środa, 28 września 2016



Poczet drzew mazowieckich
Wiąz, drzewo nieznane 


Już jako dziecko lubiłem kolekcjonować jesienne liście. Na rodzinnych spacerach zbieraliśmy liście namiętnie, często urządzając konkursy kto więcej różnych liści różnych gatunków drzew zbierze. Bawiliśmy się rodzinnie kto więcej różnych liści w czasie spaceru zbierze. Do najbardziej cenionych należał liść wiązu. 
    Jak wygląda liść dębowy wie każdy. Z odróżnieniem liścia lipowego od dębowego nie wszyscy dają sobie radę. Większość z nas ma problem z rozpoznaniem wielu gatunków drzew, na przykład jaworu i jesionu, a z wiązem to już klops kompletny. A przecież liście wiąz ma bardzo charakterystyczne, niepodobne do żadnych innych.
 Wiązów się nie widuje często, a jeśli to raczej w parkach, niż w lasach. Bywają po wsiach. Znajoma warszawianka, rodem z mazowieckiej wsi nad Pilicą, powiada, że u niej na wsi „pełno było więzów”; tak się albowiem na wsi zazwyczaj mówi, nie „wiązów”, a „więzów” właśnie.  
Wiąz jest zwany także limakiem i spotykany głównie w lasach łęgowych i w wilgotnych lasach mieszanych. Stare wiązy mają niesamowity system korzeniowy, łatwo wichurom nie dają się powalić. Niekiedy korzenie wiązowe przypominają drzewa z wilgotnych lasów tropikalnych, najładniejsze fotografowałem na warszawskich Bielanach (oba zdjęcia poniżej, o różnych porach roku zdjęte).

 


Najpopularniejszy u nas wiąz szypułkowy nosi łacińską nazwę Ulmus laevis. Ulmus znaczy „wiąz” właśnie, a laevis należy tłumaczyć jako „gładki, nagi, śliski” i jest to być może nawiązanie do liści, które z wierzchu są gładkie lub  nieznacznie szorstkie.

Sytuacja wiązów jest dzisiaj dramatyczna, nie tylko na Mazowszu i nie tylko w Europie. Gatunek ten lubi wilgoć, a osuszenie odpowiadających im siedlisk stało się zapewne główną przyczyną chorób wiązów (grafioza) i w konsekwencji do zaniknięcia gatunku. A szkoda, bowiem drzewa te dobrze znoszą zanieczyszczenie powietrza. Wiązów już prawie nie widać. Zwartych drzewostanów wiązowych nie spotyka się zupełnie.      
 Z trzech polskich gatunków wiązów najpowszechniejsze są wiązy szypułkowe, acz i one są również nieczęste. Na Mazowszu można je podziwiać w niżej położonych partiach Lasku Bielańskiego. Warszawskie Bielany są swego rodzaju ojczyzną mazowieckich wiązów, bo prócz tych w lesie, jeszcze kilkanaście wiązów, będących pomnikami przyrody, rośnie obok budynków AWF w Warszawie.  
Najwspanialszy z wiązów mazowieckich rośnie z dala od Bielan, we wsi Osuchów koło Mszczonowa. W osuchowskim parku pałacowym jest sporo ogromniastych i zabytkowych drzew, wśród nich potężnych dębów kilka, a jeden z nich ma aż siedem metrów obwodu na wysokości piersi, ale dębów podobnych olbrzymowi z Osuchowa jest na Mazowszu trochę, natomiast prawdziwym ewenementem jest mający sześć metrów obwodu wiąz szypułkowy, na dodatek ma ma wspaniałą koronę. Widziałem go czterdzieści lat temu, dwór był wtedy w ruinie, wiąz prezentował się imponująco. Chciałem go niedawno odwiedzić, ale jest za płotem, za którym wznosi się ładnie dzisiaj odnowiony pałac. Ale za płot wejść nie można ot tak sobie, zaproponowano mi napisanie podania, w ustawowym terminie będzie rozpatrzone. O tyle to zabawne, że instytucja pod nazwą ZUS, która tam teraz gospodaruje, jest finansowana ze społecznych pieniędzy, także i moich, a więc jestem w jakiejś części właścicielem tego drzewa, no i jako współwłaściciel powinienem chyba mieć prawo spojrzenia na moje narodowe dobro przyrodnicze bez pisania w tym celu podania.  


Na Mazowszu wiązy rosną najczęściej w parkach podworskich: w Młochowie jest bardzo piękny, w Pęcicach rośnie najtęższy i on ma  niemal pięć metrów obwodu w pierśnicy, a w Jabłonnie jeden z kilku tam rosnących  nosi nazwę "Pepi" i zapewne pamięta czas, gdy  książę Józef Poniatowski w pałacu tamtejszym rezydował. Nie ma już wiązów we wsi Wiązowna, a przecież od nich najpewniej wioska ta wzięła swoją nazwę.

O kilku wiązach dowiedziałem się z internetu. Rzadko rosnący na Mazowszu gatunek wiązu, bardzo wiekowy wiąz górski rośnie nad wpadającą do niej rzeczką Ryksą na Ziemi Płockiej, przy w miejscu zwanym Rychliki, tam gdzie znajdują się pozostałości starego wodnego młyna i częściowo zburzona śluza, z której maleńka Ryksa wciąż każdej wiosny nabiera rozpędu.        
Natomiast we wsi Kaski niedaleko Szymanowa rosną dwa wiązy,  na internetowej stronie wioski pięknie je opisano: "patrząc na nasze wiązy warto pamiętać, że drzewa, szczególnie te ogromne i wiekowe, mają niezwykłą moc. Mogą pobudzić lub uspokoić, ułatwić medytację i złagodzić stresy. Wiąz to drzewo pojednania. Nauczy cię wybaczania i życzliwie nastawi do ludzi i świata. W jego cieniu odnajdziesz zrozumienie i tolerancję dla drugiego człowieka. Pozwoli ci inaczej spojrzeć na tych, których dotąd uważałeś za swoich wrogów. Podziwiaj ich piękno, pij napary z kory i liści lub po prostu przytul się do nich - naprawdę warto. Pamiętaj o tym przy najbliższej okazji, kiedy odwiedzisz naszą okolicę.”

