piątek, 23 kwietnia 2021

Krajobraz z bobrem w tle.


Krajobraz ze zdjęcia, które rozpoczyna to opowiadanie, jest dziełem bobra. Bóbr albowiem, prócz wielu różnych umiejętności, posiadł jeszcze jedną: jest znakomitym architektem krajobrazu. W czasach mojej wczesnej młodości do  ulubionych moich książek o zwierzętach należały  "Sejdżio i jej bobry" oraz "Pielgrzymi puszczy",  które napisał Grey Owl, traper z dalekiej Kanady, albo „Kanada pachnąca żywicą” Arkadego Fiedlera, a jeszcze później „Nad rzeką bobrów” Erica Colliera.  Och, jakże chciało się wtedy pojechać tam, na północ Ameryki, do tej pachnącej żywicą Kanady, gdzie bobry budują swoje tamy i żeremia. Wydoroślałem, postarzałem się, a wędrując po współczesnych księgarniach nie natykam się już na  tytuły książek, które kształtowały wyobraźnię mojego pokolenia. W międzyczasie Kanada przyszła do mnie. Dzięki bobrom. 

Wędruję po Mazowszu już od pół wieku i coraz częściej natykam się na krajobrazy dotąd znane mi tylko z książek mojej młodości. Zaledwie kilkanaście lat temu bobry poczęły zmieniać krajobraz w Puszczy Białej. Jest ona puszczą sosnową o bardzo mazowieckim wyrazie, aż tu nagle, nie wiadomo jak i kiedy, pojawiły się w niej bobry i odkryły jakieś małe strumyczki i kanałki melioracyjne, przez przeważającą część roku suche, bezwodne. Bobry doszły zapewne do wniosku, że to da się urządzić po swojemu. No i zaczęły  swoje gospodarowanie. Niemal tuż obok drogi szybkiego ruchu, słychać stamtąd szum mknących po niej samochodów, w uroczysku Prochowo zaczął cieszyć moje oczy niemal kanadyjski pejzaż bobrowych rozlewisk. I to tuż obok szerokiej leśnej drogi gospodarczej, bardzo akuratnej dla złośliwych harwesterów. W środku krajobrazu pojawiło się okazałe żeremie, przed nim tama, w okalającym rozlewisko lesie leżały powalone przez zwierzątka brzozy, wszystko wielce fotogeniczne, aż odchodzić się nie chciało. Zachodziłem więc o różnych porach roku.


Oprócz człowieka tylko jedno jeszcze stworzenie potrafi kształtować krajobraz. Jest nim bóbr, zwierzę niewielkie, bardzo pracowite, dla przeciętnego człowieka praktycznie niewidzialne. Mieszkają bobry  w norach, wydrążonych w stromych brzegach rzek,  kanałów i jezior. Rzadziej spotykane są  żeremia, jak nazywane są domki bobrowe, budowane przede wszystkim tam, gdzie jest na tyle wystarczająca baza paszowa, iż bobry  zamierzają tam pozostać na dłużej. I do nor, i do żeremi, wejście znajduje się pod wodą. W środku dnia zobaczyć bobra niemal nie sposób, swoje mieszkania zwierzęta opuszczają najchętniej dopiero o zmroku, a razem z brzaskiem dnia umykają przed ludzkim okiem i pewnie wiedzą, co czynią, bo to mądre zwierzątka. Najczęściej pozostają nam do oglądania powalone przez bobry drzewa, ogryzione z kory pnie, jak nożem ścięte gałązki krzewów.   

Środowisko ma z obecności bobra korzyści więcej, niż szkód, aczkolwiek trzeba przyznać, iż w tej chwili bobry w wielu miejscach stały się już problemem, podtapiając wiejskie zagrody, pola uprawne i drogi jezdne. Tworząc rozlewiska i jeziorka, urozmaicają nasz pejzaż, woda bowiem bardzo „ubiera” środowisko, przy okazji odtwarzają korzystne  warunki bytowania dla wielu cennych gatunków fauny i flory. Wymieniając listę pożytków, płynących z obecności bobra, należy wspomnieć, że fachowcy obliczyli skrupulatnie, iż ogólny przyrost biomasy roślinnej wywołany gospodarką bobrów jest większy, aniżeli ubytek masy drewna wywołany zgryzieniami.  

To nie jest zwykła sterta gałęzi, przy której stoję. To jest bobrowe żeremie, pałac po prostu, a nie zwykły rodzinny dom niewielkiego, poczciwego w gruncie rzeczy ssaka.  Zdjęcie zrobione przed kilku  laty –  czasem mi się wydaje, że  dopiero co –  wtedy, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy wszyscy, że przyjdzie to nas pandemiczna zaraza i mocno pozmienia nam codzienne życie. Nieco teraz unieruchomiony, coraz częściej sięgam do swoich wspomnień. Mam ich trochę. Pośród nich sporo takich, o których najczęściej mówi się krotko: niezapomniane. 

Właśnie teraz, gdy wczesna wiosna zakotwicza się za oknem mojego mieszkania,   powróciły do mnie wspomnienia z kwietniowej wyprawy do bobrowego królestwa nad Lubiczą koło Stoczka w Lasach Miedzyńskich. Dopiero co  minęła już czwarta rocznica moich tam ostatnich odwiedzin. Tamte lasy rosną na wschodnich kresach Mazowsza, tuż obok jego historycznej granicy z Wielkim Księstwem Litewskim, istniejącej przez kilka wieków, aż do roku 1569!  Wchodząc na te tereny powinno się to wiedzieć. Ta wiedza wzmacnia wartość emocjonalną terenu, to nie ulega wątpliwości.  Oczywiście, są w tych lasach zręby i wyręby, nowiny i młodniki, są to albowiem lasy gospodarcze, z których wycięte drewno ma przynosić państwu dochód, ale  jest kilka miejsc nadzwyczajnych. 

Do królestwa bobrów nad Lubiczą niełatwo trafić, o wczesnej wiośnie przede wszystkim. Woda broni dostępu. Wszystko zdaje się być tam  nasiąknięte wodą. Głównie za sprawą bobrów, one bowiem na Lubiczy gospodarują, woda jest ich domowym środowiskiem, w swoim własnym interesie budują więc tamy, aby tej wody było jak najwięcej i żeby żaden niepożądany gość nie miał dostępu do bobrowego domu, do żeremia. 

Był kwiecień, w nadrzecznych łęgach ścieliły się zawilce, a wokół trwały ogromne rozlewiska. Przy pomocy lornetek wypatrywaliśmy z przyjaciółmi żeremi, poukrywanych wśród tych rozlewisk bobrowych. Doliczyliśmy się aż sześciu  na kilometrowym odcinku rzeczki. Dla mieszczuchów, wychowanych na wędrowaniu  pośród podwarszawskich wydm, wędrówka przez taki łęgowy las była niewątpliwą egzotyką. Nie było mnie tam czas jakiś. Ciekawe, czy żeremia są tam nadal? I czy nadal jest ich  tam tak wiele. 

Wtedy, gdy zaczynałem zaprzyjaźniać się z przyrodą, na Mazowszu bobrów nie było. Od dwustu lat zresztą. Pierwsze bobrowe żeremie oglądałem na rzeczce Hwoźna w Puszczy Białowieskiej, znajdowało się tuż przy granicy. Aby być przy nim o świcie, w ciemnościach nocy szedłem ku niemu kilka kilometrów przez puszczę. Długimi minutami stałem później w pobliżu żeremia, zdawało mi się, że bardziej przypominałem roślinę, niż człowieka, ale bobry pokazać się nie chciały. Pierwszego bobra zobaczyłem w Osowcu nad Biebrzą. O świcie, oczywiście. Pokazowo się pokazał. Płynął cichutko z gałązką w zębach. Prezentował się uroczo.

Bobry pracują na ogół tylko nocami, jak wytrwali drwale umieją położyć pokotem znaczne powierzchnie zagajników, sąsiadujących z ich wodnym terytorium. Czasem można zobaczyć ogromne nieraz drzewa, które zwierzątka usiłują ściąć, potężne topole i nawet dęby. Już na pierwszy rzut oka widać, że to zabieg daremny, że za żadne skarby tych olbrzymów bobrom nie uda się powalić. Po co to one robią? To, co najsmaczniejsze, znajduje się na górze drzewa, ta młoda kora, te młode gałązki, świeże listki. Co się da, ze zrębu zostanie chybko sprzątnięte, zaciągnięte dla umocnienia tamy, jesienią zmyślnie przytwierdzone do dna rzeki, aby w zimie  bóbr mógł korzystać z takiej spiżarni bez konieczności przebijania lodu i wypływania na zmrożony, zimowy świat. 


