poniedziałek, 28 marca 2016



Śmigus dyngus
Poniedziałek Wielkanocny to  ważny dzień w życiu każdego typowego młodzieńca z polskich miast i wsi. Wiadomo: śmigus dyngus, zabawa arcypolska, z tradycjami. Przy okazji: warto wiedzieć, iż według danych Komisji Europejskiej w Polsce  mamy mniej wody na głowę mieszkańca niż Egipt, który kojarzy nam się z pustyniami. W Europie wcale nie ma tak dużo wody, jak nam się wydaje.

sobota, 19 marca 2016

Mazowieckie palmy


Dopiero na wsi, na polskiej wsi, nabiera blasku Niedziela Palmowa. Blasku, ale i sensu także. Na wsi mocniej bije serce Polski. Po wsiach szukamy tego, co w tradycji polskiej jest najlepsze, a to przechował jeszcze Kościół ze swoimi zwyczajami. Są wzruszające te barwne uroczystości Kwietnej Niedzieli.



Obchody Niedzieli Palmowej na ziemi mazowieckiej. Fot.L.Herz
    
Na ziemi mazowieckiej najładniejsza, najbardziej barwna jest Niedziela Palmowa we wsi Łyse na Kurpiach Zielonych. Przez jeden dzień w roku wioska ta staje się jedną z ważniejszych miejscowości w Polsce. Zjeżdżają do Łysych (bo to są te Łyse, a nie to Łyse) wielotysięczne rzesze z całego kraju i z zagranicy, politycy i ambasadorowie, aby być świadkami pięknej uroczystości religijnej i folklorystycznej. W Palmową Niedzielę bywam w Łysych od lat. W porównaniu z ubiegłymi latami jest o wiele więcej palm, coraz bardziej kolorowych. Również i przyjezdni kupują palmy na straganach przed kościołem i z nimi w rękach idą w procesji. Wspaniale taki las palm wygląda. Najwyższe sięgają długości ośmiu metrów. Ostatnimi laty przybyło młodych ludzi, odzianych w ludowe stroje. Chłopcy dorodni, a dziewczyny urodziwe. Do twarzy im z typowymi dla panien kurpiowskich wysokimi, sztywnymi „czółkami” z czarnego aksamitu na głowach. Bardzo to wszystko polskie, bardzo piękne i mocno poruszające. Serce rośnie. Ale Łyse są jedyną wsią mazowiecką, w której Niedziela Palmowa jest tak barwna. Są jeszcze widowiskowe  obchody tego święta, ale już nie w "żywej wsi", lecz w parkach etnograficznych w Sierpcu i Radomiu. Tak to już jest, że tradycja wiejskich obchodów tego barwnego święta, ukrywa się już tylko w skansenach.
Niedziela Palmowa w skansenie w Radomiu. Fot.L.Herz


 
      Od stuleci największe z katolickich świąt jest sprzęgnięte z czasem odradzania się przyrody. Nie darmo do symbolicznych atrybutów tego święta przynależą i palmy, święcone w Kwietną Niedzielę, i barwione, pięknie zdobione jajka pisanek, poświęcanych w Wielką Sobotę. Nasze polskie palmy zawierają najczęściej wiecznie zielone liście borówek, i niemal zawsze gałązki wierzbowe z pąkami. Zieleń symbolizuje nadzieję, a liście borówek nawiązują do liści wawrzynu. Wawrzyn był drzewem bogów, ale i pokuty, także znakiem zwycięstwa. Drzewo palmowe jest obrazem życia w pełni Łaski. Gałązki są znakami uwielbienia, głoszącymi zwycięstwo. Pąki są zapowiedzią odrodzenia życia.
    Jajo to cud ukrytego w nim nowego życia. Jak i tamte symbole, tak i ten ma bardzo starożytny rodowód. Pogańskie wierzenia łącza się tu w jedno z chrześcijańskimi. Bez względu na to, z jakich źródeł wywodzimy nasze uniwersalne wartości, jak o tym wspomina preambuła polskiej konstytucji, pospołu spieszymy, aby zakupić barwne pisanki w sklepie lub na straganie, a często sami zasiadamy przy stole, aby na kolorowo ozdobić skorupki jajek i aby tym zdobieniem wyrazić (przecie nie do końca uświadomiony) zachwyt i uwielbienie dla cudu nowego życia, symbolizowanego tym jajem. 



