środa, 11 marca 2026

W Karolinie, w siedzibie Zespołu 'Mazowsze" 

 W pobliżu Warszawy, w sąsiedztwie Podkowy Leśnej,  kilkaset metrów od przystanku WKD w Otrębusach,  znajduje się Karolin z siedzibą  Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Miejsce jest piękne, dojazd świetny. Niedawno powstało tam Centrum Folkloru Polskiego. Tak naprawdę to  bardzo wzruszające, osobiste i fascynujące muzeum  Zespołu „Mazowsze”, nazwane nieco zbyt szumie Centrum Folkloru Polskiego. Chociaż...w gruncie rzeczy, gdyby nie ten Zespół, założony przez Sygietyńskich,  czy polski folklor przekraczałby tak efektownie nasze granice? Byłby poza Polską tak znany? 

Od Otrębusów nie widać pałacu w Karolinie, przysłoniętego rozrośniętym lasem. Imponujące, stare drzewa karolińskiego parku, łączą się koronami z sąsiadującym lasem, a istniejący płot nie jest przeszkodą dla licznych w okolicy ptaków i wiewiórek. Pośród tego lasu, wciąż zwanego Młochowskim (bo do majątku w Młochowie należał), biegną malownicze aleje akacjowe, lipowe, grabowe, pozostałości alei dworskich, dworów było tam albowiem niemało. Niektóre z tych alei uznane zostały za zabytki przyrody, opatrzono je stosownymi tabliczkami. Od leśniczówki „Na Dębaku" w kierunku Podkowy Leśnej wybiega najładniejsza, dominują w niej potężne lipy drobnolistne. 

W kilkanaście osób z mojej turystycznej ferajny, z którą  od lat przemierzam podwarszawskie okolice, zawędrowałem ostatnio do Karolina. Kończyła się tegoroczna, śnieżna zima,  wyjątkowo szara i bezbarwna. Więc po tytułowe zdjęcie w tym poście musiałem sięgnąć do swojego archiwum; zdjęcie jest z młodego, czerwcowego lata. To, co czekało na mnie we wnętrzu pałacu kipi od barw przez cały rok, niezależnie od pory roku za okami. Nas było piętnaścioro, a że to powyżej osób dziesięciu, po opłaceniu ulgowych biletów wstępu, po ekspozycji byliśmy oprowadzani. 

Przewodniczkę mieliśmy doskonałą. Opowiadała nam o państwu Sygietyńskich, założycielach Zespołu, o strojach regionalnych,  także o regionach i przede wszystkim o tych, którzy te stroje noszą, w nich śpiewają i tańczą. Opowiadała, pokazywała, odpowiadała na pytania. Na przykład także czy artystów z „Mazowsza”  nie nuży  powtarzalność w ich pracy. Przez cały swój pobyt w zespole tylko te oberki i kujawiaki, te mazury i krakowiaki, w tych samych kostiumach. 

– Nic z tego, proszę państwa – odpowiadała nam pani Dorota . Oni  kochają swój zawód. Marzyli o nim. Do Zespołu przyjmowani są młodzi ludzie, selekcja jest wymagająca, ostra. Muszą być urodni, tancerze muszą umieć śpiewać, a chórzyści umieć tańczyć. Większość jest po szkole baletowej, tańczą od 12-go roku życia. Zanim będą musieli z zespołu odejść, co następuje około czterdziestki, muszą cały czas dbać o swoją kondycję i urodę. A po zakończeniu swojej artystycznej pracy zostaną z niczym. Powinni więc zadbać o swoje dalsze życie. Większość występujących studiuje zaocznie, aby zapewnić sobie godne bytowanie po odejściu z zespołu. Co tu gadać  – niełatwe jest życie artystów. 

Przez wiele następnych godzin nie mogliśmy  oderwać od wspomnień tych odwiedzin. Nie tylko ja. Już po po powrocie do Warszawy, dostałem listy od kilkorga z towarzyszących mi osób, które zechciały podzielić się ze mną swoimi refleksjami po karolińskich odwiedzinach. Skorzystałem z nich w tekście tego postu.  

Mówiła nasza pani Przewodniczka    –  "Wyjeżdżaliśmy", "kosztowało to nas wiele". "to była dla nas". MY, ta pierwsza osoba liczby mnogiej, w którą wpasowana była też smukła sylwetka oprowadzającej, mówiła o najważniejszej sprawie   –   tu można  znaleźć swoje miejsce na ziemi. Bilet wstępu - dryg do tańca, pociąg do instrumentu tego co w nas i tego co go można zmajstrować. I kierujący Zespołem nie zapominali, że ci artyści to też ludzie i jak o dzieci trzeba o nich zadbać, żeby tworzyli zespół. Moja znajoma opowiadała o swojej sąsiadce, która jako dziesięcioletnia była wzięta do "Mazowsza" jeszcze w latach czterdziestych, tam zrobiła maturę, jakieś studia (chyba wydział pedagogiczny w Akademii Muzycznej). Z Długosiodła czy z okolic wynaleźli ją Sygietyńscy, z biednej powojennej rodziny. Inna moja znajoma, od kilkunastu lat stała mieszkanka Domu Aktora w Skolimowie, słuchała ciekawych opowieści Mazowszanki (nie mylić z wodą mineralną), która pierwszy krok robiąc ze swojej maleńkiej wsi. cały świat zwiedziła. 

A swoją drogą tak sobie myślę, jaka to odwaga dać dziesięcioletnią dziewczynkę obcym ludziom w opiekę. Na ile złe warunki rodzinne, bytowe, a na ile pokładana ufność w budujących zespół, pozwalała na to rodzicom. O czasach tuż powojennych coś to nam opowiada,,,



„Mazowsze” znalazło się w Karolinie przypadkiem. Tak bywa z przypadkami, że częstą są szczęśliwe. Przedwojenna gwiazda warszawskich kabaretów, Mira Zimińska-Sygietyńska, w czasie okupacji została poproszona przez przedstawicieli Związku Literatów o pomoc w zorganizowaniu wypoczynku za miastem dla pisarzy warszawskich. Przypomniała sobie wtedy Karolin, w którym przed wojną wypoczywała jako zamożna pani, wynajmowała sobie pokój, bo to było sanatorium, jedno z droższych. Powiedziała więc pani Mira: pojadę do Karolina, zobaczę, co się tam dzieje. Państwo doktorostwo Knoffowie, którzy prowadzili tu sanatorium dla zamożnych artystów bardzo się ucieszyli. Mieli właśnie puste pokoje i powiedzieli, że bardzo chętnie przyjmą literatów. W Karolinie artystka została zaaresztowana przez gestapo i osadzona w Pawiaku.   

Skończyła się wojna. Tadeusz Sygietyński przystąpił do realizacji marzenia. W listopadzie 1948 roku powstało „Mazowsze". Szukając siedziby, przypomniała sobie Zimińska budynek pensjonatu w Karolinie. Przeznaczono go na szpital. „To dopiero za miesiąc" — powiedziała i na ten miesiąc otrzymała zgodę. W Boże Narodzenie przyjechała młodzież formującego się „Mazowsza". W styczniu pojawili się przedstawiciele władz, aby budynek przejąć na szpital. Wtedy Zimińska nakazała podopiecznym biegać po schodach, „żeby wiedzieli, że was dużo". Tamci popatrzyli, dali spokój. Karolin pozostał przy Sygietyńskich i zespole. Dwa lata później odbył się pierwszy występ Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze". Na wiele lat został najlepszą polską wizytówką. 

