sobota, 24 października 2026

 

Na zachodnich krańcach Puszczy Kampinoskiej      w jesiennych barwach 


Aleja lipowa w Łazach koło Kampinosu w szacie jesiennej. Ozdoba zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego, chociaż w samym parku się nie znajduje. Wieś Łazy leży przy trakcie zwanym Królewskim, między Kampinosem, a Żelazową Wolą, powstała w połowie XV wieku na  krawędzi pradoliny wiślanej, w której znajduje się Puszcza Kampinoska. Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego podaje taką definicję nazwy Łazy: „były to obszary roli otrzymywane przez wypalanie pokrywających je krzaków i drzew; zakładane na nich osady zatrzymywały często to nazwisko”. Słowo „łazy” oznaczało najczęściej miejsce po lesie wytrzebionym przez wypalenie. 

W drugiej połowie XVIII wieku dobra łazowskie należały do Onufrego Bromirskiego herbu Pobóg, starosty płockiego i płońskiego. Był to „ktoś”, w roku 1793 otrzymał order Orła Białego, a byle komu tego orderu się nie dawało. Właścicielem dóbr w latach osiemdziesiątych XVIII wieku został Ignacy Chmielowski. Sto lat później Łazy przeszły w ręce Karnkowskich. Do 1945 roku dobra  łazowskie przynależały do Karnkowskich z dworu w Łazach. Ta szlachecka rodzina, pochodząca z Karnkowa na Kujawach, posiadała sporo wiosek w okolicy. Dobra te obejmowały znaczny obszar zachodniej części Puszczy Kampinoskiej  i w wieku XIX nie były uważane za jej część. Łazowskie lasy sięgały niemal po samą Krzywą Górę na północy. 

Zabytkowa aleja wiedzie  od Łaz w stronę kościoła w Zawadach, dla Łaz parafialnego. Aleja ma trzy kilometry długości, rośnie w niej ponad 850 drzew (w tym około 780 liip drobnolistnych, a także jesiony wyniosłe i dąb szypułkowy. Niestety ostatnimi laty drzewa najbliższe Łazom poczęły umierać. Martwe drzewa usunięto, zasadzono na ich miejsce nowe, szczęściem nie jest tego nadto wiele, aleja wciąż robi ogromne wrażenie.  Na swoim Facebooku Stowarzyszenie Miłośników Alei Lipowej im.F.Chopina Łazy-Zawady pięknie swoją podopieczną scharakteryzowało. „To, co czyni aleję naprawdę niezwykłą, to jej zachowana do dziś nieprzerwana ciągłość – przez ponad 200 lat nie została przecięta żadną drogą gminną, a jedynie uzupełniona bocznymi odnogami. Dzięki temu stanowi rzadko spotykany, autentyczny układ przestrzenny z epoki. Jej znaczenie wykracza poza lokalną historię – poprzez rodzinne powiązania Bromirskich ze Skarbkami z Żelazowej Woli, aleja wpisuje się w dziedzictwo Fryderyka Chopina i znajduje się na Szlaku Chopina. Aleja to również cenny korytarz przyrodniczy – wiekowe lipy tworzą siedlisko dla wielu gatunków ptaków i owadów, a jej walory dendrologiczne i krajobrazowe są nie do przecenienia.”

Bliżej Zawad stoi przy Alei figurka św.Rocha, świętego patrona „od zarazy”. W XIX wieku zabierała setki zarażonych azjatycką cholerą. Z tamtych czasów pozostała nam tylko ta cholera w pospolitym przekleństwie, w latach mojego dzieciństwa zdecydowanie ganiona za jej używanie. Ta figura w Alei jest pamiątką nie tylko po grasującej na Mazowszu cholerze. Jak napisali w internetowym Facebooku  miłośnicy Alei (chwała im za to pisanie!)  „przez wiele lat figurka była umówionym miejscem spotkań okolicznej młodzieży – w czasach, gdy telefony komórkowe jeszcze nie istniały. Jak wspominają najstarsi mieszkańcy, „spotykali się przy Rochu i dopiero tam decydowali, co robić dalej”.  Swoją drogą, to ewenement te spotkania przy świętej figurze. Normalnie w tamtych czasach wiejska młodzież spotykała się na przystankach autobusowych. W Zawadach go nie było. 

Wedle tradycji rodzinnej aleję  kazała zasadzić w latach siedemdziesiątych XIX wieku dziedziczka dóbr w Łazach. Ludwika Karnkowska, a to dlatego, że nie mogła znieść jazdy do kościoła w słońcu. Przed laty wojewódzki konserwator przyrody nazwał ją Aleją Lipową im. Fryderyka Chopina, a to ze względu na bliskość Żelazowej Woli.  No cóż, Karnkowscy znaczący ślad po sobie w okolicach Łaz pozostawili, Ludwika ważną rolę odegrała, ale to Chopin, wiadomo, on w tej okolicy najważniejszy.  


W roku 1894 zdumienie mieszkańców okolic Łaz budziła wycieczka cyklistów w pumpach i kaszkietach, prowadzona przez tenora operetki warszawskiej, pana Misiewicza, zdążająca Traktem Królewskim na uroczystość odsłonięcia pomnika Chopina w Żelazowej Woli (to ten pomnik z powyższego zdjęcia, ale zdjęcie jest współczesne, z niedawna). W 1913 roku swoje wrażenia z wycieczki do tej okolicy w Puszczy Kampinoskiej opisał w „Ziemi” Stanisław Czepieliński i jest to jeden z najpierwszych reportaży krajoznawczych o tym terenie, a cytatami z jego tekstu często posługują się piszący o puszczy, autor tych słów również, bo i wydają się wcale aktualne. „W poszukiwaniu wrażeń i pięknych widoków zwiedzamy zazwyczaj miejscowości bardziej oddalone, bez zaprzeczenia piękne i ciekawe, ale też nie staramy się tak dalece poznawać tego, co mamy pod bokiem, w tem przekonaniu, że nie znajdziemy nic, co by mogło wzbogacić nasze wiadomości, dostarczyć jakichkolwiek wrażeń, rozbudzić wspomnienia. Na pewno wielu jest takich, co nie wiedzą na przykład o istnieniu Puszczy Kampinoskiej, odległej o niecałe 4 mile od Warszawy”. 