           








poniedziałek, 14 marca 2016

 Wiosenne wody 
w Puszczy Kampinoskiej

Niecodzienny, mało znany krajobraz Puszczy Kampinoskiej. Fot.L.Herz



Poniedziałkowym wieczorem spadł śnieg. A wydawało się, że zima już nie powróci. W miniony weekend byłem pośród przyrody i stwierdziłem niezaprzeczenie, iż przysłowia rzeczywiście są mądrością narodu, że  "na świętego Grzegorza idzie zima do morza". Wiosenne wody wartko płynęły korytami dawno wyschłych strumieni. Zdawało się, że nadeszła już pora przedwiośnia, ale nie, mądrość ludowych przysłów znów dała znać o sobie, bo przecież wiadomo, że "w marcu, jak w garncu", a jeszcze czeka nas "kwiecień plecień, co przeplata, trochę zimy, trochę lata".
    W miniony weekend o powrocie zimy jeszcze nie było mowy, w przyrodzie czaiło się przedwiośnie. Odwiedziłem  jedno takie miejsce w Kampinoskim Parku Narodowym, które zwłaszcza o przedwiośniu nabiera wdzięku szczególnego, tam albowiem ożywają koryta kilku strug,  mających  swoje źródła poza Puszczą Kampinoską, na żyznych pszenno-buraczanych ziemiach mazowieckiej równiny, ciągnącej się od Warszawy w stronę Błonia i Łowicza. 
    Na tych ziemiach przez całe wieki najważniejsze było rolnictwo, ale w latach ostatnich zaczęło ustępować, bo poczęła się rozrastać warszawska aglomeracja miejska i wielopiętrowe mieszkalne bloki warszawskiego Bemowa i Woli rozpoczęły gromadny szturm na te żyzne ziemie, a rozsiane po tej równinie wioski zmieniły się w podmiejskie osiedla i ich mieszkańcy niemal ze szczętem zapomnieli o tym, że ich ojcowie byli jeszcze rolnikami. I coś nie tak stało się teraz z podziemnymi wodami gruntowymi, już nie płyną ku dolinie kampinoskiej strumienie, których koryta są przez większą część roku suche, suchuteńkie. Niestety, prawda jest okrutna, tym, na co Puszcza Kampinoska cierpi najbardziej, jest niedobór wody. Puszcza korzysta tylko i wyłącznie z wód opadowych, a lata ostatnie, jak wiadomo to całkiem dokładnie, coraz bardziej są suche, gorące, bezdeszczowe.  
    Tylko teraz, u progu przedwiośnia, te wszystkie kanałki i meandrujące koryta suchych zazwyczaj strumieni ożywają wiosennymi wodami. Będą tak płynąć dopóki im sił starczy, może nawet aż do lata, a potem znikną, chyba że znowu się pojawią się marcowe i kwietniowe śniegi, a potem ulewne i długotrwałe deszcze. Mają puszczańskie strugi swoich sprzymierzeńców; na ukrytych pośród lasów dolinkach, w zatrzymaniu wody pomagają niezmordowane bobry, nocami budujące swoje tamy i zmieniające puszczański krajobraz nie do poznania i bardzo, ale to bardzo pięknie. Chwała niech będzie bobrom!  
    Oto kilka, "na świętego Grzegorza" w marcu roku 2016 wykonanych  fotografii niezwykłego krajobrazu wiosennych wód w Puszczy Kampinoskiej.  

 

Aż trudno uwierzyć, że to nie z puszcz kanadyjskich jest ten pejzaż bobrowy. Fot.L.Herz.

poniedziałek, 7 marca 2016

Tajemnicze miejsca w Puszczy Kozienickiej
W początkach marca świeżą zielenią zieleni się w puszczy czosnek niedźwiedzi. Fot.L.Herz


Dwa lata temu, z początkiem marca to było, w czas bezśnieżny, gdy czaiło się przedwiośnie w Puszczy Kozienickiej, a nad Poborskimi Łąkami zieleniły się już świeżą zielenią łany czosnku niedźwiedziego. W lecie zacznie pachnieć odurzającym zapachem, wyczuwalnym nawet z pewnej odległości; chociaż on niedźwiedzi, pachnie tak samo jak znany nam dobrze czosnek pospolity. Czosnek niedźwiedzi rośnie w Polsce w położeniach górzystych, uwielbia buczynę karpacką, na nizinach jest ewenementem, na Mazowszu jest rarytasem. 

