sobota, 18 kwietnia 2026


W Kampinosie koło Kampinosu:


wielkie, pomnikowe drzewa nie lubią być anonimowe. 

Na zdjęciu, otwierającym ten post, jest najsławniejszy pomnik przyrody w Puszczy Kampinoskiej, ważny cel turystycznych wędrówek. Według legend odpoczywał pod nim król Władysław Jagiełło i przez lata całe zwano to potężne drzewo Jagiellonem. Jak powstał Kampinoski Park Narodowy, nazwano to drzewo nazwiskiem inicjatora powołania parku narodowego w podwarszawskiej puszczy, prof.Romana Kobendzę. Wielkie drzewa nie lubią być anonimowe. Powędrujmy ich szlakiem...   

W górach się wędruje na szczyty i przełęcze, nad górskie stawy i wodospady, do schronisk turystycznych lub na punkty widokowe. W terenach nizinnych tak łatwo nie ma.  Przez wiele lat docelowymi obiektami turystycznymi w Puszczy Kampinoskiej były głównie obiekty martyrologiczne. Był taki czas (a może i trwa jeszcze?), że jak się mówiło o historii, to przede wszystkim o wojnach, bitwach i powstaniach. Rajdy ku takim miejscom urządzano masowe, rajd do cmentarza Palmiry gromadził jednego dnia tysiące turystów. 

Przez całe lata przyroda w Puszczy Kampinoskiej służyła człowiekowi albo tylko płodami lasu, drewnem przede wszystkim, albo była dekoracją dla naszych turystycznych spacerów i wędrówek ku nielicznym miejscom, związanym z osobami lub wydarzeniami historycznymi.  w wędrówce ku miejscom związanym z  historią. Tak się w Polsce losy nasze ułożyły, że głównie śladami narodowej martyrologii  pośród tej przyrodniczej dekoracji. Pierwsze znakowane szlaki turystyczne były wytyczane w latach międzywojennych XX wieku. Nie ku dziełom i ewenementom przyrodniczym prowadziły,  lecz ku śladom ważnych wydarzeń historycznych. Szlak wschodni prowadził ku Mogile Powstańców 1863 roku koło Zaborowa Leśnego, szlak zachodni łączył związane z pobytem Jagiełły okolice Czerwińska nad Wisła z wczesnośredniowiecznym grodziskiem na Zamczysku. 

W 1959 roku powstał Kampinoski Park Narodowy (ze smutkiem dodam, że dzisiaj nie miałby na to szans) i ochronie przyrody powinien służyć, ale i umiejętnie godzić tę ochronę z popularyzacją wiedzy o przyrodzie i jej wartościach, ale i ze znajomością historii. I chociaż najważniejsza jest przyroda, dla wielu z nas otaczające szlaki turystyczne krajobrazy bywają  tylko dekoracją, otaczającą szlak. Ładną,  piękną lub tylko taką sobie. Rzut oka, czasem w marszu jeśli pieszo, albo z nad kierownicy roweru, jeśli rowerem. 

Na swoich spotkaniach z czytelnikami swoich książek i przewodników opowiadam często o takim autentycznym zdarzeniu z Przysłopu Miętusiego w polskich Tatrach. Miejsce to jest zupełnie wyjątkowe, łatwo osiągalne i najbardziej widowiskowe w pogodne, słoneczne dnie wczesnego lata. Wtedy, gdy nad górską polaną, tonącą w świeżej, bujnej zieleni, wznoszą się skaliste, zbudowane z jasnych wapieni, o kilometr wyższe szczyty Czerwonych Wierchów, a w wysoko zawieszonych polodowcowych kotłach ich północnej ściany miejscami zalegał jeszcze śnieg. W tamtym dniu sprzed lat, o którym  wspominam właśnie, napatrzeć się z zachwytem na panoramę okolicy nie mogłem. Od strony Gronika zbliżał się do mnie niemłody pan, a gdy już podszedł blisko, uchylił słomkowego kapelusza zamaszystym, eleganckim, przedwojennym gestem, i zapytał uprzejmie: przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie tu jest ten piękny widok, o którym mi mówiono, żebym koniecznie zobaczył? 

Rozumiem faceta. Zaszedł po widok, a nikt mu tan nie zrobił jakiejś wieży widokowej albo przynajmniej pół metra wyższej od gruntu platformy z ogrodzeniem, o które mógłby się ramionami wygodnie oprzeć, aby widok podziwiać. W Kampinoskim Parku Narodowym  mamy taką jedną, postawiono ją nad turzycowiskami Olszowieckiego Błota w Granicy. Wejdzie się na taką wieżę i już nie ma się wątpliwości, że widać widok z tej wieży, a ładny bywa nadzwyczajnie. 


Ta wieża znajduje się w Granicy, a owa Granica to nasza podwarszawska Białowieża. Jeśli chce się w Kampinoskim Parku Narodowym zobaczyć coś, co zobaczyć trzeba przede wszystkim, to właśnie to, co tam się znajduje. Granica znajduje się o rzut kamieniem od Kampinosu. Miejscowość o nazwie Kampinos znajduje się na skraju Puszczy Kampinoskiej. Chociaż to ten Kampinos dał nazwę całej puszczy, to wieś Kampinos nie jest najważniejszą miejscowością dla Puszczy Kampinoskiej. My dzisiejsi bardzo lubimy wszelkie skróty, więc teraz wcale chętnie całą puszczę nazywamy Kampinosem. Dla wielu warszawiaków Kampinosem są Palmiry z okolicami lub Wólka Węglowa, albo Wiersze, czy też Truskaw. Dla turystów wieś Kampinos była ważna tylko w latach tzw. Polski Ludowej, ”za komuny” po prostu.  Niedługo po zakończonej II wojnie światowej, od lat pięćdziesiątych XX wieku wieś Kampinos była ważnym ośrodkiem turystycznym. 
 

