niedziela, 20 listopada 2022

Puszcza. Opowieści kampinoskie


W połowie listopada na rynku księgarskim pojawiła  się kolejna moja książka, której wydania podjęło się Wydawnictwo Iskry. Edytorsko nawiązuje ta książka do innych moich mazowieckich pozycji z Iskier. Ta nosi tytuł Puszcza. Opowieści kampinoskie. Poniżej fragmenty tego, co w książce się znajduje. A do lektury całości jak najgoręcej zachęcam.

Opowiadam w tej książce o Puszczy Kampinoskiej. Takiej jaką zobaczyłem przed sześćdziesięciu laty i jaka mi wciąż towarzyszy, najczęściej gdzieś bardzo blisko serce. Ze wszystkich znanych mi krajobrazów, najserdeczniej jestem związany z  krajobrazem Puszczy Kampinoskiej i niekiedy mi się wydaje, że gdyby tej puszczy  nie było, to bym musiał sobie ją wymyślić. 

Od dawna mnie proszono o całkiem osobną książkę o tej puszczy, która byłaby uzupełnieniem moich przewodników turystycznych i jakąś sumą moich krajoznawczych wędrówek literackich po puszczy. Jest ważnym i bardzo pociągającym swoją urodą i historią przyrodniczym skarbem polskiego niżu, a dla Warszawy skarbem jest rangi największej. Ta książka jest po części krajoznawczą gawędą, a trochę też zwierzaniem się autora z fascynacji tą puszczą i światem ją otaczającym.

.......…............

O korzyściach, płynących z istnienia Kampinoskiego Parku Narodowego można nieskończenie. Dla uczonego jest to ogromne laboratorium, pozwalające na badanie naturalnych procesów przyrodniczych. Wiejące z nad puszczy wiatry  przynoszą warszawiakom dobre, żywiczne powietrze sosnowych borów, rosnących na wydmowych piaskach. Podwarszawska puszcza dla mieszkańców wielkiego miasta jest miejscem czynnego wypoczynku, także terenem wycieczek turystycznych i krajoznawczych, pozwalającym na poznanie przyrody. Dla wielu jest miejscem ucieczki. Od miejskiego jazgotu,  nieustannego hałasu i smogu, od cywilizacji, polityki, problemów w pracy. Gdy nie możemy znaleźć sobie miejsca, mamy kłopoty ze sobą albo z najbliższymi, gdy mierzi nas świat, dobrze jest wejść w głąb przyrody...

........................

Wiele lat musiało upłynąć, nim zrozumiałem prawdę o tym, iż o oglądzie całości decyduje szczegół. Przyroda, z całym jej bogactwem, została mi dość dobrze obrzydzona na lekcjach biologii w czasie analizy życia płciowego  pantofelków i stułbi. Wiele lat musiało upłynąć, nim zacząłem dostrzegać wszelakie detale, szczegóły i szczególiki. W czasach, gdy zakochany w górach "zaliczałem" szlaki i szczyty, nie zaprzątałem sobie głowy takimi drobiazgami, jak pasikonik pośród traw...

Tak gdzieś na początku młodego lata zobaczyłem czarne bociany nad puszczą. Płynęły po niebie, w powietrzu, niemal bez poruszania skrzydeł. Wpierw dwa, potem dołączył do nich trzeci. Wszystkie szukały w powietrzu wznoszącego komina powietrza, a gdy wreszcie  odnalazły ów wznoszący prąd, poczęły krążyć i krążyć, a z każdym kręgiem były coraz wyżej. Dwa pierwsze trzymały się cały czas obok siebie. Czuło się wyraźnie, iż ten wspólny lot sprawia im ogromną radość. Ptaki dotykały się końcówkami skrzydeł. Palcami „dłoni”, jak to miejsce na skrzydłach nazywają ornitolodzy. Trzeci jednak nie dotrzymywał im kroku, zostawał niżej, aż wreszcie zawrócił i począł szybować w inną stronę. Wtedy jeden z tych dwóch poleciał za nim i już wspólnie szybowały nad lasem. Wkrótce i trzeci przerwał swój lot wznoszący i dołączył pospiesznie do tamtych. Wtedy zrozumiałem czego byłem świadkiem.

Oto dwoje rodziców po raz pierwszy wyprowadziło na dłuższy "spacer" po niebie swojego młodego bociana. Z radości, że są wszystkie razem, że rodzina jest ze sobą, że młody bocian jest zdrowy i im towarzyszy, rodzice na moment zapomnieli się, byli tylko sami ze sobą, przez ten moment ich dziecko znalazło się poza ich zainteresowaniami. Wkrótce jednak zobaczyli, że młody bocian jeszcze nie może dotrzymać im towarzystwa, że wysiłek jest dlań zbyt wielki. Wpierw jedno, a potem drugie dołączyło do bocianka i wspólnie go eskortując, z nim powracały do rodzinnego gniazda. Może to zbyt antropomorficzny sposób widzenia ptasiego życia, ale jednak: dlaczegóż by nie? "Zwierzęta też ludzie", jak mawiał Dersu Uzała z uroczego filmu Akiro Kurosawy. W gruncie rzeczy: cóż my wiemy o uczuciowym życiu ptaków...
.....................................

Śmiały pomysł wykupienia wiejskich terenów wewnątrz puszczy zawdzięczamy w znacznej mierze cudzoziemskim dziennikarzom, którzy przyjechali relacjonować któryś ze zjazdów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, wówczas przewodniej siły narodu, jak głosiła komunistyczna propaganda. Przewodnia siła nie zauważyła, że w sąsiedztwie stolicy jej państwa naród wiejski egzystuje w okropnych warunkach, w nędznych wioszczynach na lichych piaskach pośród bagien i puszczy. W wolnej chwili kilku dziennikarzy postanowiło na swoją rękę zobaczyć jak wygląda park narodowy, jedyny wówczas narodowy park w bezpośrednim sąsiedztwie jakiejkolwiek stolicy europejskiego państwa. W zagranicznej prasie pojawiły się zdjęcia i opisy kampinoskich wiosek. Partia się zdenerwowała. 



Zdenerwowanie partii wykorzystali wówczas naukowcy, wśród nich współinicjatorka utworzenia tego parku, prof. Jadwiga Kobendzina. Poszła z wizytą do  ówczesnego premiera Piotra Jaroszewicza,  jej argumenty okazały się trafione, więc aby na przyszłość wstydu sobie oszczędzić, w dobrze rozumianym interesie ludowego państwa, na rządowym szczeblu podjęta została decyzja o rozpoczęciu akcji wykupywania puszczańskich wiosek.
.....................................

W domu, w którym  mieszkałem na śródleśnej polanie, miałem stałego sublokatora. Wodził za mną wzrokiem, gdy krzątam się po obejściu, przygląda bacznie, gdy rąbię drewno na opał. Przyzwyczaiłem się do jego obecności. Tym sublokatorem była najbardziej popularna z krajowych sów – puszczyk. „Mój” puszczyk, gdy o zmroku opuści komin, udając się do pobliskiego lasu, wydawał groźny okrzyk oznajmiając, że oto wkroczył na ścieżkę wojenną, bowiem bardzo jest głodny. Przy końcu zimy przysłuchiwałem się nieraz miłosnym pohukiwaniom sów z okolicy. Zalotnie wabiącym samicom, dzielnym i bardzo męskim okrzykom samczyka, zwłaszcza wtedy, gdy w jego rewirze pojawi się rywal. Niekiedy słyszałem odgłosy starcia, poprzedzone „pojedynkiem” na głosy.  Gdy zasypiałem,  przez otwarte okno dobiegały do mnie te wszystkie sowie głosy. 
 