Mroczny, puszczański krajobraz rozlewisk rzeczki Żala w Puszczy Kozienickiej. Fot.L.Herz
     Jednym z bardziej malowniczych i prawdziwie puszczańskich miejsc w tej puszczy są opanowane przez bobry rozlewiska na rzeczce Żala w miejscu zwanym Diabelski Mostek. Mostku tego od dawna nie ma, historyczny Królewski Gościniec, który przezeń prowadził, jest teraz szeroką i wygodną drogą leśną, zamiast mostku jest po prostu betonowy przepust pod tą drogą. Powiada legenda, że pod Diabelskim Mostem diabeł ogromny skarb zakopał.  Nazwę strugi Żala niektórzy kojarzą z żalnikiem, to staropolska nazwa cmentarza. Czy aby nad tą strugą, gdzieś tutaj, nie znajdował się kiedyś, dawno, dawno temu, taki żalnik ? A gdy już cmentarz puszcza porosła, pozostała wieść o nim w narodzie i nad Żalę chodzić straszno było, bo nad Żalą straszyło Złe. Od takiego czegoś, co to wymówić jego nazwę nawet straszno, do diabła całkiem niedaleko. 
Cygańska bryczka.Fot.L.Herz


       Niedaleko tego mostu diabelskiego jest pośród puszczy głaz wcale spory, o obwodzie siedmiometrowymW całej tej puszczy nie ma innego wielkości  podobnej. Ten gruboziarnisty czerwony granit jest pomnikiem przyrody nieożywionej. Nazywają go Cygańską bryczką, a nazwa ta stąd się wzięła, że podobno tutaj cygański wóz skarbami wyładowany, w zimny kamień został zmieniony przez jakieś zaklęcie. Tak mówią, ale czy tak dokładnie było, tego nie wiadomo. Podobno pod tym głazem Cyganie skarby z tego wozu zabrane zakopali. Powiadają także, że przy pełni księżyca, gdy dobrze ucha nadstawić, można ciche rżenie koni usłyszeć. Ale nikt nie chce pod głazem kopać, chociaż niejednego na to chętka bierze. Pewnie mają rację, licho nie śpi, więc po co to licho z lasu wywoływać. 
       Jeden z czytelników tego blogu przypomniał mi, że Karol Potkański, który badał pierwotne osadnictwo w rejonie Puszczy Kozienickiej w jednej ze swych prac przytoczył opowieść mówiącą o magicznych praktykach na tym Kamieniu. Bezdzietne kobiety (zapewne podczas pełni) kładły się na kamień co miało pomóc w zajściu w ciążę. 

 

wtorek, 1 marca 2016



Czuwajki pod Bemowem

Warszawski Las Bemowski lekko śniegiem posypany. Fot.L.Herz

... a to jest Czuwajka w Lesie Bemowskim. Fot.L.Herz

Zaczął padać śnieg, więc aby złowić trochę zimy, zanim ten mokry śnieg stopnieje, skoczyłem na dwie godziny do Lasu Bemowskiego, aby odwiedzić schowane w tym lesie Czuwajki. Las w śnieżnym przyodziewku bardzo przyjemnie się prezentował. Na skraju lasu osiedle jest tam  malownicze, nad nim tłoczy się tłum starych sosen o urodziwych koronach, przy wąskich uliczkach niewielkie wille i jednorodzinne domy, sosny zaglądają do ich okien, mnóstwo tam przyzwoitego modernizmu, bardzo to funkcjonalna architektura, skromna i elegancka, jak wszystko, co powstawało w międzywojennym dwudziestoleciu. Przy głównej ulicy jednotorowa linia tramwajowa, stojący na pętli tramwaj skrywa się pod koronami drzew, widoczek bardzo sympatyczny, okolica prezentuje się nie najgorzej, coś w stylu powszechnie znanych miast-ogrodów podwarszawskich. 
Modernistyczny kościół w Boernerowie, godny cel odwiedzin. Fot.L.Herz.
     Osiedle graniczy z lasem i jest to bardzo dorodny las liściasty.  Przed stu laty las zajmował mniejszą powierzchnię, niż obecnie. Przez kilka wielu wieków w tej okolicy przeważały pastwiska i nieużytki, lasu było tyle, co kot napłakał. Po Powstaniu Styczniowym wojska rosyjskie zaczęły budować w tej okolicy forty. Wtedy też Rosjanie zaczęli nieużytki zalesiać. Starodrzewy koło osiedla to las z tamtych czasów, sadzony w ostatniej ćwierci wieku XIX. Nieco dalej znajdują się malownicze mokradła, część z nich w rezerwacie „Łosiowe Błota”, kampinoskie łosie tam zachodzą.  
Łosiowe Bota o zimowej porze. Fot.L.Herz
  