(fotografia z materiałów informacyjnych Zespołu 'Mazowsze')

Niedługo będzie kolejny wyjazd zagraniczny, występ jest wpisany w obchody rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych, przyodziana w ludowe, polskie stroje młodzież z „Mazowsza” będzie  prezentować polską muzykę widzom w Waszyngtonie i Chicago. Jaka polska piosenka cieszy się największą popularnością na tych zagranicznych występach – zapytaliśmy naszą przewodniczkę. „Kukułeczka” – powiedziała. Znacie ją ? Oj, chyba nie za bardzo. Należę do tych, co nie za bardzo. Więc sięgnąłem do Internetu po pierwszą zwrotkę. Tekst jest taki: „Kukułeczka kuka / Chłopiec panny szuka / Spozira, przebira / I nosa zadzira/ Kuku, kuku / Aaha, aaha / Łodiridi łodiridi dyna/ Łodiridi dyna u-ha!” 

......................................................................................

niedziela, 8 lutego 2026

Lutą zimę mamy tego roku...

Mrozy, śniegi, ślizgawice, zadymki, nie odpuszcza nam Pani Przyroda tego roku. Ja, niestety, nie korzystam z uroków tej zimy, mój pesel wtrącił się bezceremonialnie do mojego życia. Siedzę więc sobie w swoim mieszkaniu, patrzę przez okno na tę lutą zimę i wspominam, jak to drzewiej w moim  wędrowniczym życiu bywało. Nadszedł dla mnie albowiem czas na wspominanie.

Przed kilku laty do wędrującej ze mną grupy, którą włóczyłem pośród przyrody, dołączyła Ania Maksymowicz z Sadyby.  Nie miała łatwego życia, walczyła długo z atakującą ją chorobą. W końcu nie udało się jej wygrać tego pojedynku. Zdjęcia robiła wyborne, należała do dużej grupy ptakolubów, co to żadnemu ogonowi nie popuszczą. Każdy czas, gdy choroba jej odpuszczała, wykorzystywała, aby ze swoim aparatem fotograficznym umknąć w przyrodę. Mamy w tym roku lutą zimę wokół siebie.  Lutą zimę z Podlasia dostałem od Ani, utrwaloną  na zdjęciach przed pięcioma laty. Plener był zaledwie dwieście parę kilometrów na wschód od Warszawy. Na zdjęciach wspaniała zima, jak z sienkiewiczowskich powieści, gdzieś pod Kiejdanami, albo  pod Chreptiowem. A to tylko Podlasie za Białymstokiem.  

To miał być wyjazd do Puszczy Knyszyńskiej. Koleżanka Ani miała auto, zaproponowała wspólną podróż. W piątek rano wyjazd, powrót w poniedziałek po zmroku. Zapchaną szosa białostocką, na której TIR na TIRZE, także i po po zachodzie słońca. Jeszcze po piątkowym przejeździe zaczęło się poszukiwania żubrów. Wpierw udało się zobaczyć kilka byków,  zapadających się w śniegu na polu między Sokółką a Krynkami, potem, gdy już wracały na kwaterę, trochę na skróty,  zobaczyły ich więcej, doliczyły się 44 osobników.


A dnia następnego Żubry na nie jakby czekały. Było ich około setki!  Widok zapierający  dech. Siedziały niewiasty  przy tych żubrach prawie cztery godziny, wróciły na kwaterę, aby coś przekąsić i odtajać po emocjach spotkania. Wyjeżdżając ostatniego dnia trzeba było koniecznie choć na moment zerknąć co na polu z żubrami. Wciąż tam były. Czekały. Pozowały.  

Zapytałem Anię: skąd wiedziałyście o tych żubrach, że można je zobaczyć tam akurat, kto wam to nadał i jak? Podobno zobaczyły te żubry całkiem przypadkowo, ale chyba jednak musiały mieć jakieś namiary. Chociaż mogły się tego spodziewać, wiadomo bowiem, że jest ich tam sporo, w Puszczy Knyszyńskiej około 160 osobników, a w całkiem niedalekiej Puszczy Białowieskiej ponad 500. Przyszywany mój siostrzeniec, Adam Wajrak, z okna je może fotografować, ma ich sporo wokół swojego, puszczańskiego domem. 

Trzeba tu dodać na marginesie, że te żubry na otwartej przestrzeni, wśród pól, to żadna sensacja. Tak naprawdę dla naszych europejskich żubrów, które dla świata zostały w Polsce uratowane, podobnie jak dla amerykańskich bizonów, naturalnym środowiskiem są tereny otwarte. Nasza cywilizacja przymusiła je do chronienia się w lasach, zimą dokarmiając sianem, które w głąb lasu się zawozi. W lecie przebywają w lesie, w porze zimowej często spotykane są w terenie otwartym i to na sporej przestrzeni, od Puszczy Knyszyńskiej po Białowieską, od Sokółki przez Krynki i Kruszyniany po Siemianówkę.  

Po zdjęcia żubrów sięgam teraz do internetu, właśnie niezłą ich gromadę podkradłem dopiero co z Wajrakowego facebooka  i mam nadzieję, że Adam nie będzie mi miał tego za złe. 

 


Niestety, coraz mniej zdjęć już dostaję na adres swojej poczty elektronicznej, bo coraz mniejsze jest grono moich przyjaciół, korzystających z urody wędrówki pośród naturalnej przyrody i swoimi fotografiami zasilających moją fototekę. Niegdyś były w gazetach drukowane całe kolumny, pełne nekrologów.  Żartowało się wtedy, przeglądając te nekrologi: na szczęście nikt jeszcze z naszego rocznika. To też już nieaktualne. Nie przeglądam już papierowych gazet, nawet nie wiem czy są jeszcze takie stronice z klepsydrami. Stopniała gromada przyjaciół, znajomych z mojego rocznika już prawie nie ma, a ja..? co ja tu jeszcze robię?  

                                        ..................................

 

 

 

 

niedziela, 11 stycznia 2026

Puszczańskie duchy i strachy...
...a w stodole stary Siwek sieczkę rżnie...

Dziesięć lat po Puszczy Kampinoskiej poznałem Puszczę Kamieniecką. Nie była już pięknością, o której wszyscy mówią. Czy nie to właśnie zdecydowało wtedy o mojej sympatii? To, że tak bardzo była zapoznana, niedoceniana, niedostrzegana? Zafascynowała mnie nie tylko swoim krajobrazem przyrodniczym, ale i krajobrazem kulturowym. W latach siedemdziesiątych ubiegłego już wieku odwiedzałem gospodarzy w położonych na skraju Puszczy Kamienieckiej wioskach. Rozmawialiśmy sobie o tym i owym, o okolicy i o ich życiu w tym krajobrazie na wschodnich rubieżach historycznego, rdzennego Mazowsza. Miałem wtedy możliwość wysłuchania najprzedziwniejszych opowieści.

Jedna z nich mówiła o tym, jak to w domu Grudkowskich z Zakurza, stale >coś< przesuwało sprzęty i chodziło po pustym pokoju. Schodzili się zaproszeni sąsiedzi, i to "chłopy, a nie tylko baby", co w opowieściach podkreślano szczególniej. Wszyscy słyszeli to samo przez drzwi do pokoju, gdzie to >coś< hałasowało. Lecz, gdy otwierali drzwi do tej izby, wtedy odgłosy milkły. A po zamknięciu drzwi znowu wszystko zaczynało się od nowa. Gospodarze prosili księdza, aby przyjechał, lecz ten odmówił. "Widać się bojał!" I tak to trwało, aż gospodarzowi przyśnił się sen, a we śnie matka powiedziała, że w stodole za deskami schowała pieniądze. Rano je odnaleźli. Dużo tego było. A straszyć przestało, bo to zmarła Grudkowska tak przypominała rodzinie o pieniądzach.
 


