czwartek, 19 października 2017

Opinogóra 
w czas złotej polskiej jesieni
w październiku roku 2017

.....................................

Mazowiecka Opinogóra bywa nazywana gniazdem romantyzmu. Jest tam nawet jedyne w Polsce muzeum romantyzmu. Z Opinogórą wiąże się nazwisko Zygmunta Krasińskiego, jednego z czwórki polskich wieszczów. Nie w Opinogórze się urodził, lecz w Paryżu. A jednak mazowiecką była gleba, na której wzrastał i gdzie dojrzewała jego natchniona poezja. Żył niedługo. Czterdzieści siedem lat. Jak się urodził, tak i umarł w Paryżu. Został pochowany w swojej  Opinogórze. Ona  była jego "rajem swobody i uciech dziecinnych", później świadkiem jego nieudanego małżeństwa z woli ojca. 
     Dzisiejsza Opinogóra jest dobrze utrzymanym zespołem zabytkowym. Licznie odwiedzana ma znaczenie niepospolite, szczególnie dla miłośników literatury i architektury. Jest także miejscem bardzo romantycznym, świadkiem wydarzeń i dramatycznych przeżyć. Aż trudno uwierzyć w to wszystko, co tutaj miało miejsce, gdy przechadzamy się po alejkach tonącego w ciszy opinogórskiego parku, wśród kolorów mazowieckiego "babiego lata".
Zameczek (albo jak kto woli: pałacyk) opinogórski. Arcydzieło bez dwóch zdań.


        Na wierzchołku pagórka stoi romantyczne cacko - neogotycki zameczek. Budowla bardzo niewielka i zgrabnie zakomponowana. Dzięki opadającym spod jej stóp stokom i dzięki cokołowi, na jakim ją postawiono, również dzięki smukłej wieży o czterech kondygnacjach, budowla nadspodziewanie urasta. Budowano zameczek dosyć długo, ukończono w roku 1843. Przez wiele lat usiłowano przypisać projekt autorstwu Villet-le-Duca. Rzeczywisty twórca jest nieznany, był jednak niewątpliwie artystą przednim.

           Zameczek nakazał postawić generał Wincenty Krasiński. Jako prezent z okazji synowskiego ślubu z Elizą z Branickich, przez ojca wybraną synowi żoną. Ślub odbył się w roku 1843. Unieszczęśliwił ten ślub kilka osób: męża, żonę, potem także trójkę ich dzieci. Ojciec i teść był z siebie zadowolony. Wincenty Krasiński był postacią nieprzeciętną. O takich dziś mówi się, że są kontrowersyjni. Wierny napoleończyk, potem adiutant carski, wreszcie gorliwy wykonawca woli cara Rosji. Życie swoich bliskich meblował wedle własnych zamiarów, tworząc podwaliny dla swojej dynastii. Fałszował nawet historyczne fakty: nakazał Horacemu Vernet namalować obraz z sobą na pierwszym planie po zwycięstwie pod Somosierrą, gdzie w istocie go nie było. Kopia obrazu wisi dzisiaj w zameczku.
 
Eliza
 Delfina


        Syn był posłuszny. Kochał jednak inne. Przedtem romansował z Joanną Bobrową, żoną bogatego ziemianina z Ukrainy i matką dwóch córek. "Mogłem być z tobą na ziemi szczęśliwy,/ Mogłem uwierzyć, że tu czasem wiosna"... Bobrową Zygmunt poróżnił z jej mężem, unieszczęśliwił, wtrącił w melancholię. Potem poeta szalał za Delfiną Potocką: "I ja też miałem Beatricze moją!". Egzaltowana piękność przez jedenaście lat zajmowała myśli poety, zresztą nie tylko jego, bowiem uchodziła za najbardziej adorowaną kobietę w kręgach arystokracji Francji i Włoch. Ojca to drażniło. Ojciec miał tego dość. Na dodatek ojciec nie wierzył w syna - poetę: "Co znaczy, że ma imaginacją, dowcip, naukę, ale za grosz nie ma zastanowienia ani rozsądku". I żeby jeszcze umiał wybrać sam dla siebie kobietę. Przecież wszystkie one były odeń starsze! 
 
Napoleon na obrazie w opinogórskim muzeum



           W posiadanie Opinogóry wszedł generał w 1811 r. Zygmunt urodził się rok później. Opinogórę generał otrzymał od cesarza Francuzów, Napoleona Bonaparte. W podzięce za zasługi. Matką chrzestną Zygmunta została Maria Walewska. Miała na sobie empirową, stosowną do epoki romantyzmu, zwiewną suknię i wyglądała prześlicznie. Gdy nastąpił kres epoki epoki napoleońskiej i Polska znalazła się pod władzą Rosji, Wincenty Krasiński natychmiast dostosował się do sytuacji. Zwrócił się do cara. Car donację potwierdził. Oczywiście, w nadziei na generalskie posłuszeństwo. Miał je jak w banku. Już przedtem, bo od 1659 roku, niegrodowe starostwo opinogórskie było w rękach rodziny Krasińskich. Tylko do trzeciego rozbioru Polski. Generał, odzyskawszy majątek dla rodziny, teraz całe swoje życie podporządkował Opinogórze. To dla niej był gotów na wszystko. Lecz wedle prawa był tylko dzierżawcą. Walczył więc o to, "ażeby nie został zniszczony owoc prac i zabiegów". Do tego był mu potrzebny posłuszny syn. Syn miał gospodarować w ordynacji opinogórskiej. Ku chwale rodu. Tak bowiem on, ojciec, postanowił.