Te trzy potężne topole nadwiślańskie ze zdjęcia powyżej, sfotografowałem nad Wisłą kolo Jabłonny. O ich ogromie zaświadcza ludzka sylwetka tuż obok. Wygląda na to, że robotę zaplanowały bobry ma długo, czy aby nie na zmarnowanie ten ich wysiłek. Ale one mogą naprawdę dać radę takiemu drzewu? Ale  niedaleko od tych trzech sokor była czwarta, już powalona. Ciekawe, czy pracował przy tym jeden osobnik, czy też większy zespół rodzinny. Ile też czasu zabrała im ta robota?

Na Mazowsze bobry zaczęły powracać od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ich powrót należy do największych osiągnięć człowieka w dziedzinie ochrony przyrody w naszym regionie. W roku 1980 wpuszczono bobry na bagna Puszczy Kampinoskiej, wkrótce potem znalazły się nad Wilgą i nad Rawką. Tych pierwszych nad Rawką kolo Kamiona wypatrywaliśmy o nocnej porze z pewnym nastolatkiem, mnie się zobaczyć bobra nie udało, a on zobaczył płynącego. Uzdolniony z niego był obserwator przyrody i zostało mu to do dzisiaj. Swoimi umiejętnościami podglądania dzikiego zwierza dzieli się teraz z innymi w swoich artykułach, książkach i filmach. Nazywa się Adam Wajrak. świetnie także fotografuje. Od niego pożyczyłem do tego blogu zdjęcie bobra. Mam nadzieję, że mi tę nieuzgodnioną pożyczkę wybaczy.



Rojno się teraz porobiło od bobrów nad mazowieckimi  wodami. Nie tylko rzeki bobry zasiedliły, spotykane są także  nad kanałami melioracyjnymi, a ślady ich żerowania nie są niczym nadzwyczajnym na Wiśle w granicach Warszawy, okazałe żeremie wybudowały w Lesie Bemowskim.  Dzisiaj  bóbr wydaje się być uratowanym dla naszej przyrody, acz nadal jest gatunkiem zagrożonym.

Nieźle mają się na Mazowszu bobry.  Ich obecność w przyrodzie znacznie podnosi wartość emocjonalną terenu. Przede wszystkim jednak są to zwierzęta nadzwyczaj dla człowieka pożyteczne! Budując tamy hamuje spływ wód roztopowych i opadowych tworząc naturalny system retencyjny. Bardzo to w naszym kraju potrzebne, jak bowiem wiadomo powszechnie, Polska cierpi na poważny niedobór wody. I jeszcze teraz, gdy o letniej porze klimat coraz bardziej zatrąca o tropik.

Nad Lubiczą byłem  zawsze przy dziennym świetle, widok bobrzych tam, rozlewisk i żeremi musiał mi wystarczać. Nie jestem fotografikiem od zwierząt, jak wielu, wystarczy mi, że mogę patrzeć, podziwiać i kontemplować. Nie mam specjalnej ochoty, aby bobrom przeszkadzać w ich conocnych staraniach o utrzymanie, ostatecznie byłem wszak nieproszonym gościem. Idę więc zajrzeć do Moczydła.

Są dwa  rezerwaty w Lasach Miedzyńskich. Niedawno powstał Turzyciec, starszym od niego rezerwatem jest Moczydło, jest też łatwiej dostępnym,  zbudowano nawet  wygodną ambonę obserwacyjną, widać z niej wszystko jak należy.  Na stosunkowo niewielkim obszarze rezerwatu znajduje się i śródleśne bagno, i jeziorko o zarastających brzegach (z żeremiem pośrodku), jest tam  również  torfowisko wysokie w pionierskiej fazie, a także roślinne zbiorowiska szuwarowe oraz sięgające wieku 130 lat bory sosnowe ma obrzeżach. 

To jedno z kilku znajdujących się w okolicy jeziorek dystroficznych. Mają one bardzo charakterystyczny rys indywidualny, pejzaż takich jeziorek tchnie spokojem tak wielkim, że jest w stanie ukoić nawet największe zdenerwowanie. Turyści docierają tu rzadko. Są jednak warszawiacy, którzy prawie co roku tutaj przyjeżdżają specjalnie, aby napaść oczy widokiem jeziorek. Najchętniej bywam tutaj w pojedynkę, a jeszcze do tego w ciszy pogodnego przedwieczoru. Odnajduję wówczas to wszystko, co zabiera z życia hałaśliwa cywilizacja miejska.  

Post scriptum znad rzeczki Małej


Okazuje się, że czasem nie trzeba się już wyprawiać daleko od Warszawy, aby móc zobaczyć i przeżyć krajobraz wyjątkowy. Który zawdzięczamy przede wszystkim bobrom. Oto ich dom z nad podwarszawskiej rzeczki.

„Zrobiłem dziś 20 km wzdłuż Małej – tydzień temu otrzymałem wiadomość na whatsapie  –  od ujścia w Konstancinie do Jeziorki po źródła pod Górą Kalwarią. Z tego jedna trzecia przez bagna. Niesamowite przeżycie na mazowieckim niżu.” Wiadomości towarzyszyły zdjęcia. A na nich krajobraz jak z bagien biebrzańskich. Pośrodku tego pejzażu na jednym zdjęciu nadawca wiadomości, a na drugim potężne żeremie.  Kilka dni po tej lapidarnej wiadomości, przyszedł obszerniejszy list od jej autora, Adama Robińskiego, zaprzyjaźnionego ze mną młodego dziennikarza, który specjalizuje się w pisaniu o przyrodzie. Właśnie zbiera materiały do kolejnej swojej książki, będzie ona o bobrach, a wydaje książkę Wydawnictwo Czarne. Wypatrujcie tej książki, mili Czytelnicy, autor wie o czym pisze i umie o tym opowiadać! 

 „Nad Małą jestem często, ale zwykle ograniczam się do odcinka koło Solca. A teraz z kolegą, który tam mieszka, postanowiliśmy przejść całą rzekę, tak jak trzeba, od ujścia aż do źródła. Jakby to była Amazonka. Po tych kilku dniach deszczu z ubiegłego tygodnia wysoki poziom był na całej długości, nawet w parku zdrojowym w Konstancinie. A od Solca to już było szaleństwo. Jeszcze w Solcu wpadłem zresztą po pierś do wody, próbując przejść przez jeden z kanałów. Potem to się powtarzało, kombinowaliśmy jak się tylko dało. A już prawdziwe bagno zaczęło się w olsie za stawami w Baniosze i ciągnęło się aż do Ługówki. Olsy, łąki, torfowiska, wszędzie woda. Przypuszczam, że nieczęsto tak tam jest. Kolega mocniej siedzi w temacie tej Małej i twierdzi, że jest plan utworzenia tam użytku ekologicznego, ale jak dla mnie spokojnie można by zrobić większy rezerwat.

Ostatnio już całkiem porzuciłem łażenie z aparatem, zwykle biorę tylko lornetkę, a fotki robię telefonem. Aparat jakoś mnie za bardzo odciąga przeżywania tu i teraz. Dlatego zdjęcia nie są wybitne.”  Może i nie są, rzecz do dyskusji, natomiast pejzaż wybitnie jest piękny, to nie ulega wątpliwości. No i proszę sobie wyobrazić, to wszystko jest pośrodku Lasów Chojnowskich, popularnego terenu spacerowego mieszkańców Warszawy. Na zwykłej rzeczce o nazwie Mała...

Nie tylko kanadyjskie krajobrazy  zawdzięczamy bobrom na naszym Mazowszu. Jest już także Amazonia i to bardzo blisko od stolicy średniej wielkości kraju w środku Europy... 

    ......................................................................................


środa, 7 kwietnia 2021

 


Wawrzynek w Wymiękliźnie albo piękna trucicielka, czyli kilka opowieści o pewnej roślinie.

    Takie sobie, bardzo przeciętnej urody drzewostany sosnowe otaczają rezerwat Wymięklizna, znajdujący się w pozostałościach Puszczy Osieckiej koło Sobieni Jezior. A w rezerwacie obok fragmentów lasu stosunkowo młodego, co naturalne, są również  starodrzewy w godnym szacunku wieku, dochodzące lat 120. Gdyby nie ten rezerwat, zostałyby przerąbane lub nawet  wycięte w pień, bo taka jest rola wiekowych drzew w ich wieku.  A w rezerwacie las jest podniecająco interesujący. Drzewostany są wielogatunkowe, liściaste, iglaste i mieszane, wszystkie o znacznym stopniu naturalności. Największą powierzchnię zajmują las mieszany wilgotny, bór mieszany wilgotny, bór trzęślicowy, bór mieszany świeży i ols jesionowy, prawie wszystko to przedwiośniem bywa podtopione, bez gumiaków na nogach wędrowców nie przepuści, przerabiałem to i wiem, co piszę.
      Nie wdając się w szczegółowy opis przyrody rezerwatu, wypada jednak wspomnieć o tym, iż zwłaszcza w środkowej jego części, rosną łęgi, a w nich, wśród starych olszy można zobaczy ponad stuletnie, wysokie jesiony. Tak dobrze zachowane jesionowe lasy łęgowe to duża rzadkość i niewiele jest tak imponujących zgrupowań starych jesionów leśnych, bowiem ze względu na dużą wartość gospodarczą tego gatunku drzewa, został on bardzo wytrzebiony w polskich lasach i stare jego drzewostany są dziś dość dużym ewenementem.