Wtedy, gdy w tamte okolice mnie zanosiło, dla mnie była to ziemia egzotyczna. Półtorej godziny jazdy pociągiem i per pedes 4 kilometry  do wsi pośród lasu. Najgorzej zimą, ale cóż to dla młodego. Zapuściłem tam na kilka lat  korzenie w małym domku w rzuconej w lasy wsi Czaplowizna, jak się dało, to z noclegiem. Zanurzałem się wtedy w świat rozrzutnej tam przyrody, a wieczorami odwiedzałem sąsiadów i słuchałem ich opowieści o tamtejszym życiu.  O różnych strachach również. Strachy albowiem świetnie się czuły. Były u siebie, wpisane w życie mieszkańców tamtejszych wsi.
 
Kiedyś we wsi Szynkarzyźnie, pobudowanej na północ od Czaplowizny, spała w stodole grupa młodych z okolicy - opowiadał mi gajowy Józef Jechna z Czaplowizny, który też tam był, jako jeszcze młody chłopak. Była wśród tych młodych jedna dziewczyna i jej się wydarzyło, że >coś< zaczęło targać jej pierzynę, a potem tę pierzynę na nich wszystkich zarzuciło. Świecili latarką i nikogo nie zobaczyli, a gdy zgasili, powtórzyło się. Poszli więc do drugiego "zasieku" (sąsieku), gdzie spali inni parobczacy. Jak im powiedzieli, że na dole straszy, to tamci zaczęli się z nich śmiać, bo nie wierzyli. Aż >coś< znów im pierzynę zerwało. Wtedy parobczacy przestali się śmiać. Chwycili pierzynę nogami, a jeden to się na tej pierzynie położył. Lecz, jak zgasili latarkę, >coś< znów szarpnęło, chłopaka aż wyrzuciło, a pierzyna pofrunęła. Wtedy wszyscy jak jeden uciekli do chałupy. Na drugi dzień gospodyni powiedziała, że to pewnie musi być cosik w tej dziewczynie co to z chłopakami tam była. Zabroniła jej więcej przychodzić. W miesiąc później dziewczyna zmarła. Widać po nią to >coś< przychodziło.

W Czaplowiźnie nad strugą jest wąska "stecka". Tam także straszyło. Czasem było widać, jak >ktoś< stoi z boku na polu, a czasem słychać jak >ktoś< idzie "obocznie", a wtedy aż "czapka na głowie rosła". Straszyo też koło chałupy Siwka. tego co już parę ładnych lat temu umarł. Czasem słychać jak w stodole stary Siwek sieczkę rżnie. "A przecież stodoły w tym miejscu już dawno nie ma". A za lasem są Choiny, nazywa się tak jedno takie miejsce, tamoj gdzie dziś są sośniaki za krzyżem, tam stały trzy chojaki. Ładne były, no i żeby ich nie ścinać, powieszono na nich święty obrazek. "Ale znalazł się jeden, młody, głupi i na pieniądze idący". Nie uszanował, ściął chojaki. Wtedy zaczęło straszyć. Gajowy Jechna specjalnie poszedł tam nocą w zimie. Ubrał się ciepło, wziął dubeltówkę i pistolet do tego jeszcze. Usłyszał, jak chłopy drzewo piłują, a po śniegu to się niosło to piłowanie, że hej. Pomyślał "ja im pokażę" i poszedł za głosem piły. A tam cisza, nic nie było, tylko z innej strony piłują. I tam poszedł i tam nic nie było. Piłowali z trzeciej strony. Wtedy zląkł się, bo zrozumiał, że to są duchy.

Na północ od Szynkarzyzny jest mokradło o nazwie Żurawek. Tam też straszy. Opowiadał mi pan Marian Grodkowski z Szynkarzyzny, iż jeden ze znanych mu gospodarzy, spotkał kiedyś na Żurawku łowiącego ryby pana w kapeluszu. Miał on długie pazury, zupełnie jak diabeł. Innym razem ludzie z Szynkarzyzny poszli łowić ryby. I trafił im się duży "szczubieł" (szczupak). Oczy to miał ogromne. W domu wzięli się do skrobania ryb. Aż tu szczubieł mówi ludzkim głosem: "nie ważcie się ruszać mnie! Macie mnie odnieść tam, gdzie mnie złowiliście, bo jak nie, to zniszczę ten dom". No i zanieśli go, wrzucili do wody. "A w wodzie aż zakotłowało się"... 

Upływały lata, co jakiś czas odwiedzałem tamte okolice, rozmawiałem z tamtejszymi, także i z kobietą, która nad Żurawkiem siano kosiła. i tak mi z tych wszystkich rozmów wychodziło, także i nad tym Żurawkiem również, że nie tylko eternit zniknął z wiejskich dachów w tamtych wioskach, także te opowieści odeszły już w przeszłość. Przed laty we wsiach  z Puszczy Kamienieckiej diabły mieszkały w stawach koło wioski i przybierały postać szczupaka, co oczy miał ogromne i mówił ludzkim głosem, nakazując rybakowi natychmiastowe uwolnienie i  wrzucenie go do wody.  A straszenie najczęściej zaczynało się dopiero wtedy, gdy się czegoś nie uszanowało, na przykład ścięto chojaka, na którym był święty obrazek. Współczesne opowieści o duchach z Puszczy Kampinoskiej tamtym nie dorównują. Są opowieściami bez morału. mają nas straszyć, bo tak trzeba,   wszak jesteśmy wychowani przez obrazy oglądane w telewizorach i podręcznych smartfonach. 
 
Coś tam straszy na Duchnej Drodze 
 

Koło  Izabelina jest Duchna Droga, nic specjalnego, prosta jak strzała i niezbyt fotogeniczna droga wśród sosnowego boru, częsty obiekt leśnych spacerków mieszkańców pobliskich willi. I otóż - proszę państwa -   coś straszy na tej Duchnej Drodze. W internecie jest nawet całe forum, poświęconej tej drodze. A dzieje się na niej, dzieje i to całkiem sporo. Zebrał te wszystkie strachy internetowy "Kurier Kampinoski", za nim więc niektóre z nich  powtórzę.
 
Pogłoski mówią, że straszyć zaczęło tam po II wojnie światowej, gdy niemieccy żołnierze brutalnie wymordowali w tych okolicach naszych (inni mówią, że chodzi tu o zakonnice  Lasek). Od tego momentu mieszkańcy doświadczali tam dziwnych rzeczy. Na drodze można ponoć spotkać po zmroku widmowe postacie: jeźdźców na koniach, żołnierzy, kobietę z wielkim, czarnym psem bez głowy, ale także mnicha i zakonnice. Słyszalne są odgłosy maszerującego wojska i metaliczny szczęk broni lub oddalające się postacie.Tajemnicza radiacja powoduje zniszczenie sprzętu elektronicznego, przez krótkofalówki można odebrać nie wiadomo skąd jakieś sygnały. 
 
Na "forum stowarzyszenia tradytor" wyczytałem, że wszystko to zaczęło się gdzieś w połowie lat 90-tych w jakieś kolorowej gazetce, gdzie pojawił się artykuł o drodze duchów koło Izabelina. Wtedy się zaczęło. Spotykało się w lesie grupki dzieciaków które pytały o drogę na której straszy. Potem były jakieś programy w telewizji, i temat zaczął żyć własnym życiem. Nawet w książce "Duchy trzeciego tysiąclecia" jest rozdział poświęcony drodze duchów. Najśmieszniejsze jest jednak to że w okolicy zanim zaczęto o tym pisać nikt o żadnych duchach nie słyszał. Pytani o to starsi mieszkańcy Izabelina robili tylko wielkie oczy i o żadnych duchach ani o Duchnie nic nie słyszeli. Młodzi z kolei mieli do powiedzenia więcej. Co niektórzy owszem temat znali, jednak na zasadzie że kolegi kolega coś widział, ale on już tu nie mieszka, czy tam inny Edka żony brat rodzony. Tak czy tak widać że legenda jest dość młoda.
 