           Po Wincentym Krasińskim została Opinogóra. To niemało. Po nieszczęśliwej Elizie, żonie nie kochanej, pozostały opasłe tomy fascynującej korespondencji. Więcej pozostało po Zygmuncie. To z "Irydiona" są te wieszcze słowa: "O myśli moja, ty przetrwałaś wieki!". W poezjach Krasińskiego jest bardzo wiele z tego, co tutaj miało miejsce. Tutaj przecież poeta cierpiał obciążony brzemieniem dziedzictwa, a jak pisał prof.Juliusz Kleiner, "nie tylko fizycznego... lecz moralnego, historycznego, które kazało misję pełnić potomkowi wielkiego rodu, a jednocześnie powikłało mu żywot beznadziejnie straszną przemianą ojca i ojcu temu dało wobec syna niby rolę przeznaczenia". W rękach Krasińskich była Opinogóra aż do drugiej wojny światowej.


        Alejkami opinogórskiego parku trzeba przechadzać się wolno. Tutaj, jak bodaj nigdzie indziej na mazowieckiej równinie, architektura i jej zabytkowa wartość, obrazy na ścianach w zameczku, jakieś przymglone tremo w empirowej ramie w korytarzu - to wszystko staje się li tylko dekoracją antycznej tragedii. Przez jednostkowe losy bohaterów ukazują sie losy ich ojczyzny, koniec świata szwoleżerów i tego, którego przedstawicielami są bohaterowie tego dramatu. I to jest również oblicze polskiego romantyzmu. Już nie romantyczności. W tej opinogórskiej dekoracji dramat rozgrywał się o rozmiarach ajschylosowych. Czy było to znamię epoki? Czasów?
Nagrobek matki: arcydzieło wykute w marmurze z Karrary

        W kościelnej nawie opinogórskiego kościoła znajduje się nagrobek matki, Marii z Radziwiłłów Krasińskiej. W karraryjskim marmurze został wyrzeźbiony przez włoskiego artystę Luigi Pampilioniego. Postać umierającej jest przedstawiona w klasycyzującej formie. Matka spoczywa na rzymskim łożu, przy którym klęczy dziesięcioletni Zygmunt. Na jego głowie w geście błogosławieństwa spoczywa matczyna ręka. Poeta wierzył, że matka - w chwili śmierci kładąc rękę na jego czole - przekazała mu dar wieszczy. Scena ta znalazła odbicie w tekście "Nie-Boskiej komedii" na początku drugiej części dramatu.

        W podziemnej krypcie opinogórskiego kościoła umieszczone są trzy płyty z brązu, wykonane w roku 1877 według projektu Franceschi'ego. Na jednej z nich wyryto scenę z "Nie-Boskiej komedii", na drugiej z "Irydiona", na trzeciej z "Przedświtu". W krypcie tej i on sam spoczywa. Pochowany został tutaj, a nie w Paryżu, jak urodzony na mazowieckiej ziemi Fryderyk Chopin. I nie na Wawelu, jak Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki.

        "Byłem dziś w Opinogórze" - zanotował pod datą 22 sierpnia 1887 r. młody Stefan Żeromski w swoim "Dzienniku". Upłynęło od czasu tych odwiedzin kilka ładnych dziesiątków lat. Zmieniło się trochę w Opinogórze. Ale wciąż do głębi poruszający jest obraz nakreślony przez przyszłego, świetnego pisarza, obraz odwiedzin u grobu wielkiego poety, obraz, jakiego nikt już po nim nie nakreślił. Pozostańmy pod przejmującym wpływem tej prozy. - "Odźwierna prowadzi nas ku zewnętrznej stronie prezbiterium. Są tam ciężkie żelazne drzwi z wykutym na nich herbem. Otwarła je. Przeszliśmy jeden sklep pusty, drugi pusty i wreszcie stanęliśmy wobec zamkniętych drzwi. Gdy je otwarła babina - weszliśmy do wiecznej sypialni smutnego ducha poezji polskiej." 
Kościół w Opinogórze o wyrazie antycznej świątyni. W podziemiach jest grób poety.

       Doskonale klasyczną fasadą z portykiem o czterech kolumnach imponuje opinogórski kościół. Powstał na początku ostatniej ćwierci wieku dziewiętnastego, twórcą projektu był Wincenty Rakiewicz. Gdy patrzeć na świątynię od frontu, wydaje się być antyczną budowlą przeniesioną na polską równinę, aby stanąć u stóp opinogórskich pagórków. Tutaj, w tej antycznej dekoracji późnego klasycyzmu, po rozegranym dramacie pozostały ciała bohaterów. Tylko to je różni od leżących na scenie ciał aktorów pod koniec spektaklu, że ten dramat nie był fikcją. Oni nie żyją naprawdę. I rąk do oklasków złożyć jakoś nie sposób.
      Opinogóra wydaje mi się na podobieństwo sceny romantycznego dramatu, jeden z rozdziałów swojej "Wardęgi" jej poświęciłem, pisałem tam, że tutaj,  jak bodaj nigdzie indziej na mazowieckiej nizinie, architektura i jej zabytkowa wartość, stają się dekoracją antycznej tragedii. Że przez jednostkowe losy bohaterów ukazują się losy ich ojczyzny, koniec świata szwoleżerów i tego, którego przedstawicielami są bohaterowie tego dramatu. W opinogórskiej dekoracji dramat rozgrywał się o rozmiarach ajschylosowych.       Nie ma już śladu po dworcu myśliwskim książąt mazowieckich, w którym w połowie wieku XV zmarł Bolesław IV, książę warszawski, czerski, zakroczymski, ciechanowski i łomżyński, a któremu krzyż piaskowcowy postawił w opinogórskim parku generał Wincenty Krasiński. Nie ma już pałacu, w którym generał mieszkał z rodziną, na jego miejscu stoi dwór, dla Krasińskich został zaprojektowany w 1908 roku, stanął dopiero sto lat później, chwała tym, co pomyśleli iż stanąć wreszcie powinien.  Stoi oficyna neogotycka, szczęśliwie przywrócona do właściwego wyglądu po nieudanych przekształceniach. 
       Nieopodal oficyny znajduje się "ławeczka miłości", kamienna pamiątka postawiona przez Amelię Załuską. Jest to jeszcze jedna bohaterka tego, co tutaj się rozgrywało. Kochał się w niej młodziutki Zygmunt. Zwierzał się jej jego ojciec: "chce być tylko pismakiem", pisał. Czy go kochała? Była mu wierną na swój sposób. Na pewno była mu przyjazną. "Niech moja pamięć zawsze ci będzie miła"; taki napis kazała wyryć na ławeczce. Jak przystało na odtwórczynię jednej z ról, Amelia również pozostała w opinogórskim kościele. Konstanty Laszczka rodem z mazowieckiego Makówca, w roku 1899 wyrzeźbił w białym marmurze jej nagrobną płytę.
     W dworze jest 
ekspozycja dziewiętnastowiecznego malarstwa epoki romantyzmu, dużo obrazów z warszawskiego Muzeum Narodowego, sporo siakich takich, kilka świetnych, dwa prawie arcydzieła. W oficynie ekspozycja związana z dziejami Krasińskich. Wokół park w barwach jesieni. Opinogóra dzisiejsza jest wspaniale utrzymanym obiektem, nic ino brawa bić. Inteligentnie jest pomyślana. Zjeżdżają wycieczki licealistów, którzy romantyzm przerabiają, opowiadała nam pani przewodniczka, że nudzą się tutaj setnie. 