Sowy otoczone są szacunkiem w wielu krajach europejskich, co najmniej takim, jakim Polacy otaczają bociana. Nie darmo, bowiem sowy są tępicielami gryzoni, zatem sprzymierzeńcami rolników, ochraniającymi zboża. W starożytnej Grecji była sowa symbolem mądrości i bogini Ateny. Rzymianie jednak uważali, że sowy są demonami, które przepadają za napaściami na śpiące dzieci i dorosłych, po to, aby ssać z nich krew. Francesco Goya namalował obraz, „Gdy rozum śpi”, który przedstawia budzące się demony, nadlatujące z ciemności, o kształtach wielkookich, szerokoskrzydłych sów.

Demony wszystkich rodzajów najchętniej mają duże oczy i wydają przerażające okrzyki. Ta wiara wciąż jest obecna na wsi polskiej. Nie tylko w tym zresztą, słowiańscy kmiecie przypominają populus Romanus. Sowy noszą łacińską nazwę „Strix”; puszczyk na przykład zwie się w naukowej terminologii – Strix aluco. Od tego łacińskiego słowa pochodzi nazwa strzygi lub strzygonia. Łacińska nazwa Strix w starożytności oznaczała demona, wysysającego krew. A to, co o strzygach (na wszelki wypadek!) wiedzieć warto, to przeczytać można w omawianej tu książce....

....................

Zimą w lesie panuje wszechobecna cisza. Czasem tylko można usłyszeć jak w poszukiwaniu obiadu pracowicie ostukuje drzewa dzięcioł. Słychać chrapliwe nawoływanie się kruków. I to wszystko. W takiej mroźnej ciszy nabiera znaczenia chrzęst własnych kroków na śniegu. Własne myśli stają się wyrazistsze.

O zimowej porze zachodzę często w okolice Izabelina. Odwiedzam przyjazne mi dusze w gmachu dyrekcji Parku Kampinoskiego, a potem idę w las czarnym szlakiem w stronę Sierakowa. Tamte bory dają się lubić, są takie oswojone, typowe dla tych podwarszawskich okolic, żadne tam dzikości, niemal same sosny i dużo jałowca i on jest jedynym elementem podszycia. Dopiero co  zobaczyłem tam w lesie leżącego łosia. To była łosza. Zapewne była to Lucyna, tak ją nazywają miejscowi leśnicy, tę łoszę wciąż widują w tej okolicy, w niektóre lata z łoszakiem u boku.

Zadziwiające, jak nie najgorzej sobie ta przyroda z tym wszystkim radzi. Do skraju lasu dochodzą zabudowania ludzkich osiedli. Jeszcze niedawno  były to wsie, dzisiaj rozrosły się i są  typowymi osiedlami podmiejskimi z murowanymi budynkami, zupełnie, ale to zupełnie nie o wiejskimi. Ze skraju lasu słychać nieustanny szum, to samochody jadące krajową siódemką. A na tym skraju lasu, proszę państwa, leżą sobie spokojnie potężne łosie i patrzą na ten nasz jarmark współczesnej, ludzkiej cywilizacji.  

Przez wiele lat o zimowej porze tropiłem łosie w  borowych siedliskach naszej Puszczy. Łosi się tutaj uczyłem, podglądałem ich życie, na tyle oczywiście, na ile one same mi na to pozwalały. Najczęściej oglądałem tylko tropy, a jak odciski racic były czytelne, zapamiętywałem czym się różni trop samca od tropu samicy, a do tego jeszcze ciężarnej, widziałem wytopione ciepłem łosiego tułowia miejsca, w których zwierzęta  leżały. Łosia na żywo jednak za żadne skarby zobaczyć nie mogłem. Przecież on tu były, śladów ich bytności aż nadto. I nic?  Leśniczy z Kaliszek, pan Jacek Kościk był dla mnie wyrozumiały i zaprosił do swojego samochodu. Pojechaliśmy. Kilometr za leśniczówką, na poboczu asfaltowej drogi, w sosnowym młodniku, rosnącym już poza granicą parku narodowego, szosa była ta granicą, leżał nieruchomo - łoś. Przysypany śniegiem, właśnie zaczął padać, zwierzę ledwo odróżniało się od terenu. 


Zdjąłem tego łosia przez okno samochodu. Pokusa lepszej fotografii była zbyt duża, otworzyłem drzwi auta. Tego chyba jednak było dla łosia za dużo. Wstał bardzo spokojnie. Spojrzał na mnie z wyrzutem i odszedł w głąb lasku. Leśniczy chciał mi pokazać jeszcze inne łosie, akurat skoczyła się ekspozycja, o żadnych zdjęciach nie mogło już być mowy, szkoda, więc nie zobaczyłem tej  klępy z łoszakiem, o której leśniczy mi mówił, że od dłuższego czasu za Kaliszkami utrzymuje się w chłopskich zagajnikach o krok od ludzkich sadyb, o kilometr od ruchliwej szosy gdańskiej.

........….........

Kiedyś do mojej leśniczówki przyszedł facet i pełen niezadowolenia w oczach protestował.
–  Co to za głupi szlak; przyszedłem z parkingu koło muzeum obok  Kampinosu, idę, idę, trzy godziny szedłem, a po drodze nic, tylko las i las...
Z trudem dał sobie wytłumaczyć, że na tym właśnie polega puszcza, że dominuje w niej właśnie las.  Bo –  rzeczywiście –  co tu jest do zwiedzania? W potocznym tego słowa rozumieniu, nie ma niczego. Absolutnie.

.........…...........

sobota, 5 listopada 2022

Opowieść o wsi Polesie i Poleskich Dębach

    

  Jedno z najładniejszych zdjęć rolniczego pejzażu w okolicach podstołecznych, jakie mi się udało wykonać, zrobiłem w latach siedemdziesiątych XX wieku we wsi Polesie na kampinoskim Powiślu. To był slajd, znacznie później ten slajd zdygitalizowałem. Sympatyczny pejzaż wciąż oko cieszy. I jakby trochę go żal, że już trochę jest nie taki, że dzisiaj już jest inny...  Dla warszawiaka, przyjeżdżającego w tę okolicę na wycieczkę przed półwieczem, ta okolica wydawała się istnieć jakby w innym wymiarze czasowym. 

    Tegorocznej jesieni znowu się tam wybrałem. Pojechałem autobusem do Puszczy Kampinoskiej w okolice Polesia. Są dwie siostrzane wioski tej nazwy na kampinoskim powiślu, na zachód od gminnego Leoncina. Jest tam  Polesie Stare i jest obok niego Polesie Nowe. Obie wioski powstały jako jedne z ostatnich w XIX w. kosztem lasu, czyli na terenach  „po lesie”. Kilka małych wydm przetrwało w tamtejszym krajobrazie, na nich rosną takie sobie i bardzo chłopskie sośniny. W obu wioskach nie ma praktycznie zwartej zabudowy, to nie są typowe ulicówki, zabudowa jest tam raczej rozproszona. 