Prowadzi tamtędy szlak przechadzkowy, na którym zamiast tradycyjnych znaków w paski wymalowano na drzewach trop łosia. Świetny pomysł ! Gdy pójść na tę trasę spacerkiem od  boernerowskiej pętli tramwajowej, będzie to całkiem niezły spacerek, około jedenastokilometrowy, wcale niemało.
Znak turystycznego szlaku przechadzkowego w Lesie Bemowskim. Fot.L.Herz
      Na tym terenie ogromnie wiele się działo, ma wyjątkowo bogatą historię. Był tam poligon artyleryjski. Generał Józef Bem był artylerzystą, to i dzielnicę Warszawy obok założoną  nazwano Bemowem. Ten polski bohater narodowy pochodził z polskiej rodziny szlacheckiej, mającej korzenie w Prusach. Walczył w Polsce, Austrii i na Węgrzech. Podczas jednego ze starć w Siedmiogrodzie, widząc Austriaków zdobywających węgierskie działa, rzucił się sam jeden na wrogie oddziały. Galopując przeklinał po niemiecku: „Uciekajcie stąd psy, to są moje działa!”. Widok oficera wymachującego szpicrutą tak zszokował Austriaków, że pozwolili się wyprzeć z zajętych pozycji. Jedna z kul trafiła Bema w dłoń, a on, nie chcąc przerywać dowodzenia i udać się do szpitala, obciął sobie ranny palec nożyczkami. Walczył też w Syrii, tam przyjął islam i został pochowany na muzułmańskim cmentarzu wojskowym na górze Dżebel el Islam i dopiero w roku 1929 jego prochy przewieziono do rodzinnego Tarnowa. 
     Cóż to za postać, jakże barwna! Ale czy taki generał może być polskim bohaterem narodowym? czy rodzimi tropiciele Obcych w polskim narodzie nie zaprotestują przeciwko nazwie Bemowo? Bo kogo nią uczczono?   Nie dość, że przeklinał i na dodatek po niemiecku, to jeszcze wyznawał islam? Okropność ! 

Generał Bem na pomniku w Ostrołęce. Tam też walczył dzielnie. Fot.L.Herz
    Na  obrzeżach artyleryjskiego poligonu Rosjanie zbudowali forty, a gdy Polska odzyskała niepodległość powstała tam Transatlantycka Radiostacja Nadawcza:  na 10 masztach o wysokości 126 metrów zawieszono dwie anteny. Dzięki tej radiostacji można się było porozumiewać z USA, Japonia, z polskimi statkami na morzach i oceanach całego świata. Była to wówczas największa radiostacja telegraficzna w Europie. Minister od poczt i telegrafów nią zawiadywał i obok  zbudował osiedle, on się nazywał Boerner, osiedle nazwano Boernerowem i jest to najstarsze osiedle warszawskiego Bemowa. Zanim włączono je do Warszawy, tak jak i radiostacja, przynależało do sąsiednich Babic. Po radiostacji niewiele zostało, tylko podstawy masztów i te charakterystyczne budki strażnicze z napisem „Czuwaj”, pieszczotliwie zwane Czuwajkami. 