Jak się tam pójdzie nocą, to można zobaczyć różne światełka, pełzające po drodze, dają się słyszeć jakieś dziwne odgłosy, Te światełka to zapewne świecące w świetle latarki oczy jakichś zwierzaków, może lisów, albo borsuków, a może zwykłych, niewielkich leśnych myszy. A  takie myszy potrafią hałasować, gdy po zmroku  przemykają wśród krzewinek czarnej jagody na borówczysku! Usiądźcie kiedyś samotnie na zwalonym drzewie wśród lasu. Otoczeni nocną ciszą lasu, samotni pośród  przyrody. Usłyszycie wtedy bicie własnego serca i te maleńkie leśne myszy, przemykające wśród roślinności.
 
...tam zawsze coś straszyło.
 To jest naprawdę przerażające miejsce... 

Tak to się niesie teraz w narodzie, który to straszenie wchłania z lubością. Tłumy internautów zapewniają mnie w moim telefonie, że  straszy także w opuszczonej przez mieszkańców wsi Bromierzyk w zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. "Ta opuszczona osada wiele kryje w sobie tajemnic i legend, które od lat pobudzają wyobraźnię" – czytam w jednym z facebooków. Internet aż kipi od opowieści. Bo to jest naprawdę przerażające miejsce, tam coś zawsze straszyło. Jest w Bromierzyku coś takiego, że ludzie stawali się tam opętani. Byli tacy, którzy mieszkali daleko w innych wsiach, ale jak ktoś miał się powiesić, to szedł właśnie tam. To "wieś wisielców", powiadają mi różni  z internetu. A najbardziej straszy tam podobno w kapliczce św.Teresy, pełnej krzyży i świętych obrazków! I wygląda na to, że współczesne duchy żadnych świętości się nie obawiają. 
 

Na drodze między tą urodną kapliczką świętej Teresy, a zabytkowym dębem z obrazkiem św.Teresy nie bać się duchy nie pozwalają. Mieszkanka Wilcz Tułowskich, jak z mężem na motocyklu jechała raz jeden tamtędy,  pojawił się biegnący za nimi koń.  Oczywiście, mógł wybiec komuś z podwórka, tyle że we wsi nie było już domów, a podwórka zarastały już lasem, całej wsi już nie było. A przed tym koniem nie dawało się uciec. No i w pewnym momencie motor zgasł i nie było możliwości, żeby jechać dalej, a wtedy koń zbliżył się do nich i jakby chciał ich zaatakować. Gdy opowiadali tę historię już innym ludziom, to niektórzy zaczęli potwierdzać, że ich to samo spotkało. Najpierw przejazd obok kapliczki, potem koń albo inne widmo. Zgaśnięcie silnika i potem to coś... 

Silnik zgasł kiedyś także  w samochodzie, którym jeden mieszkaniec Sochaczewa jechał samotnie przez Bromierzyk. Po kilku nieudanych próbach odpalenia silnika,  wyszedł człowiek z samochodu i poszedł w kierunku asfaltu, żeby znaleźć jakąś pomoc. I wtedy, dosłownie za swoimi plecami, tuż obok, ktoś uderzał łańcuchem o drzewo. Pewnie się przesłyszałem, pomyślał, i poszedł dalej. Ale ledwo ruszył, ten dźwięk znów się pojawił. Uważnie obejrzał otoczenie, niczego nie zauważył. A gdy obrócił się w stronę samochodu, dźwięk pojawił się znowu za jego plecami! Spanikowany obrócił się, nikogo nie było. Poszedł jeszcze parę kroków dalej, to było ze dwadzieścia metrów. Znowu to samo, znowu ten dźwięk łańcucha jakby uderzającego o jedno z drzew, tuż obok! był obok mnie. Wtedy już uciekł do samochodu, a auto po kilku próbach już odpaliło. Było słoneczne, niedzielne popołudnie.
 
W starej leśniczówce... 

Opowiadając o tajemniczych, niesamowitych miejscach w Puszczy Kampinoskiej, powinno się wspomnieć  jeszcze o starej, opuszczonej leśniczówce Rybitew w lesie koło Leoncina. Bywałem kiedyś w u tamtejszego leśniczego, przed wielu laty to było, dla mnie był to bardzo ważny czas, systematycznie poznawałem puszczę, szykowałem się do napisania po niej przewodnika, wydawnictwo Sport i turystyka wydało go w roku 1971. Którejś jesieni późnym popołudniem odwiedziłem tamtejszego leśniczego, prosząc o wskazanie miejsca, w którym mógłbym rozstawić swój mały namiocik i z dala od ludzi posłuchać w głębi lasu nocnego życia przyrody. 
 
Leśniczy polecił mi Toczną Biel, wdzięcznej nazwy kolistego kształtu torfowisko z turzycowiskiem, otoczonym starodrzewem sosnowym. Poszedłem tam, wybrałem miejsce dla siebie i zacząłem żyć życiem puszczy. Zapadał zmierzch, nadchodziła noc, a puszcza, zupełnie mną się nie przejmując, zaczynała żyć swoim życiem. Tam coś zaszeleściło w trawach, w brzezince zaszczekała sarna, zahukał puszczyk w dębinie, stamtąd zaczęło coś nawoływać, a po drugiej stronie coś innego odpowiadało, było bardzo pięknie i romantycznie. Ale ja... co tu mówić... poczułem się nietęgo. Jak nieproszony intruz. Zwinąłem więc swój majdan, załadowałem do plecaka i wróciłem do leśniczówki. Przedtem wdrapałem się na pomost w wysokiej wieży triangulacyjnej na pobliskiej wydmie, widok miałem fantastyczny. Na ciemnym niebie migotały biliony gwiazd, a wokół jak należy ciemnej puszczy jarzyła się światłami Warszawa w oddali i pomniejsze miasta i miasteczka.  
 
Swój namiocik rozstawiłem w niewielkim sadzie obok śpiącej już leśniczówki. O świtaniu obudził mnie leśniczy. "No i co?" - zapytał. I nie czekając na moją odpowiedź, dorzucił: "nie musi pan nic mówić. Całkiem pana rozumiem. Puszcza zrozumiała, że pan jeszcze nie tutejszy. Poprosiła przybysza, żeby jej nie przeszkadzał". Ponad pół wieku minęło od tamtego czasu. Wciąż pamiętam tamtą noc. Jakby to było wczoraj... 

Z biegiem lat leśniczówka się starzała, w głębi lasu mieszkało się niełatwo, leśniczego osadzono w dużo młodszym, nowocześniejszym budynku w pobliskiej wsi, stara leśniczówka opustoszała i zaczęła zarabiać jako naturalna dekoracja filmowa, nakręcono w niej film: "W lesie dziś nie zaśnie nikt". Internet oszalał z radości. „Ale klimat! napisała jakaś internautka - Stylowy domek w środku lasu, sama bym tam nie weszła ;) Ale z kimś odważniejszym to fajna przygoda. A inny: " to pierwszy pełnokrwisty polski slasher, czerpie motywy z drogi bez powrotu i innych straszaków". Ten polski horror z 2020 roku w reżyserii Bartosza M. Kowalskiego opowiada o grupie nastolatków uzależnionych od technologii, którzy trafiają na… obóz offline. Wspólna wędrówka po lasach bez dostępu do smartfonów nie zakończy się jednak tak, jak zaplanowali to organizatorzy. Będą musieli zawalczyć o prawdziwe życie z czymś, czego nie widzieli nawet w najciemniejszych zakamarkach internetu. W obliczu czyhającego w lesie śmiertelnego niebezpieczeństwa odkryją, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość i poświęcenie.