    Domostwa w całej tej okolicy z roku na rok ładniejsze, murowane, na wielu dachach baterie słoneczne, o słomianych strzechach w Polesiu zapomniano, ale eternit jeszcze tu i tam budynki gospodarcze przykrywa.  Zanim do Nowin przedłużono linię autobusową PKS z Warszawy przez wiele lat był  przystanek końcowy w Starym Polesiu, tu docierały autobusy z nieistniejącego już dworca PKS Marymont. Przez wiele lat po zakończonej wojnie jeździły też do Polesia ciężarówki z ławkami dla pasażerów, wożące miejscowych mężczyzn do pracy w mieście. A w wolne od pracy niedziele, te same ciężarówki z tymi ławkami, woziły wycieczki warszawskich robotników na grzybobrania w Puszczy Kampinoskiej.     

   Przez wiele lat pętla tej linii z Marymontu znajdowała się w samym środku Leoncina, na pasażerów autobusów, przyjeżdżających tam z Warszawy, wcale często czekali ziomkowie z furmankami, aby podwieźć przybyłych do co odleglejszych sadyb. To już od dawna czas przeszły, furmanek w okolicy praktycznie już nie ma, kursów autobusowych coraz mniej, chyba że w dzień szkolny, wtedy ich więcej. Większość tutejszych mieszkańców ma własne samochody. Ale nadal kursują na tej linii autobusy, teraz w Warszawie zaczynają jazdę przed kolejowym Dworcem Gdańskim. Jak wtedy, gdy wsiadało się do pekaesu na warszawskim Marymoncie,  tak  i teraz kurs dla turystów najdogodniejszy zaczyna się o godzinie dziewiątej rano.


    Przy skrzyżowaniu obok  przystanku w Nowym Polesiu. stoi dziewiętnastowieczna kapliczka przydrożna. Jakiś czas temu niezbyt szczęśliwie okryto ją białym sajdingiem, taka bowiem moda zapanowała, że kapliczki też trzeba unowocześniać. Szczęściem ta uniknęła obłożenia jej ceramicznymi płytkami, jak ściany w łazienkach. Takie dziwa w kampinoskich osadach mamy również i to wcale często.  Przy kapliczce w Nowym Polesiu od  lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zaczyna się żółty szlak znakowany do Kampinosu; miałem przyjemność projektować jego trasę. 

    Przejrzałem internet, niewiele w nim informacji o tym Polesiu; trochę ogłoszeń o sprzedaży działek i  przypomnienie, że 17 września 1939 roku w Polesiu Starym miała miejsce bitwa między oddziałami polskimi i hitlerowskimi, że w walce o Polesie Stare poległo 12 ułanów i kilkuset żołnierzy Armii Poznań oraz około 250 żołnierzy nieprzyjaciela. Z inicjatywy jednego z mieszkańców wsi w roku 2020 miała miejsce rekonstrukcja tej bitwy. „Dzięki pasjonatom historii   – czytam w internecie  –  przeszłość można poczuć, usłyszeć i zobaczyć. Podmuch wybuchów, świst strzałów, żołnierskie hurra. Żywe obrazy pozwoliły poczuć przeszłość, zrozumieć historię Polesia Starego i okolic. Rekonstrukcja to hołd dla polskich żołnierzy, którzy walczyli o wolność naszej ojczyzny, ale i hołd dla ofiar, którymi byli zwykli ludzie.”


     Nie wspomina już internet o tym, ze w pobliżu przystanku w Starym Polesiu trwają jeszcze pozostałości  uroczej brzeziny, której  piękno docenił Andrzej Wajda, realizując tu część plenerów swoich znakomitych filmów: Brzeziny według opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza (powyżej kadr z tego filmu)  i Pana Tadeusza  wedle poematu Adama Mickiewicza; w tym drugim posłużyła za tło sceny w „świątyni dumania” i urokliwej sceny grzybobrania. Przejeżdżając obok tej brzeziny ze smutkiem obserwuję jak tę brzezinę otoczyło już ogrodzenie, zapewne niedługo za nim zacznie powstawać jakaś rezydencja, coraz więcej ich w okolicy. 

    W odda;onym od autobusu o półtora kilometra puszczańskim uroczysku o nazwie Denny Las rośnie czternaście zabytkowych, ponad dwustuletnich Poleskich Dębów. Są znakomitym celem niedługich wycieczek pieszych lub rowerowych z Polesia, Wilkowa lub Leoncina. Najtęższy dąb ma ok. 4 metrów obwodu w pierśnicy.  Pokrój drzew wskazuje, że nie w gęstym lesie wzrastały, lecz na polanie. Są rozłożyste, gdyż nie musiały piąć się w górę, walcząc o światło, jak drzewa wzrastające w gęstym lesie.   



 Półtora kilometra od autobusu jest puszczańskie uroczysko o nazwie Denny Las. Rośnie w nim czternaście zabytkowych, ponad dwustuletnich Poleskich Dębów. Są znakomitym celem niedługich wycieczek pieszych lub rowerowych z Polesia, Wilkowa lub Leoncina. Najtęższy dąb ma ok. 4 metrów obwodu w pierśnicy.  Pokrój drzew wskazuje, że nie w gęstym lesie wzrastały, lecz na polanie. Są rozłożyste, gdyż nie musiały piąć się w górę, walcząc o światło, jak drzewa wzrastające w gęstym lesie. 

    Przed kilkudziesięciu laty istniała tu leśna osada służbowa. Nic o tej osadzie nie wiem. Odnalazłem w terenie jej ślady, ale to ślady materialne, mnie jednak interesuje coś więcej. A to coś więcej to tylko spekulacje. Bo przecież ten, co tutaj mieszkał, to musiał być Ktoś, i temu Ktosiowi te dęby były obok potrzebne. Rosły w morzu otaczających to miejsce borów sosnowych na piaszczystych wydmach, dodawały rangi jego siedlisku, posadowionym w kotlince między wydmowej, nie darmo zwanej Dennym Lasem. 

    Nie byłem teraz o dobrej do fotografowania porze. Kolory jesieni były już wcale, wcale, ale miejsce z którego drzewa dają się sfotografować, kazało zdejmować dęby pod słońce i gąszcz podszycia innych możliwości fotografującego pozbawiał. A poza tym, jak wiadomo, najlepsze zdjęcia, szczególnie lasu, robi się o magicznej godzinie zbliżającego się wieczoru i w dodatku na czas, najchętniej ze statywu,  a ja wybrałem się w środku dnia, fotografie nie mogły być udane. Inna sprawa: wiem, że prawdziwych turystów tutaj nie za wielu, tylko grzybiarze zapewniają frekwencję Poleskim Dębom, ale oni nie po to tutaj przychodzą, aby te drzewa podziwiać. U nie ma znaczenia, No i co z tego że to park narodowy i że schodzenie ze szlaków turystycznych jst zabronione? Że grzybów zbierać nie wolno?  W okolicznym lesie grzyby zbierano od zawsze i żadne zakazy nie są przyjmowane do wiadomości. W autobusie którym teraz jechałem, o niczym innym się nie rozmawiało, wyłącznie o grzybach. 

