poniedziałek, 19 lutego 2024

 

W Puszczy Białej

Te drogowskazy turystycznych szlaków PTTK znajdują się obok kapliczki św.Hubeta i leśniczówki Tuchlin pośród Puszczy Białej w okolicach gminnej wsi Brańszczyk. Te dwa znakowane szlaki, które anonsują drogowskazy,  oferują sporo przygody wymagającemu turyście z plecakiem na grzbiecie. Jednym jest wyznakowany czerwonym kolorem szlak wiodący przez dwie puszcze, Kamieniecka i Białą, 80% jego trasy prowadzi przez bory i lasy. Zaczyna się ta trasa na stacji PKP  Sadowne w Puszczy Kamienieckiej, w Kamieńczyku przekracza Bug promem (czynny tylko w lecie) i przez Puszczę Białą dociera do Pułtuska nad Narwią. Ten drogowskaz ustawiono w węźle szlaków, niemal dokładnie w połowie trasy. To długi na 80 km szlak, rzadko uczęszczany, bo nie na jeden dzień oczywiście, najczęściej frekwentowany jest odcinek stąd do stacji PKP Dalekie. Swoją drogą szkoda, że właśnie tej stacji nie umieszczono na tym drogowskazie, jest o kilka kilometrów bliżej od Porządzia.  A ten drugi szlak, także długi, praktycznie dostępny tylko dla wędrowców z naprawdę dobrą kondycją, wyznakowano żółtą farbą i jest jeszcze bardziej leśny, niż pierwszy.



                                         Na znakowanych szlakach Puszcz Kamienieckiej i Białej

 Niedawno  fotografowałem te drogowskazy ze wzruszeniem. Bo oba szlaki, i ten czerwony i żółty,  ja projektowałem w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. To było trzydzieści lat temu !Doskonale pamiętam jak poznawałem okolicę i jak wybierałem drogi i dukty, którymi chciałem szlak poprowadzić. Najważniejszą zasadą było takie prowadzenie szlaku, aby jak najwięcej lasu było na trasie. I tak pozostało do dzisiaj, chociaż niektóre leśne drogi zamieniły się w międzyczasie na dość szerokie żwirowe trakty, a inne wyasfaltowano. Wciąż jest to szlak leśny, jakich na podwarszawskim Mazowszu niewiele.  Dobrze jest mieć ze sobą mapę, w internecie jest taka na stronie Mazowsze PTTK, tam jest przebieg szlaku najbardziej aktualny, a taka mapa trzeba sobie pomagać, bywają niszczone znaki na trasie, a znakarze nie co roku odnawiają te leśne trasy. 


Przy znajdującej się tutaj kapliczce św. Huberta miejscowi myśliwi spotykają się zawsze w pierwszą niedzielę po święcie tego patrona łowców. Myśliwi mają tu używanie. W okolicznym lesie bytują po sąsiedzku licznie zwierzęta, m.in. łosie, jelenie, dziki i sarny. W latach osiemdziesiątych w tej właśnie części Puszczy Białej przebywały wilki, na bagnach uroczyska Tuchlin corocznie wychowywały po kilka młodych. 20 stycznia 1988 roku łowczy wyszkowskiego kola łowieckiego strzelił tu złotomedalowego wilka, to było wtedy, jak jeszcze nie wzięto polskich wilków pod ochronę. W sąsiedztwie kapliczki jest leśniczówka, teraz nosi nazwę Tuchlin, jak i całe uroczysko.

Obok kapliczki zatrzymują się pasażerskie autobusy firmy Stalko, przystanek nazywa się Sierakowiec; słupa przystankowego i tabliczki z rozkładem jazdy nie ma, ale jak się kierowcę poprosi, to się zatrzyma. Jedzie się ze stanowiska przy  ul.Lubelskiej koło dw.wschodniego w Warszawie, autobus do Broku i Małkini  przez Brańszczyk i Porębę. Z Warszawy są dwa kursy ok. g. 7 i 8 rano, do Sierakowca jedzie się  niespełna półtorej godziny, nieco krócej niż do Nowin w Puszczy Kampinoskie, a i bilet tańszy. Popołudniem ok.g. 17 przejeżdża przez Sierakowiec autobus  powrotny.  

Autobus ten uruchomiono dopiero wtedy, jak szeroka leśna droga, którą jedzie, została wyasfaltowana. To Trakt Napoleoński, stary i wiekowy.  Jest częścią starożytnego szlaku handlowego, łączącego Ruś Kijowską z Gdańskiem. Znaczenie tego szlaku podupadło po wieku XIII wraz z najazdem Mongołów i rozbiciem Kijowian, ale wciąż było to ważne połączenie i najpewniej tą właśnie drogą, później oczywiście przebudowywaną, podróżowało się z Mazowsza na Litwę i tędy jeździły królewskie orszaki i kupieckie wozy. Przez Bug przeprawiano się w Kamieńczyku,  później w Wyszkowie.

Najpewniej  podróżował tędy również sam Bonaparte, chociaż słusznym może być przypuszczenie, iż nazwa upamiętnia prace unowocześniające drogę w czasach Księstwa Warszawskiego, utworzonego przez Napoleona. Trasę tego historycznego szlaku można doskonale wypatrzeć nie tylko w terenie, lecz również na współczesnych mapach.  Ten trakt stracił znaczenie po zbudowaniu obecnej szosy (dziś już ekspresówki o dwóch jezdniach), która miała pierwszorzędne znaczenie polityczne i handlowe, łączyła bowiem Warszawę przez Białystok i Grodno ze stolicą imperium rosyjskiego, Sankt Petersburgiem.
 
W pobliżu tych drogowskazów, po drugiej stronie traktu kryje się w lesie dawna gajówka Sierakowiec i według tradycji jej nazwa upamiętnia pobyt w tych stronach oddziału Zygmunta Sierakowskiego w czasie powstania styczniowego.  Wszechstronnie wykształcony i całkowicie przejęty - można by rzec, opętany - myślą o wyzwoleniu Polski - pisał o Sierakowskim prof.Stefan Kieniewicz. W wieku 22 lat za próbę nielegalnego przejścia granicy w roku 1848 na osiem lat został zesłany za Ural "w carskie sołdaty". Po powrocie z zesłania postanowił podjąć walkę z caratem od wewnątrz, stając na czele powstania na Litwie. Ujęty, został powieszony na szubienicy w Wilnie w roku 1863. Miał 36 lat.

I cóż jeszcze o okolicy powiedzieć? Jak ludzie, tak i każdy kraj ma swoją duszę. I jak to z ludźmi bywa, często wydaje się tylko, iż tę duszę dostrzegamy, a to przecież nieprawda. Zazwyczaj widzimy tylko pozór, wygląd zewnętrzny. Dobrze jest zajrzeć w ten puszczański las, przerąbany dzisiaj mocno za mocno, ale wciąż dla rasowego wędrowcy podniecający i w sumie egzotyczny. To nie jest podwarszawska "puszcza domowa", jak nazywa się często Puszczę Kampinoską, bliską i łatwo dostępna, masowo odwiedzana, przez wędrowców rozpoznana na wszelkie możliwe sposoby. Na  szlakach Puszczy Białej tygodniami można nie spotkać turystów. 
..................................................
 

niedziela, 11 lutego 2024

Dziwna sosna: 

               

    

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Sosna kołnierzykowata.

