niedziela, 14 lutego 2021

 Czarodziej z Otrębusów


Otrębusy, tak jak i sławniejsze od nich Podkowa Leśna, Milanówek i Komorów, i tyle jeszcze innych sąsiadujących z nimi miejscowości, otulają łączącą je z pobliską Warszawą tętnicę, poczciwą i kochaną linię Kolejki. Z dużej litery należy ją pisać, tę Kolejkę. Jest ważna, ba! najważniejsza. A o tych wszystkich osiedlach i miastach, które kolejka łączy, można nieskończenie. To jest również jakaś – bardzo znacząca - część duszy naszej mazowieckiej ziemi, równie ważna jak te sielskie i anielskie pejzaże wiejskie nad Bugiem i Narwią, i te ukwiecone łąki i mokradła, i te słowiki zanoszące się miłosnym łkaniem nad Świdrem, i te lasy przepastne, puszczańskie, po których kroczą brodate łosie...
 
Od peronu kolejki w Otrębusach wiedzie najkrótsza droga do siedziby Zespołu "Mazowsze" w Karolinie i to jest niewątpliwie najważniejsze miejsce Otrębusów. Bardzo ładnie zresztą jest teraz to zagospodarowane miejsce. A tuż obok zaczynają się lasy i miejsca są pośród nich urodziwe, chociaż to tylko zwykłe podmiejskie lasy. Pośród nich biegną malownicze aleje akacjowe, lipowe, grabowe. Niektóre z nich uznane zostały za zabytki przyrody, opatrzono je stosownymi tabliczkami. Warszawiacy przyjeżdżają w te okolice przede wszystkim dla tych lasów, bo dojazd dobry, bo  blisko, bo miło jest tamtędy wędrować. 
 
W Otrębusach mieszka prof. Marian Pokropek. Od wielu lat co jakiś czas odwiedzam profesora. Jest etnografem, przez wiele lat pracował w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, a w swoim domu rodzinnym w Otrębusach założył Muzeum Sztuki Ludowej. Zgromadził niezliczoną ilość zabytków współczesnej sztuki ludowej. Ogląda się jego zbiory z dużą przyjemnością. Co najmniej tysiąc drewnianych świątków i innych rzeźb z drewna, co najmniej dwie setki obrazów na szkle malowanych, kolekcja wycinanek. I jeszcze tysiąc i sto jeden różnych innych. Tacy, jak on ludzie z pasją, są na wagę złota. Ludzie, którzy nie ograniczają się do tkania swojego życia wyłącznie na własnym podwórku.
 
Najpiękniejszym „okazem” w tej kolekcji jest sam kolekcjoner. Pan w słusznym wieku, z ogromnie krzaczastymi brwiami, zakochany po uszy w tym co robi, fanatyk jakich nie za często spotyka się na drogach naszego życia. Do pozazdroszczenia. Rzadki przykład człowieka, dla którego jego zawód jest jego konikiem. Od lat dyskretnie z nim zaprzyjaźniony, obserwuję jego wprost nieprawdopodobne zaangażowanie w to, co robi. Robi to nie tylko dla zaspokojenia swojej kolekcjonerskiej pasji. Chce się z tym podzielić z nami, zwykłymi zjadaczami chleba, których wiedza o sztuce nieprofesjonalnej sprowadza się - a i to nie zawsze - do sklepów z cepeliowskimi pamiątkami, robionymi niemal taśmowo, dla zarobku, a nie z potrzeby serca. Takich w Otrębusach nie ma. Te, które tam są zgromadzone, właśnie z potrzeby serca i duszy powstawały.
 

  









 
W 29 numerze Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego (jakże wspaniałe to pismo, jakiż poziom! jak bardzo nieprowincjonalna jest ta Podkowa Leśna) p.Małgorzata Wittels pisała o muzeum prof.Pokropka, że przekraczając drzwi budynku jego muzeum, zanurzamy się w innej rzeczywistości. Za nami zostają skomplikowane problemy współczesności, jej agresywność i drapieżność. To, co uderza każdego wchodzącego, to spokój i ład tego świata, choć przecież nie pozbawionego cierpienia, bólu, dramatów. 
 
Wszystko ma tutaj wymiar bliski człowiekowi, odtwarza wydarzenia na jego miarę. Choć nie czarno-biały, a przeciwnie – niezwykle barwny jest ten świat rzeźb i malowideł ludowych, to w sensie widzenia wydarzeń bardzo prosty. Zło jest złem, dobro dobrem, śmierć i cierpienie są tym samym niezależnie od tego czy dotyczą wielkich czy małych. Świat widziany przez twórców ludowych jest inny, niż ten znany z mediów. Jest w nim miejsce na przeżycie zarówno radości jak i bólu, jest miejsce na pokazanie piękna otoczenia z jego ptakami, zwierzętami, drzewami i kwiatami. Obok realizmu, jest także i fantazja, na miarę możliwości każdego artysty. Ten świat oswojony, znany, odkrywany na nowo przez twórców, urzeka prostotą i barwnością, nieoczekiwanymi skojarzeniami.
 
 
 










Prywatne muzeum profesora utrzymywane jest tylko z jego prywatnych środków, a one są, jakie są. Wiceminister kultury w ostrym tonie przypomniał nawet profesorowi, że zgodnie z ustawą numer taki, a taki, z dnia takiego, a takiego, właściciel prywatnego muzeum jest zobowiązany (sic!) do dbania o swoje muzeum i jego utrzymywanie. Tak więc profesor swoje zbiory udostępnia już tylko do badań naukowych. Trudno się dziwić, bo i sił brakuje, jako że profesor ma swoje lata, dobiega  dziewięćdziesiątki. Praktycznie nie ma nikogo prócz najbliższych do pomocy w porządkowaniu, katalogowaniu, odkurzaniu, udostępnianiu, objaśnianiu, i tak dalej, i tak dalej. Niemal zawsze, jak odwiedzałem Profesora w jego Otrębusach, starałem przyprowadzić ze sobą kogoś jeszcze, czasem kogoś jednego, czasem nawet grupkę przyjaciół z turystycznych szlaków.