Jeszcze tych drzew nie widziałem, na pewno zobaczyć pojadę, wspaniale ich miejscowi na swoich internetowych stronach rekomendują. Może u stóp tych wiązów się spotkamy? kto wie? 
 






niedziela, 18 września 2016


Kaplica z Tarnowa nad Wisłą
      Przed wielu laty wędrowałem nadwiślańską okolicą w sąsiedztwie Wilgi. Z gromadą przyjaciół szliśmy pieszo ku Maciejowicom, aby odwiedzić miejsce ostatniej bitwy Tadeusza Kościuszki. Byliśmy młodzi, okolica nam się podobała i chociaż to tylko kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, wszystko tam pachniało egzotyką. W Tarnowie nad Wisłą wypadł nam wtedy nocleg. Gospodarze pozwolili spać w stodole, w sąsieku nocą biegały po nas myszy, ranek był jesienny, mglisty chłód szedł od Wisły, myliśmy się na podwórku, polewając wodą z wiadra, wydobywanego ze studni kołowrotem.  Takie to było wtedy nasze turystyczne wędrowanie. A i stodoły były wtenczas po wsiach mazowieckich. To było moje pierwsze spotkanie z tym nadwiślańskim Tarnowem. 
    Nazwa Tarnowa pochodzi od prasłowiańskiego słowa tarn, oznaczającego cierń. Od tego prasłowiańskiego ciernia pochodzi też nazwa ciernistej tarniny. Znajdowała się tu siedziba mazowieckiej rodziny Tarnowskich. W wieku XVI Andrzej Olt Tarnowski  był podstolim, a następnie podczaszym ziemi czerskiej. Stał we wsi kościół modrzewiowy nad Wisłą, rzeka zmieniła bieg, kościół rozebrano, parafię przeniesiono do niedalekiej Samogoszczy. W  Tarnowie, w roku 2010 na kilkumetrowej wysokości klifie nad rzeką, pobudowana została kaplica i jest ona znakomitym przykładem skromnej i dobrej architektury minimalistycznej. W kraju, gdzie co druga nowa budowla sakralna jest przykładem wielkiego bezguścia, a co trzecia przykładem  pretensjonalności, kaplica ta jest zjawiskiem niezwykłym. Czapki z głów, proszę państwa !


Kaplica powstała jako votum mieszkającego w okolicy anonimowego  fundatora. 
Jest niewielka, zbudowana całkowicie 
z drewna 
i jedynym źródłem światła jest całkowicie przeszklona szczytowa tylna ściana. Z wnętrza przez tę ścianę widać Wisłę, z rzek europejskich najpiękniejszą.

W Tarnowie udało się stworzyć niezwykłe miejsce, sprzyjające duchowemu kontaktowi z Tym, który jest. Surowa prostota tej kaplica zdaje się przypominać czasy pierwszych chrześcijan i bywa szokiem dla dzisiejszych katolików, przyzwyczajonych do przeładowanych na ogół wnętrz swoich świątyń. We wnętrzu kaplicy jest tylko ikona Matki Boskiej, zwrócona w kierunku nadwiślańskiego widoku. I tak jest dobrze, bo gdzież ma patrzeć Królowa Polski, jak nie na królewską polską rzekę, jak nie na kraj, powierzony Jej opiece?
   Zbudowano tę kaplicę według projektu pracowni architektonicznej Marty i Lecha Rowińskich. Proboszczowi z Samogoszczy, w którego parafii znajduje się Tarnów,  kaplica się  nie podoba, mówi, że nie ma tam obrazu Boga, jest tylko ten widok na nadwiślańską pustkę. W konkursie architektonicznym tygodnika "Polityka" w roku 2012 kaplica tarnowska znalazła się w finale. To kościół, który przepuszcza przez siebie świat stworzony przez Boga i jest to w polskiej rzeczywistości naprawdę coś - komentowali swój wybór głosujący na kaplicę.  Dominikański miesięcznik "W drodze" dał zdjęcie tej kaplicy na okładkę swojego październikowego numeru w roku 2012. Krążą zdjęcia kaplicy po internecie. O kaplicy z Tarnowa wie cały świat.   Bardzo chciałem i ja ją zobaczyć. Zjawiłem się tam o poranku, w słonecznej, jesiennej pogodzie. Urodziwa Wisła płynęła obok. To było to.
Wisła koło Tarnowa w pobliżu Wilgi. Fot.L.Herz

środa, 7 września 2016





Fidest  


Byłem niedawno w tej niewielkiej wiosce, położonej  na południe od Wyszkowa, z trzech stron obramowanej przez lasy, będące pozostałościami historycznej Puszczy Kamienieckiej.Wybieram się tam znowu.  Fidest należy do tych licznych wiosek na Mazowszu, w których nie ma niczego do obejrzenia. Takie wioski są zazwyczaj pomijane przez tych, którzy szukają miejsc znanych, pełnych tłumów odwiedzającej je publiczności. Dlaczego więc o tej wiosce piszę? Czemu ją wciąż i wciąż odwiedzam? Co w niej jest, że tak bardzo mnie ku sobie ten Fidest ciągnie? To jest wciąż polska, mazowiecka wioska, ale ta wieś nie żyje już z rolnictwa. Pola i łąki nie są uprawiane, zdziczały ogromnie i trzeba przyznać, że wygląda to niezwyczajnie ładnie, krajobraz okolicy stał się albowiem fascynująco piękny. A w lasach uroczyska Fidest żyją łosie, żurawie, czarne bociany, bobry tam bywają, planuje się nawet rezerwat. Tam są bardzo ładne, rozległe sosnowe bory i bagienne olsy, dla przyrodnika bardziej interesujące są olsy, dla grzybiarzy bory, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Krajoznawca również.
Sosnowe bory, pozostałość dawnej Puszczy Kamienieckiej koło Fidestu. Fot.L.Herz
Dziczejące łąki wokół wsi. Jeszcze nie tak dawno były uprawiane. Fot.L.Herz