Wygląda normalnie, jak każda sosna. A jednak inaczej. Coś w niej jest nie tak. Rzeczywiście to  najbardziej zwyczajna sosna pospolita (Pinus silvestris), tyle że ale w niecodziennej odmianie. Nie jest zbyt częsta ta sosna kryzowana, zwana również kołnierzykowatą lub daszkową. Zobaczyć je najlepiej o takiej, jak teraz bezlistnej porze roku, wtedy bardziej rzucają się w oczy leśnych wędrowców.  Na podwarszawskim Mazowszu spotkałem ją tylko w kilku miejscach: w rezerwacie Popławy w Puszczy Białej i rezerwacie Jedlina w Lasach Mieńskich, przy niebieskim szlaku w lasach nad Tarczynką w pobliżu jej ujścia do Jeziorki, również  w sąsiedztwie leśnego ośrodka edukacyjnego koło Celestynowa, jedyna z tych wszystkich, którą można oglądać z okna samochodu. Pozostałe nie najgorzej ukrywają  się przed ludźmi. 

W takiej sośnie w miejscu okółków gałęzi kora odstaje i przypomina kształtem właśnie kołnierzyki, albo dachówki. Pierwsze doniesienia o występowaniu takiej sosny w naszym kraju pochodzą z okresu międzywojennego. Wówczas dendrolodzy natrafili na te okazy na obszarze Puszczy Białowieskiej oraz Sandomierskiej. Przyczyny odstawania kory w ten sposób nie są znane,  badacze mają dwie teorie. Jedna mówi, że związane jest to ze zróżnicowanym stopniem nasłonecznienia poszczególnych płatów kory na pniu. Zaś według drugiej, jest to spowodowane wzmożonym przyrostem na grubość drzewa, co powoduje tworzenie się walcowatych guzów dookoła pnia i odginanie się w tych miejscach kory na zewnątrz.




środa, 17 stycznia 2024

 Romantyczny pałac w Starej Wsi nad Liwcem

Jeden z najładniejszych zabytkowych pałaców województwa mazowieckiego znajduje się w Starej Wsi nad Liwcem. Niemal tuż obok jest granica dwóch historycznych polskich krain, Mazowsza i Podlasia. Mazowiecki jest drugi brzeg rzeki, Stara Wieś jest już podlaska. O niewiele kilometrów oddalona jest od Węgrowa, a położona  ładnie, pomiędzy rzeką, a lasem. Lasy  ciągną się daleko, aż po Bug na północy, cały czas w granicach Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego. W  przeszłości te lasy stanowiły część dawnej  Puszczy Kamienieckiej. Stara Wieś od XV wieku była siedzibą właścicieli okolicznych dóbr.  A byli nimi magnaci nie lada, litewskiego i polskiego chowu, poniektórzy i obu naraz; Kiszkowie, Radziwiłłowie, Krasińscy, Świdzińscy, Ossolińscy, Jezierscy, Golicynowie, potem znów Krasińscy i ponownie Radziwiłłowie.
    
Pierwszy pałac w Starej Wsi począł budować po 1661 r. książę Bogusław Radziwiłł, koniuszy wielki litewski. Henryk Sienkiewicz w "Potopie" uczynił z niego, całkowicie skądinąd słusznie, czarny charakter, postać demoniczną i wcielenie wszystkiego, co najgorsze. Po nim zmieniał pałac właścicieli, pomińmy jednak te dzieje, zatrzymajmy się przy tym z właścicieli, który nakazał ubrać pałac w tę szatę, w jakiej dzisiaj go oglądamy. 

 

Był nim rosyjski książę Sergiusz Golicyn herbu Pogoń Litewska. Jako swoje małżeńskie wiano Starą Wieś  wniosła mu  Maria, córka hrabiego Jana Jezierskiego z Garbowa w powiecie lubartowskim. Ślub odbył się w majątku książęcego teścia w roku 1837. Pan młody miał 34.lata. Panna młoda lat zaledwie siedemnaście! Jak on ją znalazł? Gdzie? Na jakimś balu, jej pierwszym balu w życiu? Romantyczna historia, jak zdjęta z opowieści Lwa Tołstoja. W internecie znalazłem ten wizerunek księcia. Przystojny.  Marię wyobrażałem sobie jak Tatianę Samojłowa, albo Audrey Hepburn w filmowych realizacjach wedle „Wojny i pokoju”. blondynkę. Nie udało mi się dotrzeć do jej portretu.  W przeciwieństwie do bohaterki powieści Tołstoja, księżna Maria ze Starej Wsi była kobietą w swoim wyborze spełnioną i chyba szczęśliwą. Żyła dostatnio, mąż obdarzył ją szóstką dzieci.

Trzy lata po ślubie  młodzi małżonkowie osiedli w Starej Wsi, którą jako posag dla córki hrabia Jezierski zakupił  od Ossolińskich.  Książę ze swojej strony wniósł olbrzymi kapitał który otrzymał z tytułu rozległych majętności w rodzinnych dobrach w guberni saratowskiej. Nowi właściciele przybyli do Starej Wsi przypuszczalnie pod koniec 1839 r. Książę Sergiusz bardzo polubił Starą Wieś i swoją nową rezydencję.Cały czas mieszkał w majątku posagowym żony i – aż trudno uwierzyć – niechętnie jeździł do Rosji. I postanowił, żeby pałac był jeszcze ładniejszy. W roku 1843 wczesnobarokowy pałac Radziwiłłów została ukończona jego  przebudowa  w stylu gotyku romantycznego o lekko angielskim charakterze.  


 

Miło się na ten pałac spogląda, budowla przedstawia się nadzwyczaj elegancko.  Najbardziej okazale prezentuje się fasada frontowa, widziana od strony podjazdu. Za ozdobną frontową bramą, obok której stoi budyneczek kordegardy i znajduje się most nad pozostałościami dawnej fosy, wznosi się pałac. Jest otynkowany na biało, fasadę wieńczy pseudoobronny krenelaż, po lewej stronie widnieje ośmioboczna niby-zamkowa wieża a angielskim nieco styli, na której budują gniazdo polskie bociany. Pośrodku płytki ryzalit o maswerkowo-rozetowej dekoracji. Na ryzalicie herbowe kartusze rodów bezpośrednio lub pośrednio związanych z rezydencją. 

 

Przybycie rosyjskiego arystokraty wywołało początkowo obawy miejscowych ziemian o zruszczenie okolicy. Nic z tych rzeczy, żadnego zruszczania, spolszczania  jednak niemało.  Książę Sergiusz Golicyn bardzo szybko zaczął posługiwać się poprawną polszczyzną i rozwijać działalność na rzecz miejscowej ludności. Co więcej, wbrew polityce ówczesnych władz, pozwalał na organizację wiejskich szkółek elementarnych. Zachował się wiersz, którego autorstwo jest przypisywane Adamowi Mickiewiczowi. Opatrzony jest tytułem „W albumie księcia Golicyna” (ale czy o tego Golicyna chodzi, tego nie jestem pewny), kończy się takim czterowierszem:

                Jeśli znasz wolność i cenić ją umiesz,
                W rozmowie naszej niepotrzebne słowa,
                Ja twe westchnienie, ty mą łzę zrozumiesz
                I  dłoń mi ściśniesz! to jest polska mowa.

Sergiej Grigorowicz Golicyn herbu Pogoń Litewska swoją młodość spędził na przygotowywaniach do kariery w służbie państwowej Imperium Rosyjskiego. Uczył się w szkole kadetów,  jako oficer artylerii brał udział w wojnie rosyjsko-tureckiej na Bałkanach i  w tłumieniu powstania listopadowego w Królestwie Polskim oraz okupacji Wolnego Miasta Krakowa. W rok po ślubie wystąpił z czynnej służby wojskowej i osiadł na stałe w Starej Wsi i poświęcił się życiu towarzyskiemu i artystycznemu.

