poniedziałek, 29 czerwca 2015

Skarby mazowieckiej przyrody: 
Wspomnienie wycieczki przez Pulwy
Pulwy w zieleni. Fot.L.Herz


   W ostatnią sobotę tegorocznego czerwca z niewielkim gronem przyjaciół z turystycznych szlaków wędrowałem przez Pulwy. Odwiedzam je często od lat już przeszło czterdziestu. To jedna z krajobrazowych osobliwości mazowieckich. W tamtejszym pejzażu dominuje niemal zupełnie nieznany w podwarszawskiej okolicy krajobraz wielkich, łąkowych przestrzeni.

      Przez wieki były tam bagna. Powstały przed kilku tysiącami lat i noszą kurpiowską nazwę Pulwy. "Pulwy" albo "polewy" właśnie "bagno" oznaczają. Władysław Mackiewicz, opisujący Kurpiowszczyznę przed kilkudziesięciu laty, pisał w swoim wierszu: "Księżyc blaski smętne swoje / śle na pulwy, na moczary"...

     Torfowiska na Pulwach są zmeliorowane, ostatnie prace wykonywano jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. osuszono niemal całe Pulwy. Od lat ich bogactwem jest siano. Są nim również  ptaki i dla ich ochrony torfowisko znalazło się  w sieci najcenniejszych ptasich ostoi w Europie.  
Szliśmy wśród łąk... Fot. l.Herz

                                Pulwy


Szliśmy wśród łąk

łąkami.

Gdzie się spojrzało

tam na nas czekały

łąki.

Żurawie śpiewały w oddali

zbierały się czajki do drogi

pachniało siano skoszone

pod lasem krowy

dziewczyna poiła wodą.

Pod niebem niebieskim

z chmurami nad nami

jak pączki,

trwała na nas czekając

rozległa, szeroka, daleka

hen, w horyzoncie ginąca

kraina zielonych łąk.

Szliśmy przez łąki

wśród łąk

łąkami

W bezkresną ich dal.

...w bezkresną ich dal. Fot.l.Herz








poniedziałek, 22 czerwca 2015


Barwy mazowieckiego lata
      Maki, krwawnice i łubiny, trzy barwne ozdoby  lata.  Szaty  mają  w  barwach dostojnych, chociaż żadna  tam z nich kwiatowa szlachta, a zwyczajne, polne i przydrożne kwiecie.  Ale ... czyż nie warte szczególniejszej  naszej sympatii?  
Polne maki na mazowieckiej łące. Fot.L.Herz