    Wszędzie niemal, nawet na leśnych duktach, można spotkać roślinę, dla której rezerwat został utworzony. Ona jest tutaj bohaterką i jej o przedwiośniu przypadło grać główną rolę. Jest tutaj jej zapewne najbogatsze na Mazowszu stanowisko i jedno z najcenniejszych w środkowej Polsce. Prawdziwie atrakcyjny okres w życiu tej rośliny zaczyna się niekiedy już przy końcu zimy, gdy przedwiośniem pojawia się na jeszcze bezlistnych krzewach jej fiołkowe, mocno pachnące kwiecie, ale trwa również jesienią, gdy na krzewinkach dojrzewają czerwone, lśniące owoce.
     Wawrzynek wilczełyko to bardzo urodziwa i dość rzadka roślina, wspaniały zabytek przyrody, jeden z pierwszych zwiastunów wiosny, ubogacający nam ziemię. W średniowiecznej Europie uważano go za niezwykle groźną truciznę. Tadeusz Traczyk w popularnym atlasie roślin lasu liściastego przestrzega z naciskiem: "Uwaga. Wszystkie części tej rośliny są trujące. 10-12 zjedzonych owoców może spowodować śmierć człowieka!"
         Na Słowiańszczyźnie w przeszłości wawrzynek był używany jako środek kosmetyczny. Wywołuje bowiem zaczerwienienie skóry, dzięki oddziaływaniu drażniącemu lub pobudzającemu. Słowaczki myły sobie twarz wywarem z wilczegołyka, aby za pomocą tego wywaru, sporządzanego z gałązek krzewu, uzyskać "pięknie czerwone" policzki. Na wschodnich krańcach Słowiańszczyzny spowodowana takim myciem opuchlizna miała wywoływać efekt pełnej i krągłej twarzy. 
     W Rosji nazywają tę roślinę "pożujłyczkiem". Dla zabawy dzieciaki wręczają nieświadomemu gałązkę, ciesząc się, gdy potem pluje on z niesmakiem. W Polsce wawrzynek bywa niszczony dla urody swojego kwiecia, stając się rośliną rzadką lub w pewnych regionach nawet bardzo rzadką. Jest rośliną chronioną, lecz któż o tym wie naprawdę? Piękny i groźny dla człowieka, jest lubiany przez ptaki, które - o dziwo! - bez szkody dla siebie zjadają jego czerwone owoce.  

  Boski Apollo ściga piękną Dafne. Obraz z paryskiego Luwru.


    Łacińska nazwa wawrzynka wilczełyko brzmi: Daphne mezererum. Nazwa ta ma swój rodowód w starych, greckich mitach. Dafne była nimfą górską, kapłanką Matki Ziemi, zalecał się do niej Apollo. Gdy wreszcie udało mu się spotkać ją samą i już miał nastąpić finalny efekt uwiedzenia, wtedy nimfa wezwała na pomoc Matkę Ziemię, która porwała ją na Kretę. Zamiast niej Ziemia postawiła przed Apollonem drzewo laurowe, a ten z liści tego drzewa uplótł sobie wianek, aby się pocieszyć. Nosi go na wszystkich niemal rzeźbach starożytnych. 

      Imię nimfy, jak napisał Robert Graves, "jest skrótem słowa daphoene - >krwawa< bogini w nastroju orgiastycznym, której kapłanki, menady, żuły liście lauru jako środek podniecający i od czasu do czasu biegały przy pełni księżyca, napadały na nieostrożnych podróżników i rozszarpywały dzieci i młode zwierzęta" [Robert Graves: "Mity greckie".1955].
    Drzewa laurowe z wawrzynem szlachetnym na czele, występują w krajach śródziemnomorskich; bardzo często w zwartej gęstwinie krzewów wiecznie zielonej makii. Są ładne, lecz gdzie im do urody naszego wawrzynka. Jego ciemnoróżowe kwiaty silnie pachną, a ten zapach niekiedy wcześniej się odczuwa, niż zobaczy samo kwiecie. Kwiaty są skupione w niewielkich pękach tuż przy samej gałązce. Mocny zapach zwabia liczne gatunki owadów, które od rośliny w nagrodę otrzymują w darze smakowity nektar. 





        Niewiele jest krzewów wawrzynka na Mazowszu i gdyby je wszystkie zinwentaryzować być może nie byłoby nawet tysiąca. Z tego jednak około stu pięćdziesięciu krzewów doliczyłem się w Wymiekliźnie, jeszcze zanim utworzono tam w 1996 roku leśnym rezerwat przyrody. Gdy prawie pół wieku temu  pierwszy raz ujrzałem tak masowo występujący tutaj wawrzynek, natychmiast zgłosiłem to bogate stanowisko konserwatorowi przyrody, wówczas uroczysko  znajdowało się w woj.siedleckim. Dzięki zabiegom ówczesnego konserwatora siedleckiego, pana Zbigniewa Kaszuby, powstał ten rezerwat na powierzchni ok.68 ha.  


         Doskonale pamiętam swoje pierwsze odwiedziny tego lasu, gdy rezerwatem jeszcze nie był. Trafiłem w porze, gdy wawrzynek pachniał odurzająco pięknie. Szedłem duktem przez ten las, a wawrzynek zdawał się być wszędzie. To on spowodował, że począłem starania o utworzenia rezerwatu w tym lesie.
          Ćwierć wieku nie było mnie w Wymiękliźnie, nie wiem jak się tam żyje wawrzynkowi, powinienem to sprawdzić, bardzo hciałbym znowu odwiedzić ten las. Ale... już od kilku lat się wybieram i jakoś nie mogę, jak nie to, to tamto przeszkadzało, a teraz ta pandemia zupełnie mi to uniemożliwiła. W tym roku już się raczej na kwitnienie wawrzynkowe nie załapię. Ale może o przedwiośniu roku przyszłego?  Kto wie, może się tam zobaczymy?    
    Wawrzynek zakwita o przedwiośniu, często jeszcze u krańca zimy. Czasem już 1  marca pękają pąki kwiatowe wawrzynków. Czasem  wawrzynki kwitną jak szalone
1 kwietnia. Jak się nie ma kogoś w terenie, kto podrzuci aktualną informację co tam słychać u pięknej trucicielki w Wymiękliźnie, trzeba ryzykować. A czyż nie warto? Bo, czyż nie graniczy to z cudem, iż przetrwały jeszcze tu i ówdzie takie przyrodnicze wspaniałości na naszym Mazowszu?
   


piątek, 19 marca 2021

Frasobliwy...

......................................................................................................................................

 


Nie ulega wątpliwości, że rzeźbiony "świątek" Chrystusa Frasobliwego z przydrożnej kapliczki, jest jednym z symboli naszego, polskiego krajobrazu. W Polsce świątki kojarzą się przede wszystkim z tymi figurkami.

Przywołałem teraz Frasobliwego do swojego blogu, bo pora jest akuratna, zbliża się czas Wielkiego Tygodnia i coraz dramatyczniejsza jest pandemia, z jaką się zmaga świat, a żyć z nią coraz trudniej. Z racji swojego senioralnego wieku jestem już zaszczepiony i to dwoma dawkami, więc powinienem być o siebie spokojnym, ale mój lekarz powiada, że bezpieczny jestem tylko teoretycznie i uważać nadal muszę, również kaganiec na gębie nosić, dystans zachowywać i spotkań z nieszczepieńcami na wszelki wpadek unikać. I jak się tu nie frasować.  

Wróćmy jednak do Frasobliwego, bo o nim ma być w tym poście. Znawca folkloru, prof.Józef Grabowski pisał, że powtarzając w swoistej interpretacji spotykany w kościołach wzór nieludowy, artyści ludowi znaleźli własne rozwiązania formalne i nasilili go spotykanym jedynie u ludowych świątków wyrazem. Powstał więc  twór na wskroś ludowy i tak charakterystyczny, że może być w pełni uważany za symbol polskiej sztuki ludowej. To Polacy ponieśli swojego Frasobliwego na Litwę i z wygnańcami politycznymi przedostał się on do niektórych okolic Rosji.