Z muzeów w Opinogórze. Jak inne zdjęcia, tak i te: autora
      
Odwiedziłem niedawno Opinogórę. Cały dzień tam spędziłem, a i tak, jak mi się później zdawało, byłem za krótko, aby w pełni rozsmakować się w jej krajobrazie i atmosferze. Nie pierwszy raz tam byłem. Nie ostatni. W Opinogórze bywać się powinno. Wiele jest po temu powodów...

sobota, 30 września 2017


Dwór w Brześcach 
..................................................

Ten drewniany dwór jest pobudowany w barokowym i bardzo polskim stylu. Jest kilka takich w Polsce, z tych najpiękniejszych tylko jeden jest  na Mazowszu, niemal tuż koło Warszawy. Niezwykła sprawa. Znajduje się we wsi Brześce, położonej na Urzeczu, w dolinie Wisły na południe od Wilanowa i Obór. Nazwa tej wsi pochodzi najpewniej od określenia  >brzeście<, oznaczającego zbiorowisko brzostów tj. wiązów górskich, gatunku niegdyś popularnego w Polsce. W nizinnej Wielkopolsce rośnie ich trochę, utworzono dla nich rezerwaty, na nizinnym Mazowszu są bardzo rzadkie. Jeden rośnie niedaleko od dworu w Brześcach, widać go z dworskiego tarasu, znajduje się na przeciwnym brzegu wiślanego starorzecza i wyróżnia się budową korony.
        Brześce to stara wieś szlachecka,  rozbudowała się przy ważnym trakcie, który łączący Warszawę z Czerskiem.  W wieku XV  Brześce były siedzibą Brzeskich, a najstarsze znane wzmianki z roku 1401 dotyczą Wszebora, podsędka, podkomorzego  i sędziego ziemskiego czerskiego. W wieku osiemnastym właścicielem wsi został żyjący w latach 1731-1800 Jan Kanty Fontana z rodziny spolonizowanych architektów włoskich. W roku 1769  został uhonorowany przez króla szlachectwem. W pierwszych latach panowania Stanisława Augusta pełnił funkcje burgrabiego zamku warszawskiego i do niego należało administracyjne kierownictwo prac restauracyjnych na zamku. Powierzano mu też prace w ogrodach oraz przy niewielkich budowlach w Ujazdowie i Łazienkach.  Brześce wybrał na wiejską rezydencję dla siebie i na starszych zapewne fundamentach po 1784 roku wybudował tutaj dwór. Różne były potem koleje majątku i różnych miał właścicieli. Po 1945 roku w dworze przez długie lata gospodarował PGR.
         Dwór w Brześcach jest jednym z najdoskonalszych polskich dworów drewnianych w sarmackim typie, jest barokowo-klasycystycznym budynkiem o znakomitych proporcjach, z wysokim, łamanym dachem i z frontowym ganeczkiem nakrytym dwuspadowym daszkiem, wspartym na kolumienkach.  Ten dwór jest typowym sarmackim dworem polskim i takie dwory były niegdyś trwałym elementem polskiego pejzażu. Taki dwór opisywał go Adam Mickiewicz w >Panu Tadeuszu<, niektórzy twierdzą, że Mickiewicz pisząc o Soplicowie miał przed oczami dwór w Mereczowszczyźnie koło Nowogródka, w którym urodził się Tadeusz Kościuszko. Był czas, iż takich dworów były w Polsce tysiące. 
          Drewno jako budulec było nader często wykorzystywane, a najbardziej najtrwalsze gatunki tj. modrzew i sosna. Często dwory tynkowano, co miało znaczenie konserwacyjne i ocieplające. Kolumnowy portyk pojawił się dopiero w 2 połowie wieku XVIII, stopniowo wypierając drewniany ganek ze słupkami. Portyk z kolumnami był symbolem statusu społecznego, bowiem ganki miały przecież i chałupy chłopskie. Na szczególną uwagę zasługuje dach łamany, zwany polskim, gdyż poza naszym krajem występuje niezwykle rzadko. Taki dach ma dwór w Brześcach. W odróżnieniu od dachu mansardowego ma dwie równolegle do siebie płaszczyzny, górną i dolną. Dachy były kryte najczęściej gontem, rzadziej dachówką, najuboższe słomianą strzechą. Ten dwór jest usytuowany „na godzinę jedenastą”, dzięki czemu wszystkie strony domu miały słońce o pewnej porze dnia;  dwory z czołem na pełne południe nie mogły go mieć w tylnych, ku czystej północy zwróconych pokojach.
          Dwór polski był siedzibą rodu, ostoją rodziny, jądrem domowego ogniska. Pisał Wespazjan Kochowski: Tu ociec z dziady, krewnych gromady / I mali wnukowie / dzieciństwa doszli, tu w zgodzie ośli / Przy swej starszej głowie. Dawnymi czasy Polak patrzył krzywym okiem na inne budynki, prócz drewnianych. Szlachta polska ze swoimi pojęciami i tradycjami rdzennie słowiańskimi, murów nienawidziła, budując wszystko z drewna i słomy oraz wierząc głęboko w szkodliwość murów dla zdrowia.    
Drewniana Polska niemal do szczętu spłonęła od ognia i wojen. Nie zachował się żaden z dworów sięgających poza wieki XVI i XVII.
          Stosunkowo liczna reprezentacja dworów z wieków XVIII i XIX oszpecona jest przez późniejsze przeróbki. Wokół Warszawy drewnianych budowli dworskich jest jeszcze mniej, niż winnych regionach kraju. W tej szczególnie sytuacji dwór w Brześcach urasta do rangi zabytku najwyższej klasy. Jest świadectwem siły polskiej tradycji, budownictwa całkowicie indywidualnego, niespotykanego w innych częściach Europy, jedynie na ziemiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jakże silna musiała to być kultura, skoro Włoch z pochodzenia, signore Fontana taki właśnie dom mieszkalny dla siebie i swojej rodziny pobudował. 