W budynku dworu we wsi Kampinos istniało schronisko PTTK (z tamtych czasów jest ta fotografia), można było w nim zjeść obiad i  zanocować, organizowano kuligi i jazdy konne. To nie był zwykły, klasycystyczny dwór, w jego murach przywódcy powstańczy  organizowali Mazowszan do walk o niepodległość w 1863 roku. W czasie II wojny światowej w dworze działała placówka żandarmerii hitlerowskiej, mieszkańcy wsi musieli nosić specjalne opaski,  w parku dworskim rozstrzelano wielu Polaków. W III Rzeczpospolitej PTTK pozbyło się tego obiektu, gmina sprzedała dwór w prywatne ręce, a obecny właściciel nie jest chętny turystom. Pozostaje oglądanie zabytku przez ogrodzenie. 

Przez wieś Kampinos najczęściej się tylko przejeżdża. Rzadko wysiada się z samochodu koło kościoła w Kampinosie. Rzadko do Puszczy idzie się teraz z Kampinosu pieszo. Takie czasy nastały. Szkoda.  Kościoła też się nie zwiedza, najczęściej jest zresztą zamknięty, też szkoda, bo jest wewnątrz na co spojrzeć. Pozostaje tylko rzut oka, czasem nawet i na to nie ma się czasu, ani ochoty.  Kampinoski kościół jest tylko fragmentem dekoracji w drodze ku puszczy. 

Kościół w Kampinosie jest drewniany, zbudowany z drobnosłoistych sosen kampinoskich w latach 1773–82. Stanowi przykład wpływu, jaki na budownictwo drewniane wywierała architektura murowana: fasada powtarza formy barokowe i w pewnym stopniu klasycystyczne. Niełatwo daje się sfotografować, zawsze pod słońce, niezależnie od pory roku i dnia.  

Wieś Kampinos jest zadbana, dość posażna, chociaż ładna nie za bardzo i do oglądania jest niewiele, a jak już jest, to niedostępne. Dwa zabytkowe dęby naprzeciw kościoła oglądać jednak można zawsze, bez ograniczeń. Zatrzymałem się niedawno przed nimi, aby zrobić im te zdjęcia; kończyła się zima, trwało wtedy przedwiośnie, pora jeszcze bezlistna, świetny czas na zdejmowanie takich okazałych drzew, nagie dęby stały w pełnym słońcu, świetnie się prezentowały przed obiektywem. Po prawej rośnie bezszypułkowy dąb  „Fryderyk” (jego nazwa ma przypominać wielkiego kompozytora, Fryderyk Chopin urodził się w niedalekiej Żelazowej Woli), wysoki na 28,5 metra. Po lewej jest dąb szypułkowy,  ten z poniższego zdjęcia, nosi imię „Stefan”, ma nim przypominać Prymasa Tysiąclecia, kardynała  Wyszyńskiego. Jest tęższy od "Fryderyka", ma 475 cm obwodu w pierśnicy i szczególnie piękny pokrój korony. 


Oba wzrastały w otwartej przestrzeni, stąd i ta kulista korona u każdego. Nie przypadkowo tam rosną, sadzono je niewątpliwie po to, aby kościołowi towarzyszyły. Budowlę tego kościoła ukończono w roku 1782, wtedy – jak przypuszczam  – dęby te sadzono, sadzonki zapewne miały po lat kilka, oba olbrzymy mają więc po niespełna lat trzysta.  

Na północ od tych dębów koło kościoła w gminnej wsi Kampinos, są fragmenty krajobrazu, na widok których ręce same składają się do oklasków.  Jest tu praktycznie wszystko to, co w Puszczy Kampinoskiej jest dla niej bardzo najbardziej. Znakomitym wstępem do tego, co w przyrodniczym pejzażu okolic  Kampinosu jest dojście piesze ku puszczy. Nie tak doskonałe, jak podejście od pałacowego parku w Białowieży, wiodące wśród otwartego krajobrazu  ku rezerwatowi ścisłemu królowej puszcz polskich, Puszczy Białowieskiej. Ale i tutaj, pod Kampinosem, to piesze dojście do Puszczy Kampinoskiej jest niczym  gra wstępna do osobistego stosunku miłosnego. Powiem szczerze, gra wstępna przy pomocy roweru, lub – nie daj Boże – samochodu, jakoś mi nie bardzo pasuje. 

Niezłym celem wędrówki z Kaminosu jest obszar ochrony ścisłej, który nosi nazwę "Nart".  Narty to staropolskie określenie lasów. nartami zwano też budników, leśnych ludzi, zajmujących się wyrębem lasu. Wszystkiego nie wyrąbali zw szczętem, są w  otoczeniu Kampinosu relikty prawdziwej Puszczy, o jakiej dziś czyta się tylko w książkach historycznych.  Zwarte drzewostany są w Narcie ponad dwustuletnie. Malownicze, jak nie wiadomo co. 

Na rozwidleniu dwóch dróg w Narcie rośnie najstarszy na Mazowszu  grab pospolity. W swoim przewodniku po Puszczy Kampinoskiej pisałem o dwóch 300-letnich grabach, rosnących obok siebie. To już nieaktualne.  Powyżej pomieściłem zdjęcie obu sprzed lat, gdym je zdejmował pora była jesienna,  ładnie obok siebie wyglądały. Wciąż żyje ten, który na zdjęciu jest na przodzie. Truchło drugiego leży w sąsiedztwie. Czy grab w Narcie rzeczywiście ma lat 300? Pierwszym, który to napisał był Tomasz Chludzińskie, autor pierwszego sensownego, choć niewielkiego przewodnika po Puszczy Kampinoskiej, wydanego przez Sport i turystykę w roku 1964. Później zaczęli te trzysta lat podawać inni, ja się do nich dołączyłem. Wolałbym, aby jakiś dendrolog te trzysta lat  stwierdził ponad wszelką wątpliwość. 

Według danych Kampinoskiego Parku Narodowego w  jego granicach oraz w bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się 1105 drzew,  pomników przyrody (z tego na gruntach Parku 129 drzew pomnikowych) oraz 29 drzew kandydatów na pomniki przyrody. Samych tylko dębów zabytkowych  rośnie wewnątrz Parku 108.  Dąb dębowi nie równy, jego kształt zależy od warunków w jakich wzrastał, od siedliska, od gleby, lokalnego klimatu. Najstarsze dęby w Narcie mają lat ponad dwieście i zupełnie inny pokrój korony, niż dęby, rosnące naprzeciw kampinoskiego kościoła, które  mają rozłożyste korony. 