Nie jest znane pochodzenie nazwy wsi i pobliskiego uroczyska leśnego. Skąd się wzięła ta dziwna nazwa — Fidest? Można przypuszczać, iż jest to gwarowa forma prawniczego określenia: fideikomis, fideicommisium. Ten termin znany był już w prawie rzymskim. Było to rozporządzenie spadkodawcy, zobowiązujące spadkobiercę do dalszego przekazania majątku w stanie nie uszczuplonym, według ustalonego porządku dziedziczenia. Fideikomisem była ordynacja rodowa lub majorat. W zachodniej Europie przejęto tę formę z prawodawstwa starożytnego Rzymu w wieku XVII, do Polski przybyła przez Francję w wieku XIX. Łaciński wyraz „fides" odpowiada polskiemu: „wiara".

Uregulowana i w kanał wpuszczona rzeczka Fidest wśród bagiennych olsów Fidestu. Fot.L.Herz
      Tak, jak i wioska, Fidest nazywa się przepływająca tędy struga. Płynie od uroczyska Rudna Góra, tam przerzyna się przez pasmo wydm i jest to wcale ładny zakątek okolicy. Od wielu lat struga jest już uregulowanym kanałem. Dodajmy tutaj, że w niedalekim sąsiedztwie jest uregulowana dzisiaj rzeczka o równie dziwnej nazwie: Fiszor. To jedyne polskie rzeki, których nazwa zaczyna się na literę F. Zdaje się, że i jedyne na świecie. A skąd nazwa - Fiszor? Dalipan, nie wiem. Można tylko przypuszczać, że jest to echo niemieckiego słowa Fisch, oznaczającego rybę. Nie wydaje się, aby w tym kanaliku żyły jakieś ryby. Chociaż... kto je tam wie.
     Przez wioskę przechodzi szeroka droga Traktu Napoleońskiego, piaszczysta i błotnista, wiodąca od przeprawy na Bugu w Kamieńczyku w kierunku Warszawy. Kiedyś tędy ruch był na całego. Jechały wiejskie furmanki i pańskie karety. Kupcy tym traktem jechali i polscy królowie jeździli, może więc i sam cesarz, gdy najeżdżał na Rosję, albo z niej jak niepyszny tym traktem uciekał? 

Leśny trakt koło Fidestu. Tutaj mówią: Gościniec Napoleoński. Fot.L.Herz
      Sto trzydzieści lat temu, w czasie powstania styczniowego, w te strony przybył z Siedleckiego, oddział ponad dwustu powstańców. Dowodził nim naczelnik powiatu siedleckiego Józef Matliński, pseudonim „Jan Sokół”. Działał zrazu nad Bugiem koło wsi Sterdyń, ale zmuszony był uchodzić stamtąd przed wojskami carskimi, aby przez Ugoszcz i Łochów dotrzeć w lasy, rozciągające się wokół dolnego Liwca, za linią kolejową. Zaalarmowało to Rosjan, stacjonujących w Jadowie i Łochowie. 6 marca 1863 r. rosyjska kompania z Łochowa weszła w lasy. Obok wsi Gwizdały zaatakował ją Matliński. Po wyrównanej walce oddział polski wycofał się w głąb lasów, w stronę Jerzysk. Tu nastąpiło starcie z silnym patrolem Kozaków. Matliński znów uszedł.   
   Był mądrym dowódcą. Unikał walki w otwartym polu. Prowadził wojnę partyzancką. Szarpał. Słał grupy dywersyjne, które rozkręcały szyny kolejowe, niszczyły linie telegramu. Wreszcie jednak Rosjanie powstańców wreszcie dopadli, stało się to 12 marca w rejonie Fidestu. 700 żołnierzy i 20 kozaków. Niespodziewane uderzenie spowodowało zrazu duże zamieszanie polskich szeregach, oddział jednak atak odparł i pod osłoną strzelców wycofał się. Poległych pochowano na cmentarzu w pobliskim Kamieńczyku. Matliński dobrze znał te okolice, dzierżawił majątek Świnotop nad Liwcem, on jest po sąsiedzku z nadbużańskim Kamieńczykiem, ale i ze śródleśnym Fidestem również. 
W Kamieńczyku jest mogiła powstańców walczących pod Fidestem. Fot.L.Herz
     Inni Polacy, w walce z innym okupantem, osiemdziesiąt lat później prowadzili walkę tymi samymi metodami. Gubernator hitlerowski skarżył się, że „od końca kwietnia nie upłynie dzień ani noc, aby nie wydarzyły się akty napadów, mordów albo sabotaży. Chodzi przy tym nie o pojedyncze akcje, ale o coraz bardziej systematyczne poważne napady sił podziemnych na życie i własność Niemców". Starosta z Ostrowi Mazowieckiej podawał, że w kwietniu i maju roku 1943, działalność partyzancka „wzrastała z tygodnia na tydzień, a w ostatnim tygodniu maja osiągnęła punkt szczytowy". Hitlerowski odwet był straszliwy. Tylko w okolicy Fidestu, w ciągu dwóch dni rozstrzelano pół tysiąca osób. Część w Fideście, część w Rybienku, wyciągniętych z przejeżdżających pociągów osobowych.
     Wiele lat wcześniej, w roku 1877 we wsi Fidest urodziła się Julianna Karp, córka Adama Karpa i Anieli z Gizewiczów. To była szlachta podlaska ci Karpowie. W ciągu trzech wieków sprawowali ważne funkcje urzędowe i kościelne w Rzeczypospolitej. Wśród nich byli także fundatorzy kościołów katolickich na ziemi podlasko-mazowieckiej i posłowie Ziemi Bielskiej. Rodzice Julianny utrzymywali się z pracy na roli. W roku 1899 Julianna Karp wyszła za mąż. Jej wybranym był starszy od niej o rok Stanisław, syn Piotra Wyszyńskiego ze wsi Gać, położonej o kilka kilometrów od Fidestu, za lasem. Jeszcze ćwierć wieku temu była to wieś całkiem zagubiona wśród lasków, piasków i mokradeł. Zupełnie tam trafić się nie dało. Stanisław był pierwszym z siedmiorga rodzeństwa. Czego, jak czego, ale na polskiej wsi dzieci nigdy nie brakowało. W Gaci Stanisław spędził dzieciństwo i młodość, a że od dzieciństwa zdradzał zdolności muzyczne, postanowił zostać organistą. Pierwsze lekcje pobierał u swego parafialnego organisty w Kamieńczyku, chodził pieszo ze swojej wsi, oddalonej o sześć kilometrów. Swego dopiął, organistą został, w jego trzeciej z kolei parafii, w której pracował, w Zuzeli nad Bugiem, w roku 1901 przyszedł na świat jego syn, Stefan, późniejszy prymas Polski. I tak, poprzez Juliannę Karp, dzięki jej synowi, maleńka i nikomu nieznana miejscowość o zupełnie niezrozumiałej nazwie, została wprzęgnięta w historię Polski.
Julianna z Fidestu  i Stanisław z Gaci Wyszyńscy z dziećmi. Stefan to jest  ten najmniejszy..
     
