czwartek, 1 września 2022

 

Odwiedziny u Bartka Mazowieckiego nad Mienią

Z fantazją płynie rzeczka Mienia przez pasmo nadwiślańskich wydm, kręci się  i zatacza łuki, obficie meandrując i czasem wielce zadziwiająco. Jej  brzegi są miejscami urwiste i wysokie na kilka metrów, wokół  rośnie wielogatunkowy las, dorodne w nim rosną graby, nie byle jaki wiąz się zdarza, są  tam imponujące dęby, a wśród nich królem jest Bartek Mazowiecki, 400-letni dąb szypułkowy o średnicy ponad 5 m, „uważany powszechnie za najładniej położony zabytek przyrody na wsch. od Wisły” (jak podają to przewodniki).  Dzięki ochronie, znajduje się bowiem w w granicach rezerwatu przyrody, ma szanse jeszcze wiele pokoleń cieszyć swoją urodą. Wschodnim brzegiem dolinki prowadzi tam czerwony szlak turystyczny z Mlądza do Wiązowny. A dzikość imponująca towarzyszy tam wędrowcy, jest prawdziwie rezerwatowa.

 



Dolinka ma tylko dwa kilometry, wijąca się jej brzegami wąska ścieżynka ma o kilometr więcej. Widoki z niej są malownicze. W Puszczy Kampinoskiej niemal nie ma  takich szlaków,  jak ten właśnie, wiodący tą wąską, niekiedy szeroką najwyżej na metra ścieżynką. Pod Kampinosem szlaki są dość licznie uczęszczane. Tutaj turystów nie ma tak wielu, jak w Puszczy Kampinoskiej. Tam występują  wody o ciemnym zabarwieniu,  są to albowiem wody płynące lub stagnujące na podłożu torfowym, na torfowiskach. A tutaj, w tej otwockiej okolicy królują wszechobecne piaski. Także w korycie tej rzeczki. 

Woda w Mieni jest zadziwiająco czysta i chciałoby się powiedzie, że krystalicznie czysta, co w tej wcale ludnej, podwarszawskiej okolicy wydaje się być niemożliwym.  Gdy patrzy się na rzeczkę z wysokości skarpy, po której biegnie ścieżka, woda Mieni wydaje się brudnawa,  ale to zmyłka, piaszczyste dno  przebija się przez przezroczystą wodę.  Jak się lepiej przyjrzeć widać na tym piasku wyraźne zmarszczki ripelmarków, to ripelmarki falowe, podobne do ripelmarków wiatrowych, jakie dobrze znamy z lotnych piasków, nie tylko z oglądanej na filmach Sahary, ale także i z naszego, podwarszawskiego Mazowsza. 

    O Bartku Mazowieckim pierwszy raz dowiedziałem się z przewodnika Województwo warszawskie, wydanego przez Sport i Turystykę w 1961 roku. Przez wiele lat był on dla mnie mazowiecką biblią krajoznawczą i tak naprawdę właśnie ten opasły przewodnik wprowadzał mnie w krajoznawczy świat, otaczający Warszawę. Świetny znawca nadświdrzańskiej okolicy, Tomasz Chludziński w swoim przewodniku Dolina Świdra z 1982 roku pisał, że sędziwe to drzewo wpisało się już w historię podwarszawskiego wędrowania. Od wielu lat jest celem wędrówek, tym bardziej, że uważane było niesłusznie za najstarsze drzewo w okolicach Warszawy, a nawet na całym Mazowszu. Należy jednak do tych do wiekowych dębów w okolicach podwarszawskich, które są wyjątkowo ładnie usytuowane. 