Pozostałości radiostacji; na tym cokole z betonu opierała się jedna z masztowych nóg. Fot.L.Herz
Fragment przedwojennej mapy tych okolic. Warto porównać ze współczesną mapą.


sobota, 20 lutego 2016

Architekt  Jakub Kubicki
Belweder w Warszawie, najbardziej znane z dzieł Jakuba Kubickiego . Fot.L.Herz

     Warszawski Belweder znamy wszyscy, jeśli nawet nie obejrzany w naturze, to z reprodukcji lub z telewizji. Ten klasycystyczny pałacyk, zaprojektowany przez Jakuba Kubickiego,  na krawędzi warszawskiej skarpy stanął w latach 1819–1822. Przedtem stały już inne w tym miejscu, poprzedni projektował Jakub Fontana.  Podobno królowa Bona będąc w miejscu obecnego pałacu zachwycała się widokami, jakie się z tego miejsca roztaczały.  Może to sławna Włoszka jako pierwsza tutaj wydała ten okrzyk i na dodatek po włosku: belle vedere? co oznacza "piękny widok" właśnie.
     Jakub Kubicki był jednym z najlepszych polskich architektów, tworzących w duchu klasycyzmu, a który nie miał przodków w Italii, zaś w genach południowcom zwyczajnego pojmowania sztuki. Zrazu  pozostawał w służbie Stanisława Augusta Poniatowskiego, po upadku Rzeczpospolitej tworzył wiejskie rezydencje i kościoły. Jego dziełem jest dokonana dla Krasińskich przebudowa zameczku i pałacu w Radziejowicach, która jest uważana za pierwszy, w pełni świadomy zabieg konserwatorski w Polsce, znacznie wyprzedzający dzieła słynnego Viollet-le-Duca we Francji.
Romantyczny zameczek w Radziejowicach. Fot.L.Herz  



    Kilka niezłych budowli sakralnych zaprojektował Kubicki. Najbliżej Warszawy są w Nadarzynie (z roku 1806) i w Radziejowicach (z 1820 roku), ten pierwszy na planie owalu, ten drugi na planie krzyża greckiego. Jest jeszcze trzeci kościół, wzniesiony  w Mokobodach nad Liwcem i ten ma najbardziej interesująca historię. Wedle projektu Kubickiego miała powstać w Warszawie Świątynia Opatrzności, on wygrał konkurs na projekt kościoła-pomnika Konstytucji 3 Maja. Ale Polska znikła z map Europy i należało zapomnieć o wotywnej świątyni. Projekt architekt sprzedał Janowi Onufremu Ossolińskiemu, więc świątynia stanęła, ale nie na warszawskim Ujazdowie, lecz w Mokobodach,  skromniej nieco zaprojektowana i poważnie pomniejszona w stosunku do projektu pierwotnego.

      Gdy w roku 1818 kończyła się budowa kościoła w Mokobodach, nieopodal fundamentów warszawskiej Świątyni Opatrzności zaczęła się budowa  Belwederu. Pierwsza z tych budowli to jeszcze ukłon w stronę Rzeczpospolitej. Druga powstała dla carewicza Konstantego, brata cara (ale i króla Polski, o czym staramy się nie pamiętać, a przecież tak było i nie Stanisław August Poniatowski był ostatnim, koronowanym polskim królem) Aleksandra I Romanowa. 


Kościoły mistrza Kubickiego: w Nadarzynie, Radziejowicach, Mokobodach. Fot.L.Herz
    Takie były czasy. Polacy, Rosjanie, Francuzi, Austriacy; co jakiś czas ktoś inny rządził, kto inny dawał zlecenia. Niewielu z Polaków, patrząc na ukazującą się w telewizorze zgrabną i ujmującą w swojej prostocie sylwetkę Belwederu, zastanawia się czy aby Kubicki nie był zdrajcą Sprawy, podejmując się tej realizacji dla Wielkiego Księcia Konstantego. Przecież jednak powołaniem architektów jest architektura i to jest ich sposób zarabiania na życie. 
Wnętrza: kościół w Mokobodach. Fot.L.Herz
Wnętrza: kościół w Nadarzynie. Fot.L.Herz


      Historycy architektury dzisiaj wybrzydzają na dzieła Kubickiego  i zapewne mają rację, bo fakt, że był epigonem stylu i że budował rzeczy już niemodne od lat, i że jego klasycyzm jest, hmm... tylko poprawnym, a nie wizjonerskim.  Przecież jednak ubarwiają nasze Mazowsze jego dzieła. Zarówno belwederski pałac, jak i  kościoły w Nadarzynie, Radziejowicach, w Mokobodach, również pałac w Młochowie,  o którym także wspomnieć by trzeba...


