sobota, 18 czerwca 2016


Magia czerskiego zamku


Widok na czerski zamek od strony jeziora czerskiego. Stamtąd jest najładniejszy. Fot.L.Herz



Dla każdego krajoznawcy są wielką skarbnicą ruiny zamku książąt mazowieckich w Czersku. I ja z tej skarbnicy nieraz czerpałem  obficie. Nie znać Czerska to błąd. Nie powracać, jest grzechem. W Czersku bywać trzeba. Więc znów tam powędrowałem, przyszedł czas, aby odnowić znajomość.  
      U początków swojego istnienia, gdy jeszcze Polska nie odzyskała niepodległości, Polskie Towarzystwo Krajoznawcze w roku 1907 zorganizowało cztery wycieczki w okolice Warszawy. Wybór celów wycieczkowych tych podmiejskich wycieczek był wtedy prosty: Puszcza Kampinoska, Żelazowa Wola i Czersk oraz Stary Otwock. W wydanej w roku 1926 broszurze „Wycieczka do Czerska”, napisanej przez współzałożyciela Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, Aleksandra Janowskiego, pisał  autor o Czersku, iż „w historii ukazuje się jako najważniejszy punkt księstwa Mazowieckiego. Wtedy, gdy na terenie dzisiejszej Warszawy szumiała jeszcze nieprzebyta puszcza, tu już stał zamek książęcy. Był też Czersk siedzibą Archidjakona, posiadał kapitułę kanoników, słowem trzymał prym pomiędzy miastami Mazowsza. Ale Wisła zmieniła swoje koryto, zamek został bez obrony, a książęta Mazowieccy przenieśli swą siedzibę do Warszawy. Miasto upadało, a już 400 lat temu pisano: „niegdyś najwspanialsze na Mazowszu miasto, obecnie nędzna mieścina”.
    W  roku 1926 do ruin tego zamku jechało się koleją wąskotorową z Warszawy. Pociążek z Warszawy dojeżdżał do Góry Kalwarii, dalej trzeba było iść pieszo. Dzisiaj na czerskim rynku w weekendy tłum samochodów, są i wycieczkowe autokary, autobusem też można dojechać, ale nie na samo miejsce. Wciąż najlepiej dochodzić od Góry Kalwarii i prawie godzinę zabiera ta wędrówka. Ja pojechałem dalej, z wareckiego autobusu wysiadłem w Coniewie, tam zarzuciłem swój wędrowny węzełek na plecy i wszedłem w plener czerskiej okolicy. Z Coniewa przez Podgórę i Królewski Las zaszedłem nad Wisłę, a później przez Brzumin i Ostrówik powędrowałem
dalej
    Do czerskich ruin zamkowych nie powinno się dojeżdżać samochodem, chociaż można i to niemalże do samych stóp gotyckich wieżyc zamkowych.  Pieszo należy tam docierać. Wędrówka jest wtedy pielgrzymką. Tak już jest, i jest to dobrze, iże tak właśnie. Do miejsc ważnych w historii, do zapisanych przez człowieka znaków w krajobrazie, powinno się pielgrzymować. I w czasie tej pielgrzymki widzieć, jak z każdym naszym krokiem cel się przybliża, ogromnieje. Można się wtedy najpełniej cieszyć na zbliżające się spotkanie. Dojrzewać do niego. 


Kraina sadów w okolicy Czerska. Fot.L.Herz

      Na tarasie zalewowym  w dolinie Wisły koło Czerska znajduje się imponujące zagłębie ogrodnicze, wydaje się, że tam są wyłącznie sady, nic ponadto. Ciągną się kilometrami, są wspaniałe. Szedłem tedy wśród tych sadów,  na drzewach dojrzewały właśnie czereśnie i wiśnie. Towarzyszyły mi w tej wędrówce strzały, to tu, to tam, co jakiś czas słychać było strzały; to strzelały takie zmyślne urządzenia automatyczne, specjalne, na propan-butan, 850 złotych sztuka, ich zadaniem jest hałasem odganiać ptaki, mające ochotę na owoce. Podobno ptaki już wiedzą, że to żadne niebezpieczeństwo i nic sobie z tego strzelania nie robią.
    Już po powrocie do domu znalazłem w internecie portal sadowniczy, w nim trafiłem akurat na tekst o tych okolicach, co to ja w nich dopiero co byłem. Sadownicy uzbroili się w odstraszacze – przeczytałem. Z prawej sad, z lewej sad, co kilkanaście sekund grzmot. Wybuchy od rana do wieczora, od końca maja do połowy lipca. – Normalna rzecz na wsi – tłumaczy  w Podgórze starszy pan z sąsiedniego Królewskiego Lasu. – Ale te odgłosy niektórych drażnią. A bo niektórzy są nadwrażliwi – kwituje mężczyzna.  Tu wszyscy strzelają.  Ja z tych kilkuset drzew żyję. Nie mam wyjścia, muszę strzelać. Te chmary ptaków wszystko zjedzą. Niech wracają tam, gdzie ich miejsce: do lasu. A hałas? – Taka jest wieś. Krowa ryczy, kogut pieje, trzeba się przyzwyczaić.


Wisła w sąsiedztwie Czerska, koło Brzumina. Fot.L.Herz



    W połowie swojej czerwcowej wycieczki zaszedłem nad Wisłę, tam gdzie w sąsiedztwie Brzumina zbiega ku wodzie betonowa droga. Nad Wisłą co kilka kilometrów są takie drogi, wchodzą prosto do rzeki, na drugim brzegu jest podobna, to drogi strategiczne, w razie czego zbuduje się tu pontonowy most i wojsko przejdzie po nim rzekę. Teraz byłem sam,  wojna od naszej ojczyzny na szczęście znajdowała się daleko,  ale strzały było słychać. – Co to za strzały? Czyżby się zaczęło nowe powstanie warszawskie? –  usłyszałem od strony wody. Rzeką płynął kajak, w nim samotny mężczyzna, dobra sześćdziesiątka na karku, kajak załadowany po brzegi, na burcie znana mi nazwa jednego z najpiękniejszych miast nadwiślańskich: Grudziądz. Człowiek płynął Wisłą z Goczałkowic, tam mieszka, jest na emeryturze, w Grudziądzu ma rodzinę, stamtąd pochodzi, postanowił odwiedzić swoje rodzinne miasto, dlaczegoż by nie uczynić tego samotnie spływając kajakiem królową rzek polskich?  Zazdrościłem mu.
    Niebo błękitne, chmury na nim puchate, białe, zieleń zielona ogromnie, pięknie jest, chce się żyć. Chociaż strzelają na potęgę w tej rolniczej okolicy. Jeśli czegoś mi brak, to zdjęcia tego wiślanego kajakowicza, jak zawsze bowiem, wtedy gdy trzeba, tak i teraz, nie sięgnąłem po aparat fotograficzny. Po prostu nie mam żyłki fotoreportera, niestety. Więc musicie mi uwierzyć na słowo, że był taki pan, dzielny samotny mężczyzna na emeryturze, że siedział w kajaku i płynął do swojego Grudziądza. 
    A moja rodzina mieszkała w Grudziądzu, zawołałem za odpływającym. Odkrzyknął mi pytaniem: a w którym osiedlu? Panie – krzyknąłem ku oddalającemu się z prądem – wtedy, gdy oni tam mieszkali, nie było jeszcze żadnych osiedli w polskich miastach, tylko zwykłe kamienice przy normalnych ulicach. To było tuż po wojnie, tej pierwszej, tuz po odzyskaniu niepodległości. Stamtąd mój ojciec wraz z bratem i rodzicami przenieśli się na południe Polski. Grudziądz pozostał już tylko rodzinną legendą. Z całej rodziny tylko ja o nim pamiętam. Wkrótce i już nikt nie będzie o tym naszym grudziądzkim mieszkaniu pamiętał. A mój tata został pochowany na cmentarzu w Nowym Sączu. I nie ma już jego grobu, bo tak się ułożyło. I nie wiadomo, gdzie była dokładnie jego mogiła.