        W oddaleniu od domostw wioski, otoczony rozkosznie uroczymi łąkami, które od lat nie są już uprawiane przez mieszkańców wsi, znajduje się domostwo  pana Leona Gruzda, a obok niewątpliwie największa atrakcja wioski: plenerowy ogród rzeźb, dzieł tego artysty rzeźbiarza, który w Fideście się zakotwiczył. Stoją w tym ogrodzie rzeźby drewniane, które artysta nazywa „fideściakami". Są i rzeźby w kamieniu ciosane, on najbardziej z takim tworzywem lubi się mocować. Sąsiedzi mówią o jego pracy z podziwem: panie, ileż to krzepy musi mieć w sobie ten człowiek, żeby tak ciężko przy tym kamieniu pracować! Gdy osiadł w Fideście, nie miał zrazu łatwego życia, przez kilka pierwszych lat w czasie jego nieobecności niszczono mu, co się tylko dało. Ale z czasem wieś go zaakceptowała, a jak się zorientowała, że on jest sławny, że obcy ludzie do ich Fidestu specjalnie dla niego przyjeżdżają, wtedy został zaakceptowany i Fidest począł być z niego dumny. Ot, życie.


W plenerowym ogrodzie rzeźb p.Leona Guzda wśród rajskiego pejzażu Fidestu. Fot.L.Herz 

     


piątek, 2 września 2016


Petrykozy Wojciecha Siemiona

Dwór w Petrykozach. Fot.L.Herz




    Na Wysoczyźnie Rawskiej, ziemi mszczonowskiej, za pasmem lasu i przetykanych łąkami i polami zagajników, w mozaikowatym pejzażu mazowieckim, znajdują się Petrykozy. Całe lata słynęły stopięćdziesięcioletnim dworem, w którym frasowały się drewniane świątki, pieczołowicie od lat zbierane przez gospodarującego tam, niestety już nie żyjącego Wojciecha Siemiona i gdzie obok dworu  zgromadził on zabytkowe chałupy i drewniane wiatraki z rozpostartymi szeroko skrzydłami. Gdy zachodziłem do Petrykoz, on także szeroko rozkładał ramiona na powitanie. Wyglądał jak dziedzic z dziada pradziada, on, syn wiejskiego nauczyciela z Krzczonowa na Lubelszczyźnie, człowiek o chłopskiej urodzie. Kto wie, czy nie była to najlepsza rola znakomitego aktora, w którą wkładał moc serca. A serce miał ogromne.
Wojciech Siemion w rozmowie z gośćmi w swoim dworze. Fot.L.Herz

    Dla swoich gości był gościnny  po polsku. Z dumą oprowadzał po dworze,  objaśniał swoje zbiory szczegółowo i ze znawstwem. Jego objaśnienia były jak mały teatr, przetykany obszernymi cytatami poezji najwyższego lotu. Pamięć miał fenomenalną. Całą swoją karierę oparł na tej pamięci. Całą swoją karierę podporządkował swojej pasji kolekcjonerstwa, nawet to, że przez długie lata sprzedawał się jako sztandarowa postać polskiego komunizmu. Czy mam mu to za złe? Nie do końca. To temat na osobne rozważania, bowiem – jak wiadomo – życie nie składa się tylko z obrazów czarnych i białych. Są barwy pośrednie.
    W dworze zgromadził imponującą kolekcję doskonałych grafik i obrazów, których autorami są pierwszorzędni polscy malarze z górnej półki, m.in. Malczewski, Witkacy, Czapski, Lebenstein, Gielniak. To na parterze. Natomiast w piwnicy stworzył rewelacyjną galerię sztuki ludowej. Nim zaprosił tam gości, pomiędzy ludowymi świątkami ustawiał zapalone świece. Spektakl był urzekający. Wychodziło się stamtąd pod wielkim wrażeniem.
    Ostatnim razem, gdy tam byłem, zapadła już noc, sylwetka dworu rysowała się na tle granatowego nieba, okna jarzyły się światłem, nagie, jeszcze bezlistne drzewa wyciągały konary ku płonącej nad Petrykozami wieczornej gwieździe, nie chciało się odjeżdżać, chciało się zamknąć ten obraz w dłoniach i przycisnąć do serca. To już czas przeszły. Nie żyje już Wojciech Siemion. Nie dożył dnia – na szczęście – w którym dwór spłonął.  Na warszawskich Powązkach  odwiedziłem jego grób. Spoczywa pośród zasłużonych, wokół marmury, granity, wymyślne kompozycje. To prawda, należało mu się tam miejsce, jest pośród dobrego towarzystwa, lecz przecież  jego grobek powinien być maleńki, jeno trawą obsiany, tylko z prostym drewnianym krzyżem u głowy i na pewno gdzieś na wiejskim cmentarzu pośród mazowieckich pól i zagajników, najlepiej w Żelechowie koło Nadarzyna, na tym samym cmentarzu na którym pochowany został Józef Chełmoński. Na pewno obaj mieliby sobie wiele do powiedzenia....
Tyle z dworu zostało w Petrykozach. Smutne i przejmujące szczątki. Fot.L.Herz