             Post scriptum. Ten dwór nie jest ogólnodostępnym obiektem do zwiedzania, jak np.Wilanów lub Nieborów. Jest własnością prywatną i jak mnie poinformowano odzyskał go potomek ostatnich właścicieli. Z internetu wiem, że istnieje  Fundacja Dwór i Folwark w Brześcach. W ostatnią sobotę  wrześniową bez przeszkód z zewnątrz dwór  podziwiałem i fotografowałem. Zajrzałem nawet do wnętrz, były w trakcie remontu, nieumeblowane. Przypuszczam jednak, że niedługo już podejść do dworu nie będzie można. 

wtorek, 12 września 2017

Zakochać się w Warszawie
.................................................
Stolica tak mocno zdominowała pozostałą część Mazowsza, że zdecydowanie większa uwaga należy się tej części pozostałej. Choćby dlatego, by mazowieckiej prowincji wynagrodzić to zepchnięcie na plan dalszy. Tak więc w swoim mazowieckim blogu staram się omijać Warszawę. Ale tak naprawdę, to ja i w Warszawie również się podkochuję. Niedawno list  do mnie napisał p.Mateusz Kaczyński, redagujący blog o Warszawie. Zapytał czy zgodziłbym się udzielić wywiadu na temat odkrywania Warszawy. Zgodziłem się.  A jego blog uroczą ma nazwę:  "Pańska Skórka".

Pańską skórkę najczęściej można nabyć w okolicach Święta Zmarłych, sprzedawana jest na stoiskach przed warszawskimi cmentarzami, to zdjęcie jest z Powązek. Fot.L.Herz
To bardzo ładna nazwa dla warszawskiego blogu. Lubiłem nadzwyczaj ów warszawski smakołyk, ostatnio jednak musiałem z niego zrezygnować, bo smakołyk ten jest dla ludzi o zdrowych, młodych zębach, a ja takich już niestety nie mam. Ale z internetową "Pańską Skórką" chętnie kontakt utrzymam. Oryginał wywiadu  jest na stronie internetowej
www.panskaskorka.com,  tutaj jest kopia, ale  tutaj dorzucam do tego wywiadu kilka swoich warszawskich fotografii. 

Wiadoma rzecz - Stolica. I każde słowo zbędnem. Fot.L.Herz
 W jaki sposób zakochał się Pan w Warszawie? Co zdecydowało o tym, że zafascynowała Pana stolica i Mazowsze?
- Wychowałem się na południu Polski i tam do szkół chodziłem, wśród pagórkowatego krajobrazu. Na studiach poznałem warszawiankę, ślub wziąłem jeszcze wśród gór, ale zamieszkaliśmy już wśród nizin mazowieckich, w Warszawie. Tu dostałem pracę i nie musiałem jej szukać, praca mnie znalazła. Okazało się, że tu też jest ładnie, acz inaczej niż na południu, niziny też mają szarm. Od kilku dziesiątków lat tu jest moje miejsce do życia. Nie wyobrażam sobie innego.

Która spośród niezliczonych podwarszawskich wypraw najsilniej zapadła Panu w pamięć?
- Och, mnóstwo ich  było, jeszcze więcej niż wiele.  Nawet w najbliższym otoczeniu Warszawy kupiły mnie pejzaże  urzekające. Trudno w to uwierzyć, lecz są tu miejsca i trasy na których można przeżyć podniecającą, emocjonującą  przygodę turystyczną. Często są to miejsca mniej odwiedzane, niekiedy położone z dala od utartych turystycznych szlaków. Takie są mi najbliższe. 


Cudeńko z północnego Mazowsza, kościółek w Drogiszce. Kto wie, gdzie to jest? Fot.L.Herz,


Gdzie w samej Warszawie można znaleźć Pana zdaniem prawdziwe ukryte skarby?
- Zastanawiam się czasem co zainteresowałoby w Warszawie młodego cudzoziemca, znającego wszystko, co w Europie najbardziej interesujące  Jest tu coś do zobaczenia, czego tam nie ma w lepszym gatunku?  Czegoś indywidualnego, jedynego.  Myślę, że dla cudzoziemca, ale i dla krajana z innych regionów kraju, rewelacyjne są brzegi wiślane: tak urodziwych, pełnych bogactwa przyrody  brzegów nie mają Tamiza w Londynie, Sekwana w  Paryżu lub Tybr w Rzymie. 
Dróżka w łęgu nadwiślańskim. Takiego cuda nie ma żadna inna stolica europejska, żaden tam Paryż, ani inne Londyny, ani nawet Rzymy i Madryty. Gdzie im do naszej Warszawy. Fot.L.Herz

Jaka jest Pana zdaniem rola przyrody w historii miasta?
- Warszawa została rzucona w kraj nizinny, otwarty na przeciągi wiejące ze wschodu i zachodu, wiatry historii ją kształtowały w znaczącej mierze, warunki przyrodnicze nie były dla miasta łaskawe. A przecież jest tutaj kilka niemałych przyrodniczych skarbów,  Wisła przede wszystkim, ale i sąsiadujące z miastem lasy z Puszczą  Kampinoską na czele, a pośrodku miejskiej zabudowy jest rezerwat Lasu Bielańskiego i ten niewielki lasek  powinien być wpisany do obowiązkowych celów wycieczkowych oferowanych turystom przez biura podróży.  


