wtorek, 7 lipca 2026

Kilka światów w podwarszawskiej 
miejscowości Wesoła 

Są miejsca zdumiewające, znajdujące się o krok od centrum Warszawy. Tuż przy ruchliwej szosie, wybiegającej na wschód ze stolicy, zaraz za Rembertowem, zdumionym oczom ukazuje się niezwykły pejzaż, ni to rodem z dalekiej Finlandii, ni to gdzieś, hen! z Syberii. Tafla wody prześwituje pomiędzy brzozami, nader malowniczo odbijają się ich pnie w wodzie. Bagno Jacka jest niezwykłym fragmentem naturalnej przyrody. Nim powstał rezerwat, dzieciarnia z okolicy przychodziła się tu kapać. Po trzydziestu latach ochrony rezerwatowej, trudno uwierzyć, iż jeziorko powstało w miejscu, gdzie wydobywano torf. Był bowiem taki czas, gdy przyrodę traktowano przede wszystkim praktycznie, bez zbędnych i niepotrzebnych uniesień nad jej urodą. Wokół jeziorka rozrasta się teraz pasmo szuwarów i turzycowisk, bagienne zarośla karłowatej sosny i brzozy. Na torfowisku rosną owadożerne rosiczki, a wśród szuwarów lęgną się ptaki wodne. Naukowcy śledzą w tym rezerwacie sposób naturalnej regeneracji torfowiska i sukcesji roślinnej, dla mieszkańców okolicy rezerwat odgrywa rolę podobną do zbiornika wody podnoszącego poziom wody w gruncie oraz jako regulator wilgotności powietrza. Wrażliwi na piękno o każdej porze roku odnajdują tu poruszający malarski krajobraz.  A tuż za rezerwatem rozciąga się ogromny poligon wojskowy. A obok Jackowego bagna mkną szosą samochody i po kolejowych torach pędzą pociągi. Do stacji Warszawa-Wesoła z dworca Śródmieście z centrum Warszawy pociągiem Szybkiej Kolei Miejskiej jedzie się zaledwie 20 minut.  O kilometr na zachód od kolejowego peronu,  pośród wilii i domków jednorodzinnych podwarszawskiego osiedla, stoi na wysokiej wydmie kościół w Wesołej, od roku 2002 znajdującej się w granicach miasta Warszawa.

 

W roku 1938 ufundował ten kościół właściciel okolicznych gruntów,  książę Emanuel Bułhak. Pochodził ze starego kresowego rodu pieczętującego się herbem Syrokomla (lub Abdank). Biegle władał kilkoma językami, w tym łaciną. Poza licznymi nieruchomościami był także właścicielem cennych kolekcji antycznych dzieł sztuki, pasów słuckich oraz biblioteki znajdującej się na terenie Białorusi pałacu w Dobośni, które zgromadzili w XIX wieku jego bliscy krewni i antenaci.  Po zakupie dóbr w 1903 roku podzielił część ziemi i przeznaczył parcele pod budowę domów, co dało początek letniskowej miejscowości o nazwie Wesoła. Książę mieszkał na stale we Włoszech, do swoich podwarszawskich włości przyjeżdżał rzadko, a raz, gdy przyjechał, przywiózł ze sobą szkic jakiegoś rzymskiego kościółka romańskiego. I wedle tego szkicu powstał ten kościół. 
 
W roku 1979 ks. Stefan Wysocki, ówczesny proboszcz z Wesołej,  zaprosił do tego kościoła  Jerzego NowosielskiegoWiedział, po co artystę zaprasza, czego od niego oczekuje. Wizjonerskie to było zaproszenie. Malarzowi wnętrze się spodobało i tak w tym kościele postało wspaniałe dzieło. Jedno z najświetniejszych sakralnych i artystycznych dzieł współczesnych w Polsce. Głęboko przemyślane pod względem teologicznym, jest utrzymane w charakterystycznym dla artysty stylu, będącym nowoczesną interpretacją stylu bizantyjsko prawosławnego.  W ten sposób kościół stał się wyjątkiem na skalę światową, wymienianym w wydawnictwach encyklopedycznych i przewodnikach. 

W tej świątyni, tak niezwykle urządzonej malarsko przez Nowosielskiego, staje się w oszołomieniu, zdumieniu, zachwycie. Od pierwszej chwili, gdy tam się znalazłem, to zrozumiałem. Głęboko przemyślane pod względem teologicznym, wnętrze tego kościoła jest utrzymane w charakterystycznej dla artysty manierze, będącej nowoczesną interpretacją stylu bizantyjsko - prawosławnego. Artysta, wychowany w kręgu wyznania unickiego, twórca współczesnych ikon, ukazujących zasłonięty przed profanami obraz świata, nadający swoim dziełom niezwykle indywidualny i duchowy charakter, odnalazł we wnętrzu tego rzymskiego kościoła stojącego na mazowieckiej, piaszczystej wydmie, miejsce dla swojej intymnej wypowiedzi, którą zechciał się z nami podzielić. 

Rzecz niezwykła, architektura kościoła przybyła ze słonecznych Włoch (koniecznie – słonecznych – zawsze tak przecież należy mówić o Italii). Przez dziesiątki lat, zanim kościół niezbyt szczęśliwie w ostatnim czasie otynkowano, jego mury zachwycały surową cegłą, a ta cegła była tak układana i formowana jak wszystkie romańskie i wczesnogotyckie kościoły włoskie, efektowne swoją nieefektownością, poruszające swoją prostotą, tam naturalną, tutaj absolutnie nie teatralną, przecież absolutnie na miejscu. Wnętrze świątynki za sprawą wielkiego, krakowskiego artysty przybyło do nas z krainy wschodniego chrześcijaństwa. W gruncie rzezy, czyż tak być nie powinno? Czy we włoskiej Rawennie, właśnie tam,  przed wiekami nie podały sobie ręki te dwie tradycje chrześcijaństwa, dwa płuca Europy, jak to określał polski papież.  

W apsydzie prezbiterium w monumentalnej kompozycji dominuje Madonna w pozie Orantki. Przed nią znajduje się malowany na drewnie krucyfiks, utrzymany w duchu znanego krzyża św. Franciszka z Asyżu. Madonnę od krzyża dzieli pewna odległość, lecz gdy patrzy się z tamtego miejsca właśnie, z tego prostokąta, widzi się Matkę, jakby trzymająca ten krzyż, jakby nam go podającą w modlitewnym geście ofiarowania. Od nas zależy, co my z tym krzyżem robimy. 

 


W podwarszawskiej miejscowości Wesoła spotkało się kilka światów. Ziemia, na której to arcydzieło powstało jest mazowiecka i jest mazowieckim ten piach wydmy.  Na tym piachu postawiono fundamenty świątynki, przybyłej z Rzymu wczesnego chrześcijaństwa. Niemal bizantyńskie ikony są wewnątrz. Ich twórca urodził się w Krakowie, jego ojciec był Łemkiem obrządku greckokatolickiego, matka była Polką, katoliczką o niemieckich korzeniach. Rosną wokół  nasze polskie sosny, z wysiłkiem zakorzenione w tym piachu, wśród tych sosen znajduje się jeden z najsympatyczniej usytuowanych cmentarzy, jakie się na tej ziemi zdarzyły. Jest po sąsiedzku magiczne torfowisko, przypominające krajobrazy dalekiej, europejskiej północy,  i przejeżdża co kilkanaście minut obok kolejka elektryczna, łącząca z dużym miastem okoliczne osiedla o wrośniętych w podwarszawskość nazwach: Wesoła, Wola Grzybowska, Groszówka, Sulejówek, Miłosna. Z roku na rok coraz bardziej imponujące dostatnością  są setki willi, pobudowanych pośród mazowieckich sosen...  Niezwykłe to zdarzenie: w tej niewielkiej miejscowości, jaką jest Wesoła, spotykają się ze sobą tak różne światy. A wszystko to o krok od centrum Warszawy. 