Z różnych powodów stawiano kapliczki przy wiejskich drogach. Okazji bywało dość: pobożny uratowany od pioruna, od koni, które poniosły, w miejscu cudownego objawienia, dla ochrony przed powodzią, morem, zbójcami, wznosił kaplicę lub kapliczkę — pisał Aleksander Brũckner. Figury Matki Boskiej stawiano w podzięce za opiekę, albo po to, aby jej pomoc sobie zapewnić.  Święty Jan Nepomucen był stawiany przy brodach i mostowych przeprawach, strzegł od powodzi, ale i przed suszą również. Od pożarów był św. Florian, a św.Roch od zarazy, ale był też patronem urodzaju.

 


Ten  z powyższego zdjęcia znajduje się obok kościoła we wsi Jeruzal na skraju Puszczy Bolimowskiej. Widocznie dlatego, że pleban uznał, że go nie może zabraknąć obok świątyni we wsi Jeruzal. Jak powiadają ci, co się znają, z powodu upadku Jerozolimy rzeźbiony polski Chrystus się frasuje. Tutaj jest więc całkiem na miejscu, chociaż chyba z nim coś nie tak, ze wszystkich, jakie znam, jest to jedyny Frasobliwy  w rozmiarze XXL.

Z jakiego powodu pojawiał się na polskiej wsi kapliczny Chrystus Frasobliwy? I dlaczego ta  rzeźba została wzorcowym polskim świątkiem?  Myślę, że ten Frasobliwy jest po prostu jednym z nas, chociaż to Bóg, nasz pan i władca w koronie, ale w cierniowej. Jak i my umęczony, zatroskany. Bo my tacy jesteśmy w tej naszej ojczyźnie: umęczeni. Pańszczyźniani. Jak nie dziedzic i jego ekonom, to przemarsz wojsk, najeźdźca i okupant albo i władza zła, chociaż nasza. Zawsze jest  ktoś nad nami. W pobożnych kościelnych pieśniach słychać to nasze umęczenie, w słowach i melodiach.  Frasobliwy opuścił jednak polskie, wiejskie drogi. Spotkać go dzisiaj możemy w galeriach sztuki ludowej i muzeach, zawędrował w sąsiedztwo kościołów, na skraju wiejskich dróg spotkać go już bardzo, ale to bardzo trudno...  



W świetnym albumie Sztuka Kurpiów Jacka Olędzkiego z 1970 roku znalazło się to zdjęcie z  Puszczy Zielonej.  Kurpiowskie piaski były galerią sztuki - pisano. Często nie ustępującą uznanym ekspozycjom, tak jak w przypadku tego Chrystusa Frasobliwego z końca XIX w. przy drodze w Durlasach koło  Lelisa. Nieprzypadkowo użytkowe wytwory wiejskich bogorobów awansowały do miana sztuki dopiero w początkach XX w., gdy uczona sztuka stylowa "dorosła" do odchodzenia od realizmu. Frasobliwego z Durlasów rzeźbił legendarny Łukasz Raczkowski, którego dzieła zdobią najprzedniejsze galerie sztuki i kolekcje nie tylko w naszym kraju.

W tym obrazie z Kurpiów Zielonych jest zawarte to wszystko, o czym tutaj mówimy. Frasobliwy jest jednym z mieszkańców tej ziemi, który zatrzymał się na poboczu piaszczystej drogi (pamiętam z lat dawnych, że tam były wyłącznie piaszczyste drogi. Taką ziemię z Kurpiów zapamiętałem ze swoich pierwszych tam wypraw przed pięćdziesięciu laty. Pamiętam też takie pojedyncze stare sosny na skrajach wiosek, pozostałości ogromnej niegdyś puszczy, która miała nas strzec od północy przed najazdami sąsiadów z ziem nadbałtyckich). Na tym zdjęciu fotograf uchwycił klimat tamtego czasu. Przyznam się, że ze wzruszeniem się tej fotografii przyglądam.


Wiesław Myśliwski w jednym z numerów Twórczości pisał o kresie kultury chłopskiej.  Że z natury rzeczy kultura chłopska to kultura bytu i miejsca, zamknięta w kręgu człowiek – ziemia – przyroda. Że motywacją istnienia było jedynie trwanie i przetrwanie. Kultura chłopska – kontynuował pisarz -  „to kultura zgody z losem, afirmująca życie takie, jakie przypadło człowiekowi w udziale, odpowiadająca na pytanie, jak żyć, kiedy żyć się często nie dawało, jak odnaleźć pył swojego istnienia w chaosie wszechrzeczy, jak przemijać z pokorą. (...) Chrystus Frasobliwy, to arcydzieło polskiej sztuki przestrzennej, jest przecież chłopskiej proweniencji. To Bóg z chłopskiej doli, zatroskany jak chłop i bezradny jak chłop. Synteza losu, nie tylko rzeźbiarska forma. Kto ją pierwszy wyrzeźbił, składał Bogu w ofierze swoje poniżenie, swoją nadzieję”. Dzisiaj – konstatuje Myśliwski – Frasobliwy został „utowarowiony”, stał się przedmiotem handlowym, jako wyraz tzw. kultury ludowej, a owa kultura ludowa nie jest jednoznaczna z kulturą chłopską. 
 

Jakoś tak się ułożyło, że na naszym Mazowszu  nie ma zbyt wielu Frasobliwych. A stąd właśnie, z okolic Garwolina pochodzi znakomity, pełen wyrazu Chrystus Frasobliwy, który na dodatek jest najstarszym z przydrożnych, jakie się zachowały w Polsce. W roku 1650 umieszczono  go w kapliczce przydrożnej we wsi Anielów na poludnie od Garwolina.  Pierwsze informacje o tej wiosce pochodzą dopiero z lat osiemdziesiątych XIX wieku. Figura została wyrzeźbiona ponad trzysta lat wcześniej. Jak to się stało, że tam się znalazła? nie we wsi, lecz na odludziu? czy wtenczas było to odludzie?                     

Dopiero po II wojnie światowej odkryto wartość tej figury. Jak wiele innych zabytków sztuki na Mazowszu, tak i ten w czasie ich inwentaryzowania odkryły panie Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska. W terenie, na miejscu w Anielinie jest dzisiaj kopia rzeźby, oryginał znajduje się w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. Specjalnie tam pojechałem, aby rzeźbę zobaczyć i sfotografować. Jest wielką ozdobą tego muzeum, było nie było jest to najstarsza zachowana w Polsce drewniana kapliczka słupowa. Wyciosana jest w pniu, na frontowej ścianie umieszczono napis będący fragmentem popularnej do dziś pieśni suplikacyjnej: Święty Jezu, święty i mocny, święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami. 

Oryginalna rzeźba jest niepolichromowana, wykonana z surowego, spękanego przez lata drewna. Kopia z Anielowa w zasadzie jest wierna oryginałowi, ale nie wiadomo dlaczego pomalowano ją na różowo. Gdy dokładniej się przyjrzeć i porównać zdjęcia obu, na pierwszy rzut oka widać, że kopia wyrazu oryginału nie ma zupełnie.  W Anielowie też byłem, a jakże. Pośród zieleni mazowieckiego pejzażu nie najgorzej  tam wygląda ten na różowo pomalowany Frasobliwy. 

Inwentaryzacja krajoznawcza z czasów PRL odnotowywała  figury Frasobliwego w kilku wioskach Kurpiów Zielonych, we wsi Sul koło Kadzidła, w Brzozowym Kącie... Nie bylem tam całe lata, czy one tam jeszcze stoją? Dobrze byłoby wiedzieć. A były tam kapliczki z Frasobliwym przepiękne. Jak ta poniżej, ona jest z Gąsek koło Ostrołęki, sfotografował ją Jacek Olędzki i w czarno białej reprodukcji pomieścił w swoim albumie z 1970 roku.


Przyglądam się temu świątkowi w zachwyceniu. Kurpiowskim zwyczajem postać Frasobliwego jest obleczona w szatę jakby zakonną, w zakrywającą całe ciało suknię, inaczej niż na środkowym Mazowszu, gdzie Frasobliwy jest półnagi, odziany tylko w przepaskę biodrową, jak ten z Sierpca, ze zdjęcia zaczynającego ten blog, albo jak ten z Anielowa. Największe wrażenie w tej kurpiowskiej  rzeźbie robi na mnie twarz! Zwyczajna, kurpiowska i mazowiecka. Ot, usiadł sobie sąsiad przy drodze i się zadumał. Po prostu, zwyczajnie, jak każdy. Ten usiadł pod dachem pośród krajobrazu wiejskiego w kurpiowskich Gąskach. Taką twarz mógł wyrzeźbić naprawdę wielki artysta. Chociaż nie kończył żadnej szkoły, ani kursów. Jak i kowal, który tak pięknym krzyżem własnej, kowalskiej roboty, przyozdobił szczyt domku, skrywającego głównego kapliczki bohatera. Takie i jeszcze ładniejsze  żelazne krzyże były specjalnością Kurpiowszczyzny. 