    Od kilkudziesięciu lat ten stareńki dąb ma lat czterysta, przynajmniej w publikacjach. Jakby się zupełnie nie starzał, od lat wciąż tyle samo mu dają wszystkie przewodniki, jakie znam. W przewodnikach, jakie ja napisałem, też taki jego wiek podawałem, chociaż  bardziej prawidłowym byłoby podawanie wieku około 300-400 lat. Chociaż daleko mu do wieku Bartka spod Kielc, ale in ten wiek zasługuje na ogromny szacunek. W roku 1622 ten dąb zaczął wzrastać w lesie nad Mienią. Oczywiste, że był samosiejką, w tamtych czasach, przed czterystu laty, nie sadzono lasu poza patkami, należącymi do władców i ludzi ze sfer wyższych.  Sadzić drzewa w lesie? Fi donc, w głowie by się to wtenczas nie mieściło. A więc w roku 1622, przed czterystu  laty, w Polsce panował uwikłany w wojny Zygmunt III Waza, władcą nie był dobrym, wplątał kraj w rozliczne wojny, jedna klęska goniła drugą, ale to dzięki niemu Warszawa od dwudziestu lat była już stolicą państwa. 

    Nie sprawia ten dąb  wrażenia szczególniej wysokiego drzewa, acz jego wysokość ocenia się na niebagatelne 25 metrów. Obwód pnia  podawany jest różnie, większość źródeł daje mu 560 cm obwodu w pierśnicy, jedno aż 587 cm (w 2011 r.). Przeczytałem też w internecie spostrzeżenie, że szeroka rana w pniu pochodzi być może  od uderzenia pioruna i że pień jest prawdopodobnie całkowicie w środku wypróchniały. Ale to jest bardzo piękne drzewo. 

Masywny pień tego drzewa jest jak poradlona twarz wiekowego wieśniaka, na której wypisane są wszystkie przeżyte przez niego lata życia, ciężka praca, troski dnia codziennego. Bywałem u stóp tego dębu w różnej pogodzie,  najczęściej w porze zimowej, niekiedy przy lekkim mrozie i w śniegu, najrzadziej w środku bujnej letniej zieleni. Teraz mi się to zdarzyło, w ostatnią sobotę lipca roku 2022.  Odwiedzałem go teraz  w samym środku lata. Akurat trafiłem w okno pogodowe w przechodzącym nad Polska chłodnym frontem deszczowym. Bartek czekał na mnie cierpliwie. Dobrym przykładem na życie jest ten dąb: taki stary, a jeszcze się trzyma.



sobota, 20 sierpnia 2022

Na wakacyjnej wędrówce nad Świdrem




W początkach lat siedemdziesiątych nie pojechałem na letnie wakacje tam, gdzie jeździłem zazwyczaj. Nie pojechałem więc ani w góry, ani nad morze lub jeziora. Musiałem pozostać w mieście. Ale co drugi dzień gdzieś jeździłem ze swojego warszawskiego domu. Z każdym kolejnym wyjazdem byłem coraz bardziej zachwycony Mazowszem. To były pyszne wakacje! Przedtem rzadko zwiedzałem okolice podwarszawskie w letniej zieleni, latem jeździło się w góry i na jeziora. Wtedy poznałem ten odcinek doliny Świdra, o którym teraz chcę opowiedzieć.  Wtedy też narodził się pomysł przewodnika Podwarszawskie szlaki piesze,  wydanym w roku 1976 przez wydawnictwo Sport i turystyka. W tomiku 9 Otwock i okolice ten szlak został opisany po raz pierwszy. 

Świder wszyscy znamy. Ale mówiąc o Świdrze, najczęściej pamiętamy  tę rzekę z okolic kolejowego przystanku o nazwie Świder. Podejrzewam, że większość z czytelników tego blogu ie wędrowała doliną Świdra od drewnianego kościółka w Gliniance do  Wólki Mlądzkiej i nie widziała Złotego Kanionu koło Woli Karczewskiej.


Glinianka leży nad Świdrem. Dociera do niej miejski autobus linii 720 od Ronda Wiatraczna na warszawskiej Pradze. W Gliniance nad Świdrem czeka na przyjezdnego zupełnie inny krajobraz. Miasto zdaje się być stamtąd gdzieś bardzo, ale do bardzo daleko. W Gliniance wysiada się  z autobusu pośrodku najprawdziwszej rolniczej wsi. Jak dobrze, że są wciąż jeszcze takie wioski w tak bliskim otoczeniu Warszawy.  