Dęby z Nartu  są barczyste, sękate, w ich kształcie widać walkę o miejsce do życia – pnie solidne, męskiej budowy, ale takie jakieś powyginane, widać po nich, że one trwały, rosły, ale zapamiętały zmieniające się obok nich leśne towarzystwo, każde wygięcie w jedną lub drugą stronę tego dębowego pnia dowodzi, że towarzyszący im las n wzrastał  i był wycinany. A one trwały, bo rąbiący te lasy budnicy szanowali dostojeństwo. tego dębu nie ruszali. Rósł na skraju lasu, dziesiątki lat  u jego stóp trwały pastwiska i kośne łąki lub uprawne pola. Więc rosnące w lesie na stoku wydmy dęby wyciągają konary poza las, ku otwartemu krajobrazowi, ku życiodajnemu dla nich światłu słonecznemu. 

Puszcza Kampinoska jest puszczą sosnową, ze wszystkich gatunków drzew najwięcej sosen w niej rośnie,  ale naprawdę imponujących nie ma, takich jak np. sosny bartne pośród kurpiowskiej Puszczy Myszynieckiej w rezerwacie „Czarnia”.  Najsłynniejsze z kampinoskich drzew tego gatunku - Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, rosła na skraju lasu w Górkach na północ od Nartu, i  wsi Kampinos.  W roku 1984 w wieku ok. 170 lat drzewo runęło; obecnie jego leżące szczątki są zabezpieczone przez pracowników KPN.  Miała 350 cm obwodu na wysokości piersi i 22 m wysokości. 


Szczątki Sosny Powstańców wciąż robią wrażenie. Ta ogromna, martwa sosna, oparta o towarzyszącą jej inną sosnę, to bardzo "ludzka" scena, ten  zatrzymany w kadrze upadek,  trudno ukryć wzruszenie, gdy patrzy się na tę scenę śmierci. A przecież ta cal e lata była przez śmierć naznaczona piętnem. Ta śmierć ciągnęła ludzi do tego drzewa, nie jego uroda. Carscy kozacy wieszali na  konarach  tej sosny niedobitków oddziału powstańczego, który stoczył walkę pod Zaborowem Leśnym. Legenda głosiła, że zwieszające się ku ziemi konary sosny wygięły się tak od ciężaru powstańczych ciał. Okolice Kampinosu są pełne takich opowieści. 

Dobrze jest, jak zabytkowe drzewo nie tylko swoją prezencją zwraca uwagę, ale jak jest związane z jakąś osobistością, najchętniej historyczną, albo z historycznym wydarzeniem. Wielkie, wyjątkowe drzewa, nie lubią być anonimowe.  Także w Puszczy Kampinoskiej. Gdy w roku 1984 naturalną śmiercią umarła mająca Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, rolę najważniejszej w okolicy przejęła Sosna Królowej Bony – taką nazwę zaproponowałem w swoim przewodniku  dla bezimiennej sosny pospolitej, ławo dostępnej i   rosnącej niedaleko od Zamczyska,   o 600 metrów na północ od grabu w Narcie, tuż przy Górczyńskiej Drodze.  

Sosna Królowej Bony jest ładnym drzewem, wyniosłym i imponującym. Ma ok.25 m wysokości, i 350 cm obwodu na wysokości piersi. W niedobrym miejscu stoi. Rośnie przy jezdnej, publicznej drodze, w środku lasu, nie  wyeksponowana, ani natura, ani służby ochronne KPN jej w tym nie pomogły. Łatwo ją przeuważyć, gdy idzie się pieszo, nie widzi się jej, gdy jedzie się autem lub rowerem, przebiegająca obok niej droga jest drogą publiczną, własnością gminną, a nie parku, zaś gmina chciałaby ją wyasfaltować, umożliwiając jazdę bardzo dużych pojazdów.  

Od sąsiednich sosen dwustuletnich wyróżnia się zdecydowanie, zapewne ma co najmniej lat 240, nie najgorzej wygląda,  trochę jeszcze  pożyje. To   potężne drzewo jest jednym z najtęższych  żyjących kampinoskich sosen pospolitych. Nazwa się przyjęła, a legendzie dodała nieco smaku. Od lat bowiem opowiadano, a wszyscy piszący o Puszczy Kampinoskiej o tym wspominali, że tam królowa Bona miała swój zamek, a zamek ten był dobrze przed innymi zakryty, bo sprytna Włoszka trzymała w nim swoje skarby. Gdy wyjechała potem do swojej Apulii, to tych skarbów z zamku pod Kampinosem nie wzięła. One były dobrze zakopane, żeby nikt ich nie znalazł. Po ostatniej wojnie światowej, tuż po roku 1945, ludzie wciąż tam chodzili i kopali nieustannie, żeby dostać się do tych ukrytych skarbów.

Zabytkowe drzewa w trenach nizinnych pełnią czasem funkcję obiektu docelowego, ku któremu się wędruje. W górach są to szczyty i przełęcze, górskie stawy i wodospady, schroniska turystyczne lub punkty widokowe. Przez wiele lat docelowymi obiektami turystycznymi w Puszczy Kampinoskiej były głównie obiekty martyrologiczne, rajdy urządzano masowe do cmentarza Palmiry, gromadził jednego dnia tysiące turystów.  Zabytkowe dęby odwiedzano przy okazji, w czasie dłuższych wycieczek określonym szlakiem, najczęściej był takim obiektem najokazalszy dąb naszej Puszczy   Dąb Kobendzy pod Krzywą Górą. 

Zanim jego patronem został inicjator powołania parku narodowego w naszej puszczy, ten dąb zwany był Jagiellonem.  Podobno Jagiełło pod tym dębem  odpoczywał w jego cieniu po polowaniach. Że nieprawda? To i co z tego, że rzeczywiście nieprawda. Dąb ten urodził się wiele lat po śmierci Jagiełły. Przez dziesiątki lat żyła ta opowieść w okolicznym ludzie. Dopiero nazwisko sławnego botanika, prof.Romana Kobendzy,  przesłoniło pamięć Jagiełły. 