Czepieliński po drodze nocował przygodnie u miejscowych gospodarzy. – Z tym artystom z Żelazowej Woli – opowiadał autorowi niejaki Pyrak z jednej ze wsi okolicznych – to, panie, mój ojciec świnie pasał, bo tego Szopena ociec parobkiem był we dworze, a jego chłopak czytać i pisać nie umiał. ABC nie znał, ale tak pięknie na fujarce grał, że z caluśkiego świata, panie, ludzie do Zielazoskiej karczmy przyjeżdżali, żeby tej anielskiej muzyki słuchać; i dlatego, panie, pomnik mu po śmierci postawili. Widzą panowie, jak to ciemny człowiek, niby ten Szopen, wielkim artystom się zrobił, bo tak ładnie na fujarce grał." 

Pamiętam pytania, jakie zadawali mi napotkani w czasie znakowania szlaków ludzie, na przykład kierowca miejskiego autobusu linii 110 na pętli autobusowej w Wólce Węglowej.  Jeździ tam ta linia i to od zawsze z warszawskiego Żoliborza, czasem mi się wydaje, że od początku świata. Tam stawiałem pierwszy w moim życiu znak turystyczny, To było w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku. 

– Po co to i na co to, co pan robi? – pytał mnie kierowca autobusu. Szybko się przekonałem, że ci, co pytali, nie za bardzo wiedzą, jaki jest sens w chodzeniu po lasach, do tego jeszcze jakimiś szlakami malowanymi w paski. Chodzić na jagody albo grzyby to proszę bardzo, ale bez potrzeby? To przecież zupełnie bez sensu. Więc tłumaczyłem trochę inaczej. Że te szlaki są po to, aby szkolne dzieci, jak idą na wycieczkę, mogły łatwo trafić do Palmir albo do Chopina w Żelazowej Woli. Sprawdzała się taka odpowiedź. Pytający kiwali głowami ze zrozumieniem, takie odwiedzanie dla wszystkich miało sens, a dzieci, wiadomo, dzieci powinny chodzić na wycieczki . Dorośli raczej niekoniecznie. Tak mniej więcej wtedy było. Piesza turystyka w okolicach Warszawy zakotwiczała się późno i z oporami. Obrzucano mnie kamieniami, gdy  po wyciecze przez Puszczę Bolimowską dochodziłem do stacji w Radziwiłłowie. Cudak byłem, inny niż oni. Popularność noszenia plecaków zaczęła się od stanu wojennego, przedtem na ludzi z plecakami  najczęściej wołano: „Ej, ty, Autostop, może cię podwieźć?” Bo akurat podróżowanie autostopem stało się wtedy popularne. Sam z tej formy wędrowania po kraju korzystałem. Nie zawsze z oczekiwanym skutkiem.  Pomysł szlaku dla pieszych turystów, który łączyłby chopinowską Żelazową Wolę z Kampinoskim Parkiem Narodowym zacząłem realizować pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, malowałem na tym szlaku pierwsze znaki.  

W tamte okolice pieszo się przedtem nie wędrowało.  Pierwszy raz z Żelazowej Woli do puszczy poszedłem z przyjaciółmi w połowie lat sześćdziesiątych, żadnego szlaku znakowanego jeszcze tam nie było. To był maj. Puszcza pachniała zielenią. Mżyło cały dzień. W deszczowej mgle zwiedzałem chopinowski park w Żelazowej Woli. Nad moją drogą ku puszczy nisko płynęły chmury. Za Mokasem droga zbiegała w dół do Olszowieckiego Błota. Potem był rząd chałup Lasocina. A tam sensacja. „Turyści idą” – niósł się okrzyk przez wioskę. Z drewnianych, krytych słomianą strzechą domów wybiegały dzieci i z krzykiem szły za nami aż do końca wioski. Kobiety wychodziły przed domy, mężczyźni patrzyli na nas przez małe szybki okien. Te okna jak z podręcznika etnografii, który mówi, że w wieku dziewiętnastym okna wiejskich chałup były jeszcze kwadratowe, prostokątne pojawiły się dopiero później. Żadnych zdjęć nie robiłem, nikt z nas nie fotografował, a mijaliśmy odchodzącą w niepamięć przeszłość. Takie czasy były, się niczego nie fotografowało,  a nam, młodym, zdawało się, że te otaczające nas krajobrazy będą trwały wiecznie.  Ale krajobrazy z epoki Chopina w tej okolicy jeszcze trwają tu i tam, tropię je nieustannie, czasem spotykam, teraz już fotografuję.   

Świetny nasz plakacista Tadeusz Trepkowski stworzył jeden z najlepszych polskich plakatów, w którym główną rolę grają wierzby i klawiatura fortepianowa, anonsując V Międzynarodowy Konkurs im. Fryderyka Chopina w roku 1954.  Dzięki temu plakatowi mazowiecka wierzba została symbolem zarówno krajobrazu Mazowsza, nie tylko okolicy Żelazowej Woli, ale również muzyki Fryderyka Chopina. 
    Na internetowej stronie Towarzystwa Ornitologiczego Bocian można przeczytać, czym są polskie wierzby dla naszych ptaków. Dowiaduję się więc, że gęste wierzbowe pędy i obszerne dziuple dają  schronienie kaczkom krzyżówkom, drozdom, gołębiom grzywaczom, spotkać też można na ogłowionych wierzbach gniazda bocianie. Wierzba jest gatunkiem „smacznym” dla wielu grup zwierząt. Żerują na niej owady przyciągające liczne ptaki. Niestety, w najbliższych okolicach Żelazowej Woli niewiele szpalerów wierzbowych można dzisiaj oglądać.
 Te ze zdjęcia wciąż trwają od lat wśród pól na zachód od Łazów. 

Budowle zabytkowe w tej okolicy dworkowi w Żelazowej Woli nie dorównują.  Ani urodą, ani rangą. Ale przecież są i mają swoją historię. Kościół w Zawadach, ku której z Łazów wiedzie zabytkowa aleja,  postawiono w latach 1889–1905, jego projektantem był słynny Józef Pius Dziekoński, niezwykle płodny przedstawiciel historyzmu w architekturze polskiej. Jest to kolejna budowla kościelna w tej parafii, wydzielonej z parafii kampinoskiej w 1377 roku. Poprzednie były drewniane. Ten akurat należy do słabszych dzieł Dziekońskiego. Dwór w Łazach już jest opuszczony. Taka sobie była jego architektura, ale zachowane zdjęcia ukazują wnętrza świetnie i z gustem urządzone, pełne rodzinnych pamiątek. Znajdują się z Płockiej Bibliotece Cyfrowej w "Archiwum  rodu Karnkowskich" teraz są dostępne, są zdygitalizowane, ale jakości marnej.  Plan sytuacyjny dworu jest z roku 1933.  Gdy we wrześniu 1939 roku Karnkowscy opuszczali Łazy było co stamtąd wywozić; trzydzieści wozów z meblami, obrazami, bezcennymi książkami wyjechało do Warszawy. Prawie wszystko przepadło w czasie powstania w 1944 roku. W PRL-u łazowski dwór podzielił los innych polskich siedzib ziemiańskich.  Kiedy go oglądałem pod koniec roku 2014, stały jeszcze mury, podrujnowane, ale wyglądające na zdatne do odnowienia. Na zamkniętej na kłódkę bramie ogrodzenia widniała tablica zapowiadająca remont. Dwa lata temu był w stanie agonalnym, jak przeczytałem niedawno w Internecie. Wciąż niezagospodarowane są pozostałości dworskiego parku, piękny był podobno.