    Zapewne nie opłaca się leśnikom kampinoskim odsłanianie tych drzew, wyciąganie ich z gąszczu na widok podziwiających. Skoro tych podziwiających nie aż tak wielu. Ale może wtedy, gdy zaczęły by być te Poleskie Dęby bardziej widowiskowym celem, wtedy trochę bardziej i frekwencja by się tu przydarzyła. Może i dobrze by było gdyby ludziska dowiedzieli się ile tu piękna do oglądania! Ale  –  w gruncie rzeczy  –  czy nie lepiej pozostawić tak jak jest? 

    W puszczańskim lesie w sąsiedztwie Polesia oddział  konspiracyjnej Armii Krajowej od dowództwem por. Jana Raczkowskiego, w czasie wypadu  z kwater w powstańczym obozie koło Wierszy  stoczył walkę z Niemcami we wrześniu 1944 roku. Poległo 7 partyzantów, których na miejscu pochowano. Jest tam dzisiaj niewielka ich mogiła i wznosi się nad nią krzyż, dziś jest to już mogiła symboliczna, po wojnie zwłoki ekshumowano  na cmentarz w Wierszach. A  ku zachodowi idąc za znakami zielonymi drogą Maślarką (o nazwie tej drogi sporo powiedzie można, ale pozostawmy to na inną okazję), po 2,5 km osiąga się kolejny krzyż, umieszczony na cokole z tablicą, na której autorzy umieścili tekst obrazujący wszystko, co im w duszy gra i w tych kilku zdaniach sporo ważnej historii zawarto.

 

    Niemal tuż obok tego krzyża przebiegały  tory wąskotorowej  kolejki leśnej, śladu ich już nie ma. Tory tej kolejki zbudowały w latach 1916-17 okupacyjne wojska pruskie. Miały ułatwić transport masowo wycinanego starodrzewu, w Niemczech bowiem było potrzebne drewno, a to najlepiej było zdobywać w krajach okupowanych, aby nie niszczyć własnych lasów.  Po odzyskaniu niepodległości Polacy kontynuowali budowę kolejek leśnych, kraj był wszak biedny, a drewno miało swoją cenę.  

    Wszystko, co najważniejsze, znajdowało się w pobliskich Piaskach Królewskich: trójkąt do obracania parowozów, rampa przeładunkowa i budynek stacyjny, oraz charakterystyczna dla tego rodzaju stacji studnia do naboru wody do parowozów. Śladu już nie ma po tym wszystkim, a w otaczających Piaski lasach niewiele jest starodrzewu, bo przy okazji okoliczną puszczę niemiłosiernie wyrąbano.

    Gdy bywałem w Polesiu pół wieku temu, nie było we wsi centymetra asfaltu. Tylko szosa była brukowana polnymi kamieniami, na które mówiło się, że to kocie łby. Ale nadal rosną przy niej stare wierzby głowiaste obok przystanku w Starym Polesiu. Wiata przystankowa taka jak dawniej, blaszana, taka bardziej byle jaka. Jak dawniej przyklejane są w niej rozkłady jazdy kursujących tu autobusów. I jak dawniej ledwo zostaną przyklejone, zaraz jakaś niepoczciwa ręka zaczyna je zdzierać, zdziera je dość niechlujnie, byle jako, ale pracowicie, bo nie da się z odczytać na tych strzępach karteczek żadnej informacji. 


    Właściwie to i po co przyklejanie tych rozkładów jazdy? Przecież wszyscy i tak mają teraz smartfony i o której godzinie autobus odjeżdża to można na ekranach tych telefonów wyczytać. A poza tym, po co tutaj  te całe rozkłady jazdy. Przecież każdy we wsi doskonale wie o której godzinie ma autobus do pracy w Warszawie, albo do gminy lub na targ do Leoncina. A te zdarte karteczki  to zjawisko znane z całego kraju. Ot, taka specjalność nasza... jakiś rys naszej polskiej, wiejskiej obyczajowości.

..............................…..


 

wtorek, 18 października 2022

 

 

 Klimaty jesienne

Tegoroczną jesienią zawędrowałem do Żelazowej Woli. W sezonie letnim  odbywają się tam koncerty gromadzące tysiące miłośników muzyki Chopina, którzy przysiadają na ławkach i gdzie kto może w otaczającym dworek parku, przez który przepływa Utrata.  Był październikowy dzień powszedni, pogodny i owszem, nawet bardzo, ale chłodny. Na parkingu zaledwie siedem samochodów, a w parku prawie nikogo. Nie było nawet  żadnego Japończyka, chociaż zawsze ich tutaj wyjątkowo  wielu, bo ciągną do muzyki Fryderyka, jak nikt prócz nich. Chociaż ostatnio raczej Chińczycy zdobywają laury w chopinowskich konkursach pianistycznych. Wędrowałem  niespiesznie parkowymi alejkami w jesiennych kolorach, pięknie było i sympatycznie, więc fotografowałem otaczający mnie świat z ogromną przyjemnością.  

Najważniejszym miejscem w Żelazowej Woli jest dworek. Tak naprawdę jest to dworska oficyna, w której mieszkali rodzice Fryderyka Chopina i w niej1 marca 1910 roku urodził się przyszły kompozytor. Zwodzi nas mocno dzisiejszy kształt tej oficyny, WW  latach 1930–31 oficynie nadano kształt dworku szlacheckiego, zgodnie z panującą wówczas modą na polski styl narodowy, . Przez wiele lat zwiedzający oglądali wnętrza urządzone w stylu romantyzmu z czasów Chopina. Nie wiemy jednak, jak naprawdę wyglądały wtedy, gdy część oficyny zajmowali Chopinowie. Autorzy obecnej aranżacji pozostawili je więc w stanie surowym, pozostawiając miejsce dla wyobraźni zwiedzających.

Nie wchodzę tym razem do wnętrza. Przyjechałem do Żelazowej Woli dla tego parku tego października. i tak ma pozostać.  Park ten, o wielkiej urodzie, też w żadnym stopniu nie przypomina tamtego, z z tamtych czasów. Ten park skomponował o 1931 r. prof. Franciszek Krzywda-Polkowski. Zgromadzono tu rośliny z całego świata, w ten sposób symbolicznie składającego kompozytorowi. Taka była idea i to się sprawdziło. Ale tak naprawdę najważniejsze jest to, że to jest naprawdę bardzo ładny park, za wielu tak powabnych parków to my nie mamy w okolicach Warszawy.


 

 Nad stawem w żelazowolskim parku wciąż rośnie wciąż rośnie i godnie się starzeje wiekowa,  dwupienna wierzba krucha  o imponującej urodzie.    Bardzo na miejscu jest tutaj ta wierzba. Świetny nasz plakacista Tadeusz Trepkowski stworzył jeden z najlepszych polskich plakatów, w którym główną rolę grają wierzby i klawiatura fortepianowa, anonsując V Międzynarodowy Konkurs im. Fryderyka Chopina w roku 1954.  Wierzby z plakatu są wciąż dostępne, dopiero co zobaczyłem, że są jeszcze do nabycia oryginalne egzemplarze plakatu Trepkowskiego. Na jedną sztukę należy przeznaczyć – bagatela – jedyne 450 zł. W każdym razie taką cenę wyczytałem tuż przed galopującą właśnie inflacją. 