Rezerwat przyrody "Las Bielański" w barwach jesieni, pamiątka dawnej puszczy. Fot.L.Herz

Czy Warszawa wyróżnia się na tle Mazowsza? A może na odwrót – jest do bólu mazowiecka?
- Warszawa jest dużym miastem, metropolią o wysokiej zabudowie, z wielopiętrowym budownictwem mieszkaniowym. Mazowsze jest krainą rolniczą. To dwa przeciwstawne sobie krajobrazy. Warszawa leży pośrodku Mazowsza, ale prawdziwe Mazowsze zaczyna się dość daleko za granicami otaczającej miasto aglomeracji miejskiej. Chociaż, przyznać to należy uczciwie, prowincjonalne, rolnicze Mazowsze wcale nie jest tak prowincjonalne, jakby się mogło na pozór wydawać. Chociaż - na szczęście - nie ma  zbyt wielu wielopiętrowych budynków  w  mazowieckich miastach i miasteczkach.   
 
Warszawa pocztówkowa. Miasto dużej urody. Ale i trochę banał. Fot.L.Herz

Inne oblicze Warszawy. Efektowna, ale jednak kopia światowych metropolii. Wygląda świetnie, ale zastanawiam się czy o taką Warszawę nam chodzi? Fot.L.Herz

Co Pana zdaniem w zmieniającej Warszawie warto zachować, a co miasto utraciło bezpowrotnie?
- Fenomen Warszawy polega na tym, że ona trwa. I że się nieustannie zmienia. Jak chyba żadne inne wielkie miasto europejskie. Ktoś kiedyś powiedział, że Warszawa jest jak patchwork, zlepek wieloczęściowy, zszywka z różnych materiałów różnych tkanin o różnej fakturze i różnym pochodzeniu. Wiele tych kawałków dużej jest dużej urody: odbudowana po wojennych zniszczeniach Starówka i gustownie urządzony salon miejski na Krakowskim Przedmieściu, są też  prawdziwie królewskiej urody Łazienki, ale to miejsca miejskich spacerów relaksowych i  demonstracji politycznych. 


I to też Warszawa; widok na Wisłę od Golędzinowa ku Bielanom. Fot.L.Herz
...a to też Warszawa i to w samym środku miasta. Sama radość! Fot.L.Herz
W Warszawie wciąż nie możemy się doczekać centrum z prawdziwego zdarzenia, a plany jakie nam co i raz rysują urbaniści,  są trochę nie za bardzo. Być może dzięki inwazji centrów handlowych, super i hipermarketów, bezpowrotnie utraciła Warszawa szanse na normalne, reprezentacyjne, ale i handlowe ulice pełne szykownych sklepów, księgarń i kawiarni, takie jakie są w Paryżu, Londynie, Berlinie, Madrycie.... W Warszawie przegrany jest  nawet Bazar Różyckiego,  to już cień tego, co było dawniej. A czy może być prawdziwa Warszawa bez praskiego Różyca? 
Bazar Różyckiego taki jaki jeszcze jest, a może go nie być, są pomysły, aby go zamienić w coś na kształt zadaszonego gustownie marketu. Okropność. Fot.L.Herz

niedziela, 27 sierpnia 2017

Letnie wycieczki krajoznawcze po Mazowszu
...............................................................................

    Koniec sierpnia. Lato się kończy, żniwa zakończone, ścierniska ścielą się na mazowieckich polach, bociany już odleciały. "Lato się przełamało" mówił o takim czasie w pogodzie bohater jednego z opowiadań Jarosława Iwaszkiewicza. 
 
Na Mazowszu  przy końcu lata. Fot.L.Herz

Kapryśne było lato tegoroczne. W powietrzu trzydzieści stopni na plusie i duchota, a w lasach atakują kleszcze, boleśnie dziabią gzy. Po Puszczy Kampinoskiej chodzić się całkiem nie dało, parność  jak w dżungli. Najgorsze były  burze, które przychodziły z przytupem, na całego, czasem bezlitośnie. Nawałnice zwalały drzewa w miastach, zrywały dachy po wsiach, kosiły lasy. W Borach Tucholskich las został rozstrzelany przez wichurę na ogromnej powierzchni, telewizja pokazywała morze zwalonych drzew, pod względem powierzchni poległo więcej lasu niż znajduje się w całej podwarszawskiej Puszczy Kampinoskiej. To i na każdą nadchodząca burzę spoglądaliśmy z niepokojem. Czasem jednak trafiał się dzień w sam raz na wędrowanie. W sierpniu było ich kilka.  Bardzo udane krajoznawcze wyprawy odbyłem na Mazowszu.
W dolinie Wisły koło Wiączemina. Fot.L.Herz
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
    
 
10 sierpnia autem wybrałem się na wycieczkę samochodem,  aby pooddychać krajobrazem  mazowieckich zbóż złotem malowanych w dolinie Wisły. Właśnie żniwa się zaczęły, trzeba ten pejzaż łowić, cieszyć się nim, następna okazja będzie dopiero za rok. Bardzo widowiskową, wyasfaltowaną drogą, od Kamionu pojechałem wzdłuż Wisły w kierunku Płocka. 
 