W roku 1993 po raz pierwszy pojawiliśmy się tam oboje z żoną, aby freski obejrzeć. Przedtem była rozmowa z ks. Wysockim. Gdy dowiedział się od nas, że właśnie tego roku będziemy mieli 35-lecie ślubu, bystrym okiem na nas spojrzał i zapraszając na mszę św. powiedział, że dobrze się składa, że akurat jesteśmy, że trzeba to uczcić i zaprosił nas przed ołtarz do grona swoich parafian, innych małżeńskich jubilatów. I tak obeszliśmy w Wesołej swoje 35-lecie, chociaż niedokładnie w samą rocznicę. 

Gdy brakło ks. Wysockiego w Wesołej, to, co dotąd było skrywane, wyszło na wierzch. Okazało się, że dla parafian dzieło Nowosielskiego jest obce. Oni czują się w nim nieswojo. Chcą zwykłych, standardowych obrazów, a nie dzieł sztuki dla nich niezrozumiałych. Więc zwykłej Matki Boskiej, zwykłego obrazu Chrystusa Miłosiernego, zwykłej fotografii polskiego papieża. Wykorzystując przybycie nowego proboszcza część parafian chciała wprowadzić do kościoła tradycyjne elementy wyposażenia wnętrza, niezwykle dotąd surowego, a słynne freski zastąpić reprodukcjami lub malowidłami oswojonymi,  nie tak nowatorskimi. Rozważano zamalowanie fresków. No i ta surowa cegła z zewnątrz, to przecież wstyd. Trzeba otynkować. Czy można te reakcje parafian potępiać? W żadnym wypadku. Parafianie z Wesołej swoje racje mają. To zapewne jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Sprawą zainteresował się stołeczny konserwator zabytków. Wpisanie Kościoła Opatrzności Bożej do rejestru zabytków oznacza zachowanie świątyni w obecnym kształcie. Nie do końca zamiar się udał. Ceglane mury kościoła zostały otynkowane, świątynia się prezentuje  elegancko, ale to już nie to, nie to. We wnętrzu pojawiło się  kilka obrazów i naruszony został zamysł kompozycyjny artysty, który to wnętrze ukształtował.    

Czy umiałbym wytłumaczyć parafianom z Wesołej dlaczego dzieło Nowosielskiego jest wielkie i dlaczego oni powinni być z tego dzieła dumni? Dlaczego surowa cegła murów ich kościoła jest jak najbardziej na miejscu, a gdy ja otynkowano to byłoby nie za bardzo? Myślę, że nie umiałbym tego wytłumaczyć, skoro nie zechcieli zrozumieć tego wielkiego daru, który  – zapraszając artystę do Wesołej -  zechciał im ofiarować ich wieloletni proboszcz, ks. Stefan Wysocki. (czy to był dar, czy unieszczęśliwienie?). Czy umiałbym im powiedzieć dlaczego tak bardzo podobają mi się dzieła Nowosielskiego? 

„Od lat powtarzam swoim studentom – powiedział kiedyś do swoich studentów – ostatnim twoim zmartwieniem ma być lęk o twoją indywidualność. Jeżeli Pan Bóg zechce, to będziesz indywidualnością. A jak nie, to choćbyś na głowie stawał, będziesz powielał innych. Indywidualność to coś niezależnego od naszych intencji, coś bardzo tajemniczego.”  Właśnie to decyduje o odbiorze jego sztuki. Indywidualność. Dająca się rozpoznać, jedyna, niepowtarzalna. I jest w niej coś mądrego. Coś przejmującego jest w jego obrazach. Coś, co nie wszyscy – jak sądzę – są w stanie odczytać, odczuć, przeżyć. To coś, co powoduje także i w zwykłym życiu, codziennym, że przepadamy rozmawiać z Iksem, natomiast Y nas denerwuje, a Zet pozostawia obojętnym. Jeżeli miałbym szukać argumentów za sztuką, która nie jest realistyczną, przedstawiającą, to właśnie sztuka Nowosielskiego nią jest. Kim zawładnęła, temu już nie popuści. Więc i ja trwam w zachwycie nad nią. Krytycy sztuki analizują każde jego płótno, pod każdym względem, kompozycyjnym lub kolorystycznym. Mnie jest ona po prostu, zwyczajnie - bliska. Lubię ten fotograficzny portret Jerzego Nowosielskiego. Człowiek o twarzy tak pełnej wyrazu, mądrości i dobroci, nie mógłby malować niedobrze. Tak się jakoś u niego zdarzyło. 


Przed laty w warszawskiej „Zachęcie” byłem na monograficznej wystawie Jerzego Nowosielskiego. Aranżując wystawę, jej kurator Andrzej Starmach spróbował ukazać Nowosielskiego poruszanie się pomiędzy tradycją Wschodu i Zachodu, figurą i abstrakcją, malarstwem ikonowym i tradycją awangardową XX wieku. Kilkadziesiąt minut, spędzone na tej wystawie, pozwalało znaleźć się w zupełnie innym świecie, niż ten z którym się obcuje na co dzień. Dla mnie ta wystawa była przeżyciem. Chodziłem od obrazu do obrazu, patrzyłem na nie i było mi dobrze. Nie tylko mnie. Przyglądałem się nie tylko obrazom. Także i ludziom, zatrzymującym się przed obrazami, błądzącymi w labiryntach tej galerii. Dojrzali i młodzi, matki z dziećmi, które również przepełnione były tym, co emanowało z płócien. Im też było dobrze. I widok tych ludzi, spojrzenie w ich twarze, to było również wielkie doznanie. Tych ludzi nie spotyka się na co dzień. Giną w tłumie.
 
A potem wyszedłem z gmachu i powędrowałem przez Ogród Saski. Spadł niedawno deszcz. Powietrze pachniało wiosennym ozonem. Kwitły już pierwsze bratki i przygotowywały się do kwitnienia tulipany na rabatach pracowicie zasadzonych przez miejskich ogrodników. Świeżą zielenią czarowały wykluwające się z pąków liście kasztanowców. Ptaki siedziały już na jajach w swoich gniazdach wśród krzewów. Po przyjściu do domu począłem poszukiwać w internecie wiadomości o Jerzym Nowosielskim. W internetowym portalu znalazłem kilka artykułów o jego życiu i sztuce. Jest taki zwyczaj, że pod podanymi wiadomościami lub artykułami można dodać swój komentarz. Żaden z tekstów nie był skomentowany. Z wyjątkiem jednego. Była to wiadomość z ostatniej chwili: właśnie umarła wierna towarzyszka życia artysty, jego żona. Miała 81 lat. Jeden z młodych internautów skomentował tę informację: „A żona Dawnosielskiego jeszcze żyje? ;) A Średniosielskiego?”  Byłem z powrotem w Polsce moich codziennych dni......

„Wierzę – mówił  Jerzy Nowosielski w jednym ze swoich wywiadów - że tzw. upadłe byty subtelne w jakimś continuum czasoprzestrzennym, którego my nie umiemy ani znaleźć, ani nazwać, tak gruntownie zepsuły boskie dzieło stworzenia, że właściwie żyjemy na gruzach. To oczywiste, że światem rządzi diabeł. Zresztą nawet w Ewangelii określony on jest mianem księcia tego świata. W pismach św. Jana rzeczywistość także jest oparta na elemencie zła.”  Więc uważa Pan, że w diabła jest o wiele łatwiej wierzyć niż w Pana Boga? – „Ależ oczywiście, w  diabła musi się wierzyć, bo się go dotyka na co dzień. Cała tragedia zwierzęcej i ludzkiej egzystencji, tragedia przyrody  to są jawne rządy szatana i upadłych aniołów. Natomiast gdzie jest ten Bóg? Gdzie go szukać?"