Dzięki temu plakatowi mazowiecka wierzba została symbolem zarówno krajobrazu Mazowsza, nie tylko okolicy Żelazowej Woli, ale również muzyki Fryderyka Chopina. Niestety, w najbliższych okolicach Żelazowej Woli niewiele szpalerów wierzbowych można dzisiaj oglądać. Na internetowej stronie Towarzystwa Ornitologiczego Bocian można przeczytać, czym są polskie wierzby dla naszych ptaków. I to jest fascynująca lektura. Ile lat ma ta stara wierzba o dwóch pniach, rosnąca nad stawem w Żelazowej Woli? Na pewno jest bardzo stara. trudno będzie sobie wyobrazić Żelazową Wolę bez tej wierzby...

.............................................

 

wtorek, 27 września 2022

W zachodniej części Puszczy Kampinoskiej
U stóp Góry Świętej Teresy

..........................................................


    W zachodniej części Puszczy Kampinoskiej wznosi się Góra koło Świętej Teresy. Jest jedną z najładniejszych wydm kampinoskich,  wzorcowo wykształconą parabolą wydmową o wysokości 97,4 m npm. Niełatwo się w jej okolicę dostać. Komunikacji publicznej w pobliżu brak, a okoliczne szlaki są  długie i wymagające. Żeby wejść na jej wierzchołek idzie się ok. 7 km
z parkingu w Granicy. To prawda, że ta kampinoska góra to nie tatrzańskie Rysy, przecież jednak okolica jest nadzwyczajna i bardzo ma zajmujące dzieje. 

    Na wierzchołku stoi wysoka wieża obserwacyjna i na niej pełnione są dyżury przeciwpożarowe  w okresie zwiększonego zagrożenia. Pół wieku temu wdrapałem się na szczyt stojącej tam wtedy wieży.  Drzewostany rosnące na wydmie miały wtedy po około pięćdziesiąt lat, teraz te sosny znacznie podrosły, bo są już stuletnie. Wieża była wtedy inna, niższa niż teraz, to była zwykła, choć dość wysoka wieża triangulacyjna. Na takie wieże turyści mojego pokolenia drapali się wszędzie, gdzie się dało, od Beskidów na południu po Mazury Garbate na północy. Na taką wieżę każdy mógł wtedy wejść, chociaż chyba nie do końca było to wejście legalne. A jak wszedłem na wieżę na tej kampinoskiej górze  w zachwyt wtedy wpadłem, proszę państwa. Co tu mówić, widok przepyszny! Schodzić się na dół nie chciało.  

    Narysowałem wtedy taką panoramę, jak na tej rycinie powyżej. Sposób podpatrzyłem w przewodnikach słowackich. Ta  panorama widoku z tej wydmy została umieszczona w moim Przewodniku po Puszczy Kampinoskiej (wyd.Sport i turystyka 1971).   


    Przez wierzchołek tej wydmy przebiega jeden z najładniejszych szlaków turystycznych Kampinoskigo Parku Narodowego,  wyznakowany zielonym kolorem Południowy Szlak Leśny, prowadzący od Żelazowej Woli do Dziekanowa Leśnego. Na tej długiej trasie -  nie na jeden dzień wędrowania! - można zobaczyć to wszystko, co najładniejsze w krajobrazie podwarszawskiej puszczy.


    Na tym zdjęciu powyżej jest  rok 1967, a ja w okolicach Góry koło Świętej Teresy maluję
właśnie zielony znak turystyczny nowego szlaku łączącego Żelazową Wolę z Puszczę Kampinoską. 

W miejscu urodzenia Fryderyka Chopina miał  się odtąd zaczynać  szlak wyjątkowo ładny szlak turystyczny o randze ponad regionalnej, przebiegający w niezwykłej scenerii puszczańskiej przyrody. Niewiele jest podobnych rangą krajoznawczych tras na polskich nizinach!   

Na trasie tego szlaku znajduje się wiele ważnych obiektów przyrodniczych i historycznych, wśród historycznych jest m.in. kilka  miejsc, związanych z  z powstaniem styczniowym w 1863 roku. To  powstańcza mogiła koło Zaborowa Leśnego i  dwa wiekowe drzewa, na których carscy kozacy wieszali ujętych w puszczy młodych powstańców z oddziału Dzieci Warszawy: jednym jest Dąb Powstańców nieopodal Granicy, drugi rośnie  jest niemal dokładnie u podnóża czoła wydmowej „góry”. To rozłożysty Dąb koło Świętej Teresy.

Ten dąb jest 16-metrowej wysokości dębem szypułkowym o dwóch pniach, zrośniętych do wysokości około 4 metrów.  Jego wiek oceniam na około trzysta lat, raczej mniej niż więcej. W latach panowania komunizmu z nazwy góry i dębu  zniknęła „święta”,  albowiem były to czasy, w których także nazewnictwo geograficzne było poddane cenzurze.  Dąb nosi ślady ludzkich interwencji, wiele bocznych konarów ucięto. O ile rozumiem tę potrzebę w przypadku konarów, które zwisały nad drogą, więc spadając mogły stanowić zagrożenie, o tyle nie umiem zrozumieć wszystkich innych cięć pielęgnacyjnych. 

 



                     

Najważniejsza jest w tej okolicy kapliczka Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, ustawiona na rozdrożu kilku dróg na terenie nieistniejącej już wioski Bromierzyk. Dzisiaj jest to  jedna z wsi, których nazwa nadzwyczaj podnieca warszawskich turystów. Dla współczesnego pokolenia młodych wędrowców są te wioski tym, czym dla pokolenia mojego były wyludnione wioski Bieszczadów i Beskidu Niskiego.
    O wsi Bromierzyk po internecie krążą przeróżne opowieści odwiedzających tę okolicę turystów. Bo w Bromierzyku podobno straszy. Mówi się, że to wioska wisielców, że wieszali się tu nie tylko miejscowi, ale także osoby z innych wsi, nawet tych oddalonych. Potem, oczywiście, tacy wisielcy straszą, wszak to całkiem naturalne, nieprawdaż? Dziwne rzeczy podobno dzieją się tutaj. Nagle gasną silniki pojazdów mechanicznych, znikąd pojawiają się duchy żołnierzy, zza pleców słychać jakieś szepty, odgłosy i  to  nie tylko w nocy, co ostatecznie zrozumiale, ale i za dnia i to nawet podczas słonecznego lata!  Nawet książka o tym powstała, „Widziadła” Janusza Szostaka. Było, nie było, tam się coś dzieje i lepiej tam nie chodzić samotnie, bo to jest miejsce przerażające i  tam zawsze było coś takiego, że ludzie stawali się jakby opętani. 


      Jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku tak wyglądały okoliczne wioski. Na tym zdjęciu są Famułki Łazowskie, znajdujące się kilka kilometrów od kapliczki.  Niestety, nie sfotografowałem wtedy Bromierzyka. Siedliska w obu tych wioskach (w kilku sąsiednich również) zostały wykupione przez park narodowy,  domy rozebrano, na dawnych ornych polach rośnie dziś las, a okoliczne łąki zmieniły się w bagniste turzycowiska. Teraz jest w tej okolicy największy podwarszawski matecznik faunistyczny, bytują tu łosie, w zimie trzymają się sośnin na wydmach, potem trzymają się liściastych lasów i bagien, wiosną ścielą tu swoje gniazda żurawie, letnimi nocami tokują derkacze, jesienią w tych okolicach odbywa się rykowisko jeleni.

