wtorek, 21 kwietnia 2015

O podwarszawskim Urzeczu w dolinie Wisły

Wierzby na  Urzeczu. Fot.L.Herz



     
     W dolinie Wisły na południe od Warszawy znajduje się Urzecze. Niewielu mieszkańców Warszawy wie o tym niewielkim, mazowieckim regionie etnograficznym. O Ziemi Łowickiej się wie. Symbolem polskiego folkloru jest dziewczyna w łowickim stroju z zespołu "Mazowsze". Niemal wszyscy wiemy też co nieco o Kurpiach.  Kurpiowszczyzna silnie oddziaływała na kulturę polską, np. Karol Szymanowski po tematy do swojej muzyki sięgał po równi na Kurpie, jak na Podhale. O Urzeczu i Urzycanach wiedzą chyba tylko Urzycanie. Oraz dr Łukasz Maurycy Stanaszek. On też z Urzycan. Mam właśnie przed sobą jego znakomitą książkę, od niedawna znalazła się w mojej krajoznawczej bibliotece.
     Książka ma tytuł „Nadwiślańskie Urzecze” i podtytuł „podwarszawski mikroregion etnograficzny”, wydana została staraniem Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Czersku oraz Państwowego Muzeum Archeologicznego w Warszawie w roku 2014. Albumowy format, 364 numerowanych stronic, dziesiątki ilustracji, w przeważającej części są to zdjęcia archiwalne o niewyobrażalnej wartości, bo ukazują świat, jaki odszedł już w przeszłość. Ale - jak się okazuje po lekturze książki – odszedł nie do końca jednak i wciąż jeszcze trwa w świadomości zamieszkujących Urzecze Urzeczan. Chociaż my w pobliskiej Warszawie zupełnie o tym nie wiemy.
     Mikroregion etnograficzny, zwany Urzeczem (gwarowo: Łurzycem), zajmuje taras zalewowy na obu brzegach Wisły pomiędzy Wilanowem na północy, a ujściem Pilicy i Wilgi na południu. W piśmie nazwa Urzecze dla tej części Mazowsza pojawiła się po raz pierwszy w roku 1737. W wieku XVIII ludzi żyjących w dobrach oborskich poniżej skarpy wiślanej nazywano „Urzyckimi”, zaś w stuleciu XIX odrębność podwarszawskiego Urzecza dostrzegała już większość polskich etnografów z Oskarem Kolbergiem na czele. 
        Właśnie u Kolberga pierwszy raz z nazwą Urzecze się spotkałem. W swoim dziele przypominał on, iż okolice położone w dolinie Wisły na południe od Warszawy, lud zwał dawniej Urzeczem lub Łurzycem, a to z powodu położenia „u rzyki”. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, nim obwałowano rzekę, wody powodziowe niemal co roku zalewały tę dolinę. Przynosiły ze sobą żyzne mady. Teraz człowiek zrezygnował z pomocy rzeki. Sadyby więc ma bezpieczne, powodzie im nie grożą, a zamiast przy pomocy żyznych mad, naniesionych przez rzekę, wysokie plony na swoich polach uzyskuje dzięki środkom chemicznym. Też pięknie, ale czy do końca jest dobrym zastąpienie natury chemią? 
        Często w tamtych stronach bywałem ostatnimi laty i trochę zapomniałem, że wędruję przez kolbergowskie Urzecze.  Przypomniał mi o tym dr Łukasz Maurycy Stanaszek. Ten antropolog z warszawskiego muzeum archeologicznego jest tutejszy i o swojej rodzinnej ziemi mówić umie bez końca, a ma o czym, bo człek jest zapaleńcem ogromnym. Wielką przyjemnością i krajoznawczą frajdą jest lektura jego  znakomitej monografii Urzecza. Od  książki oderwać się nie sposób, tak jest fascynująca. Ma tylko jedną wadę: jest za duża, za ciężka, na kolanach utrzymać ją trudno, a chciałoby się ją poczytywać do poduszki, przed snem. Trochę mi brakuje indeksu rzeczowego, brak również spisu fotografii.  Prócz tego jednak książka składa się z samych zalet. Przekopał autor książki akta stanu cywilnego wielu parafii, archiwum akt dawnych i archiwum dóbr wilanowskich i jeszcze kilka innych, przeprowadził mnóstwo  wywiadów, głównie ze starszymi mieszkańcami nadwiślańskich wiosek, wszystkie rozmowy akuratnie nagrywając. Imponujące osiągnął wyniki. 