    



Od dworu rozciągał się rozległy widok ku rosnącym w pradolinie wiślanej 
lasom. Pięknie musiał się prezentować z pałacowych okien. Poniżej tej skarpy, na której powstał zespół dworski, lasy rosną nadal i bardzo są urodne – to uroczysko Przyćmień z obszarem ochrony ścisłej. Las ma tam prezencję godną ścisłej, rezerwatowej ochrony. Przy wiodącej przez las drodze rosną stare dęby, całkiem ich sporo. Ocalały, bo były ozdobą majątku. Dobrze to świadczy o dziedzicach łazowskich. Zapewne te dęby bywały celem krótkich przejażdżek konnych właścicieli dworu w Łazach, a może zaprzężoną w konia taradajką wożono tam gości. Kolorowo jest tam o porze jesiennej. Zajrzałem tam właśnie tej jesieni Przyćmień dla pamięci zdjąłem.  Na zdjęciu typowy grąd puszczański, dęby w nim dominują, zaledwie stuletnie, a widać że czują się tam dobrze i mogą jeszcze kilka setek lat pożyć. 

 ….......................
W tej opowieści wykorzystałem w znacznym stopniu rozdział z mojej książki „Puszcza. Opowieści kampinoskie”, jaka się ukazała nakładem Wydawnictwa Iskry w roku 2022. 

niedziela, 20 września 2026

Pośród sosnowych starodrzewów...
..............................................................................................
 
"Gdyby człek znał po świadomu, Ile skarbów leży w domu, 
I co tworów Bożych w borze, To by więcej było, może 
Na tym świecie gwiazd szczęśliwych, 
Ludzi dobrych i prawd żywych."  
 
Wielki romantyk wiedział co pisze. Wincenty Pol czuł Polskę i jej skarby, jak niewielu.  Polska jest krainą borów sosnowych. Czym byłoby bez nich nasze nizinne Mazowsze? Zapach sosnowego boru w rozgrzanym słońcem dniu letnim jest nie podrobienia. Gdy kładzie się dłoń na spękanej starością korze wiekowej sosny, można poczuć  jej ciepło i dotknąć wszechświata. 


Tak, jak łoś jest królem wśród mazowieckich zwierząt, tak sosna jest królową pośród drzew. Wygląd i postawę ma królewską, pełną godności. Są takie fragmenty w mazowieckich puszczach, gdzie przy dwustuletnich sosnach milkną trzystuletnie dęby i graby. Na Mazowszu sosna panuje niemal  wszechwładnie, innym gatunkom przeznaczając, przeważnie ze swojej woli, role li tylko paziów i giermków. Wśród kilku gatunków sosen, jakie rosną u nas najpowszechniejsza jest sosna pospolita, zwana też zwyczajną, przez botaników określana uczenie łacińską nazwą Pinus sylvestris. O pożytkach z sosny dla człowieka płynących, mówić można nieskończenie...
 
Prasłowiańskie słowo „sosna", a jest to rzeczą bardzo prawdopodobną,  znaczyło niegdyś tyle co "drzewo wydziane", drzewo z barcią. Wyrabianie barci, przeważnie w sosnach, nazywano „dzianiem", zarówno w Polsce, jak i na sąsiedniej Białorusi. Pierwotnie wyraz ten znaczył tyle, co „robota". Drzewo - sosnę dawniej nazywano „sosną" tylko wtedy, gdy była w nim wydziana barć. Pospolicie ten gatunek nazywano  „choją"; stąd np.Lasy Chojnowskie pod  Warszawą. Jest rzeczą bardzo prawdopodobną, że wyraz „sosna" znaczył niegdyś tyle co „drzewo wydziane". Dosłownie: „so-sn" znaczyło tyle, co drzewo „wykłute".  Las bartny zwany był „borem". Władał nim bartnik. Bór bartny obejmował zazwyczaj sześćdziesiąt barci. 

Z czasem każdemu lasowi sosnowemu, lub innemu iglastemu nadawano nazwę boru. Z wyrazu "bór" powstały imiona: Borysław, Borys, i także Boruta. Zygmunt Gloger tłumaczył, „że zaś w dawnych pojęciach narodu, przechowywanych dotąd przez lud wiejski, istniał zły duch, czyli czart borowy, leśny, borowiec, borowik, skutkiem więc podobieństwa w brzmieniu i w związku z pojęciem boru, lud przeniósł nazwisko ludzkie Boruta na diabła, zwanego także borowym"... 
 

Borowik to także grzyb, a borowym zwano też pracownika leśnego. Bartnik zajmował się hodowlą pszczół leśnych, czyli tzw. borówek. Borówkami zwane są również rośliny, charakterystyczne dla borów, rosnące w ich runie, np. borówka czernica - w centralnej Polsce uparcie zwana czarną jagodą - oraz borówka brusznica i borówka bagienna, czyli łochynia. Dodajmy, że w Czechach i Słowacji sosnę nazywa się borowicą, a pyszną miejscową wódeczkę - borowiczką. W miarę upływu czasu pozacierała się różnica pomiędzy borem, a lasem i w tej materii panuje już całkowite materii pomieszanie.

Przyrodnicy wyraźnie oddzielają bór od lasu. Najprościej rzecz ujmując, bór jest iglasty, las liściasty. Ale – żeby nie było laikowi za łatwo – powiedzmy jeszcze, że  bywają bory mieszane i lasy mieszane, i te i te drugie z udziałem sosen, ale opowieść o tym pozostawmy sobie na inną okazję.  A na zdjęciu poniżej jest dwustuletni bór sosnowy świeży, czasem zwany też czernicowym, bo kobierzec borówki czernicy ściele się u stóp sosen.

 

Jakby nie było, lud zawsze odróżniał bór od lasu. "Idzie żołnierz borem, lasem"; tak przecież brzmią słowa starej, polskiej pieśni, które o tym rozróżnieniu przypominają dobitnie. Bardzo interesujące było tradycyjne, ludowe spojrzenie na sosnę, stare słownictwo i terminologia. Jeżeli w gąszczach rosły tylko młode drzewa, taki bór lud zwał głuchym borem. Starszy las, rzadszy i przeczyszczony, to bór rozmowny. Taki, jak ten na poniższym zdjęciu, blisko dwustuletni drzewostan rozmownego boru sosnowego w obszarze ochrony ścisłej  Kampinoskiego Parku Narodowego.
 