Czasem, zupełnie przypadkowo, na Mazowszu wciąż można trafić na kapliczkę, w której skrywa się Frasobliwy. Najczęściej nie jest to żadne dzieło sztuki, ot taki sobie, najzwyklejszy wiejski Chrystus Frasobliwy. Jednego takiego sfotografowałem nie tak dawno we wnętrzu kapliczki na wschodnim Mazowszu.  Ileż ludzkich modlitw  unosi się wewnątrz tej kapliczki! Z każdym świętym obrazkiem związana jest jakaś intencja, podziękowania za okazane łaski, prośba o pomoc w strapieniu. Jaka kryje się za tym Chrystusem Frasobliwym? Dlaczego on się tutaj znalazł, kto go tutaj umieścił i dlaczego?  Tę kapliczkę trafiłem w okolicach Siennicy. Pstryknąłem zdjęcie i swoim małym fiacikiem pojechałem dalej. Nie zapisałem obok jakiej miejscowości ona kapliczka stoi. Nie mam zdjęcia całej kapliczki. Mam do siebie żal.

 

W całkiem sporej wielkości murowanej przydrożnej kapliczce we wsi Lesznowola koło Grójca znajduje się wnęka, a w niej skrywa zachwycający Chrystus Frasobliwy, skromny, taki jak należy. Jest na fotografii poniżej, nie moglem się mu oprzeć, na zdjęciu mieć  go musiałem. Kapliczka w której jest umieszczony, jest wysoką, kilkupiętrową budowlą, wystawioną w roku 1891 i najprawdopodobniej w intencji ustąpienia epidemii cholery; ustąpiła dopiero pięć lat po wystawieniu kapliczki. 

W wieku XIX kilka razy cholera nawiedzała Mazowsze, ostatnia w swoich końcowych latach, zabierała tysiące ofiar. W epidemiach powinniśmy więc być biegli. Dlaczego więc teraźniejsza zaraza tak bardzo  spokoju nie daje? Dziewiętnastowieczna cholera została w jednym z najbardziej popularnych polskich przekleństw: o żesz ty, cholero jedna. Ciekawe, jak wśród polskich przekleństw umości się koronawirus, albo covid. Ty, kowidzie jeden?

Na środkowym Mazowszu kapliczki z Frasobliwym stawiał czasem nie tzw. lud z potrzeby serca, ale dziedzic. Bo przy jego dworze ten symboliczny polski świątek być powinien i basta. Piękna latarniowa kapliczka z figurką Frasobliwego stoi w Żelazowej Woli. Wysiadający z aut i autokarów turyści pędzą do muzeum chopinowskiego, na kapliczkę mało kto zwraca uwagę. Obok dworu w Tułowicach wznosi się tamtej bliźniacza, obecny dziedzic jest artystą malarzem, odbudowywał z ruin zabytkowy dwór, urządzał okolicę jak trzeba, na szlachecką modłę, o kapliczkę zadbał, sam jest zresztą herbowym szlachcicem z dziada pradziada. 

Inny dziedzic Frasobliwemu kazał strzec skrzyżowania dróg w Pilaszkowie koło kampinoskiego Zaborowa; jest na zdjęciu powyżej. Kilka lat temu zbudowano rondo na tym skrzyżowaniu i w jej obecnym usytuowaniu – piszą autorzy tekstu na stronie internetowej pt. Wirtualne Muzeum Ożarowa Mazowieckiego – figura nie wygląda na uszanowaną ani jako obiekt kultu, ani jako leciwy obiekt malej architektury, ani jako ozdoba krajobrazu wsi mazowieckiej. Kapliczka pochodzi z lat 80-tych XIX wieku. Fundatorem był Teodor Ostrowski, o czym świadczy wyryty w kamieniu napis. Figura Chrystusa nie jest rzeźbą o szczególniejszych walorach artystycznych, to praca rzemieślnika, który obsługiwał także cmentarze. przecież jednak nie można jej odmówić wyrazu. 

   Ustawiono kapliczkę z Frasobliwym w parku otaczającym siedzibę Zespołu Pieśni i Tańca "Mazowsze" . Zapewne  to praca artysty, a nie wiejskiego świątkarza (chociaż kto wie, nie zasięgałem języka). Wyciosany w pniu, bardzo sympatycznie prezentuje się pośród parkowego otoczenia, przygląda się czasem mazowszańskiej młodzieży, prawie tuż obok są budynki w których zespołowicze mają swoje kwatery i tam są miejsca, gdzie ćwiczą. Park jest teraz otwarty dla zwiedzających, można się po nim przechadzać i przypatrywać miejscu, gdzie powstawała legenda Zespołu, jako najbardziej znanej wizytówki polskiej kultury ludowej. To wspaniałe, że nie zabrakło tu tej kapliczki. Przy mazowieckich drogach takich już nie spotkacie. Jedźcie więc, drodzy państwo, do Karolina koło Otrębusów! 

Niewiele dzisiaj przy wiejskich, mazowieckich drogach kapliczek z wprawiającymi w zachwyt rzeźbami Chrystusa Frasobliwego. Gdyby nie muzea, w których znalazły schronienie przed kradzieżą, nie mielibyśmy żadnej szansy o nich wiedzieć. Niektóre pozostały nadal na Mazowszu, jak te, a najbardziej ze wszystkich wstrząsający naturalizmem Frasobliwy, który znalazł schronienie  w Muzeum Diecezjalnym w Płocku. 

Albo ten  ze zdjęcia otwierającego post, Frasobliwy z sierpeckiego Muzeum Wsi Mazowieckiej, gdzie prócz drewnianych, wiejskich domostw, takich jakie się w każdym skansenie znajdować powinny, znajduje się również zachwycająca galeria sztuki ludowej. Frasobliwy z mazowieckiego Anielowa zawędrował do muzeum w Krakowie, a do muzeum etnograficznego w Toruniu  dzieło Józefa Soboty z Reguta (pisałem o nim m.in. w poście Lipa Czesława Łaszka). Takich wspaniałych rzeźb, całkowicie osobnych, niepowtarzalnych, ukazujących ogromny talent twórców, na pewno nie spotkamy już w przydrożnych kapliczkach mazowieckich...

 

    Na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o jednej rzeźbie z piękniejszych, rzeźbionych, kaplicznych figur Chrystusa Frasobliwego, którą oglądałem przy leśnej drodze o pół kilometra od Karczewa, jest współcześnie wykonana z drewna przez rzeźbiarza Stefana Lisowskiego z Góry Kalwarii. Na urokliwym obiekcie, nazywanym kapliczką leśnych rowerzystów, umieszczono tabliczkę z mottem: "W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy; leśni rowerzyści". Bardzo to mądre zdanie. Wzruszające, że powstają takie rzeźby. Ta jest pełna wyrazu, zarówno tradycyjna, jak  i  nowoczesna w formie, jest po prostu świetna!  


.................................................................... 

  








środa, 3 marca 2021


Przygoda krajoznawcza: Lipa Czesława Łaszka.

 

To świetne zdjęcie jest z portalu ndl.Celestynów

Ta ogromna lipa drobnolistna jest pomnikiem przyrody i Ozdobą Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Z Celestynowa idzie się do niej 5 km, zrazu niebieskim szlakiem do wsi Regut, a od Żółwiowego Stawu dalej prosto ku południowi. Drzewo jest oznaczone na mapie tego parku wydawnictwa Compass, można ją znaleźć na internetowej mapie Googli, trzeba tylko wywołać nazwę wsi Regut i z niej powędrować ku południowi drogą gruntową. Drzewo jest w wieku ok.400 lat i ma charakterystyczny, mocno rozgałęziony pień, nie przypominam sobie innego zabytkowego, wiekowego drzewa o podobnym wyglądzie na Mazowszu. Rośnie na prywatnej działce leśnej p. H. Szuchnika, w pobliżu Maćkowej Strugi w uroczysku Majdan, pośród sosnowego boru, na stoku wydmy o dość łagodnym nachyleniu. Obwód pnia wynosi 870 cm, pierścienica 650 cm, a wysokość około 19 metrów. 