 
 
 
  
Zabytkowy dąb szypułkowy w Pieczyskach Iłowskich. Fot.L.Herz

W Pieczyskach Iłowskich trafiłem na dąb ogromny, ma około siedmiu metrów obwodu na wysokości piersi. Jak na dąb jest drzewem młodym, ma coś około trzystu lat, ale mu się urosło bardzo wspaniale. Na drzewie nie ma tabliczki pomnika przyrody,  gdy później poszperałem w Internecie dowiedziałem się, że jednak tak, to jest pomnik przyrody. Ale żadnej innej wzmianki, dąb nie ma żadnej nazwy, żadnej legendy, chyba trzeba będzie przyjechać raz jeszcze, a może i raz kolejny, popytać ludzi, porozmawiać, niełatwe jest życie ambitnego krajoznawcy. Jeśli ktoś z moich Czytelników na jakikolwiek ślad natrafi, proszę o informację, wdzięczny będę.


Ewangelicko augsburski zbór w Wiączeminie z daleka i z bliska zdjęty. Fot.L.Herz

Pośród upraw rolnych w Wiączeminie wznosi się  kościół ewangelicko-augsburski. Zbudowany został w 1935 roku na 3,5 metrowym, sztucznie usypanym wzniesieniu. Olendrzy wiedzieli co czynią, widać taki wzgórek miał ochronić świątynkę przed powodziami, a razie czego był też chór we wnętrzu, to jeszcze kolejne trzy dwa metry. Widoczny z daleka budynek z czerwonej cegły jest zaczątkiem projektowanego  Skansenu Osadnictwa Olenderskiego, oddziału  Muzeum Mazowieckiego z Płocku. Projektuje się  przeniesienie tutaj oryginalnych, olenderskich budynków, ich wyposażenia i przystosowanie do zwiedzania. Walory kulturowe i krajobrazowe - piszą twórcy tego skansenu - są wartością, którą należy chronić i która stanie się wizytówką małej ojczyzny oraz szansą na promocję regionu i jego rozwój. W świątynce jest dobrze pomyślana informacja o tym kim byli owi olendrzy, jak żyli, jak się budowali. Są zdjęcia osadników. Charakterystyczne twarze, godne, dostojne. To nie są twarze polskich rolników. I te wcale nie chłopskie odzienie! Sposób w jaki siedzą przed obiektywem!

Osadnicy olenderscy z doliny Wisły na zdjęciach z ekspozycji muzealnej w Wączeminie.
Od XV wieku sprowadzano do Polski osadników z innych krajów. Robili to królowie, czynili właściciele dużych majątków ziemskich. Przyjeżdżali do nas  z Holandii, z Flandrii i Fryzji, obeznanych z gospodarowaniem na terenach zalewanych przez powodzie. Rdzenni Polacy tego robić nie umieli, oni tak. Nad mazowiecką Wisłą  pojawili się w XVIII wieku i byli najczęściej Niemcami, ale wszystkich kolonistów zwano "Olendrami". Umiejętnie wykorzystywali muł rzeczny, użyźniający grunty, które z roku na rok dawały lepsze plony. Domy budowali na usypanych sztucznie wzgórkach, pola grodzili wyplatanymi wiklinowymi płotami. Tworzyli doskonale zorganizowane wspólnoty. Po II wojnie światowej musieli opuścić swoje sioła. Przy kościele w niedalekim stamtąd Zycku Polskim jest o nich informacja na tablicy. Stoi tam napisane czarno i na białym: powrócili do swojej ojczyzny. Ergo: wynieśli się, na nasze szczęście byli zbędni i  nie na miejscu.  
 


                       Drewniany kościółek w Troszynie ma prawie pięćset lat! Fot.L.Herz

Niedaleko od Wiączemina jest Troszyn, wznosi się tam drewniany kościółek św.Leonarda, bardzo foremna, wielce urodziwa to budowla z roku 1636. Pierwotnie kościół stał bliżej Wisły, obecny postawiono  w bezpieczniejszej odległości od rzeki, ale i to niewiele mu pomogło, na zewnętrznej ścianie kościoła od strony rzeki oznaczono dwa poziomy wysokiej wody, ostatni w roku 2010, to była ogromna powódź, setki zostało ewakuowanych, woda wdzierała się przez wyrwę koło Świniar na całą dolinę wiślaną w tej okolicy. Ten kościółek wybudowano w 1636 r., stareńki on jest. Na stronie internetowej Skarbca mazowieckiego (świetna robota!) czytam, iż to rzadkość w drewnianych świątyniach mazowieckich, że zachowało się całe wyposażenie kościoła z okresu jego budowy. Tym bardziej, że dotyczy to 1. połowy XVII stulecia. Są w kościele późnorenesansowe ołtarze, z roku 164- jest główny z obrazem Matki Bożej Niepokalanie Poczętej, ambona jest również z czasów budowy kościoła. Ale nie ma szansy, abym to mógł zobaczyć, tym razem muszę się obejść smakiem. 


Stawy w dolinie Sienniczki . Fot.L.Herz
W sobotę 19 sierpnia pojechałem z przyjacielem na samochodową włóczęgę krajoznawczą po wschodnim Mazowszu. Sporo zobaczyłem, w wielu miejscach kiedyś byłem, ale nic a nic ich nie pamiętałem, dobrze było spojrzeć na nie świeżym okiem. Przede wszystkim zachwycająca dolina Sienniczki i oszałamiającej urody stawy, obsadzona lipami brukowana droga dworska, horyzont dobrym pędzlem malowany, para łabędzi z przychówkiem, para żurawi z wyrośniętym już żurawięciem, które niedługo ruszy wraz z rodzicami do ciepłych krajów, a bo na jesień idzie, choć jeszcze tego nie widać, ale wielkie śród ptaków poruszenie: zbierają się do odlotu gromady czajek i namawiają się na drogę przysiadłe na drutach telegraficznych jaskółki, one siadają na tych drutach jak nutki na pięciolinii, o takich mówiło się zawsze, że jesień się zbliża, bo jaskółki  "robią na drutach".    