Baszta więzienna, wschodnia wieża czerskiego zamku. A za nią Mazowsze w całej krasie. Fot.L.Herz
Ilekroć odwiedzam czerski zamek, w pierwszym rzędzie drapię się na szczyt baszty wschodniej. I zawsze radość mi towarzyszy w oglądaniu tego wszystkiego, co wokół się rozpościera. Widok jest stamtąd przepyszny. Na północy dachy kościołów i domów w Górze Kalwarii, na wschodzie zieleń drzew zasłaniająca Wisłę, oddaloną o 2.5 km od zamku; przed wiekami płynęła u jego stóp, a fakt że się odsunęła spowodował upadek Czerska i przeniesienie siedziby książąt mazowieckich na dogodniejsze miejsce w Jazdowie na terenie Warszawy. 35 km południu widać elektrownię kozienicką. Warszawskiego pałacu kultury nie dostrzegłem. A chciałem, wypatrywałem, czterdzieści lat w nim pracowałem, więc powinienem go przecież zobaczyć.
     Całe Mazowsze Czerskie jeszcze nieco więcej niż sto lat temu było zwartym i wyróżniającym się spośród innych regionem etnograficznym, chętnie odwiedzanym przez uczonych badaczy i literatów, tutaj poszukujących materiałów naukowych i twórczego natchnienia. Był wśród nich także Roman Zmorski, jeden z duchowych przywódców literackiej cyganerii warszawskiej z połowy XIX wieku, poeta rozkochany w Mazowszu i w mazowieckim ludzie. To jego pióra jest jeden z najpiękniejszych romantycznych wierszy o czerskim zamczysku:

      Po czarnych szczelinach, darłem się ku górze
        Zobaczył to wicher — co gdzieś tam bałwany
        Mgły gonił w polu — i przybiegł zdyszany,
        I zawył mi w ucho: Gdzież    pniesz    się   to?   gdzież?
        Od wieku nie dotknął nikt skroni tych wież!

    Romantyczna ruina czerskiego zamku jest czymś znacznie więcej, niż tylko ruiną. Tu naprawdę wiele się działo. W głębokim lochu wschodniej baszty więzione były również znaczne osobistości. Konrad Mazowiecki, który wiódł zaciętą walkę o senioralną dzielnicę krakowską i o tron królewski z księciem wrocławskim Henrykiem Brodatym, w walce tej nie przebierał w środkach. W roku 1229 porwał Henryka Brodatego i wtrącił do czerskiej wieży. Uwolnił go dopiero po interwencji przybyłej ze Śląska żony Henryka. księżnej Jadwigi (później ogłoszonej świętą). Wkrótce potem Konrad zamknął w lochu kilkuletniego wówczas swojego bratanka księcia Bolesława, syna zamordowanego w Gąsawie Leszka Białego. Wraz z Bolesławem więził jego matkę Grzymisławę. Św Bolesław, zwany później Wstydliwym, ożenił się w 1239 roku w węgierską królewną Kingą (której imię związane jest m.in. z kopalnią soli w Wieliczce, później ogłoszoną błogosławioną) i on władał dzielnicą senioralną.


Te mury sporo pamiętają. Wielcy ludzie tą bramą wkraczali do zamku. Także jako więźniowie. Fot.L.Herz

    Czerski zamek, w przeciwieństwie do wielu innych zamczysk, nie ma swoich duchów. Może dlatego, że historia z nim związana, jest dostatecznie okrutna. Wiele natomiast opowieści i legend jest związanych z Mazowszem Czerskim. Pracowicie je zbierali w XIX w. m.in. Oskar Kolberg oraz Kornel Kozłowski. U nich właśnie wyczytałem, iż wędrując drogami wokół Czerska, często można było usłyszeć dziwne odgłosy. Mimo, że rzecz się dzieje w suchym terenie, słychać jakby się coś chlapało w błocie. Należało się wtedy bardzo strzec, dotyczyło to zwłaszcza młodych dziewcząt: odgłosy te mogły bowiem oznaczać, iż kasztelanic jest w pobliżu, a mocno on był chętny młode dziewice w bagienną toń wciągać. Niekiedy zaś na mokradłach okolicy pojawiały się tajemnicze światełka, migocące w pogodne noce. Istniał z tym przesąd, mocno tkwiący przez wiele lat, że to miernicy, błąkający się po trzęsawiskach. Przesąd ten bowiem sprowadzał się do wiary, „że jeometra, który za życia nierzetelnie wymierzał pola, skazany jest po śmierci na błąkanie się po tychże samych polach, a wtedy oczy mu się świecą jak latarnie".    

   To było sto lat temu. Nie ma już bagien w okolicy, na ich miejscu powstały sady, ale jeszcze dzisiaj opowiadają mieszkańcy Czerska różne legendy, na przykład o lochu, znajdującym się pod zamkiem, ciągnącym dwa kilometry do jednej ze wsi sąsiednich. W lochu tym mają być rzekomo ukryte wielkie skarby. „Kilkanaście lat temu" — pisała mieszkanka Czerska, Krystyna Oladowska w 1966 roku. — „ktoś jednak odkrył w miejscu, gdzie dawniej był zwodzony most, okute drzwi. Jaka tajemnica się za nimi kryje — nikt nie potrafi odgadnąć".
Jezioro Czerskie u stóp zamku. Pamięć rzeki, gdy tędy płynęła przed wiekami. Fot.L.Herz.

                           
                        

sobota, 11 czerwca 2016

Nadzwyczajnie zwyczajny krajobraz
czyli tam, gdzie nie ma niczego do zwiedzania... 
        
