwitnienia apogeum. A potem, gdy już przekwitnie, zanikają także i jego liście i trudno nawet się domyśleć, że coś tak pięknego tam rosło. 

Pełnik jest rośliną pod ścisłą ochroną gatunkową i pod żadnym pozorem nie można jej zrywać. Umieszczony jest pełnik na polskiej czerwonej liście w kategorii VU (narażony). Roślina dawniej była masowo wykopywana do przydomowych ogródków i zrywana na bukiety, co znacznie przyczyniło się do zmniejszenia jej liczebności. 

Część stanowisk pełnika chroniona jest w parkach narodowych i rezerwatach. W jakimś sensie chroni to pełnika, ale - myślę niekiedy, dość paskudnie zresztą - że ochrona przyrody jest jak wąż, zjadający własny ogon. Dopiero, gdy przy jakimś przyrodniczym obiekcie postawimy tabliczkę z napisem, że to pomnik przyrody, rezerwat lub park narodowy, gdy na tablicy informacyjnej pomieścimy zdjęcie z informacją, że on tu właśnie jest,  żyje, biega lub  rośnie, wtedy dopiero poczynają ludzie ciągnąć ku niemu!

Pełnik nie zawędrował do sztuki i nie gra znaczących ról na obrazach wielkich mistrzów, nie wiem nawet czy gra on tam rolę jakąkolwiek.  Znalazł natomiast swoje miejsce w zdobnictwie podhalańskim, gdzie  rośliny ukazywane są w rozmaity sposób i można w nim spotkać  kwiaty o bardzo schematycznym kształcie, przypominającym kwiat lilii lub tulipana, zwane  lelują, a tak właśnie górale w swej gwarze określają dwa gatunki roślin lilię  i również pełnika. 

Tak się jakoś złożyło, że nie zawędrował do żadnych legend na Mazowszu. O sudeckich pełnikach różne piękne baje się opowiada, a o naszych nie. U braci Słowian ze wschodu pełnik odgrywał dość znaczącą rolę w noc świętojańską. U Wielkorusów pełnik nosił nazwę Kupalnica, a na Ukrainie Kupałnyca. (powtarzam to za prof.Kazimierzem Moszyńskim i jego Kulturą ludową Słowian). Jego piękne kwiaty, podobne do złociatożółtych kul czy głów (stąd jego druga nazwa wielkoruska: żełtpogołownik) w niektórych okolicach Wielkorusi stanowi obok pszeńca najbardziej "szanowane" ziele świętojańskie. 


Miałem kiedyś taki pomysł, aby znanych mi przyrodników amatorów z skrzykiwać na wycieczki tropami widowiskowych, kwietnych roślin. Na początku przedwiośnia wyruszyć na oglądanie śnieżyczki przebiśnieg, potem na tropienie wawrzynka, jeszcze potem na przylaszczki i zawilce, na łąki kaczeńcowe, później poszukać pełnika europejskiego, a jeszcze potem lilii złotogłów, w lecie pozachwycać się naturalnymi plantacjami macierzanki i rozchodnika przy końcu lata wyruszyć na mazowieckie wrzosowiska... Z przyrodą jednak  umówić się na konkretną datę nie sposób. Bo ona raz tak, a raz zupełnie inaczej. I tak sobie myślę, że – kto wie – czy to nie jest największy walor przyrodniczej przygody, to ryzyko właśnie.  

No cóż, takie jest życie, więc jeśli o pełnika europejskiego chodzi, większość z nas musi się zadowolić jego kwitnącymi kwiatami w ogrodach. Oraz na zdjęciach. A w naturze powinna nam wystarczyć świadomość, że one tam są gdzieś obok nas. Nawet tylko taka świadomość może być wystarczająco podniecająca. Jak ta, że w tym samym lesie, może nawet niedaleko od stanowiska pełnika europejskiego, żyją wilki. I wcale im tam dobrze. Wilk ma nad pełnikiem przewagę w stosunkach z ludźmi, bo umknie, przepadnie w gęstym lesie. Pełnik takiej szansy nie ma. 