Udzielał się jako aktor w teatrach amatorskich. Śpiewał basem na licznych koncertach muzyki operowej. Był również pisarzem i poetą, autorem wielu epigramatów i improwizacji, które tworzył w językach: francuskim, polskim i rosyjskim. Przyjaźnił się z pisarzami Adamem Mickiewiczem i Aleksandrem Puszkinem. Wpłynął na karierę kompozytora Michaiła Glinki. Był odpowiedzialny za promocję jego twórczości i wprowadzenie jej na salony Europy. Po śmierci ojca w 1848 roku odziedziczył liczne dobra ziemskie, które uczyniły go jednym z najbogatszych ziemian w Imperium Rosyjskim.

Miał dobry, wysmakowany gust, urodziwy od zewnątrz pałac starowiejski od wewnątrz jest jeszcze bardziej. Wnętrza zamówił książę u Bolesława Podczaszyńskiego. Są zachwycające. Pieczołowicie przywrócone do dawnej świetności po zniszczeniach w czasie drugiej wony światowej, zadziwiają wysmakowanymi dekoracjami ścian i sufitów, m.in. klatki schodowej oraz kilku reprezentacyjnie urządzonych sal, których zwłaszcza sufity są architektonicznym echem wnętrz mauretańskich z Andaluzji lub Maroka. 




 

Projekt sporządził Podczaszyński według litografii z widokami starych angielskich rezydencji. No i, proszę wycieczki, mamy oto  romantyzm w pełnej gali w angielskim stylu z mauretańskimi dekoracjami we wnętrzach. Jak zawsze u nas, gdzie wszystkie style zawsze trochę spóźnione, tak i ten tak samo; to już późny romantyzm. Prace zostały ukończone w roku 1862. Mickiewiczowskie Ballady i romanse powstały w roku 1833, Lord Byron nie żył już od lat ośmiu, a kilka miesięcy później Podlasie, jak i większość kraju, zostało ogarnięte przez powstanie styczniowe. Ono zresztą również było dzieckiem romantyzmu. I jak to u nas  wzruszającym, bohaterskim i nieudanym. 

W 1945 roku pałac został przejęty przez państwo i pełnił różne, mocno go poniżające role, aż został przejęty przez państwo i starannie odbudowany staraniem Narodowego Banku Polskiego, który od kilku dziesiątków lat użytkuje go na cele szkoleniowe i wypoczynkowe. Kto nie jest bankowcem, wstępu nie ma. Chyba, że jest się upartym. Byłem. Udało mi się raz jeden zgodę uzyskać, w banku mieli wtedy inne problemy, dopiero co w katastrofie pod Smoleńskiem zginął także ówczesny prezes NBP, a pełniący obowiązki po nim chyba trochę zapomniał o Starej Wsi. Skrzyknąłem przyjaciół i w kilka samochodów przed pałac zajechaliśmy w końcu marca roku 2011. Podwoje zostały dla mnie otwarte. Wrażenie ogromne.  

Jest jeszcze jeden ważny zabytek w Starej Wsi. Murowany kościół naprzeciw pałacu. Postawił go książę Golicyn. Właśnie kościół, nie cerkiew. Ślub zresztą także brał w kościele katolickim. Budowę neogotyckiej świątyni (zdjęcie powyżej jest skopiowane z domeny publicznej) pod wezwaniem Michała Archanioła ukończono w roku 1871. Projektował tę neogotycką świątynię Bolesław Podczaszyński. To bardzo ważna budowla dla polskiej architektury kościelnej, początkująca w Polsce neogotyk w budownictwie sakralnym. Podczaszyński szedł tutaj śladami angielskiego architekta Augusta Pugina i francuskiego Viollet-le-Duca, którzy poczęli zmieniać oblicze neogotyku z dekoracyjnego na strukturalne, "poprawniejsze pod względem historycznym", jak to zdefiniował prof.Adam Miłobędzki.

W prowincjonalnej Starej Wsi spotkały się oba te oblicza neogotyku i już to tylko nakazuje bardzo uważnie przyjrzeć się tutejszym zabytkom. Pałac przynależy jeszcze do epoki romantyzmu, ma tylko neogotycką dekorację, jego bryła nie jest ani gotycka, ani neogotycka. Kościół już należy zaliczyć do epoki neoromantycznej i budowla ma już gotycką strukturę. Pałac jest otynkowany. Kościół przeciwnie, pozbawiony tynku eksponuje swoją "ceglaność" i za przykładem niemieckim wzoruje się na gotyku nadbałtyckim. Wewnątrz zwraca uwagę jednorodny wystrój z ołtarzami, stallami, biskupim tronem i konfesjonałami, wszystko neogotyckie.

W Warszawie Bolesław Podczaszyński nie pozostawił po sobie żadnych znaczących budowli. Tak więc, po prawdzie, znany jest warszawiakom prawie wyłącznie z ulicy swojego imienia, znajdującej się na Bielanach. A był architektem nie od parady, środkowa Polska pełna jest dzieł jego projektu.  W prowincjonalnej Starej Wsi na pograniczu Mazowsza i Podlasia, wprowadził do polskiej architektury formy dotąd nieznane na ziemiach polskich, które dopiero po nim rozwinęli inni, ze wspominanym wielokrotnie w tych wędrówkach Józefem Piusem Dziekońskim na czele. Z biegiem lat architekci przestali korzystać ze wzorów cudzoziemskich i wtedy narodził się rodzimy historyzm, zwany historyzmem narodowym. Na Mazowszu mamy tego wiele przykładów, najbliższe znajdują się w niedalekiej stąd Puszczy Białej, po drugiej stronie Bugu.

................................................................................


środa, 20 grudnia 2023

Radosnych Świąt Bożego Narodzenia 

Scena z barwnej polichromii w XVIII wieku namalowanej na płótnie, którym obito wnętrze jednego z najbardziej urodziwych świątynek mazowieckich.  Zbudowano go w roku 1678  z drewna modrzewiowego we wsi Skuły nieopodal Grodziska Mazowieckiego. Świątynka jest ozdobą mini regionu mazowieckiego o bogatej przyrodzie, wpisanej w interesujący i przyjazny krajobraz o urodzie godnej pędzla najlepszych artystów epoki romantyzmu. Ma tam swoje źródliska rzeka Utrata, ta sama, nad którą urodził się Fryderyk Chopin, największy z muzyków tej epoki. Nieopodal mieszkał i malował okolicę Józef Chełmoński, wielki malarz polskiego krajobrazu. W skulskich lasach rosną dęby o pokroju zbliżonym do dębów białowieskich, o wysokim, gonnym pniu i koronie sięgającej nieba. Zalubiłem się w tej skulskiej okolicy miłością nieodwracalną. Nie ja jeden. 

„Mam 22 lata i wraz z moimi znajomymi odkrywam uroki Mazowsza" - napisał kiedyś do mnie nieznany mi czytelnik boga. I dalej tak pisał:  Dla Krakusów ta kraina ma w sobie jakąś barwną egzotykę. Podczas podróży autostopowych poznałem Niemcy i większość krajów Środkowej Europy, ale genius loci Mazowsza ciągle zachwyca”. Okolice Skuł takie są właśnie. Bo i swojskie, i egzotyczne zarazem. Mają nawet swoją własną winnicę, jak Toskania. I jest ten kościółek we wsi Skuł. a wewnątrz ten wzruszający obraz Bożego Narodzenia, namalowany przez jakiegoś, nieznanego z nazwiska lokalnego artystę przed dwustu pięćdziesięciu laty... 