Kampinoski Park Narodowy wzbogaca czasem swój budżet użyczając różnym filmom różne swoje zakątki, leśniczówki także. W Granicy „Strukturę kryształu” realizował Krzysztof Zanussi, a Zbigniew Zapasiewicz grał Piłsudskiego w telewizyjnym serialu o młodym Komendancie, zaś pod Starym Dębem koło Sierakowa odpoczywał po filmowych łowach sławny Gustaw Holoubek, grający starego króla Jagiełłę. Ale nie tam pielgrzymują młodzi internauci w poszukiwaniu bohaterów tamtych filmowych realizacji. 
 
 
Ostatnią jesienią odwiedziłem tę starą leśniczówkę. Jeszcze trwa, zapewne już niedługo, zapewne niebawem podzieli los innych, jej podobnych, już rozebranych, po niektórych śladu już nie ma, jak po leśniczówce Rózin na skraju uroczyska Debły, albo po osadzie w Krzywej Górze, w której pomieszkiwałem przez blisko trzydzieści lat. Na frontowej ścianie starej leśniczówki Rybitew ze wzruszeniem zobaczyłem pozostałości plakatu, jaki zaprojektowałem w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku. Nad schematycznym zarysem Puszczy z siecią szlaków znakowanych, widnieje wersalikami krzyczące hasło: „Puszcza Kampinoska czeka na ciebie”. A pod spodem są informacje jak do tej puszczy na te wszystkie szlaki dojechać komunikacją publiczną, wtedy głównie pekaesami.

Taki to bowiem był czas, że w przeciwieństwie do mieszkańców Krakowa mieszkańcy otoczenia parku narodowego koło Warszawy za bardzo nie wiedzieli po co maluje się drzewa w kolorowe, poprzeczne paski. Pytali mnie wielokrotnie o to także kierowcy autobusu 110 w Wólce Węglowej, jak malowałem tam pierwsze znaki na szlaku ku uroczyskom Opaleń i Łuża. Długo nie wiedziałem jak im na te pytanie odpowiadać. Aż zrozumiałem. Mówiłem więc pytającym, że to są szlaki, po których, kierując się malowanymi na drzew wycieczki szkolne mogą dojść albo do Palmir, albo do Chopina w Żelazowej Woli. I to było zrozumiałe. Bo przecież dzieci szkolne powinny odwiedzać Palmiry i tę całą Żelazową Wolę.

Nie wiedziałem wtedy, znakując pierwsze swoje szlaki w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, że niebawem przyjdzie czas, jak będę musiał podjąć się prób deglomeracji ruchu turystycznego i zacząć projektować szlaki w innych podwarszawskich lasach. Bo zwłaszcza najbliższe Stolicy fragmenty Puszczy Kampinoskiej są odwiedzane nazbyt licznie, a to przecież park narodowy, nadmierna frekwencja nie jest więc dla niego zbyt korzystna. Powstały więc nowe szlaki koło Anina, Radości i Otwocka, obok Zalesia Górnego i Podkowy Leśnej oraz Pomiechówka. Odwiedzam je czasem, choć coraz rzadziej, bo coraz częściej mój pesel mi już na nadmierną mobilność nie pozwala. Ale się staram. Więc odwiedziłem ostatnią jesienią starą leśniczówkę Rybitew w okolicach Leoncina  i zobaczyłem tam wiszącą na ścianie historyczną już mapę swojego pomysłu sprzed siedemdziesięciu laty...
 
 

..........................................................................................

piątek, 19 grudnia 2025

Radosnych Świąt Bożego Narodzenia 

Scena z barwnej polichromii w XVIII wieku namalowanej na płótnie, którym obito wnętrze jednego z najbardziej urodziwych świątynek mazowieckich. Za czasów panowania króla Jana Sobieskiego w roku 1678  zbudowano go z drewna modrzewiowego we wsi Skuły nieopodal Mszczonowa. Świątynka jest ozdobą mini regionu mazowieckiego o bogatej przyrodzie, wpisanej w interesujący i przyjazny krajobraz o urodzie godnej pędzla najlepszych artystów epoki romantyzmu. Ma tam swoje źródliska rzeka Utrata, ta sama, nad którą urodził się Fryderyk Chopin, największy z muzyków tej epoki. Nieopodal mieszkał i malował okolicę Józef Chełmoński, wielki malarz polskiego krajobrazu. W skulskich lasach rosną dęby o pokroju zbliżonym do dębów białowieskich, o wysokim, gonnym pniu i koronie sięgającej nieba. Zalubiłem się w tej skulskiej okolicy miłością nieodwracalną. Nie ja jeden. 

„Mam 22 lata i wraz z moimi znajomymi odkrywam uroki Mazowsza" - napisał kiedyś do mnie nieznany mi czytelnik boga. I dalej tak pisał:  Dla Krakusów ta kraina ma w sobie jakąś barwną egzotykę. Podczas podróży autostopowych poznałem Niemcy i większość krajów Środkowej Europy, ale genius loci Mazowsza ciągle zachwyca”. Okolice Skuł takie są właśnie. Bo i swojskie, i egzotyczne zarazem. Mają nawet swoją własną winnicę, jak Toskania. I jest ten kościółek we wsi Skuły. a wewnątrz ten wzruszający obraz Bożego Narodzenia, namalowany przez jakiegoś, nieznanego z nazwiska lokalnego artystę przed dwustu pięćdziesięciu laty... 

Już po opublikowaniu tego postu w blogu przyjaciele z Żoliborza podrzucili mi źródło kompozycji anonimowego malarza ze Skuł. Znany i ważny włoski XVI wieczny malarz Coreggio zapewne nawet nie przypuszczał, że jeden z jego słynniejszych obrazów w dość swobodnej formie zostanie przywołany w prowincjonalnym mazowieckim kościółku. Oto jak się rozchodzą po świecie różne pomysły – podobieństwo do pierwowzoru raczej wprost proporcjonalne do odległości w kilometrach, ale jednak niewątpliwe...

Na te Święta i na ten Nowy Rok najlepsze życzenia !

............................................................................  

 Ten post publikowałem już w dwóch poprzednich latach , teraz mi serce mocniej zabiło,bo wróciły wspomnienia z tamtych stron, a po raz pierwszy przez cały rok być w Skułach nie mogłem.

piątek, 5 grudnia 2025

Ćwiczenia terenowe z wędrowania 

 
 „Uważność w wędrowaniu to najdoskonalsza mantra w ruchu  –  pisze Zbigniew Skrok w swojej książce „Wielkie rozdroże. Ćwiczenia terenowe z archeologii wyobraźni”. Autor jest archeologiem. Nie znam człowieka, a jest mi bratem w moim krajoznawcy widzeniu i odczuwaniu otaczającego nas świata. – Nieodzowna dla prawdziwego poszukiwacza tego, co skrywa oczywistość, czego nie widzą oczy zaślepione rutyną patrzenia, zamglone banalnością. Ażeby krajobraz otworzył przed nami choć rąbek swej tajemnicy, byśmy mogli spojrzeć pod jego powierzchnie, abyśmy patrząc na jego oblicze, wiedzieli więcej niż zwykli śmiertelnicy omiatający go niewidzącym spojrzeniem, potrzeba obok uważności, również wiedzy i wyobraźni. Krajobraz bowiem, tak jak greccy bogowie, nie przemawia wprost, ale daje znaki, które sami musimy odczytać dla swego pożytku i pouczenia. Znaki zaś są wszędzie tam, gdzie żył człowiek, czyli praktycznie na całej Ziemi, z wyjątkiem może najwyższych partii gór i morskich głębin. (...)  Krajobraz jest jak wielka partytura, dla niewtajemniczonych niema i obojętna, dla wtajemniczonych wędrowców jest Wielką Księgą, która otwieramy i czytamy w olśnieniu, radując się wędrówką i patrzeniem."