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na obszarze historycznego Mazowsza pełnik rośnie tylko na kilku udokumentowanych stanowiskach.  Na pewno trzeba na te jego stanowiska chuchać i dmuchać, chowając je przed postronnymi, różni oni bowiem ci postronni bywają. Zresztą, nawet nasza obecność, chociaż staramy się nie zdeptać żadnego kwiatka, bywa nie na miejscu pośród tego złocistego dywanu. Na szczęście trudno odnaleźć stanowisko tej wspaniałej rośliny.   I bardzo dobrze. Tak, jak nie podaje się do powszechnej wiadomości informacji o miejscach gniazdowania bielika, tak i nie powinno się podawać o tak rzadkich na naszym Mazowszu roślinach, jak pełnik europejski. 

Pierwszy raz zobaczyłem pełnika na naturalnym stanowisku w lesie pod Skułami. Tam go odkryłem, jego stanowisko było jednym z argumentów za utworzeniem rezerwatu przyrody w tamtym lesie. Gdy byłem tam ostatnio, szukałem go jednak daremnie. Albo sprytnie się przede mną ukrył, albo po prostu zanikł, zatupany przez krzewy. Albowiem pełnik europejski jest roślinką, która woli łąkę od lasu, nawet pośród lasu, ale łąkę. 

Na pewno pełnik europejski rośnie tylko na trzech stanowiskach w Kampinoskim Parku Narodowym i jego otulinie. W Puszczy Kampinoskiej od chwili powstania parku narodowego  pełników nie notowano. Aż wreszcie, całkiem niespodziewanie, za sprawą pani Anny Kębłowskiej  wiosną 2013 roku znaleziono wcale liczną gromadę pełnika europejskiego, którą skrywały w swych szuwarach i zaroślach wierzby szarej, od wielu lat zarastających wilgotne  łąki na torfowisku.

Służba Parku Narodowego: leśniczy Grzegorz Nizio i dr Anna Kębłowska na pełnikowej łące   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ogrom prac ochronnych wykonały służby Parku. Wycięto wierzbowe krzewy, stanowisko pełników zostało   odsłonięte i wygląda, że teraz roślina czuje się na tych łąkach doskonale.  Byłem tam niedawno, leśniczy zawiózł mnie gdzie należy i  spotkałem się tam z panią Anią, główną parkową specjalistką od roślinności. Przyznam się, że jechałem tam nie tylko dla pełników, także dla niej, dowiadując się kiedy ona tam będzie.  Ma bowiem to wszystko,  co należy; babski, dziewczęcy wdzięk, inteligencję, miłość do przyrody i do swojej pracy, szlachetny  upór w dążeniu do celu. Od dwunastu lat zajmuje się badaniem i monitoringiem szaty roślinnej w naszym podwarszawskim Parku. 

W Nadbużańskim Parku Krajobrazowym, w części znajdującej się już na obszarze historycznego Podlasia, acz teraz w województwie mazowieckim,  są trzy stanowiska pełnika; jedno jest pośród łąk, dwa znajdują się w rezerwatowym lesie, jeden z nich specjalnie dla ochrony pełnika został utworzony. A że  pełnik europejski do częstych roślin na naszej nizinnej ziemi mazowieckiej nie należy, leśnicy pomagają pełnikom, rozjaśniają las, wycinają drzewa, zasłaniające roślinkom dostęp do słońca. tworzą dla roślinki śródleśne łączki. 

Dla przeciętnego leśnika, służącego w Lasach Państwowych, gospodarczych, najważniejsze jest drewno. Przez wiele lat ten rodzaj myślenia powodował, że rujnowano w polskich lasach stanowiska chronionych roślin. Skoro plan zakładał wycięcie lasu, a plan dla leśnika to rzec święta, to las się wycinało. Przy okazji tego wycinania zniszczono całe łany lilii złotogłów np. koło Gołębiówki w okolicach Mrozów. To samo spotkało pełnika w Lasach Ceranowskich. I jedno i drugie wycinanie widziałem, bolejący. Widziałem też, jak pełnik próbował odzyskać pole, wschodząc na zrębowisku już zaoranym, na rabatach, przygotowanych pod sadzonki nowych zasadzeń sosnowych. Pełniki pod Ceranowem  zostały uratowane, bo w końcu utworzono rezerwat przyrody, głównie dla ich ochrony. I to o te pełniki, tam właśnie, teraz już  leśnicy dbają teraz jak należy. A po co dbać o pełniki należy? Po prostu dlatego, że są. Że są częścią naturalnej, otaczającej nas przyrody. Że są  ...piękne.