        Zadziwiające: o kilka kroków od Warszawy, na jej peryferiach, znajduje się etnograficzny skarb, o którym w zasadzie się nie wie. A jest Urzecze obszarem wyróżniającym się od innych pod wieloma względami, kulturowo, etnicznie, historycznie.  Dr Stanaszek to udowadnia w swojej pracy. Pisze o tym, jak na ukształtowanie się odrębnej tożsamości Urzecza przez dziesiątki lat wpływała obecność Wisły. Opisuje to wszystko ze szczegółami, o Urzecokach pisze i o Polesokach, ale i o Zawiślakach, Orylach i  przybyłych z dalekiej Fryzji Olędrach,  znalazło się też miejsce na Żydów z Góry Kalwarii i nawet  na Turków, jakoby osiedlonych po wiktorii wiedeńskiej około Wilanowa. Barwna to mozaika, wzbogacona starymi fotografiami. Na zdjęciach kryte strzechą chałupy, masywne karczmy, drabiniaste wozy, wiślane łodzie pełne ludzi przeprawiających się z brzegu na brzeg, i twarze wiejskie są na tych fotografiach, toporne, mazowieckie. Wypisane jest na nich  to bytowanie na tej ziemi nizinnej, bytowanie w nieustannej potyczce z rzeką i z tym, co przynosiła, zło i dobro, niszczące powodzie i bogate plony.
        Dr Stanaszek jest także głównym sprawcą organizowanego w Gassach nad Wisłą spotkania kultur nadrzecznych na Łurzycu. Tam gdzie od niepamiętnych czasów znajdował się przewóz przez Wisłę, który spajał mieszkańców obydwu brzegów Urzecza, w początkach maja organizowany jest flisacki festiwal, którego zadaniem jest odbudowa orylsko - olęderskiej tożsamości tego regionu, tak niewielkiego, a tak bogatego. Pewnie się tam wybiorę tego roku, aby z Urzyczanami zatańczyć oryla, zwanego szotem, a potem  w polowej kuchni skosztować użyckiej sytochy lub siuforka i na koniec jeszcze obejrzeć regaty na pojezdkowych wiosłach. Nieczęsto się zdarza, by tyle dla swojej ziemi zdziałać umiał jeden człowiek – nawet jeśli jest tak rosły, jak rasowy Urzeczanim być powinien („to wszystko chłop w chłopa silne i ogromne jak dęby”) –  a dr Stanaszek na takiego wygląda.        
        Najbardziej lubię bywać na Urzeczu późnym latem. Wisła jest wtedy najpiękniejsza: z wiślanej wody  wyłaniają się ogromne piaszczyste wyspy, a z puchatymi kumulusami na błękitnym, letnim niebie, Urzeczu najbardziej jest do twarzy. Powiedziałbym, że to niebo całkiem jak we Włoszech, a przecie to nasze niebo, domowe, mazowieckie i urzeczańskie.  Latem na przydrożach Urzecza szaleje nawłoć, zwana też polską mimozą albo złotą dziewicą lub złotą rózgą, rosną  tam również   pantofelki Matki Boskiej, przez botaników zwane lnicą pospolitą, koło Ciszycy pola słoneczników się ścielą jak dla Van Gogha w Prowansji, nieco dalej kapusta dojrzewa na polach i wierzby rosochate rosną przy drogach. O takim to krajobrazie pisał Jarosław Iwaszkiewicz. "Myślę, że nie doceniamy mazowieckiego pejzażu. Przyznać trzeba, że jest on mało efektowny. Ale tai w sobie te drobne niuanse, te delikatne odcienie kształtów i barw, które się dopiero widzi i ocenia, kiedy się z tym pejzażem zżyje tak głęboko, jak tylko może się zżyć stały mieszkaniec tych okolic."

 

Łukasz Maurycy Stanaszek.                Nadwiślańskie Urzecze. 
Warszawa-Czersk 2014.    
Książkę wypatrzyłem tylko 
w jednej księgarni internetowej: 
http://ksiazkihistoryczne.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wystąpił błąd w tym gadżecie.