Przygotowując swoje puszczańskie przewodniki zaproponowałem w  nich formę tzw.wycieczek z sercem. Z tych opisów fragmenty poniższych akapitów wyjmuję. Spośród licznych możliwości wycieczkowych w Kampinoskim Parku Narodowym i jego otulinie, przedstawiam takie, które wydają się być szczególniej zajmujące i najlepiej prezentują walory przyrodnicze, krajoznawcze i turystyczne tego obszaru.  Warto się bowiem starać, aby wędrowcy nie ograniczali się do spojrzenia na jakiś obiekt przyrodniczy, w tym przypadku na ten ogromny Dąb Kobendzy, ale zwrócili uwagę na otaczający go pejzaż przyrodniczy.  Przewodniki są papierowe, często dość tęgie, zwłaszcza rowerzysta takiego czegoś ze sobą nie wozi, niech więc weźmie z sobą ten post z tego blogu i otworzy sobie tam, gdzie powinien, może się przyda, może zachęci do czegoś tam....  

Nie tylko na wielkie, zabytkowe dęby warto patrzeć. Patrzeć i podziwiać, to zrozumiałe. Dobrze jest jest w czasie wędrówki ku nim spieszyć się zanadto. Nie trzeba, to przede wszystkim. Dobrze jest czasem spojrzeć na boki. Czasem także w dół, nie tylko prosto przed siebie. Obszar ochrony ścisłej "Krzywa Góra" to   dziki las, szczególnie na południu, tam, gdzie są mokradła, gęstwa krzewów, powalone pnie martwych drzew, bogactwo roślinne i ogromny matecznik zwierzęcy. W tych okolicach wypuszczone zostały na wolność pierwsze rysie. Okolica jest jedną z ulubionych ostoi kampinoskich wilków, które przywędrowały tu same wybierając dla siebie miejsce bytowania.  Przy wielkiej dozie szczęścia i zachowaniu bezwzględnej ciszy właśnie tutaj można spotkać największe z puszczańskich zwierząt: prócz rysi także łosie, jelenie i dziki. Świadomość, że obok nas żyją pośród lasu dzikie zwierzęta, nawet jeśli ich nie widzimy, znacznie podnosi emocjonalną wartość otaczającej nas przyrody. 

Kiedyś, w pełni kampinoskiego lata, szedłem o poranku w stronę Dębu Kobendzy. Na skłonie wydmy, pośród gęstej roślinności zobaczyłem spoczywającego rysia. Miał świetny widok na szlak turystyczny. Zobaczyłem go zupełnym przypadkiem, nie szukałem tego spotkania. go. Był o sto metrów ode mnie. Miałem przy sobie tylko zwykły aparat fotograficzny bez teleobiektywu. Zaryzykowałem.  Widzicie go? Przyjrzyjcie się dobrze. Jest rudy i na was patrzy. 

Zatrzymałem się na półtorej sekundy, akurat na tyle, że nacisnąć migawkę. Potem poszedłem w swoja drogę, jak gdyby nic się nie stało. Ryś moja obecność zlekceważył totalnie. Ale kak wracałem po godzinie, już go tam nie było. Zdjęcie nie jest dobre. Ryś nie nazbyt ostro sfotografowany. Ale jest. I to się liczy. 

W okolicy Dębu Kobendzy u stóp Krzywej Góry, na wschód od mogiłki nieznanego żołnierza z 1939 r. szlak wiedzie przez wydmowy grzbiet Kozich Gór, nazwę biorących od 'kóz', czyli saren. Jak w wielu innych miejscach na szlaku drogę przecinają ścieżynki wydeptane przez dziko żyjące zwierzęta. Najlepiej to widać zimą na śniegu, lecz bystry obserwator zobaczy je nawet w pełni lata. Najczęściej są to wielokrotnie używane szlaki dzików, ale tutaj są również  ścieżki wydeptane przez borsuki, leśne myszy i mrówki. 

 
W czerwcu, tuż przy szlaku rozkwitają zachwycające kwiaty królewskiej lilii złotogłów. Na Kozich Górach w sąsiedztwie drogi można też odnaleźć borsucze i lisie nory lub otwory wejściowe do podziemnych mieszkań tchórza, gronostaja i łasicy oraz leśnych myszy. Zwłaszcza o przedwieczerzu w porze jesiennej, samotny wędrowiec, gdy przysiądzie w ciszy na poboczu drogi, ze wszystkich stron usłyszy szelest wędrujących wśród opadłych liści zwierzątek, penetrujących las w poszukiwaniu żywności. Przemierzający kilometry turysta na ogół nie ma czasu na tego rodzaju przyrodnicze obserwacje, dobrze jest jednak, aby przynajmniej wiedział co traci, śpiesząc do odległego przystanku autobusowego lub do oczekującego na niego auta na parkingu.  

Godzinę marszu na wschód od Dębu Kobendzy znajduje się dość spora polana, O znajdującą się na niej gajówkę Demboskie i tereny sąsiednie toczono ciężkie boje w dniach 16-17 IX 1939 r. Gajówki już dawno nie ma. o ściany budynku opierał się kolejny najtęższy z trzech dębów, zwanych Jagiellonem, drugi z wciąż jeszcze żyjących. Ma 550 cm obwodu, jest tęższy od Dębu Kobendzy  lecz niższy, krępy i bardziej rozłożysty, bowiem wzrastał na polanie. malowniczy i mało znany kampinoski dąb. Ponoć ma ok 400-sta lat. Wnętrze spróchniałe, puste do wysokości kilku metrów.

Najbardziej interesująca trasa, którą można dojść pieszo do obu jagiellońskich dębów, do Jagiellona na Posadzie Demboskie i do Dębu Kobendzy, dawniej też Jagiellonem zwanym, to całodzienna wędrówka. Prowadzi przez całą puszczę i tam, gdzie jest ona najbardziej puszczańska. Od autobusu we wsi  Kampinos wędruje się przez Granicę, potem Kacapską Drogą po Demboskie Góry, stamtąd do Dębu Kobendzy i od Krzywej Góry do autobusu w Nowinach. Cały czas szlakami znakowanymi.  Moja żona spotkała kiedyś turystę na tej trasie,  miał pretensje. "Co to za szlak powiedział  idę już tą trasą trzy godziny, a na niej nic, tylko las, tylko las." Bardzo trafna definicja, całkowicie miał facet rację. Gdyby szedł w pełni wiosny, albo młodym latem, a akurat trwał sezon na komary, szedłby nie przez zwykły las, szedłby przez mazowiecką dżunglę kampinoską. Kampinoskie komary potrafią dać się we znaki.  