Mam kilka miejsc, w których chciałbym pełnika zobaczyć, a jeszcze nie widziałem. Bo ja tak mam, że lubię widzieć to, o czym powinienem wiedzieć. W każdym razie jeśli chodzi o to, co mam wiedzieć o Mazowszu. Niedawno powstał nowy rezerwat na Wysoczyźnie Kałuszyńskiej; ona cała jest interesująca dla przyrodnika i krajoznawcy, sporo ma do powiedzenia ludziom ciekawym świata. Ten nowy rezerwat to Las Jaworski o powierzchni 52,94 ha. Ten leśny rezerwat jest w sumie niewielki,  jego drzewostany zdominowały grądy i łęgi, a wśród nich wyjątkowo duża w runie koncentracja chronionych gatunków roślin naczyniowych. I tam także rośnie pełnik europejski. Jakże więc nie pojechać, nie zobaczyć, ocenić, opisać? Jak dobrze, że wciąż znajduje się coś, co czeka, zaciekawia, pociąga. 

Koło Żyrardowa są całkiem zwyczajnie się prezentujące dla przeciętnego wędrowcy Łąki Żukowskie. Znajdują się one w sąsiedztwie zakładu poprawczego w Studzieńcu i nieopodal leśnego uroczyska Puszcza Mariańska. Ten pozornie mało interesujący obszar został wytypowany do sieci Natura 2000 jako obszar specjalnej ochrony siedlisk o europejskim znaczeniu. Całkiem spory teren o powierzchni 355.5 ha zajmują pola, łąki, pastwiska, śródpolne zadrzewienia i zakrzewienia, oczka wodne. Kosi się tam trawę, suszy siano, wypasa bydło i konie. Dzięki temu dobrze zachowały się zbiorowiska roślinne: starorzecza i inne naturalne, eutroficzne zbiorniki wodne; zmiennowilgotne łąki trzęślicowe, które zajmują prawie 1/3 obszaru. 

Botanicy pieją z zachwytu nad tymi żukowskimi łąkami. Czegóż tam nie ma! -  mówią. Bo i górskie i niżowe ziołorośla nadrzeczne i okrajkowe, bo niżowe i górskie łąki, lasy łęgowe i nadrzeczne zarośla wierzbowe oraz grąd środkowoeuropejski. Ornitolodzy też mają co oglądać, bywa tam bielik i orlik krzykliwy, trzmielojad i dwa gatunki błotniaka, stawowy i łąkowy, zimorodka można tam zoczyć, a w pełni lata derka tam  derkacz.  I tam właśnie także rośnie  pełnik europejski, zresztą w godnym towarzystwie innych cennych różności botanicznych. Ale ja nie mam już ani czasu, ani siły i pesel mój coraz bardziej mi to tym przypomina, że już nie czas dla mnie, aby łazić po tym, niemałym skądinąd obszarze i  o stosownej porze tropić kwitnącego pełnika. 

Ach, jeszcze jedno, o czym warto wiedzie. To jest trująca piękność! Wszystkie części tej roślinki są trujące. Zwierzęta o tym wiedzą i pełników nie jedzą. Poeci wierszy o pełniku nie pisali. Wrzuciłem do wyszukiwarki komputerowej dwa słowa: wiersz i pełnik. Wyszukała mi tylko pełnię księżyca w poezji. Rzecz dziwna: kwiat tak rzadki i tak urodziwy, a poeci i artyści malarze  jakby o nim zapomnieli. Dlaczego?

 PEŁNIK ALPEJSKI, Trollius altissimus - Zielnik-Karpacki.pl

piątek, 23 kwietnia 2021

Krajobraz z bobrem w tle.