W samym środku wioski wznosi się kościół zrębowej konstrukcji, postawiony z drewna modrzewiowego.  Stareńka jest ta świątynka. Ukończono jej budowę w rok u 1763, a  więc, gdy to piszę, ma ta budowla prawie 260 lat. a jeszcze starszy jest gotycki późnogotycki krucyfiks na belce tęczowej wewnątrz kościoła, datowany jest na połowę XVI wieku.  Gdy krucyfiks powstawał,  w Polsce panował ostatni z Jagiellonów, gdy kościół stawiano, umarł właśnie August II i kończyła się epoka Sadów na naszym tronie, a za kilka miesięcy miał na tron wstąpić Stanisław August Poniatowski i właśnie się urodził jego bratanek, książę Józef Poniatowski. A potem przez podwarszawskie okolice przetoczyło się kilka strasznych wojen. I ten drewniany kościółek stoi nadal. Czyż nie graniczy to z cudem? 

Telewidzowie oglądają go czasem na ekranach telewizorów, występuje w serialach, telewizyjny Ojciec Mateusz odprawia tam nabożeństwa przy ołtarzu w tym kościele, choć wedle scenariusza  wcale nie w Gliniance jest ten ołtarz z telewizora. Ale i tak Glinianka jest z tego bardzo, ale to bardzo dumna i na stronie internetowej tutejszej parafii więcej o tym serialu, niż o samym ołtarzu.

Styl, w jakim w XIX wieku  powstał ten drewniany ołtarz, fachowcy określają jako barokowo ludowy, co oznacza to mniej więcej, że ten barok jest dziełem nie wyuczonego artysty, lecz zwykłego rzemieślnika „z ludu”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Idę niebieskim szlakiem nad Świder. Tego dnia już pozostanę mu wierny  i to przez dobrych kilka godzin. Jest lato, słońce świeci, niebo niebieskie, chmurki na nim białe i pyzate, bardzo piękne są okoliczności przyrody. Mam czas do wieczora, a droga niedługa, w sam raz dla takiego jak ja.  


Przez pierwsze trzy kilometry nic specjalnego się nie dzieje, rzeka zatacza łagodne meandry, czasem przytrafi się przyjemna plaża na takim zakolu, po sąsiedzku  tu i tam usadowiły się osiedla letniskowych domków. Sympatycznie jest tu po prostu.  To, co najbardziej atrakcyjne, zaczyna się dopiero poniżej Woli Karczewską.  Tak też zaczyna się trasa jednodniowych spływów kajakowych, tutaj biura od wynajmu kajaków wrzucają swoich klientów w czekające na nich kajaki i stąd będą płynąć Świdrem aż po Wólkę Mlądzką, gdzie będzie czekał na nich pozostawiony tam samochód lub autokar.



Poniżej Woli Karczewskiej  –  napisałem w tamtym przewodniku sprzed lat 46. – zaczyna się najpiękniejsza część doliny Świdra, który tworzy tam niezwykle malowniczy przełom: rzeka wije się zakolami, doliną wciętą głęboko w utwory moreny dennej pokrytej grubą warstwą piasku. W korycie głazy, szypoty, miejscami podmyte brzegi, wysokie urwiska, bystry prąd.  –  Szlak wiedzie  z biegiem rzeki do Złotego Kanionu, ostro wciętego w podłoże, wąskiego jaru, którym płynie struga Stok. Dalsza trasa nad Świdrem, cały czas lasem, miejscami wysokim brzegiem. Po przeciwnej stronie rzeki momentami widok na wzgórza w okolicy wsi Kopki. Obok działek letniskowych Adamówki i starego młyna wodnego kołysze się chybotliwa kładka nad rzeką. 