    Niewiele zostało z dworu w Petrykozach. Poszczerbione mury, trochę  dachu. Zza drzew podworskiego parku widać drewniany wiatrak. Zamknięta brama ogrodzenia, na niej kłódka, która zdążyła już zardzewieć. Smutny widok, smutne refleksje.  I tak już mamy na podwarszawskim Mazowszu dwa takie miejsca, Siemionowe Petrykozy dołączyły do Zegrzynka Jerzego Szaniawskiego.  
    Ukochanym malarzem Siemiona był Chełmoński. Ukochanym poetą - Norwid. Umiał na pamięć ogromną ilość jego wierszy. Recytował je wspaniale. Opowiadał o nich, komentował. Norwidem żył. Był jego duchowym bratem.

       Wieś i niebo - dwa pojęcia,
       Które ranny brzask umila,
       Były dla mnie, dla dziecięcia,
       Jak dwa skrzydła dla motyla.
       Wsią i niebem żyłem cały,
       O nich skrzydła mi szumiały,
       A kłos złoty biorąc z ziemi,
       I kłos słońca, promień złoty,
      Wierzchołkami złączonemi
      W tajemnicze wiłem sploty,
      I bujałem nieugięty,
      I bujałbym tak na wieki...


    Pod Petrykozami najładniej pachnie późne lato, nigdzie na Mazowszu nie pachnie tak, jak tutaj.  Żaden to park narodowy — choć szkoda — i żaden park krajobrazowy — choć żałować należy. Ot, po prostu, zwyczajne Mazowsze. Mazowsze, jakiego się nie zna.








poniedziałek, 29 sierpnia 2016


Opowieść o dłużewskim dworze


Dwór w Dłużewie. Fot.L.Herz


Lubię tam jeździć, albowiem dolina Świdra na  wschód od Kołbieli jest na podwarszawskim Mazowszu jednym z tych miejsc, które rasowego krajoznawcę szczególniej mocno przyciągają ku sobie. Nieopodal Radachówki, Majdanu, Dłużewa łąki wypełniają jej przestrzeń, płaską, rozległą i ginącą na horyzoncie. Są to dzisiaj zmeliorowane tereny mokradeł, zwane Bagnem Powstańców, a nazwa ta upamiętnia polskich powstańców, ukrywających się w wieku XIX pośród wtedy rosnących na tych mokradłach lasów. W takim to krajobrazie za szykownym ogrodzeniem, otoczona zabytkowym parkiem, bieleje sylweta eleganckiego, murowanego dłużewskiego dworu, w którym dzisiaj gospodaruje Akademia Sztuk Pięknych z Warszawy. Chociaż jest to dwór wybudowany stosunkowo niedawno, należy do najcenniejszych zabytków dworskiej architektury i to nie tylko na Mazowszu.

Dłużew był rodową siedzibą Dłużewskich herbu Pobóg, do których należało też pobliskie miasteczko Siennica. Zanim zbudowano obecny murowany dwór w Dłużewie, znajdował się tam dwór drewniany. Zamiar pobudowania nowej, okazalszej budowli, podjął Stanisław Dłużewski. Gospodarz chciał, aby jego nowa siedziba odpowiadała duchowi neoromantyzmu narodowego, więc aby była polską w charakterze, a zarazem nowoczesną i modną. Modna była bowiem w tym czasie wiara w odrodzenie przez lud, a literatura i plastyka obficie korzystały z tematyki folklorystycznej i wszyscy niemal liczący się twórcy wykorzystywali elementy ludowo narodowe, co w epoce rozbiorowej na ziemiach polskich, gdy nie istniało samodzielne polskie państwo, miało jeszcze dodatkowy posmak niemalże rewolucyjnej prowokacji politycznej.

Idący tym tropem Stanisław Dłużewski pomyślał o Stanisławie Witkiewiczu, twórcy najbardziej wtedy modnego stylu, zwanego zakopiańskim. Witkiewcz w roku 1899 propozycję przyjął i sporządził projekt znakomity. Dłużewski w międzyczasie zgromadził drewno na budowę. Przyszło jednak nieszczęście i pożar strawił zabudowania gospodarcze w Dłużewie oraz zgromadzony na budowę materiał. Projekt Witkiewicza pozostał tylko na papierze. Trudno osądzić, czy pomysł przeniesienia in extenso zakopiańszczyzny w dolinę Świdra był pomysłem najbardziej szczęśliwym. Niewątpliwie praca Witkiewicza byłaby tutaj oryginalnym akcentem w krajobrazie. Oglądane dzisiaj ryciny projektowe przedstawiają budowlę na pewno bardzo piękną. Kto wie, czy nie ładniejszą i efektowniejszą, niż witkiewiczowska "Koliba" przy ulicy Kościeliskiej w dolnym Zakopanem.

Kolejny projekt, tym razem dworu murowanego, wykonał Jan Heurich junior. I ten właśnie projekt, równie jak tamten świetny, chociaż zupełnie od tamtego odmienny, został zrealizowany i dzisiaj cieszy nasze oczy. Dwór, zaprojektowany przez Heuricha, nawiązuje  do klasycyzmu przełomu wieków XVIII i XIX i przypomina polskie dwory powstające u schyłku panowania Stanisława Augusta. Historycy sztuki zajmujący się architekturą początku XX wieku utrzymują, że to właśnie dwór w Dłużewie rozpoczyna w architekturze polskiej tzw. styl dworkowy, będący bodaj najpopularniejszą propozycją stylu narodowego, jaką wysunięto u nas na przełomie XIX i XX stulecia. Czapki z głów, drodzy Czytelnicy. Dłużewski dwór nie jest budowlą tuzinkową...