    Przez wiele lat okoliczne lasy należały do majątku Łazy rodziny Karnkowskich. Dla historii tego miejsca najważniejsza jest Izabela Karnkowska. Urodziła się  w Łazach w roku 1883. Nauki pobierała na pensji klasztornej i zapewne lata tam spędzone zaważyły na jej dalszej drodze życiowej. Od wczesnej młodości miała bowiem powołanie zakonne. Niemniej, po powrocie z pensji klasztornej, jak na grzeczną córkę dziedziców przystało, włączyła się w prowadzenie majątku w Łazach i  prowadziła wśród dzieci wiejskich tajne lekcje języka polskiego i historii. 

Była  ukochaną Panienką służby, oficjalistów i ludności. Jej pierwszy wyjazd do klasztoru został udaremniony przez ludność Łaz, która zatrzymała wyjeżdżający powóz, wyprzęgła konie a powóz ręcznie zaciągnęła pod ganek.  Na żądanie rodziców Izabela ukończyła wyższe studia w Warszawie i dopiero później wstąpiła do zakonu Sacré Coeur. Po kilku latach spędzonych w klasztorze we Lwowie przeniesiono ją do Francji, gdzie przebywała do śmierci w roku 1966.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Gdy w roku 1936 dziedzic majątku Łazy Stanisław Karnkowski wydzielał posag swoim siostrom, Izabeli przypadły bory sosnowe koło wioski Bromierzyk. Pośrodku tego lasu powstała osada leśna o nazwie Izabelin Leśny. Już istniał park narodowy w Puszczy Kampinoskiej, a tam wciąż stała leśniczówka. I jej już nie ma. Tylko betonowe fundamenty zostały po tym domu. Zostało też kilka starych, okazałych dębów, takich jakie niemal zawsze otaczają mieszkania leśników. Została tez nazwa: Izabelin Leśny. Umieszczana na mapach jest dzisiaj jedyną pamiątka po Izabeli. 


    A ona została  mniszką, mieszkała w klasztorze, dobra doczesne nie były jej potrzebne,  sprzedała więc  swoją część, ale  na pamiątkę poleciła wybudować mały kościółek na skrzyżowaniu dróg. Stawiano go sposobem gospodarskim, budowę zakończono w marcu 1937 roku, a do wybuchu wojny jesienią roku 1939 odprawiano tam nabożeństwa dla mieszkańców. 


    Kaplicę posadowiono na rozstaju kilku dróg prowadzących do kilku różnych wiosek w różnych częściach puszczańskich lasów, należących do majątku w Łazach. Kaplica została poświęcona św.Teresie od Dzieciątka Jezus, nazywanej „małą Tereską”, zmarłej młodo w wieku lat 24? Gdy w aurze świętości umierała ona w klasztorze w Lisieux w roku 1897, mała Izabela z dworu w Łazach miała  lat 14. Rok później zostały wydane drukiem spisane przez karmelitankę z Lisieux „Dzieje duszy”. 

    Można przypuszczać, że  Izabela je czytała, że wywarły na niej wrażenie, może ta lektura zdecydowała o jej zakonnym powołaniu? Że domniemywam właściwie, tylko mogę przypuszczać, mogę się tylko domyślać, że istniał jakiś związek, jakieś duchowe pokrewieństwo pomiędzy francuską małą Tereską z Liseux, a Izabelą z Łaz w Puszczy Kampinoskiej. Kto wie – myślę  – może więc to jest powód, dla którego zawędrowała św.Tereska do kaplicy u stóp puszczańskiej wydmy, w miejsce w którym spotykają się drogi z kilku stron łazowskich włości wiodące,  od Łaz, od Izabelina, od Bromierzyka i od Karolinowa. 


 


    Po wojnie zrujnowaną kaplicę zastąpiła nowa, murowana, ale pięć razy mniejsza od pierwotnego kościoła. Chociaż niewielka (a może dzięki temu) jest w swoim rodzaju zachwycająca. W zasadzie nic wielkiego, bo architektura żadna i dzieł sztuki w niej nie ma, religijnego kiczu nie brakuje, ale cała jest wypełniona polską pobożnością  i czy się komuś to podoba, czy nie, to jest tutejsze, w tej naszej ziemi zakotwiczone, jest jej częścią niezbywalną i wzruszającą. Jest wewnątrz kapliczki jej wizerunek i na tablicy z drewna jest piękną czcionką  wykonany apel do odwiedzających to miejsce.  
    „Przechodniu, odmów modlitwę, westchnij do Św.Teresy – mniszki z zakonu karmelitów bosych w Lisieux-Francja. Żyła 24 lata 1875-1897. Dzięki niej  Kościół odnalazł całą prostotę wołania Ojcze Nasz! Od prawie wieku lud tutejszy obrał ją Patronką okolic. Wędrując dalej szanuj i chroń skarb przyrody – Puszczę Kampinoską.”  
    Ostatni raz byłem tam teraz, we wrześniu 2022 roku, na samym początku tegorocznej jesieni i – z powodu na te duchy, co straszą po okolicy, na wszelki wpadek nie sam, lecz w towarzystwie przyjaciela. Zimno było, przelatywały przez okolicę deszcze, nawet obfite, ale krótkie na szczęście. Chowałem się przed nimi pod drzewami, potem pojawiało się słońce, szedłem więc dalej, krajobraz łasił się do mojego obiektywu, trudno mu było tej przyjemności odmówić, niektóre zdjęcia okazały się nie najgorsze. Było późne popołudnie, od Famułkowskich Łąk dobiegały miłosne porykiwania jeleni.

…..............................
Nieco więcej krajoznawczych informacji o okolicy i innych miejscach Puszczy Kampinoskiej będzie można przeczytać w mojej nowej książce p.t. „Puszcza. Opowieści kampinoskie”,którą  wydają >Iskry< i  w październiku roku 2022 powinna już być dostępna w księgarniach.



czwartek, 1 września 2022

 

Odwiedziny u Bartka Mazowieckiego nad Mienią

Z fantazją płynie rzeczka Mienia przez pasmo nadwiślańskich wydm, kręci się  i zatacza łuki, obficie meandrując i czasem wielce zadziwiająco. Jej  brzegi są miejscami urwiste i wysokie na kilka metrów, wokół  rośnie wielogatunkowy las, dorodne w nim rosną graby, nie byle jaki wiąz się zdarza, są  tam imponujące dęby, a wśród nich królem jest Bartek Mazowiecki, 400-letni dąb szypułkowy o średnicy ponad 5 m, „uważany powszechnie za najładniej położony zabytek przyrody na wsch. od Wisły” (jak podają to przewodniki).  Dzięki ochronie, znajduje się bowiem w w granicach rezerwatu przyrody, ma szanse jeszcze wiele pokoleń cieszyć swoją urodą. Wschodnim brzegiem dolinki prowadzi tam czerwony szlak turystyczny z Mlądza do Wiązowny. A dzikość imponująca towarzyszy tam wędrowcy, jest prawdziwie rezerwatowa.