A przecież, czyż nie są tego dowodem istnienia Boga obrazy Jerzego Nowosielskiego, czyż nie jest tego dowodem jego dzieło, jakie za namową ks. Stefana Wysockiego ku naszej radości i utrapieniu niektórych, pozostawił w niewielkim kościółku na grzbiecie mazowieckiej  wydmy w  podwarszawskiej Wesołej?  

Powyższy tekst jest w znacznej części rozdziałem jednej z moich książek, nosiła tytuł Klangor i fanfary, wydały ją Iskry jeszcze w roku 2012. Kolejnego wydania zapewne już nie będzie,a  nowi, potencjalni czytelnicy teraz częściej do internetu sięgają, niż po papierową książkę, pomyślałem więc, że warto ją w tym blogu pomieścić, nieco ten tekst uzupełniając. A w Wesołej bardzo dawno mnie nie było. Sporo złego tam zaszło, przemyślaną, wyrazistą ikonografię wnętrza zaburzyły dewocyjne obrazy. Katastrofalne w skutkach okazało się pokrycie ceglanej elewacji styropianem. W jej efekcie polichromie uległy częściowemu zawilgoceniu i odbarwieniu, pojawiły się odpryski i zarysowania. W roku 2004 wystrój świątyni został wpisany do rejestru zabytków. W roku 2011 pieczę nad parafią przejęła ekumeniczna wspólnota Chemin Neuf, a zakonnicy  jak czytam na internetowej stronie Urzędu Miasta w Warszawie w poście z 15.09.2023r. –  konsekwentnie dążą do przywrócenia świątyni pierwotnego wyglądu. Więc zapewne będzie wszystko dobrze, choć pewnie ten styropian na fasadzie świątynki pozostanie. A ja, cóż ja, najkrócej mówiąc  jestem szczęśliwy, że poznałem ten kościół w Wesołej wtedy, kiedy go poznałem. 

............................................. 

 

sobota, 13 czerwca 2026

 

Wycieczka do Wieliszewa 


Dzień jest słoneczny, czerwcowy. Szybką koleją miejską jadę do stacji Wieliszew. Zaraz za stacją kolejową wsiąkam w sosnowe drągowiny, żadnej one urody, chociaż las to niewątpliwy. Pierwszy raz byłem tu przeszło pół wieku temu, poznawałem wtedy systematycznie Mazowsze, co tydzień odwiedzałem kolejny jego kawałek, okolice stacji Wieliszew nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Krajobraz nieużytków i sosnowych lasków, niewątpliwie na swój sposób urokliwy, w tych laskach jakieś letnisko, w nim trochę willi, podobno pożydowskich, przeznaczonych na wynajmowanie wakacyjne. Ja byłem właśnie zachłyśnięty dopiero co poznaną Puszczą Kampinoską, trudno się dziwić, że tego pejzażu nie zapamiętałem "na tak".  Na tak było teraz jezioro Kwietniówka i wznoszące się nad nim piaszczyste wydmy ora las na nich bardzo mazowiecki, swojacko  malowniczy. Z wydm widok na jeziorko wyśmienity.  

Świetny krajobraz dla pejzażystów, nic tylko malować. Nie mazowiecki, lecz mazurski pejzaż,  nie do wiary. Kiedyś było to zwykłe torfowisko, zapewne powstało w jednym ze starych koryt Narwi, rzeka mocno się w okolicy panoszyła, po swojemu płynęła, nie zawsze głównym nurtem. Potem torf zaczęto eksploatować, w zagłębieniu po wybranym torfie powstało jeziorko i  już na wciąż była w nim woda, nie tylko kwietniową porą po roztopach. Na zachodnim krańcu jeziora, już na skraju łąk z widokiem na pobliskie osiedle mieszkaniowe Wieliszewa, zobaczyłem tabliczkę, umieszczoną przed wielopiennym dębem. Na tabliczce napis: Dąb Jerzego i Papuszy Wieliszew 02.07.2022. 


Miałem przy sobie telefon, a w nim sprytnie schowała się sztuczna inteligencja, nie da się ukryć, skorzystałem z jej usług. Niestety, powoli nie da się żyć  bez  tego urządzenia. Wygląda, że nawet nam, w takim jak ja wieku, a więc wieku wiekowym, również coraz trudniej. Znalazłem więc w internecie (nie sądziłem że aż tak dla krajoznawcy może być bogatym!) zaproszenie sprzed kilku lat na spacer krajoznawczo przyrodniczy. Zapraszali wieliszewcy mieszkańcy, ale nie tacy całkiem zwyczajni, lecz mocno w tę swoją niewielką miejscowość zaangażowani. I tak w tym zaproszeniu napisali (niestety, tylko z tego wpisu mi znani) Agnieszka i Dariusz Żukowscy:  “Idziemy na wieliszewski spacer przyrodniczo-poetycki, by przekonać się, że w tkaninie życia wszystko jest ze sobą połączone: lasy, woda, człowiek stanowią nitki przeplatające się ze sobą i od siebie zależne. Zerwanie jednej z nich, niesie ze sobą utratę pozostałych. Idziemy, by zapuścić korzenie i pokazać, że tak jak las i woda chronią się nawzajem, tam my również możemy z wdzięcznością i wzajemnością stawać w obronie dzikiej przyrody.”

W lipcu 2022 r w Wieliszewie (i to także z internetu wzięta wiadomość) odbył się Letni piknik poetycki poświęcony pamięci Jerzego Ficowskiego i odkrytej przez niego cygańskiej poetki Papuszy. Spotkanie zorganizował Wieliszewski Klub Młodych Poetów, a inspiracją dla tego wydarzenia były wiersze Jerzego Ficowskiego oraz Jerzego Zagórskiego związane z Wieliszewem. Czytano wiersze trojga poetów oraz nadano imię Jerzego i Papuszy staremu dębowi, przy którym na polanie odbywała się cała impreza. Na koniec przewidziano plenerowy mini koncert pieśni cygańskich. 
Dlaczego Wieliszew tak o tych dwojgu sobie przypomniał ? Ale i mnie przypomniał również. Więc nie sposób o nich  tutaj nie wspomnieć, i to trochę więcej. O Jerzym i Papuszy. Właśnie tutaj, w Wieliszewie. Przypomina mi o tym nazwa tego dębu, rosnącego  na skraju łąk koło Jeziora Kwietniówka w Wieliszewie. A skąd oni oboje tu się wzięli ? Czy to z powodu tego jednego wiersza, który Jerzy Ficowski napisał  i Papuszy ten wiersz poświęcił, dając mu tytuł: Cygańska droga...? Czy był Ficowski w Wieliszewie? Być może nie. Ale nazwa Wieliszewa znalazła się w jego wierszu. 