Dzieliłem się więc nimi i Profesorem ze swoim towarzystwem. A zobaczywszy słuchaczy, Profesor rzucał się w swoje opowieści, opowiadał i opowiadał, z ferworem, zaangażowaniem, każdej rzeźbie, każdemu obrazowi mógł poświęcić długie minuty, bo wszystkie je gdzieś tam wypatrzył i do swojego domostwa sprowadził. Odnosiłem niekiedy wrażenie, że niektóre z nich są z tego wyraźnie zadowolone i uśmiechają się do mnie porozumiewawczo, aby spojrzeniem mi zakomunikować, że naprawdę dobrze się tutaj czują. Przy okazji mogłem też obserwować reakcje towarzyszących mi znajomych i przyjaciół. Nadstawiałem na nie ucha. A reakcje oglądających te dzieła bywały zaskakujące.


 
Trudno uniknąć pytań, gdy ogląda się  tak bogate kolekcje tej sztuki, zwanej przez jednych sztuką artystów ludowych, przez innych sztuką artystów nieprofesjonalnych, albo naiwną, a przecież są jeszcze  inni, którzy odmawiają tym dziełom miana sztuki. Bo też i trochę nam zamieszania w ocenie tego rodzaju twórczości wprowadziła w czasach PRL powstała  Cepelia. Niewątpliwie odegrała ogromną, pozytywną rolę. Ale i spowodowała jej degradację przez to masowe, wręcz rzemieślnicze „wyrabianie” wycinanek oraz drewnianych świątków i aniołków, na które było zapotrzebowane w sklepach z pamiątkami. Wszak jednak nie wszystkie aniołki od razu są kiczem dla tego choćby, że są aniołkami.
 
 



To wszystko, co zawędrowało do takich galerii, jak ta Pokropkowa, każe o tych, tam wystawionych dziełach, myśleć z pokorą.  Czy to jest sztuka, czy może zwykły kicz? A jednak przecież już na pierwszy rzut oka nawet nie profesjonalny widz zobaczy wielkość tej sztuki, nazwanej naiwnej, gdy spojrzy  na dzieła Marii Wnęk i Mariii Korsak, o których tak pięknie pisali Antoni Kroh (o pierwszej) i Ludwig Zimmerer (o drugiej). Wierzący powiedzą: prawdziwy dar Boga. Marysia Wnęk, zresztą, była o tym świecie przekonana, że to sama Matka Boska ją w tym jej malowaniu prowadziła. Niewierzący powiedzą: naiwność wiary. Etnografowie: oto typowe malarstwo naiwne. Niech im wszystkim tak będzie, jeśli tak chcą.

Wielu badaczy tematu twierdzi, że kultura ludowa i w konsekwencji sztuka ludowa czy też folklor,  mogły istnieć tylko w warunkach samowystarczalnej wsi pańszczyźnianej. Ostateczny zanik resztek warunków dla naturalnego funkcjonowania sztuki ludowej etnografia dostrzega u nas w latach Polski Ludowej. Wraz z unowocześnianiem się społeczeństwa, czego wyrazem na wsi było widomym znakiem pozbycie się słomianych dachów w chałupach najpierw, potem zastąpienie chałup z drewna murowanymi klockami z wnęką na figurkę Matki Boskiej od frontu, pojawienie się w domu  telewizora  i  samochodu na podwórku. 
 


 
Obcując z dziełami, które zaludniają dom Profesora, trudno nie zadawać sobie pytań. Na przykład o to, czym teraz jest – lud. Czy aby nie jest po trosze tak, że ludową część narodu lokuje się w hierarchii rozwoju ludzkiego jako niższą część społeczeństwa cywilizowanego. Skoro więc sztuka ludowa jest tworem niższej cywilizacyjnie części społeczeństwa, to „z natury rzeczy” jest prymitywna, nieudolna, ordynarna, jaskrawa, płytka pod względem treści i  mało skomplikowana pod względem formy, a w ogóle naiwna i brzydka. Cytuję tu dr Aleksandra Blachowskiego artykuł „Polska sztuka ludowa jako kategoria kultury” z 3 stycznia 2016 (KulturaLudowa.pl). Takie przekonania panują jeszcze w środowiskach o tradycjach mieszczańskich, wśród historyków sztuki, bywają też wśród antropologów kultury, etnologów i folklorystów. Emancypująca się ciągle wieś też wyrzeka się swojej rodzimej estetyki. 
 
Kim był Stanisław Zgajewski? Artystą ludowym, czy naiwnym? Na pewno nie był artystą profesjonalnym, chociaż niewątpliwie w tym, co robił, był profesjonalistą. W swoich zbiorach Profesor ma kilka jego ceramicznych rzeźb z wypalanej gliny. Jest Chrystus w kornie cierniowej (na zdjęciu powyżej) i taki typowy dla tego artysty zwierzoludź (na fotografii poniżej). To artysta na miarę największych, tak osobny jak Witkacy i Chagall. Ale w przeciwieństwie do tamtych, Stanisław Zagajewski był samoukiem. Imię i nazwisko został mu przypisane. Jako bezimienne dziecko porzucony został na stopniach kościoła św. Barbary w Warszawie w zimie roku 1929. Miał wówczas około dwóch lat. Dzieciństwo spędził w klasztornych zakładach opiekuńczych. 