Kończąc tę opowieść  o zabytkowych drzewach, jakie zdobią okolice wsi Kampinos w Kampinosie, powinienem  wymienić jeszcze  Dąb Powstańców na Wystawie koło Bielin.  Należy do najrzadziej odwiedzanych kampinoskich zabytków przyrody i historii. Jest to dąb szypułkowy w wieku około 300 lat. Ma 420 cm obwodu w pierśnicy, a jego pięknie wykształcona korona sięga wysokości 18 m. Wciąż żyje jego najdłuższy konar, na którym według tradycji carscy kozacy wieszali młodych powstańców w kwietniu 1863 r. Pochowano ich potem na cmentarzu przy kościele we wsi Kampinos. 

Dąb Powstańców odwiedzany jest nieczęsto, choć dostępny wcale nietrudno. Z parkingu w Granicy wiedzie ku niemu szlak turystyczny,  wyznakowany zielonym kolorem. Piękny szlak, dodajmy, wiodący przez puszczę sosnową, niezwykle urodziwymi starodrzewami. Zaledwie 3.5 km w jedną stronę.  Jeśli potrzebujecie prawdziwej Puszczy Kampinoskiej, odwiedzajcie to drzewo, naszą puszczę sosnową zobaczycie na tej trasie. Wielu podobnych sobie wędrowców tam nie spotkacie. A w dzień powszedni i poza sezonem,  może nawet nie być nikogo. I to będzie wartość dodana tego wycieczkowego celu. Niedaleko od drzewa otwiera się widok na otwarty teren Błot Famułkowskich.  Latem wśród traw terkocą derkacze, w drugiej połowie września można słuchać z tego miejsca niosących się daleko głosów byków jeleni, które  z głębi matecznika pod Krzywą Górą zbierają się na rykowisko pośród tych łąk.

W tym poście, w którym postanowiłem wspomnieć o zabytkowych drzewach, jako o interesujących celach wycieczkowych w zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego, przyszła pora, aby wspomnieć o jeszcze jednym imponującym dębie, pomniku przyrody. Śledząc przeróżne internetowe posty i wzmianki oraz portale z Kampinoskim Parku Narodowym w roli głównej, a sporo tego można odnaleźć na ekranie swojego smartfona, nie znalazłem tego ogromnego dębu. Jest jednym z najwspanialszych dębów puszczańskich, na pewno jest najbardziej nieznany. 

 Na terenie Famułek Królewskich, wioski, której już nie ma,  przeszło pół wieku temu, szmat czasu,  w oszołomieniu ich urodą fotografowałem kryte strzechą drewniane chałupy. Famułki w tamtym czasie, dwadzieścia lat po skończonej światowej wojnie, były wioską nadzwyczajnie urodziwą. Ludzie w przeszłości budowali domy zapewne prymitywne, ale niewątpliwie gustowne. Dopiero, gdy wioska została już niemal w całości wykupiona, w otoczeniu tego rozdroża całkowicie, kiedy wszystkie budynki zostały rozebrane, w pobliżu miejsca, gdzie znajdowała się wiejska baza maszynowa, w której rolnicy mogli wypożyczyć traktor lub inny, ważny w gospodarce sprzęt rolniczy, zobaczyłem wyniosły dąb szypułkowy o pomnikowych rozmiarach. Bardzo piękne ponad trzystuletnie drzewo, wysokie i gonne.  

Dokładnie w sześćdziesiątą rocznicę powołania parku narodowego w Puszczy Kampinoskiej odbyło się uroczyste posiedzenie jego Rady Naukowej poświęcone pamięci wieloletniego jej przewodniczącego, zoologa i ekologa, ważnej postaci dla polskiej ochrony przyrody, zmarłego w 2015 roku prof.Romana Andrzejewskiego. W rządzie Tadeusza Mazowieckiego był jakiś czas wiceministrem środowiska, w Kampinoskim Parku Narodowym przez kilka kadencji przewodniczącym parkowej Rady Naukowej. Niedługo po jego śmierci,  gdy zastanawialiśmy się na posiedzeniach Rady, gdzie ustawić kamień ku czci profesora, zaproponowałem miejsce pod tym dębem. Ustawiony go stóp tego ogromnego dębu pośrodku nieistniejącej już wsi. Lubił to drzewo profesor, rosło nieopodal stanicy naukowej, którą Park założył w jedynym murowanym domu, jaki pozostał po wsi. 

Opisałem w tym poście garść drzew zabytkowych, głównie z terenu zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. O wielu nie wspomniałem, prawie wszystkie są anonimowe, niektóre naprawdę imponujące, na przykład te, które rosną przy rowerowym szlaku zielonym w obszarze ochrony ścisłej "Przyćmień". Albo  te na terenie dawnej osady leśniczówki Izabelin Leśny  w pobliżu węzła szlaków na Borowej Górze. Te dęby są poniżej na zdjęciu sprzed lat. Teraz tej otwartej przestrzeni koło dębów prawie zupełnie już nie ma, poczęła zarastać. Jak się poszuka, są tam fragmenty murowanej gajówki. 

 

 Wszystkie są godne uwagi, odwiedzin, kolekcjonowania  wrażeń, zrobienia sobie z nimi selfie.Puszcza Kampinoska  jest zadziwiająco obfita w zabytkowe drzewa. Znam nie najgorzej inne, ważne puszcze mazowieckie w okolicach Warszawy. Ani Puszcza Bolimowska, ani Puszcza Biała taką ilością okazałych, zabytkowych drzew nie dorównują Kampinoskiej. Czapki z głów. szanowni państwo! Te zabytkowe drzewa są żywą pamiątka po tej dawnej, historycznej puszczy,zanim w drugiej połowie osiemnastego wieku nie zabraliśmy się do masowego ogałacania z drzew dawnej, prawdziwej puszczy. Zaczynał się wtedy rozwijać przemysł, potrzebował drzew, jak najwięcej drewna na opał. 