Fascynujące są one Kopki nad Świdrem. Drewniana figura św.Jana Nepomucena patronuje tej przeprawy przez rzekę, łączącej  Kopki z dawną kolonią młynarską Adamówka na drugim brzegu. Zaproponowałem ćwierć wieku temu szlak niebieski przez kładkę, chyba wtedy była zupełnie inna i raczej nie wisząca, zdjęcia oczywiście nie mam, nie robiło się wtedy zdjęć zbyt wiele, fotografowanie było kosztowną zabawą. Lata minęły, szlak jest użytkowany, ścieżynka nadrzeczna wydeptana jest jak trzeba, a kładka jest atrakcją szlaku. Jak i ten Święty Jan Nepomucen, postawiony w tym miejscu pod koniec maja w roku 2010.

Wcale udany jest ten Nepomuk, wyrzeźbiony  wg własnego projektu  przez Mateusza Niwińskiego. Wszystko o tych Kopkach znalazłem w internecie. Dawniej musiałem takich informacji szukać po bibliotekach, dzisiaj otwieram swojego smartfona, wbijam hasło,  klikam Nepomuk w Kopkach nad Świdrem, i zaraz potem lecą wiadomości, niektóre bardzo interesujące dla krajoznawcy. 




 


Szlak jest znakomity, urocza, wąska ścieżynka nad rzeką, po drodze świetne miejsca, widoki pyszne, znakowanie doskonałe, ale jest po drodze do ominięcia jeden wiatrołom, bo  przewrócone drzewa ścieżkę tam przegrodziły, a przez pół kilometra kolo Adamówki ktoś pracowicie pozdzierał znaki, jeden znak za drugim, konsekwentnie, dla obu kierunków marszu. Akurat trwało upalne lato, termometry szalały, ale Świder jakby sobie z tego nic nie robił. 


Rzeką płynęły kajaki, patrzyłem na nie z góry. Było ze mną kilkoro przyjaciół z turystycznych szlaków, byliśmy jedyną grupką spieszonych, za to bardzo się nie spieszących. To się opłacało, co krok inny widoczek, inna niespodzianka ze strony przyrody, było na co patrzeć.  Jakby się kto pytał, jest to przecież krajobrazowy rezerwat przyrody! Fascynująco urodziwy  jest  tam  Świder. Rzeka ma piękny,    wysoki i piaszczysty  brzeg. Wokół mnóstwo drzew, niekiedy bardzo sędziwych, o wystających ponad powierzchnię potężnych korzeniach - to istne dzieła sztuki. 






 

 



Kończyłem swoją wędrówkę nad Świdrem w Wólce Mlądzkiej. Mniej więc kilometr przed końcem wędrówki, przy leśnej drodze nazwanej całkiem sensownie ulicą Wspaniałą,  wyrósł przede mną przesympatyczny bar nad Świdrem. Tam też można wypożyczyć kajak i to jest główne wczasowe zajęcie właścicieli. Piechurów też przyjęli gościnnie, więc u stop wysokich, kłaniających się  niebu sosen, wypiłem czarną kawę z ekspresu, taka podwójną, espresso we włoskim stylu, która mi podano z okienka tej wdzięcznej chatynki w polskim styli, stojącej pośród mazowieckich sosen. Bardzo to był dobry pomysł, bardzo w sam raz na zakończenie letniej wycieczki.



A jeszcze potem, po kilkunastu minutach spacerku, znalazłem się na przystanku, opodal którego młody bocian z tegorocznego lęgu, nie mógł się jeszcze zdecydować czy lecieć już w szeroki świat w ślad za swoimi rodzicami. skąd podmiejski, niebieski autobus  dowiózł mnie do stacji kolejowej w Otwocku, a stamtąd pociąg SKM do centrum Warszawy. Nie była to długa wędrówka, od autobusu do autobusu zaledwie 11 km, ale za to aż w pięć i pół godziny! A gdzie się było spieszyć? Uciekać znad Świdra w takie upalne lato, jakie mieliśmy tego roku? 



.........................................................

piątek, 5 sierpnia 2022

Nad rzeką Świder 

 

W roku 1877  w kierunku Lublina ruszyła z Warszawy linia kolejowa, zwana Drogą Żelazną Nadwiślańską. Rozniosła się wtedy w Warszawie sława wspaniałego  mikroklimatu sąsiadującej z koleją okolicy nad Świdrem. Tam właśnie się zaczęła letniskowa sława podwarszawskich okolic, a to za sprawą znakomitego ilustratora mickiewiczowskiego "Pana Tadeusza". Michał Elwiro Andriolli w roku 1880 w Brzegach nad Świdrem zbudował pierwsze wille dla letników. Andriolli Świdrem się zachwycał. 