   Na początku  tegorocznego  czerwca pojechałem zobaczyć Mazowsze, do jakiego nie jeździ się turystycznie. Gdzie w gruncie rzeczy niczego nie ma do zwiedzania. Krajobrazów do oglądania też jakby nie ma. Tam, gdzie się wybrałem, leżą takie sobie zwykłe mazowieckie ziemie, zamknięte w ramionach przez Mławę wiodącej do Gdańska “siódemki” i prowadzącej przez Płock do Torunia “dziesiątki”. I chociaż tam niczego nie ma do oglądania, ja z rozdziawioną gębą jechałem malowniczymi drogami o znakomitym asfalcie, a wokoło dawał się podziwiać „zdenudowany obszar moreny dennej na wysoczyźnie lodowcowej”, krajobraz pyszny w swojej zwyczajności. Piękne są tam ziemie, rolnicze i dostatnie, rolnictwo trwa na tych ziemiach od stuleci, w tej okolicy wszystko świetnie rośnie. Od wieków słynęły te okolice z ogórków, potem przyszła moda na cebulę, ona trwa zresztą nadal i w sezonie na poboczach szos handel cebulami odbywa się w najlepsze. Od kilku dziesięcioleci okolica poczęła żyć z porzeczek i pełna jest porzeczkowych plantacji, nie brakuje też truskawek, akurat trwał na nie sezon, dojrzewały jak opętane. 

    Dróg malowniczych na naszym nizinnym Mazowszu nie brakuje, można nimi jechać i jechać, nie spiesząc się, delektując się otaczającym krajobrazem. Stara to prawda, iż z autostrad i głównych szos nigdy kraju się nie zobaczy. Drogi takie służą szybkiemu przemieszczaniu się. Nie służą poznawaniu. Zrozumieli to obywatele innych nacji, choćby Anglicy, którzy wydają specjalne przewodniki po drogach prowincjonalnych, z którymi w ręku, krok po kroku, kilometr po kilometrze można zwiedzać to, co w Anglii jest najpiękniejsze, angielski countryside. Również Francuzi w najlepszych swoich przewodnikach, wydawanych przez Michelina, nigdy nie proponują jazdy autostradami, zawsze wąskimi szosami i drogami, gdzie ruch niewielki, a krajobraz w otoczeniu najbardziej urodziwy. 
    Jechałem sobie teraz takimi waśnie drogami przez naszą mazowiecką nizinność i wyjść z podziwu nad nią nie mogłem. Pogoda była pocztówkowa, pejzaż fotografowałem zapamiętale. Wiem, że się powtarzam, ale: czyż nie piękne to nasze Mazowsze?

Zupełnie jak w Toskanii. Na Mazowszu Płońskim na początku czerwca. Wszystkie fotografie: L.Herz



środa, 1 czerwca 2016


W Inowłodzu nad rzeką Pilicą
 Pilica pod Inowłodzem. Fot.L.Herz
       Początek czerwca to bardzo dobra pora na odwiedziny Inowłodza nad Pilicą. Krajobraz wokół jak należy. Dolina Pilicy przyjazna. Widok na nią królewski, najbardziej spod stóp fotogenicznego romańskiego kościółka z czerwonej cegły. Nie dziw, że tę okolicę ulubili sobie ci, do których należała władza.
    Według oficjalnej propagandy kościółek wystawił w roku 1082 roku  Władysław I Herman. Podobno jako dziękczynne wotum za przyjście na świat następcy. Skąd to wiadomo, tego nie wiadomo. Niektórzy historycy datują powstanie kościółka na okres przed rokiem 1138, a inicjatywę w tej sprawie przepisują Bolesława III Krzywoustego. Jakichkolwiek wzmianek źródłowych dotyczących pierwszych czterystu lat istnienia budowli – brak. Jak jest naprawdę? 
Kościółek w Inowlodzu wzniesiono na wysokim brzegu doliny Pilicy. Fot.L.Herz
     Bez dwóch zdań kościółek jest urodziwy i ładnie usytuowany. Rekonstruowano go w latach trzydziestych XX wieku. Rekonstruktorzy poszli śladami Violette-le-Duca. I bardzo dobrze. Ten dziewiętnastowieczny francuski architekt zasłynął .jako twórca rekonstrukcji doskonałych, jeszcze lepszych od oryginału, a najbardziej znanym jego dziełem są mury jeszcze bardziej średniowiecznego, niż średniowieczne obwarowania miasta Carcassonne na południu Francji.
    Nie są natomiast rekonstrukcją ruiny zamku Kazimierza Wielkiego w Inowłodzu. Są ruinami, jak należy. Ciągną k’sobie. Uruchamiają wyobraźnię. Był to jeden z tych zamków, o których każdy z nas uczył się w szkole, że Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. W internetowych ściągach dla maturzystów można dzisiaj bez trudu znaleźć informacje, że władca nakazał postawić zamków dokładnie pięćdziesiąt i cztery.  Zadaniem zamku w Inowłodzu było pełnienie straży na granicy państwa polskiego. Tak, tak, na granicy państwa polskiego. Na północ od Pilicy trwało wówczas samodzielne państewko książąt mazowieckich. To był wiek czternasty i tak się wtedy sytuacja polityczna układała.  Władysław Jagiełło często zatrzymywał się w zamku inowłodzkim, historycy odnotowali skrupulatnie, że co najmniej sześć razy tutaj przebywał w ciągu swojego 48-letniego panowania.
Ruiny zamku w Inowłodzu. Fot.L.Herz
     W 1657 roku Szwedzi zamek podminowali i wysadzili w powietrze, a potem przez naszych rodaków zamkowe mury zostały potraktowane jak kamieniołom, wywożono budulec na potęgę. Dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku  ruiną poczęto się interesować i w ślad za tym poszła jakaś tam opieka. Całość wciąż jest malownicza. Ostatnimi laty jakby jeszcze bardziej.    
    W Inowłodzu myśli krążą również wokół Tuwima. Po powrocie z Inowłodza rzucam się w domu wygłodniały na „Kwiaty polskie” i dopiero wtedy do mnie dociera, że tak wspaniale później przez Ewę Demarczyk śpiewany do muzyki Zygmunta Koniecznego  Grand Valse brillante tyczył zabawy, która „dzisiaj w Inowłodzu”, a nie w mieście Łodzi.

          „Wczesnym na wsi dniem niedzielnym,
          Gdy kolorowe, krochmalone,
          Krajkami szumiąc wzorzystemi,
          Ścieżką przydrożną idą z sioła
          Kwietne dziewczęta do kościoła:
          Z oczyma niebu odjętemi
          I chabrom inowłodzkiej ziemi;
          Choć wystrojone, idą boso,
          Trzewiki na ramionach niosą”. 



Kwiaty polskie. Fot.L.Herz

poniedziałek, 23 maja 2016


Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza:
okolice wsi Skuły... 
     
