środa, 2 kwietnia 2025

 


Długodzioba czarodziejka

Turyści i  spacerowicze nic o niej nie wiedzą. Może nie wszyscy, ale prawie. Niemal nikt jej nie widział. A jeśli nawet, najczęściej nie wiedział co zobaczył. Słonka jest ptakiem fascynującym i tajemniczym. Praktycznie tylko zapamiętali ptakolubcy wiedzą o jej istnieniu. Oraz myśliwi, ci przede wszystkim. Zawsze stanowiła albowiem podniecająco trudny cel łowiecki. Słonkę po wielekroć malowano, a swój pędzel dla jej wizerunku zatrudniali niejednokrotnie wybitni malarze. Na ostatnio prezentowanej w Warszawie wystawie biograficznej malarstwa Józefa Chełmońskiego mogliśmy oglądać słonkę na obrazie mistrza, którego reprodukcja otwiera ten post.

O słonce pisano, wiele pięknych zdań poświęcali jej świetni pisarze, a w sławnej powieści Józefa Weyssenhoffa "Soból i panna" w czasie polowania na słonki rozwija się flirt pary głównych bohaterów. Słonka nazywana jest czarodziejką długodziobą, a Julian Ejsmond pierwsze na słonki wieczorne polowanie na wiosennym ciągu nazywał pierwszą miłosną schadzką myśliwego z dziką przyrodą. Ci, którzy nie polują, rzadziej spotykają się ze słonkami i rzadko tych spotkań szukając, nie wiedzą co tracą, tracą zaś bardzo wiele.

Ptak ten w Polsce posiada trzy nazwy: słomki, słonki i słąki – pisał Leopold Pac-Pomarnacki w Łowcu polskim z 1935]r. – Pierwsza ma rzekomo pochodzić od wyrazy >słoma< i zdrobniała >słomka<, do której jest podobny dziób ptaka i stąd nazwa. druga - ma związek ze >słonkiem<, po zachodzie którego i przed wschodem zwierzyna ta odbywa swoje ciągi, i wreszcie trzecia, stara nazwa, najmniej odpowiednia, wznowiona przez Jana Sztolcmana, pochodzi od >łąki<, czyli jest to >ptak z łąki<"

Widuje się najczęściej tylko samce słonek w czasie lotów tokowych. W ciepłe i ciche wieczory, a w mniejszym stopniu również o świcie, rozpoczyna się "ciąg" słonek. Samce oblatują swój teren, ciągnąc powoli i równomiernie nad wierzchołkami drzew, najchętniej wzdłuż leśnych duktów i nad strumieniami, zazwyczaj trasą o kształcie trójkąta i długą na 5 km. W czasie lotu słonki wydają chrapliwy głos "chru chru chru", przeplatany wysokim w tonie "psip". Ponieważ trudno to ustalić, specjaliści nie są pewni czy ptaki chrapią dziobem, czy też w inny, mniej przyzwoity sposób. Po ciągu, na ziemi odbywa się spotkanie z samicą i właściwy akt miłosny.

Ptakiem rzadkim słonka nie jest, a jednak nie należy do tych, o których się mówi. Przez innych, niż myśliwi, jest nie zauważana. Skądinąd bardzo się o to stara, prowadząc skryty tryb życia i czyni to najpewniej słusznie, gdyż ma wielu wrogów, a spośród nich najważniejszym jest człowiek, który wycinając najbardziej przez słonkę lubiane lasy, pozbawia ją naturalnych ostoi, a przede wszystkim na nią poluje. "Ponieważ słonka nie dorównuje wagą gołębiowi domowemu, ubicie jej nie przynosi prawie żadnych zysków i myśliwi uprawiają polowanie na te ptaki jedynie ze względu na piękne przeżycia. Trzeba przyznać, że w cichy wieczór, bezpośrednio po zachodzie słońca, kiedy olchy przeglądają się w rozlanej wodzie, z daleka rozbrzmiewają pierwsze gwizdy kosa, ziemia pachnie, a lasem idzie pierwsze tchnienie wiosny, polowanie na słonki ma przedziwny urok" [Jan Sokołowski."Ptaki ziem polskich. 1973].

Wspominany już tutaj poeta i bard myślistwa, Julian Ejsmond, pozostawił  w polskiej literaturze najwspanialsze, jak dotąd, opisy spotkań ze słonkami.

"Jeżeli spojrzymy wstecz na wspomnienia nasze z ciągów słonek, to zachwyci nas przede wszystkim muzyczne piękno tych wspomnień ...Zięby, sikorki i drozdy śpiewaki żegnają pieśnią wieczorną słońce zachodzące za czarnymi borami. W gęstwinie drze się kraska, przelatując jak zielony duch leśny z drzewa na drzewo... Gdzieś w głębi puszczy szczeka zajadle urywanym głosem spłoszony kozioł...