"Świder o brzegach olbrzymio wyniosłych, urwistych, wije się wstęgą jak wąż; co pięć kroków krajobraz się zmienia, widok na zarzecze rozległy, uspokajający...  i gdyby nie ów świst lokomotywy, która ci przypomina, że są jakieś koleje i maszyny do jeżdżenia, zdawałoby się, że jesteś wśród puszczy setkami mil od wielkiego miasta oddzielonej."

Jakże to było blisko od Warszawy! zaledwie kilkanaście kilometrów, jechał tam pociąg, a potem jeszcze wybudowano wąskotorówkę. Tutaj się przyjeżdżało i na lato i na majówkę, która jak wiadomo, nie tylko w maju bywała. Ach, co to były za czasy! Umajone zielenią pociągi, od lokomotywy do ostatniego wagonu. Wzdłuż torów, wówczas pustymi, za to zakurzonymi drogami i ulicami, mknęły z zawrotną szybkością tabuny cyklistów. Potem rozłaziło się to bractwo po krzakach i lasach, rozkładało się kocyki, otwierało koszyki z wałówką i było po prostu cudownie. Wiele przyjemności czekało warszawiaka w leśnej okolicy nad Świdrem...

Najpiękniejszy opis Świdra pozostawił znakomity nasz pisarz, Jan Parandowski. "Noszę w sobie bardzo wiele krajobrazów. Na mojej mapie wspomnień są góry i stepy, pustynie i olbrzymie rzeki, są morza i oceany, parki, lasy, puszcze, ustronia, gdzie ruiny odzywają się jak zabłąkane echa rogu po pradawnych łowach, radosne łąki, parowy skalne. W tej orkiestrze ubogi Świder mógłby przepaść jak odpustowa fujarka. Czemuż jednak brzmi tak donośnie, że słychać się daje zza siedmiu gór i zza siedmiu rzek? Przyczyn jest zapewne więcej niż jedna i parę tkwi w oddziaływaniu tego środowiska na mój organizm..."

Często odwiedzam Świder. Idę oczywiście nad rzekę, ona jest dla mnie głównym celem, to akuratna wycieczka w czas upalny.  Świder płynie płytkim, piaszczystym korytem w tunelu zieleni. Nachylają się nad nim gałęzie drzew.  W weekendy tłum zalega brzegi rzeki, raczej tylko w pobliżu mostów, przy moście dawnej kolejki wąskotorowej jest plaża i sezonowy bar, w tamtą najłatwiej dojechać samochodem. Tak bowiem dzisiaj większość niedzielnych wycieczkowiczów w plener dojeżdża, już nie pociągiem. Jak odejdę dalej  od mostów, nie spotykam już prawie nikogo.

Wędrówka z biegiem wzdłuż Świdra jest obowiązkiem rasowego wędrowca. Przynajmniej raz w roku być tutaj należy. Więc jestem. Dojazd nietrudny, wygodny, co pół godziny mam pociąg z Warszawy, jedzie się tylko 40 minut. Wysiadam na stacji Świder. Schodzę nad rzekę, mijam plażę i wędruję wąską ścieżką wśród rzeki wśród dorodnego lasu. Ścieżynka doprowadza mnie do miejsca zwanego Brzegi, tam gdzie Andriolli uwił swoje gniazdo nad Świdrem. Dzisiaj jest tam zupełnie inaczej, niż za jego czasów. Widok na rzekę z wysokiej skarpy wciąż jednak jest piękny. I niemal zawsze widzę tam zimorodka, fruwające cudo przyrody. Ale w Brzegach nie zachował się żaden drewniany dom, żadna willa w stylu, który Konstanty Ildefons Gałczyński określił dowcipnie jako  świdermajer. Rzeka wciąż płynie, taka samo, jak za Andriollego, od 1978 roku Świder jest objęty prawną ochroną jako krajobrazowy rezerwat przyrody.