Zarabiał na życie wykonując wiele różnych zawodów, rzeźbienie w glinie było jego pasją od lat najmłodszych. Do średniej szkoły plastycznej nie mógł zostać przyjęty, bo nie ukończył podstawówki, a do szkoły budowlanej, bo był zbyt wątły. Więc rzeźbił. Sztuki wypalania glinianych form nauczono go w „Cepelii”. Rzeźbił Ukrzyżowanego i zwierzęta, gdy na nie patrzę wydają mi się być zwierzoludźmi z baśniowego lasu braci Grimm, ale absolutnie zupełnie bez dziewiętnastowiecznej kiczowatości, są na wskroś nowoczesne. 
W rodzinie górniczej w Katowicach urodził się Jan Nowak. Chciał zostać leśnikiem, bo lubił przyrodę. Ale trzeba było podjąć pracę dla utrzymania rodziny, na studia leśne czasu nie było, zaczął pracować w kopalni. A "na boku" zajął się grafiką i w tej dziedzinie osiągnął niebywałe umiejętności.   W
2012 roku pisała Sonia Wilk w „Tygodniku Powszechnym”, że jego linoryty są przepojonym miłością do świata i ludzi testamentem, opowieścią o tym, co jest dla niego najważniejsze. Człowiek, wchodząc do lasu, burzy jego porządek - mówi Nowak. Bo nic wtedy nie jest prawdziwe i dopiero gdy postoi w ciszy i bezruchu przez kilkanaście minut, zostaje zaakceptowany i staje się elementem przyrody. Wtedy las zaczyna odsłaniać mu swoje tajemnice, nadfruwają ptaki, wychodzą z ukrycia zwierzęta, robaczki i wszelkie leśne żyjątka. Wtedy dopiero można zaobserwować, ile w lesie jest piękna i życia. 
 
Jan Nowak z Katowic jest uważany za artystę ludowego. Nie wszyscy chcą  się z tą definicją pogodzić. Dla nich artysta ludowy kojarzy się ze wsią i drewnianymi opłotkami, z zagonami pól za stodołą. Nowakowe grafiki są w pełni profesjonalne i wydaje się nie do uwierzenia, że ich twórca nie jest absolwentem jakiegoś nadzwyczaj cenionego wydziału grafiki w którejś z naszych akademii sztuk pięknych. Na zdjęciu powyżej Profesor opowiada o pracach Nowaka, jedna z nich przycupnęła na podłodze poniżej.
Tylko profesjonalni artyści plastycy i osoby obdarzone predyspozycjami do rozpoznania artystycznych wartości dzieł plastycznych są w stanie ocenić wielkość autentycznego talentu jaki „z samego siebie” wynajduje środki ekspresji, aby najtrafniej i najbardziej przekonująco wyrazić to co twórca pragnął powiedzieć.  Oraz osoby, obdarzone przez naturę tym specjalnym rodzajem słuchu, który pozwala odróżnić rzeczy dobre od złych. Także i w dziedzinie sztuki. Sztuka jest dobrym tego odróżniania nauczycielem. 
 
Józef Ignacy Kraszewski  w połowie XIX wieku pisał, że  dziełem sztuki być może prosty koszyk z łoziny wypleciony, na którego bokach wyrazić umiał chłopak co go wiązał, w symetrycznych rysach, myśl ładu i harmonii. Ryszard Rabeszko, współczesny  rzeźbiarz ludowy i prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Twórców Ludowych mówił, że twórczość, zwana ludową, wciąż istnieje, bo nie został przerwany przekaz międzypokoleniowy. 
 
Jeżeli w Dołhobrodach w krainie Bugu potrafią jeszcze dłubać czółna, jeżeli na Podlasiu pamięta się jeszcze, jak utkać dwuosnowowy dywan, to znaczy, że przechowuje się wiedzę o tym. W jakiej akademii tego uczą? Albo w jakiej akademii uczą malarstwa na szkle? A w jakiej muzyki ludowej?
 


Od kilku lat nie było na Mazowszu zimy. W czasie dręczącej nas pandemii przyszła jakby nie wtedy, kiedy powinna, już po Świętach, dopiero po Gromnicznej, gdy już rozebrane zostały ostatnie choinki, jakie poustawialiśmy na Boże Narodzenie po naszych domach, świątyniach, na naszych placach i ulicach. Na te grudniowe święta, tak bardzo zrośnięta z polskim krajobrazem i naszą obyczajowością, Profesor przygotował w Otrębusach wystawę "Boże Narodzenie. Szopki. Polska zima"..... 
 

Tę wystawę właściwie zorganizowałem sam dla siebie – pisał Profesor.  – Jeżeli ktokolwiek zechce ją obejrzeć, będę wielce rad. Tymczasem sam przeżywam tajemnicę Nocy Bożonarodzeniowej. Przychodzę do sal muzealnych, rozpalam ogień w kominku, siadam i patrzę, patrzę na obrazy, rzeźby, wycinanki, dywany. I wówczas nie zadaję sobie głupich pytań, po co to wszystko zrobiłem, dla kogo i na co? Cieszę się sam, że to jest, bo jest to jakaś cząstka własnego życia.
…........................
Prócz swoich fotografii, wykorzystałem również, za jej zgodą, zdjęcia p.Marii Kaniewskiej. 

środa, 3 lutego 2021

Pośród sosnowych starodrzewów...
..............................................................................................
 
"Gdyby człek znał po świadomu, Ile skarbów leży w domu, 
I co tworów Bożych w borze, To by więcej było, może 
Na tym świecie gwiazd szczęśliwych, 
Ludzi dobrych i prawd żywych."  
 
Wielki romantyk wiedział co pisze. Wincenty Pol czuł Polskę i jej skarby, jak niewielu.  Polska jest krainą borów sosnowych. Czym byłoby bez nich nasze nizinne Mazowsze? Zapach sosnowego boru w rozgrzanym słońcem dniu letnim jest nie podrobienia. Gdy kładzie się dłoń na spękanej starością korze wiekowej sosny, można poczuć  jej ciepło i dotknąć wszechświata. 