Powoli cienie poczynają gęstnieć w dole. Czuby olch pociemniały na purpurowem tle zachodniego nieba. Umilkła pieśń melodyjna drozda... Wielki żuk przeleciał z brzękiem huczącym... I oto nagle w borze powstał głos cichy i nieuchwytny, jak złudzenie... To słonka zachrapała... Z ponad lasu między czarnemi wierzchołkami drzew dość szybko przeleciał ptak długodzioby sowim lotem, jak duch...

Kworr, kworr – pswt..."

Przeżyłem wiele spotkań ze słonkami. Polowałem na nią, tyle że bez myśliwskiej broni, ale w wielkie chęci uzbrojony. Poznałem słonkę w Puszczy Augustowskiej, zaprzyjaźniłem się z nią na Bagnach Biebrzańskich, w Puszczy Kampinoskiej została moim ptakiem domowym. Wiosennymi przedwieczorami okrążała polane, na której stała moja leśniczówka w Krzywej Górze, tuż przed zmierzchem wychodziłem na środek polany czekałem. Wpierw się ją słyszało, to charakterystyczne pochrapywanie (złośliwcy twierdzą, że pochrapuje zadkiem, nie pyskiem), potem dopiero widziało, przemykała nad głową, już jej nie było. A ja byłem szczęśliwy. Na ciągi słonek o przedwieczorze prowadziłem entuzjastów przyrody, najczęściej były to spotkania udane, bo wiedziałem już w jakim środowisku  mam na lecącą słonkę oczekiwać i znałem już jej zwyczaje i preferencje. A ptak w sumie niewielki, najwyżej 440 gramów wagi, rozpiętość skrzydeł wcale jednak pokaźna 55-60 cm,  dziób 7-8 cm długości.  

Gdyby ktoś z czytelniczek i czytelników tego tekstu chciał uczestniczyć w tym niezwykłym przyrodniczym misterium – zapraszam do Puszczy Kampinoskiej. Jest kilka miejsc, nad którymi mogą ciągnąć słonki. Przypominam jednak, że chcąc odnieść sukces, miejsce trzeba naprzód rozpoznać i zapewne nie raz jeden, czasem kilka kwietniowych wieczorów trzeba na to poświęcić. 


Przy cmentarzu w Palmirach są miejsca, gdzie można mieć szansę  na spotkanie ciągnącej słonki, na przykład nad Długim Bagnem, siedząc na ławeczce  za dużą mapą parku narodowego, o kilkanaście krok,ów od parkingu. A może i nad samym cmentarzem zobaczymy pochrapującą słonkę? Gdy zaś o Palmirach mowa, wspomnieć trzeba śródleśne torfowisko uroczyska Iwie, gdzie warto zasadzić się na żółtym szlaku od parkingu koło wsi Palmiry; poniżej jest takie miejsce na Iwiu, zdjęte w kwietniu 2023 r.

Myślę, że z dużym prawdopodobieństwem można zobaczyć słonkę ciągnącą nad innym szlakiem żółtym, oddalonym niespełna pół kilometra od parkingu koło wsi Truskaw, tam gdzie są bagienne obniżenia po obu stronach szlaku; zanim usypano wyższy teren pod drogę, tam turyści mieli zawsze kłopoty w mokrych latach. Miejsce niebrzydkie, bliskie, ale lepiej jest szukać słonek na ciągu jak najdalej od miasta, tak aby hałasy tego miasta nie były słyszane. W Puszczy Kampinoskiej na przykład koło kapliczki św. Teresy pod Bromierzykiem na przykład.  


Zalecam samotnicze zasadzanie się na słonkę. Oczekiwanie kwietniowym zmierzchaniem to uczestnictwo w tajemniczym teatrze przyrody, a samotność w tym mocno sprzyja. Nie przejmujecie się, że za pierwszym razem za późno się zorientujecie, że słonka już nad wami przeleciała, najczęściej usłyszycie ją już wtedy, jak się oddala. Ale czuwajcie, być może jeszcze powróci. Albo za jedną chwilę, albo dopiero po kilku minutach. Czuwajcie, bo kolejny raz tego wieczoru to się już nie zechce powtórzyć !


 ................................................

wtorek, 25 marca 2025

 Nad Liwcem, w Budzieszynie i Mokobodach

Na pograniczu Mazowsza i Podlasia, nad rozgraniczającym je w tamtych stronach Liwcem, znajduje się Budzieszyn. Niepozorne w gruncie rzeczy miejsce pośród pól, ale tam właśnie  bije silne źródełko o cudownych właściwościach, do którego od setek lat pielgrzymują ludzie, aby tam zakosztować źródlanej wody, która przywraca zdrowie.