      Maki przywędrowały do Polski z południa Europy i tak dobrze się zrosły z naszym pejzażem, że przez Polaków są uważane za gatunek narodowy. To prawda, nieprawdopodobnie pięknie ubarwia polski krajobraz. Tak naprawdę polny mak jest chwastem, ale jakże wspaniałej urody jest ten chwast. Zawędrował do polskich piosenek patriotycznych i do bajek dla dzieci. Ziarenka makowe wzbudzają zainteresowania narkomanów i są nawet plantacje makowe, które policja  likwiduje, hodowców zamykając do ciupy. Wypiek  świątecznych makowców karom nie podlega. I bardzo dobrze. Smakowite są one niezmiernie. Świąteczne  makowce na stole wigilijnym są echem bardzo dawnych czasów, jeszcze przedchrześcijańskich. Drzewiej albowiem potrawy z maku nie na co dzień spożywano, lecz tylko w okresie zimowego przesilenia, w dniu kontaktu z duchami przodków. 
    Jak sama jego nazwa wskazuje, mak polny rośnie pośród pól (jest jeszcze mak lekarski, ale nie o nim tu mowa). Maki nie co roku zakwitają w tym samym miejscu i nie zawsze tam, gdzie człowiek się ich spodziewa, ale jak już zakwitną, to ho, ho. Potrafią się wcisnąć niemal wszędzie. Widywałem kobierce maków na wśród żwiru między torami kolejowymi, które zamieniły w rozbuchaną czerwienią łąkę. Najczęściej widywałem dywany makowe na łąkach nadwiślańskich, szczególnie w okolicach wsi Gassy koło Konstancina i koło Kazunia w sąsiedztwie Modlina.  
Niepospolity dywan krwawnicy pospolitej pod Famułkami. Fot.L.Herz
    Na zachodnich krańcach Kampinoskiego Parku Narodowego, na torfowiskach Famułkowskiego Błota można oglądać jeden z najwspanialszych krajobrazów mazowieckich. Przed dwustu laty na błotach wycięto las, powstały łąki i pośród nich ludzkie sadyby. Po powstaniu parku narodowego grunty zaczęły być sukcesywnie wykupywane, domostwa rozbierano, a na torfowiska wkroczyła przyroda.  Ogrom łąk jest imponujący i ciągną się one daleko, aż po linię horyzontu. Spore wrażenie czynią oglądane tutaj wschody i zachody słońca, przedwiosenne, jesienne i zimowe.          
    Przez środek tych łąk przebiega asfaltowa szosa i jest na tej szosie most nad Kanałem Łasica, który przekopano po roku 1861. Jeszcze po powstaniu Parku w 1959 roku był on pogłębiany ze szkodą dla stosunków wodnych w Puszczy Kampinoskiej. Teraz stawiane są na kanale zastawki i jazy, zatrzymujące wodę, która w porze letniej suszy niemal nie płynie i zarasta roślinnością wodną, m.in. z mostu można zobaczyć strzałkę wodną i chronione grążele żółte.
    Co roku staram się bywać tam wtedy zwłaszcza, gdy Famułkowskie Błota barwią się na fioletowo łanami krwawnicy pospolitej. Nie co roku zdarza się tam taka kolorowa rozpusta, ale jak się zdarzy, wtedy przyroda idzie na całość. Kwitnąca krwawnica pospolita jest ozdobą torfowisk nizinnych. Jej słodki nektar ściąga ku sobie setki tysięcy owadów. Nie gardziła krwawnicą medycyna  ludowa, m.in. korzystano z krwawnicy, aby goić  rany, nazwa jej się stąd wzięła, bo kolorem w żadnym przypadku krwi nie przypomina.
Łubiny i to aż dwa ich gatunki naraz. Fot.L.Herz
       Na północ od Czerwińska, w odległości kilku odeń kilometrów, znajdują się niewielkie Lasy Strzembowskie,  rosnące na żyznych, morenowych glebach. Płaski mazowiecki pejzaż  w ich otoczeniu staje się falisty, pełen wyniesień moren czołowych, pozostawionych tam przed tysiącami lat przez lądolód . Ładny tam las rośnie, bez dwóch zdań. Są w nim fragmenty borów sosnowych i świerkowych oraz litych dębin, jest bujne niższe piętro i podszycie, jest nieczęsto spotykane na mazowieckiej ziemi bogactwo leśnych kwiatów w runie.
    Pierwszy raz byłem tam wtedy, gdy na leśnych przydrożach łubiny kwitły jak szalone. W czerwcu się to im zdarza najchętniej. Staram się tam bywać dla tych łubinów. Przypominają mi czas dawno dla mnie  miniony. Z łubinami z przyjaźniłem się blisko pięćdziesiąt lat temu.  To było wtedy, gdy w letnie niedziele kursował pospieszny pociąg z Warszawy do Białowieży. Wyruszał rano, późnym popołudniem wracał, często korzystałem z tego pociągu. Pomiędzy Białowieżą, a Hajnówką, tam już pociągi nie kursują od dawna. Tam rosło na przytorzu  morze łubinów, nieprawdopodobne tam były ich ilości. Jednego razu pociąg zatrzymał się, a konduktor szedł wzdłuż wagonów i krzyczał do pasażerów: proszę wysiadać i rwać, nie lenić się, jedyna taka okazja, proszę rwać i zabierać ze sobą do Warszawy. Przepięknie wyglądał potem ten pociąg, wypełniony niebiesko fioletowymi łubinami. Wracaliśmy szczęśliwi, weseli, zachwyceni.

niedziela, 21 czerwca 2015


Joniec nad Wkrą
    Ładnie jest położona wioska Joniec. 
 Docenili ją  warszawiacy, gdyż porastające okolicę sosnowe borki nad malowniczymi tam Wkrą i Soną roją się od dziesiątków domków letniskowych. Zanim odkryto rekreacyjne walory okolicy, Joniec przez wiele wieków był własnością biskupów płockich i  aż do końca XVIII znajdował się tutaj ośrodek dóbr biskupich dóbr, biskupom przynosząc profity.
Klasycystyczny kościół w Jońcu nad Wkrą. Fot.L.Herz