Już po opublikowaniu tego postu w blogu przyjaciele z Żoliborza podrzucili mi źródło kompozycji anonimowego malarza ze Skuł. Znany i ważny włoski XVI wieczny malarz Coreggio zapewne nawet nie przypuszczał, że jeden z jego słynniejszych obrazów w dość swobodnej formie zostanie przywołany w prowincjonalnym mazowieckim kościółku. Oto jak się rozchodzą po świecie różne pomysły – podobieństwo do pierwowzoru raczej wprost proporcjonalne do odległości w kilometrach ale jednak niewątpliwe...

Na te Święta i na ten Nowy Rok, co nas czeka,  najlepsze życzenia !

............................................................................  

 

środa, 13 grudnia 2023


...ani chwili tracić darmo nie wolno !


 

Nadszedł dobry czas dla życzeń. Jak co roku o tej porze. Bo Święta Bożego Narodzenia, bo Nowy Rok, bo w ogóle. A te życzenia ze zdjęcia, które dla czytelniczek i Czytelników tego blogu przygotowałem,  to dobrze życzenia. Nie tylko teraz. Są radą mądrego człowieka, więc mają wartość szczególną. Mądrych ludzi, jak wiadomo, słuchać warto. Czy słuchamy? Nie zawsze i nie całkiem. Czasem w ogóle nie.

Przez pięć ostatnich lat swojego życia Stefan Żeromski od roku 1920 mieszkał w Konstancinie w  willi „Świt”, kryjącej się w gąszczu ogrodowych drzew i krzewów. To  mniej willa, a bardziej dom, nowoczesny na tamten czas, prosty, z ogromnymi prawie weneckimi oknami i wielkim tarasem. Zupełnie inny od willi okolicznych, pełnych wieżyczek, ozdób i różnych innych fidrygałów.  

Piszą biografowie, że tam pisarz spędził najszczęśliwsze lata swojego życia. Tylko pięć lat tutaj mieszkał. Tak krótko? Tu powstało jego „Przedwiośnie”, bywa (raz tak, a raz nie, zależy od trendów politycznych aktualnego ministra edukacji)  wśród lektur obowiązkowych współczesnej szkoły. Zawsze powoduje moc dyskusji, czy ro warto, czy trzeba, a to przecież Judym, a doktor Judym to już nie człowiek, to idea. Żeromski pisał stylem bardzo dzisiaj nie dzisiejszym. Dla tych co nie lubią jego pisarstwa,  to po prostu żeromszczyzna i tyle. A ja lubię Żeromskiego. Z oporami go lubię, niestety. Nie wszystko daje się trawić. Ale wiem, ważnym był pisarzem. Co najmniej kilka z jego powieści znać się powinno obowiązkowo.

Kilka lat temu, w końcu listopada 2017 roku, w 152. rocznicę urodzin jednego z najwybitniejszych mieszkańców Konstancina, powstał pomnik pisarza na Skwerze jego imienia. Obok postaci zamyślonego Żeromskiego  jest ławeczka, na której każdy może usiąść i z pomnikową sławą się sfotografować. Wokół figury, na niewysokich cokołach znajdują się grawerowane inskrypcje z fragmentami najważniejszych dzieł pisarza, m.in. z Ludzi bezdomnych, Przedwiośnia, Dziejów grzechu. Ten cytat z fotografii (z którego dzieła pochodzi?) trafił mnie wyjątkowo. Bo wiem, że od lat staram się jak mogę, ale chyba jednak nie najlepiej, bo sporo chwil w swoim długim życiu zmarnowałem. 

środa, 22 listopada 2023

Ach, jak tutaj jest pięknie !


Ruiny średniowiecznego zamku książąt mazowieckich w Czersku są jedną z ikon Mazowsza. Dla powstałego w 1906 roku Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego wycieczka do tych ruin była pierwszym celem w okolicach Warszawy. W głębokim lochu  więzione były  znaczne osobistości. Konrad Mazowiecki, który wiódł zaciętą walkę o senioralną dzielnicę krakowską i o tron królewski z księciem wrocławskim Henrykiem Brodatym, w walce tej nie przebierał w środkach. W roku 1229 porwał Henryka Brodatego i wtrącił do czerskiej wieży.  Wkrótce potem zamknął w lochu kilkuletniego wówczas swojego bratanka księcia Bolesława, syna zamordowanego w Gąsawie Leszka Białego. Ów Bolesław, zwany później Wstydliwym, ożenił się w 1239 roku w węgierską królewną Kingą (której imię związane jest m.in. z kopalnią soli w Wieliczce, później ogłoszoną błogosławioną) i on władał dzielnicą senioralną. A z nad jeziora Czerskiego widok na zamkową ruinę jest  przepyszny. Gdy niebo błękitne, chmury na nim puchate, białe, gdzie się nie spojrzy zieleń zielona ogromnie, chce się żyć. Pośród takiego pejzażu dobrze się odpoczywa. Bo kłania się tutaj historia wpisana w krajobraz  w sposób niemal doskonały. Tutaj jest naprawdę jest bardzo pięknie.

W 1890 roku Stanisław Wyspiański pisał do Lucjana Rydla z Amiens: „Z opisów należałoby wykreślić takie wyrazy jak: piękny, we wszelkich wymienione stopniach, bo one nic nie wyrażają. Jeżeli się przez nie co odczuwa, to tylko znając usposobienie tego, co tych fraz używa, można zgadnąć, o ile i w czym jest piękne to, o czym mówi”.  

Myślę, że gdyby przy takiej pogodzie, jak na tym zdjęciu, zobaczył Wyspiański ten widok, i on krzyknąłby z zachwytu: ach, jak tu pięknie. Co prawda trochę to pocztówkowa panorama, ale nie przesłodzona, nie przefajnowana, taka - po prostu - w sam raz. Piękna i tyle. 

Do najczęstszych okrzyków, jakie wydajemy, gdy zobaczymy coś, co nam się podoba: ach, jak tutaj jest pięknie albo jakie to piękne ! Przewodniki turystyczne roją się od tego przymiotnika. Przyzwyczailiśmy się do tego. Bo my,  współcześni, lubimy  określenia jak najkrótsze, nie wymagające dodatkowego komentarza, opisu, czegokolwiek. Ma być krótko i basta. Jak w facebooku albo innym whatsapie. Słowo piękny jest więc takim jakby wytrychem, ułatwiającym dojście do sedna, gdy  po inne przymiotniki wartościujące sięgać nam się nie chce.  Ale... gdyby tak: ładny? przecież tak też pięknie. Ale... czy aby jednak ten ładny to ładny nie do końca, bo jakby tylko ładny, a więc ...niepiękny? ?

Jest jeszcze jedno określenie z tych bardziej popularnych. Używane w różnych przewodnikach turystycznych równie często. To – ciekawy. Przymiotnik ten poprzedza często jakiś rzeczownik, bywa więc ciekawy widok lub ciekawy zabytek. A czego on tak ciekawy ten zabytek? spytała mnie zasłużona pani profesor,  usłyszawszy, że coś tam tak określiłem, ciekawym właśnie. Zaciekawiający byłby bardziej na miejscu, ale nie pomyślałem. Byłem bardzo młodym autorem, napisałem już swój pierwszy przewodnik. Więc poczerwieniały mi uszy ze wstydu. I zacząłem zwracać uwagę na te przymiotniki określające rangę opisywanego miejsca lub obiektu, także rangę uczuciową, a z uczuciami – jak wiadomo – różnie bywa.