Z miejscem tym związane jest pewne zdarzenie z pogranicza historii i legendy.  
Dla rozległej okolicy na pograniczu mazowiecko podlaskim od dziesiątków lat jest to wydarzenie ważne. A dla krajoznawcy takiego jak ja, zajmującego się krajoznawstwem od lat, takie,  osadzone w krajobrazie i historii  zdarzenia, to sama radość. Powiada tradycja, że przed wiekami w tym właśnie miejscu, wybranym zapewne z powodu tego źródła dobrej wody, obozowali rycerze mazowieccy w czasie walk z Jaćwingami.  W Budzieszynie wszystko to jest dokładnie opisane na umieszczonych tam tablicach.


Dla rozległej okolicy na pograniczu mazowiecko podlaskim od dziesiątków lat jest to wydarzenie ważne. Ja zajmuję się krajoznawstwem od lat, a dla krajoznawcy takie,  osadzone w krajobrazie i historii  zdarzenia, to sama radość. Powiada tradycja, że przed wiekami w tym właśnie miejscu, wybranym zapewne z powodu tego źródła dobrej wody, obozowali rycerze mazowieccy w czasie walk z Jaćwingami. 

Pewnej nocy, gdy rycerstwo posnęło spokojnie, niczego złego się nie spodziewając, pod obóz zakradli się wojownicy jaćwiescy. Zwycięstwo Jaćwieży byłoby pewne, gdyby nie obraz, który blaskiem swoim Mazowszan obudził. A przedstawiał ten obraz Matkę Boską. I zbudziła śpiących, którzy porwali za broń i atak odparli. Miejsce, na którym stał obóz,  nazwano Zbudzisyno, potem używano nazwy Budzisyno, wreszcie ostał się Budziszyn (lub jak mówią niektórzy Budzieszyn). Tą ostatnią nazwą poczęto z czasem określać także i obraz, który został umieszczony w kościółku. W 1458  roku nawet erygowano tutaj parafię, pomimo braku wiosek w najbliższym sąsiedztwie. W roku 1646 parafię przeniesiono do pobliskich Mokobodów.

Kto chce wierzyć, niech wierzy, kto wątpi, proszę bardzo, ale jako się mówi, tradycji lekceważyć nie należy, nawet wybitni historycy wiedzą o tym.  W Budzieszynie krajobraz pełen jest głębokiej wiary i religijnego kiczu, przecież jednak nie pozbawionego ludowego wdzięku.   Bo i prawda, wdzięczne to wszystko. Na swój sposób - dodajmy. Czy jesteśmy w stanie to docenić, my, ludzie małej wiary, przybywający tu z dużego miasta, pełnego grzesznej świeckości?  Przybyłem, zobaczyłem, obfotografowałem. Pogodę trafiłem nie najlepszą, nad krajobrazem niebo wisiało szare i bez wyrazu. Dzień był powszedni, a Budzieszyn opustoszały, prócz mnie z żoną żadnej żywej duszy. I żadnej magii miejsca. Tylko  te gipsowe aniołki i strzegący polskich pól święci, których nie umiałem nazwać, i źródełko pitnej, uzdrawiającej wody oraz Chrystus w kilku postaciach. 



Jak to jest, że  na naszej, polskiej i słowiańskiej ziemi są takie plemiona, takie społeczności, których przedstawicie, czego by się nie dotknęli, to natychmiast zamieniają to w prawdziwą sztukę. Jak Podhalanie. No i patrzę teraz na te sfotografowane gipsowe święte postacie z Budzieszyna nad Liwcem i tak sobie myślę... Zapewne to samo, co i wy, moi czytelnicy. No właśnie...  

 

W  parafialnym kościele w pobliskich Mokobodach  jest jak relikwia przechowywany malowany na desce obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, zwanej Budzieszyńską, ozdobiony artystycznie wykonaną sukienką i obramowany piękną, rokokową ramą, umieszczony w bocznym ołtarzu barokowym. Obraz ten jest datowany na okres po połowie XVI wieku, ale według tradycji  pochodzi jakoby z wieku XII. On to pierwotnie znajdował się w drewnianym kościółku stojącym w Budziszynie oddalonym o dwa kilometry na północ od Mokobodów. Od początku był ten obraz otaczany wielką czcią, „gromadził pielgrzymów, notowano łaski, ofiarowywano wota", jak to notują kronikarze.