Tak, jak łoś jest królem wśród mazowieckich zwierząt, tak sosna jest królową pośród drzew. Wygląd i postawę ma królewską, pełną godności. Są takie fragmenty w mazowieckich puszczach, gdzie przy dwustuletnich sosnach milkną trzystuletnie dęby i graby. Na Mazowszu sosna panuje niemal  wszechwładnie, innym gatunkom przeznaczając, przeważnie ze swojej woli, role li tylko paziów i giermków. Wśród kilku gatunków sosen, jakie rosną u nas najpowszechniejsza jest sosna pospolita, zwana też zwyczajną, przez botaników określana uczenie łacińską nazwą Pinus sylvestris. O pożytkach z sosny dla człowieka płynących, mówić można nieskończenie...
 
Prasłowiańskie słowo „sosna", a jest to rzeczą bardzo prawdopodobną,  znaczyło niegdyś tyle co "drzewo wydziane", drzewo z barcią. Wyrabianie barci, przeważnie w sosnach, nazywano „dzianiem", zarówno w Polsce, jak i na sąsiedniej Białorusi. Pierwotnie wyraz ten znaczył tyle, co „robota". Drzewo - sosnę dawniej nazywano „sosną" tylko wtedy, gdy była w nim wydziana barć. Pospolicie ten gatunek nazywano  „choją"; stąd np.Lasy Chojnowskie pod  Warszawą. Jest rzeczą bardzo prawdopodobną, że wyraz „sosna" znaczył niegdyś tyle co „drzewo wydziane". Dosłownie: „so-sn" znaczyło tyle, co drzewo „wykłute".  Las bartny zwany był „borem". Władał nim bartnik. Bór bartny obejmował zazwyczaj sześćdziesiąt barci. 

Z czasem każdemu lasowi sosnowemu, lub innemu iglastemu nadawano nazwę boru. Z wyrazu "bór" powstały imiona: Borysław, Borys, i także Boruta. Zygmunt Gloger tłumaczył, „że zaś w dawnych pojęciach narodu, przechowywanych dotąd przez lud wiejski, istniał zły duch, czyli czart borowy, leśny, borowiec, borowik, skutkiem więc podobieństwa w brzmieniu i w związku z pojęciem boru, lud przeniósł nazwisko ludzkie Boruta na diabła, zwanego także borowym"... 
 

Borowik to także grzyb, a borowym zwano też pracownika leśnego. Bartnik zajmował się hodowlą pszczół leśnych, czyli tzw. borówek. Borówkami zwane są również rośliny, charakterystyczne dla borów, rosnące w ich runie, np. borówka czernica - w centralnej Polsce uparcie zwana czarną jagodą - oraz borówka brusznica i borówka bagienna, czyli łochynia. Dodajmy, że w Czechach i Słowacji sosnę nazywa się borowicą, a pyszną miejscową wódeczkę - borowiczką. W miarę upływu czasu pozacierała się różnica pomiędzy borem, a lasem i w tej materii panuje już całkowite materii pomieszanie.

Przyrodnicy wyraźnie oddzielają bór od lasu. Najprościej rzecz ujmując, bór jest iglasty, las liściasty. Ale – żeby nie było laikowi za łatwo – powiedzmy jeszcze, że  bywają bory mieszane i lasy mieszane, i te i te drugie z udziałem sosen, ale opowieść o tym pozostawmy sobie na inną okazję.  A na zdjęciu poniżej jest dwustuletni bór sosnowy świeży, czasem zwany też czernicowym, bo kobierzec borówki czernicy ściele się u stóp sosen.

 

Jakby nie było, lud zawsze odróżniał bór od lasu. "Idzie żołnierz borem, lasem"; tak przecież brzmią słowa starej, polskiej pieśni, które o tym rozróżnieniu przypominają dobitnie. Bardzo interesujące było tradycyjne, ludowe spojrzenie na sosnę, stare słownictwo i terminologia. Jeżeli w gąszczach rosły tylko młode drzewa, taki bór lud zwał głuchym borem. Starszy las, rzadszy i przeczyszczony, to bór rozmowny. Taki, jak ten na poniższym zdjęciu, blisko dwustuletni drzewostan rozmownego boru sosnowego w obszarze ochrony ścisłej  Kampinoskiego Parku Narodowego.
 

 
Sosna w Polsce była bardziej znaną, jako towarzyszka życia człowieka, niż jako składnik przepastnych lasów i puszcz. W cieniu rozłożystych sosen budowano wiejskie zagrody i dla ich mieszkańców sosna miała znaczenie głównie jako drewno na budulec i na opał.  Tak mi się widzi, że podobny mógł być widok karczmy "Pociecha" w Puszczy Kampinoskiej, jak ta z obrazu Jana Feliksa Piwarskiego z 1845 roku, przedstawiającym karczmę "Ostatni grosz". 
 

Sosna sośnie, bór borowi nie równy, zależy to od siedliska, klimatu i wielu jeszcze innych czynników, także i od woli człowieka. W lasach gospodarczych, nie tylko na naszym Mazowszu, sosna pełni najczęściej wyłącznie taką rolę, jaka z woli człowieka została jej przeznaczona. Ma rosnąc, przybierać na objętości i wadze, dać się ściąć bez krzyku i dostarczyć gotówki hodowcy. 

Któregoś roku znalazłem się zimą w mazurskiej Puszczy Piskiej. Pośrodku lasu pracowali drwale. Dźwięczały mechaniczne piły, ich wizgot był  przenikliwy,  wreszcie potężne, stupięćdziesięcioletnie sosny poczynały jęczeć, a potem z ogromnym westchnieniem waliły się na ziemię.
Podszedłem do drwali, wszcząłem rozmowę, wreszcie zapytałem: nie żal wam, panowie, ścinać takiego pięknego, starego drzewa.
Jeden z drwali popatrzył na mnie, wyjął pudełko papierosów, zapalił, zaciągnął się dymem, wreszcie odpowiedział: starego nie żal.