    Murowany kościół klasycystyczny w Jońcu jest pod wezwaniem św.Ludwika, a nieczęsto spotykanym patronem polskich kościołów jest ów francuski król i organizator wypraw krzyżowych w średniowieczu, który tutaj znalazł się być może  dlatego, iż jego imię nosił biskup Załuski, którego staraniem wzniesiono poprzednio tutaj stojący kościół, wzniesiony w 1741 roku. Obecny fundował biskup płocki Michał Jerzy Poniatowski, królewski brat. Kościół został zbudowany w roku 1784, w tym samym, w którym książę Michał, brat królewski, został prymasem. Pięć lat wcześniej na jego zlecenie Dominik Merlini postawił pałacyk w Jabłonnie
     Dziesięć lat później, przynajmniej tak ratując swój honor nadwerężony wysuwanym przeciw niemu podejrzeniom o tajną współpracę z zaborcami, popełnił samobójstwo. Gdy fundował kościół w Jońcu,  wciąż jeszcze zajmował stanowisko   przewodniczącego Komisji Edukacyjnej. Kołłątajowskie idee były w pełni rozkwitu. Książę prymas był gorliwym ich wyznawcą, zapamiętałym pionierem oświaty ludu wiejskiego.
    Na dzwonnicy jonieckiego kościoła umieszczona jest tablica, na tablicy tej (podobno własną ręką biskupią) wypisany jest alfabet, wpierw wersalikami a potem kursywą duże litery, pod nimi małe litery i ostatni rząd tworzące cyfry od 1 do 32. Następnie zaś przeczytać można wierszyk.
      „Czytać, Pisać, Rachować, ucz się z tey Tablice: /Pomogą ci do tego Proboszcz, Pan, Rodzice./ Chceszli dokładniey poznać tę Naukę walną, / wraz z inszemi Xiążeczkami masz Parafijalną./ Korzystay z daru, któryć czyni Rząd Kraiowy, /Będziesz z niego maiętny, gospodarny, zdrowy./ Proście Boga za króla, Ojczyznę, Panów i Dobrodzieiów/ oraz za Biskupa Poniatowskiego autora tey Tablicy".
    Dzwonnica stoi obok kościoła, fasadę ma elegancką, o formie prostej, jak na fasadę elegancką przystało. Wnętrze też eleganckie, jest tam późnogotycka rzeźba z wieku XVI, przedstawiająca Matkę Boską z Dzieciątkiem i jest w kościele rówieśny świątyni portret fundatora, Michała Jerzego Poniatowskiego, a podobieństwo do króla Stanisława Augusta uderzająco rzuca się w oczy...
 