Dla uczczenia Konstytucji 3 Maja rozpisany został konkurs architektoniczny, pierwszy tego typu w Polsce. Tematem był wotywny kościół Opatrzności, który miał stanąć na warszawskim Ujazdowie. Nastał wtedy taki czas dla kraju, że realizacja projektu w Warszawie nie była już możliwa. Zwycięzca konkursu, którym został Jakub Kubicki, skorzystał zatem z zaproszenia starosty drohickiego i prezesa Sądu Apelacyjnego w Warszawie Jana Onufrego Ossolińskiego, właściciela Mokobodów nad Liwcem. 


Pierwotny projekt architekt nieco uprościł i zmniejszył do jednej czwartej. Budowa trwała od 1798 do 1818 r. Powstał kościół zbudowany na planie zbliżonym do kwadratu, o wnętrzu zakomponowanym na kształt krzyża greckiego, o prostej, eleganckiej formie. Ossoliński miał powody, aby w swoich Mokobodach stawiać kościół, którego projekt miał taką właśnie proweniencję. Musiała to być świątynia godna obrazu, który miał być jego ozdobą. 

Chociaż to ta sama parafia i ci sami jej pasterze pieczę sprawują nad oboma sanktuariami,  świątynia z Mokobodów to zupełnie inny świat, który zdaje się nie mieć  niczego wspólnego z Budzieszynem, są jakby z zupełnie z innych parafii. No cóż, zadziwiającym bywa nasz polski, katolicki świat......

To fakt.Z Budziszyna trzeba się przenieść teraz do niedalekich Jarnic, znajdujących się naprzeciw zamkowej ruiny w Liwiu. Stoi tam drewniany kościółek, o którym legenda mówi, iż przypłynął Liwcem. To jedna z tych legend, które legendą są nie do końca. Sądzić bowiem należy, iż kościółek rzeczywiście przypłynął Liwcem z Mokobodów, rozebrany dla transportu. W Mokobodach już nie był potrzebny,  deska po desce w Jarnicach na nowo został  złożony.  


Jarnice są miejscowością, z którą niejedna legenda jest związana. Jak ta choćby mówiąca o rycerzach szwedzkich, którzy śpią pośród pobliskich pagórków nad rzeką, a którzy wstaną wtedy, gdy król szwedzki Karol Gustaw powróci tu po swój zgubiony kapelusz. Wtedy rozgorzeje bój krwawy i od krwi poczerwienieją wody Liwca. Takich legend w okolicy pełno. Legend mocno wiążących się z historią. Wszak to w pobliskim Węgrowie jest w farze słynne Lustro Twardowskiego, które obejrzeć przyjechał sam Napoleon, a że je znieważył, tnąc szpicrutą, zgodnie z przepowiednią wojnę z Moskalami przegrał potem sromotnie. Hitler też chciał zobaczyć to lustro. Zobaczył i każdy wie, jak skończył. Ale to już zupełnie inna historia...

...........................................................

środa, 12 marca 2025





W krainie łąk nadbużańskich

Na świętego Grzegorza zima idzie do morza, to wie każdy Polak i to od dziecka, a w marcu topimy Marzannę i witamy wiosnę. A przecież tak naprawdę to jeszcze nie wiosna. Zanim pojawi się wiosna na polskiej ziemi, wcześniej nadchodzi przedwiośnie. Przeciętny mieszczuch na ogół nie wie, że istnieje coś takiego. Że zanim nadejdzie wiosna, po przedwiośniu będzie jeszcze pierwiośnie i dopiero gdy zaczną kląskać słowiki i pojawią się dokuczliwe komary, wtedy dopiero nadejdzie wiosna prawdziwa...  Ale teraz jest przedwiośnie, a bardzo często bywa bardzo urodziwe, jak to w marcu. Chociaż wiadomo, że w marcu, to jak w garncu. Ale i kwiecień sie jeszcze pod to przedwiośnie podłapuje...

 

Ten post wkładam do swojego blogu w tym przedwiosennym czasie właśnie, na świętego Grzegorza. To bardzo piękna pora roku to przedwiośnie, czas niezwykły i niecodzienne ofiarowujący krajobrazy ich miłośnikom. To dobry czas dla opowieści o nadbużańskich łąkach, tych najpiękniejszych, między Kamieńczykiem, a Małkinią.  To kraina nadbużańskich łąk, tam jest to, o co nad mazowieckim Bugiem jest najładniejsze, najbardziej fascynujące. O przedwiośniu nie ma tu jeszcze zieleni, dominuje kolor rudy z najróżniejszymi jego odcieniami. Oraz kolor wody. Nie tylko Bugu, także, a może przede wszystkim, jego przedwiosennych rozlewisk. W normalnych latach tej wody jest tutaj mnóstwo, jak na tych zdjęciach, które otwierają tę opowieść. W ostatnich latach jednak coś nie tak powyrabiało się z naszym klimatem i coraz rzadziej nam się zdarzają pełne rozlewisk przedwiośnia. 