środa, 20 lipca 2022



Letnie wędrówki krajoznawcze: Łęg Probostwo

Niewielka jest wieś Łęg Probostwo na Mazowszu Płockim. Całkiem niedużym literami jest pisana jej nazwa na mapach drogowych. Leży na uboczu głównych traktów, przy lokalnej drodze. Od Warszawy oddalona jest o sto kilometrów, kawał drogi. Na mapach turystycznych wioska bez znaczenia. Jeździ się na wycieczkę do stosunkowo bliskiego od Łegu miasta  Płock. To jest cel godny odwiedzin, ma wspaniałą historię, znaczące zabytki i świetne muzea. A cóż jest do zobaczenia w Łęgu Probostwie?  

Miejscowości ze znaczącymi zabytkami architektury i sztuki nie ma zbyt wielu na Mazowszu. Gdyby nie obfitująca w nie Warszawa, byłoby ich nawet jeszcze mniej, niż nam się wydaje. W powszechnej opinii tak naprawdę to tutaj do zwiedzania niczego nie ma. Oczywiście, jest Żelazowa Wola, bo tam się urodził Fryderyk Chopin. Ale tak naprawdę nie jest to żaden zabytek architektury i sztuki, chociaż do wielkich osiągnięć architektury ogrodowej niewątpliwie należy urodziwy park tamtejszy, otaczający dom urodzenia wielkiego kompozytora. A co jeszcze w naszej świadomości godne jest zobaczenia na naszym Mazowszu?  Zapewne jeszcze  z Zygmuntem Krasińskim związana Opinogóra, ruiny zamków w Czersku i Ciechanowie, związane z mazowieckimi książętami. Jeszcze wielkiej urody romańskie opactwo w Czerwińsku nad Wisłą i wspomniany już powyżej nadwiślański Płock, a także Pułtusk nad Narwią oraz  niezwykły Łowicz. I  jeszcze sławny radziwiłłowski Nieborów.

Ale to nie wszystko. Są albowiem na ziemi mazowieckiej miejscowości (i jest ich niemało) z zabytkami klasy artystycznej na pewno mniejszej od tamtych (chociaż nie byłbym tego tak pewny), a zaskakująco niedoceniane. Zapewniam, że zachwycające. Są po prostu piękne. I wcale nie są tak zwykłe, żeby przejść obok nich obojętnie.  Od lat próbuję  w tym swoim blogu o takich opowiadać. Teraz jest to opowieść o gotyckim kościele Św. Katarzyny Aleksandryjskiej we wsi Łęg Probostwo na Mazowszu Płockim. Zacznę tę opowieść od małej, kamiennej maski...


Tajemnicza maska w Łęgu Probostwie

Ta kamienna maska widnieje na lizenie zachodniej, gotyckiej elewacji tego kościoła. Nie tylko w tym Łęgu jest coś podobnego. Na frontonie kolegiaty w Pułtusku jest  wmurowany w ścianę kamień w kształcie ludzkiej głowy; pochodzenie jego nie jest znane, lecz wedle legendy ma to być jakoby głowa pogańskiego bożka. Przypominające  ludzkie głowy kamienie wmurowano w ściany gotyckiego kościoła w Makowie Mazowieckim. Czym są te kamienne głowy, dlaczego ta dziwna maska znalazła się na frontonie kościoła w Łęgu? Czyżby to był swego rodzaju autorski podpis, jaki nam pozostawił budowniczy? Wydaje się być jak znaczące mrugnięcie do nas oka przez budowniczego. A jeśli tak, co chciał nam przez to powiedzieć budowniczy kościoła w Łęgu Probostwie? Jeśli to on tę maskę tam umieścił. A jeśli nie on, to kto? I po co? 