Krajobraz ze zdjęcia, które rozpoczyna to opowiadanie, jest dziełem bobra. Bóbr albowiem, prócz wielu różnych umiejętności, posiadł jeszcze jedną: jest znakomitym architektem krajobrazu. W czasach mojej wczesnej młodości do  ulubionych moich książek o zwierzętach należały  "Sejdżio i jej bobry" oraz "Pielgrzymi puszczy",  które napisał Grey Owl, traper z dalekiej Kanady, albo „Kanada pachnąca żywicą” Arkadego Fiedlera, a jeszcze później „Nad rzeką bobrów” Erica Colliera.  Och, jakże chciało się wtedy pojechać tam, na północ Ameryki, do tej pachnącej żywicą Kanady, gdzie bobry budują swoje tamy i żeremia. Wydoroślałem, postarzałem się, a wędrując po współczesnych księgarniach nie natykam się już na  tytuły książek, które kształtowały wyobraźnię mojego pokolenia. W międzyczasie Kanada przyszła do mnie. Dzięki bobrom. 

Wędruję po Mazowszu już od pół wieku i coraz częściej natykam się na krajobrazy dotąd znane mi tylko z książek mojej młodości. Zaledwie kilkanaście lat temu bobry poczęły zmieniać krajobraz w Puszczy Białej. Jest ona puszczą sosnową o bardzo mazowieckim wyrazie, aż tu nagle, nie wiadomo jak i kiedy, pojawiły się w niej bobry i odkryły jakieś małe strumyczki i kanałki melioracyjne, przez przeważającą część roku suche, bezwodne. Bobry doszły zapewne do wniosku, że to da się urządzić po swojemu. No i zaczęły  swoje gospodarowanie. Niemal tuż obok drogi szybkiego ruchu, słychać stamtąd szum mknących po niej samochodów, w uroczysku Prochowo zaczął cieszyć moje oczy niemal kanadyjski pejzaż bobrowych rozlewisk. I to tuż obok szerokiej leśnej drogi gospodarczej, bardzo akuratnej dla złośliwych harwesterów. W środku krajobrazu pojawiło się okazałe żeremie, przed nim tama, w okalającym rozlewisko lesie leżały powalone przez zwierzątka brzozy, wszystko wielce fotogeniczne, aż odchodzić się nie chciało. Zachodziłem więc o różnych porach roku.


Oprócz człowieka tylko jedno jeszcze stworzenie potrafi kształtować krajobraz. Jest nim bóbr, zwierzę niewielkie, bardzo pracowite, dla przeciętnego człowieka praktycznie niewidzialne. Mieszkają bobry  w norach, wydrążonych w stromych brzegach rzek,  kanałów i jezior. Rzadziej spotykane są  żeremia, jak nazywane są domki bobrowe, budowane przede wszystkim tam, gdzie jest na tyle wystarczająca baza paszowa, iż bobry  zamierzają tam pozostać na dłużej. I do nor, i do żeremi, wejście znajduje się pod wodą. W środku dnia zobaczyć bobra niemal nie sposób, swoje mieszkania zwierzęta opuszczają najchętniej dopiero o zmroku, a razem z brzaskiem dnia umykają przed ludzkim okiem i pewnie wiedzą, co czynią, bo to mądre zwierzątka. Najczęściej pozostają nam do oglądania powalone przez bobry drzewa, ogryzione z kory pnie, jak nożem ścięte gałązki krzewów.   

Środowisko ma z obecności bobra korzyści więcej, niż szkód, aczkolwiek trzeba przyznać, iż w tej chwili bobry w wielu miejscach stały się już problemem, podtapiając wiejskie zagrody, pola uprawne i drogi jezdne. Tworząc rozlewiska i jeziorka, urozmaicają nasz pejzaż, woda bowiem bardzo „ubiera” środowisko, przy okazji odtwarzają korzystne  warunki bytowania dla wielu cennych gatunków fauny i flory. Wymieniając listę pożytków, płynących z obecności bobra, należy wspomnieć, że fachowcy obliczyli skrupulatnie, iż ogólny przyrost biomasy roślinnej wywołany gospodarką bobrów jest większy, aniżeli ubytek masy drewna wywołany zgryzieniami.  