Dolinę mazowieckiego Bugu odwiedzam często i niezależnie od pory roku - zawsze z zachwytem. Zainteresowanym moją opowieścią odsyłam do obejrzenia mojej opowieści na You tubie; oto link do niej:

https://youtu.be/7rIXSV-2yck


Bardzo bliska jest mi ta nadbużańska ziemia. Poświęciłem jej wiele lat swego życia. Pierwszy raz byłem tam w marcu roku 1971, pięćdziesiąt cztery lata temu. Miałem wtedy 36. lat, gdy pojawiłem się w tamtych stronach nad Bugiem, Ugoszczą i Dzięciołkiem, w okolicy Kamieńczyka, Broku i Sterdyni. Przez ziemię nadbużańską zostałem uwiedziony od pierwszego wejrzenia i niemal zaraz potem rozpocząłem walkę o objęcie tych terenów ochroną w granicach parku krajobrazowego. Kilka lat później przywiodłem w tamtą okolicę m.in. prof. Stefana Kozłowskiego, który wówczas przewodniczył komisji parków krajobrazowych w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody. Wędrowaliśmy pieszo, a ja pokazywałem mu pejzażową mozaikę i bogactwo ekosystemów okolicy. Bardzo mu się widziało, to co zobaczył. Rychło więc przystąpiono do opracowania projektu parku. Aż wreszcie, w roku 1993 został utworzony Nadbużański Park Krajobrazowy; od zasiania idei do jej realizacji upłynęło lat dwanaście.

Przyroda nad mazowieckim Bugiem najładniejsza jest oczywiście o pełnej zieleni, w pełni majowej wiosny lub młodym latem. W parku narodowym najważniejsza jest przyroda i ochrona prawna służy przede wszystkim zachowaniu lub odbudowie przyrodniczej naturalności chronionego terenu. Działalność ludzka winna być tam ograniczona do niezbędnego minimum. W parku krajobrazowym jest inaczej. Tu chronione są krajobrazy naturalne, lecz dopuszcza się udział elementów antropogenicznych, ale że jest to strefa bezinwestycyjna, więc nie dopuszcza się rozwoju przemysłu i aglomeracji miejskich. W parku krajobrazowym przyroda powinna pozostawać w ścisłym związku i w zgodzie z codziennym życiem człowieka. Ludzie we wsiach powinni normalnie żyć i pracować, a lasy i łąki powinny być normalnie eksploatowane. Naturalnie, że preferowana jest gospodarka oparta na ekorozwoju. 

Pod koniec ubiegłorocznego mazowieckiego lata dostałem telefon z Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego: Czy wyrazi pan zgodę na nadanie pańskiego imienia ścieżce przyrodniczej "W Krainie Nadbużańskich Łąk", a także zamieszczenie zdjęcia przedstawiającego pańską sylwetkę na jednej z tablic edukacyjnych na tejże ścieżce. Ścieżka zlokalizowana będzie w sąsiedztwie miejscowości Brzuza i Wywłoka na terenie Gminy Łochów. Oczywiście, że się zgodziłem, jakże by inaczej, jest to dla mnie zaszczytem, wymyśliłem ten cały park krajobrazowy, jestem z niego dumny (chociaż jest nie do końca w takich granicach, o jakich marzyłem i nie tak zaistniał w świadomości społecznej okolicy, jak to sobie wyobrażałem), a pejzaż nadbużański koło Wywłoki i Brzuzy jest mi wyjątkowo bliski. I tak jakoś się złożyło, że ta część mazowieckiej ziemi stała się mi bliska i już nie mogę się bez niej obyć. 

 



 


Dla przeciętnego miłośnika przyrody i krajobrazów, łąki nadbużańskie ("nadbużne" – powiedzą miejscowi) prezentują się bardzo przyjemnie, zwłaszcza przed sianokosami, gdy pokrywają się łanami białego, żółtego i fioletowego kwiecia; wtedy można się po nich błąkać godzinami.  To harmonijny krajobraz kulturowy, w którym dzieła natury wcale nieźle i z pewnym szacunkiem zostały zagospodarowane przez człowieka. Korespondują tam ze sobą nie najgorzej rzeka i jej rozlewiska oraz starorzecza, nadrzeczne łąki, otaczające je dwie puszcze, Kamieniecka na południu i Biała na północy, także wioski i obok nich położone osiedla domków letniskowych, ale  i dzikie ptactwo, którego tam nie brakuje. jako że moc ornitologicznych rarytasów się lęgnie. Okolica jest wyjątkowo bogata w gniazda bocianie, tak na północnym, jak i południowym brzegu rzeki; w okolicach Warszawy nigdzie indziej nie ma tak wielu bocianów, jak tutaj.