Nie pomnę w którym roku Skuły poznałem i zostałem zauroczony tą niewielką wioską, położoną  na północnym skraju Wysoczyzny Rawskiej niedaleko Mszczonowa. Moja miłość do tej okolicy trwa  około pół wieku, już w 1976 roku pisałem o niej w jednym z serii przewodników turystycznych "Podwarszawskie szlaki piesze", a w roku 2012 o tej okolicy napisałem  jeden z rozdziałów wydanej przez "Iskry" książki „Klangor i fanfary”. Rozdział ten nosił tytuł: Ziemia niebanalna. Bo i taka to jest ta ziemia. Rośnie tu niespecjalnie wielki las, lecz bardzo jest on ładny i rzeczywiście niebanalny, bo wśród lasów mazowieckich dominują sosnowe bory, a ten las tutaj to las  liściasty. Pośrodku tego lasu wije się płytka  rzeczułka,  okolona bujną zielenią roślinności i jest to genialna sala koncertowa dla ptaków. Ach! jakichże wspaniałych koncertów drozdów o wiosennej, wieczornej porze tam wysłuchiwałem!
Rzeczka Karczunek pośród Skulskiego Lasu. Fot.L.Herz 

    Rzeczkę odkryłem już bardzo dawno. Nazywa się Karczunek i jest dopływem Pisi Tucznej, do której wpada w pobliżu niewielkiej wioski Skuły, niemal tuż obok drewnianego kościółka zbudowanego przed trzystu laty, nad którym wznoszą się wiekowe, niemal równe modrzewie.  Cała okolica wokół Skuł  winna być objęta szczególną pieczą.  Chciałem tam założyć park krajobrazowy, nawet poczyniono starania, na zlecenie wojewódzkiego konserwatora przyrody opracowano plan tego parku, miał nosić imię Józefa Chełmońskiego, bo wielki malarz z tą okolicą jest związany, ale jakoś cala idea padła, bo brakło woli ze strony tych, którzy do utworzenia tego parku mogli doprowadzić. Nawet znam ich z nazwiska, ale cóż z tego...
    Na  podwarszawskim Mazowszu okolice Skuł są ewenementem. Niby jest do tych Skuł blisko, a jednak daleko i krajobraz tej okolicy bardzo jest odmienny od tego, co to znajduje się tuż za granicami Stolicy, tam, gdzie najchętniej z Warszawy w plener wędrujemy, na przykład w Puszczy Kampinoskiej,   lub w lasach wokół Otwocka, albo nad Bug lub nad Narew. W okolicy Skuł ziemia łagodnie faluje, głównie za sprawą rzeczek, które w wysoczyznę polodowcową tutaj się wcinają; Skuły znajdują się w  mszczonowskim węźle wodnym, gdzie bieg zaczyna pół kopy najbardziej znanych rzeczek i strug południowego Mazowsza. Tutaj  początek bierze kilka: Jeziorka, Tarczynka, Mrowa, Utrata, ale dla tej okolicy najważniejsze są dwie Pisie, jedną jest Pisia Gągolina, a drugą Pisia Tuczna.  Obie łączą się poniżej Żyrardowa i tam już płynie ku Bzurze tylko Pisia.
Pisia Tuczna we wsi Skuły, taka tam jest z niej sympatyczna drobina. Fot.L.Herz

    Nazwa >Pisia< pochodzi z języków bałtyjskich, od łotewskiego wyrazu  pisa, oznaczającego bagno porośnięte małymi brzozami i sosnami, lub litewskiego bądź pruskiego  pisa, oznaczającego także rzekę o trudno dostępnych, bagiennych brzegach. Według Stanisława Rosponda podstawa „pisk-", „piszcz-" oznacza właśnie teren podmokły i bagienny.  Pisia Tuczna swoje wody „toczy”, stąd najpewniej jej  nazwa, a nazwa  Gągoliny jest niewątpliwie związana z nurkującą dziką kaczką, gągołem.
Malownicze stawy grzegorzewickie wodę zawdzięczają Pisi Gągolinie. Fot.L.Herz

    Pisia Gągolina wypływa z okolic wsi Zimna Woda na południe od Grzegorzewic. Nawadniane przez nią  stawy grzegorzewickie  są największymi w okolicy i tworzą miniaturowe pojezierze. W szuwarach gniazdują  krzyżówki, czernice, łyski i perkozy, w pełni wiosny zewsząd dobiegają godowe głosy trzciniaków i trzcinniczków oraz słowików, latem na płyciznach żerują czarne bociany, mające gniazda w okolicznych lasach, mają tam swoje miejsca lęgowe żurawie i czarne bociany i od kilku lat gnieździ się bielik, któremu wiosną roku 2016 roku urodziły się dwa orle pisklęta.
    Zawsze był to jeden z najczęściej przeze mnie odwiedzanych fragmentów Mazowsza, dawnymi laty była świetna komunikacja, bezpośredni autobus z dworca zachodniego w Warszawie, teraz jest gorzej, autobusy kursują tylko z Grodziska Mazowieckiego, a w niedziele w ogóle nie ma komunikacji publicznej, więc wtedy jeśli się nie ma własnego pojazdu, to i nie ma się  szans na odwiedzenie Skuł w dni świąteczne.
Kościółek w Skułach jest modrzewiowy i stareńki, ma ponad 350 lat. Fot.L.Herz
    Pośrodku wsi Skuły, przy rozdrożu, od jakiegoś czasu ujętym we współczesne, nowoczesne rondo, postawiono kościółek z drewna modrzewiowego. Jest stareńką budowlą, stawiano go w roku 1678 roku. Od czterech lat królem Polski był wtedy Jan III Sobieski, który pięć lat później miał poprowadzić Europę do zbrojnego zatrzymania islamu pod Wiedniem. Kościółek jest  wzmocnioną lisicami budowlą konstrukcji zrębowej, zbudowano go na planie prostokąta, jest niewielki, wzdłuż można go przejść w trzydzieści męskich kroków, może trochę więcej, ale coś około tego. Kościół jest orientowany,  więc prezbiterium z ołtarzem znajduje się,  jak należy, po wschodniej stronie.  W chrześcijańskiej symbolice architektonicznej środek kościoła jest środkiem świata. Środek każdego kościoła! Każdy kościół jest obrazem świata. Tyczy to również  drewnianego kościółka w Skułach. 
    To trzeci kościół w tym miejscu,  ten zbudowano staraniem kolatorów: Seweryna Skulskiego ze Skuł  i księży misjonarzy od Św. Krzyża w Warszawie, bo im nadała część wsi królowa Maria Ludwika, żona dwóch królów polskich z dynastii Wazów, Władysława IV i Jana Kazimierza, która - już owdowiawszy po pierwszym, jako małżonka drugiego - w roku 1654 nabyła dobra skulskie, a dopiero co sprowadziwszy tych zakonników do Polski, w trosce o ich dobra doczesne majątek skulski im ofiarowała. 