Skrok opowiada  w książce o swoich wyborach, o ścieżkach „które mają duszę”. Ucieka od prosto wyznaczonych tras. Trzyma się poboczy, zaginionych traktów, piaszczystych szlaków śniących wspomnienie dawnej świetności.  Droga, która ma duszę – pisze -  zaprasza do wędrowania, hojnie roztacza swe bogactwo. „Jeśli poznasz jej tajemny język i uszanujesz jej historię, zajdziesz daleko”. Bardzo to ładnie sformułowane. I bardzo to jest prawdziwe. Dla mnie bliskie i zrozumiałe. 

 
Wyjątkowo dobrze mi się czyta stosunkowo niedawno wydaną po polsku książkę Roberta Macfarlane'a „Szlaki. Opowieści o wędrówkach”. Pisze on o naturze nie w ujęciu przewodnikowo-turystycznym, ale z dużą erudycją i miłosnym oddaniem, czasem zabarwionym mistycyzmem, dając wyraz nieskomplikowanej radości, jakiej dostarcza mu wędrowanie i obcowanie z przyrodą. Że chodzenie może być formą poszukiwania sensu. Wędrowanie może być czynnością metafizyczną – przemierzając realny dystans drogi i mierząc z jej wyzwaniami, człowiek dowiaduje się prawdy o samym sobie, doświadcza wolności, zachwytu przyrodą lub po prostu ma czas na przemyślenia. Zdaniem autora, każda, nawet najbardziej prozaiczna wędrówka w plenerze może dostarczyć takich przeżyć – niekoniecznie trzeba iść na pielgrzymkę. Wystarczą otwartość i uważność. 

Zapewne znacząca część mojego wędrowania zanurzona jest w archeologii wyobraźni, o której możliwościach tak celnie opowiada w swojej książce Zbigniew Skrok.  Krajobraz podwarszawskiego Mazowsza jest  moim drugim domem i chętnie mi się pośród niego wędruję. Myślę, że jednak, w miarę swojego się starzenia, coraz bardziej wkraczam na ścieżki, wyznaczane przez archeologię pamięci. Z miejscem na tym zdjęciu, które pomieściłem tutaj powyżej, związany jestem szczególnie. Kiedy byłem tutaj po raz pierwszy, nie było jeszcze tej ścieżki. Wymyśliłem ją, ten szlak tutaj musiał powstać, to było naturalne przedłużenie głównej ulicy w Truskawiu. Ku urodziwym fragmentom najbliższych  Warszawie Puszczy Kampinoskiej, nią właśnie prowadzi najdogodniejszy dojazd z Warszawy.  Szlak powstał w roku 1965 i dość chybko stał się najpopularniejszym, ludnym  szlakiem puszczańskim. Teraz jest także ścieżką dydaktyczną parku narodowego, są tam tablice z informacjami okolicznej przyrodzie, są również atrakcyjne kładki wiodące przez wilgotne i bagienne lasy.


Któregoś roku, dawno to było, nie było wtedy jeszcze tej ścieżki z Truskawia, tych tablic i kładek, przeżyłem tutaj najwspanialsze w moim życiu spotkanie z łosiami.  To było zimą. W tamtych czasach były śnieżne i mroźne. Ta,  taką właśnie była. Zbliżał się zmierzch, o tej porze roku jak zwykle zbyt wcześnie. Nad puszczą zalegała typowo zimowa mgiełka, rozmleczniąjącą otoczenie, nadająca krajobrazowi delikatność i miękkość. Zza tej mgiełki widoczna nad puszczańskimi turzycowiskami zawisła nisko czerwieniejąca tarcza zachodzącego słońca. Rudawe kępki turzyc pokryte były białą szadzią, która pejzażowi nadawała prawie baśniowy charakter. 

Zaledwie kilometr dzielił mnie od ludnego Truskawia, gdzie miałem zakończyć wędrówkę. Słychać było szczekanie psów, ludzkie głosy, warkot traktora. W odległości kilkudziesięciu metrów od siebie zobaczyłem ogromne zwierzę stojące pośród łąk. Otaczał je kłąb pary. Całe jego ciało parowało... Łoś stał nieruchomo, bokiem do mnie, tylko swój duży łeb zwrócił w moją stronę. Na lewo od niego zobaczyłem drugiego. A jeszcze bliżej ciemniejącej ściany lasu był trzeci łoś. Wspaniałe, królewskie zwierzęta. Po prostu stały. Patrzyły na mnie. Ja patrzyłem na nie. Potem ja ruszyłem swoją drogą, a one poszły swoją. Piętnaście minut później siedziałem już w czerwonym miejskim autobusie wiozącym mnie do Warszawy. Po niespełna godzinie byłem już w swoim mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu. Być może właśnie wtedy zrozumiałem rangę tej podwarszawskiej puszczy w swoim życiu... 

O zimowej tej porze roku wędrówka staje się wezwaniem. Jeszcze jest ciemno za oknem, gdy wyrusza się z domu na stację kolejową, aby pojechać gdzieś dalej, gdzie krajobraz nie wie, co to jest miasto. Ale,  jeśli się nie daje  gdzieś dalej, bo nie można z jakichś tam powodów, to przynajmniej na godzinę do miejskich rezerwatów na Bielanach lub w Kabatach, bo niedaleko. Są takie miejsca w podwarszawskich lasach, gdzie ręce same składają się do oklasków. Prowadząc wycieczki proponuję zawsze ich uczestnikom krótki tam postój, aby patrząc na to, co ofiarowuje nam podmiejska natura,  móc w ciszy móc wsłuchać się w las.  Las bywa bowiem jak najwspanialsza muzyka. A któż rozmawia w czasie koncertu, zamiast poddać się słuchaniu symfonii Beethovena lub kwartetu Brahmsa? 

To prawda,  o zimowej porze lasy nizinne lasom górskim nie dostają w urodzie. Chociaż... czy tak jest do końca? Niemal nie ma dobrych płócien wielkich polskich malarzy, które by las górski przedstawiały. A nizinnych lasów pod pędzel artystów malarzy zawędrowały krocie.  Jeździłem ci ja  w mazowieckie lasy szukając ich pejzaży, Chełmońskiego i Rapackiego, Masłowskiego  i  Podkowińskiego i Weysenhoffa... Napatrzyłem się krajobrazów polskich pejzażystów, więc teraz, idąc ich tropami, często szukam malarskiego wyrazu w lesie. Znajdowałem je bardzo blisko granic mojego miasta. 

 Tę niesamowitą sosnę o nadzwyczajnym wyrazie sfotografowałem ze szlaku na Łużowej Drodze, bardzo blisko miejsca, gdzie szlak żółty spotyka się z niebieskim. Odwiedzam ją często, bardzo blisko jest do niej od miejskiego autobusu linii 110. Ta linia też wpisuje się w mój tomik wspomnień z cyklu "archeologia pamięci". Jak pamiętam, istniała zawsze. I zawsze wysiadałem się z autobusu tej inii w tej samej Wólce Węglowej. Tak wysiadłem w czasie swojego pierwszego wyjazdu ku kampinoskim lasom w roku 1961. I teraz, trzy lata temu, gdy ostatni raz szedłem ku tej sośnie, aby ją sfotografować przy pomocy telefonu, niewyobrażalne w mojej młodości, ba! posiadanie telefonu takie też było! 