To nie jest zwykła sterta gałęzi, przy której stoję. To jest bobrowe żeremie, pałac po prostu, a nie zwykły rodzinny dom niewielkiego, poczciwego w gruncie rzeczy ssaka.  Zdjęcie zrobione przed kilku  laty –  czasem mi się wydaje, że  dopiero co –  wtedy, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy wszyscy, że przyjdzie to nas pandemiczna zaraza i mocno pozmienia nam codzienne życie. Nieco teraz unieruchomiony, coraz częściej sięgam do swoich wspomnień. Mam ich trochę. Pośród nich sporo takich, o których najczęściej mówi się krotko: niezapomniane. 

Właśnie teraz, gdy wczesna wiosna zakotwicza się za oknem mojego mieszkania,   powróciły do mnie wspomnienia z kwietniowej wyprawy do bobrowego królestwa nad Lubiczą koło Stoczka w Lasach Miedzyńskich. Dopiero co  minęła już czwarta rocznica moich tam ostatnich odwiedzin. Tamte lasy rosną na wschodnich kresach Mazowsza, tuż obok jego historycznej granicy z Wielkim Księstwem Litewskim, istniejącej przez kilka wieków, aż do roku 1569!  Wchodząc na te tereny powinno się to wiedzieć. Ta wiedza wzmacnia wartość emocjonalną terenu, to nie ulega wątpliwości.  Oczywiście, są w tych lasach zręby i wyręby, nowiny i młodniki, są to albowiem lasy gospodarcze, z których wycięte drewno ma przynosić państwu dochód, ale  jest kilka miejsc nadzwyczajnych. 

Do królestwa bobrów nad Lubiczą niełatwo trafić, o wczesnej wiośnie przede wszystkim. Woda broni dostępu. Wszystko zdaje się być tam  nasiąknięte wodą. Głównie za sprawą bobrów, one bowiem na Lubiczy gospodarują, woda jest ich domowym środowiskiem, w swoim własnym interesie budują więc tamy, aby tej wody było jak najwięcej i żeby żaden niepożądany gość nie miał dostępu do bobrowego domu, do żeremia. 

Był kwiecień, w nadrzecznych łęgach ścieliły się zawilce, a wokół trwały ogromne rozlewiska. Przy pomocy lornetek wypatrywaliśmy z przyjaciółmi żeremi, poukrywanych wśród tych rozlewisk bobrowych. Doliczyliśmy się aż sześciu  na kilometrowym odcinku rzeczki. Dla mieszczuchów, wychowanych na wędrowaniu  pośród podwarszawskich wydm, wędrówka przez taki łęgowy las była niewątpliwą egzotyką. Nie było mnie tam czas jakiś. Ciekawe, czy żeremia są tam nadal? I czy nadal jest ich  tam tak wiele. 

Wtedy, gdy zaczynałem zaprzyjaźniać się z przyrodą, na Mazowszu bobrów nie było. Od dwustu lat zresztą. Pierwsze bobrowe żeremie oglądałem na rzeczce Hwoźna w Puszczy Białowieskiej, znajdowało się tuż przy granicy. Aby być przy nim o świcie, w ciemnościach nocy szedłem ku niemu kilka kilometrów przez puszczę. Długimi minutami stałem później w pobliżu żeremia, zdawało mi się, że bardziej przypominałem roślinę, niż człowieka, ale bobry pokazać się nie chciały. Pierwszego bobra zobaczyłem w Osowcu nad Biebrzą. O świcie, oczywiście. Pokazowo się pokazał. Płynął cichutko z gałązką w zębach. Prezentował się uroczo.

Bobry pracują na ogół tylko nocami, jak wytrwali drwale umieją położyć pokotem znaczne powierzchnie zagajników, sąsiadujących z ich wodnym terytorium. Czasem można zobaczyć ogromne nieraz drzewa, które zwierzątka usiłują ściąć, potężne topole i nawet dęby. Już na pierwszy rzut oka widać, że to zabieg daremny, że za żadne skarby tych olbrzymów bobrom nie uda się powalić. Po co to one robią? To, co najsmaczniejsze, znajduje się na górze drzewa, ta młoda kora, te młode gałązki, świeże listki. Co się da, ze zrębu zostanie chybko sprzątnięte, zaciągnięte dla umocnienia tamy, jesienią zmyślnie przytwierdzone do dna rzeki, aby w zimie  bóbr mógł korzystać z takiej spiżarni bez konieczności przebijania lodu i wypływania na zmrożony, zimowy świat. 