Fragmenty wnętrza kościółka w Skulach. Fot.L.Herz

    Ogromnie wiele wdzięku ma wnętrze skulskiej świątynki. W latach 1774-75 na tyłach prezbiterium świątynki dobudowano zakrystię, a ściany kościoła obito wewnątrz płótnem i na nim nieznany nam z nazwiska autor wymalował   iluzjonistyczną polichromię. Jest ona  jedyną tego rodzaju osiemnastowieczną polichromią kościelną na Mazowszu. Przedstawia sceny ze Starego i Nowego Testamentu,  to wdzięczne, naiwne malarstwo i jest to swego rodzaju osiemnastowieczny komiks, albowiem oglądając te przedstawienia niepiśmienny lud mógł poznawać zdarzenia z Biblii najważniejsze: na jednym z iluzjonistycznych obrazów namalowano wygnanie z raju, na innym  dramatyczną scenę przedstawiającą potop, na jeszcze innym wspierający się na ramionach córek stary Lot opuszcza Sodomę, na kolejnych  Aniołowie przychodzą z pomocą prorokowi Eliaszowi i Tobiaszowi, a niewiasty egipskie wyławiają z Nilu małego Mojżesza, a w tle rosną papirusy, jak to nad Nilem z papirusami bywa.  To w nawie, a w prezbiterium są sceny z Nowego testamentu; jeden przedstawia wręczenie kluczy św.Piotrowi, a drugi Boże Narodzenie i ten drugi ze wszystkich jest mi najbliższy, pewnie dlatego, że to święto jest mi najbliższe.  Czy te obrazy są dobrym malarstwem? Oczywiście, że nie. Autor malowideł skulskich był zapewne tylko sprawnym rzemieślnikiem. Nie da się jednak ukryć, że jest to malarstwo wzruszające.


Trzy obrazy z osiemnastowiecznej polichromii kościoła w Skulach. Fot.L.Herz
W najbliższym otoczeniu kościoła rosną dwa stare modrzewie, jedne z najładniejszych na Mazowszu, bardzo tutaj pasują. Jeszcze całkiem niedawno było ich więcej, ale ten trzeci trzeba było ściąć, bo groził wywróceniem się na świątynkę i jej zniszczenie. Na jednym z modrzewi przez długie lata znajdowało się bocianie gniazdo i to było absolutnie rozkoszne móc oglądać te święte, polskie ptaki w tym miejscu.
    W południe rozdzwaniają się trzy dzwony skulskiego kościółka,  muzyka dla uszu wzruszająca, bardzo to wszystko polskie te niosące się nad głosy dzwonów nad krajobrazem okolicy, oprawionej w świeżą majową zieleń. Gdy ze znajomymi byłem tam ostatnio w połowie maja, padał deszcz. Wyszliśmy ze świątynki i słuchaliśmy muzyki dzwonów. Pięknie było. Kilkanaście godzin później jedna ze znajomych napisała mi w mejlu, że nagrała te dzwony w Skułach i ustawiła ich głos jako dzwonek w telefonie i teraz jej dzwonią, jak ktoś się chce z nią rozmawiać.
    Intryguje mnie nazwa wsi. Skąd się wzięły te Skuły? Miejscowi mi mówią, że od właścicieli, rodu Skulskich, ale najpewniej jest odwrotnie, to Skulscy wzięli swoje nazwisko od nazwy wioski. Jest w Wielkopolsce koło Konina wieś Skulsk, dawniej miasto, teraz jest tam siedziba urzędu gminnego. Nazwa podobna, jest kilka przypuszczeń skąd ona, kilka hipotez przekonywuje, ta na ten przykład, że nazwa Skulsk „wywodzi się od formy zabudowania, na jaką pozwolił ówczesny obszar, a więc zabudowa była zagęszczona, ściśnięta, można zatem przypuszczać, iż pochodzi od słowa „ skulony".    
    Skuły po raz pierwszy były notowane w 1 połowie XV wieku jako ośrodek dóbr wojewody czerskiego Piotra Pilika herbu Rogala, zmarłego po roku 1435 syna Jana, wojewody czerskiego który poległ w 1399 roku w bitwie nad Worsklą. Piotr Pilik był nie byle kim, pełnił różne ważne funkcje w mazowieckim księstwie, był więc marszałkiem dworu księcia Janusza I, podstolim warszawski, zakroczymskim podkomorzym i wreszcie wojewodą mazowieckim w latach 1402-1435. Należały do niego dobra:  Drwalew, Chynów, Skuły i  nadliwiecki Węgrów. Zmarł bezdzietnie i dobra węgrowskie wróciły do książąt litewskich, a dobra w Ziemi Czerskiej zapisał bratankom ze Skuł używających nazwiska Skulski i herbu Rogala.
    Na internetowej stronie gminy Żabia Wola, do której Skuły przynależą teraz administracyjnie, Barbara Gradkowska interesująco o Skulskich ze Skuł opowiada. O tym, że Seweryn, Walenty i Jan Skulscy podpisali się pod elekcją Jana III Sobieskiego. Że Adam Skulski był przydany w 1704 roku prymasowi  ad Consilia, a zmarły w Skułach w wieku 62 lat podczaszy warszawski Michał to deputowany na Trybunał Koronny w 1738 roku, zaś Ignacy Skulski w roku 1788 został podwojewodą warszawskim. Pod Beresteczkiem walczył Jerzy Skulski, który w testamencie, sporządzonym 26.VI.1651 roku,  przekazał kwotę 3000 zł na uposażenie parafii w rodzinnej miejscowości, prosząc w zamian za śpiewanie Godzinek do N.M.P i odprawienie Mszy św. Każdej środy za jego dusze (...jeżeli mnie Pan Bóg z tego świata mizernego weźmie...”).
     Drogi z kilku stron zbiegają się ku Skułom, więc tutaj było jakieś centrum, może jeszcze dawniej,  może jeszcze przed czasami książąt mazowieckich tu się znajdowało centrum plemienne jakiejś wspólnoty? Prócz kościoła lata całe najważniejszym miejscem ku któremu wszyscy zdążali, była karczma. Bez karczmy na normalnej wsi ani rusz. Była więc taka i w Skułach. Gdzie stała, nie wiem, może nad rzeczułką Karczunek? Była to karczma drewniana, dwutraktowa, z podcieniem, ogromna to była budowla, pomieścić mogła sporo luda. Jej drewniany budynek ocalał. Znakomity aktor i kolekcjoner, Wojciech Siemion, swoim kosztem przeniósł karczmę do niewielkiego skansenu, który utworzył koło swojego dworu w Petrykozach, wiosce położonej w bliskim sąsiedztwie Skuł. Stała tam obok dwóch koźlaków, ogromnych, drewnianych wiatraków, jeden z nich machał przedtem skrzydłami w Chudolipiu, ono Chudolipie też od Skuł niedaleko. Cieszyła więc karczma oczy pana Wojciecha i jego gości, a miał ich sporo, całe wycieczki przyjeżdżały oglądać te cuda, które w Petrykozach zgromadził.
   To bardzo zabytkowy budynek, ta karczma jest stusześćdziesięcioletnia, podobno bywał w niej sam mistrz Józef Chełmoński, w czasach w których w Kuklówce wielki malarz mieszkał, a ta Kuklówka też niedaleko od Skuł, nad Pisią Tuczną leży, tą samą nad którą postawiono skulski kościółek. Aż stało się nieszczęście. Wypadek drogowy w Ruszkach koło Sochaczewa. To było wiosną roku 2010. No i osierocił swoje Petrykozy pan Wojciech Siemion. Trzy lata później, 4 marca 2013 roku pożar strawił jego dwór, teraz to ruina bez dachu, pozbawiona duszy, to jest teraz bardzo straszny dwór. Co się stało ze świetnymi zbiorami świetnego malarstwa i sztuki ludowej, tego nie wiem. Skansen dopiero co odwiedziłem, jest w ruinie. Stara karczma ze Skuł także. Dramatycznie to wszystko wygląda.