środa, 10 lutego 2016

Była kiedyś wieś drewniana...
.......................................................................

Wieś Karolinów w Puszczy Kampinoskiej. Rok 1968. Fot.© L.Herz

    Zygmunt Gloger rozpaczał na początku wieku XX, że stare  zabytki wiejskiej sztuki i budownictwa giną z rokiem  każdym  i  przyjdą  czasy, w których z powodu samej starości zanikną zupełnie. Gdy zaczynała się druga połowa wieku XX jeszcze na mapach turystycznych oznaczano specjalnym znakiem topograficznym wioski z drewnianą architekturą chałup. Miejscy turyści traktowali te chałupy jako godny uwagi zabytek architektury tradycyjnej. Ich kształt cieszył oczy turystyczne, ale mieszkańcy tych drewnianych chałup marzyli już o blokach.
Wszystko drewniane, tylko strzechy ze słomy, a w oknach szyby ze szkła. Fot.©L.Herz

    Były bardzo piękne te drewniane domy. Znakomicie komponowały się z krajobrazem. Gdy zbliżałem się do takich wsi, często je dostrzegałem dopiero stając u ich wrót, drewniana zabudowa i strzechy słomiane stapiały się z przyrodą, ginęły wśród zieleni drzew i krzewów. Wioski o architekturze dzisiejszej bywają raną, jaką człowiek zadał krajobrazowi. Polscy rolnicy zatracili jakoś poczucie estetyki. Przez wiele wieków kształtowane, przez pół wieku zagubili, wielka sztuka, bez dwóch zdań. Na początku wieku XXI stało się to już pewne, że tylko w skansenach można zobaczyć drewniane, polskie chałupy. Oraz we wciąż żywym  podhalańskim Chochołowie, ale to wyjątek potwierdzający regułę i na dodatek bardzo od Mazowsza odległy. 
    Niedawno byłem we wsi Wólka na południowym skraju Puszczy Kampinoskiej. Przed  czterdziestu laty Wólka była wsią drewnianą i fotografowałem tam wtedy drewniane chałupy. Przykłady budownictwa ludowego, jak o takich domostwach się mówi w turystycznych informatorach, były tam liczne. Z obfotografowywanej chaty wyszedł wtedy człowiek.
    - A po co pan to fotografuje? - Widzi pan - zacząłem opowiadać - to jest bardzo piękny budynek, o świetnych proporcjach, zabytek tradycyjnego budownictwa, teraz takich ładnych domów już się nie buduje...
    Gospodarz popatrzył na mnie z politowaniem. Pan to skąd? Z Warszawy? Potwierdziłem. A pan to mieszkasz pewnie w bloku? W bloku. To może by my się zamienili, co? 
   Wtedy do autobusu był z tej Wólki spory kawałek, pekaesy chodziły rzadko, zapchane do granic możliwości. Teraz do Wólki dotarłem z Warszawy miejskim autobusem, był to czysty, nowoczesny solaris, siedzenia miał wygodne, był w autobusie automat do sprzedaży biletów i trzy inne do tych biletów kasowania, na ekranach monitorów wyświetlano nazwy mijanych przystanków, głosem pierwszorzędnego spikera radiowego anonsowano nam nazwy tych przystanków, autobus mijał kolejne wioski, mijał  murowane domy i wille, co jedna to bardziej okazała. 
     Czas drewnianych chałup minął bezpowrotnie. W tym kraju - na który tak wielu Polaków narzeka bezustannie, a niektórzy politycy zbijają kapitał na tym narzekaniu  -  na skraju Puszczy Kampinoskiej znajdujące się miejscowości pyszniły się nieprzyzwoitym dostatkiem. Nie sądzę, aby ktoś z lokatorów tych domów marzył o przeprowadzce do naszych ciasnych mieszkań w  warszawskich blokach...  
     Dzisiaj rolnicy po wsiach nie budują domostw z drewna, pozostawiając tego rodzaju budowanie przybyszom z miasta, osiedlającym się na wsi po to, by tam wypoczywać i sadzić kwiatki, a nie siać i zbierać zboże. Drewniane jest dzisiaj droższe od murowanego, a budarzy brakuje na miejscu i  do stawiania letniaków sprowadza się często cieśli z dalekiego Podhala.
     Pół wieku temu niemal nikt nie miał samochodu, na wędrówkę turystyczną jechało się wyłącznie autobusami. Na grzyby jeździło się wynajętymi autokarami, wyjazdy organizowały związki zawodowe. Jak nie stać ich było na autobus, brało się zakładową ciężarówkę, pod plandeką na pace stawiane były ławki. Do Puszczy Kampinoskiej jeździły autobusy Państwowej Komunikacji Samochodowej z dworca Marymont w Warszawie, który znajdował się  przy początku ulicy Żeromskiego, to stare dzieje, stamtąd jeździło się do Truskawia, Palmir, Leoncina, przez jakiś czas także do Roztoki.
Marzec w Truskawiu. Okolice obecnej pętli autobusowej. Lata 60-te XX wieku. Fot.©L.Herz