 
Sosna w Polsce była bardziej znaną, jako towarzyszka życia człowieka, niż jako składnik przepastnych lasów i puszcz. W cieniu rozłożystych sosen budowano wiejskie zagrody i dla ich mieszkańców sosna miała znaczenie głównie jako drewno na budulec i na opał.  Tak mi się widzi, że podobny mógł być widok karczmy "Pociecha" w Puszczy Kampinoskiej, jak ta z obrazu Jana Feliksa Piwarskiego z 1845 roku, przedstawiającym karczmę "Ostatni grosz". 
 

Sosna sośnie, bór borowi nie równy, zależy to od siedliska, klimatu i wielu jeszcze innych czynników, także i od woli człowieka. W lasach gospodarczych, nie tylko na naszym Mazowszu, sosna pełni najczęściej wyłącznie taką rolę, jaka z woli człowieka została jej przeznaczona. Ma rosnąc, przybierać na objętości i wadze, dać się ściąć bez krzyku i dostarczyć gotówki hodowcy. 

Któregoś roku znalazłem się zimą w mazurskiej Puszczy Piskiej. Pośrodku lasu pracowali drwale. Dźwięczały mechaniczne piły, ich wizgot był  przenikliwy,  wreszcie potężne, stupięćdziesięcioletnie sosny poczynały jęczeć, a potem z ogromnym westchnieniem waliły się na ziemię.
Podszedłem do drwali, wszcząłem rozmowę, wreszcie zapytałem: nie żal wam, panowie, ścinać takiego pięknego, starego drzewa.
Jeden z drwali popatrzył na mnie, wyjął pudełko papierosów, zapalił, zaciągnął się dymem, wreszcie odpowiedział: starego nie żal.

 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na Mazowszu zachowało się wiele leśnych kompleksów, noszących nazwę puszcz. Najbardziej znaną jest niewątpliwie Puszcza Kampinoska, rosnąca u wrót Warszawy. Nic dziwnego, na jej terenie przed ponad 60 laty utworzono park narodowy. Największą była zawsze Kurpiowska Puszcza Zielona, zwana też Myszyniecką. Jeden z jej najefektowniejszych fagmentów udalo mi się złapać na zdjęcie, które pomieściłem  powyżej tego tekstu.

Przez setki lat była ta puszcza własnością książąt mazowieckich i niemal bezludną, naturalną zaporą graniczną przeciw najazdom sąsiadów z północy. Później była puszczą królewską, a władcy polowali tutaj na tury, żubry, łosie i niedźwiedzie. Dopiero od wieku XVII  lasy północnego Mazowsza poczęli kolonizować Mazurzy znad Wisły. Od plecionego z lipowego łyka obuwia, zwanego „kurpiami”, tak nazwani. Korzystali z puszczańskich zasobów tak, jak należy. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że w myśl zasad zrównoważonego rozwoju. Za ich sprawą rozkwitło tam bartnictwo. Ale to już przeszłość...

Dziś już tylko w kilku rezerwatach Puszczy Zielonej  chronione są dostojne pozostałości dawnej Puszczy. Sosny bartne  można  wciąż oglądać w rezerwacie „Czarnia”. Jest jednym z pięciu najważniejszych rezerwatów mazowieckich, należy do  najpiękniejszych  w całej nizinnej części Polski. Jedna z bartnych sosen rezerwatu jest wciąż jeszcze zdrowym drzewem w pełni sił, wyraźnie są widoczne otwory „wydzianych" barci, wciąż  używanych przez pszczoły. Na zdjęciu powyżej to drzewo jest właśnie w trakcie podziwiana. Potężnym sosnom towarzyszą niemal na równych prawach równie potężne świerki.  
 
 
 
Zupełnie inaczej prezentuje się starodrzew sosnowego boru w Puszczy Kampinoskiej, jak ten na zdjęciu z okolic Palmir.  Tak on, jak i inne leśne kompleksy podwarszawskie znajdują się w krainie w której dorodnych świerków nie zobaczymy, bo tak sobie życzy natura. Ale zacne sosnowe starodrzewy rosną w Puszczy Kampinoskiej. Gdyby nie park narodowy, dawno by ich nie było. Gdy opracowywałem treść turystyczną pierwszej po II wojnie światowej mapy Puszczy Kampinoskiej, którą w skali 1:60 tys. PPWK wydało w roku 1973, zaproponowałem oznaczanie na niej ciemniejszą zielenią obszaru drzewostanów ponad stuletnich. Zwyczaj się przyjął i wciąż tak są starodrzewy oznaczane, także na mapach innych wydawców. 
Sosna kampinoska była znana i wysoko ceniona na rynkach drzewnych. Rosła  na nieurodzajnym podłożu, więc jej przyrosty roczne były bardzo drobne, ale drewno bogate w żywicę, stosunkowo twarde, sprężyste, poszukiwane w przemyśle stoczniowym. Puszcza Kampinoska jest w tej chwili puszczą sosnową i ponad 70% powierzchni leśnej zajmują drzewostany z sosną jako gatunkiem dominującym, a mimo to brakuje tu szczególnie okazałych sosen. 
Podobno w Puszczy Białowieskiej rośnie sosna o wysokości 42 metrów.  Cenione na świecie sosny taborskie z ndl.Miłomłyn na Mazurach wykorzystywane były do budowy masztów żaglowców o dochodzą do 30–40 metrów wysokości. Na mazowieckich piaskach takich nie spotkamy, najwyższa, jaką oglądałem, miała 35 metrów, od wielu lat już nie żyje. Można ją było oglądać przy Drodze Wareckiej w Lasach Chojnowskich, miejsce jej usytuowania można odnaleźć na starszych wydaniach map turystycznych. Wysokość sosen w Puszczy Kampinoskiej może dochodzić teoretycznie do 30 metrów, 22 metry  ma najtęższa z żyjących sosen kampinoskich, jest nią Sosna Królowej Bony przy Górczyńskiej Drodze, w obszarze ochrony ścisłej „Nart”. Około dwustuletnia ma 330 cm obwodu. Potężniejsza od niej była mająca 350 cm obwodu 170-letnia Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, zanim śmiercią naturalną umarła w roku 1984;  na poniższej fotografii została zdjęta w 2018 roku.  
 