160-letnia karczma ze Skuł , taka jaka jest teraz, w Petrykozach. Smutek i rozpacz. Fot.L.Herz

    Przez czas jakiś siedziba gminy o nazwie Skuły znajdowała się w Bartoszówce. Po roku 1954 przeniesiono ją do Żabiej Woli. Bartoszówka swoją nazwę zawdzięcza Bartoszowi Głowackiemu, to na jego cześć tak nazwano osadę Skobelówka, w roku 1878  założoną przez osadników rosyjskich, sprowadzonych tutaj  przez carskiego generała Skobelewa, który otrzymał dobra skulskie za swoje zasługi w wojnie  rosyjsko-tureckiej. Na tyłach cmentarza katolickiego jest zapuszczony cmentarzyk prawosławny, na nim byli chowani Rosjanie, ostatnie dwa nagrobki pochodzą ze stosunkowo niedawnych czasów. Skomplikowane są dzieje naszej polskiej ziemi, pod Skułami również.
    Najchętniej dojeżdżam do Skuł autobusem i tak, jak ostatnim razem w połowie maja, wysiadam na przystanku Ciepłe. Stamtąd  jest tylko kilka kroków do rezerwatu, który darzę ogromną estymą, a jest ogromną wartością nie tylko dla tej ziemi. W połowie maja wędrowanie po tej ziemi jest radością ogromną. Pogoda ostatnimi laty zupełnie zwariowała, wciąż jest coś nie tak, w przyrodzie coś  przychodzi za wcześnie, coś pojawia się za późno, liczyłem na to, że tym w tym roku ludowe przysłowia na temat pogody się nie sprawdzą, ale nie, nic z tego, tego roku majowi zimni ogrodnicy zjawili się w terminie. Tej wiosny Skulskie Lasy przywitały mnie lekkim dżdżem i ów dżdż towarzyszył mi już przez prawie cały czas wędrówki, czasem zanikał, ale  niekiedy zamieniał się w regularny, lekki i przyjazny dla przyrody deszcz. Ten deszczykowaty, pochmurny dzień okazał się był  darem niebios, ożywił młodowiosenną  zieleń, takiej burzy świeżej zieleni nie spotyka się co roku, teraz była wspaniała. I bardzo fotogeniczna, świetnie się dawała fotografować.
Na skraju rezerwatu. W głąb tego lasu wiedzie wąska ścieżka. Fot.L.Herz
Jakże mały jest człowiek wobec drzew, A to wcale nie najstarsze w tym lesie. Fot.L.Herz

    Rezerwat „Skulski Las” jeszcze nie był rezerwatem, gdym był tam po raz pierwszy, a urzeczony jego urodą tak bardzo, żem szybko począł zabiegać o to, by rezerwatem został. W roku 1980 tam zaszedłem i zobaczyłem obraz, który mną wstrząsnął. Zaraz potem wysłałem list do „Życia i nowoczesności”, cenionego dodatku do najpopularniejszej codziennej gazety polskiej tamtych czasów, „Życia Warszawy”. Opublikowano ten list. Pisałem w nim m.in. „Pod siekierami padło 8 starych dębów, najgrubszy z nich leży jeszcze powalony, przeznaczony na opał (!!!). W pierśnicy mierzył on 475 cm, z ilości słojów ściętego pnia można odczytać jego wiek; drzewo liczyło ponad 240 lat! Razem z dębami padł grab zwyczajny o obwodzie 212 cm, rzadka brzoza czarna o obwodzie 118 cm, sosna pospolita o obwodzie 274 cm.
    W następnej kolejności czeka na siekierę druga część zabytkowego drzewostanu, w której rośnie kilkanaście wiekowych sosen o obwodzie w pierśnicy od 252 do 295 cm, kilkanaście grabów sięgających 246 cm obwodu, brzoza brodawkowata o obwodzie 236 cm, podrosty buków w dolnym piętrze. Na pn. wsch od budynków b. nadleśnictwa, w oddziale 299, tuż przy dukcie ograniczającym oddział, padło m. in. kilka innych dębów o obwodzie sięgającym 470 cm! Pozostawione na obu zrębach karpy dają jeszcze świadectwo ogromu wyciętych drzew.
     Jak mogło dojść do tego? Rozmawiałem na ten temat z wieloma ludźmi. Najsmutniejsze były głosy emerytowanych leśników, mieszkających dzisiaj w budynkach b. nadleśnictwa. Dawny nadleśniczy terenowy, poprzednio nadleśniczy Kampinoskiego Parku Narodowego – nie widzi w fakcie wycięcia nic nadzwyczajnego. Tzw. operat urządzeniowy, sporządzany przez fachowców z Biura Urządzania Lasu raz na dwadzieścia lat, przewidywał wycięcie. Więc – wycięto i zrąbano pomniki przyrody. Na wniosek nadleśniczego w stanie spoczynku ocalono jednak stary drzewostan sosnowy (niestety, bez pomnikowych okazów drzew) zaglądający do okien jego mieszkania. Obaj mieszkający obok zrębów leśnicy emeryci nie uznali za stosowne zaprotestować przeciw znanym im planom wyrębu. Nie zaprotestował urzędujący leśniczy. Nie zastanowił się nadleśniczy, kierujący Nadleśnictwem Państwowym w Grójcu, któremu podlegają lasy Skuł. Nikt z leśników nie powiadomił władz ochrony przyrody, nie zaproponował objęcia prawna ochroną ani drzewostanu, ani pojedynczych egzemplarzy proponowanych do wycięcia drzew. Nie zareagował wojewódzki konserwator przyrody i wojewódzka Rada Ochrony Przyrody. To co się stało w Lasach Skulskich jest już nieodwracalne. Można jeszcze uratować to co pozostało.”
    Skutek był niemal natychmiastowy. Już cztery lata później został utworzony rezerwat „Skulski Las”, ma ponad 300 hektarów powierzchni, to całkiem sporo, dla porównania dodajmy, iż 90 hektarów powierzchni ma obszar otaczający Pałac Kultury w Warszawie, zamknięty ulicami z komunikacją miejską, pomiędzy dworcem centralnym, a domami handlowymi. Upłynęły już 32. lata istnienia rezerwatu, drwale z siekierami i mechanicznymi pilami już do niego nie zaglądają, fragmenty tego lasu są wspaniałe. Potężne, dębowe pnie wspinają się tam wysoko ku niebu, na ponad trzydzieści metrów, strzeliste są one i  wysoko, gdzieś pod chmurami niosą swoje korony. 
  