Wyjątkowo urodziwa jest ta pozostałość dawnej Puszczy Osieckiej, której starodrzewy zostały tak dokładnie wyrąbane, że pozostał po nich tylko potężny dąb w Górkach koło Osiecka i właśnie ta lipa.  Chwalą ją w Internecie, pisząc, że wrażenie robi nie tylko obwód pierścienicy jak i kształt pnia, który daleko odbiega od typowego dla drzew walca, sprawiając przy tym wrażenie drzewa wyciągniętego wprost z baśni. Niełatwo trafić do tego drzewa, które nosi imię wieloletniego wojewódzkiego konserwatora przyrody na Mazowszu, Czesława Łaszka.

Jego imię zyskał też Mazowiecki Park Krajobrazowy, w którym ta lipa rośnie. Park został utworzony z jego inicjatywy. Zmarł 28 czerwca 2000 r., przeżywszy niepełne 70 lat. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w kwaterze nr 28c. Nawet nie ma swojego hasła w Wikipedii ten najlepszy konserwator przyrody w historii Mazowsza. I ja nigdy nie zrobiłem mu zdjęcia, chociaż dziesiątki razy się widywaliśmy, zarówno w terenie i na różnych konferencjach. Muszę więc skorzystać tutaj z fotografii dość kiepskiej technicznie, ściągniętej ze strony internetowej parku, który nosi jego imię. 

Był mazowszaninem z krwi i kości, urodził się w Mińsku Mazowieckim  i dla mazowieckiej przyrody okazał się być darem niebios.  Doprowadził do powstania nie tylko tego parku, także i innych, jego dziełem jest również kilkadziesiąt rezerwatów przyrody i dziesiątki pomników przyrody. On także ratował Las Bielański od rozcięcia trasą Wisłostrady bo i taki pomysł był mocno forsowany przez władze. Bardzo pana Czesława brakuje, a właśnie szykuje się kolejna autostrada, tę również, jak koło radości, chcą prowadzić w bliskiej okolicy, przecinać ma ten park właśnie.

Tak już jakoś jest, że cele swoich wędrówek umieszczamy najczęściej w podwarszawskich fragmentach Kampinoskiego Parku Narodowego. Nie tylko teraz, w czasie pandemii, wędrujemy koło Izabelina, Truskawia, Wólki Węglowej, tam najchętniej. I ja często gęsto ulegam tej pokusie, skądinąd nawet jestem autorem przewodnika po tamtej okolicy, ale – przyznam się bez bicia – zawsze mnie pociągał teren mniej znany, rzadziej uczęszczany. Na przykład okolice Celestynowa i Ponurzycy, której poświęciłem cały rozdział w jednej ze swoich książek. Najpiękniejszą ze swoich zimowych wycieczek po Mazowszu odbyłem w jej krajobrazie.

Aż trudno mi uwierzyć, że w swoim archiwum nie mam wciąż jeszcze fotografii Lipy Czesława Łaszka. A tyle razy tam łaziłem, szlaki projektowałem, wycieczki prowadziłem, samojeden się tam błąkałem, bo przecież lubię tę okolicę. A przy tej lipie z aparatem fotograficznym mnie nie było. Zdjęcia jej nie zrobiłem. Po prostu: krajoznawcza porażka.

Dawno mnie nie było w tamtych stronach. Ostatnim razem pod koniec listopada 2017 roku, wędrowałem wtedy z Grzegorzem. Dwie godziny w pociągach tam i z powrotem, cztery w terenie, w sam raz na krótkie dnie przedzimia. Gdy szukałem tras do wyznakowania w tej okolicy, w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku zawędrowałem do wsi Regut w regionie kołbielskim. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, wydawany w latach 1880–1902, podaje w tomie IX hasło Regut, albo Regały. Ta druga, wcześniejsza chronologicznie forma nazwy wiąże się z faktem, że to była wieś królewska. Regut powstał w XVI wieku i należał wtedy do starostwa osieckiego, to była królewszczyzna. Według zapisków z 1660 roku Regut został całkowicie spalony podczas wojen szwedzkich. 

W Regucie, jako pierwszej miejscowości w starostwie osieckim, zmieniono mieszkańcom pańszczyznę na czynsz. Dzisiaj obok wsi śmigają samochody tranzytową szosą nr 50, zasuwają nią ogromne ciężarówki, a szykuje się tuż obok jej śladu nowy ślad dwujezdniowej, szerokiej na sto metrów autostrady A-50. Zapewne wyrosną koło niej wysokie ekrany, zbuduje się nad autostradą szerokie przejście dla zwierząt. Tak to nasza cywilizacja sobie poczyna, jeden jej element wymusza następny, nieuchronnie kończy się krajobraz sielski i anielski w okolicach Warszawy. Co będą z tego mieli mieszkańcy wioski Regut? Niewiele dobrego będą mieli. Co pan na to, panie Czesławie?

W czasie pierwszych swoich odwiedzin tej wioski zobaczyłem niewielkie, skrzynkowe kapliczki, przybite do drzew. W wnętrzach znajdowały się sceny Ukrzyżowania, postacie były przedstawione bardzo prymitywnie, wręcz symbolicznie. Bardzo mnie ujęła wtedy ich symboliczna prostota. Znacznie później dowiedziałem się z lektur, że reguckie kapliczki są dziełami Józefa Soboty (1984-1979). Był miejscowym rolnikiem, podejmował się też różnych zajęć sezonowych, pracował w lesie, w tartaku. Z powodu wypadku na wiele lat stracił czucie w nogach. Nie umiał czytać i pisać, prawie osiemdziesięcioletni począł rzeźbić wierząc, że wyzdrowieje realizując wolę Bożą, przekazaną mu we śnie przez anioła. Warunkiem było rozwieszenie i ustawienie we wsi, w której mieszkał, kilku kapliczek. Takich, jak ta poniżej.

 

Kapliczka Józefa Soboty z Reguta.

Dziś jego dzieła znajdują się u prywatnych kolekcjonerów, m.in. u prof. Mariana Pokropka, który w swojej książce "Życie i twórczość rzeźbiarska Józefa Soboty" odkrył go dla miłośników sztuki ludowych prymitywistów. Prace artysty można też oglądać w muzeach etnograficznych, np. w Toruniu lub Krakowie. A sam Sobota, wskutek wielu pomyślnych zbiegów okoliczności i pomocy ludzi z miasta, którzy dostrzegli i zachwycili się jego sztuką, wrócił do zdrowia. Rzeźbienie do końca życia było jego wielką pasją.

Cztery lata temu, gdy  o pandemii nikt z nas jeszcze nie myślał wtedy, że coś takiego może się zdarzyć, a więc dwa lata temu,   listopadową sobotą zawędrowałem do dawno nie odwiedzanego Reguta. Nim wszedłem do wioski zatrzymałem się z przyjacielem na chwilę odpoczynku nad Żółwiowym Stawem wśród sosnowych borów na południe od wioski. Opowiadałem przyjacielowi o moim spotkaniu z kapliczkami Józefa Soboty. Potem, w naszej wędrówce ku stacji w Celestynowie, mijając boisko Reguckiego Klubu Sportowego "Bór", wyasfaltowaną ulicą Turystyczną weszliśmy do wsi Regut. Przy pierwszym domu po lewej stronie drogi, zobaczyłem przybitą do drzewa niewielką szafkową kapliczkę, a w niej scenę Ukrzyżowania, dzieło Józefa Soboty. Kilka miesięcy potem znalazłem się w etnograficznym muzeum na krakowskiej Wolnicy i tam przyglądałem się uważnie jednej z jego kapliczek. Ta, która w Regucie jeszcze przetrwała (chwała tym, co o to zadbali!) jest niemal tamtej bliźniaczą.

Niby niczego wielkiego nie odkryłem, przecież jednak w Regucie zawrzała we mnie z radości krew krajoznawcy. Kto wie, czy nie największe wrażenie czyni na mnie załamująca ręce w smutku i rozpaczy postać Matki Boskiej, której świętość rzeźbiarz podkreślił absolutnie niebanalnie przedstawionymi promieniami, okalającymi postać. Absolutnie doskonały przykład sztuki naiwnej. Jak mówi encyklopedia PWN, najważniejszą cechą sztuki naiwnej jest szczerość i prostota wypowiedzi plastycznej. Nie usiłuje zbliżyć się do uznanych wzorów artystycznych, lecz odnajduje własny sposób przedstawiania świata.

Wpuściłem opowieść o kapliczkach Józefa Soboty do swojego internetowego blogu i doczekałem się komentarza. "Pan Józef Sobota ma w pewnym sensie następcę – napisał mi w blogu nieznany z nazwiska HobbyHouse.pl.  –  Od kilku lat wokół Ponurzycy pojawiają się nowe kapliczki. Rzeźbione w jednym kawałku drewna. Przeważnie Chrystus Frasobliwy. Widać, że wykonane tymi samymi rękami. Znalazłem już około dziesięciu, m.in. przy Lipie Łaszka, nad Maćkową Wodą i nad Ślepotą". 

