poniedziałek, 22 czerwca 2015


Barwy mazowieckiego lata
      Maki, krwawnice i łubiny, trzy barwne ozdoby  lata.  Szaty  mają  w  barwach dostojnych, chociaż żadna  tam z nich kwiatowa szlachta, a zwyczajne, polne i przydrożne kwiecie.  Ale ... czyż nie warte szczególniejszej  naszej sympatii?  
Polne maki na mazowieckiej łące. Fot.L.Herz

      Maki przywędrowały do Polski z południa Europy i tak dobrze się zrosły z naszym pejzażem, że przez Polaków są uważane za gatunek narodowy. To prawda, nieprawdopodobnie pięknie ubarwia polski krajobraz. Tak naprawdę polny mak jest chwastem, ale jakże wspaniałej urody jest ten chwast. Zawędrował do polskich piosenek patriotycznych i do bajek dla dzieci. Ziarenka makowe wzbudzają zainteresowania narkomanów i są nawet plantacje makowe, które policja  likwiduje, hodowców zamykając do ciupy. Wypiek  świątecznych makowców karom nie podlega. I bardzo dobrze. Smakowite są one niezmiernie. Świąteczne  makowce na stole wigilijnym są echem bardzo dawnych czasów, jeszcze przedchrześcijańskich. Drzewiej albowiem potrawy z maku nie na co dzień spożywano, lecz tylko w okresie zimowego przesilenia, w dniu kontaktu z duchami przodków. 
    Jak sama jego nazwa wskazuje, mak polny rośnie pośród pól (jest jeszcze mak lekarski, ale nie o nim tu mowa). Maki nie co roku zakwitają w tym samym miejscu i nie zawsze tam, gdzie człowiek się ich spodziewa, ale jak już zakwitną, to ho, ho. Potrafią się wcisnąć niemal wszędzie. Widywałem kobierce maków na wśród żwiru między torami kolejowymi, które zamieniły w rozbuchaną czerwienią łąkę. Najczęściej widywałem dywany makowe na łąkach nadwiślańskich, szczególnie w okolicach wsi Gassy koło Konstancina i koło Kazunia w sąsiedztwie Modlina.  
Niepospolity dywan krwawnicy pospolitej pod Famułkami. Fot.L.Herz
    Na zachodnich krańcach Kampinoskiego Parku Narodowego, na torfowiskach Famułkowskiego Błota można oglądać jeden z najwspanialszych krajobrazów mazowieckich. Przed dwustu laty na błotach wycięto las, powstały łąki i pośród nich ludzkie sadyby. Po powstaniu parku narodowego grunty zaczęły być sukcesywnie wykupywane, domostwa rozbierano, a na torfowiska wkroczyła przyroda.  Ogrom łąk jest imponujący i ciągną się one daleko, aż po linię horyzontu. Spore wrażenie czynią oglądane tutaj wschody i zachody słońca, przedwiosenne, jesienne i zimowe.          
    Przez środek tych łąk przebiega asfaltowa szosa i jest na tej szosie most nad Kanałem Łasica, który przekopano po roku 1861. Jeszcze po powstaniu Parku w 1959 roku był on pogłębiany ze szkodą dla stosunków wodnych w Puszczy Kampinoskiej. Teraz stawiane są na kanale zastawki i jazy, zatrzymujące wodę, która w porze letniej suszy niemal nie płynie i zarasta roślinnością wodną, m.in. z mostu można zobaczyć strzałkę wodną i chronione grążele żółte.
    Co roku staram się bywać tam wtedy zwłaszcza, gdy Famułkowskie Błota barwią się na fioletowo łanami krwawnicy pospolitej. Nie co roku zdarza się tam taka kolorowa rozpusta, ale jak się zdarzy, wtedy przyroda idzie na całość. Kwitnąca krwawnica pospolita. Jest ozdobą torfowisk nizinnych. Jej słodki nektar ściąga ku sobie setki tysięcy owadów. Nie gardziła krwawnicą medycyna  ludowa, m.in. korzystano z krwawnicy, aby goić  rany, nazwa jej się stąd wzięła, bo kolorem w żadnym przypadku krwi nie przypomina.
Łubiny i to aż dwa ich gatunki naraz. Fot.L.Herz
       Na północ od Czerwińska, w odległości kilku odeń kilometrów, znajdują się niewielkie Lasy Strzembowskie,  rosnące na żyznych, morenowych glebach. Płaski mazowiecki pejzaż  w ich otoczeniu staje się falisty, pełen wyniesień  pozostawionych tam przed tysiącami lat przez lądolód moren czołowych. Ładny tam las rośnie, bez dwóch zdań. Są w nim fragmenty borów sosnowych i świerkowych oraz litych dębin, jest bujne niższe piętro i podszycie, jest nieczęsto spotykane na mazowieckiej ziemi bogactwo leśnych kwiatów w runie.
    Pierwszy raz byłem tam wtedy, gdy na leśnych przydrożach łubiny kwitły jak szalone. W czerwcu się to im zdarza najchętniej. Staram się tam bywać dla tych łubinów. Przypominają mi czas dawno dla mnie  miniony. Z łubinami z przyjaźniłem się blisko pięćdziesiąt lat temu.  To było wtedy, gdy w letnie niedziele kursował pospieszny pociąg z Warszawy do Białowieży; wyruszał rano, późnym popołudniem wracał, często korzystałem z tego pociągu. Pomiędzy Białowieżą, a Hajnówką, tam już pociągi nie kursują od dawna, rosło na przytorzu  morze łubinów, nieprawdopodobne tam były ich ilości. Jednego razu pociąg zatrzymał się, a konduktor szedł wzdłuż wagonów i krzyczał do pasażerów: proszę wysiadać i rwać, nie lenić się, jedyna taka okazja, proszę rwać i zabierać ze sobą do Warszawy. Przepięknie wyglądał potem ten pociąg, wypełniony niebiesko fioletowymi łubinami. Wracaliśmy szczęśliwi, weseli, zachwyceni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wystąpił błąd w tym gadżecie.