Jaskółki "robią na drutach". Fot.L.Herz

Jest co nieco do zwiedzania na Mazowszu, więc zwiedzałem tego lata zabytki, lecz nie te popularne, najważniejsze, a mniej znane, rzadko odwiedzane przez turystów. Kościoły przede wszystkim, bo w polskim krajobrazie, w mazowieckim  również, wojenne zawieruchy przetrwały niemal wyłącznie  budowle sakralne. W zachodniej Europie wciąż trwają w niezmienionym kształcie murowane miasteczka i wioski prowincjonalne, w takiej Francji krajobraz ozdabiają co krok jakieś chateau. U nas pałaców i dworów niewiele, atrakcyjnych wizualnie tyle, co kot napłakał.                
     Wszędzie spotykałem jakiś szczegół, detal, który bardziej od innych wzrok przyciągał. W Siennicy odwiedziłem barokowe dzieło Antonio Solariego, architekta króla Augusta III i tam nie mogłem oczu oderwać od kamiennej figury Matki Bożej Niepokalanej z pierwszej połowy XIX wieku, wieńczącej kolumnę toskańską pośrodku dziedzińca przed kościołem. Przed świątynią celowo ustawiona nie na osi, lecz nieco z boku. Złożone w modlitewnym geście dłonie Marii również nie na osi ciała, lecz z boku, na wyciągniętych rękach, jakby w geście modlitewnym ku Komuś, który jest w centrum, na osi świątyni. Znakomity zabieg plastyczny, widać że twórca miał swoją klasę.  




Towarzyszącemu mi przyjacielowi najbardziej podobało się oryginalne murowane mauzoleum w kształcie łuku triumfalnego, ustawione obok drewnianego kościółka w Jeruzalu. Postawione zostało w końcu osiemnastego wieku dla dziedzica miejscowych dóbr. Pisałem obszerniej o nim w jednej ze swoich książek. Wychowany w nadzwyczajnej pobożności: „co miesiąc przystępował do spowiedzi i komunii, co trzy lata odbywał rekollekcyje, codziennie zaś odprawiał długie modlitwy, tudzież godzinę rozmyślał" w wieku dojrzałym począł robić karierę. Pisano o nim, iż był człowiekiem dzikiego umysłu, jak wielu z możniejszej szlachty w owoczesnej Polsce, co to przez nierząd zokrutnieli i zdziczeli. Coś nam to przypomina? 
Mauzoleum Floriana Cieszkowskiego w Jeruzalu. Fot.L.Herz

    Sierpień to pora ślubów, to polska tradycja, wieś ślubami zajmuje się po żniwach; gdy praca skończona, można wtedy świętować. Mogę więc zobaczyć wnętrza, mam szczęście, kościoły są otwarte, trwają w nich przedślubne przygotowania.  Także i w Jeruzalu. 


Wnętrze kościoła w Jeruzalu przygotowane już do ślubnej ceremonii. Fot.L.Herz

Jeruzal to filmowe Wilkowyje, była miejscem plenerów niezwykle popularnego serialu telewizyjnego "Rancho", kilka serii tego zrealizowano, wieś jest obstawiona tablicami, że tu było filmowe to, a tu tamto, są na tych tablicach zdjęcia artystów, są krótkie przypisy, fajny pomysł. Wioska zwiedzana jest przez licznych turystów, sporo ich i teraz widziałem, fotografują się na tle budynku plebanii, w której mieszkał jeden z bohaterów filmu, wewnątrz kościoła, w którym brali ślub inni bohaterowie, zdejmują się na ławeczce na której z butelką miejscowego wina Mamrot czterech mężczyzn, niby chór ateński albo chłopi z mrożkowej komedii komentuje w filmie wilkowyjskie zdarzenia. Mamrota można za pięć złotych kupić w miejscowej gastronomii w Jeruzalu.  
Sierpień 2017: turyści przed sławnym sklepem "U Krysi", znanym z telewizyjnego serialu.

      W ostatnią sobotę sierpniową z gronem przyjaciół odwiedziłem Kiczki. Absolutna prowincja, daleko wszędzie, ale ma bezpośrednie połączenie autobusowe ze stołeczną Warszawą. W roku 1450 książę Bolesław IV młynarzowi Maciejowi Kiczce nadał wójtostwa z młynem w Woli Piaseckiej, bo tak pierwej się Kiczki nazywały. Nazwisko owego młynarza i nazwa wsi Kiczki przypominają nam jedno z zapomnianych ze szczętem słów polskich: kiczka. Internetowa Wikipedia objaśnia je tak.

Kiczka (snopek) – wyrób budowlany wykonywany z żytniej słomy. Słoma na kiczki musiała być prosta i niezgnieciona a więc była odpowiednio przygotowywana. Zboże było żęte sierpem lub koszone kosą i ręcznie młócone cepem. Kiczki wykonywano z długiej żytniej słomy w ten sposób, że pęk słomy (mocno ściśnięty miał średnicę ok. 8-10 cm) ustawiano na płaskim podłożu, następnie załamywano górną część (kłosy) na wysokości ok. 80 cm do 1 m pod kątem 180° i mocno obwiązywano pasemkiem słomy tworząc tzw. główkę, która później podczas krycia dachu służyła do zamocowania kiczki w strzesze. Kiczki układano poziomymi rzędami na drewnianych łatach i dociskano cienkimi żerdkami. Żerdki przywiązywano do łat słomianym powrósłem co 5-8 kiczek, w taki sposób, że tworzyły schodkową strzechę. Stosowana była powszechnie jeszcze w latach 50. XX wieku.