Jesienią roku 1939 ten dwór stał się miejscem, w którym gromadzili się najprzeróżniejsi uciekinierzy z Warszawy. Wśród uciekinierów była też pisarka Zofia Nałkowska, błąkająca się po podwarszawskich okolicach i przerażona tym, co się wokół działo i której zdawało się, że na wsi odnajdzie spokój i bezpieczeństwo. Nie odnalazła. Dwór jej się też nie podobał. „Duży dom, niestary, brzydki" zanotowała 1 października w swoich „Dziennikach czasu wojny".

Architektoniczne realizacje w polskim stylu narodowym niekoniecznie ograniczały się do powielania form tradycyjnych i w dwudziestoleciu międzywojennym XX wieku, w epoce w której królować począł modernizm, niekiedy wcale udanie go łączyły z formami tradycyjnymi. Większość tyczyła budowli sakralnych. Dwór w Dłużewie był jednym z najdoskonalszych przykładów dworkowej architektury w narodowym stylu polskim.

Teraz, na prawo i lewo, niemal wszędzie widać współczesne wille w dworkowym stylu. Jest to modne odwołanie się do polskiego sarmatyzmu. Proszę się jednakowoż przyjrzeć tym, realizacjom i porównać je z tym, co wzniesiono w Dłużewie. Kto ma oko, ten zobaczy co należy, a więc, że to, to już nie to.






środa, 17 sierpnia 2016


Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza:
nad Radomką w Puszczy Stromieckiej  
koło Ryczywołu

Nad Radomką koło Ryczywołu. Fot H.T.Tomaszewscy

Na południowych krańcach historycznego Mazowsza płynie Radomka, a na jej północnym brzegu jest Puszcza Stromiecka. Na skraju tej puszczy, w pobliżu  ujścia Radomki do Wisły, znajduje się Ryczywół. Osada została założona na dawnym szlaku  handlowym, wiodącym  z  Rusi  Halickiej  na  Śląsk. Tym szlakiem przepędzano wielkie masy bydła i innych zwierząt hodowlanych, a  w Ryczywole przeprawiano się na drugą stronę rzeki i zatrzymywano  na popas. Stąd   prawdopodobnie  Ryczywół wziął swoją nazwę. Początki osady datowane są na wiek XIII, była tam już wtedy parafia. Wiek potem, w roku 1388 Ryczywół był już miastem królewskim, znajdował się w nim dwór królewski i komora  celna,  która pobierała cła na moście od przejeżdżających traktem i przepływających Radomką. Od dawna nie jest już miastem ten Ryczywół, a z czasów lokacji miasta pozostał tylko średniowieczny zarys rynku, na którym dzisiaj jest zieleniec. Zabudowa wokół parterowa, przypadkowa. Przy tym placu jest murowany kościół i przystanek autobusowy, dwa najważniejsze miejsca osady. |Ten przystanek jest bardzo akuratny na rozpoczęcie na nim wycieczki do pobliskiej puszczy. 
Radomka z Puszczy Stromieckiej. Fot.H.T.Tomaszewscy
        Płynąca obok Ryczywołu rzeka Radomka  (zwana dawniej Radomierzą)  jest długim na około sto kilometrów lewobrzeżnym dopływem Wisły. Wypływa z urodziwych lasów w okolicy Przysuchy na wysokości ok. 310 m n.p.m. Ujście do Wisły znajduje się na wysokości ok. 160 m n.p.m. nieopodal Ryczywołu. Na południowym brzegu rzeki jest Puszcza Kozienicka, na północnym brzegu Puszcza  Stromiecka  (albo: Stromecka. Tak też piszą tę nazwę). Okalają  puszczę  trzy doliny rzeczne, prócz doliny Radomki także  dolina  Wisły i dolina  Pilicy. W puszczy przeważają  drzewostany w średnim wieku, dominują bory sosnowe  i  mieszane, sporo w nich   dębów, runo mają urozmaicone, sporo tam jeżyn. Nie ma w tej puszczy nadzwyczajnych osobliwości przyrodniczych, występują jednak rośliny cenne i chronione, np. kilka gatunków widłaków i storczyków, wawrzynek wilczełyko, lilia złotogłów, orlik pospolity, sasanki, konwalia majowa. Starodrzewów niewiele, tylko około 2,5% powierzchni leśnej,  to drzewostany najstarsze. Są jednak w tej puszczy fragmenty leśne wielce dorodne, chociaż nie są wiekowe. Wiodące prostymi jak strzała leśnymi duktami linie oddziałowe ciągną się kilometrami. Wiele  z tych duktów wędrowcom dają zaznać smaku leśnej przygody, są nie przejeżdżone, zarośnięte trawą, z wchodzącymi na nie krzewami podszycia. Innymi z duktów wiodą wygodne, żwirowe drogi, ułatwiające zwózkę drewna. Teraz po wyrąbane dłużyce nie przyjeżdża się sprzężajem konnym, teraz przyjeżdżają po nie potężne samochody z przyczepami, na które ścięte pnie ładuje się dźwigami. Taki jest teraz las, tak się w lesie tym gospodaruje.  