sobota, 6 czerwca 2015



Poczet drzew mazowieckich:
Uparty Mazur spod Młocka



Najpiękniejsze drzewo na Mazowszu, jeden z najwspanialszych polskich dębów. Uparty Mazur koło Młocka. Fot.L.Herz
        Jest to jeden asów mazowieckiej przyrody. Niemal zupełnie nieznany ogółowi, a przecież to najpiękniejsze drzewo na Mazowszu. Nie zobaczyć tego drzewa jest grzechem.  Byliście przy nim? Nie? Ano właśnie...  
        Uparty Mazur rośnie na uboczu, przy bocznej, lokalnej drodze, z dala od popularnych szlaków, jak się o nim nie wie, trafić do niego  niełatwo. Jest nadzwyczaj potężnym dębem szypułkowym. Rośnie  koło wioski Młock na skraju dolinki rzeki Łydyni, o kilka kilometrów na zachód od Ciechanowa. Jest drzewem o zdrowym, krzepkim wyglądzie. Świetnie się trzyma jak na swoje osiemset lat, jak to napisano na tabliczce, umieszczonej przy drzewie. Ile ma lat naprawdę? Zapewne był już dorodnym młodzieńcem, gdy w roku 1337 kniaź Gedymin pustoszył ze swymi Litwinami nad Łydynią położony gród ciechanowski.
        Dąb ma ponad dziewięć metrów obwodu na wysokości piersi, jego pień jest ogromny, w górę wyrósł na ponad 25 metrów, a konary rozpostarł bardzo szeroko, rozłożyste są imponująco. Z kształtu korony Upartego Mazura widać, iż od bardzo dawna rósł w otwartym terenie, że nie musiał wspinać się w górę, aby z innymi drzewami w sąsiedztwie walczyć o dostęp do światła, więc jego gałęzie mogły swobodnie rozrastać się wszerz.  Zarówno pod względem rozmiarów jak i pięknej, potężnej sylwetki, Uparty Mazur plasuje się w ścisłej czołówce najlepszych polskich dębów.        Bardzo piękną ma nazwę to wspaniałe drzewo. Mieszkańcy Mazowsza zwani byli w przeszłości Mazurami. To właśnie Mazurzy kolonizowali olbrzymie puszcze, porastające pełną jezior ziemię pogańskich, bałtyjskich plemion Prusów, Galindów, Jaćwingów, wyrzynanych przez zamieszkujących miasta i zamki Krzyżaków. Nie od Krzyżaków jednak, lecz od tych twardych, krępej budowy i upartego charakteru Mazurów, wzięła potem nową nazwę tamta ziemia, położona na północ od Mazowsza.
      Stwierdzał Oskar Kolberg, iż wyrażenie Mazur, a w liczbie mnogiej Mazury lub Mazurzy, czasem zaś Mazurowie, uważane było dawniej za pospolite i prostacze, więc też, gdy chciano wyrazić się delikatniej lub bardziej urzędowo, zastępowano je określeniem: Mazowszanin, Mazowszanie. Byli uważani za krzepkich do roboty, wytrwałych, odpornych na burze i deszcze oraz bitnych, za bacznych i ostrożnych, acz mniej od innych przebiegłych.
      „Nosił djabeł po świecie wór Mazurów - w "Dzienniku Warszawskim z 1855 r. pisał nieoceniony Julian Bartosiewicz - i chcąc ich zbyć, za lada-co przedawał; ludzie tylko dla ciekawości różnemi szparami do worka z tyłu zaglądali, tak że owemi dziurkami powoli wypadali Mazurowie, to na Wołyniu, to na Podolu, to w Litwie; owo djabeł nie postrzegł swojej szkody, aż pod Ciechanowem; a tam rozgniewawszy się uderzył worem o ziemię, z którego ono powyłaziwszy, już tam cale osiedli". Jednym z nich jest zapewne Uparty Mazur spod Młocka.

poniedziałek, 1 czerwca 2015



Boże Ciało w Łowiczu

     

 Cały Łowicz kolorowy - w jednym ze swoich wierszy wołał w zachwycie Jan Lechoń. I miał rację, gdy dalej pisał w tym wierszu tak: Nie gardenie ani lilie, Nie Italie, nie Brazylie, Tylko jaskry, tylko mlecze  Wśród zielonych trawy smug. Ziemia Łowicka jest synonimem Polski. Jak Podhale określa nasz krajobraz górski, tak łowickie polskie niziny. Administracyjnie łowickie leży na terenie województwa łódzkiego, nie mazowieckiego, ale to Mazowsze w każdym calu. A co w Łowiczu najbardziej polskie i mazowieckiego, to dochodzi do głosu w uroczystość Bożego Ciała. Słynie Łowicz z procesji kościelnej w której uczestniczą Księżanki w barwnych strojach ludowych. Może nie tak okazałe, lecz równie interesujące są procesje eucharystyczne w niektórych podłowickich wioskach, w Złakowie Kościelnym i w Lipcach Reymontowskich.

      „Niech pan przyjedzie do nas na procesję w Boże Ciało - mówiła mi jedna z lipeckich niewiast, gdy byłem tam zeszłą jesienią. - Kolorowe wtedy są Lipce, wszystko się kolorami mieni, niech pan przyjedzie i zobaczy. Koniecznie. Cały nasz zespół w procesji idzie, pięćdziesiąt osób, wszyscy na ludowo.”  Ten wiejski zespół regionalny o nazwie "Wesele Boryny" został założony w roku 1932. Kawał czasu ! Śpiewają i tańczą w nim mieszkańcy Lipiec i okolicznych wsi, ojcowie i ich dzieci, a potem dzieci tych dzieci. Lipecki zespół jest niewątpliwie zjawiskiem niezwykłym i jest poruszająca ta świadomość konieczności nieustannej prezentacji tego samego od lat widowiska, nawiązującego do tradycji i do narodowego dzieła literatury.
        W Łowiczu uroczystość w świąteczny dzień Bożego Ciała jest   nadzwyczajna. Słyną swoimi świętami i obrzędami miasta europejskie, w Sewilli jest Santa Semana, Fallas są w Walencji, cud świętego Januarego w Neapolu, kwietne dywany na rynkach swoich miast tworzą Flamandowie... Podziwiałem na ulicach Arles piękne  Arlezjanki w swoich strojach.  Łowicz jest tej samej klasy. Łowiczanki nie gorsze od Arlezjanek. Od Andaluzyjek również. Inne są Księżanki. Nasze są one. Polskie.  
Podniosła uroczystość religijna i wielkie święto księżackiej kultury i tradycji, cały jest Łowicz kolorowy. Fot.L.Herz