 



Dolinka ma tylko dwa kilometry, wijąca się jej brzegami wąska ścieżynka ma o kilometr więcej. Widoki z niej są malownicze. W Puszczy Kampinoskiej niemal nie ma  takich szlaków,  jak ten właśnie, wiodący tą wąską, niekiedy szeroką najwyżej na metra ścieżynką. Pod Kampinosem szlaki są dość licznie uczęszczane. Tutaj turystów nie ma tak wielu, jak w Puszczy Kampinoskiej. Tam występują  wody o ciemnym zabarwieniu,  są to albowiem wody płynące lub stagnujące na podłożu torfowym, na torfowiskach. A tutaj, w tej otwockiej okolicy królują wszechobecne piaski. Także w korycie tej rzeczki. 

Woda w Mieni jest zadziwiająco czysta i chciałoby się powiedzie, że krystalicznie czysta, co w tej wcale ludnej, podwarszawskiej okolicy wydaje się być niemożliwym.  Gdy patrzy się na rzeczkę z wysokości skarpy, po której biegnie ścieżka, woda Mieni wydaje się brudnawa,  ale to zmyłka, piaszczyste dno  przebija się przez przezroczystą wodę.  Jak się lepiej przyjrzeć widać na tym piasku wyraźne zmarszczki ripelmarków, to ripelmarki falowe, podobne do ripelmarków wiatrowych, jakie dobrze znamy z lotnych piasków, nie tylko z oglądanej na filmach Sahary, ale także i z naszego, podwarszawskiego Mazowsza. 

    O Bartku Mazowieckim pierwszy raz dowiedziałem się z przewodnika Województwo warszawskie, wydanego przez Sport i Turystykę w 1961 roku. Przez wiele lat był on dla mnie mazowiecką biblią krajoznawczą i tak naprawdę właśnie ten opasły przewodnik wprowadzał mnie w krajoznawczy świat, otaczający Warszawę. Świetny znawca nadświdrzańskiej okolicy, Tomasz Chludziński w swoim przewodniku Dolina Świdra z 1982 roku pisał, że sędziwe to drzewo wpisało się już w historię podwarszawskiego wędrowania. Od wielu lat jest celem wędrówek, tym bardziej, że uważane było niesłusznie za najstarsze drzewo w okolicach Warszawy, a nawet na całym Mazowszu. Należy jednak do tych do wiekowych dębów w okolicach podwarszawskich, które są wyjątkowo ładnie usytuowane. 

    Od kilkudziesięciu lat ten stareńki dąb ma lat czterysta, przynajmniej w publikacjach. Jakby się zupełnie nie starzał, od lat wciąż tyle samo mu dają wszystkie przewodniki, jakie znam. W przewodnikach, jakie ja napisałem, też taki jego wiek podawałem, chociaż  bardziej prawidłowym byłoby podawanie wieku około 300-400 lat. Chociaż daleko mu do wieku Bartka spod Kielc, ale in ten wiek zasługuje na ogromny szacunek. W roku 1622 ten dąb zaczął wzrastać w lesie nad Mienią. Oczywiste, że był samosiejką, w tamtych czasach, przed czterystu laty, nie sadzono lasu poza patkami, należącymi do władców i ludzi ze sfer wyższych.  Sadzić drzewa w lesie? Fi donc, w głowie by się to wtenczas nie mieściło. A więc w roku 1622, przed czterystu  laty, w Polsce panował uwikłany w wojny Zygmunt III Waza, władcą nie był dobrym, wplątał kraj w rozliczne wojny, jedna klęska goniła drugą, ale to dzięki niemu Warszawa od dwudziestu lat była już stolicą państwa. 

    Nie sprawia ten dąb  wrażenia szczególniej wysokiego drzewa, acz jego wysokość ocenia się na niebagatelne 25 metrów. Obwód pnia  podawany jest różnie, większość źródeł daje mu 560 cm obwodu w pierśnicy, jedno aż 587 cm (w 2011 r.). Przeczytałem też w internecie spostrzeżenie, że szeroka rana w pniu pochodzi być może  od uderzenia pioruna i że pień jest prawdopodobnie całkowicie w środku wypróchniały. Ale to jest bardzo piękne drzewo. 

Masywny pień tego drzewa jest jak poradlona twarz wiekowego wieśniaka, na której wypisane są wszystkie przeżyte przez niego lata życia, ciężka praca, troski dnia codziennego. Bywałem u stóp tego dębu w różnej pogodzie,  najczęściej w porze zimowej, niekiedy przy lekkim mrozie i w śniegu, najrzadziej w środku bujnej letniej zieleni. Teraz mi się to zdarzyło, w ostatnią sobotę lipca roku 2022.  Odwiedzałem go teraz  w samym środku lata. Akurat trafiłem w okno pogodowe w przechodzącym nad Polska chłodnym frontem deszczowym. Bartek czekał na mnie cierpliwie. Dobrym przykładem na życie jest ten dąb: taki stary, a jeszcze się trzyma.



sobota, 20 sierpnia 2022

Na wakacyjnej wędrówce nad Świdrem




W początkach lat siedemdziesiątych nie pojechałem na letnie wakacje tam, gdzie jeździłem zazwyczaj. Nie pojechałem więc ani w góry, ani nad morze lub jeziora. Musiałem pozostać w mieście. Ale co drugi dzień gdzieś jeździłem ze swojego warszawskiego domu. Z każdym kolejnym wyjazdem byłem coraz bardziej zachwycony Mazowszem. To były pyszne wakacje! Przedtem rzadko zwiedzałem okolice podwarszawskie w letniej zieleni, latem jeździło się w góry i na jeziora. Wtedy poznałem ten odcinek doliny Świdra, o którym teraz chcę opowiedzieć.  Wtedy też narodził się pomysł przewodnika Podwarszawskie szlaki piesze,  wydanym w roku 1976 przez wydawnictwo Sport i turystyka. W tomiku 9 Otwock i okolice ten szlak został opisany po raz pierwszy. 

Świder wszyscy znamy. Ale mówiąc o Świdrze, najczęściej pamiętamy  tę rzekę z okolic kolejowego przystanku o nazwie Świder. Podejrzewam, że większość z czytelników tego blogu ie wędrowała doliną Świdra od drewnianego kościółka w Gliniance do  Wólki Mlądzkiej i nie widziała Złotego Kanionu koło Woli Karczewskiej.


Glinianka leży nad Świdrem. Dociera do niej miejski autobus linii 720 od Ronda Wiatraczna na warszawskiej Pradze. W Gliniance nad Świdrem czeka na przyjezdnego zupełnie inny krajobraz. Miasto zdaje się być stamtąd gdzieś bardzo, ale do bardzo daleko. W Gliniance wysiada się  z autobusu pośrodku najprawdziwszej rolniczej wsi. Jak dobrze, że są wciąż jeszcze takie wioski w tak bliskim otoczeniu Warszawy.  