 


Wyrafinowana prostota mazowieckiego gotyku

Gotyk przywędrował na Mazowsze bardzo późno, lecz „oswojony"  został natychmiast  i uzyskał wyraz bardzo indywidualny, rozpoznawalny na pierwszy rzut oka. Większość mazowieckich budowli gotyckich pochodzi z wieku XVI. Na zachodzie Europy dawno już o tym stylu zapomniano. W tym czasie w Anglii cały dwór Elżbiety I ubierał się w bogate renesansowe stroje i dojrzewał już talent Wiliama Szekspira, we Francji powstały już renesansowe zamki nad Loarą, wielki Vignola pobudował już w Rzymie kościół Il Gesu, będący syntezą baroku i prawzorem setek innych podobnych jemu świątyń na świecie, a pod Madrytem Filip II zbudował w surowym stylu hiszpańskiego baroku ogromny kompleks Eskurialu.  

Takiego gotyku, jaki znamy powszechnie, na Mazowszu nie obaczymy, gotyk mazowiecki  ma w sobie niewiele strzelistości katedr francuskich lub, zbyt daleko nie szukając, świątyń krakowskich. Mazowieckie kościoły gotyckie są na ogół krępej budowy. To, co w nich najładniejsze to ozdobne, lecz bez nadmiernej fantazji realizowane ich szczyty. Na przykład w kościele w Łęgu Probostwie na Mazowszu Płockim.

Arcydziełko mazowieckiego gotyku przodkowie zostawili nam w spadku w tym Łęgu. Miejscowy kościół gotycki z czerwonej cegły o układzie gotyckim i wendyjskim, zbudowano w wieku XV; prezbiterium powstało w roku 1409, nawę dobudowano sześćdziesiąt lat później. Późniejsze przeróbki zostały usunięte w czasie regotycyzacji świątyni w 1987 roku i była to świetna robota, jeden z wielu doskonałych przykładów markowej sztuki konserwatorskiej w Polsce. 






Wewnątrz kościoła w Łęgu znajduje się gotycka belka tęczowa z XVI wieku z wczesnobarokowym krucyfiksem z 1 połowy wieku XVII oraz wiele dzieł sztuki z wieków XVII-XIX, a najbardziej zajmującym jest niezwykle fantazyjnie wykonany manierystyczny ołtarz główny z 1636 roku, o obfitej dekoracji snycerskiej, przeniesiony do Łęgu z kościoła norbertanek w Płocku. Zadziwiające połączenie, skromny, jakby nadto skromny gotyk kościelnej architektury i ten rozpasane bogactwo tego ołtarza, w zasadzie powinny toczyć ze sobą spór, a tak dobrze się ze sobą czują! 

O ołtarzu w Łęgu mówi się, że jest manierystyczny. Z pojęciem gotyku, renesansu, baroku jesteśmy oswojeni, z manieryzmem spotykamy się bardzo rzadko, w Polsce jego gniazdem jest Gdańsk. Manieryzm Najogólniej poprzez to pojęcie rozumie się styl, występujący w okresie od ok. 1520 do końca XVI wieku, usytuować go można więc chronologicznie pomiędzy renesansem, a barokiem. Manieryzm charakteryzował się dążeniem do doskonałości formalnej i technicznej dzieła, a także wysubtelnieniem, wyrafinowaniem, wykwintnością i swobodą form. Nazwa wywodzi się od włoskiego maniera, a to z kolei z łacińskiego manus (ręka) i pierwotnie oznaczała specyficzne cechy, styl twórczości jakiegoś artysty. W przeciwieństwie do dzisiejszego rozumienia maniery i manieryzacji jako zjawisk o zabarwieniu pejoratywnym, w XVI wieku maniera oznaczała pożądaną cechę czy wręcz zaletę.


 

Główny ołtarz przybył do Łęgu z kościoła norbertanek w Płocku. Ten zakon przybył do Płocka w 1185 roku, w dwadzieścia lat po założeniu pierwszego klasztoru na Zwierzyńcu w Krakowie. Był to więc jeden z najstarszych klasztorów żeńskich w Polsce. W 1818 roku zakonnice zostały zmuszone do opuszczenia Płocka, decyzją zaborcy odeszli z Płocka także benedyktyni i norbertanki, a z pobliskiego Czerwińska n. Wisłą kanonicy regularni. Po benedyktynach zostało opactwo przy katedrze, a po kanonikach w Czerwińsku została wspaniała bazylika i klasztor, lecz po norbertankach w Płocku praktycznie nie ma ani śladu... Nie do końca. Ślad, i to nie najgorszy, jest w Łęegu Probostwie.