 
 
 

Na Mazowszu zachowało się wiele leśnych kompleksów, noszących nazwę puszcz. Najbardziej znaną jest niewątpliwie Puszcza Kampinoska, rosnąca u wrót Warszawy. Nic dziwnego, na jej terenie przed ponad 60 laty utworzono park narodowy. Największą była zawsze Kurpiowska Puszcza Zielona, zwana też Myszyniecką. Jeden z jej najefektowniejszych fagmentow udalo mi się złapać na zdjęcie, które pomieściłem  powyżej tego tekstu.

Przez setki lat była ta puszcza własnością książąt mazowieckich i niemal bezludną, naturalną zaporą graniczną przeciw najazdom sąsiadów z północy. Później była puszczą królewską, a władcy polowali tutaj na tury, żubry, łosie i niedźwiedzie. Dopiero od wieku XVII  lasy północnego Mazowsza poczęli kolonizować Mazurzy znad Wisły. Od plecionego z lipowego łyka obuwia, zwanego „kurpiami”, tak nazwani. Korzystali z puszczańskich zasobów tak, jak należy. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że w myśl zasad zrównoważonego rozwoju. Za ich sprawą rozkwitło tam bartnictwo. Ale to już przeszłość...

Dziś już tylko w kilku rezerwatach Puszczy Zielonej  chronione są dostojne pozostałości dawnej Puszczy. Sosny bartne  można  wciąż oglądać w rezerwacie „Czarnia”. Jest jednym z pięciu najważniejszych rezerwatów mazowieckich, należy do  najpiękniejszych  w całej nizinnej części Polski. Jedna z bartnych sosen rezerwatu jest wciąż jeszcze zdrowym drzewem w pełni sił, wyraźnie są widoczne otwory „wydzianych" barci, wciąż  używanych przez pszczoły. Na zdjęciu powyżej to drzewo jest właśnie w trakcie podziwiana. Potężnym sosnom towarzyszą niemal na równych prawach równie potężne świerki.  
 
 
 
Zupełnie inaczej prezentuje się starodrzew sosnowego boru w Puszczy Kampinoskiej, jak ten na zdjęciu z okolic Palmir.  Tak on, jak i inne leśne kompleksy podwarszawskie znajdują się w krainie w której dorodnych świerków nie zobaczymy, bo tak sobie życzy natura. Ale zacne sosnowe starodrzewy rosną w Puszczy Kampinoskiej. Gdyby nie park narodowy, dawno by ich nie było. Gdy opracowywałem treść turystyczną pierwszej po II wojnie światowej mapy Puszczy Kampinoskiej, którą w skali 1:60 tys. PPWK wydało w roku 1973, zaproponowałem oznaczanie na niej ciemniejszą zielenią obszaru drzewostanów ponad stuletnich. Zwyczaj się przyjął i wciąż tak są starodrzewy oznaczane, także na mapach innych wydawców. 
Sosna kampinoska była znana i wysoko ceniona na rynkach drzewnych. Rosła  na nieurodzajnym podłożu, więc jej przyrosty roczne były bardzo drobne, ale drewno bogate w żywicę, stosunkowo twarde, sprężyste, poszukiwane w przemyśle stoczniowym. Puszcza Kampinoska jest w tej chwili puszczą sosnową i ponad 70% powierzchni leśnej zajmują drzewostany z sosną jako gatunkiem dominującym, a mimo to brakuje tu szczególnie okazałych sosen. 
Podobno w Puszczy Białowieskiej rośnie sosna o wysokości 42 metrów.  Cenione na świecie sosny taborskie z ndl.Miłomlyn na Mazurach wykorzystywane były do budowy masztów żaglowców o dochodzą do 30–40 metrów wysokości. Na mazowieckich piaskach takich nie spotkamy, najwyższa, jaką oglądałem, miała 35 metrów, od wielu lat już nie żyje. Można ją było oglądać przy Drodze Wareckiej w Lasach Chojnowskich, miejsce jej usytuowania można odnaleźć na starszych wydaniach map turystycznych. Wysokość sosen w Puszczy Kampinoskiej może dochodzić teoretycznie do 30 metrów, 22 metry  ma najtęższa z żyjących sosen kampinoskich, jest nią Sosna Królowej Bony przy Górczyńskiej Drodze, w obszarze ochrony ścisłej „Nart”. Około dwustuletnia ma 330 cm obwodu. Potężniejsza od niej była mająca 350 cm obwodu 170-letnia Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, zanim śmiercią naturalną umarła w roku 1984;  na poniższej fotografii została zdjęta w 2018 roku.  
 

Puszcza Kampinoska kryje zazdrośnie swoje tajemnicze piękno. Jej osobliwy urok i bogactwo form krajobrazowych nie rzucają się od razu w oczy – pisał Kazimierz Saysse Tobiczyk w roku 1973. Miał stokrotną racje. Od pięćdziesięciu lat znam tę puszczę, wrosła w moje życie. Bez niej, cóż to byłoby za życie... 

Wielu warszawiaków ogranicza się w swojej przyjaźni do fragmentów znajdujących się w najbliższym sąsiedztwie Warszawy. To już Kampinoski Park Narodowy, ale jeszcze nie Puszcza Kampinoska. To młode lasy, w większości bory sosnowe. Przez wiele dziesiątków lat, praktycznie przez cały wiek dziewiętnasty i jeszcze trochę dwudziestego, był to teren całkowicie niemal pozbawiony lasu, mapy z połowy XIX wieku ukazują to wyraźnie. Prawdziwie stare bory i trudno dostępne lasy bagienne zaczynają się dalej. Przez najładniejsze  prowadzą znakowane szlaki turystyczne.