Nie dla wszystkich to samo piękne jest naprawdę piękne. „Jedni wolą zimno, inni lubią chłód. Mnie to obojętne, bo ja wolę miód” pisał całkowicie dziś zapomniany Witold Zechenter, którego wierszyki wciąż pamiętam z dzieciństwa.  Znana anegdota mówi, jak to do pewnego mędrca przyszło dwóch panów, aby rozstrzygnął spór, który z nich ma rację. Gdy pierwszy przedstawił swoje argumenty, mędrzec przyznał mu rację. Gdy uczynił to drugi, i jemu mędrzec przyznał rację. A gdy, słuchająca tego żona mędrca wypomniała mężowi, że to niemożliwe, aby obaj mieli rację, mędrzec chwilę pomyślał  i odrzekł  małżonce:  – Wiesz, i ty również masz rację. Bohater musicalu Skrzypek na dachu, Tewje mleczarz to powiedzenie nagłośnił. Tak też i piękno jest rzeczą względną, i jest to truizm. Nie wszyscy muszą doceniać piękno muzyki Mozarta lub malarstwa Botticellego.  

Użycie właściwego przymiotnika łatwiejsze jest w przypadku opisywania np. zabytku, który może być obiektywnie interesujący, ładny, wartościowy lub piękny. Nawet przy brzydkiej pogodzie. Chociaż... nie każdy przecież wartościowy lub interesujący zabytek może być obiektywnie piękny.  Inaczej jest z krajobrazem. W tym przypadku pogoda ma wiele   do powiedzenia. W wysokich górach, żleb którym wchodzimy na tatrzański Zawrat od południa, piękny może być nawet przy złej, chmurnej pogodzie, w deszczowej kurniawie. Bywa bowiem w górach piękno o dramatycznym wyrazie. Inaczej jest na nizinach.To piękno najlepiej widzą poeci. Wybitni malarzom  też dla nas to malowali. A my? Zwykli oglądacze otaczających nas krajobrazów?  Po które  –  nie ukrywajmy  –  szczególnie po ich urodę, jej zgłodniali,  wyruszamy na nasze włóczęgi z podróżnym węzełkiem, przerzuconym przez ramiona na plecy.

Błota Famułkowskie 

To ogromne torfowisko na zachodnich krańcach Kampinoskiego Parku Narodowego jest  niewątpliwie  jednym z najwspanialszych krajobrazów mazowieckich. Wzięło swoją nazwę od pobliskich wiosek o nazwie  Famułki; było ich kilka,  każde  do innego majątku przynależały. Nazwa Famułki pochodzi od łacińskiego słowa famulus, tj.sługa, a rzeczownik błota z czasów carskiego zaboru pochodzi, to typowy rusycyzm. 

Przed dwustu laty na błotach wycięto las, zmeliorowano je, pocięto kanałami, na torfowisko powstały łąki i pośród nich zbudowano ludzkie sadyby na wyniesieniach terenu. Po powstaniu parku narodowego grunty zaczęły być sukcesywnie wykupywane, domostwa rozebrano, a na Famułkowskie Błota wkroczyła przyroda. W stylu prawdziwie imponującym!  Ogrom łąk jest oszałamiający. Ciągną się daleko, aż po linię horyzontu. Spore wrażenie czynią oglądane tutaj wschody i zachody słońca, przedwiosenne, jesienne i zimowe. 

Przez środek tych łąk przebiega asfaltowa szosa i jest na tej szosie most nad Kanałem Łasica. Świetne miejsce na fotografowanie. Ale nawet tak interesujące krajobrazy, jak te, które widać  z asfaltowej drogi przez Błota Famułkowskie nie zdadzą się nam ani piękne, ani ładne, ani nawet interesujące  przy złej pogodzie Gdyby nie pogoda, gdyby nie te czarodziejski czas, który czasem się zdarza, bo akurat jesteśmy tam, gdzie być należy i w dodatku przy pogodzie takiej, jak należy. Która została nam ofiarowana. Im więcej wędruję po naszych nizinach, tym goręcej dziękuję za te łaskę, jaka mi czasem wyświadcza natura. 



Czasem  światło nie takie jak trzeba  i w ogóle nie za bardzo. Ale czasem się zdarza, i jest tak, jak należy. Może i nic specjalnego, ale przecież chyba nie najgorzej, prawda? I jaki jest ten krajobraz? Jest on  –  piękny? Czy może tylko ładny albo interesujący?  Słowniki wyrazów bliskoznacznych znają dziesiątki wyrazów, które możemy zastosować, na przykład:  śliczny,  cudowny, urodziwy lub  urokliwy, dorodny, ładny, atrakcyjny,  pyszny, zjawiskowy, wspaniały, wyśmienity lub świetny,  wyborny, pierwszorzędny, fantastyczny,  kapitalny, czarujący,  olśniewający, porywający, zachwycający... Nic, tylko wybierać i dopasowywać, wedle gustu...

 Dolina Liwca u podnóża Sowiej Góry

Wcale niedaleko od dwumilionowej aglomeracji miejskiej Warszawy można odnaleźć  krajobraz polny, zwyczajny, wiejski, taki, jaki dał nazwę naszemu nizinnemu krajowi i plemieniu, zamieszkującemu ten krajobraz. Zawsze lubiłem jechać ku niemu w astronomicznym początku wiosny, około 21 marca. Tę marcową porę roku niektórzy nazywają wiosną pstrą, od tego śniegu  pośród pól, nad którymi unoszą się już ze śpiewem pierwsze, przybyłe z południa skowronki. Nie zawsze odnaleźć się to udaje, przyroda bywa kapryśna, jak piękna kobieta.

Kilka lat temu  w poszukiwaniu odznak wiosny zajechałem  na granicę Mazowsza i Podlasia, graniczny Liwiec płynął przez ten pejzaż jak należy. Ziemia jeszcze nie pachniała, ale to już było  przedwiośnie. Takie, jakie być powinno. Słoneczne, chłodne, na ziemi miejscami leżał śnieg, więcej w lasach, wśród pól tylko miejscami, na oziminach pod lasem pasły się kierdele saren, w jednym miejscu aż kilkanaście. Wśród skib zaoranego jesienią pola żerowało stado białych łabędzi pożywiało się witaminami. W innym miejscu  wśród zagonów żerowały żurawie. Zatrzymałem auto, aby na nie spojrzeć, one podniosły głowy, aby mnie się przyjrzeć, potem wróciły do posiłku, a ja do dalszej jazdy. Nad polami śpiewały skowronki i kwiliły czajki, pierwsze ich forpoczty dotarły już do nas, za moment zacznie się przedwiosenny spektakl i z każdym dniem będzie mu przybywać aktorów. 

 

Nad graniczny Liwiec przyjeżdża się dla widoku z Sowiej Góry. A widok jest tam naprawdę przedni, bardzo daleki, takich panoramicznych miejsc na naszej środkowopolskiej nizinie nie ma zbyt wielu, można je wyliczać na palcach jednej ręki. Dla zwiedzających urządzono kilka lat temu wierzchołek wzgórza, jest mały parking, wiatry ze stolami i lawami, są tablice informujące o przyrodzie okolicy. Poniżej wzgórza, nad silnie meandrującym Liwcem jest dzika plaża, w upalne dni lata w czasie weekendów bywają tu tłumy. W marcowy dzień ani żywego ducha. Łąki mad :owcem zalane wodą,  migoce w słonecznym świetle, słońce jeszcze zimowe, dość nisko zawieszone nad krajobrazem, chcę zrobić kilka zdjęć, dobrze by było, by były dobre, pod słońce  zdejmowanie krajobrazów jest ryzykowne,  ale jak się pomyśli, to się da, więc myślę, pstrykam, zdjęcia są nie najgorsze, da się wytrzymać.