Wiem teraz, że czeka na mnie kolejna przygoda, trzeba pójść w tamte strony, sfotografować tę lipę, poszukać tych wszystkich rzeźbionych Frasobliwych.  Bardzo mi brakuje Lipy Łaszka w swojej fototece. Bardzo chętnie poszukałbym sobie w terenie onych Frasobliwych. Wrócę tam chętnie, to przecież i moje lubiane strony, oby tylko sił starczyło. Nie wiem więc, czy prędko tam pójdę, jeśli w ogóle pójdę, bo mój pesel właśnie zaczął mi mocniej dawać się we znaki. W tej sytuacji liczę na Was. Przygoda krajoznawcza na Was czeka. Co Wy na to?

 

niedziela, 14 lutego 2021

 Czarodziej z Otrębusów


Otrębusy, tak jak i sławniejsze od nich Podkowa Leśna, Milanówek i Komorów, i tyle jeszcze innych sąsiadujących z nimi miejscowości, otulają łączącą je z pobliską Warszawą tętnicę, poczciwą i kochaną linię Kolejki. Z dużej litery należy ją pisać, tę Kolejkę. Jest ważna, ba! najważniejsza. A o tych wszystkich osiedlach i miastach, które kolejka łączy, można nieskończenie. To jest również jakaś – bardzo znacząca - część duszy naszej mazowieckiej ziemi, równie ważna jak te sielskie i anielskie pejzaże wiejskie nad Bugiem i Narwią, i te ukwiecone łąki i mokradła, i te słowiki zanoszące się miłosnym łkaniem nad Świdrem, i te lasy przepastne, puszczańskie, po których kroczą brodate łosie...
 
Od peronu kolejki w Otrębusach wiedzie najkrótsza droga do siedziby Zespołu "Mazowsze" w Karolinie i to jest niewątpliwie najważniejsze miejsce Otrębusów. Bardzo ładnie zresztą jest teraz to zagospodarowane miejsce. A tuż obok zaczynają się lasy i miejsca są pośród nich urodziwe, chociaż to tylko zwykłe podmiejskie lasy. Pośród nich biegną malownicze aleje akacjowe, lipowe, grabowe. Niektóre z nich uznane zostały za zabytki przyrody, opatrzono je stosownymi tabliczkami. Warszawiacy przyjeżdżają w te okolice przede wszystkim dla tych lasów, bo dojazd dobry, bo  blisko, bo miło jest tamtędy wędrować. 
 
W Otrębusach mieszka prof. Marian Pokropek. Od wielu lat co jakiś czas odwiedzam profesora. Jest etnografem, przez wiele lat pracował w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, a w swoim domu rodzinnym w Otrębusach założył Muzeum Sztuki Ludowej. Zgromadził niezliczoną ilość zabytków współczesnej sztuki ludowej. Ogląda się jego zbiory z dużą przyjemnością. Co najmniej tysiąc drewnianych świątków i innych rzeźb z drewna, co najmniej dwie setki obrazów na szkle malowanych, kolekcja wycinanek. I jeszcze tysiąc i sto jeden różnych innych. Tacy, jak on ludzie z pasją, są na wagę złota. Ludzie, którzy nie ograniczają się do tkania swojego życia wyłącznie na własnym podwórku.
 
Najpiękniejszym „okazem” w tej kolekcji jest sam kolekcjoner. Pan w słusznym wieku, z ogromnie krzaczastymi brwiami, zakochany po uszy w tym co robi, fanatyk jakich nie za często spotyka się na drogach naszego życia. Do pozazdroszczenia. Rzadki przykład człowieka, dla którego jego zawód jest jego konikiem. Od lat dyskretnie z nim zaprzyjaźniony, obserwuję jego wprost nieprawdopodobne zaangażowanie w to, co robi. Robi to nie tylko dla zaspokojenia swojej kolekcjonerskiej pasji. Chce się z tym podzielić z nami, zwykłymi zjadaczami chleba, których wiedza o sztuce nieprofesjonalnej sprowadza się - a i to nie zawsze - do sklepów z cepeliowskimi pamiątkami, robionymi niemal taśmowo, dla zarobku, a nie z potrzeby serca. Takich w Otrębusach nie ma. Te, które tam są zgromadzone, właśnie z potrzeby serca i duszy powstawały.
 

  









 
W 29 numerze Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego (jakże wspaniałe to pismo, jakiż poziom! jak bardzo nieprowincjonalna jest ta Podkowa Leśna) p.Małgorzata Wittels pisała o muzeum prof.Pokropka, że przekraczając drzwi budynku jego muzeum, zanurzamy się w innej rzeczywistości. Za nami zostają skomplikowane problemy współczesności, jej agresywność i drapieżność. To, co uderza każdego wchodzącego, to spokój i ład tego świata, choć przecież nie pozbawionego cierpienia, bólu, dramatów. 
 
Wszystko ma tutaj wymiar bliski człowiekowi, odtwarza wydarzenia na jego miarę. Choć nie czarno-biały, a przeciwnie – niezwykle barwny jest ten świat rzeźb i malowideł ludowych, to w sensie widzenia wydarzeń bardzo prosty. Zło jest złem, dobro dobrem, śmierć i cierpienie są tym samym niezależnie od tego czy dotyczą wielkich czy małych. Świat widziany przez twórców ludowych jest inny, niż ten znany z mediów. Jest w nim miejsce na przeżycie zarówno radości jak i bólu, jest miejsce na pokazanie piękna otoczenia z jego ptakami, zwierzętami, drzewami i kwiatami. Obok realizmu, jest także i fantazja, na miarę możliwości każdego artysty. Ten świat oswojony, znany, odkrywany na nowo przez twórców, urzeka prostotą i barwnością, nieoczekiwanymi skojarzeniami.
 
 
 










Prywatne muzeum profesora utrzymywane jest tylko z jego prywatnych środków, a one są, jakie są. Wiceminister kultury w ostrym tonie przypomniał nawet profesorowi, że zgodnie z ustawą numer taki, a taki, z dnia takiego, a takiego, właściciel prywatnego muzeum jest zobowiązany (sic!) do dbania o swoje muzeum i jego utrzymywanie. Tak więc profesor swoje zbiory udostępnia już tylko do badań naukowych. Trudno się dziwić, bo i sił brakuje, jako że profesor ma swoje lata, dobiega  dziewięćdziesiątki. Praktycznie nie ma nikogo prócz najbliższych do pomocy w porządkowaniu, katalogowaniu, odkurzaniu, udostępnianiu, objaśnianiu, i tak dalej, i tak dalej. Niemal zawsze, jak odwiedzałem Profesora w jego Otrębusach, starałem przyprowadzić ze sobą kogoś jeszcze, czasem kogoś jednego, czasem nawet grupkę przyjaciół z turystycznych szlaków.


Dzieliłem się więc nimi i Profesorem ze swoim towarzystwem. A zobaczywszy słuchaczy, Profesor rzucał się w swoje opowieści, opowiadał i opowiadał, z ferworem, zaangażowaniem, każdej rzeźbie, każdemu obrazowi mógł poświęcić długie minuty, bo wszystkie je gdzieś tam wypatrzył i do swojego domostwa sprowadził. Odnosiłem niekiedy wrażenie, że niektóre z nich są z tego wyraźnie zadowolone i uśmiechają się do mnie porozumiewawczo, aby spojrzeniem mi zakomunikować, że naprawdę dobrze się tutaj czują. Przy okazji mogłem też obserwować reakcje towarzyszących mi znajomych i przyjaciół. Nadstawiałem na nie ucha. A reakcje oglądających te dzieła bywały zaskakujące.


 
Trudno uniknąć pytań, gdy ogląda się  tak bogate kolekcje tej sztuki, zwanej przez jednych sztuką artystów ludowych, przez innych sztuką artystów nieprofesjonalnych, albo naiwną, a przecież są jeszcze  inni, którzy odmawiają tym dziełom miana sztuki. Bo też i trochę nam zamieszania w ocenie tego rodzaju twórczości wprowadziła w czasach PRL powstała  Cepelia. Niewątpliwie odegrała ogromną, pozytywną rolę. Ale i spowodowała jej degradację przez to masowe, wręcz rzemieślnicze „wyrabianie” wycinanek oraz drewnianych świątków i aniołków, na które było zapotrzebowane w sklepach z pamiątkami. Wszak jednak nie wszystkie aniołki od razu są kiczem dla tego choćby, że są aniołkami.
 