       W dzień Bożego Ciała wszystko jest w Łowiczu nieprawdopodobnie polskie i bardzo cudne jest pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Bo to przede wszystkim podniosła uroczystość religijna, gdy procesyjnie miasto obchodzi Pan Jezus w monstrancji. W Łowiczu towarzyszą  mu biskupi w czerwieni, kanonicy w fioletach, kawalerowie maltańscy w bieli długich płaszczy z krzyżami maltańskimi oczywiście, jakiś ambasador w galowym mundurze się trafi poniektórymi laty. Idą w procesji kombatanci ze sztandarami. Orkiestra  gra jak należy, choć kolejarska, a nie strażacka. I bernardynki w swoich habitach idą procesyjnie. I wyrasta nad łowickimi ulicami las feretronów, niesionych w asyście sznurów pięknych niewiast w ludowych strojach, a każda ma na sobie kilogramy wełniaków. Hafty oko oglądających cieszą, a hafty na nich wspaniałe i wstążki przy gorsetach czerwone. Starsze panie chusty mają pięknie na głowie zawiązane. I tę ludowość uzupełniają niektóre niewiasty pierścionkami, po jednym na każdym palcu, a każdy palec ozdobiony pazurami długimi prosto od pazurzystki, czerwienią z onymi wełniakami się uzupełniając. Ot, współczesność... 

Święto wielkie jest w Łowiczu. Fot.L.Herz

       A potem jest jarmark na błoniach nad Bzurą. Chociaż w porównaniu z przeszłymi laty bardzo się wszystko zmieniło,  wciąż jest to ludowe i przaśne, acz  mocno współczesna jest ta przaśność. Setki kramów z plastikową tandetą, lody waciane na patyku, karuzele, nawet młyn diabelski jeszcze bardziej diabelski niż zwyczajnie diabelski. Piszczący ludzie głowami zwisają u zenitu diabelskiej drogi. Obok  jakieś inne czartowskie urządzenia, potrząsające człowiekiem za jedne dziesięć złotych od kwadransa. Moc rozrywek dla dzieci, jakieś przemyślne huśtawki i lonże, różne gabinety śmiechu i strachu. Dla dorosłych było piwa moc i miejsc do piwa picia też niemało. Zawianych rodaków jednak nie widać. Magia tego dnia świątecznego?  

            