Nie wiem skąd ta nazwa –  Sowia Góra. Są z tym wzniesieniom związane  legendy, być może było ono miejscem odprawiania obrządków ku czci słońca i drzew. Może rzeczywiście czarownice zlatywały się tu z odległości nawet kilkuset kilometrów, aby decydować o losach okolicznych mieszkańców.  Mówiono też o zakopanym skarbie czy garncu złota, inni zaś wskazywali na śpiących u stóp góry rycerzach szwedzkich, którzy wstaną wtedy, gdy ich król Karol Gustaw powróci tu po swój zgubiony kapelusz. Wtedy rozgorzeje bój krwawy i od krwi poczerwienieją wody Liwca. Skąd te opowieści, dalipan, nie wiem. Wiadomo natomiast, że badania archeologiczne potwierdziły istnienie u podnóża wzniesienia grodziska sprzed kilku tysięcy lat. 

Rok później znów tam mnie zawiodło w połowie lipca, w środku mazowieckiego lata. W środku dnia tam przyjechałem, wiózł mnie przyjaciel swoim automobilem, ja się już z własnym samochodem pożegnałem, mój pesel poradził mi wielce serdecznie, żeby zrezygnować już z prowadzenia auta i tę czynność pozostawić młodszym. Tyle, że nie zawsze udaje mi się znaleźć się we właściwym krajobrazie o właściwej porze dnia i do tego przy właściwej pogodzie. Albowiem, co tu dużo mówić,  fotografować trzeba albo o wschodzącym słońcu, albo w kontrze o zachodzącym, nie miałem tego szczęścia, byłem w pełni dnia. Patrzyłem na ten krajobraz z przyjemnością. 

Przyglądam się temu zdjęciu i pytam sam siebie: jaki on jest ten krajobraz, ta dolina Liwca, widziana z grzbietu Sowiej Gór? Jest to pejzaż piękny? Chyba to byłoby na wyrost. Więc może po prostu i zwyczajnie  –  ładny?  Oto jest pytanie... 

Jak już o tym Liwcu mowa, wspomnieć tutaj muszę rzeczkę Kostrzyń, niedaleko od Sowiej Góry wpada do Liwca. Na rzeczką Kostrzyń znajduje się wioska o nazwie Sucha, a w niej:

Dwór polski pod starym, ojczystym dachem

Przez stulecia był
dwór trwałym elementem polskiego pejzażu. Prawdziwy polski dwór powinien być drewniany. Przy starszych dworach bywał niemal zawsze drewniany ganek ze słupkami, od wieku osiemnastego zastępowany kolumnowym portykiem. Tysiące dworów było w dawnej Polsce. Ale że pożóg wojennych los i historia Polsce nie szczędziły, więc i niewiele się zachowało zabytków drewnianego budownictwa. Na Mazowszu i Podlasiu dworów drewnianych zostało jeszcze mniej, niż w innych regionach kraju i można je liczyć na palcach. Tym większą wartość mają te, które przetrwały. I jeszcze większą, gdy - na dodatek - są to dwory żyjące, zamieszkałe, z odciśniętym piętnem osobowości właścicieli, a do tego gdy są to dwory udostępnione do zwiedzania. 

Takim właśnie "dworem do zwiedzania" był drewniany dwór Cieszkowskich w Suchej nad Kostrzyniem. Został wzniesiony w 1 połowie wieku XVIII, a następnie w wieku XIX nieco został przekształcony. Wciąż stoi w tym samym miejscu. Jest parterową budowlą o zrębowej konstrukcji, inną ma fizjognomię od frontu, inną od ogrodu, od frontu ma dwa narożne alkierze, a na osi murowany portyk z XIX w., na którego trójkątnym szczycie widnieje  łaciński napis: Sub veteri tectu, sed parentali. Co na polski tłumaczy się tak:  "Pod starym, lecz ojczystym dachem". I to hasło jest naprawdę piękne.


Czy ten dwór jako obiekt, jako budowla, jest piękny? Na pewno jest okazały i na pewno jest dość ważny dla historii kultury szlacheckiej, która tak istotną rolę odegrała w polskim życiu.  Kasztelan liwski Ignacy Cieszkowski w roku 1787 gościł w Suchej króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, potem w 1814 roku urodził się w tym dworze August Cieszkowski, znakomity filozof i czołowy przedstawiciel mesjanizmu polskiego, ekonomista oraz autor wielu prac naukowych, człowiek wielkich i wszechstronnych zasług. Jego gościem był w Suchej Zygmunt Krasiński.

Po 1945 r. mieszkali w dworze pracownicy gospodarstwa rybackiego, była tu szkoła, potem dwór niszczał, aż znacznym wysiłkiem przywrócił go społeczeństwu  właściciel i twórca muzeum, wybitny historyk sztuki, prof.Marek Kwiatkowski. W  Suchej wykonał rzecz prawie nieprawdopodobną, gdyż nie tylko przywrócił do życia samą budowlę, lecz przede wszystkim tchnął życie w jej wnętrza. A na dworskim terenie powołał do życia muzeum architektury ziemi siedleckiej, gromadząc kilkanaście obiektów o sporej wartości historycznej i architektonicznej, przeniesionych z różnych miejscowości.

Ale to już przeszłość. W Suchej nad Kostrzyniem  jest teraz podupadający skansen, którego tak naprawdę już praktycznie nie ma.  Profesor już nie żyje. Był świetnym znawcą sztuki, wieloletnim dyrektorem Łazienek warszawskich, autorem poważnych i popularnych prac. Ale kompletne zero w interesach. Przyszłości skansenowi nie zapewnił, więc praktycznie skansen nie ma gospodarza. Jakiś tam procent własności trzyma wdowa po profesorze, trudno mi się rozeznać do kogo należy większość. Skansen popada w ruinę, robi przykre wrażenie. A podobno nie ma ludzi niezastąpionych.

 
 

A wracając do Suchej. Proszę przyjrzeć się temu budynkowi z tego zdjęcia. I on znajduje się w Suchej. Stoi po prawej stronie od woru Cueszkowskich. Ten wielce urodziwy dworek to dawna organistówka z około połowy XIX wieku, przez prof.Kwiatkowskiego przeniesiona tutaj ze wsi Mokobody. W takich dworkach mieszkali organiści? Aż trudno w to uwierzyć, ale widocznie tak też bywało. I z tych wszystkich krajobrazów, miejsc i obiektów, które do tej pory w tym szkicu opisałem, ten właśnie budynek – chociaż nie ma takiej historii jak dwór z którym sąsiaduje – jest naprawdę bardzo, ale to bardzo,  całkiem obiektywnie i to bez dwóch zdań – on jest bardzo piękny!    

Pejzaż zbożem malowany

    Nie da się ukryć, mam w sobie wdrukowany polski krajobraz, opisywany przez naszych pisarzy i poetów. Chociaż wiele  różnych epok i mód przemieliło moje  odczuwanie zewnętrznego świata, wciąż oczekuję pejzażu z tamtych lektur, z Lenartowicza i Konopnickiej, Sienkiewicza i Żeromskiego. Zapewne coś z tego tkwi we mnie, z tego sposobu odczuwania krajobrazu. Po tamten pejzaż nieustannie się wybieram  w głąb ziemi mazowieckiej. Chociaż teraz nie spotykam już żeńców z sierpami i kosami, ba! nawet nie trafiłem na współczesne, żniwne maszyny, na różne kombajny o nazwie Bizon, o których śpiewane były piosenki. Aż dziw. Sfotografowałem ten krajobraz, a on jakby wiedział, że właśnie on, właśnie taki, jaki mi się ukazał, był moim wytęsknionym marzeniem. 