Puszcza Kampinoska kryje zazdrośnie swoje tajemnicze piękno. Jej osobliwy urok i bogactwo form krajobrazowych nie rzucają się od razu w oczy – pisał Kazimierz Saysse Tobiczyk w roku 1973. Miał stokrotną racje. Od pięćdziesięciu lat znam tę puszczę, wrosła w moje życie. Bez niej, cóż to byłoby za życie... 

Wielu warszawiaków ogranicza się w swojej przyjaźni do fragmentów znajdujących się w najbliższym sąsiedztwie Warszawy. To już Kampinoski Park Narodowy, ale jeszcze nie Puszcza Kampinoska. To młode lasy, w większości bory sosnowe. Przez wiele dziesiątków lat, praktycznie przez cały wiek dziewiętnasty i jeszcze trochę dwudziestego, był to teren całkowicie niemal pozbawiony lasu, mapy z połowy XIX wieku ukazują to wyraźnie. Prawdziwie stare bory i trudno dostępne lasy bagienne zaczynają się dalej. Przez najładniejsze  prowadzą znakowane szlaki turystyczne.



Najstarsze zwarte drzewostany sięgają już ponad lat dwustu w sąsiedztwie Granicy,  w partiach, rosnących m.in. wokół Sejmikowej Drogi niedaleko palmirskiego cmentarza oraz w obszarach ochrony ścisłej koło Rybitwy i Wilkowa. Teoretycznie sosny mogą dożyć czterystu lat. Siekiera drwala im nie grozi. Umrą, kiedy zechcą i jak same zechcą.  
W lasach gospodarczych ostatnimi laty niemiłosiernie są wycinane sosnowe starodrzewy, gdzie tylko sto lat zaliczą.  Bolesny to widok dla zwykłych ludzi, ale przecież na tym polega zawód leśnika. A o pożytkach dla człowieka z sosen płynących można nieskończenie. Na Mazowszu za sosnę dojrzałą do wycięcia uważa się drzewo stuletnie, na niektórych siedliskach  w niektórych nadleśnictwach osiemdziesięcioletnie. Zdaniem drzewiarzy, starsze egzemplarze drzew tracą wartość techniczną. Jak i my, ludzie, którzy w swojej starości techniczną wartość miewamy już dość marną...


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Są takie drzewostany w Puszczy Kampinoskiej, do których nie wypada wchodzić inaczej, niż z najwyższym szacunkiem. Mają one w sobie coś, co gnie nam kolana. Przypominają się słowa poety, nazywał się Zbigniew Herbert: Wchodząc do takiego starego boru złóż ręce tak by sen zaczerpnąć, tak jak się czerpie wody ziarno.
  
O Boże, jakaż ona jest ogromna! Jakże wspaniała! Żyje od niespełna dwustu lat, a przecież sosny w naszym kraju mogą dożywać lat czterystu. Tak, jak dąb powszechnie uważany jest za groźnego monarchę, za  ojca, tak sośnie przydziela się rolę matki, u różnych ludów była drzewem świętym. W drzewostanie borowym zdecydowanie matriarchat obowiązuje. Panowie nie mają tu na ogół dostępu, co najwyżej w charakterze sług pomniejszej rangi. Tę fotografię  w starodrzewie pod Kaczubalską Górą wykonała jedna z  towarzyszek moich wędrówek i jestem jej za to bardzo wdzięczny. Nikt mi nigdy nie zrobił zdjęcia, na którym byłbym w takim towarzystwie.
  
Powalone olbrzymy. Nadszedł ich kres i teraz te umarłe drzewa, zalegające dno rezerwatowego boru, rozpoczęły już drugie życie, dziesiątki żywych stworzeń będzie się żywić ich truchłami w nieskończonym, zadziwiającym cyklu życia przyrody. Po to również istnieją rezerwaty, ale i po to, byśmy mogli sobie to uświadamiać, także i po to aby móc podziwiać to piękno...
 
..............................................................
         
Post scriptum. Napisała mi serdeczna moja znajoma po zajrzeniu do tego blogu:"Leszku, czy nie czujesz, że samo słowo "sosna" ma w sobie coś ciepłego (jak rozgrzany piasek w zagajnikach sosnowych), wonnego (jak unoszący się wszędzie zapach żywicy), swojskiego i polskiego (bo polska sosna to nie to samo co angielska, niemiecka, włoska czy ukraińska)?"   
..............................................................

 

niedziela, 6 września 2026

Edward Dwurnik wielkim artystą był 

W ostatnią niedzielę tegorocznego lata zawiało mnie do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Przyciągnęła mnie tam wystawa malarstwa Edwarda Dwurnika. Artystą był rozpoznawalnym. Jak się raz zobaczy jego obraz, to następnych, jakie wskoczą nam przed oczy podpisywać nie trzeba, wiadomo, że to Dwurnik. Urodził się w Radzyminie, na bezpoetycznej ziemi mazowieckiej, jak o tamtych okolicach mówił inny wielki artysta, Cyprian Norwid. To zadziwiająca okolica ta Ziemia Radzymińska. Znamy ją praktycznie tylko z decydującej o zwycięskiej w  "Cudzie nad Wisła" bitwie z Sowietami w 1929 roku. Krajobraz tam właściwie żaden, nie ma tam na czym zatrzymać oka. Jak przygotowywałem dla wydawnictwa "Iskry" swoją kolejną książkę, nosi tytuł "Podróże po Mazowszu", ukazała się w roku 2016,  jeden z rozdziałów poświęciłem tej ziemi, nosi.l tytuł "Ziemia artyst.pow". Opowiadał o artystach ziemi radzymińskiej..  

Nie tylko Norwid tam się urodził, także Wacław Sieroszewszki tuż obok Tłuszcza.  Okolica  służyła za temat plenerowych obrazów Władysława Podkowińskiego. W Mokrej Wsi i Chrzęsnem narodziły się jedne z najświetniejszych polskich płócien, przez  Władysława Podkowińskiego. malowanych w duchu impresjonizmu. Drogami tej ziemi na początku lat czterdziestych XIX wieku w goście do Dębinek przyjeżdżał Teofil Lenartowicz wraz z towarzyszami z cyganerii warszawskiej. W okolicy materiały zbierał Oskar Kolberg, on  dużo miejsca tej ziemi poświęcił  w swoim dziele, bywał tu często w tym samym czasie, gdy mieszkał tutaj Cyprian Norwid, spotykali się, razem niekiedy po wsiach wędrowali w poszukiwaniu bogactwa kultury tutejszego ludu, albowiem – jak powiadał Kolberg – lud nasz co posiada, to posiada dobrze. 