      Zabili im konia karego
      zabili im drogę siwą

      Więc sprzedali Cyganie
      wszystką muzykę ze skrzypiec
      na targu w Wieliszewie
      bo nie było już
      dokąd grać

W jednym ze swoich zapisków, jakie od wielu lat prowadzę co roku, zapisałem kilka słów o Jerzym Ficowskim.  „Dziś Dzień Zaduszny. Zaduszki. Jest rok 2009 – pisałem wtedy.  –  Grób Jerzego Ficowskiego. Przeciętny Polak wie o nim mało, bardzo mało, lub nie wie nic. Na płycie nagrobnej trzepocą się trzy rzeźbione ptaki, jak żywe. Gołębie? Trzy dusze? Jedna jest jego? Druga należy do Papuszy? Jego wielkiego odkrycia, której wielki talent ukazał światu, a jednocześnie, nieświadomy konsekwencji, skazał na plemienną anatemę. 
A czy trzeci ptak z grobowca Jerzego Ficowskiego, to trzecia dusza? Czy należy do kolejnej wielkiej jego fascynacji artystycznej, do Brunona Schultza, którego był biografem? Młodzież nasza dzisiejsza ma pośród lektur jego „Sklepy cynamonowe” O zapamiętanym przez młodzieńca rodzinnym mieście galicyjskim jest ta proza. Powinna uczyć patrzenia. Zapamiętywania szczegółów, atmosfery, nastroju, bogactwa rodzimego języka. Czy uczy? W  czarnym marmurze nagrobnej płyty Jerzego Ficowskiego, jak w lustrze odbijają się cienie drzew, rosnących na warszawskich Powązkach. Nie przesłaniają jednak epitafium: ..."usilnie proszę moich Bliskich i moich dalekich o błogosławieństwo uśmiechu i łaskę pogody ducha zamiast westchnień i smutku, bowiem nie stało się nic nadzwyczajnego. Za spełnienie tej prośby z góry wszystkim dziękuję i za kłopot przepraszam...”
 

Miał wiele talentów. Znał wiele języków, pisał eseje, wiersze i teksty piosenek,  był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem powstania warszawskiego, znawcą ludowej poezji żydowskiej oraz specjalistą od twórczości Brunona Schulza, specjalizował się także w poezji i tłumaczeniach Federico Garcii Lorki, w  latach 1948–1950 wędrował razem z taborem cygańskim, przełożył i opublikował pieśni cygańskiej poetki Papuszy, której poetycki odkrył i został jej tłumaczem z języka romskiego. 

        Oj, jak pięknie żyć,
        nocami chodzić nad rzekę,
        ryby zimne jak chłodna woda
        chwytać w ręce!
        O
 j, jak pięknie grzyby zbierać,

        miłość nieść,
        ziemniaki piec w ognisku...
        A koń cygański już czeka na murawie,
        kiedy wóz będzie gotów do drogi...


W latach okupacji hitlerowskiej w Wieliszewie miała swoje zbiorki i ćwiczenia terenowe legionowska drużyna „Las” organizacji harcerskiej „Szare Szeregi”. Wieliszew, a w szczególności letnisko Kwietniówka, cieszył się względnym spokojem i było tu wówczas bezpiecznie. Na miesiąc przed wybuchem Powstania Warszawskiego poeta Jerzy Zagórski, wraz z m.in.Czesławem Miloszem zmarły w 1984 r. współtwórca wileńskiej grupy poetyckiej Żagary. Sprawiedliwy wśród dziejów Świata. Latem 1944 roku wraz z rodziną wyprowadził się z Warszawy  do wynajmowanego mieszkania w okazałym wtedy letnisku Kwietniówka w Wieliszewie. Właścicielami  większości z rekreacyjnych willi była wówczas ludność żydowska, głównie z Warszawy. W wynajętym mieszkaniu, na strychu miał Zagórski radiostację i prowadził nasłuch dla oddziału Armii Krajowej dowodzonego przez Konstantego Radziwiłła. 

Książę Konstanty Mikołaj Radziwiłł był ostatnim właścicielem dóbr zegrzyńskich. Gdy w 1939 roku Niemcy wkroczyli do Polski, rodzinie kazano pałac opuścić, księcia aresztowano już w  październiku 1939 roku, ale z więzienia zwolniony został dzięki protekcji króla włoskiego Wiktora Emanuela III oraz staraniom Maurycego Potockiego z Jabłonny. Zaangażował się w działalność konspiracyjną, w czerwcu 1944 roku został porucznikiem Armii Krajowej, brał udział w akcjach sabotażu i rozbrajaniu Niemców w okolicy. 14 września 1944 roku został zamordowany na terenie koszar w Zegrzu. Według relacji mieszkańców okolicznych wsi zgłosił się sam, żądając od Niemców uwolnienia swoich współtowarzyszy. Czy mógł być tak naiwny i lekkomyślny, on, oficer konspiracji? Czy tak przez okolicę kochany, że taką mu legendę ta okolica dorobiła? Podobno przed śmiercią był katowany, obwożony po okolicy w odkrytym samochodzie i pokazywany mieszkańcom. Po wojnie chłopi poinformowali Marię Radziwiłłową, że jej męża zabito w Zegrzu i tam pochowano, jednak żadnych śladów miejsca pochówku nie udało się wówczas odnaleźć. Szczątki księcia Konstantego odnaleziono dopiero ćwierć wieku później, przy przebudowie strzelnicy w Zegrzu odkryto ludzki szkielet. Po zachowanym przy nim relikwiarzu  ustalono, iż były to szczątki Konstantego Mikołaja Radziwiłła.  

Tutaj, wśród iglastych lasów malowniczo porastających wieliszewskie wydmy, do złudzenia przypominających te nadmorskie, w lipcu 1944 r. Jerzy Zagórski gościł swojego przyjaciela Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wraz z żona, który – jak się później okazało – spędził tam jedne z ostatnich tygodni swojego życia. Poległ 4 sierpnia1944 r. około godziny szesnastej na powstańczym posterunku w pałacu Blanka. Z grzbietu  wydm wieliszewskich Zagórski widział płonącą Warszawę. Jakby  kręcącą, ciemnoszara trąbę powietrzna od spodu podświetlana pomarańczowymi płomieniami. Pod koniec sierpnia 1944 roku rodzina Zagórskich, uciekając, opuściła wynajmowany dom w Wieliszewie. Próbując przedostać się do Warszawy przez pewien czas tułali się w okolicznych lasach. 

Wciąż i nieustannie najpiękniejszy opis tej wieliszewskiej okolicy wyszedł spod pióra Zagórskiego. Ten wiersz nosi tytuł „Wieczór w Wieliszewie”. Zadedykował go poeta śp. Konstantemu R., dowódcy leśnego oddziału  w 1944 r. Wiersz ukazał się w zbiorze wydanym w 1947 r. przez Spółdzielnię Wydawniczą Książka. Żył jeszcze Stalin, komunizm mościł się wtedy w Polsce i szalała cenzura, nazwisko Radziwiłł było dla cenzora nie do przełknięcia, dla Armii Krajowej też nie było miejsca w druku, takie były czasy. Myślałem skrócić wiersz Zagórskiego do tego blogowego postu, odstąpiłem od zamiaru, wiersz jest zbyt piękny. A prócz tego, to jedyny opis Wieliszewa.  

    Kończy się czerwiec. O tej porze roku
    Wrzos w najgęściejszej zieleni przypływie
    W sosnowym borze pokonał igliwie
    I ziemię dźwiga z brązowego mroku,

    Ale weselsza od wrzosów mietlica,
    Która ma barwę słońca w chmurze piasku
    Jakbyś słomiany fiolet w srebrnym kasku
    Zbełtał i rozlał po tych okolicach.

    Jeszcze zwycięża wszędzie wzrostem wrzosy
    I ona sprawia że rozchodnik żółty,
    Mech oliwkowy i liliowa smółka
    Swoje przyziemne przytaiły głosy.

    Tak przyjacielu. Przy wzgórzach jałowych
    Możesz niejeden dzień tu przeżyć w kwiatach
    Nim wieczór w jakichś Szopena poświatach
    Zagra na sosen organach pąsowych.

    A wtedy będą ciemnieć młode dęby
    A jasność w sosnach będzie szła ku górze
    Gdzie pola nieba wspanialej powtórzą
    Te wszystkie barwy co się w ziemi kłębią.

    Bo tam zobaczysz fioletowe gaje,
    Złote przesieki, czerwone strumienie, .
    Siwe jeziora a nad nimi wieniec
    świateł co wiodą w jeszcze dalsze raje.