 

Okazuje się, że wciąż można spotkać takie pejzaże i to tak bardzo blisko wielkiego miasta. Jeżdżę w ich poszukiwaniu co jakiś czas na północ od Warszawy, albo na Ziemię Płońską, albo w okolice Nasielska, tam gdzie odnajduję prawdziwy krajobraz mazowiecki.  Lasy, pola, łagodnie pofałdowany teren, na którym daje się zawiesić oko z wielką dlań frajdą. Więc zawieszam. I po tam jadę te pół setki kilometrów ze swojego domu,  aby zobaczyć ten krajobraz i pośród niego pobyć.  Na niebie swoją historię opowiadają chmury bardzo malownicze,  jak te ze słynnego obrazu Józefa Brandta z oraczem. A wokół wszystko to, co w polskim krajobrazie być powinno,  dojrzewające zboże i moc  polnego kwiecia na przydrożach, żadne tam mecyje pod ścisłą ochroną, ot, takie tam  chwasty niby bez znaczenia, a przecie chwytające za serce. 

Nie będę ukrywał, że estetyczne kanony  widzenia ojczystego krajobrazu zawdzięczam polskiemu malarstwu pejzażowemu wieku dziewiętnastego, ono mnie w znacznym stopniu ukształtowało pod tym względem.  W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa.  I wtedy  –  na szczęście –  narodziła się fotografia. Fotografuje teraz niemal każdy z nas. Ja również. I wiem, że  są takie pejzaże, które są dowodem na to, że uroda krajobrazu polskiego nie jest mitem. 

Za takim krajobrazem polnym i rolnym, malowanym zbożem rozmaitym wciąż tęsknię. Coraz jej mniej, więcej nawet  w naszej świadomości, niż naprawdę. Czy zauważyliście, że większość z naszych współobywateli nie rozróżni pszenicy od żyta, jęczmienia, owsa,  prosa i gryki. Jacyż to z nich Polacy, skoro tego nie wiedzą. Szukam wciąż takiego pejzażu, coraz dalej on od mojego miasta, które z każdym rokiem ogarnia coraz większe połacie ziemi. Czasem jednak znajduję. Bo szukać warto. Nawet nie trzeba go daleko szukać. Trzeba tyko zjechać z głównej drogi i patrzeć. Nic więcej. Jest naprawdę bardzo piękny !

Mazowieckie zboże, Ach, Bożeż mój, Boże!   – w swoich wierszach śpiewał poeta, zwany lirnikiem mazowieckim Teofil Lenartowicz.   –  Że widząc te niwy, / Choć człowiek ubogi, / A jednak szczęśliwy. / I takiej natury, /Że się nie oddali, / Choćby mu dawali / Nawet złote góry.


Mokre łąki. To było to. Pięknie było.


W żarze jesiennego ogniska przed sześćdziesięciu laty piekliśmy ziemniaki na Mokrych Łąkach pod Truskawiem w Puszczy Kampinoskiej. Turystyczną gromadą przyjeżdżaliśmy z miasta autobusem pekaesu, miał wówczas pętlę na początku wsi, zaraz za lasem, wciąż jeszcze widać jej zarys. Wieś była wtedy drewniana, a droga przez wieś piaszczysta lub błotnista, zależnie od pory roku, do wsi autobus nie wjeżdżał. Zaczynał swoją jazdę na dworcu PKS Marymont, w Warszawie, dawno go już nie ma, mur wysokich mieszkalnych bloków tam stoi i stacja metra Słodowiec jest w pobliżu.

Mokre Łąki koło Truskawia w Puszczy Kampinoskiej leżały w niższym położeniu, częściowo na torfowisku, obok rósł habaziowaty, sosnowy lasek, mieszkańcy pobliskiej wsi zwali go Szałasy, zbierali w nich chrust do pieców w czasie zimy, ja z kolegami miałem suche gałęzie na ognisko. Dokładaliśmy tych gałęzi do ognia, trochę to trwało, zanim w ognisku powstał z nich popiół, zdatny do włożenia w niego ziemniaków, był czas na rozmowy. Wspominam te dni z rozrzewnieniem, bo to był dla mnie dobry czas, chociaż czasy nie najlepsze. 

Truskaw teraźniejszy to już zupełnie inna wieś. Chociaż wciąż wieś, tyle że nie rolnicza, ale tam  nie żyje się już z roli, krów się nie hoduje, podobno ktoś nawet  ma kozy, ale chyba nikt świniaka. Prawie dwa tysiące mieszkańców, jak miasteczko, tyle że wciąż wygląda to  jak wieś i domy jednorodzinne, murowane, wygodne, poniektóre jak wille, dostatnie. Zabudowa wyciągnięta wzdłuż drogi, długiej na przeszło dwa kilometry, a droga asfaltowa, z chodnikami (a dawniej widział to  kto chodniki na wiejskiej ulicy?), kursują po niej czerwone, miejskie autobusy.

Mokre łąki to już nie zwykłe, wilgotne łąki, teraz to ważne miejsce na mapie. Tradycyjną nazwę kośnych, wiejskich łąk, przejął obecnie zbiornik wodny o powierzchni 1,7 ha, który powstał tu po wybudowaniu w 2005 roku oczyszczalni ścieków dla gminy Izabelin. I jest niezwykłe przedsięwzięcie, które przynosi wyłącznie korzyść. Powstała tam oczyszczalnia ścieków. Brzmi nieładnie, ale rzec nie byle jaka, bo ona jest  mechaniczno-biologiczna o podwyższonym stopniu usuwania związków biogennych, spełniająca rygorystyczne normy obowiązujące w Unii Europejskiej. A obok powstał ogromny staw, jak jezioro o nieregularnych brzegach. I jest ten staw sporym urozmaiceniem krajobrazu.

W wodach stawu na Mokrych Łąkach żyją ryby, otoczenie jest miejscem godów i rozrodu płazów, na wyspie pośrodku stawu i w nadbrzeżnych szuwarach gnieżdżą się ptaki, wiosną mewi rejwach   niesie się daleko, ostatnio okolicę ulubiła sobie gęś gęgawa, niemal przez cały rok można zaobserwować czaple siwą i białą,  na obrzeżach bywają łosie. Wędkarze mają frajdę, ptasiarze radość, dzieciaki bawią się w powstałym dla nich  ogródku jordanowskim obok, a oczyszczona woda płynie sobie w głąb pobliskiej puszczy, a wszystko i wszyscy  w okolicy mają pożytek z tych Mokrych Łąk. I o to przecież chodzi! Wciąż  je odwiedzam, wciąż fotografuję, teraz robię już kolorowe fotografie, dożyłem takich czasów, że nawet aparatu fotograficznego mieć ze sobą nie muszę, bo w dzisiejszych czasach fotografuje się nawet telefonem. Te  zdjęcia, które są poniżej, zrobiłem smartfonem.



 

To było dwa lata temu przy końcu zimy, zdarzyło się na skraju turzycowisk Mokrych Łąk. Było bardzo pięknie. To było to. Trafiłem tam wtedy na krajobraz bajkowy. Rozlewiska były ścięte lodem. Dyskretnie zimowe słońce oświetlało krajobraz. Od strony Warszawy nadchodziła śnieżyca, czająca się w ciemnych chmurach. Rozpoczynał się spektakl, na który nieczęsto się trafia. Zdarza się wtedy gdy jest się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Byłem. Zdjąłem więc z tych sztalug kilka nie najgorszych obrazów... Potem wróciłem do Truskawia, a gdy wsiadałem do autobusu, który miał mnie zawieźć na warszawskie Młociny, akurat zaczął padać śnieg...