Edward Dwurnik urodził się w Radzyminie. Był człowiekiem z ludu, choć nie z tego, którym zajmował się Oskar Kolberg. Był chłopakiem „znikąd”, mówił, że wywodził się z chuligańskiej, pełnej przemocy społeczności – tak o nim w wywiadzie dla Rzeczpospolitej o Edwardzie Dwurniku opowiadał Łukasz Ronduda, kurator obecnej wystawy jego malarstwa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dwurnik pokazywał życie jako trening przetrwania. Mroczny czas beznadziei topił w alkoholowych wizjach swojej sztuki. W jednym z internetowych facebooków wyczytałem: wyrazista do bólu ekspozycja Dwurnika pozwala przejrzeć się w niedawnej przeszłości. I trochę nią straszy. 

Radzymina artysta nie wspominał ze specjalnym sentymentem. Mówił wprost: "Urodziłem się w Radzyminie, wychowałem w Piastowie, Grójcu i Międzylesiu, ale dumnie powiem, że jestem warszawiakiem. To moje miasto, maluję wciąż Warszawę i po prostu ją kocham". Malował bez wyjęcia. Był kronikarzem polskiego dnia powszedniego. Nie głaskał nas swoim pędzlem. Czasem potrafił nieźle obśmiać. Ale zawsze serdecznie. Zadziwiające, ale prawdziwe. "Pierwszą przyczyną, dla której maluję właśnie ludzi, jest żal nad ich i swoją niedoskonałością" powiedział kiedyś.  Jego wielkoformatowe obrazy eksponuje właśnie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Świetnie się tam czują w tych ogromnych, przestronnych wnętrzach o jasnych ścianach. 


Wystawa nosi tytuł "Duma i wstyd". Dwurnik wierzył w realistyczne, współuczestniczące w życiu malarstwo i traktował je jako język, który pomaga komunikować się z osobami sportretowanymi na obrazach. Był komentatorem polskiej, szarej rzeczywistości. Sam twierdził, że jego malarstwo przez długi okres było ideowo-programowe. Mówił: „Interesują mnie przeciętni Polacy, uważam, że znam ich sprawy, ubiór, zwyczaje, przekonania, żargon – kocham ich i mam radość wystawić im pomnik swoim malarstwem.”  Jego obrazy są rozsiane po całym świecie – znajdują się w wielu kolekcjach prywatnych i publicznych. Prawie każde polskie muzeum, a także niejedno za granicą, ma jego obraz. Na aukcjach jego prace cieszą się ogromnym powodzeniem. Bywało, że  przebijał nawet Wojciecha Kossaka w ilości prac, które  trafiały pod młotek.    

Na obecnej wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie prezentowany jest tylko wycinek jego malarskich dokonań, echo lat 60-tych w polskiej rzeczywistości. Starczyło mi do się zachwycenia.  Na dodatek to lata mojej własnej młodości! Niestety, starość nie radość, mocno psuje mi się wzrok. Ostatnimi czasy dal przed starymi oczami zaczęła się oddalać niesympatycznie. Fotografowałem więc bez wyjęcia, aby zabrać te obrazy ze sobą do swojego mieszkania. Siedzę wiec sobie teraz przed ekranem swojego monitora i com zdjął, to oglądam. A na tym monitorze wszystko dokładnie widzę i wyostrzone jest na dodatek. W więc psuje mi się dal trochę  dalsza, niż bliższa. A że –  jak wiadomo – dobry posiłek smakuje natenczas w dwójnasób, jeśli konsumujemy go w odpowiednim towarzystwie, com zdjął, tym się z bliźnimi dzielę...




PS. A tak a propos; zajrzeliście do miasta Radzymin ostatnio? Legenda mówi, że swoją nazwę Radzymin zawdzięcza mało gościnnej karczmie, stąd też powstało powiedzenie "radzę, omiń to miejsce", które z czasem dało nazwę miejscowości. Dawniej jeździło się pekaesem przez samo śródmieście miasta. Teraz omija całość. A Radzymina ominąć się nie powinno, choćby dla dwóch kaplic, zabytków polskiej narodowej architektury, a przede wszystkim - polskiej historii. Ale to już zupełnie inna sprawa, w tej opowieści się nie mieści. 

........................................................................ 



 


 


sobota, 5 września 2026

Odwiedziny w "Walerii" w mieście Milanówek

 Po wielu latach swojej w Milanówku nieobecności późnym latem tego roku, pod koniec sierpnia, znowu odwiedziłem Walerię w Milanówku. Zobaczyłem ją w znakomitej formie. Od 2007 ta willa jest własnością komunalną miasta, została odrestaurowana, jest teraz siedzibą Milanowskiego Centrum Kultury, nowoczesnym centrum kulturalnym i edukacyjnym, łączącym historyczne dziedzictwo z interdyscyplinarną ofertą artystyczną, z której korzystają przede wszystkim mieszkańcy Milanówka i jego okolicy, ale jest też oferta dla przybyszy. Dla mnie była czymś więcej, niż tylko obiektem do zobaczenia i zwiedzania.

Znawcy twierdzą, że to niewielkie miasto |est najlepszym w Polsce przykładem zespołu budownictwa z dwudziestolecia międzywojennego. Kto je poznał chociaż nieco tylko lepiej, to powiada, że takiej atmosfery, jaka w nim panuje, nigdzie się już nie spotyka. W 1920 roku, sporządzony został pierwszy plan letniska i zaraz potem zaczęły powstawać wille. jak grzyby po deszczu. W stylu szwajcarskim, niemieckim, .narodowym, nawiązującym do architektury barokowych dworków sarmackich lub do zakopiańszczyzny Stanisława Witkiewicza. Aż 255 budynków znajduje się w rejestrze konserwatora. Wszystko w jednym, niewielkim mieście. Cieszą oko przyjezdnego i radują serca miejscowych. Jest tutaj największe na Mazowszu zgrupowanie zabytkowych drzew, chronionych jako pomniki przyrody, w tym aż 99 dębów, a najwięcej w okolicy ulicy Starodęby oczywiście... .

O każdej z willi Milanówka można mówić, mówić i mówić. W tym budynku przemieszkiwał przyjeżdżający na letnisko Bolesław Prus. Tutaj Pola Gojawiczyńska. Tu bywał Gałczyński. W tamtej zaś willi, nieco dalej, mieszkał niekiedy sam Stefan Jaracz. Tam Juliusz Osterwa. Tułaj na letnisko przyjeżdżali malarze, Zofia i Karol Stryjeńscy. Tu grywała w tenisa wicemistrzyni Wimbledonu Jadwiga Jędrzejewska. Tu mieszkał sławny tenor Stanisław Gruszczyński, a tam mieszka Krystyna Janda... Ale ja teraz chcę wspomnieć tylko jedną willę... 