   Od lat wieś Truskaw jest jednym z bardziej popularnych punktów wyjściowych dla wycieczek po Puszczy Kampinoskiej. Dzisiaj wycieczki zaczyna się albo na parkingu, jeśli przyjechało się autem, albo pośrodku wsi na autobusowej pętli, dokąd dojeżdżają miejskie autobusy od stacjo metra w Młocinach. Przed laty  autobus dojeżdżał tylko do początku wsi, dalej nie było asfaltu.  Od autobusu do puszczy
szło się  przez wieś ponad dwa kilometry. Wieś była wtedy niemal całkowicie drewniana, a domy stały bokiem do głównej ulicy, na której albo grzęzło się w błocie, albo brodziło w piachu po pachy. Teraz to zupełnie co innego. Inną ważną miejscowością na skraju Puszczy Kampinoskiej jest Leoncin. Na wielu pasażerów kończącego tam trasę autobusu PKS, jadącego z warszawskiego Marymontu, czekały furmanki, aby dowieźć przyjezdnych do ich rodzinnych domów w okolicznych wioskach.    
     Odnalazłem w swoim archiwum kilka fotografii z wiosek w Puszczy Kampinoskiej, niektóre z nich tutaj pokazuję. Warto zobaczyć, jak przed pięćdziesięciu laty wyglądała wieś podwarszawska. Na kilku szczytach sfotografowanych domostw widnieją namalowane białe kropki i krzyże. Warto o tym tutaj wspomnieć, bo prawie nikt nie wie co to było i dlaczego to było. Otóż, w części Mazowsza, swoim zasięgiem obejmując również obszar Puszczy Kampinoskiej, był zwyczaj malowania takimi kropkami szczytów chałup, w których znajdowała się panna na wydaniu. 
     We wsiach, w których ludność była mieszana, bo mieszkali w nich nie tylko katoliccy, polscy Mazurzy, ale i ewangelicy, koloniści niemieccy, na szczytach domów malowane białe krzyże podkreślały katolickie wyznanie panny. Najwięcej tak malowanych chałup oglądałem we wsiach zachodniej części Puszczy Kampinoskiej: w Karolinowie oraz Famułkach Królewskich i Łazowskich. Po kolonistach pozostały cmentarze i na nich nieliczne, zachowane, zrujnowane najczęściej nagrobki, ogarnięte przez dżunglę krzewów.  Tych chałup już nie ma i nie ma tych wsi.
Cisowe.W takim krajobrazie żyło się pod Warszawą jeszcze wcale niedawno. Fot.©L.Herz


Krzywa Góra. Dom ubogi, lecz chędogi. Fot.©L.Herz
Famułki Królewskie. Na miejscu tych domów rośnie już młody las. Fot.©L.Herz
Famułki Łazowskie. Nie ma już żadnego z tych domów. Tam już wsi nie ma żadnej.Fot.©L.Herz
Leoncin. Na pasażerów czeka autobus czasów Peerelu, typowy "ogórek". Fot.©L.Herz

 Wszystkie fotografie: Puszcza Kampinoska, lata 60- XX wieku. Ten tekst i te fotografie są publikowane 
po raz pierwszy. Publikowanie ich gdzie indziej bez zgody autora jest zabronione.