Te trzy potężne topole nadwiślańskie ze zdjęcia powyżej, sfotografowałem nad Wisłą kolo Jabłonny. O ich ogromie zaświadcza ludzka sylwetka tuż obok. Wygląda na to, że robotę zaplanowały bobry ma długo, czy aby nie na zmarnowanie ten ich wysiłek. Ale one mogą naprawdę dać radę takiemu drzewu? Ale  niedaleko od tych trzech sokor była czwarta, już powalona. Ciekawe, czy pracował przy tym jeden osobnik, czy też większy zespół rodzinny. Ile też czasu zabrała im ta robota?

Na Mazowsze bobry zaczęły powracać od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ich powrót należy do największych osiągnięć człowieka w dziedzinie ochrony przyrody w naszym regionie. W roku 1980 wpuszczono bobry na bagna Puszczy Kampinoskiej, wkrótce potem znalazły się nad Wilgą i nad Rawką. Tych pierwszych nad Rawką koło Kamiona wypatrywaliśmy o nocnej porze z pewnym nastolatkiem, mnie się zobaczyć bobra nie udało, a on zobaczył płynącego. Uzdolniony z niego był obserwator przyrody i zostało mu to do dzisiaj. Swoimi umiejętnościami podglądania dzikiego zwierza dzieli się teraz z innymi w swoich artykułach, książkach i filmach. Nazywa się Adam Wajrak. Świetnie także fotografuje. Od niego pożyczyłem do tego blogu zdjęcie bobra. Mam nadzieję, że mi tę nieuzgodnioną pożyczkę wybaczy.



Rojno się teraz porobiło od bobrów nad mazowieckimi  wodami. Nie tylko rzeki bobry zasiedliły, spotykane są także  nad kanałami melioracyjnymi, a ślady ich żerowania nie są niczym nadzwyczajnym na Wiśle w granicach Warszawy, okazałe żeremie wybudowały w Lesie Bemowskim.  Dzisiaj  bóbr wydaje się być uratowanym dla naszej przyrody, acz nadal jest gatunkiem zagrożonym.

Nieźle mają się na Mazowszu bobry.  Ich obecność w przyrodzie znacznie podnosi wartość emocjonalną terenu. Przede wszystkim jednak są to zwierzęta nadzwyczaj dla człowieka pożyteczne! Budując tamy hamuje spływ wód roztopowych i opadowych tworząc naturalny system retencyjny. Bardzo to w naszym kraju potrzebne, jak bowiem wiadomo powszechnie, Polska cierpi na poważny niedobór wody. I jeszcze teraz, gdy o letniej porze klimat coraz bardziej zatrąca o tropik.

Nad Lubiczą byłem  zawsze przy dziennym świetle, widok bobrzych tam, rozlewisk i żeremi musiał mi wystarczać. Nie jestem fotografikiem od zwierząt, jak wielu, wystarczy mi, że mogę patrzeć, podziwiać i kontemplować. Nie mam specjalnej ochoty, aby bobrom przeszkadzać w ich conocnych staraniach o utrzymanie, ostatecznie byłem wszak nieproszonym gościem. Idę więc zajrzeć do Moczydła.

Są dwa  rezerwaty w Lasach Miedzyńskich. Niedawno powstał Turzyciec, starszym od niego rezerwatem jest Moczydło, jest też łatwiej dostępnym,  zbudowano nawet  wygodną ambonę obserwacyjną, widać z niej wszystko jak należy.  Na stosunkowo niewielkim obszarze rezerwatu znajduje się i śródleśne bagno, i jeziorko o zarastających brzegach (z żeremiem pośrodku), jest tam  również  torfowisko wysokie w pionierskiej fazie, a także roślinne zbiorowiska szuwarowe oraz sięgające wieku 130 lat bory sosnowe ma obrzeżach. 