    O mazowiecki borze co na wzgórze
    Piaszczyste wszedłeś nad jeziorem w łąkach!
    Malarz, poeta dotąd tu się błąka
    I jeden Szopen dotknął cię w lazurze.

    Więc gdy się słońce skryje za poręby,
    I świat ściemnieje, oko głowę zadrze,
    Ujrzy księżyca żagiel w drugiej kwadrze
    Mijającego chmury, sosny, dęby.

    Ty za księżycem ruszysz wędrowniku
    Ku jaśminowym gwiazdozbiorów krzewom
    I zagra w tobie jak skrzypcowe drzewo
    Niebo na leśnej ścieżyny chodniku.                                                                                                                                            
Rozległy jest dzisiejszy Wieliszew. Pierwsze udokumentowane wzmianki o nim pochodzą już z 1294 roku z klasztoru w Czerwińsku, którego Wieliszew był posiadłością. Pierwszy kościół powstał w 1387 roku z inicjatywy opatów czerwińskich. Jedynym, co pokazywać należy w Wieliszewie, jest zabytkowa kaplica w stylu klasycyzmu, znajdująca się  na cmentarzu parafialnym. Wymieniały ją wszystkie przewodniki.  Jest  skromnej, dystyngowanej urody,  nad wejściem umieszczono wzruszającą dedykację: „Żona Mężowi” . Widziałem tę kaplicę przed laty, pamiętam ten napis, poruszył mnie wówczas, pomyślałem wówczas: jakąż ładną historię dałoby się opowiedzieć, tylko z tej dedykacji korzystając.  


Idę nad brzeg Jeziora Wieliszewskiego, prowadzi wzdłuż niego wygodna, wyasfaltowana droga. Powinienem wejść  na  wieżę kościelną w centrum starej części wsi, tej która w  najmniejszym chyba stopniu zachowuje jeszcze swoją wiejskość, choć mocno  ostatnio podrajcowywaną przez coraz silniej ogarniający Polskę dostatek. Wejście na wieżę jest bezpłatne, bez wcześniejszego się umówienia dostępne tylko w niedziele i święta, Byłem w  dzień powszedni, roboczy, nie byłem umówiony. Nazwa wsi pochodzi jakoby od staropolskiego imienia Wielisz. Może  bezpośrednio od dawnego właściciela, a może od założyciela wsi, noszącego to  imię. Tak to jest z tym Wieliszewem, że niemal wszystko jest domniemaniem. Współcześni wieliszewianie postawili przy plaży na brzegu jeziora niespecjalnie urodziwą podobiznę "ducha jeziora". Chyba jeszcze legendy nikt mu nie dorobił, takiej w każdym razie nie spotkałem.  Spotkałem legendę inną, opowiada o tym, że przed wieloma wiekami, w miejscu dzisiejszego kościoła parafialnego, dobiła do brzegu tratwa z transportem ściętego drzewa. Flisacy, wdzięczni za pokonanie niezwykle niebezpiecznego odcinka rzeki, pełnego wirów, które wielokrotnie rozrywały powiązane w tratwy pnie drzew, ofiarowali cały jego transport na budowę kościoła.   Jeśli nawet to nieprawda, to i tak jest dobrze wymyślone. Bo w tej legendzie jest i kawałek naprawdę prawdziwej historii. Że był czas, gdy Wieliszew naprawdę był wsią położoną nad sama rzeką. 
 
Na drugim brzegu Jeziora Wieliszewskiego łąki są ogromne, droga tam wiedzie wśród głowiastych wierzb. Ładnie się tam wędruje. Zapewne piękniej musiało być tutaj przed tym wszystkim, czym obdarował nas wiek dwudziesty. Za tymi łąkami, na północ od kościoła nad Jeziorem Wieliszewskim, główne koryto Narwi w 1963 roku obramowane wysokim wałem ochronnym, za którym płynie główne koryto rzeki Narew. Obok Wieliszewa jest ono  w granicach Jeziora Zegrzyńskiego, a Wieliszew nie leży już nad Narwią, chociaż w granicach Wieliszewa nad brzegiem Narwi powstał Wodociąg Północny, z którego rurociągiem przesyłana jest  narwiańska woda dla Warszawy. 


 I na zakończenie tego wieliszewskiego pisania chcę powrócić do dębu Jerzego i Papuszy nad Kwietniówką. W  roku 2024 znowu zostawili swoją wiadomość w internecie Agnieszka i Dariusz Żukowscy. Że Dąb Jerzego i Papuszy w Wieliszewie na końcu ulicy Jerzego Zagórskiego jest jednym z miejsc, które nazwali  Roślinno-Muzealno-Katedralnymi. Bo ma piękne sklepienie ze swoich konarów. Jak naturalna katedra i muzeum zarazem. Zróbmy pod min swoją noc Muzeów i Katedr −− pisali. −−  Spotkajmy się tam wieczorem, zachęcali, poczytajmy wiersze Papuszy i Jerzego Ficowskiego, posiedźmy razem, popatrzmy w niebo przez liście. Zróbmy taki wspólny nocny piknik, ognisko. weźmy koce i prowiant.

No i wzięli koce i prowiant i poszli w tę noc pod ten dąb wieliszewscy poeci. Włącznie z dwójką organizatorów sześcioro się znalazło chętnych, poinformował mnie internet. Czyż trzeba to skomentować? Czy czegoś jeszcze nie wiemy o miejscu poezji w  naszym codziennym życiu?  Poeci dobrze o tym  wiedzą, nawet ci, którzy należą do najbardziej znanych. Chociaż za te wiersze niektórzy dostają Nobla, w Polsce dwojgu to się zdarzyło...   Ale myślę także, że dwójka zapraszających była szczęśliwą na tym wieczornym spotkaniu pod dębem. Było ich sześcioro, prócz tych dwojga jeszcze cztery osoby, niewątpliwie z grona bliższych znajomych, być może przyjaciół, na pewno podobnie czujący. I ta muzealna noc pod tym dębem na skraju jeziora Kwietniówka w Wieliszewie była dla nich wszystkich tym właśnie, czego potrzebowali. Do pozazdroszczenia !                           

......................................

PS. Przy pisaniu tych swoich refleksji o Wieliszewie korzystałem głównie ze znalezionych w internecie tekstów, jakie napisał Krzysztof Klimaszewski i pomieścił w Gazecie Wieliszewskiej lub legionowskiej Gazecie Powiatowej. Informacje o wieliszewskim epizodzie z życia Jerzego Zagórskiego zawdzięczam internetowej stronie Centrum Kultury w Wieliszewie,  dołożył coś od siebie  Wieliszewski Klub Młodych Poetów, tylko nie wiedzieć czemu  bez choćby jednego z ich wierszy.  Wiersz Papuszy wybrałem z Pieśni Papuszy, tłumaczonych przez Jerzego Ficowskiego, wydanych we Wrocławiu w r.1956. 

.......................................................................

poniedziałek, 11 maja 2026

 Kaczeńce z Wieraszki
koło wsi Zambski w pobliżu Pułtuska
na skraju Puszczy Białej 

Z uroczyskiem Wieraszka mam moc cudownych wspomnień. Można przypuszczać, że nazwa pochodzi od zawirowań rzeki, rzeka tam się nieustannie wierciła, meandrowała, wbijała koryto tam, a potem gdzie indziej, wciąż zmieniała decyzje i zakola formowała w coraz to innym miejscu. Jest tych zakoli trochę w tej okolicy, świetnie widać je na mapie, a w nich torfowiska, czasem stoi tam woda, niemal wszędzie rośnie las olszynowy. Ku Zambskom nad Narwią rosną zachwycające murawy napiaskowe,  w nich rozchodniki i macierzanki, kobierce lepiężnika kutnerowatego, któregoś lata przez blisko godzinę się po nich włóczyłem, fotografując zapamiętale. 
 