Starodrzew dębowy w rezerwacie nad Radomką. Fot.L.Herz
        Stosunkowo blisko Ryczywołu znajduje się w tej puszczy rezerwat „Dęby Biesiadne nad Radomką” o powierzchni ok.17 ha, dość niedawno utworzony dla ochrony  naturalnych grądów typowych, a głównym przedmiotem ochrony jest 220-letni starodrzew dębowy z dużym udziałem grabu oraz przyległe zbiorowiska grądów i łęgów. Dominującym siedliskiem leśnym jest w rezerwacie las świeży. Pojęcia nie mam skąd ta nazwa i kim był patron rezerwatu, bo jest to rezerwat imienia Mariana Pulkowskiego. W internecie odpowiedzi na te pytania nie znalazłem. Zwiedzanie rezerwatu dostępne jest tylko dla upartych i pod warunkiem, że mają przyzwoitą mapę w dobrej skali i odnajdą właściwą drogę, która do rezerwatu doprowadzi. Kierunkowskazu żadnego nie ma. Jak już się tę drogę odnajdzie, wtedy już wiadomo, że było warto, takich lasów nie widuje się zbyt często, ten jest wyjątkowo. Najpiękniejsze miejsce w rezerwacie znajduje się tuż nad Radomką, o która rezerwat się opiera. Śladowe ślady ścieżek tam doprowadzają, a miejsce jest wspaniałe, to prawdziwe sanktuarium naturalnej przyrody. Wiele imponujących miejsc przyrody na Mazowszu widziałem, to tutaj znajduje się w ścisłej czołówce. A zobaczyłem go dopiero teraz, po pięćdziesięciu latach łażenia drogami i bezdrożami mazowieckimi, dopiero w sierpniu roku 2016.Ile jeszcze miejsc podobnych ukrywa się przede mną. Fantastyczne jest to Mazowsze, na którym  wciąż coś nowego daje się odkryć. Po prostu - rewelacja.
Takich, prawdziwie puszczańskich lasów, nie widuje się zbyt wiele. A tutaj taki jest! Fot.L.Herz

     Najstarszą wzmiankę o Puszczy Stromieckiej spotyka się u Jana Długosza. Pisze on o Tatarach, przebywających w okolicach Sieciechowa, którzy napadli na Polskę w roku 1241 „zatrzymali się w wielkim lesie, który u Polaków zowią Stremech”. Jest to zniekształcona nazwa Stromca; w tej wsi znajdowała się siedziba administracji tej puszczy. Stanisław Rospond nazwę Stromca wywodzi od wyrazu >strom<, czyli miejsce strome, urwisko, ale zwraca też uwagę, że wyraz >strom< tyczył też drzewa, zarówno u Polaków, jak i u Czechów, ale u nich taka nazwa drzewa przetrwała i wciąż jest używaną. 
     Podczas walk dzielnicowych za Leszka Białego w 1250 roku  obszar między Pilicą a Radomką został odłączony od Korony na rzecz Księstwa Mazowieckiego i odtąd możemy uważać tę puszcżę za mazowiecką. W końcu XV wieku puszcza stała się dobrami królewskimi, które podczas zaborów zostały lasami skarbowymi. Po Kongresie Wiedeńskim lich część rozdano rosyjskim oficerom za uśmierzenie Powstania Listopadowego. W czasie hitlerowskiej okupacji lasy kryły partyzantów, pośród pól na skraju lasu na spadochronach lądowali cichociemni. Te okolice sporo przeżyły, warto o tym wiedzieć.

Mgły poranne nad Radomką. Po zimnej nocy woda w rzece paruje. Fot.H.T.Tomaszewscy

     Nad Radomką leży niewielki Chodków. Tylko połowa zabudowań należy do miejscowych, można je rozpoznać po tym, że dachy mają kryte eternitem. Tylko starzy i niebogaci mają dzisiaj eternit na dachach. Z dachami eternitowymi sąsiadują w Chodkowie eleganckie, wyzywająco czerwone dachówki na dachach willi, wybudowanych przez przybyszy, zwabionych urodą tutejszych "okoliczności przyrody". Wieś ma swoje lata, notowana już była we wczesnym średniowieczu. Nazwa pochodzi zapewne od staropolskiego imienia Chot (Kot), w niektórych dokumentach pisana jako Kotków. 1 października 1939 roku po przeprawie przez Wisłę zatrzymał się tu na popas oddział mjr. Henryka Dobrzańskiego - "Hubala". Szedł lasami z Puszczy Augustowskiej ku lasom świętokrzyskim, wioska Chodków jest otoczony lasami  i znakomicie nadała się na postój zmęczonych marszem koni i żołnierzy. Ale i tu dopadł Hubala nieprzyjaciel. Jeszcze tego samego dnia stoczył on potyczkę z wojskami niemieckimi w położonej po drugiej stronie Radomki wsi Wola Chodkowska.   
Pomnik w Chodkowie. Fot.L.Herz

      Najbardziej znaną miejscowością tej okolicy są Studzianki Pancerne. Późnym latem roku 1944 na terenach pomiędzy Pilicą, a Puszczą Stromiecką, został utworzony przyczółek, nazwany później warecko - magnuszewskim.  1 sierpnia radzieckie wojska przekroczyły Wisłę, w Warszawie gorzało już powstanie, tutaj o utrzymanie przyczółka toczyły się ciężkie walki. Mieszkańcy  masowo opuszczali swoje domostwa, dobytek pakowano na wozy, kto wozu nie miał, brał wory na własne plecy, a czego się nie dało zabrać, to zakopywano w ziemi. W czasie walk  Studzianki  przechodziły z rąk do rak rąk aż siedem razy!
   Biografem walk na przyczółku, szczególnie polskich pancerniaków z brygady im. Bohaterów Westerplatte, był Janusz Przymanowski, autor popularnej swego czasu powieści i wciąż popularnego serialu telewizyjnego.  Pod  Studziankami narodziła się legenda czterech pancernych i psa Szarika. Tam jest pomnik - mauzoleum, zwieńczony najprawdziwszym czołgiem T-34, który  brał udział w bitwie. Na przyjeżdżających do Studzianek wycieczkowiczów niekiedy czeka tam przyodziany w mundur czołgisty młody mieszkaniec wsi z psem przy boku, na podobieństwo białego niedźwiedzia z zakopiańskich Krupówek gotowy do pozowania fotografującym turystom.  
Czołg T-34  z pomnika w Studziankach na skraju Puszczy Stromieckiej. Fot.L.Herz