„Walerię” wybudował dla siebie wybitny aktor Rufin Morozowicz, a jego zięć rzeźbił w niej swoje arcydzieła. To Jan Szczepkowski, typowy przedstawiciel okresu Młodej Polski. Na warszawskim placu Teatralnym wznoszą się jego dłuta pomniki Bogusławskiego i Moniuszki, jego dziełem są płaskorzeźby na gmachu Sejmu, wiele rzeźb artysty znajduje się po muzeach, w milanowskim domu artysty pozostało jeszcze wiele, a pośród nich ołtarz Matki Boskiej Zielnej, kunsztowne połączenie ludowej snycerki z geometrycznym uproszczeniem. To, co najbardziej w tym rzeźbieniu Szczepkowskiego łapie za serce to ta nuta zakopiańszczyzny, tej z najlepszych jej lat. W 1891 roku młody artysta rozpoczął naukę rzeźbiarstwa ornamentalnego w Cesarsko-Królewskiej Szkole Zawodowej Przemysłu Drzewnego w Zakopanem. I zanim wstąpił do Akademii Sztuk Pięknych (gdzie uczył go m.in.Konstanty Laszczka, twórca wspaniałego Wodnika, obecnie w zbiorach Muzeum Mazowieckiego w Płocku) właśnie tam miał pierwszy kontakt z Podhalem i sztuką ludową. A ja nie wyobrażam sobie, aby moja Polska, ta,  którą wyhodowałem w sobie przez całe życie,  mogła istnieć bez tej sztuki, którą obdarowało nas Zakopane wraz z całym Podhalem.  

Przede wszystkim dla obejrzenia ekspozycji dzieł Jana Szczepkowskiego teraz tam przyjechałem. Wyszedłem wzruszony i przejęty. Przez wiele godzin późniejszych nie mogłem się od obrazu rzeźb Szczepkowskiego uwolnić. 

Po śmierci artysty w 1964 roku zbiorami w Milanówku opiekowała się jego córka Hanna Szczepkowska-Mickiewiczowa. Zimową porą w peerelowskich czasach oprowadzała chętnych odziana w w palto, w matinkach na dłoniach, usprawiedliwiając się, że wnętrza nieogrzewane, bo środków na opał brakowało, jako że ludowa władza bardzo niechętnie patrzyła na Szczepkowskiego; wszak to on zdejmował pośmiertną maskę Komendanta i projektował sarkofag Piłsudskiego na Wawelu. Pani Hanna też już nie żyje. Miałem zaszczyt ją widzieć, rozmawiać z nią, opowiadała mi o ojcu, pokazywała jego rzeźby, oprowadzała mnie, gdy wraz z przyjaciółmi z turystycznych szlaków odwiedzałem Milanówek. Ilekroć myślę o Milanówku, przypominają mi się matinki na jej dłoniach, którymi z miłością dotykała rzeźb swojego ojca; była akurat zimna zima, a willa nieopalana, trwała wokół wroga Piłsudskiemu komuna, dla niepoznaki nazwana Polska Ludową w naszym kraju.

Niewielkie, zajmujące całe piętro muzeum jest pomyślane i przygotowane wspaniale. Jak słusznie piszą gospodarze obiektu, Willa Waleria jest wyjątkowym miejscem poświęconym twórczości jednego z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy i artystów art déco. W Polsce rzeźba nie dorównuje swoją popularnością sztuce malarstwa. Polska to nie Italia, tam takie miasta jak Florencja i Rzym aż kipią od zdobiących je rzeźb. A my? Najsłynniejszy w naszej historii artysta rzeźbiarz był Niemcem z Norymbergi, sprowadzonym do Krakowa, aby ozdobił swoim dziełem największy i najważniejszą świątynię miasta. My jakoś z rzeźbą mocno na baje w tej naszej ziemi nad Wisłą. Czy zwykły, współczesny mieszkaniec Warszawy zna nazwisko Cezarego Godebskiego, tego, który tak wspaniały pomnik postawił Mickiewiczowi na Krakowskim Przedmieściu? A o rzeźbiarzu Janie Szczepkowskim słyszał? Chociaż... czy w gruncie rzeczy musi? 

.................................... 

 

Surrealizm w Owczarni koło Podkowy Leśnej

Ogród Rzeźb Juana Soriano w Owczarni wciąż pomijałem w swoich wędrówkach po mazowieckiej okolicy podwarszawskiej. A jest tak blisko Warszawy! Trzeba tylko minąć Podkowę Leśną i zaraz potem można już szukać tej właściwej  drogi, która prowadzi ku bramie do Ogrodu, skądinąd nosi ładną nazwę ulicy Artystycznej. Ciągoty mam do tego, co polskie, więc rzeźby meksykańskiego artysty jakoś długo mnie nie wołały ku sobie. Dopiero pod koniec tegorocznego lata nareszcie je zobaczyłem. I już wiem, że niesłusznie tę Owczarnię pomijałem w swoich planach. Podobało mi się w tym Ogrodzie. I rzeźby w nim fascynujące. 

Autorem rzeźb w tym Ogrodzie był Juan Soriano, właściwie Juan Francisco Rodríguez Montoya, 'el eterno enfant terrible' jak określali go meksykańscy dziennikarze. W Meksyku się urodził w roku 1920, w tym samym, w którym we Francji narodził się nowy styl w sztuce – surrealizm. Piszą o nim, że był genialnym samoukiem, którego twórczość wyrastała tak z meksykańskiej sztuki ludowej, jak i lokalnej i europejskiej awangardy na czele z surrealizmem. Ogród w Owczarni zbiera bardzo entuzjastyczne opinie jako idylliczne, spokojne i magiczne miejsce łączące sztukę z naturą. Miejsce jest określane jako oaza ciszy i spokoju, idealna na powolny spacer, odpoczynek na łonie natury lub piknik. To przede wszystkim niezwykła galeria rzeźb. Są inne, niż znamy tu, u siebie w Polsce. Są surrealistyczne. 

 


W Polsce terminu „surrealizm” używamy potocznie jako określenie nieco pogardliwe. Toż to czysty surrealizm - mówi się, jeśli zdaniem mówiącego coś jest zupełnie bez sensu. Najczęściej sam pomysł bywa dla mówiącego – surrealistyczny. Słowo "surrealistyczny" dla artystów oznaczać miało racjonalnie przemyślany wytwór, który charakteryzował się oryginalnością połączenia wykorzystanych w nim elementów. Przedstawiciele surrealizmu buntowali się przeciwko burżuazyjnej koncepcji świata, krytykowali realizm w sztuce, naśladowanie natury oraz logikę. Inspirowali się mitami, marzeniami sennymi oraz halucynacjami. Celem surrealistów było zgłębienie potencjału tkwiącego w podświadomości i wyrażenie go w możliwie najbardziej nieskażonej formie. Logika i racjonalność były uznawane za przeszkodę i miały zostać w dużej mierze wyeliminowane W Ogrodzie rzeźb w Owczarni możemy oglądać dwadzieścia surrealistycznych rzeźb Juana Soriano. Są surrealistyczne stuprocentowo! 