A kilkanaście lat wcześniej o wiosennej porze drogę przez łąkę w Wieraszce przegrodziła mi wielka woda. Akurat kwitły kaczeńce i cała łąka była pokryta złocisto żółtym dywanem. Zdjąłem więc buty, spodnie podkasałem i wszedłem w tę wodę i w te kaczeńce. Jakież wspaniałe uczucie ! Iść tak przez wodę bosymi stopami pośród złocistych kwiatów. Nie miałem wtedy ze sobą aparatu fotograficznego. Nigdy przedtem i nigdy potem już mi się nie rozścieliła się taka kaczeńcowa łąka na mojej drodze. Gdy byłem młody i sił co nieco miałem, na Wieraszkę wielokrotnie przychodziłem pieszo z Pułtuska, oddalonego o kilkanaście kilometrów. Za każdym razem inną trasą, za każdym odmienną wracałem. W sąsiadującej z uroczyskiem Puszczy Białej rośnie dorodny las łęgowy ze starymi przestojami dębowymi, zawsze widywałem je przedwiośniem i wiosną, chyba nigdy w pełnym listowiu, zabawne, że przede wszystkim tylko wtedy mnie tam ku Wieraszce ciągnęło. 
 
Minęły lata, wciąż tam powracam, mam stamtąd same dobre wspomnienia, ale na starość zrobiło się to za daleko dla mnie, kitwaszę się więc w terenach podwarszawskich, Wieraszkę odłożyłem na półkę wspomnień. Ugina się od nich, mam ich stamtąd tak wiele! I mieć je dobrze bardzo. Starość jest wtedy przyjemniejsza, gdy dobre wspomnienia ją barwią... 
.................................................. 
 
Tydzień po tym, jak to moje wspomnienie o kaczeńcach z Wieraszki się znalazło w blogu, swój komentarz pomieściła w nim pani Małgorzata Szafrańska. "I dla mnie tej wiosny było do Wieraszki za daleko. Powędrowałam szukać kaczeńcowych łąk bliżej, w okolice rezerwatu Bartnia i kurpiowskiej Ponikwy. I co? Osiem (osiem!) kępek kaczeńców znalezionych w ciągu dwóch dni. Podobnie było w Górze, którą Pan odwiedził. Narew bez kaczeńców to już chyba koniec świata.
Za to w obu miejscach gęsi. Gęsi! Dziwnie obojętne na widok człowieka, a dawni myśliwi pisali, że to ptaki równie czujne jak żurawie. Podejść ich nocą na wodzie było niemożliwe. W dzień, gdy żerowały na łąkach, należało schować się za jakąś pasącą się w pobliżu krową i delikatnie ją popychając w stronę gęsi zbliżać się powolutku do stada. Ale to przeszłość. Dziś na polskich łąkach krowa jest okazem zoologicznym występującym coraz rzadziej."
 
Mój Boże, ileż to ja się za tymi gęsiami nachodziłem po Mazowszu w czasach młodych. Tak bardzo chciałem je zobaczyć, Na  żywo i w naturze. Lęgły się zaledwie w kilku miejscach, nie miałem wówczas auta, wtedy mało kto miał coś takiego, jechało się tam gdzie się dojechać dawało. Na przykład na Stawy Okręt i Radwan na Ziemi Łowickiej, która, choć od wielu lat przypisana do województwa łódzkiego, Mazowszem jest jak najbardziej.  Za to, zwłaszcza na wiosennych przelotach nad Mazowszem, to ho, ho! gęsi się widywało. Nad moim Żoliborzem o świcie leciały z ciepłych krajów gęsi białoczelne, gęsi tundrowe i bernikle, leciały  i krzyczały do mnie po swojemu, spać nie dawały, trzeba było wstawać i lecieć na balkon i podmarzając patrzeć jak lecą. Tylko tyle? Tylko po to? Zapytacie po co? No właśnie...
Suchych, polskich lat w swoim życiu trochę przeżyłem w naszej ojczyźnie, z roku na rok bardziej dotkliwych. Ale że zwykłej knieci błotnej nam braknie pod bokiem? O tym nie pomyślałem. A przecież powinienem, knieć jest błotna, nie ma błota bez wody, a woda - pytam grzecznie - gdzie ona wod\a?  Coraz mniej czajek, wołających swoje kiwit kiwt na wilgotnymi  łąkami. Bo  łąk wilgotnych prawie nie ma.  Jak z Wieraszki z kaczeńcami, tak z rycykami mam takie wspomnienia, szedłem drogą nad starorzeczem bużyska koło Prostyni, a spod nóg zrywały się rycyki, to była pora lęgowa, one gdzieś tam w trawach koło tej drogi miały swoje gniazda, do sianokosów miały spokój, ta droga im zupełnie nie przeszkadzała, aż tu ja przyszedłem i nieproszony pchałem się im do domu... 
 
Rycyków mi bardzo brakuje, ba! tęsknię za nimi przemożnie, świat bez rycyka, jak i bez czajki. bez bekasa, jak i bez ich tak charakterystycznych nawoływań, tak odróżnialnych od siebie, a razem nad jedną łąką słyszanych, tam muzycznie współbrzmiących, to już nie jest ten świat. Ale żurawi przybyło, na zimę nie odlatują do ciepłych krajów. Jak i gęsi! one także u nas zostają, Puszcza Kampinoska i dolina dolnego Bugu pełne są gęsi i żurawi w zimowych miesiącach. O kilku lat przeczekują coraz krótsze, nieco sroższe polskie zimy. Wyraźnie skalkulowały, że nie opłaca nam to latanie tam i nazad, skoro praktycznie wszystko tu maj, a te polskie zimy wcale nie takie okropne. I zapewne jeszcze trochę i nie będzie ich niemal wcale. Więc może jednak prawdą jest, że zmienia nam się klimat? Przyroda to wie znacznie lepiej, niż niektórzy politycy, którzy temu zaprzeczają. Zwykłe ptaki, gęsi, które są synonimem głupoty (całkiem niesłusznie zresztą), wiedzą jak to naprawdę z tym klimatem jest coraz bardziej...
 
Gęsia rodzinka na mazowieckich wodach jest na tym zdjęciu, zdjętym na stawach raszyńskich tuż tuż pod Warszawą, u jej granic dosłownie.  Małe gęgawki tu się urodziły, wychowają, doczekają swojego potomstwa, do żadnych ciepłych krajów nie muszą lecieć, nikt ich po drodze nie ustrzeli. Ale jak to będzie z tą wodą w kolejnych latach, skoro teraz jakby już całkiem nie najlepiej i pomniejsze mazowieckie rzeczki latem wysychają?  Urszuli ze Słodowca  dziękuję za zdjęcie gęsi, pani Małgorzacie wielkie serdeczności za wspieranie mnie w tym blogowym pisaniu i podawanie kolejnych tematów do refleksji. 
...................................... 


Kwitnie tarnina
w okolicach niewielkiej wsi Góra 
w dolinie dolnej Narwi.... 

Późną wiosną kwitnie tarnina, w poezji symbol surowej natury i przemijania, a zarazem trwania, często kojarzona z cierpieniem, bo cierniowy to krzew. Owoc ma smak gorzki, cierpki. Nie jest cierpieniem nalewki z tarniny smak. A przecież w gruncie rzeczy tarnina jest jak chwast, choć jest cenioną rośliną zielarską. Zdaje się  gościć co najwyżej na przydrożach dróg wiejskich, czasem wśród polnych miedz, czasem przy leśnych traktach, najchętniej na nieużytkach. Za Mazowszem  nie przepada, Roztocze, Małopolska i Podkarpacie zdają się być jej bardziej przyjazne. Gdy przekwitnie, prawie nie zwraca na siebie uwagi, ot taki sobie wcale wysoki krzew, na dodatek ciernisty, klujący, nie pozwala do siebie podejść. Od ciernistego charakteru krzewu pochodzi jej nazwa, od prasłowiańskiego słowa tarn, oznaczającego cierń. Najwyższy szczyt polskich Bieszczadów nosi nazwę Tarnica. 