Manierystyczny ołtarz główny do Łęgu zawędrował z kościoła norbertanek w Płocku. Jest znacznych rozmiarów i  wyjątkowo urodziwy. Zaskakuje swoją skalą – pisały o nim panie Izabelia Galicka i Hanna Sygietyńska w Katalogu zabytków sztuki w Polsce (tom X, zeszyt 15 Okolice Płocka)  – a przede wszystkim niezwykłą strukturą oraz nagromadzeniem i splątaniem ażurowych ornamentów roślinnych, okuciowych i figuralnych, całość o fantazyjnej strukturze architektonicznej i niezwykle obfitej dekoracji snycerskiej.  Nie będę tutaj wymieniał która rzeźba, jaką przedstawia świętą lub święty i gdzie są umieszczeni w ołtarzu, to są detale, ważne oczywiście, ale tylko detale. Najważniejsza jest całość. Robi wrażenie. Dopiero później zaczynamy się przyglądać detalom, są nadzwyczajne, w swojej obfitości rozpustne chciałoby się powiedzieć. Oczywiście, postacie świętych mają swoje atrybuty, zgodne z  tradycją.  Najbardziej urodziwe są w Łęgu rzeźby aniołów i  pyzate putta i bardzo sympatyczny jest ten anielski świat z tego ołtarza.







 
To, co w tej świątynce jest najpiękniejsze, to zapewne one rzeźby, nie tylko z ołtarza, także z zaskakująco urodziwej barokowej chrzcielnicy barokowej, wykonanej przed połową XVII wieku. Czterech aniołów unosi czaszę z rzeźbionymi główkami uskrzydlonych putttów, a w podstawie jest przebogata dekoracja z herbami fundatorów.


 Pietá  z Łegu jest rzeźbą o gotyckich reminiscencjach. Nie należy do najlepszych, jakie znajdują się na Mazowszu,  przecież jednak jest stylowa i ma swoje lata; datowana jest na okres od końca XVI wieku po połowę wieku XVII.



 

Jeszcze o jednej rzeźbie należy powiedzieć choćby kilka słów. To figura Matki Boskiej Skępskiej, patronki trudnych spraw. Figurka w Łęgu  to nic specjalnego, wykonanan w wieku XIX, jedna z wielu jej podobnych, rozpowszechnionych głównie na Mazowszu i Kujawach, powtarzających ikoniczną postać Królowej Ziemi Dobrzyńskiej, Mazowsza i Kujaw,  znajdującej się od 1496 r. w kościele Ojców Bernardynów w Skępem na sąsiadującej z Mazowszem historycznej Ziemi Dobrzyńskiej.

 W Łęgu Probostwie byłem przed kilku laty, lato było gorące, upały jak na Sycylii, świat jeszcze nic nie wiedział o żadnym koronawirusie, wojna w Ukrainie nie zaczęła jeszcze tego naszego, oswojonego świata zmieniać i to w tak dramatyczny sposób. Dzień wcześniej telefonowałem do proboszcza, on sam nie mógł być obecny, ale na jego polecenie otworzył drzwi kościelny, który przyszedł  z kluczami. Nie pospieszał. Miałem czas na wszystko, na zdjęcia także. Było mi dobrze. Warto było jechać. Zachwycająca wizyta. Pierwotnie chciałem jeszcze pojechać dalej, gdzieś indziej, tyle jeszcze jest do zobaczenia w tamtej okolicy. Ale zrezygnowałem z pomysłu. Zdecydowałem się na powrót. Wiedziałem, że oglądać coś następnego jest już tego dnia niemożliwe. Że  drugi raz tak potężnego ładunku emocji chyba nie przeżyję...
…...................................