 



To wszystko, co zawędrowało do takich galerii, jak ta Pokropkowa, każe o tych, tam wystawionych dziełach, myśleć z pokorą.  Czy to jest sztuka, czy może zwykły kicz? A jednak przecież już na pierwszy rzut oka nawet nie profesjonalny widz zobaczy wielkość tej sztuki, nazwanej naiwnej, gdy spojrzy  na dzieła Marii Wnęk i Mariii Korsak, o których tak pięknie pisali Antoni Kroh (o pierwszej) i Ludwig Zimmerer (o drugiej). Wierzący powiedzą: prawdziwy dar Boga. Marysia Wnęk, zresztą, była o tym świecie przekonana, że to sama Matka Boska ją w tym jej malowaniu prowadziła. Niewierzący powiedzą: naiwność wiary. Etnografowie: oto typowe malarstwo naiwne. Niech im wszystkim tak będzie, jeśli tak chcą.

Wielu badaczy tematu twierdzi, że kultura ludowa i w konsekwencji sztuka ludowa czy też folklor,  mogły istnieć tylko w warunkach samowystarczalnej wsi pańszczyźnianej. Ostateczny zanik resztek warunków dla naturalnego funkcjonowania sztuki ludowej etnografia dostrzega u nas w latach Polski Ludowej. Wraz z unowocześnianiem się społeczeństwa, czego wyrazem na wsi było widomym znakiem pozbycie się słomianych dachów w chałupach najpierw, potem zastąpienie chałup z drewna murowanymi klockami z wnęką na figurkę Matki Boskiej od frontu, pojawienie się w domu  telewizora  i  samochodu na podwórku. 
 


 
Obcując z dziełami, które zaludniają dom Profesora, trudno nie zadawać sobie pytań. Na przykład o to, czym teraz jest – lud. Czy aby nie jest po trosze tak, że ludową część narodu lokuje się w hierarchii rozwoju ludzkiego jako niższą część społeczeństwa cywilizowanego. Skoro więc sztuka ludowa jest tworem niższej cywilizacyjnie części społeczeństwa, to „z natury rzeczy” jest prymitywna, nieudolna, ordynarna, jaskrawa, płytka pod względem treści i  mało skomplikowana pod względem formy, a w ogóle naiwna i brzydka. Cytuję tu dr Aleksandra Blachowskiego artykuł „Polska sztuka ludowa jako kategoria kultury” z 3 stycznia 2016 (KulturaLudowa.pl). Takie przekonania panują jeszcze w środowiskach o tradycjach mieszczańskich, wśród historyków sztuki, bywają też wśród antropologów kultury, etnologów i folklorystów. Emancypująca się ciągle wieś też wyrzeka się swojej rodzimej estetyki. 
 
Kim był Stanisław Zgajewski? Artystą ludowym, czy naiwnym? Na pewno nie był artystą profesjonalnym, chociaż niewątpliwie w tym, co robił, był profesjonalistą. W swoich zbiorach Profesor ma kilka jego ceramicznych rzeźb z wypalanej gliny. Jest Chrystus w kornie cierniowej (na zdjęciu powyżej) i taki typowy dla tego artysty zwierzoludź (na fotografii poniżej). To artysta na miarę największych, tak osobny jak Witkacy i Chagall. Ale w przeciwieństwie do tamtych, Stanisław Zagajewski był samoukiem. Imię i nazwisko został mu przypisane. Jako bezimienne dziecko porzucony został na stopniach kościoła św. Barbary w Warszawie w zimie roku 1929. Miał wówczas około dwóch lat. Dzieciństwo spędził w klasztornych zakładach opiekuńczych. 

Zarabiał na życie wykonując wiele różnych zawodów, rzeźbienie w glinie było jego pasją od lat najmłodszych. Do średniej szkoły plastycznej nie mógł zostać przyjęty, bo nie ukończył podstawówki, a do szkoły budowlanej, bo był zbyt wątły. Więc rzeźbił. Sztuki wypalania glinianych form nauczono go w „Cepelii”. Rzeźbił Ukrzyżowanego i zwierzęta, gdy na nie patrzę wydają mi się być zwierzoludźmi z baśniowego lasu braci Grimm, ale absolutnie zupełnie bez dziewiętnastowiecznej kiczowatości, są na wskroś nowoczesne. 
W rodzinie górniczej w Katowicach urodził się Jan Nowak. Chciał zostać leśnikiem, bo lubił przyrodę. Ale trzeba było podjąć pracę dla utrzymania rodziny, na studia leśne czasu nie było, zaczął pracować w kopalni. A "na boku" zajął się grafiką i w tej dziedzinie osiągnął niebywałe umiejętności.   W
2012 roku pisała Sonia Wilk w „Tygodniku Powszechnym”, że jego linoryty są przepojonym miłością do świata i ludzi testamentem, opowieścią o tym, co jest dla niego najważniejsze. Człowiek, wchodząc do lasu, burzy jego porządek - mówi Nowak. Bo nic wtedy nie jest prawdziwe i dopiero gdy postoi w ciszy i bezruchu przez kilkanaście minut, zostaje zaakceptowany i staje się elementem przyrody. Wtedy las zaczyna odsłaniać mu swoje tajemnice, nadfruwają ptaki, wychodzą z ukrycia zwierzęta, robaczki i wszelkie leśne żyjątka. Wtedy dopiero można zaobserwować, ile w lesie jest piękna i życia. 
 
Jan Nowak z Katowic jest uważany za artystę ludowego. Nie wszyscy chcą  się z tą definicją pogodzić. Dla nich artysta ludowy kojarzy się ze wsią i drewnianymi opłotkami, z zagonami pól za stodołą. Nowakowe grafiki są w pełni profesjonalne i wydaje się nie do uwierzenia, że ich twórca nie jest absolwentem jakiegoś nadzwyczaj cenionego wydziału grafiki w którejś z naszych akademii sztuk pięknych. Na zdjęciu powyżej Profesor opowiada o pracach Nowaka, jedna z nich przycupnęła na podłodze poniżej.
Tylko profesjonalni artyści plastycy i osoby obdarzone predyspozycjami do rozpoznania artystycznych wartości dzieł plastycznych są w stanie ocenić wielkość autentycznego talentu jaki „z samego siebie” wynajduje środki ekspresji, aby najtrafniej i najbardziej przekonująco wyrazić to co twórca pragnął powiedzieć.  Oraz osoby, obdarzone przez naturę tym specjalnym rodzajem słuchu, który pozwala odróżnić rzeczy dobre od złych. Także i w dziedzinie sztuki. Sztuka jest dobrym tego odróżniania nauczycielem. 
 
Józef Ignacy Kraszewski  w połowie XIX wieku pisał, że  dziełem sztuki być może prosty koszyk z łoziny wypleciony, na którego bokach wyrazić umiał chłopak co go wiązał, w symetrycznych rysach, myśl ładu i harmonii. Ryszard Rabeszko, współczesny  rzeźbiarz ludowy i prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Twórców Ludowych mówił, że twórczość, zwana ludową, wciąż istnieje, bo nie został przerwany przekaz międzypokoleniowy. 
 
Jeżeli w Dołhobrodach w krainie Bugu potrafią jeszcze dłubać czółna, jeżeli na Podlasiu pamięta się jeszcze, jak utkać dwuosnowowy dywan, to znaczy, że przechowuje się wiedzę o tym. W jakiej akademii tego uczą? Albo w jakiej akademii uczą malarstwa na szkle? A w jakiej muzyki ludowej?
 


Od kilku lat nie było na Mazowszu zimy. W czasie dręczącej nas pandemii przyszła jakby nie wtedy, kiedy powinna, już po Świętach, dopiero po Gromnicznej, gdy już rozebrane zostały ostatnie choinki, jakie poustawialiśmy na Boże Narodzenie po naszych domach, świątyniach, na naszych placach i ulicach. Na te grudniowe święta, tak bardzo zrośnięta z polskim krajobrazem i naszą obyczajowością, Profesor przygotował w Otrębusach wystawę "Boże Narodzenie. Szopki. Polska zima"..... 
 

Tę wystawę właściwie zorganizowałem sam dla siebie – pisał Profesor.  – Jeżeli ktokolwiek zechce ją obejrzeć, będę wielce rad. Tymczasem sam przeżywam tajemnicę Nocy Bożonarodzeniowej. Przychodzę do sal muzealnych, rozpalam ogień w kominku, siadam i patrzę, patrzę na obrazy, rzeźby, wycinanki, dywany. I wówczas nie zadaję sobie głupich pytań, po co to wszystko zrobiłem, dla kogo i na co? Cieszę się sam, że to jest, bo jest to jakaś cząstka własnego życia.
…........................
Prócz swoich fotografii, wykorzystałem również, za jej zgodą, zdjęcia p.Marii Kaniewskiej.