Pod koniec tegorocznego kwietnia na podwarszawskim Mazowszu trwał  godowy czas kwitnącej tarniny, akurat się na niego załapałem w okolicach  wsi Góra w dolinie dolnej Narwi. Byłem tam z przyjaciółmi ze swojej z turystycznej gromady. Kwitła tego kwietnia tarnina wśród łąk na Narwią. Ale susza tegorocznego kwietnia była poruszająco smutną. Te wspaniałe łąki, na które zachodziłem wczesną wiosną, aby brodzić wśród wiosennych rozlewisk i przez lornetkę podglądać żerujące wśród nich ptaki. 
 
 
Na znajdującym się tam wyniesieniu nad łąkami w roku 1780 stanął kształtny pałac w klasycystycznym stylu. Postawił do dla siebie książę Stanisław Poniatowski, młodszy z dwóch bratanków króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Starszym z bratanków był książę Józef,  był znany, miał swój pałac tuż obok królewskiego zamku  w Warszawie, miał drugi w Jabłonnie. Do polskiej pamięci przeszedł jako świetny dowódca spod Raszyna, jego nazwisko znajduje się wśród nazwisk bohaterów wojen napoleońskich, umieszczone na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Jego posąg wciąż oglądamy w telewizorze, stoi przed nieustannie fotografowanym pałacem prezydenckim w Warszawie.  Drugim bratankiem króla był książę Stanisław. Jego świetny portret literacki nakreślił Marian Brandys w wydanej w roku 1967 książce "Nieznany książę Poniatowski". Malarskiego portretu księcia trzeba szuka po internecie,  w oryginale jest do obejrzenia w dolnośląskim zamku Książ.  
 

Książę Stanisław miał być królem Polski, nie został, historia zarządziła inaczej, caryca Katarzyna rządziła wtedy historią na polskich ziemiach. Wybudował sobie książę Stanisław pałac. Pałac był piękny, pięknie położony, krótko książę z niego korzystał, w 1791 roku pałac i swoje włości sprzedał,  przedtem uwłaszczył chłopów w swoich majątkach. Potem wyjechał  z kraju, zamieszkał we Włoszech, umarł we Florencji. 

Pałac w Gorze wyglądał świetnie. Są jego podobizny malarskie. w czasie drugiej wojny światowej popadł w ruinę. Odwiedzało się te ruiny. Rzadko, ale jednak. Krajobraz w otoczeniu niepospolity. Malownicze, malowniczo położone są te ruiny, cel wycieczek był zawsze zacny. Trzynaście lat mnie przy tych pałacowych ruinach nie było. Prezentowały się i owszem owszem, romantycznie, jak należy... 

Trzynaście lat ostatnio mnie przy tych ruinach nie było. Teraz ruiny książęcego pałacu w Górze zastałem schowane w gąszczu roślinności. Nie takie ruiny zapamiętały  moje archiwalne fotografie. Bujna roślinność starannie je teraz skrywała. Tarnina grała tam rolę główną.  Patrząc od drogi jezdnej nawet domyśleć się nie było można, że w tym gąszczu roślinnym cokolwiek się znajduje. I w tym gąszczu wokół pałacowych ruin zobaczyłem drugą bohaterkę tej opowieści - tarninę. Bywałem tam co kilka lat, nie widywałem jej w przeszłości czy nie dostrzegłem? Pewnie dlatego, że nigdy przedtem nie bylem tam w porze jej kwitnienie. Gdy przekwitnie nie rzuca się w oczy. Gdy się jej dotknie, nie zauważyć nie sposób, kłuje albowiem, bo tarnina krzewem jest  ciernistym. 

 Pomiędzy kwitnącymi krzewami tarniny zawiodła ku ruinom ledwo dostrzegalna dróżka. Zdaje się, że prawie nikt nią nie chodził, bo i po co, bo cóż tam w gruncie rzeczy można zobaczyć, szczątki starych, ceglanych murów, otwory ogromnych okien, świat dawno już nikogo w okolicy nie interesujący, czasem tylko jacyś wędkarze idą obok ku pobliskiemu  jezioru, a turystów prawie chyba bardziej, niż niewielu. No i kogo tak naprawdę interesuje historia, zaklęta w zrujnowanych murach. Żadnych duchów, żadnych zjaw i strachów, żadnych legend nawet te ruiny nie mają. 

Wszedłem ku ruinom ledwo widoczną drożynką, którą otaczały cierniste krzewy biało kwitnącej tarniny. Usiadłem wśród tych ruin. Moje  towarzystwo poszło z lornetkami, aby podglądać żurawie, gęgawy i nurogęsi nad jeziorkiem Drążdżewo,  zanim powrócą miałem trochę czasu na myślenie.   

Tarnina w poezji funkcjonuje jako symbol wytrwałości, piękna ukrytego w cierpieniu oraz pamięci historycznej. W poezji motyw ten łączy się też z rustykalnym krajobrazem, pamięcią o domu i trudzie życia. Jest  symbolem wytrwałości. Pisali o niej wiersze  Zbigniew Herbert i  Leopold Staff, ten drugi używał jej jako metafory ocalałej pamięci, która "odkwita" na miedzy, przypominając o przeszłości i pokoju w czasach wojennej pożogi. W poezji ludowej  tarnina reprezentuje naturę, która jest jednocześnie kłująca, jak i dająca słodko-cierpkie owoce, co odnosi się do słodko-gorzkiego smaku życia. Motyw tarnina łączy surowy pejzaż z głęboką refleksją egzystencjalną, często pojawia się w kontekście polskiej wsi oraz historycznych traum. To wszystko, co odnotowałem z internetowej Wikipedii, jej skonstruowała to podobno sztuczna inteligencja. Do kaduka! ładnie to skonstruowała, doprawdy. 

Nie lekceważmy tarniny drodzy wędrowcy, gdy spotkacie ją na przydrożach swoich szlaków. Jest rośliną leczniczą, jadalną, miododajną. Zaliczana jest do śliw, w pełnej swojej gatunkowej nazwie jest  śliwą, tak ją określają botanicy: śliwa tarnina. Ponieważ jest dzikim, ciernistym przodkiem  z rodziny różowatych. Kuzynem – dodała sztuczna inteligencja.  Owoce śliwy tarniny są mniejsze i bardzo cierpkie, wykazują cechy charakterystyczne dla śliwek, takie jak ciemnogranatowy kolor, niebieskawy nalot oraz podobna budowa pestki.

Tarnina odgrywa znacząca rolę w kulturze ludowej. U dawnych Słowian u dawnych Słowian sadzono cierniste krzewy tarniny na grobach samobójców. Po to, aby powstrzymać ich od straszenia żywych. Palono w nich wiedźmy. Kołkami z tarniny zabijano stworzenia uważane za wcielenia złego, w tym też nietoperze. Ze względu na przypisywanie tarninie tego, że posłużyła do zrobienia korony cierniowej dla Jezusa Chrystusa, w kulturze chrześcijańskiej wiązana była z szatanem. W czasie polowań na czarownice w Anglii była tępiona jako roślina obrzędowa wykorzystywana do czarów i używano jej do budowy stosów. Z drugiej strony podawana jest legenda z Poznania, według której Bóg obsypał tarninę niezliczoną ilością śnieżnobiałych kwiatów, by w ten sposób dowieść jej niewinności i zdjąć oskarżenia, że to z niej wykonano koronę cierniową.