................................................................................................................





niedziela, 15 października 2023

                   W kolorach jesiennych           


 

Jedną z największych przyjemności wszystkich, co uwielbiają włóczęgę w pięknych okolicznościach przyrody, jest brodzenie w opadłych kolorowych  liściach o jesiennej porze. Mój niezrównany mistrz, Józef Nyka, w swoim przewodniku po Gorcach wspominał przy opisie Szczawy o szlaku z Mogielicy, na który jesienną porą specjalnie przyjeżdżają miastowi z Krakowa, aby przez buczyny zbiegać do doliny Kamienicy brodząc po kolana w żółtych i czerwonych liściach. U nas buczyn nie ma, mamy natomiast kolory jesieni w niektórych warszawskich parkach. W mieście również można brodzić w opadłych, barwnych liściach. 


Nie darowuję sobie nigdy odwiedzin  brodzić w królewskim parku łazienkowskim w Warszawie. Zanim służby parkowe barwnych kobierców opadłych liści nie zgarną z alejek (zdjęcie górne). Jeszcze przed początkiem listopada zachwycająco jesienny bywa rezerwat w lesie bielańskim (zdjęcie niższe). To drzewostan dębowy, dęby gubią liście później od innych gatunków drzew liściastych. Zanim zacznie się październik zachwycająco jesienny bywa rezerwat w lesie bielańskim. To drzewostan dębowy, dęby gubią liście później od innych gatunków drzew liściastych.




Mam też szlaki kampinoskie, które lubię odwiedzać w czasie, gdy przyodziewają się w jesienne kolory. Do odwiedzin najbardziej urodziwego szlaku kolorowej jesieni zachęcam w swoim przewodniku "Puszcza Kampinoska". Napisałem tam, że do najbarwniejszych wycieczek jesiennych należy wędrówka piesza za zielonymi znakami Północnego Szlaku Krawędziowego, prowadzącego ku zachodowi z przystanku autobusowego w Nowych Grochalach w stronę Piasków Królewskich. Obfitość rosnących w sosnowym borze krzewów i drzew liściastych podszycia i dolnego piętra leśnego, szczególnie w barwach jesiennych nadaje wędrówce wyraz o  skali gdzie indziej w Kampinoskim Parku Narodowym niespotykany. Od lat o godzinie 9-ej rano odjeżdża w tamtą stronę autobus sprzed dworca Gdańskiego.  Najprzyjemniej jest tam pod koniec października, wtedy o wybraniu się na ten szlak warto pomyśleć; wtedy można brodzić w opadłych na ziemię liściach i jest to miłe doznanie. Zapraszam na wędrówkę tym szlakiem. Może się tam nawet spotkamy... 

Niestety, lasów bukowych u nas na Mazowszu nie ma. Ono jest usytuowane poza strefą naturalnego występowania buka. A tam, gdzie rosną buki, o kolorowej jesieni tam jest jeszcze ładniej, niż ładnie.

Takich bukowych lasów trzeba  szukać  poza granicami historycznego Mazowsza.

Pierwsza połowa tegorocznego października nie była zbyt łaskawą. Jednego dnia zimno, drugiego zimo i pogodnie, trzeciego wcale ciepło i dżdżyście. Lasy wciąż zielone i wygląda na to, że nie będzie polskiego babiego lata. Nie ma mgieł o porankach, malowniczo snujących się nad łąkami. Brakuje wokół Warszawy lasów liściastych, dębiny wycięto, buczyny nie rosną, dominują drzewostany sosnowe, nie liściaste. A jeśli liściaste, to głównie wilgotne olszyny, rosnące w niższych położeniach, a liście olchy nie zmieniają kolorów. 

W podwarszawskich okolicach najwięcej barw dostarczają dęby czerwone, ale to nie jest gatunek rodzimy, dąb czerwony jest sprowadzonym z Ameryki egzotem. Fakt, że bardzo jest malowniczy. I niezwykle agresywny. W Kampinoskim Parku Narodowym dęby czerwone się wycina; park narodowy powinien być jak żywe muzeum gatunków roślin rodzimych, a nie cudzoziemskich. Te widoczne na zdjęciu szpalery dębu czerwonego na szlaku koło Dziekanowa już nie istnieją. Ta fotografia jest już dokumentem historycznym. 

Po leśne barwy jesienne prawdziwe, a i polskie, jak należy, zawsze jeździłem daleko, najchętniej w takie lasy, w których rosną buki. Tak więc zdradzałem moje Mazowsze na rzecz lasów świętokrzyskich. Ich północne fragmenty od ostatniej reformy administracyjnej, chociaż nie leżą na obszarze historycznego Mazowsza, znajdują się  w granicach województwa mazowieckiego. 

Buczyna w lasach kolo Przysuchy

Wyjazdy ku tamtym bukowym lasom wymagały wysiłku i samozaparcia.  Jechało się  na jeden dzień, zazwyczaj w niedzielę, wolnych sobót jeszcze nie było. Przed świtem trzeba było dotrzeć na warszawski autobusowy dworzec zachodni. Wyjazd raniutko, powrót o późnym zmierzchu, czasem już nocą, nazajutrz trzeba było iść do pracy. To się dawało zrobić przy pomocy publicznej komunikacji. Więc  trasy wycieczkowe były atrakcyjne, to nie były trasy okrężne, wymagające powrotu do samochodu. Szło się z Suchedniowa przez Wykus do Wąchocka albo z Bliżyna przez Świnią Gorę do Zagnańska, po 25. km za każdym razem. Dla tych jesiennych, leśnych kolorów bylo się zdolnym na wszystko. No i było się młodym. Teraz młodym już się nie jest, a z komunikacją coś się powyrabiało, bo albo jest z nią kiepsko, albo w ogóle jej nie ma. 

Stosunkowo łatwo dostępny jest rezerwat „Bukowiec” na Wyżynie Łódzkiej, oddalony o godzinę marszu od stacji  Lipce Reymontowskie na Ziemi Łowickiej.  Rezerwat utworzono  w 1934 r , oficjalnie zatwierdzono w 1954 r., ale nie jest wielki, ma  zaledwie 6,5 ha powierzchni.  Przed I wojną światową był prywatną własnością carskiej rodziny Romanowów. Dojazd   koleją  nie jest skomplikowany, do stacji Lipce Reymontowskie jedzie się pociągiem. wpierw kolei mazowieckich z Warszawy, od Skierniewic pociągiem kolei łódzkich.  

Bukowiec  to las nie byle jaki. Rośnie  w  lekko pofałdowanym terenie,  jest bardzo dorodny, buki wszechobecne, buczyna miejscami niemal o górskim charakterze. I tak jak należy, pod nogami idących szeleszczą  opadłe, barwne  liście, Potężne buki  mają tam  ponad dwieście lat. To pośród nich odbywały się przyjęcia na wolnym powietrzu w czasie galowych polowań carskich. Z tym lasem sąsiadują pola, pełne ozimin i bardzo wiejski, bardzo polski krajobraz, wioseczka Bobrowa jest tam jak malowanie, nie podrabiana, nie podrajcowana na pokaz w żadnym foto szopie. Gdy byłem tam po raz ostatni, trafiłem na słoneczną pogodę złotej polskiej jesieni, nie chciało się stamtąd odchodzić.  

Jesienne kolory w rezerwacie "Bukowiec" koło Lipiec Reymontowskich


...a gdy już bardzo zatęsknię za kolorami jesieni, a tak się złoży, że nie będę mógł ku tym kolorom wyruszyć ze swojego warszawskiego mieszkania, wówczas otworzę szeroko okno i spojrzę na swoje tonące w barwach jesieni domowe osiedle na Sadach Żoliborskich. Brodzić w opadłych liściach nie będę, ale co sobie popatrzę, to moje. To zdjęcie zostało wykonane trzy  lata temu w dniu 25 października. 

Osiedle Sady Żoliborskie w Warszawie w kolorach jesieni