Pisałem o tym wielokrotnie: przyjemność z oglądania mijanego terenu jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości, z jaką się poruszamy. Jeśli chce się poznać prawdziwie puszczańskie oblicze Puszczy Kampinoskiej, trzeba udać się na wędrówkę pieszą. Coraz mniej spieszonych wędrowców wyrusza na trudniej dostępne szlaki kampinoskie. Skądinąd zrozumiałe, szczególnie w odleglejszych od Warszawy  częściach Kampinoskiego Parku Narodowego. Dąb Andrzejewskiego jest tego najlepszym przykładem.   Jak się nie ma auta i roweru, wtedy do Dębu Kobendzy dotrzeć niełatwo, najbliżej jest z Nowin za Leoncinem, od metra przy dworcu Gdańskim ponad godzinę autobusem Polonusa, a potem ok.5 km w jedną stronę. Ja miałem gorzej, ale sobie nie szkoduję, to była prawdziwa, turystyczna przygoda. Wieś Kampinos miała wtedy schronisko PTTK, ale dojazd był bardzo nie za bardzo, autobusy PKS docierały tam z Żyrardowa, szosy ku Stolicy nie było, do Leszna wiodła  kiepska żwirówka, za Lesznem szosa była brukowana. Warszawiacy na żyrardowski autobus przesiadali się na stacji PKP w Teresinie. Raz nie zdążyłem na popołudniowy kurs powrotny. Na szczęście dla mnie było PTTK-owskie schronisko we wsi Kampinos, miałem gdzie zanocować...  

................................................. 

 

   

czwartek, 26 marca 2026

 

Mariewski Dąb.

Dzień był pogodny, marcowy. O poranku przejmujące zimno, więc nieco podmarzałem przy oczekiwaniu na autobus na jego krańcowym przystanku na warszawskim Bemowie. Potem było już nie najgorzej. Szukałem pierwszych oznak nadchodzącej wiosny w Puszczy Kampinoskiej. Wiedziałem oczywiście,  że bywa w marcu, jak w garncu, że liczyć na wiosenność pejzażu  jeszcze nie mogę. Początek marca nie bywa początkiem wiosny, ba! nawet i o przedwiośniu najczęściej nie ma jeszcze mowy. Ale przedłużającej się zimy i szaroburego, zimowego nieba miałem już dość. 

 Co roku czekam na tę porę roku z utęsknieniem. W miarę swojego postępowania w latach już nie wybieram się ku bagnom nad Biebrzą, nie myślę już o wędrowaniu puszczańskimi uroczyskami nad Czarną Hańczą. Teraz zadowalam się najbliższymi okolicami mojego miasta i wiem już całkiem dokładnie, że i one mnie nie zawiodą. Na przykład skraj Puszczy Kampinoskiej. Więc przyjechałem  do Mariewa. No i jestem pośród przyrody, aby przekonać się, że przysłowia rzeczywiście są mądrością narodu i prawdą jest, że „Na świętego Grzegorza idzie zima do morza”.  Ziemia zaczęła już pachnieć i to było coś. I wielki dąb tam na mnie czekał...

Nareszcie odwiedziłem Mariewski Dąb na skraju Puszczy Kampinoskiej. Pół wieku mnie przy nim nie było. Obok olbrzyma  to, co zostało z ludzkiego siedliska, resztki kultury rolniczej w okolicy. Zagajniki świeżo wyrosłe.  Pośród nich pojedyncze stare dęby. Żurawie krzyczały do mnie z nieba. Było ich ze trzydzieści. Chmury pękate, gnane wiatrem cumulusy, szły nad puszczą razem ze skandynawskim wyżem, który właśnie przechodził nade mną. 


Ten dąb szypułkowy ma lat co najmniej 250, może więcej, na staruszka nie wygląda, Jest solidnym dębowym mężczyzną w średnim wieku. Mam w pamięci opinię specjalistów, aby nie przeceniać wieku drzew, wyrosłych w terenie o dużym nawilgoceniu. To drzewo wyrosło w terenie otwartym, koronę ma rozłożystą, widać, że nic mu w tym wzrastaniu nie przeszkadzało. Pień ma zdrowy, solidny, budzi zaufanie. To potężne chłopisko, jest z niego taki bardziej tęgi z niego Mazur. 400 cm obwodu na wysokości piersi, czyli w pierśnicy, jak mówią fachowcy, 28 metry wysokości, w poszukiwaniu życiodajnego światła miał się gdzie rozrastać... 

W swoim pierwszym przewodniku po tej puszczy, wydanym w roku 1971,  zaczynał się w Mariewie (wtedy pisanym przez ”j”) nieznakowany łącznikowy szlak pieszy, prowadził  południowym obrzeżem parku narodowego do Zielonej Karczmy (jakby kto nie wiedział, była tam a w XIX wieku, tylko nazwa pozostała). Dałem temu szlakowi numer 29 i znałem kilku samotników, którzy bardzo lubili wędrować jego trasą. Anonsowałem go jako malowniczy, wiodący zajmującymi krajobrazowo lasami, ale trudny orientacyjnie i nadający się wyłącznie dla wprawnych turystów. Pisałem też, że z uwagi na przepisy ochrony przyrody szlak mogą przybywać tylko turyści piesi w małych grupach. Zamyśliwaliśmy wtedy takie nieliczne szlaki, nieco w bieszczadzkim stylu, zmuszające do kombinowania, wyrabiające zmysł orientacji. Trasy tego szlaku  już nie uda przejść. Jej już po prostu nie ma, drogi zarosły, krajobraz dziczeje w sposób wzorowy, tylko kolo Mariewa są jeszcze fragmenty prywatnych upraw rolnych. Powraca w te okolice puszcza. Częściowo w sposób naturalny, spokojnie, po swojemu, bez pośpiechu, częściowo ten jej powrót wspomagany jest  przez leśników.  Sporo lat upłynie, zanim będzie tu mniej więcej to, co uznamy za prawdziwą puszczę. 