Jeden z wiekowych dębów skulskich.
  Najstarsze ze skulskich dębów mają ponad dwieście lat, ich siewki poczęły kiełkować mniej więcej w tym czasie, gdy ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski abdykował na rzecz Rosji, deportowano go do Petersburga, a Polska na 123 lata przestała istnieć jako państwo. Cały więc okres zaborów przeżyły te drzewa i jeszcze kilkadziesiąt lat potem, z dwoma wojnami światowymi wieku dwudziestym włącznie. Istnieje prawdopodobieństwo, że nikt tych dębów nie sadził, że są naturalnymi dziećmi drzew, które rosły tu przed ponad dwustu laty, pod ich opieką wyrosły. W roku 1980 mierzyłem w tym lesie  bezlitośnie ścięte ogromne dęby, z ilości słojów ściętego pnia dębu najpotężniejszego odczytywałem jego wiek; drzewo zabijano, gdy miało ponad 240 lat! Zapewne kilka ze skulskich dębów ma lat 250, teoretycznie to zaledwie ćwierć tego okresu, który dożyć mogą. Nie wszystkim to pisane, wiele z nich już leży na ziemi, powalonych. Z drzewami albowiem, jak z ludźmi. Nie wszystkim dane jest długie życie. 
Wiosną w zielonym lesie rezerwatu, pośród starych dębów. Fot.L.Herz

A jeszcze wcześniej, przedwiośniem, u stóp starodrzewu ściele się dywan zawilcowy. Fot.L.Herz
   Lasy Skulskie są lasami liściastymi, grądami dębowo-grabowymi,  a nie bagiennymi olsami lub wilgotnymi łęgami, chociaż i te w niewielkich fragmentach się tutaj znajdują. Kto przyzwyczajony do tego, że pod Warszawą wszędzie rosną bory sosnowe, że sosny panują wszechwładnie, dla tego lasy w okolicach Skuł są niespodzianką. Wczesną wiosną całe dno rezerwatu zamienia się w ogromny dywan, w którym kwitną miliardy zawilców, widok jest nieprawdopodobnie piękny. Jesienią dno skulskich lasów zasłane jest barwnymi liśćmi, idzie się wtedy brodząc pośród nich i to też jest bardzo przyjemne uczucie.
Uroczysko ze Skulskiego Lasu. Fot.L.Herz

    Są w tym lesie uroczyska o nadzwyczajnej urodzie, godne pędzla najlepszych artystów epoki romantyzmu. W sąsiedztwie tego lasu  ma swoje źródliska rzeka Utrata, ta sama, nad którą urodził się Fryderyk Chopin, największy z muzyków tej epoki. To przez ten las płynie Karczunek, meandrując pośród bardzo naturalnych fragmentów lasu łęgowego z zalegającymi w nim głazami narzutowymi. Tegorocznym majem Karczunek forsowałem z przyjaciółmi po zwalonym pniu, było trochę przygody i ciut emocji.  Wody wokół Skuł nie brakuje.
Grzegorzewickie stawy pod lasem. Fot.L.Herz
    
     Na zachód od nich są Grzegorzewice, a koło nich rozłożyły się pod lasem wodne tafle stawów, w pogodne, letnie dnie odbijające błękit nieba. Na stawach pokrzykują perkozy, zaś na płyciznach, jak egzotyczne marabuty, stoją na warcie czarne bociany, mające swoje gniazda w lasach okolicznych. Stawy grzegorzewickie są stawami hodowlanymi, jest na nich prowadzona  tradycyjna gospodarka rybacka i niewątpliwie jest to dodatkowym elementem wzmacniającym atrakcyjność kulturową okolicy. W położonym nad stawami gospodarstwie rybnym dają pyszne, smażone ryby, prosto ze stawu. Kto chce, może sobie je sam złowić.  Za stosowną opłatą. Przepływa przez te stawy Pisia Gągolina, ona daje stawom wodę. Nim dopłynie do Radziejowic, będzie meandrować wśród krzewów i liściastych drzew, wśród mokrych łąk i bagiennych zagajników. 
Żurawie na łące koło Kaczkowa. Fot.Ula Kaczyńska
     Niedawno  po raz pierwszy w tej okolicy usłyszałem niosący się znad tej rzeczki hejnał żurawi, których przez ostatnie kilkadziesiąt lat tutaj nie było. Tego roku zobaczyliśmy dwa, jak pasły się na łące koło Kaczkowa. Podeszliśmy do nich cichutko, kryjąc się za drzewkami zdziczałego sadu. Zobaczyły nas i z krzykiem zerwały się do lotu. Jeden poleciał w jedną, drugi w drugą stronę. 
  
Pałac w Grzegorzewicach  z czasów, gdy gospodarzyli tam adwokaci z Warszawy. Fot.L.Herz
     Po sąsiedzku ze stawami, wśród wyniosłych drzew zabytkowego parku wznosi się  grzegorzewicki pałac, zbudowany około połowy XIX wieku. Specjaliści określają jego architekturę jako neorenesans, sympatyczna to budowla, architektonicznie wartości raczej średniej. Najprawdopodobniej postawiono ten pałac dla ówczesnej właścicielki miejscowych ziem Zofii Kuszell, do której należał niewielki majątek, zaledwie 230-hektarowy. Od niej odkupił  posiadłość Alfred Meissner,  profesor chirurgii, stomatolog, później rektor Akademii Stomatologicznej w Warszawie.
    Po 1945 roku majątek rozparcelowano. Los pałacu był podobny losowi setek innych; został zdewastowany. Dopiero w roku 1973  przekazano go Naczelnej Radzie Adwokackiej do bezpłatnego użytkowania, powstał w nim Dom Pracy Twórczej Adwokatury, do którego na wypoczynek zjeżdżali warszawscy adwokaci, ale już ich nie ma, pałac opustoszał i czeka na kogoś, kto go przywróci do życia.  i gdzie tak miło było usiąść na tarasie, by zaspokoić pragnienie czarną kawą i owocowym sokiem, nim pójdzie się na dalszą przechadzkę, może ku leśnym stawom, na których można spotkać znajome łabędzie. Zachodziliśmy tam z przyjaciółmi na naszych wycieczkach, było miło, cicho, spokojnie. Pałac teraz stoi pusty i czeka na lepsze czasy, a otaczający go park park dziczeje w sposób pokazowy. Rośnie w parku kilka drzew, opatrzonych tabliczkami pomników przyrody, m.in.  białodrzew, jesion wyniosły, modrzewie europejskie i  lipa drobnolistna.
Niezwyczajna lipa drobnolistna, pomnik przyrody z Grzegorzewic. Fot.L.Herz

     Adwokaci bywali w Grzegorzewicach znani i szanowani, najważniejsza jednak okazała się pisarka, Maria Dąbrowska albowiem wieś okoliczną opisała i to bardzo interesująco.  Zaproszona jako gość na wesele do córki swojej służącej-gospodyni, to, co zobaczyła,  przedstawiła w wydanym w roku 1955 opowiadaniu „Na wsi wesele”. To niezwykłe opowiadanie, świetny dokument epoki, wiernie przestawiający problemy polskiej wsi tamtych, tuż powojennych czasów. Dąbrowska zgrabnie życie wiejskie opisała, nie stroni od pochwał, ale zaraz potem kłuje boleśnie. Dzisiaj zapewne opowiadanie to ukazałoby się nakładem wydawnictwa „Czarne”, specjalizującego się w egzotycznym literackim reportażu. 
    Od  grzegorzewickiego pałacu do autobusu wędrowałem wśród wiejskiego krajobrazu. Architekci krajobrazu taki rodzaj pejzażu zwą harmonijnym krajobrazem kulturowym. I taki on jest tutaj właśnie, to przykład modelowy. Skuły, Bartoszówka i Grzegorzewice tworzą jedną jakby całość, z dwóch stron flankowaną przez niewielkie, a bardzo malownicze lasy. 