W samym środku wioski wznosi się kościół zrębowej konstrukcji, postawiony z drewna modrzewiowego.  Stareńka jest ta świątynka. Ukończono jej budowę w rok u 1763, a  więc, gdy to piszę, ma ta budowla prawie 260 lat. a jeszcze starszy jest gotycki późnogotycki krucyfiks na belce tęczowej wewnątrz kościoła, datowany jest na połowę XVI wieku.  Gdy krucyfiks powstawał,  w Polsce panował ostatni z Jagiellonów, gdy kościół stawiano, umarł właśnie August II i kończyła się epoka Sadów na naszym tronie, a za kilka miesięcy miał na tron wstąpić Stanisław August Poniatowski i właśnie się urodził jego bratanek, książę Józef Poniatowski. A potem przez podwarszawskie okolice przetoczyło się kilka strasznych wojen. I ten drewniany kościółek stoi nadal. Czyż nie graniczy to z cudem? 

Telewidzowie oglądają go czasem na ekranach telewizorów, występuje w serialach, telewizyjny Ojciec Mateusz odprawia tam nabożeństwa przy ołtarzu w tym kościele, choć wedle scenariusza  wcale nie w Gliniance jest ten ołtarz z telewizora. Ale i tak Glinianka jest z tego bardzo, ale to bardzo dumna i na stronie internetowej tutejszej parafii więcej o tym serialu, niż o samym ołtarzu.

Styl, w jakim w XIX wieku  powstał ten drewniany ołtarz, fachowcy określają jako barokowo ludowy, co oznacza to mniej więcej, że ten barok jest dziełem nie wyuczonego artysty, lecz zwykłego rzemieślnika „z ludu”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Idę niebieskim szlakiem nad Świder. Tego dnia już pozostanę mu wierny  i to przez dobrych kilka godzin. Jest lato, słońce świeci, niebo niebieskie, chmurki na nim białe i pyzate, bardzo piękne są okoliczności przyrody. Mam czas do wieczora, a droga niedługa, w sam raz dla takiego jak ja.  


Przez pierwsze trzy kilometry nic specjalnego się nie dzieje, rzeka zatacza łagodne meandry, czasem przytrafi się przyjemna plaża na takim zakolu, po sąsiedzku  tu i tam usadowiły się osiedla letniskowych domków. Sympatycznie jest tu po prostu.  To, co najbardziej atrakcyjne, zaczyna się dopiero poniżej Woli Karczewską.  Tak też zaczyna się trasa jednodniowych spływów kajakowych, tutaj biura od wynajmu kajaków wrzucają swoich klientów w czekające na nich kajaki i stąd będą płynąć Świdrem aż po Wólkę Mlądzką, gdzie będzie czekał na nich pozostawiony tam samochód lub autokar.



Poniżej Woli Karczewskiej  –  napisałem w tamtym przewodniku sprzed lat 46. – zaczyna się najpiękniejsza część doliny Świdra, który tworzy tam niezwykle malowniczy przełom: rzeka wije się zakolami, doliną wciętą głęboko w utwory moreny dennej pokrytej grubą warstwą piasku. W korycie głazy, szypoty, miejscami podmyte brzegi, wysokie urwiska, bystry prąd.  –  Szlak wiedzie  z biegiem rzeki do Złotego Kanionu, ostro wciętego w podłoże, wąskiego jaru, którym płynie struga Stok. Dalsza trasa nad Świdrem, cały czas lasem, miejscami wysokim brzegiem. Po przeciwnej stronie rzeki momentami widok na wzgórza w okolicy wsi Kopki. Obok działek letniskowych Adamówki i starego młyna wodnego kołysze się chybotliwa kładka nad rzeką. 


Fascynujące są one Kopki nad Świdrem. Drewniana figura św.Jana Nepomucena patronuje tej przeprawy przez rzekę, łączącej  Kopki z dawną kolonią młynarską Adamówka na drugim brzegu. Zaproponowałem ćwierć wieku temu szlak niebieski przez kładkę, chyba wtedy była zupełnie inna i raczej nie wisząca, zdjęcia oczywiście nie mam, nie robiło się wtedy zdjęć zbyt wiele, fotografowanie było kosztowną zabawą. Lata minęły, szlak jest użytkowany, ścieżynka nadrzeczna wydeptana jest jak trzeba, a kładka jest atrakcją szlaku. Jak i ten Święty Jan Nepomucen, postawiony w tym miejscu pod koniec maja w roku 2010.

Wcale udany jest ten Nepomuk, wyrzeźbiony  wg własnego projektu  przez Mateusza Niwińskiego. Wszystko o tych Kopkach znalazłem w internecie. Dawniej musiałem takich informacji szukać po bibliotekach, dzisiaj otwieram swojego smartfona, wbijam hasło,  klikam Nepomuk w Kopkach nad Świdrem, i zaraz potem lecą wiadomości, niektóre bardzo interesujące dla krajoznawcy. 




 


Szlak jest znakomity, urocza, wąska ścieżynka nad rzeką, po drodze świetne miejsca, widoki pyszne, znakowanie doskonałe, ale jest po drodze do ominięcia jeden wiatrołom, bo  przewrócone drzewa ścieżkę tam przegrodziły, a przez pół kilometra kolo Adamówki ktoś pracowicie pozdzierał znaki, jeden znak za drugim, konsekwentnie, dla obu kierunków marszu. Akurat trwało upalne lato, termometry szalały, ale Świder jakby sobie z tego nic nie robił. 


Rzeką płynęły kajaki, patrzyłem na nie z góry. Było ze mną kilkoro przyjaciół z turystycznych szlaków, byliśmy jedyną grupką spieszonych, za to bardzo się nie spieszących. To się opłacało, co krok inny widoczek, inna niespodzianka ze strony przyrody, było na co patrzeć.  Jakby się kto pytał, jest to przecież krajobrazowy rezerwat przyrody! Fascynująco urodziwy  jest  tam  Świder. Rzeka ma piękny,    wysoki i piaszczysty  brzeg. Wokół mnóstwo drzew, niekiedy bardzo sędziwych, o wystających ponad powierzchnię potężnych korzeniach - to istne dzieła sztuki. 






 

 



Kończyłem swoją wędrówkę nad Świdrem w Wólce Mlądzkiej. Mniej więc kilometr przed końcem wędrówki, przy leśnej drodze nazwanej całkiem sensownie ulicą Wspaniałą,  wyrósł przede mną przesympatyczny bar nad Świdrem. Tam też można wypożyczyć kajak i to jest główne wczasowe zajęcie właścicieli. Piechurów też przyjęli gościnnie, więc u stop wysokich, kłaniających się  niebu sosen, wypiłem czarną kawę z ekspresu, taka podwójną, espresso we włoskim stylu, która mi podano z okienka tej wdzięcznej chatynki w polskim styli, stojącej pośród mazowieckich sosen. Bardzo to był dobry pomysł, bardzo w sam raz na zakończenie letniej wycieczki.



A jeszcze potem, po kilkunastu minutach spacerku, znalazłem się na przystanku, opodal którego młody bocian z tegorocznego lęgu, nie mógł się jeszcze zdecydować czy lecieć już w szeroki świat w ślad za swoimi rodzicami. skąd podmiejski, niebieski autobus  dowiózł mnie do stacji kolejowej w Otwocku, a stamtąd pociąg SKM do centrum Warszawy. Nie była to długa wędrówka, od autobusu do autobusu zaledwie 11 km, ale za to aż w pięć i pół godziny! A gdzie się było spieszyć? Uciekać znad Świdra w takie upalne lato, jakie mieliśmy tego roku? 



.........................................................