      Nazwa wsi Studzianki wywodzi się od potocznego określenia „studzone”, czyli chłodne miejsce, chłodna  woda,  „studzić  –  chłodzić  oziębiać.  Historia  osadnictwa  na  terenie  wsi  Studzianki sięga XIV w., pierwsze zaś wzmianki pisane pochodzą dzieła  Jana  Długosza  „Liber  Beneficiorum”.  Zagubiona w lesie osada zdawała się być uodporniona swoim położeniem przed potyczkami, bitwami i wojną. Niezupełnie tak było. Podczas potopu szwedzkiego w  1656  roku  pod karczmą w Studziankach  hetman Czarniecki wziął  do  niewoli  30  rajtarów  wroga.  Jednak  to za sprawą wydarzeń z końca II wojny światowej wieś Studzianki przeszła do historii.  Pancernymi zostały Studzianki w czasach peerelowskich.  
Krajobraz pól koło Studzianek. To na nich walczyły ze sobą czołgi w 1944 roku. Fot.L.Herz

      W Studziankach zbiegają się trzy szlaki znakowane dla pieszych, wszystkie są długie, wytyczano je i znakowano w czasach, gdy bardzo na czasie były rajdy zbiorowe na gwiaździstych trasach z zakończeniem w ważnym politycznie miejscu, a tutaj takie właśnie było. Radomka przypomniała o sobie turystom dopiero ostatnimi laty, radykalne zmniejszenie zanieczyszczenia nastąpiło po roku 1994, a to dzięki uruchomieniu biologicznej części oczyszczalni ścieków dla miasta Radomia, który zrzucał swoje nieczystości do rzeczki Mlecznej, dopływu Radomki. Kajakowy szlak Radomki stał się dość popularny. 

Hani  i Tadeuszowi Tomaszewskim z Woli Chodakowskiej dziękuję za udostępnienie zdjęć Radomki do tego postu
  Post scriptum. Po dwunastu dniach, w czasie których ten post "wisiał" w internecie, obejrzało go zaledwie osiem osób. Podczas, gdy zeszłorocznym postem o Lesie Młochowskim pod Warszawą zainteresowało się w tym czasie blisko sto osób, a postem o Nieporęcie jeszcze więcej, tylko w niespełna dwa tygodnie. Oto, co znaczy popularność! 
......................................

czwartek, 11 sierpnia 2016


Podróże po Mazowszu:na dworcu w Wyszkowie
    

Nowoczesna droga szybkiego ruchu z Warszawy do Białegostoku  omija miasto Wyszków, forsując Bug po nowym, autostradowym moście. Kiedyś jeździło się przez miasto. teraz cały ruch tranzytowy Wyszków omija. Od dawna już nie ma też dworca autobusowego przy wyszkowskim przyczółku starego mostu drogowego. Tam przez wiele lat powojennych koncentrowało się życie miasta, tam była poczekalnia  i bar w którym czasem coś zjeść się dało, pasażerowie dalekobieżnych autobusów do Suwałk, Białegostoku, Giżycka wyskakiwali tam na moment, aby na dalszą drogę nabyć u sprzedawców pyszne, wyszkowskie drożdżówki. Teraz autobusy dalekobieżnych linii pospiesznych zatrzymują się w środku miasta obok kościoła, ale większość wjeżdża w miasto, gdzie stają obok dworca kolejowego. Pociągi kursują teraz rzadko,  wyręczają je najczęściej busy linii prywatnych,  do Warszawy są często. Za jagodziankami trzeba się nachodzić. Baru sensownego brak. Czynnej toalety odnaleźć się nie daje.
     Którejś jesieni, gdzieś tak na początku wieku dwudziestego pierwszego, późnym wieczorem wracałem do Warszawy z wędrówki pieszej po Puszczy Białej. Przesiadkę miałem w Wyszkowie. Wyszkowski dworzec autobusowy wyglądał ponuro, zapadał już zmrok, było pusto. Przyjeżdżały i odjeżdżały jakieś autobusy. Rozkłady jazdy się nie zgadzały, inne godziny odjazdów wypisano na dworcowej tablicy rozkładów, inne widniały na tabliczkach przy stanowiskach odjazdowych, zajeżdżały też pozarozkładowe autobusy-widma. Na jednym z peronów stało dwóch bełkocących pijaczków. Nagle pojawił się trzeci. Ni stąd ni zowąd, zaczęła się bójka. Ci pierwsi dwaj powalili tego trzeciego, potem leżeli wszyscy, tłukli się nawzajem, a pasażerowie oczekujący na swoje autobusy patrzyli na to obojętnie. Ja także. Jak inni. Nie ruszyłem się ze swojej ławeczki. Patrzyłem.
     Wtedy pojawiła się grupa młodzieży. Kilku wygolonych osiłków i chmara dziewczyn. Dziewczyny na widok bójki zaczęły podskakiwać i piszczeć, ogoleni niespiesznie zbliżali się do bijących się. Obserwowali. Powoli zajmowali stanowiska. Jak stado wilków, zbliżające się do ofiary. Wreszcie przystąpili do akcji. Owi  pierwsi dwaj pijaczkowie, którzy zaczęli bójkę, rychło zorientowali się w niebezpieczeństwie. Zaczęli uciekać. Ogoleni dopadali ich kolejno. Wpierw jednego. Potem drugiego. Powalali swoje ofiary na ziemię. Leżących kopali. Gdzie popadnie. Potem zadowoleni, z podniesionym wyraźnie poziomem adrenaliny w organizmach, powrócili  do tabunu swoich dziewcząt, obłapili poniektóre i wspólną gromadą znikli, zagłębiając się w swoje miasto.
    Podjechał wreszcie mój autobus. Śmierdział piwem i papierosami. W całkowitej ciemności  przywiózł mnie na istniejący jeszcze wówczas brudny warszawski dworzec, utopiony w  chaosie kramów największego bazaru w Europie.  
    Ot, zebrało mi się na takie wspomnienie...