czwartek, 28 maja 2015

Zamek w Ciechanowie


     Zamek w Ciechanowie przedstawia się bardzo romantycznie. Potężny, z czerwonej cegły zbudowany, z masywnymi wieżami, wygląda tak, jak powinien wyglądać zamek książęcy. W czasach z czasów uczniowskich ruiny zamkowe bardzo na mnie działały. Dzięki szkolnym wycieczkom zobaczyłem ruiny pienińskiego zamku w Czorsztynie i zamku w Bodzentynie u stóp Łysogór, ale zamek w Ciechanowie pierwszy raz zobaczyłem będąc od tego zamku z daleka,  w czasie lektury „Krzyżaków”. 
      Sugestywny obraz tego zamku, przekazany mi przez  Henryka Sienkiewicza, był w ogóle moim pierwszym spotkaniem z Mazowszem. Już jako dorosły człowiek mogłem zobaczyć ciechanowski zamek własnymi oczami. Przyjechałem do miasta nad Łydynią i napatrzeć się nie mogłem na ogrom tego zamku. A gdy - wychowany na lekturze powieści Sienkiewicza -  stanąłem  na zamkowym dziedzińcu, wyraźnie słyszałem  oddech walczących i świst toporów. To na nim bohater sienkiewiczowskiej powieści, Zbyszko z Bogdańca toczył zacięty pojedynek  z Krzyżakiem Rytgierem.
     Dzień był zimny, wilgotny, ale jasny – pisał Sienkiewicz - powietrze roiło się od kawek, które zamieszkiwały dachy i szczyty baszt, a które spłoszone niezwykłym ruchem, kołowały z wielkim łopotaniem skrzydeł nad zamkiem. Mimo chłodu ludzie potnieli ze wzruszenia, a gdy ozwała się pierwsza trąba oznajmująca wejście zapaśników, wszystkie serca poczęły bić jak młoty. Oni zaś weszli z przeciwnych stron szranków i zatrzymali się na krańcach, każdy z patrzących utaił wówczas dech w piersiach
     Po raz pierwszy stając na tym podworcu ciechanowskiego zamku nie wiedziałem jeszcze, że tego zamku wówczas jeszcze nie było. O tym się dowiedziałem później. Ten zamek jest drugim murowanym zamkiem w Ciechanowie. Pierwszy stał na Farskiej Górze, wznoszącej się pośrodku miasta. Tego pierwszego Sienkiewicz nie oglądał, ale ten drugi odwiedzał. Postawiono go na nizinie pośród trzęsawisk i bagien rzeki Łydynia. Niewiele w Polsce tak sytuowanych zamków murowanych.      
     Dzisiaj, gdy trzęsawisk już brakło i pozostała jeno uregulowana, zmieniona w kanał rzeczka Łydynia, a nieco dalej od zamkowych murów szeroko rozlany staw, wciąż  zamek czyni niemałe wrażenie, chociaż jest tylko ruiną. Bardzo szacowną. Jedną z najpierwszych, jakie z cegły na Mazowszu postawiono. Wznosił te ceglane mury znany nam z imienia murator Niklos około roku 1429, w czasie  panowania księcia mazowieckiego Janusza I. Powstał prostokąt murów  oflankowany dwoma basztami. Wschodnia służyła jako więzienie, zachodnią zwano arsenałem lub wieżą rokową, gdyż w niej odbywały się rozprawy sadowe, czyli "roki".
    Ciechanowski zamek, po inkorporacji Mazowsza do Korony w roku 1526, został nadany królowej Bonie. Gdy Włoszka opuściła Polskę, powracając do rodzinnego Bari na italskim południu, zamek począł niszczeć, aż dzieła dokonali Szwedzi w czasie najazdu w roku 1657. Malowniczość ruiny została odkryta w dobie romantyzmu i odtąd stała się celem pielgrzymek i miejscem natchnienia poetów i pisarzy. Zygmunt Krasiński w czasie pobytu z dala od ojczyzny odbywał w wyobraźni pątniczą drogę do tych ruin: "Ciechanowskie wieże piękniej wznoszą się w moim wspomnieniu niż Mont-Blanc, która do nieba dotyka”. Pielgrzymowali ku tym ruinom Maria Konopnicka, Bolesław Prus, Stefan Żeromski.
    Bardzo romantyczna to ruina zamkowa. Legend tyczących tego miejsca jest bardzo wiele. W wieku XIX jedną z nich  zanotował Wincenty Gawarecki. Mówi ona legenda, iż w zwaliskach ciechanowskiego zamku mieszkańcy grodu przyległego mogą widzieć psa wielkiego, czarnego,  a ów brytan, stróż czujny,  strzeże w zaklętych lochach zamkowych skarbów. Nie jest szkodliwy, rzuca tylko postrach na zbliżających się do tych miejsc...

piątek, 22 maja 2015

Skarby mazowieckiej przyrody:
Niezwykła Modrzewina koło Grójca
Wiekowe modrzewie w Modrzewinie. Fot.L.Herz

Dopiero co tam byłem i wiem, co piszę: kto tego rezerwatu nie zna, ten kiep. Pośród największych skarbów mazowieckiej przyrody należy umieścić rezerwat „Modrzewina”. Znajduje się na południowym Mazowszu, tuż obok Małej Wsi i Dużego Belska nieopodal Grójca. Jest jednym z najświetniejszych w całej Polsce. W tym rezerwatowym lesie znajduje się naturalne skupisko modrzewia polskiego. A najstarsze drzewa dorastają tutaj wieku 230 lat, dosięgając 40 metrów wysokości i są to najwyższe drzewa, jakie można zobaczyć w naszej części kraju. W głębi tego wspaniałego lasu panuje mrok, jak w gotyckiej katedrze, rozświetlany promieniami słońca wpadającymi pomiędzy koronami drzew. Modrzewie są tutaj tak potężne, iż niemal nikną przy nich towarzyszące im dęby i sosny.