Okolica jest bardzo piękna i aż trudno w to dzisiaj uwierzyć, że całkiem niedawno było tu jeszcze piękniej - zanim usypano wał przeciwpowodziowy nad Bugiem pół wieku temu. Nie była dobrym pomysłem decyzja likwidacji zakoli rzeki, prostowania jej koryta i obwałowywania tarasu zalewowego rzeki między Małkinią a Szuminem. Powstało prawie 90 km obwałowań po obu stronach rzeki i w zasadzie bez sensu. Przed powstaniem wałów tamtejsza ludność budowała domy na tzw. terpach, naturalnych lub sztucznych wzniesieniach. Gdy tylko powstały wały, ludzie poczuli się bezpiecznie i zapomnieli o swoich terpach. Utrzymywanie setek kilometrów wałów w przyzwoitym stanie kosztuje ogromne pieniądze. Wały odgradzają wodę od człowieka, odsuwają ją, a znacznie sensowniej i taniej byłoby odsunąć człowieka od wody. Dla starożytnych Egipcjan wylewający Nil był dobrodziejstwem, podobnie zresztą jak Bug dla mieszkańców jego doliny, którzy przed obwałowaniem rzeki mieli znakomite plony traw na zalewanych terenach. Teraz tego już nie ma, chcąc użyźniać łąkę, zamiast naturalnych wylewów rzeki mamy do dyspozycji chemię. 

............

Kuliki i derkacze

Wielki obszar nadbużańskich łąk jest wielką i cenną ostoją ptactwa błotnego i wodnego. Przylatują tutaj na żerowiska gnieżdżące się w okolicznych lasach dostojne żurawie popielate i tajemnicze bociany czarne, a licznie jest spotykany bocian biały. Od wielu ostatnich lat gnieżdżą się tutaj gęsi gęgawy. Jeszcze dziesięć lat temu mogliśmy je obserwować tylko na wiosennych i jesiennych przelotach, teraz - wobec coraz cieplejszych zim w naszym klimacie - dzikie gęsi najczęściej nie odlatują z Polski do ciepłych krajów, lecz na nadbużańskich lakach zimują! 

 
Kulik wielki jest największą osobliwością awifauny tego obszaru, a jego tutejsza ostoja jest ewenementem na podwarszawskim Mazowszu, gdzie kulik wielki ma tylko kilka stanowisk. Pisząc te słowa w marcu, nie wiem, czy kuliki jeszcze na te łąki w tym roku powrocą. Kulik wielki znajduje się na czerwonej liście zwierząt zagrożonych. Podczas, gdy np. bociana białego mamy w Polsce ponad 35 tysięcy par lęgowych, to populacja kulika wielkiego jest oceniana zaledwie na około 400 par. Jest to największy ptak spośród siewkowatych i oznacza się długim i zagiętym ku dołowi dziobem, a nawet bez niego jest dużym ptakiem, bo jego ciało ma 50 cm długości, zaś rozpiętość skrzydeł osiąga 110 cm. Żywi się pająkami, owadami i ich larwami, nie gardzi małymi ślimakami i żabami.

Na łąkach, na których kuliki się gnieżdżą, nietrudno je zauważyć, z odległości kilometra w cichy wieczór lub w nocy jeszcze z większej odległości, dają się słyszeć ich melodyjne, fletowe głosy. Miękkością, głębią i pełnią tonu kulik wielki wybija się ponad wszystkie inne gatunki, nie wyłączając ptaków śpiewających. Nie ma u nas ptaka o głosie bardziej nastrojowym i smętnym. Głos kulika często wykorzystują filmowcy w ścieżce dźwiękowej swoich filmów i niekiedy go nadużywają dla uzyskania odpowiedniego nastroju, a wtedy głos kulika biegnie z głośników poza ekranem, na którym ukazuje się zupełnie inny biotop, niż ten, który jest dla tego ptaka właściwym.