 
Te wszystkie jego ptaki, jakie stoją pośród Ogrodu, są tego najlepszym dowodem.  Nie najgorzej się jednak czują te meksykańskie, surrealistyczne rzeźby pośród mazowieckiej przyrody. W Owczarni rzeźby Juana Soriano można oglądać z każdej perspektywy, można je dotykać. I fotografować, oczywiście. W domu, po powrocie, kadrując swoje zdjęcia na ekranie komputerowego monitora, zobaczy się zupełnie inne, nieznane nam „zobaczenie” tych rzeźb pośród przyrody Ogrodu. Rzeźby, jakie oglądałem w Owczarni, nie są topornie serio, są aluzją, niekiedy dowcipną, z humorem, jak kura, znosząca jajo, a jaja kolejne czekają już w kurze na następne zniesienie. I prawie stuprocentowo realistyczne, ale przecież surrealistyczne wyglądające niebieskie żaby, jakby dopiero co wylazłe na brzeg z jeziorka. otoczonego przyrodą dżungli Ogrodu. Na pewno te rzeźby są inne, niż to, do czego my jesteśmy przyzwyczajeni.



Oglądając cokolwiek, jako turyści zwłaszcza, najczęściej używamy przymiotników dla określenia tego jak nam się to coś podoba. A więc „podoba się”, jak się nie wie, co o tym sądzić. „Interesujące” , gdy się chce coś powiedzieć, a się podoba średnio, chociaż może nie za bardzo, ale może to nie jest takie złe, skoro inni przyjeżdżają, przychodzą, patrzą, więc coś w tym przecież musi być. Albo „piękne” lub tylko „ładne”. Skądinąd owo „ładne” lub „piękne” jest takie tylko dlatego, że jest czymś do czego jesteśmy przyzwyczajeni, dla nas normalne. Nie tak mamy gusta kształtowane. W innych kręgach kulturowych wyrośliśmy.  Rzeźby Juana Soriana są surrealistyczne, a z surrealizmem większość z nas nie jest w Polsce za pan brat. Nie tak sonie wyobrażamy torreadora (poniżej na zdjęciu), jakim zobaczył go  meksykański surrealista...


Juan Soriano wystawiał w najważniejszych muzeach Meksyku, wystawiał w Stanach Zjednoczonych, w Europie również. Był artystą wszechstronnym. Rzeźbił, malował, wykonywał ceramikę, grafiki, ilustracje, gobeliny oraz scenografie i kostiumy. W 1974 roku spotkał podczas wizyty w Paryżu polskiego tancerza i marszanda Marka Kellera. Przez trzydzieści lat (do śmierci rzeźbiarza w lutym 2006 roku) byli razem. Marek Keller uporządkował sprawy majątkowe artysty i został jego impresario. Mieszkali razem w Meksyku i w Paryżu. Po śmierci Soriano Keller wrócił do Polski i w podwarszawskiej Owczarni postanowił stworzyć miejsce, w którym sam zamieszkał, a w otaczającym parku ustawił rzeźby Soriano. I tak powstało naprawdę niezwykłe miejsce. Marek Keller zmarł w roku 2023. Jeszcze przed swoją śmiercią założył Fundację, której celem jest ochrona, promocja i zarządzanie spuścizną artystyczną Juana Soriano oraz prowadzenie unikalnego ogrodu rzeźb w Owczarni.


Należąca niegdyś do majątku Książenice Owczarnia swoją nazwę zawdzięcza jezuitom, którzy już od XVII wieku prowadzili tu gospodarstwo, w którym hodowano sprowadzone z Podhala owce. W zasadzie powinno się mówić - w Kazimierówce. Dwór murowany, który stróżuje dzisiaj Ogrodowi, nosi taką historyczną nazwę. Nie trafiłem dotąd na informację jakiemu Kazimierzowi lub Kazimierze tę nazwę zawdzięcza, musiała to być jednak osoba ważna i mocno zamieszana, zapewne i finansowo, w budowę uruchomionych w 1927 r. Elektrycznych Kolei Dojazdowych. Nie bez powodu przystanek kolejki nie Owczarnia nazwano, a Kazimierówka! Dzisiaj Owczarnia to sołectwo w gminie Brwinów, tam mniej więcej w połowie obok sławniejszych od niej Milanówka i Podkowy Leśnej.



 

Wstęp do tego Ogrodu jest bezpłatny, teren dość rozległy, rzeźby ustawione są pośród pleneru, który jest całkiem całkiem, a nawet bardzo. Sporo tam lasu, okazałe w nim drzewa, najdorodniejsze jest pomnikiem przyrody ze stosowną tabliczką na pniu, to ogromna, wysoka na 29 metrów lipa drobnolistna o obwodzie 4,5 metra w obwodzie na wysokości piersi. W parku jest też owalne jeziorko, wokół którego prowadzi dróżka z ławeczkami. Korzystałem z niej z zadowoleniem.


Autem do tego Ogrodu dojechać się daje, GPS zaprowadzi, jak po sznurku. Piechotą dojść można, zaledwie 2 km, pół godziny drogi od przystanku WKD Kazimierówka na linii do Grodziska Mazowieckiego, z centrym Warszawy jedzie się ok. 50 minut, ,bilet normalny w jedną stronę kosztuje 9.60 zł, są stosowne ulgi.. Po wyjściu z kolejki idzie się pieszo za odjeżdżającym pociągiem ulicą Bagnistą do poprzecznej ul. Średniej, którą na lewo i potem raz jeszcze w lewo w wąską ulicę Artystyczną. Jak zobaczymy długie ogrodzenie po swojej lewej stronie, będziemy już na miejscu. Trzeba tylko wejść za otwartą szeroko bramę pośród tego ogrodzenia Ogrodu. A potem być. Po prostu – być. Odpłynąć ze świata rzeczywistego. Przechadzać się. Przysiadać na ławeczkach. Przyglądać się rzeźbom. Są duże, monumentalne, z brązu, więc i ciężkie niewątpliwie. Oswajać się z surrealizmem, to również, a jakże. A może – przede wszystkim. Po to przecież ten Ogród się odwiedza...


 


....................................................