Znane  po wsiach powiedzenie ”Tarnina kwitnie – będzie zimno” wiąże się ze zbieganiem się terminu kwitnienia z okresowym ochłodzeniem następującym nieraz w maju. W tym roku przechodząca przez Polskę w ostatnich dniach kwietnia, tuż przez majowym weekendem, fala przymrozków wyrządziła duże straty w sadach.  Minusowe temperatury w nocy zniszczyła sady w regionie  grójeckim. Straty sięgają od kilkudziesięciu do nawet stu procent. Przymrozki dotknęły sady w najtrudniejszym dla nich momencie, bo w okolicach kwitnienia. Niektóre gatunki już kwitną, inne są tuż przed kwitnieniem, więc to jest faza największego ryzyka wystąpienia straty. Niestety te straty już są ogromne i to jest trzeci sezon, kiedy wiosenne przymrozki robią takie spustoszenie w polskich sadach. 

….................................



Co zostawiły po sobie carskie konie?
Dziwne losy świdośliwy spod Bolimowa

Kwitnie świdośliwa pod Bolimowem.

 


    Rośnie wśród lasów koło Bolimowa roślina taka, co to świdośliwa wielkokwiatowa się nazywa. Zakwita w drugiej połowie kwietnia i bardzo ubarwia wiosenną Puszczę Bolimowską. W przedziwny sposób tutaj przywędrowała. Miało to miejsce w czasie I wojny światowej, wtedy, kiedy  wojska niemieckie podjęły próbę zatrzymania prącej na Łódź armii rosyjskiej.   

Na przełomie 1914 i 1915 roku trwały siedmiomiesięczne walki pozycyjne nad rzeką Rawką koło Bolimowa. Niemcy kilkakrotnie podejmowali próby sforsowania Rawki, do historii przeszedł śmiercionośny atak gazowy pod Bolimowem, ofiary po obu stronach liczono w tysiące. W okolicznych wsiach i pośród lasów znajdują się żołnierskie mogiły, największa z nich zwana jest Mogiłą Bolimowską i jest na skraju lasu na gruntach wsi Joachimów-Mogiły.  
 

W sąsiedztwie tego ogromnego żołnierskiego mauzoleum 
w podszyciu ładnego starodrzewu dębu szypułkowegorośnie rośnie owa świdośliwa.  To właśnie żołędzie tego gatunku służyły kilkaset lat temu do zakładania pierwszych w Europie plantacji leśnych. Lasy dębowe sadzono jednak nie z myślą o późniejszym pozyskiwaniu drewna, albowiem drewna wtedy było jeszcze w bród. Sadzono je z myślą o pozyskiwaniu żołędzi, które stanowiły podstawę paszy dla wieprzów. Wartość dąbrów mierzono liczbą świń, które las mógł wyżywić! Właściciel lasu często udzielał określonym osobom pozwolenia na „gajenie się na żołędź”, tj. zbierania określonej ilości żołędzi przez określony czas. Niekiedy takie „gajenie się” było zastrzeżonym od lat przywilejem np. miejscowego proboszcza. Mieszkańcy wiosek za prawo zbierania żołędzi lub wypasania trzody chlewnej w lasach musieli opłacać „żołędne”.
Świdośliwa wielkokwiatowa co to dzięki carskim koniom przybyła pod Bolimów. 
     
Wczesną wiosną niemal wszędzie w okolicy w dolnym piętrze lasu zakwita świdośliwa.  Na świecie występuje około  25 gatunków świdośliwy. Świdośliwa wielkokwiatowa spod Bolimowa jest mieszańcem, a „rodzicami” są gatunki sprowadzone do Europy z Ameryki Północnej. To duży krzew, czasem nawet drzewko, dosięgające trzech metrów wysokości. Ma niewielkie wymagania siedliskowe. Młode pędy są omszone i po roztarciu zapachem przypominają migdały. Gładkie liście są  z wierzchu ciemnozielone, a spodem jasne, jesienią ładnie się przebarwiają na czerwono.      Dzięki świdośliwowym kwiatom  nadzwyczajny jest wiosenny obraz okolicznego lasu, są te kwiaty białe lub kremowe. Owoce dojrzewają pod koniec czerwca. Przypominają jagody, są granatowe, miękkie i soczyste, o słodkawym smaku. Że są bogate w cukry i witaminy, ci, co wiedzą jak to robić, używają ich jako dodatku do kwaśnych przetworów, a napar i nalewkę z kwiatów jako lek wzmacniający serce i obniżający ciśnienie krwi.
   Po co akurat tutaj i tylko tutaj sadzono świdośliwę? Otóż, jak powiadają w okolicy i bardzo jest to prawdopodobne, świdośliwy tutaj nie sadzono, ona zasiała się i rozsiała sama za sprawą carskich koni. W czasie I wojny światowej armia carska przywiozła z sobą duże ilości owoców świdośliwy, którymi to owocami karmiono żołnierskie konie. Co tu mówić, w okropnie prozaiczny sposób zagościła świdośliwa do lasów pod mazowieckim Bolimowem. 
 

Wiosenne kwiecie naszej bohaterki spod Bolimowa.  Fot.L.Herz


     PS. Obstawiam niemal każdą kwotę, że nikt z czytających ten blog, świdośliwy pod Bolimowem na żywo nie oglądał, a na dodatek świdośliwy kwitnącej. Droga do niej opisana została w 1.wycieczce z sercem w wydanym przez oficynę wydawniczą >Rewasz< moim przewodniku "Puszcza Bolimowska". Nie tylko dla tej świdośliwy przewodnik ten polecam.

poniedziałek, 4 maja 2026

Drzewa, jak i ludzie, zmieniają się z wiekiem.  

1 maja tego roku znów tam zaszedłem. Chciałem tam być. Dokładnie teraz. Albowiem 65.lat temu, w dniu 1 maja 1961 roku, po raz pierwszy tutaj właśnie. w tej okolicy zobaczyłem prawdziwą Puszczę Kampinoską. Tutaj, na zielonym szlaku z Dziekanowa Leśnego  miało miejsce moje pierwsze spotkanie z prawdziwie puszczańskimi fragmentami Kampinoskiego Parku Narodowego. Teraz częściowo trasę tamtej wycieczki powtórzyłem. Na całość nie miałbym już siły, mam swoje lata. Wtedy, w roku 1961 park narodowy miał dopiero lat dwa lata,  a ja wchłaniałem urodę rezerwatu "Sieraków", który powstał dwa po moich narodzinach. Nie wiedziałem jeszcze  w czasie tej swojej pierwszej wędrówki przez prawdziwą Puszczę Kampinoską, że stanie się ona sensem mojego życia. 

Jak wtedy, tak i teraz przyszedłem tutaj zielonym szlakiem od Dziekanowa Leśnego. Sfotografowałem wtedy dwa okazałe dęby szypułkowe rosnące obok leśnej osady służbowej KPN. Dąb większy ma ponad 250 lat i 340 m obwodu.  nazywany jest Starym Dębem. Sfotografowałem te dęby teraz. Po raz pierwszy zdejmowałem je 65 lat temu,  1 maja 1961 r. To zdjęcie jest czarno-białe, nie marzyło nam się wtedy jeszcze, że kiedyś będzie można robić zdjęcia kolorowe. Zrobiłem zdjęcie tym dębom także teraz, 1 maja 2026 roku. Zdjęcie jest barwne i  własnym telefonem zdjęte, kto wtedy myślał, że coś takiego może się nam przytrafić. 

To są te same dęby, te same, ale jednak inne. Sześćdziesiąt pięć lat robi różnicę. Drzewa, jak i ludzie, zmieniają się z wiekiem. Niby te same drzewa, ale przecież inne.  Nie zrobiłem sobie selfie z tymi starymi dębami. Tym dębom te ich sześćdziesiąt pięć lat dodało urody i dostojeństwa. U ludzi sprawdza się to niekoniecznie...