Krajobraz skulskiej okolicy. Fot.L.Herz
  Zieloność okolicznego krajobrazu jest o wiosennej porze porażająca, wydaje się że żaden inny z podwarszawskich pejzaży pod tym względem temu dorównać nie może.   Wioski też sympatyczne, robią niezłe wrażenie, zabudowania nie są skupione przy ulicówkach, są rzucone luźno w ten kipiący od zieleni lekko pofałdowany lekko pofałdowany pejzaż morenowej wysoczyzny. Zagrody tutejszych rolników  i domy oraz wille warszawiaków całkiem dobrze ze sobą sąsiadują. Otoczenie mają porządne, zadbane, wszędzie moc kwiatów, trawniki ładnie przystrzyżone, drogi są wyasfaltowane lub żwirowe, dla samochodów wygodne, na łąkach okolicznych wiosną kwitnie polne kwiecie, wśród pól straszą strachy na wróble, a na poboczach dróg stoją kapliczki murowane i drewniane, słupowe i wiszące, niemal wszystkie ozdobione kolorowymi, plastikowymi kwiatami, bo tak trzeba, bo tak się teraz na polskiej wsi robi, a jakby na to nie patrzeć, ma to swoisty wdzięk i gdyby tych plastikowych kwiatów przy kapliczkach zabrakło, wtedy byłaby to już zupełnie inny krajobraz, więc może niech tak już zostanie.
Przydrożne kapliczki z okolicy: nadrzewna i słupowa. Fot.L.Herz
    Deszcz się rozpadał na dobre i wyraźnie schłodniało, gdy tegorocznym majem wsiadałem do autobusu w Grzegorzewicach. Godzinę  później siedziałem już w pociągu z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy, a po następnych kilkudziesięciu minutach byłem już w swoim mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu. I już zacząłem tęsknić za powrotem do skulskiego krajobrazu. 

czwartek, 12 maja 2016




Opowieść o konwaliach. 
Mówiła mi niedawno znajoma „pani od przyrody”, zawodowo oprowadzająca wycieczki szkolne po edukacyjnych szlakach Kampinoskiego Parku Narodowego, że miejskie dzieci mają z przyrodą ogromny kłopot i aż dziw że większość nawet nie słyszała o konwalii majowej; a przecież kwiaty konwalii noszono jako oznakę szczęścia i miłości, ofiarowanie konwalii swojej dziewczynie było znakiem oświadczyn.
  Właśnie w mazowieckich lasach zakwitają kobierce konwalii majowej. „Wątłe to takie, nerwowe, blade, chwiejne. Cała jej potęga – ten zabijający zapach, pieśń jej życia” notował Stefan Żeromski w młodzieńczych swoich dziennikach. W starożytności konwalia majowa zwana była: lilia convalium, co oznacza lilię, rosnącą w dolinach. Uważano ją za krewną lilii. W średniowieczu zyskała miano łacińskie: auricula cervi, łanie uszko. Jakoby ze względu na podobieństwo do ucha łani. Także w Polsce lud nazywał ją podobnie: łanka, łaniuszka, albo lanka, właśnie od tego ucha łani. Czy zwana jest tak nadal? Miejscami tylko i to tylko przez bardzo już wiekowych mieszkańców wsi.

    W pogańskich czasach była konwalia kwiatem bogini jutrzenki i wiosny. Na jej cześć urządzano zabawy, a jej kwiaty noszono jako oznakę szczęścia i miłości. Więdnące gałązki palono na stosie. We Francji dzień pierwszego maja był jej świętem, świętem przynoszącej szczęście - konwalii. "Wszyscy musieli mieć przypiętą gałązkę konwalii; kto mógł, dążył do pobliskiego lasu, zbierał jej kwiaty, przynosił do domu, urządzało się zabawy, przejażdżki zdobnymi w konwalie pojazdami" - pisał January Kołodziejczyk, zmarły w 1950 r. wybitny botanik, autor m.in. wydanej w roku 1922 cennej i dzisiaj książki "Rys florystyczny okolic Warszawy. I jeszcze jedną rolę obyczajową pełniła, a możliwe, że i pełni konwalia - wybawiała z kłopotu ludzi nieśmiałych, którzy nie są zdolni do wyznania słowami swoich uczuć. Przyjęcie przez kobietę gałązki konwalii lub nawet szpilki do jej przypięcia, oznaczało wzajemność lub dawało prawo do składania hołdów.

   Od czasów średniowiecza konwalia była również rośliną leczniczą, używaną nie tylko w ludowej medycynie. Stosowano ją w kroplach, a proces wytwarzania takich kropel był niezwykle skomplikowany. Leczono nimi serce, nerwice, drżączki, paraliże, także i zwykłe bóle głowy. Jest to roślina rzeczywiście lecznicza. W jej kwiatach są dwa składniki: stosowana przy chorobach żołądka konwalarina i skuteczna na niedomogi serca konwalamarina. Należy dodać jednakże, iż jest to ziele silnie trujące! Właściwość tę - jak podawał znakomity etnograf, Kazimierz Moszyński - wykorzystywały dziewczęta białoruskie i ruskie ...w celu poprawienia swojej urody. A moda była na urodę pyzatą, z rumieńcami jak malowanie. Dlatego też pocierały one swoje policzki korzeniami konwaliowymi, przedtem rozgryzionymi zębami na miazgę. Skutkiem szczypiącego działania skóra czerwieniała i policzki uzyskiwały pożądany kolor. 


    Ostatnimi laty w mazowieckich lasach jakby jest trochę więcej konwalii, a miejscami tworzą się ogromne nawet skupiska, szczególnie tam, gdzie lepsza jest ochrona prawna i skuteczniejsze leśne służby ochronne. Konwalia bowiem podlega ochronie! Zrywanie dziko rosnących kwiatów nie powinno mieć miejsca. Jeśli chce się być uczciwym wobec praktycznie bezbronnej przyrody, kupować powinno się wyłącznie konwalie wyhodowane w ogrodach. Gdybyż to jeszcze uczciwymi byli sprzedawcy konwalii, spotykani na ulicach naszych miast! 
Wszystkie fotografie konwalii autora tego blogu.
...........................................................
 
 Tekst tego postu jest w większości powtórzeniem tekstu, pomieszczonego w mojej książce „Klangor i fanfary”, wydanej nakładem wydawnictwa Iskry w roku 2012. Książki już dostać nie można, nakład jest wyczerpany, więc opowieść o konwaliach tutaj przypomniałem dla tych czytelników, którzy książki nie mają. Dopiero co byłem w lesie i po raz kolejny, jak każdego roku, zachwyciłem się konwaliami, właśnie się rzuciły do kwitnienia.