Tak naprawdę nikt z wędrujących po Kampinoskim Parku Narodowym  nie zna tego dąbu.  Prócz mieszkańców najbliższych mu osiedli. Jest całkiem na uboczu i w zasadzie – chociaż w granicach parku narodowego – zupełnie nie widać w jego otoczeniu Puszczy Kampinoskiej. Są tylko młode drzewostany zasadzone na stosunkowo niedawno wykupionych przez państwo terenach porolnych. Zanim zaczną przypominać las, upłynie co najmniej lat kilkadziesiąt. Dąb rośnie poza szlakami (może szkoda), jest dość łatwo dostępny, ale obecnie nie stanowi żadnego celu wycieczkowego (może i słusznie) i żeby tak było, trzeba by uporządkować jego otoczenie, może z niewielką polanką rekreacyjną. Drzewo bez historii, imienia, też jakby nie istnieje w świadomości. Obok znajdowała się zagroda, od kiedy?  ktoś tu mieszkał, jak długo? Domostwa pod dębem już nie ma  na współczesnych mapach papierowych i  na satelitarnych, które oglądam,  na zdjęciach w internecie widać już tylko ruiny. Ruin w naturze też nie widać, tylko sterta desek pozostała. Oraz betonowy krąg dawnej studni. I ogromna opona do bardzo ogromnego traktora.  Gdyby nie ten dąb, nie zachodziłbym tutaj. Ale ten dąb, ach! ten dąb, ten dąb... 


Zanim jednak tego marcowego dnia do tego dębu doszedłem, była na mojej drodze wieś Mariew. Pierwszy raz zaszedłem na jego ulicówkę w roku 1970.  Sporo tam było wtedy  drewnianych chałup, na mapach turystycznych pod nazwą takich wsi umieszczano piktogram zabytkowej chałupy, co znaczyło to, co znaczyło, że jest co w tej wsi oglądać. W tamtym czasie, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, drewniana chałupa już powoli stawała się zabytkiem przez sam fakt swego istnienia. Czas drewnianych chałup minął już teraz bezpowrotnie. Także we wsiach na skraju Puszczy Kampinoskiej. A ja, idąc ku zabytkowemu dębowi przez współczesną wieś Mariew, uświadomiłem sobie, że moje życie przypadło nie tylko na dramatyczne lata wojenne w moim dzieciństwie  i siermiężne lata powojenne z czasów młodości. Wokół mnie zdarzyła się cywilizacyjna rewolucja. W tym kraju, na który tak wielu Polaków narzeka bezustannie, na skraju Puszczy Kampinoskiej znajdujące się miejscowości pysznią się teraz nieprzyzwoitym dobrobytem. Nie sądzę, aby ktoś z ich lokatorów marzył o przeprowadzce do naszych ciasnych mieszkań w  warszawskich blokach... 

 

Na zachodnim krańcu wioski stoi drewniany  budynek szkolny, zbudowany zapewne w latach międzywojennych. W  tamtych czasach był zdecydowanie „pański”, jak na świątynię nauki przystało, od drewnianych chałup wiejskich wyraźnie się odróżniał.  Nic o tym budynku nie wiem,  kiedy powstał, czy od razu z przeznaczeniem na szkołę. Nie wiem, kiedy w tym urodnym, drewnianym budynku na skraju Mariewa zlikwidowano szkołę i kiedy potem zamieszkała w nim Wanda Warska. Była jazzową śpiewaczką, razem z mężem Andrzejem Kurylewiczem prowadziła Piwnicę Artystyczną na warszawskiej Starówce. Bilety nie były tanie, ale było bardzo sympatycznie. I takie było  jej śpiewanie, sympatyczne. Akompaniował jej mąż, był pianistą, kompozytorem jej piosenek.

Kończyłem swoją wędrówkę w karczmie, usytuowanej wśród willi podmiejskiego osiedla na ulicy Wiosennej  w Zaborowie. Miłe wnętrze,  ogólnie na swojsko. Jak swojszczyzna, to swojszczyzna, zamówiłem jasne, pszenne piwo o nazwie „Kampinoskie” z browaru w Błonach. Zagrychę miałem własną. Wieczorem, po powrocie do miasta, w swoim niewielkim mieszkanku na Żoliborzu włączyłem radio. Wiersz 
Cypriana Norwida śpiewała w nim dla mnie Wanda Warska.

    Nad Kapulettich i Montekich domem
    Spłukane deszczem, poruszone gromem
    Łagodne oko błękitu.

    Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów
    Na rozwalone bramy do ogrodów
    I gwiazdę zrzuca ze szczytu.

    Cyprysy mówią, że to dla Julietty
    Że dla Romea - ta łza znad planety
    Spada i groby przecieka.

    A ludzie mówią i mówią uczenie
    Że to nie łzy są ale że kamienie
    I że nikt... na nie nie czeka. 

Kilkanaście dni później znalazłem się pośród lasu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego w okolicach Międzylesia. Krajobraz podwarszawski zdążył już zapomnieć o śniegu, w Warszawie zaczęły już delikatnie złocić się forsycje, podwarszawskie lasy zapełniały się pojedynczo i grupkami wędrujących warszawiaków. W sobotę 21 marca, obok przyjaznego wędrowcom barku w Dakowie,  spotkałem dwie młode turystki, trzymające w ręku pięknie przez siebie wyzdajaną Marzannę, przygotowaną na jej ostatnią, marzannią drogę. Tak jak trzeba, nie w czerń żałobną została przyodziana, lecz  w biel, z uśmiechem na pyzatej buzi.   Laura i Edyta wraz ze swoją turystyczną gromadą udawały się na miejsce nad Czarnym Stawem, gdzie miało nastąpić ostateczne pożegnanie zimy przez ich towarzystwo.  Z niekłamaną przyjemnością im towarzyszyłem... 

Wiosno, wiosno, ach to ty?

 .........................................

środa, 11 marca 2026

W Karolinie, w siedzibie Zespołu 'Mazowsze" 

 W pobliżu Warszawy, w sąsiedztwie Podkowy Leśnej,  kilkaset metrów od przystanku WKD w Otrębusach,  znajduje się Karolin z siedzibą  Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Miejsce jest piękne, dojazd świetny. Niedawno powstało tam Centrum Folkloru Polskiego. Tak naprawdę to  bardzo wzruszające, osobiste i fascynujące muzeum  Zespołu „Mazowsze”, nazwane nieco zbyt szumie Centrum Folkloru Polskiego. Chociaż...w gruncie rzeczy, gdyby nie ten Zespół, założony przez Sygietyńskich,  czy polski folklor przekraczałby tak efektownie nasze granice? Byłby poza Polską tak znany? 