Blisko przystanków tej stodziesiątki w Wólce Węglowej rosną na terenie  Kampinoskiego Parku Narodowego liczne sosnowe "krzywulce" (pisałem już o tym w tym blogu, ale się powtórzę), wiele z rosnących tam sosen ma swój wyraz, cechy indywidualne, każda ma inną fizys, inny układ konarów, a większość – gdy się im uważnie przyjrzeć  –  budzi zachwyt.  Na przykład ta „Sosna Rodzinna” ze zdjęcia; taką jej nazwę zaproponowałem. Dlaczego zasługuje na nazwanie jej  „rodzinną”? Otóż, jak się zdaje    –  mogę tylko przypuszczać, nie jestem bowiem ani dendrologiem, ani drzewiarzem i o ile wiem fachowcy nie interesowali się jeszcze życiem przeszłym tego właśnie drzewa    –  główny pień (lub raczej jego pozostałość) znajduje się wewnątrz piasku, a nad jego powierzchnię wystają tylko jego konary, które przyjęły formę drzew osobnych. Bardzo wdzięczne to drzewo do obfotografowywania. Com czynił z zapałem. A po cichutku przyglądałem się mijających mnie turystom. Proszę sobie wyobrazić; nie dostrzegali tego drzewa. Po prostu i zwyczajnie. Szli przez las i tyle. A detale? Nie miały dla nich znaczenia...

 A ja? Cóż ja. Jak już  się polubiło wędrowanie, to się  jedzie się w ten plener, taki mus, może tęsknota, a może zapamiętanie, dla nieznających tego uczucia mocno bezsensowne. Czasem bliżej się jedzie, nie tylko do Puszczy Kampinoskiej, ale na przykład do Puszczy Słupeckiej nad Czarną Strugą lub gdzieś w okolice Międzylesia i Radości. Zimą pięknie tam skrzy  i lśni śnieg w koronach sosen. A mnie radość ogarnia i mam moc satysfakcji, że widzę tam ludzi z plecaczkami na znakowanych szlakach, które przed laty dla nich zaprojektowałem, wiodące na skraj Macierowego Bagna. Niby blisko, w granicach Warszawy, nieopodal łatwo dostępnej komunikacji miejskiej, a pejzaż jakby ze stron dalekich... 

Przez ponad pół wieku projektowałem szlaki turystyczne na podwarszawskim Mazowszu. Czasem udawało się je prowadzić tak, jak należy, aby szlak był atrakcyjny i ukazywał miejsca, wyróżniające się krajobrazowo, o  określonych wartościach historycznych, etnograficznych, przyrodniczych.  Naprawdę dobry szlak powinien unikać dróg o linii prostej, na przykład leśnych linii oddziałowych. Ze swojej bowiem natury przyroda nie lubi linii prostych!  A więc powinien szlak prowadzić trasą krętą, urozmaiconą, o zmiennej perspektywie i  dużym bogactwie krajobrazowym, pograniczem obszarów odmiennych morfologicznie o zmiennej szacie roślinnej. Im dróżka węższa, tym lepiej. Tak prowadzona trasa szlaku zmusza grupy turystów do wędrówki gęsiego i eliminowane są zbędne rozmowy zakłócające ciszę przyrody, zaś turysta w ten sposób może nawiązać bliższy kontakt z otaczającym go pejzażem. Dla większości mieszkańców okolic podwarszawskich pierwsze szlaki były całkowitą nowością. Gdy na żółtym szlaku z Wólki Węglowej w roku 1963 malowałem swoje pierwsze znaki turystyczne w Puszczy Kampinoskiej, napotkani ludzie pytali mnie, po co ja maluję te drzewa w paski.  Szybko nauczyłem się przystępnie tłumaczyć zaciekawionym, że te paski to są po to, aby kierując się nimi szkolne wycieczki mogły trafić do cmentarza pod Palmirami, albo do domu Chopina w Żelazowej Woli. Jak odkryłem to niebawem, sens wycieczki szkolnej był zrozumiały, ale nikt nie mógł zrozumieć, jaki ma sens chodzenie po lesie dorosłych i to tak sobie, aby las po prostu tylko oglądać, tylko w nim być, a nie po to, by zbierać grzyby.  W terenach górskich ludzie to wiedzieli, na polskim niżu zupełnie nie.

Zamieniam się często archeologa w swoich wędrówkach. Czasem w wkraczam na ścieżkę archeologii wyobraźni, a czym jestem starszy tym bardziej archeologii pamięci. Gdy jestem samojeden pośród przyrody,  coraz częściej moja wędrówka staje się czynnością metafizyczną i coraz bardziej przypada mi to do serca; ma rację MacFarlane, że  – przemierzając realny dystans drogi, człowiek dowiaduje się prawdy o samym sobie, doświadcza wolności, zachwytu przyrodą lub po prostu ma czas na przemyślenia. 

..................................................

 


poniedziałek, 1 grudnia 2025

 

W Kazuńskim Borze
 

Od przeszło sześćdziesięciu lat wędruję po Puszczy Kampinoskiej. Znam ją nie najgorzej, pierwszy po niej przewodnik wydałem już w roku 1971, książki pisałem o niej, szlaki projektowałem i pierwsze na nich znaki kładłem na kampinoskich drzewach. Zadawało mi się, że wszystko wiem o niej. Ale dopiero jesienią w roku 2025 , z ekranu swojego monitora, głównie z publikowanych tam informacji i facebooków, dowiedziałem się o „Bunkrze księdza Popiełuszko” w Borze Kazuńskim. Parafia w Leoncinie poinformowała, że stanął krzyż przed „Bunkrem Popiełuszki”, a jak czytam w internecie, „wbrew oficjalnej wersji najbardziej prawdopodobnym” w miejscu przetrzymywania od 20 X 1984 r. i śmierci błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki.
 
Bywałem w Borze Kazuńskim i oglądałem znajdujące się tam stare forty i   prochownie. Zachodziłem co kilka lat, coraz bardziej obrastały gęstą roślinnością, wśród której na odwiedzających czyhały tabuny kleszczy. Budowle te, dawniej wojskowe, obecnie są we władaniu Kampinoskiego Parku Narodowego. Jesienią 2024 roku wstęp do prochowni został zamknięty ze względu na zimujące tam nietoperze, a otoczenie oczyszczono z drzew i krzewów.
 
Ostatnią jesienią zobaczyłem postawiony tam krzyż i namalowany na ścianie portret ks.Popiełuszko. Porwanie i śmierć księdza w 1984 roku dla większości Polaków mojego pokolenia były ogromnym przeżyciem. Był legendarnym kapłanem „Solidarności”, którego kazania, jakie głosił  w żoliborskim kościele Stanisława Kostki, gromadziły tysiące osób. Jego męczeństwo zaczęło się 19 października 1984 roku. Ks. Popiełuszko wracał autem z Bydgoszczy do Warszawy. Na drodze do Torunia, niedaleko miejscowości Górsk, Jerzy Popiełuszko wraz ze swoim kierowcą zostali zatrzymani i porwani ze swojego auta przez ubranych w mundury policji drogowej funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Kierowca księdza zdołał wyskoczyć z pędzącego samochodu i uciekł. Porywacze pojechali dalej w stronę Torunia. Zamknięty w bagażniku ks. Jerzy usiłował się stamtąd wydostać, dlatego porywacze zatrzymywali się co jakiś czas i bili go aż do utraty przytomności. Koło północy wjechali na zaporę na Wiśle we Włocławku. Tam z wysokości kilkunastu metrów wrzucili księdza do wody. 30 października 1984 roku z zalewu na Wiśle koło Włocławka wyłowiono jego zwłoki. Gdy jego zmaltretowane ciało przywieziono do żoliborskiej świątyni, wraz z tysiącami innych wraz z żoną staliśmy w dwukilometrowej  kolejce pośrodku nocy,  aby się mu z czcią pokłonić. Z bliska widziałem  tę umęczoną twarz. Widok  wstrząsający, nie do zapomnienia.  
 