Najstarsze zwarte drzewostany dosięgają już lat dwustu w sąsiedztwie Granicy,  w partiach, rosnących m.in. wokół Sejmikowej Drogi niedaleko palmirskiego cmentarza oraz w obszarach ochrony ścisłej koło Rybitwy i Wilkowa. Teoretycznie sosny mogą dożyć czterystu lat. Siekiera drwala im nie grozi. Umrą, kiedy zechcą i jak same zechcą.  
W lasach gospodarczych ostatnimi laty niemiłosiernie są wycinane sosnowe starodrzewy, gdzie tylko sto lat zaliczą.  Bolesny to widok dla zwykłych ludzi, ale przecież na tym polega zawód leśnika. A o pożytkach dla człowieka z sosen płynących można nieskończenie. Na Mazowszu za sosnę dojrzałą do wycięcia uważa się drzewo stuletnie, na niektórych siedliskach  w niektórych nadleśnictwach osiemdziesięcioletnie. Zdaniem drzewiarzy, starsze egzemplarze drzew tracą wartość techniczną. Jak i my, ludzie, którzy w swojej starości techniczną wartość miewamy już dość marną...


Są takie drzewostany w Puszczy Kampinoskiej, do których nie wypada wchodzić inaczej, niż na palcach, z najwyższym szacunkiem. Mają one w sobie coś, co gnie nam kolana. Przypominają się słowa poety, nazywał się Zbigniew Herbert: Wchodząc do takiego starego boru złóż ręce tak by sen zaczerpnąć, tak jak się czerpie wody ziarno.
  
O Boże, jakaż ona jest ogromna! Jakże wspaniała! Żyje od niespełna dwustu lat, a przecież sosny w naszym kraju mogą dożywać lat czterystu. Tak, jak dąb powszechnie uważany jest za groźnego monarchę, za  ojca, tak sośnie przydziela się rolę matki, u różnych ludów była drzewem świętym. W drzewostanie borowym zdecydowanie matriarchat obowiązuje. Panowie nie mają tu na ogół dostępu, co najwyżej w charakterze sług pomniejszej rangi. Tę fotografię  w starodrzewie pod Kaczubalską Górą wykonała jedna z  towarzyszek moich wędrówek i jestem jej za to bardzo wdzięczny. Nikt mi nigdy nie zrobił zdjęcia, na którym byłbym w takim towarzystwie.
  
Powalone olbrzymy. Nadszedł ich kres i teraz te umarłe drzewa, zalegające dno rezerwatowego boru, rozpoczęły już drugie życie, dziesiątki żywych stworzeń będzie się żywić ich truchłami w nieskończonym, zadziwiającym cyklu życia przyrody. Po to również istnieją rezerwaty, ale i po to, byśmy mogli sobie to uświadamiać, także i po to aby móc podziwiać to piękno...
 
..............................................................
         
Post scriptum. Napisała mi serdeczna moja znajoma po zajrzeniu do tego blogu:"Leszku, czy nie czujesz, że samo słowo "sosna" ma w sobie coś ciepłego (jak rozgrzany piasek w zagajnikach sosnowych), wonnego (jak unoszący się wszędzie zapach żywicy), swojskiego i polskiego (bo polska sosna to nie to samo co angielska, niemiecka, włoska czy ukraińska)?"   
..............................................................

 

wtorek, 12 stycznia 2021

Niezwykła chałupa z Rząśnika 



Ta chałupa, pobudowana w kurpiowskim stylu,  od roku 1929 stoi we wsi Rząśnik  na północnych obrzeżach Puszczy Białej. Stoi tam, gdzie ją postawiono, a nie w żadnym skansenie. To nadaje jej rangę szczególną. Stoi w otoczeniu współczesnej, dostatniej zabudowy wiejskiej. To dodaje jej jeszcze większej wartości.  Chałupę tę zbudował dla siebie cieśla Jan Zaręba po pierwszej wojnie światowej. Budynek jest konstrukcji sumikowo-łątkowej, ma 9,25 m długości, 4,4 m szerokości i 2,6 m wysokości. Jest typowy dla ostatniej generacji domów kurpiowskich.

Odwiedzałem ją kilka razy, pierwszy raz sfotografowałem tę chałupę w roku 1995, z tamtego czasu pochodzi to zdjęcie u góry. Ostatnio byłem obok niej tego roku, jesienią 2020. Chałupa trwa i ma się dobrze. Lepiej nawet jak wtedy, gdy ja oglądałem po raz pierwszy. Belki zostały oszalowane, pomalowane, ogrodzenie też nie to, co było i chałupa niby taka sama, a już inaczej wygląda, na pewno efektowniej, chociaż jednak...  Gdyby nie blacha na dachu, byłoby więcej niż nieźle. Jest jedną z bardzo już nielicznych chałup, zbudowanych w tradycyjnym stylu kurpiowskim we wsiach okolicznych. 

Miałem to szczęście, że mogłem jeszcze oglądać takie drewniane chałupy we wsiach pośród Puszczy Białej. Jeszcze pół wieku temu było ich niemało, na mapach turystycznych pod nazwami wiosek stawiano piktogram, oznaczający, że we wsi są zabytkowe budynki wiejskie. Teraz to z lupą w ręku trzeba ich szukać w terenie, a z oznaczań na mapach dawno już zrezygnowano. Śmierć przychodziła na te chaty w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, w ostatnich latach trzydziestu wioski wewnątrz Puszczy Białej niemal całkowicie pozmieniały swoje oblicze. 