Modrzew na naszej ziemi był przed nami już wtedy, gdy o nas się nie śniło, w czasach plejstocenu. Można sądzić – przypuszcza prof. Romuald Olaczek – że ten modrzewiowy drzewostan koło Grójca, nawet jeśli powstał z siewu lub sadzenia po zrębach zupełnych w pierwszej połowie wieku XIX, pochodzi z nasion drzew miejscowych, żyjących na tym obszarze wraz z ludźmi od tysięcy lat. Modrzew jest jedynym polskim drzewem szpilkowym, tracącym na zimę swoje igły. Może żyć nawet i pół tysiąca lat, lecz po 150 roku życia przestaje rosnąć wzwyż. Ponad trzysta lat miał najstarszy tutejszy modrzew, zwany Wojewodą. Nie żyje on już od roku 1945, od lat leży na ziemi pień tego modrzewia, już zdążył się niemal całkiem rozpaść. Wojewoda nie umarł śmiercią naturalną, został podobno podpalony przez polujących Rosjan. umierał w męczarniach.

W całej Polsce modrzewiowe lasy są rarytasami. Trudno się dziwić, na drewno modrzewiowe był zawsze popyt. Przez całe wieki budowano z modrzewi kościoły i dwory, a ze względu na trwałość, spowodowaną dużą zawartością żywicy, również stykające się z wodą elementy młynów i tartaków. W medycynie ludowej jego żywicę stosowano do gojenia ran, pochodzących z odmrożeń, a potem wyrabiano z niej terpentynę. Także i ten las dawno byłby wyniszczony, gdyby nie był ozdobą majątku. Znajduje się tuż obok pałacu, dla jego właścicieli był to las domowy, do którego jechano konno lub powozem na wycieczkę, w którym polowano.

O zachowanie tego lasu zabiegano już od początków XIX wieku. O jego rezerwatową ochronę w roku 1925 wystąpił prof. Roman Kobendza, znakomity nasz botanik, znany przede wszystkim jako inicjator powołania parku narodowego w Puszczy Kampinoskiej. Pierwszy rezerwat, jeszcze na gruntach prywatnych, powstał za zgodą właścicieli w 1927 roku na powierzchni 7.44 ha. Ten fragment, położony pośrodku całego kompleksu, jest dzisiaj najwspanialszym, imponującym sanktuarium przyrody. Objęty ochroną ścisłą pozostawiony jest gospodarowaniu samej przyrodzie. Tam widać prawdziwą puszczę modrzewiową i jest to las, u stóp którego powinno się z szacunku dla niego przyklęknąć. Nie można być obojętnym wobec potęgi tych wspaniałych drzew. Bardzo mali przy nich jesteśmy... Jakież dostojeństwo, powaga, godność!

Zadziwiła Modrzewina nawet hitlerowców: w czasie drugiej wojny światowej udało się las przed wycięciem uratować i nawet 67 hektarów uznać za powierzchnię chronioną, bo okupant uznał tutejsze modrzewie za znaczące dla Rzeszy. Podobny los spotkał jeszcze jeden mazowiecki rezerwat, przez hitlerowców wzięty pod ochronę, a był nim sosnowy starodrzew w Narcie w Puszczy Kampinoskiej. Dopiero jednak w roku 1959 została Modrzewina prawnie chronionym rezerwatem. Obecnie ochroną objęto powierzchnię 332,15 ha.

Aleja lipowa, prowadząca w głąb rezerwatu.
Po pniach starych modrzewi kora zsuwa się do ziemi. Do kresu życia drzewu coraz bliżej.
Leżące truchło starego Wojewody,  aż trudno się domyśleć, iż był potężniejszy niż drzewo stojące ponad nim.
Matecznik pośrodku rezerwatu, prawdziwa, dzika puszcza.           

 
O każdej porze roku warto odwiedzać Modrzewinę. Najlepiej przy świeżej, wiosennej wiośnie i jest tam wówczas tak, jak na tych zdjęciach. Kolorową, październikową jesienią, zdaje się tam być najpiękniej, wtedy  barwią się modrzewiowe szpilki i opadają na ziemię, zaścielając ją rudym dywanem. Autobusem dojechać można z Warszawy do Belska Dużego, albo bezpośrednio, albo z przesiadką w Grójcu. Samochodem z Grójca należy wyjechać w kier. Końskich, a w Belsku Dużym koło kościoła skręcić w prawo i dojechać do szlabanu, zamykającego wjazd do lasu; dalej trzeba iść pieszo i nie powinno się opuszczać głównej drogi, z niej urodę rezerwatu ocenić można najlepiej.