Nie wszyscy uwierzyli w tę wersję śmierci księdza. Pojawiła się hipoteza, wedle której po 19 października kapelan „Solidarności” był przetrzymywany i torturowany aż do 25 października (bo oprawcy chcieli go zmusić do podpisania deklaracji o współpracy z SB) w jednym z bunkrów w Borze Kazuńskim.  Byłem tam teraz tej jesieni. Na początku listopada roku 2025  wszedłem do środka tego pomieszczenia. Ciemność ledwo rozjaśniały tlące się tam znicze. Mój towarzysz zapalił latarkę swojego smartfona. W jej świetle zobaczyłem puste wnętrze. Na ścianie namalowany portret Księdza Jerzego. Na posadzce przed nim ułożone w krzyż znicze. 


Hipoteza – przyjmująca, że przetrzymywano tutaj i torturowano ks.Jerzego  – odwołuje się do faktu, że wieloletni dyrektor KPN, inż Jerzy Misiak, woził tutaj prymasa Glempa. Z sugestią: skoro go woził, to przecież o coś musiało chodzić. Nie dawało mi to spokoju, zatelefonowałem do emerytowanego dyrektora. Rozmawialiśmy długo, znamy się od lat, dla nas obu Puszcza Kampinoska jest czymś bardzo ważnym, więc było mówić o czym. Dwa dni później dostałem od niego obszerny list. Jestem mu niezmiernie wdzięczny, że swoją o tym wiedzą zechciał się ze mną podzielić i zezwolił, abym te informacje opublikował
 
Wizyta ks. Prymasa w KPN była jego kolejną wizytą turystyczno-krajoznawczą. Prymas ukochał Puszczę z całym jej dziedzictwem przyrodniczym, historycznym, społecznym. Zwiedzanie kazuńskich fortów przez ks. Prymasa miało miejsce 26. stycznia 2003 roku i było połączone z 10. rocznicą pierwszej oficjalnej ks. Prymasa w KPN oraz rocznicą Powstania Styczniowego. Był to czas, kiedy dużo mówiło się w różnych aspektach o Puszczy Kampinoskiej w związku z tą zbrodnią. Lud mówił i tworzył kolejne wersje wydarzeń, a echo daleko roznosiło te wieści. Tym programem wizyty chciano pokazać ks. Prymasowi o czym się mówi, jakie są te miejsca.  Także i budynki prochowni  w Borze Kazuńskim. 

Ks. Prymas po zwiedzeniu tej budowli, które miało charakter świecki i po wysłuchaniu historii tej części twierdzy i tego co wieść niesie na temat ks. Jerzego, powiedział, że nie ma żadnych dowodów na temat przetrzymywania ks. Jerzego w Puszczy Kampinoskiej po jego porwaniu w dniu 19. października 1984 roku i poprosił, żeby o jego wizycie w Borze Kazuńskim nie mówić. Można się tylko domyślać dlaczego. Toczyło się postępowanie beatyfikacyjne ks. Jerzego 
  męczennika, któremu nie służyłaby żadna sensacyjna wiadomość, w obiegu były przeróżne informacje o przetrzymywaniu ks. Jerzego w Puszczy, każdą z nich, nawet najbardziej niedorzeczną, swoją wizytą  Prymas mógłby "uwiarygodnić".  Niewątpliwie  była to najlepsza decyzja, jaką ksiądz prymas w tej sytuacji mógł podjąć. Są zresztą niepodważalne dowody na to, że cała bestialska akcja porwania, przetrzymywania i katowania ks. Jerzego miała miejsce w okolicach Torunia (m. Górsk) i nad Zalewem Włocławskim. W Puszczy Kampinoskiej nie przetrzymywano ks. Jerzego po Jego porwaniu w dn. 19.X.1984 r.  Ale   przyznać to trzeba     kazamaty tych starych prochowni wojskowych mogą najróżniejszym hipotezom służyć. Ta odludność położenia, ten dziczejący, drzewostan wokoło, to wszystko robi wrażenie. 

Przez dziesiątki lat był Kazuński Bór terenem wojskowym, dzisiaj jest królestwem przyrody, pełnym  fragmentów starodrzewu sosnowego i dąbrowy świetlistej ze stanowiskiem urodziwych okazów lilii złotogłów, a w szczelinach jednego z bunkrów rosną kępki zimozielonej paproci, niezmiernie rzadkiej na nizinach zanokcicy skalnej.  Jest też jedynym fragmentem historycznego kompleksu Puszczy Kampinoskiej, stykającym się bezpośrednio z Wisłą, tutaj będącą rezerwatem przyrody. Na drugim, wysokim  brzegu rzeki znajduje się Zakroczym.  Tak to czasem wygląda w pełni letniej zieleni, jak na tym ujęciu z 1999 roku. 
 
Gdzieś tutaj  była przez wieki przeprawa przez rzekę i właśnie tędy jechano konno, kolaskami i karetami z Warszawy do Gdańska.  
Nadwiślański skraj Boru zamieszkiwali kiedyś rybacy  zobowiązanymi do czynienia posług, np.musieli podejmować się przewozu "w czółniech do Warschewy, do Seroszcza, do Wiszogroda, do Zakroczimia i kędy potrzeba". A obok czekali na podróżnych dwaj karczmarze za przywilejem od Jana Starszego, książęcia mazowieckiego, "de data et actu in Zakroczym in vigilia ss.Simonis et Iudae apostolorum a.1420".   

Zapewne również gdzieś tutaj stał most, którego wizerunek  z czasów siedemnastowiecznych najazdów szwedzkich na Polskę, zachował się na miedziorycie, wykonanym podług rysunku Erica Dahlberga z roku 1657, pomieszczonego w wydanym czterdzieści lat później w Norymberdze dziele Samuela Pufendorfa "Histoire du regne de Charles Gustave", wyraźnie widać zabudowania Zakroczymia na wysokim, północnym brzegu Wisły, oraz poniżej nich koryto rzeki, nad którym ten most jest zbudowany. Widać też błonia nadrzeczne i i od krzyża na pierwszym planie, aż po horyzont pełno wojska, koni, taborów. To armia Karola Gustawa z terenów Puszczy Kampinoskiej wycofująca się ku Zakroczymowi. Pod grodem zakroczymskim stali Szwedzi obozem przez dwa lata, stamtąd czyniąc wypady do wsi wokół położonych, także i w Puszczy Kampinoskiej. Rabowali, palili, mordowali, pozostawiali po sobie ruiny i pustkowia. Ale to było dawno, kto o tym pamięta. Więc nie słychać  żadnych o tym opowieści pośród tutejszego ludu... 
 
Działo się tutaj naprawdę niemało. Niemal wszędzie, gdziekolwiek się pójdzie w tej podwarszawskiej puszczy, także i w Borze Kazuńskim, widnieją ruiny fortów i transzeje, okopy i leje po bombach, samotne mogiły i cmentarze. Puszcza Kampinoska przesiąknięta jest krwią. Ale nie ma w niej krwi księdza Jerzego Popiełuszko.   
.............................................................