Licznie występuje tutaj jeszcze jeden gatunek, również należący do raczej rzadkich. O ile kulika zobaczyć można, o tyle drugi rarytas ornitologiczny tej okolicy jest niemal nie do zobaczenia. Jest to derkacz, przez Adama Mickiewicza zwany "pierwszym skrzypkiem łąki". Z nadzwyczajną wprawą chowa się pośród trawy. Na tych łąkach, np. w okolicach Wywłoki derkacza każdy może usłyszeć, a głos jest donośny i jemu to zawdzięcza ptak nazwę łacińską "crex" oraz polską "derkacz". Odzywa się powoli i rytmicznie: "derr derr", po czym następuje przerwa i znów "derr derr" bardzo długo i najczęściej systematycznie, chociaż tylko w porze godowej, od początków maja do połowy lipca i do tego najchętniej nocą, chociaż bardziej zakochane potrafą wabić samice nawet pośród dnia. Mimo, że głos to tak monotonny, nie sposób go nie polubić i wtedy, gdy ptaki już w końcu zamilkną, przez wiele następnych miesięcy za głosem ich się tęskni i oczekuje na koncerty derkaczy w roku następnym.

 .............

Łąki w dolinie Bugu, ciągnące się na północ od wsi Brzuza, od Wywłoki w górę biegu rzeki aż po Brok, pomimo niekorzystnych zmian środowiska przyrodniczego wciąż jednak budzą zainteresowanie przyrodników, chociaż nie w takiej skali jak przed rokiem 1982.  Wyniesienie takiego wału nad okoliczny teren jest jednak  nam, zwykłym wędrowcom,  przydatne. Z wysokości większą ogarnia się okolicę.


Wzdłuż wału, ale i nie tylko tam, przez teren tych łąk prowadzą usypane wśród torfowisk drogi żwirowe, przydatne w czas sianokosów, są albowiem te łąki gospodarczo użytkowane. Większość jest dostępna dla samochodów osobowych o przyzwoitym zawieszeniu.
Najbardziej popularny  wjazd wiedzie obok wsi Wywłoka, na początku szlaku znajduje się tam tablica informacyjna szlaku i kilkaset metrów dalej gruntowy parking, od którego rozciąga się rozkoszny widok na koryto Starego Bugu; przed rozpoczęciem prac hydrotechnicznych to było główne koryto rzeki, współczesne znajduje się  na północ od tego miejsca, za usypanym wałem przeciwpowodziowym.  

Największą frajdę z wędrówki przez łąki nadbużańskie mają jednak wędrowcy piesi. Jak wiadomo bowiem, przyjemność ze zwiedzania jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości z jaka się zwiedza. W głąb łąk nadbużańskich da się również dojechać komunikacją publiczną. Są bezpośrednie kursy autobusowe z Warszawy. Na szlak łąk nadbużańskich  dojeżdżających komunikacją publiczną najlepiej jest wchodzić od wsi Brzuza. Autobus firmy DarBus w kier.Sadownego startuje z ul.Wileńskiej w Warszawie o g.8.15. O g.9.37 wysiada się na przystanku Brzuza PGR, w pobliżu zaczyna się szlak. Z tego samego przystanku o g.16.10 odjeżdża autobus powrotny i o g.17.35 jest już w Warszawie obok stacji metra Dw.Wileński. Przy dobrej zwłaszcza pogodzie, inwestycja w bilet należy do bardzo korzystnych; krajobraz łąk nadbużańskich i świat ich żywej przyrody jest nadzwyczajny i wart każdej ceny!

Początek szlaku w Brzuzie



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 









wtorek, 18 lutego 2025


Naprawdę są takie krajobrazy w Warszawie. 

Oto Macierowe Bagno, ozdoba północnej części Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, naprawdę są takie krajobrazy w Warszawie. Chociaż na jej dość dalekich peryferiach. W sąsiedztwie Starej Miłosny, Międzylesia, Radości. To zdjęcie zrobiłem  połowie lutego 2022 r. , tak wtedy było, pachniało przedwiośniem.

 


Dla takich krajobrazów tam jeżdżę, ostatnimi laty zawsze w połowie lutego. Na pewno dlatego, że dnie jeszcze krótkie, a publiczna komunikacja w okolicy jest doskonała, co 20 minut kursują autobusy linii 525 sprzed dworca centralnego do usytuowanej pośród lasu pętli w Międzyulesiu i także co dwadzieścia autobusy linii 502 przy stacji Metra Politechnika, dokładnie z jezdni ul.Waryńskiego na tą stacją, kończąc jazdę na krańcowej pętli Graniczna w Starej Miłośnie. I tam lasem już pachnie, jest tuż tuż...