To jedno z kilku znajdujących się w okolicy jeziorek dystroficznych. Mają one bardzo charakterystyczny rys indywidualny, pejzaż takich jeziorek tchnie spokojem tak wielkim, że jest w stanie ukoić nawet największe zdenerwowanie. Turyści docierają tu rzadko. Są jednak warszawiacy, którzy prawie co roku tutaj przyjeżdżają specjalnie, aby napaść oczy widokiem jeziorek. Najchętniej bywam tutaj w pojedynkę, a jeszcze do tego w ciszy pogodnego przedwieczoru. Odnajduję wówczas to wszystko, co zabiera z życia hałaśliwa cywilizacja miejska.  

Post scriptum znad rzeczki Małej


Okazuje się, że czasem nie trzeba się już wyprawiać daleko od Warszawy, aby móc zobaczyć i przeżyć krajobraz wyjątkowy. Który zawdzięczamy przede wszystkim bobrom. Oto ich dom z nad podwarszawskiej rzeczki.

„Zrobiłem dziś 20 km wzdłuż Małej – tydzień temu otrzymałem wiadomość na whatsapie  –  od ujścia w Konstancinie do Jeziorki po źródła pod Górą Kalwarią. Z tego jedna trzecia przez bagna. Niesamowite przeżycie na mazowieckim niżu.” Wiadomości towarzyszyły zdjęcia. A na nich krajobraz jak z bagien biebrzańskich. Pośrodku tego pejzażu na jednym zdjęciu nadawca wiadomości, a na drugim potężne żeremie.  Kilka dni po tej lapidarnej wiadomości, przyszedł obszerniejszy list od jej autora, Adama Robińskiego, zaprzyjaźnionego ze mną młodego dziennikarza, który specjalizuje się w pisaniu o przyrodzie. Właśnie zbiera materiały do kolejnej swojej książki, będzie ona o bobrach, a wydaje książkę Wydawnictwo Czarne. Wypatrujcie tej książki, mili Czytelnicy, autor wie o czym pisze i umie o tym opowiadać! 

 „Nad Małą jestem często, ale zwykle ograniczam się do odcinka koło Solca. A teraz z kolegą, który tam mieszka, postanowiliśmy przejść całą rzekę, tak jak trzeba, od ujścia aż do źródła. Jakby to była Amazonka. Po tych kilku dniach deszczu z ubiegłego tygodnia wysoki poziom był na całej długości, nawet w parku zdrojowym w Konstancinie. A od Solca to już było szaleństwo. Jeszcze w Solcu wpadłem zresztą po pierś do wody, próbując przejść przez jeden z kanałów. Potem to się powtarzało, kombinowaliśmy jak się tylko dało. A już prawdziwe bagno zaczęło się w olsie za stawami w Baniosze i ciągnęło się aż do Ługówki. Olsy, łąki, torfowiska, wszędzie woda. Przypuszczam, że nieczęsto tak tam jest. Kolega mocniej siedzi w temacie tej Małej i twierdzi, że jest plan utworzenia tam użytku ekologicznego, ale jak dla mnie spokojnie można by zrobić większy rezerwat.

Ostatnio już całkiem porzuciłem łażenie z aparatem, zwykle biorę tylko lornetkę, a fotki robię telefonem. Aparat jakoś mnie za bardzo odciąga przeżywania tu i teraz. Dlatego zdjęcia nie są wybitne.”  Może i nie są, rzecz do dyskusji, natomiast pejzaż wybitnie jest piękny, to nie ulega wątpliwości. No i proszę sobie wyobrazić, to wszystko jest pośrodku Lasów Chojnowskich, popularnego terenu spacerowego mieszkańców Warszawy. Na zwykłej rzeczce o nazwie Mała...

Nie tylko kanadyjskie krajobrazy  zawdzięczamy bobrom na naszym Mazowszu. Jest już także Amazonia i to bardzo blisko od stolicy średniej wielkości kraju w środku Europy... 

    ......................................................................................