Z tych, co jeszcze ocalały, rząśnicka chałupa jest najdorodniejsza. Rzadki to przypadek, aby jednej chałupie temat poświęcać. Jakiejś budowli sakralnej, okazałemu kościołowi albo pałacowi, to i owszem. Ale chałupie? A jednak tej chałupie trzeba się przyjrzeć ją  podziwiać. Tym bardziej, że nie znajduje się w żadnym skansenie. Stoi pośrodku długiej, dwustronnie zabudowanej ulicówki o siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy. Przy tej ulicy jest domów kilkadziesiąt, a wszystkie współczesne, jakby dopiero co starannie zbudowane,  murowane, na ogół kryte świetną dachówką, a nie jakimś tam byle eternitem, otaczają je porządne ogrodzenia. Pośród tego wszystkiego, w tej dostatnio prezentującej się gminnej wsi w wyszkowskim powiecie, stoi ta chałupa. I jak się na nią patrzy, przed nią jedną, jedyną, ręce się same składają do oklasków.

 

Budownictwo ludowe mieszkańców nizinnych ziem polskich urodą i zmyślnością na ogół nie dorównuje wiejskiemu budownictwu z Karpat. Tak jakby zmysł estetyczny i uzdolnienia Mazurów z Mazowsza nie dorównywały Podhalanom. Widać tak być musi. Z mazowieckiego budownictwa ludowego najmocniej swoje indywidualne cechy miało to, co budowali dla siebie Księżacy z Łowickiego i Kurpiowie. 

Podhalanie wciąż budują w swoim stylu, acz teraz więcej w ich budynkach zakopiańszczyzny niż podhalańskości. Łowickie i kurpiowskie wsie już od dawna zatraciły swój charakter. Domy są wygodne, murowane, czasem bardzo okazałe, lecz nic nie mają wspólnego z tradycją. Ba! tak jak Kurpiowie, podobnie budowali mieszkańcy Podlasia, ale tam nadal można oglądać całe wioski w drewnianych, w starym stylu pobudowanych i obficie zdobionych chałupach. W powiecie hajnowskim stworzono nawet tzw.produkt turystyczny, nazwano go "krainą otwartych okiennic" i ludzie z całego świata przyjeżdżają, aby obejrzeć wieś o trudnej do wymówienia przez cudzoziemca nazwie: Trześcianka.  

W Zielonej Puszczy Myszynieckiej, najlepsze przykłady budownictwa spotkać można już tylko w skansenach w Nowogrodzie i w Kadzidle. Ostatnie dwadzieścia lat niemal ze szczętem wymiotły drewniane chałupy. Na Kurpiach Białych bardziej, niż na Zielonych, zanikły kurpiowskie obyczaje, chociaż czasem trafi się zespół ludowy, który tańczy i śpiewa po staremu, po swojemu, to w Obrytem, to w Pniewie, i jeszcze gdzie indziej sztuka ludowa tu i ówdzie egzystuje. Trwa też śladowo budownictwo, bo wciąż można zobaczyć chałupy zbudowane, jak tradycja nakazuje, jeno zbudowane przed wielu laty i dożywające ostatnich swoich dni, jedne w Porządziu, inne w Sieczychach,  przetrwały w Ochudnie, jeszcze inne w Białym Błocie lub Porębie Kocębach i w sąsiednim Udrzynku. Czeka je zagłada nieuchronna, obok wielu już zgromadzono  na nowe budowanie sterty cegieł lub pustaków. Mówiło się o skansenie w Popławach koło Pułtuska, jakoś nie wyszło. Kiedyś – tak mówiono – zabrakło woli politycznej. Dzisiaj się mówi, że brakuje pieniędzy. Woli też zresztą brakuje, nie tylko politycznej. 





Tak się kiedyś budowało, jeszcze się na trochę na takie budowanie załapałem. Na tych fotografiach udało mi się uchwycić szczyt w geometryczne wzory na budynku ze wsi Porządzie Góry, i w wyższej jego części motyw słońca z promieniami. A we wsi Dąbrowa Trzecie Pole ten motyw słońca jest już zgeometryzowany i nad tym drugim rogale, kończące deski wiatrownic, przytrzymujących strzechę  od zewnętrznych boków. To były malownicze wioski, trochę ich żal, nowe jest jakieś takie bez wyrazu. Warto jednak szukać po przysiółkach, koloniach pod lasem, tam jeszcze coś z dawnej atmosfery puszczańskiej wsi się ukrywa.

Zanim wymyślono rakotworczy eternit, którym epoka gierkowska w PRLu pokryła całą Polskę jak długa i szeroka, budynki wiejskie kryto przede wszystkim słomianą strzechą. Taka bardzo okazała strzecha jest na zdjęciu najniższym, to już nieistniejący dom we wsi Sadykierz koło Obrytego. Stał po drugiej stronie drogi obok kościoła. był przedwojennym dworem i to nie była zwykła chałupa, choć budynek nakrywała słomiana strzecha. Po wojnie służył jeszcze jako wiejska szkoła. Budynek stał jeszcze około roku 2000. Sfotografowalem go kilka lat wcześniej; zdjęcie jest poniżej. 

 

Dzisiaj rolnicy po wsiach nie budują domostw z drewna, pozostawiając tego rodzaju budowanie przybyszom z miasta, osiedlającym się na wsi po to, by wypoczywać i sadzić kwiatki, a nie siać i zbierać zboże. Drewniane jest dzisiaj droższe od murowanego,  budarzy też brakuje i nawet do stawiania letniaków sprowadza się cieśli z Podhala. Szkoda, bo chałupa kurpiowska była udanym tworem, zwracała uwagę doskonale wyważoną proporcją pomiędzy dwuspadowym dachem, a bryłą budynku. Najstarsze chaty nie miały fundamentów i stawiano je wprost na piasku. Później zrąb opierano na luźnych kamieniach lub podmurówce z kamieni. Ściany zrazu stawiano z ociosanych pni sosnowych, później wiązano z cieńszych belek, stosując konstrukcję sumikowo-łątkową, a jest to konstrukcja bardzo stara, znana m.in. z terenu Biskupina z wieków VII-XV przed n.e. Wobec rosnącej ceny drewna poczęto później stosować "sialunek", szalując, tj. obijając ściany pionowymi deskami z zewnątrz. 