Dla takich pejzaży Macierowego Bagna tu przychodzę. Każdy bywa inny. Fakt, niektóre bywają bezbarwne. Tym bardziej się cieszę, gdy zastanę w terenie takie właśnie jak na tych dwóch powyższych zdjęciach. Nie trzeba być przyrodnikiem, aby docenić tutejsze piękno. Nie wszyscy ze spacerowiczów to wszystko dostrzegą. Ale wiedzieć warto. Przyrodnicy najbardziej cenią torfowisko Macierowego Bagna. Występuje na nim około 140 gatunków roślin, w tym kilka objętych ochroną ścisłą. Niektóre z siedlisk są uznane za rzadkie i wymagają specjalnej ochrony prawnej. Bagno jest też miejscem występowania wielu grzybów i porostów, w tym mąkli tarniowej i płucnicy modrej, których obecność oznacza bardzo niski (najniższy w Warszawie) stopień zanieczyszczenia powietrza. To świetne środowisko dla ważek, których obserwowano kilkanaście gatunków, w tym żagnice, szablaki, łątki, łunicę, zalotkę większą i torfowcową. Chcieli przyrodnicy zrobić to torowisko rezerwatem, ale się nie dało, jest własnością prywatną i jeszcze od przedwojny, należy do wielu właścicieli.

Większości tego wszystkiego o zimowej porze możecie nie zauważyć. Ale – znając drogę – możecie przecież kopsnąć się tutaj o innej porze roku, w pełni wiosny lub młodym latem na przykład.

Zielony Ług

 Zielony ług też niebrzydki. Tam zachodzi się najczęściej, bo jest tam rozstaj trzech szlaków znakowanych, blisko od niego do pętli autobusowej w Międzylesiu. Dla turystów pieszych wymyśliłem te znakowane szlaki dla tej okolicy, trzymają się lepiej ode mnie, pół wieku temu je zaprojektowałem, a sąsiadującemu z Macierowym Bagnem bezimiennemu torfowisku, obok którego jest węzeł tych szlaków, dałem nazwę Zielony Ług i konsekwentnie używałem jej w swoich publikacjach, nazwa się przyjęła. 


Pośród wydm Mazowieckiego Parku Krajobrazowego znajduje się kilka bardzo interesujących krajobrazowo i przyrodniczo torfowisk. Te, które znajdują się najbliżej Warszawy nazywane są "ługami". Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim brzegu Nysy zwanej Łużycką na terenie dzisiejszych Niemiec. 

 Na otaczających ługi wydmach rosną bory sosnowe, najbardziej wartościowe występują jednak w niższych położeniach, gdzie tworzą jedyny w swoim wyrazie zespół siedliskowy lasu, zwany borem wilgotnym. Tutaj jest on wcale powszechny. W tym lesie, ubogim w gatunki drzew i krzewów towarzyszących sośnie, a mimo to nie pozbawionym przedziwnego piękna, spotkamy również krzewinki bagna zwyczajnego, a prócz nich bagienną borówkę, zwaną łochynią.

Podwarszawskie ługi i ich najbliższa okolica są wielkim skarbem dla Warszawy, o której natychmiast się zapomina, gdy wkroczyć w ten spokojem tchnący świat wydm, lasów i ługów. I tam, pośród zwykłego podwarszawskiego boru znajduje się cel, ku któremu pomykam ochoczo, aby w uroczej, schroniskowej, prawdziwie turystycznej  atmosferze spędzić kilka dobrych chwil z przyjaciółmi z różnych turystycznych szlaków... 

Barek na Dakowie

 

Zimno się zrobiło tegorocznym lutym. Dalsze trasy już mi nie po drodze, mój pesel ostro przeciw takim pomysłom protestuje. Ale dla takich starszych panów, jak ja, wypad nad Macierowe Bagno jest w sam raz, I jest tam niepowtarzalny Barek ba Dakowie. Znakomite miejsce dla wędrowców w pewnym wieku, usytuowane w środku lasu, świetnie od lat prowadzone przez państwa Bednarskich. W barku na Dakowie wnętrze przyjemne, na kominku ogień płonie, ceny umiarkowane (pierogi 25 zł, barszczyk 10.-, rogaliki i paszteciki po 4.-, piwo 15.-, herbata 10,- płatność gotówką). Wśród klientów przede wszystkim weterani leśnych spacerów, wszyscy z plecakami, niektórzy z kijkami, średnia wieku wysoka, a nawet bardzo.Ma bardzo schroniskową atmosferę, we wnętrzu zawsze pełno jest turystów, którzy przywędrowali tu pieszo, z kijkami lub bez, w grupkach jak my, lub pojedynczo, z dziećmi lub bez, którzy zrobili tu sobie przerwę w footingu, przyjechali na rowerach latem, zimą ma nartach. Niewątpliwie jest to najbardziej sympatyczna knajpka, jaka można spotkać na podwarszawskich szlakach. Czemuż nie podobnej przystani dla wędrowców w Puszczy Kampinoskiej ?

                                       ..............................................