Młyn w Kiczkach postawił Maciej Kiczka na dopływie Świdra, rzeczce Piaseczna. Budynek stoi tu nadal, ale już inny, od 1962 roku wpisany jest do rejestru zabytków,a le mimo tego wpisu mocno podrujnowany i wygląda na to, że długo już nie pożyje. Na rzeczce Piaseczna stało zresztą wiele młynów, zwały się różnie: Kulki, Ptaki, Kiczki, piękne nazwy nie ma co. W 16 zeszycie przewodnika z serii "Podwarszawskie szlaki piesze" opisywałem szlak młynów nad Piaseczną w roku 1975 i jak się zdaje to był pierwszy opis tego szlaku. Opisywałem ten szlak po odwiedzinach tamtej okolicy, odwiedzałem wtedy jednego z młynarzy, opowiadał jak peerelowska władza utrudniała mu życie, dla niej był wszak kułakiem i zdziercą, godnym pogardy prywaciarzem. 
Tyle zostało z młyna w Ptakach nad Piaseczną. Fot.L.Heerzu
Minęły lata, szlak siedmiu młynów nad Piaseczną stał się dość popularny, ale młynów na nim już nie ma. W Ptakach pozostało po młynie młyńskie koło, malowniczo eksponowane. Jest młyński niemal już zupełnie zarośnięty, bardzo ale to bardzo malowniczy staw w Dzielniku i przetrwała w pamięci mieszkańców dawna i bardzo ładna nazwa młyna "U Jana na Boru", którą podawał Stanisław Kryciński w "Gościńcu" z 1985 roku. W tym Dzielniku są dwa dudniące mostki na rzeczce Piasecznej, przez miejscowych nazywane „imieniem wójta Zielińskiego z Siennicy”, a obok jednego z nich stoi budynek dawnego młyna, przerobiony wcale udatnie na dom letniskowy. W Kiczkach pracowały dwa młyny: jeden z nich jest łatwo dostępny, stoi nieopodal drewnianego kościoła z 1751 r. i trudno się nawet domyślić jego dawnego przeznaczenia. Ale staw jest uroczo malowniczy w tych Kiczkach.

Staw młyński w Kiczkach. Fot.L.Herz

       
W książce "Z zapachem starego drewna", napisanej przez Henryka Sienkiewicza (ale to inny Sienkiewicz, nie ten od trylogii i Nobla) Kiczki są opisane jako wieś leżąca w bok od głównych szlaków, do której wiedzie droga wijąca się wśród zieleni mazowieckich pagórków i dolinek. Cytuje ów Sienkiewicz artykuł stąd pochodzącego Czesława Budzyńskiego, pomieszczony w "Spotkaniach z zabytkami" z 1997 roku. Wieś Kiczki w oczach swego krajana bardzo sielsko się prezentuje. "położona wśród pól, łąk i resztek wielkich lasów, tworzy swoisty nastrój ciszy i spokoju. Widać, że zawieruchy wojenne omijały te strony, o czym świadczą stare chałupy z zabudowaniami gospodarskimi, które zachowały się w zupełnie niezłym stanie. Naprzeciw kościoła wzdłuż wiejskiej drogi rozciąga się staw, utworzony przez Piaseczną. Przepust i młyn znakomicie dopełniają rzadko już spotykany, nietknięty bezmyślnością człowieka krajobraz mazowieckiego piękna i sielskości". Tak było dwadzieścia lat temu. Jak to wygląda teraz? Nie najgorzej. Ale to nie jest wieś nadmiernie dostatnia. 

Krajobraz wiejski, sielski, jest krowa, ale i dach z eternitu. Fot.L.Herz
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
W porównaniu z wioskami położonymi bliżej linii kolejowej, choćby koło Mińska Mazowieckiego, to wieś zupełnie inna. Widać to gołym okiem. Tam domy, jak wille, tutaj niekoniecznie takie. Tam dachy jak spod igły, nowiutka dachówka prawie na każdym, tutaj dachów eternitowych nie brakuje, tutaj są niemal powszechne te smętne pamiątki smętnych czasów peerelowskich.
Drewniany kościół w Kiczkach powstał w połowie XVIII wieku, ma trzysta lat! Fot.L.Herz


W Kiczkach najważniejszy jest kościół, pierwszy powstał tutaj już w 1458 roku, ten budowany był po 1751 roku, w 1901 roku został powiększony. Jest z drewna, konstrukcję ma zrębową, wzmocnioną lisicami, na zewnątrz go oszalowano, kamienny mur go otacza, od frontu jest w nim ceglana brama dzwonna o trzech wejściach, nad środkowym wiszą dwa dzwony. Nawa jest na planie prostokąta, prezbiterium węższe, zamknięte ścianą prostą z dwiema zakrystiami od południa i północy. Dach dwuspadowy pokryty dawniej gontem obecnie blachą ocynkowaną. Zachwycająco prezentuje się wnętrze, całe w bieli. 

Wnętrze świątynki w Kiczkach, wszystko w drewnie, wszystko w bieli. Fot.L.Herz
Do maja 2007 roku wnętrze pomalowane było w różnych odcieniach błękitów z kilkoma malowidłami szablonowymi na suficie, następnie przemalowane w różnych tonacjach bieli, które dobrze współgrają z klasycystycznym wystrojem z licznymi złoceniami. Ołtarze są barokowe, jest kilka zabytkowych obrazów, feretronów, urocza drewniana chrzcielnica, i ona też w bieli.   

Ksiądz Sławomir Safader, proboszcz z Kiczek.

Odwiedzając Kiczki z przyjaciółmi, umówiłem swoją tam wizytę telefonicznie, szliśmy pieszo dolinką Piasecznej od autobusu w Drożdżówce, przed swoim kościołem w Kiczkach czekał na nas proboszcz, ksiądz Sławomir Safader, kapłan wspaniały, serdeczny, nadzwyczaj gościnny. Z talentem opowiadał o swojej świątynce, pieszcząc ją spojrzeniem sypał anegdotami. A później zaprosił wędrowców na przygotowany przez księżą gospodynię kompot. Na koniec były jeszcze odwiedziny niewielkiego parafialnego muzeum w budynku starej organistówki. Żadne tam wielkie zabytki, kolana się przed nimi nie uginają, ale przecież to są świadectwa dawnej wiejskiej kultury, świadkowie dnia codziennego czasu już dawno przeszłego i nie da się ukryć, że wzruszające dla żyjących dzisiaj. także i książki z biblioteczki parafialnej sprzed lat, warto przejrzeć autorów i tytuły, aby dowiedzieć się jakie to książki na mazowieckiej wsi przed kilku dziesiątkami lat czytano.

Z parafialnego muzeum w Kiczkach, świadectwa lat dawnych, dla ciała i ducha. Fot.L.Herz