Szczyt chałupy kurpiowskiej odróżnia ją od wszystkich innych w kraju i jeżeli np. na Mazurach zobaczy się podobny, nie ulega wątpliwości, iż został tam wprowadzony przez Kurpiów.  Przeciwnie, niż dwory szlacheckie, zawsze niemal stojące do drogi frontem, chałupy kurpiowskie były zwrócone do drogi szczytem. Dlatego też ten szczyt był bardzo ozdobny. Wierzchołek wieńczyły ozdobnie wycięte zakończenia desek "wiatrówek", tzw. rogale. "Śparogi" to określenie z Puszczy Zielonej, w Puszczy Białej nazywano je "rogalami". Były one ważnym elementem zdobnictwa, jak i nieco późniejsze "pazdury".

Rogale miały być może znaczenie kultowe, a swoim zasięgiem przekraczały granice Polski, sięgając Wielkorusi i Skandynawii. Różnorodność form rogali wynikała najczęściej z indywidualnej interpretacji motywów głów zwierzęcych i ptasich. Najpopularniejszym był motyw rogów baranich, także motyw końskich głów, niekiedy toporków. Rzecz charakterystyczna;
ze wszystkich elementów tradycyjnej chałupy kurpiowskiej z Puszczy Białej to był bodajże najpierwszy element, który zaniknął. Cały trójkąt szczytu, zwłaszcza część górną, pokrywano motywami geometrycznymi z niewielkich, heblowanych desek, pojawiał się też niekiedy motyw słońca. Również ozdobne bywały deski i belki konstrukcji, drzwi i okiennice, deski "kożuchowania" tj. okładzin węgłów chałupy, a wreszcie tak wspaniały element zdobniczy, jak gzyms nadokienny.   Różnorodność tego gzymsu, tzw. "koruny", była tak ogromna, że w jednej wsi o stu domach, żaden z motywów się nie powtarzał! Nigdy za mało ozdób - to było naczelne hasło snycerki, używanej w chałupie kurpiowskiej. 





Niezwykłość zjawiska, jakim była chałupa kurpiowska, podkreślony jest przez fakt, iż ten rodzaj budowania trwał niesłychanie krótko, właściwie zaledwie około pół wieku! Chałupy z połowy XIX wieku jeszcze nie miały ozdób. Bogate zdobienie tutejszych chałup zostało przejęte z rozwijającego się zdobnictwa miejskich domów drewnianych i drewnianych willi podmiejskich. Było to echo modnej na przełomie wieków XIX i XX  interpretacji budownictwa letniskowo uzdrowiskowego. Na zachodzie Europy styl ten znalazł najsilniejszy wyraz w pawilonach wystawy wiedeńskiej w 1873 roku i wystawy paryskiej w roku 1878. W Rosji carskiej pojawiło się dodatkowe natchnienie w specyficznym zdobieniu budownictwa ludowego. Zwłaszcza po zakończeniu I wojny światowej, gdy wiele wsi uległo zniszczeniu, pojawili się różni rzemieślnicy oferując usługi, przynosząc nową technikę i nowe wzory zdobnicze, a miejscowi fachowcy musieli się do tego dostosowywać. 




Chałupa rząśnicka ma niewątpliwie najbogatszy program zdobniczy w całym regionie — rzeźbione belki "szczytówki" i "opasia" i imponującą polichromowaną snycerkę. Są w tej chałupie „koruny" ozdobnych gzymsów, z symetrycznie rozmieszczonymi kogutkami i ukwieconymi gałązkami, inne nad oknem ściany szczytowej, inne ponad oknami frontowymi. Jest tutaj zdobione kożuchowanie węgła, a przede wszystkim ganek przyzbowy i drzwi wejściowe, rzeźbione i polichromowane. W stosunku do budowli pierwotnej brakuje zniszczonej już furtki ganku, która była utrzymana w tym samym stylu; widoczna ona jest w wydanej w roku 1972 książce Marii Żywirskiej „Puszcza Biała, jej dzieje i kultura”.


Po zakończeniu pierwszej wojny światowej w budownictwie ludowym nastąpiły wielkie zmiany z powodu zniszczenia wielu wsi. Jak pisał Przemysław Burchard, wtedy z różnych stron zbiegli się rzemieślnicy oferując usługi. Fachowcy ci przynieśli nową, jeszcze doskonalszą technikę budowlaną — i nowe wzory zdobnicze. Miejscowi rzemieślnicy musieli naśladować te wzory, by nie stracić chleba.  Niezwykle często tymi fachowcami byli cieśle i snycerze żydowscy, jak przez Burcharda wymieniony Jankiel Ogórek z Ciechanowca. Jan Zaręba z Rząśnika dobrze podpatrzył modne wzory. Proszę się przyjrzeć tym drzwiom, są niepowtarzalne, nigdzie indziej nie spotykane.  


Do tych wspaniałych drzwi Jan Zaręba dodał jeszcze jeden element: jest to biały orzeł, widniejący pośrodku urodziwej snycerki pod szczytem dachu przyzbowego ganku. Ten orzeł jest niewątpliwie wyrazem radości autora tej realizacji, radości z długo oczekiwanej niepodległości, którą przyniosły ojczyźnie rezultaty dopiero co zakończonej wojny. To również dowód patriotyzmu, tak mocno zakorzenionego wśród Kurpiów. Na coś więcej, niż tylko na oklaski zasługuje ta rząśnicka chałupa.  Czapki z głów, proszę państwa, tak przed budowniczym, jak i przed obecnymi gospodarzami tej chałupy. Bo ona wciąż jest zamieszkała.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


..............