Od Otrębusów nie widać pałacu w Karolinie, przysłoniętego rozrośniętym lasem. Imponujące, stare drzewa karolińskiego parku, łączą się koronami z sąsiadującym lasem, a istniejący płot nie jest przeszkodą dla licznych w okolicy ptaków i wiewiórek. Pośród tego lasu, wciąż zwanego Młochowskim (bo do majątku w Młochowie należał), biegną malownicze aleje akacjowe, lipowe, grabowe, pozostałości alei dworskich, dworów było tam albowiem niemało. Niektóre z tych alei uznane zostały za zabytki przyrody, opatrzono je stosownymi tabliczkami. Od leśniczówki „Na Dębaku" w kierunku Podkowy Leśnej wybiega najładniejsza, dominują w niej potężne lipy drobnolistne. 

W kilkanaście osób z mojej turystycznej ferajny, z którą  od lat przemierzam podwarszawskie okolice, zawędrowałem ostatnio do Karolina. Kończyła się tegoroczna, śnieżna zima,  wyjątkowo szara i bezbarwna. Więc po tytułowe zdjęcie w tym poście musiałem sięgnąć do swojego archiwum; zdjęcie jest z młodego, czerwcowego lata. To, co czekało na mnie we wnętrzu pałacu kipi od barw przez cały rok, niezależnie od pory roku za okami. Nas było piętnaścioro, a że to powyżej osób dziesięciu, po opłaceniu ulgowych biletów wstępu, po ekspozycji byliśmy oprowadzani. 

Przewodniczkę mieliśmy doskonałą. Opowiadała nam o państwu Sygietyńskich, założycielach Zespołu, o strojach regionalnych,  także o regionach i przede wszystkim o tych, którzy te stroje noszą, w nich śpiewają i tańczą. Opowiadała, pokazywała, odpowiadała na pytania. Na przykład także czy artystów z „Mazowsza”  nie nuży  powtarzalność w ich pracy. Przez cały swój pobyt w zespole tylko te oberki i kujawiaki, te mazury i krakowiaki, w tych samych kostiumach. 

– Nic z tego, proszę państwa – odpowiadała nam pani Dorota . Oni  kochają swój zawód. Marzyli o nim. Do Zespołu przyjmowani są młodzi ludzie, selekcja jest wymagająca, ostra. Muszą być urodni, tancerze muszą umieć śpiewać, a chórzyści umieć tańczyć. Większość jest po szkole baletowej, tańczą od 12-go roku życia. Zanim będą musieli z zespołu odejść, co następuje około czterdziestki, muszą cały czas dbać o swoją kondycję i urodę. A po zakończeniu swojej artystycznej pracy zostaną z niczym. Powinni więc zadbać o swoje dalsze życie. Większość występujących studiuje zaocznie, aby zapewnić sobie godne bytowanie po odejściu z zespołu. Co tu gadać  – niełatwe jest życie artystów. 

Przez wiele następnych godzin nie mogliśmy  oderwać od wspomnień tych odwiedzin. Nie tylko ja. Już po po powrocie do Warszawy, dostałem listy od kilkorga z towarzyszących mi osób, które zechciały podzielić się ze mną swoimi refleksjami po karolińskich odwiedzinach. Skorzystałem z nich w tekście tego postu.  

Mówiła nasza pani Przewodniczka    –  "Wyjeżdżaliśmy", "kosztowało to nas wiele". "to była dla nas". MY, ta pierwsza osoba liczby mnogiej, w którą wpasowana była też smukła sylwetka oprowadzającej, mówiła o najważniejszej sprawie   –   tu można  znaleźć swoje miejsce na ziemi. Bilet wstępu - dryg do tańca, pociąg do instrumentu tego co w nas i tego co go można zmajstrować. I kierujący Zespołem nie zapominali, że ci artyści to też ludzie i jak o dzieci trzeba o nich zadbać, żeby tworzyli zespół. Moja znajoma opowiadała o swojej sąsiadce, która jako dziesięcioletnia była wzięta do "Mazowsza" jeszcze w latach czterdziestych, tam zrobiła maturę, jakieś studia (chyba wydział pedagogiczny w Akademii Muzycznej). Z Długosiodła czy z okolic wynaleźli ją Sygietyńscy, z biednej powojennej rodziny. Inna moja znajoma, od kilkunastu lat stała mieszkanka Domu Aktora w Skolimowie, słuchała ciekawych opowieści Mazowszanki (nie mylić z wodą mineralną), która pierwszy krok robiąc ze swojej maleńkiej wsi. cały świat zwiedziła. 

A swoją drogą tak sobie myślę, jaka to odwaga dać dziesięcioletnią dziewczynkę obcym ludziom w opiekę. Na ile złe warunki rodzinne, bytowe, a na ile pokładana ufność w budujących zespół, pozwalała na to rodzicom. O czasach tuż powojennych coś to nam opowiada,,,



„Mazowsze” znalazło się w Karolinie przypadkiem. Tak bywa z przypadkami, że częstą są szczęśliwe. Przedwojenna gwiazda warszawskich kabaretów, Mira Zimińska-Sygietyńska, w czasie okupacji została poproszona przez przedstawicieli Związku Literatów o pomoc w zorganizowaniu wypoczynku za miastem dla pisarzy warszawskich. Przypomniała sobie wtedy Karolin, w którym przed wojną wypoczywała jako zamożna pani, wynajmowała sobie pokój, bo to było sanatorium, jedno z droższych. Powiedziała więc pani Mira: pojadę do Karolina, zobaczę, co się tam dzieje. Państwo doktorostwo Knoffowie, którzy prowadzili tu sanatorium dla zamożnych artystów bardzo się ucieszyli. Mieli właśnie puste pokoje i powiedzieli, że bardzo chętnie przyjmą literatów. W Karolinie artystka została zaaresztowana przez gestapo i osadzona w Pawiaku.   

Skończyła się wojna. Tadeusz Sygietyński przystąpił do realizacji marzenia. W listopadzie 1948 roku powstało „Mazowsze". Szukając siedziby, przypomniała sobie Zimińska budynek pensjonatu w Karolinie. Przeznaczono go na szpital. „To dopiero za miesiąc" — powiedziała i na ten miesiąc otrzymała zgodę. W Boże Narodzenie przyjechała młodzież formującego się „Mazowsza". W styczniu pojawili się przedstawiciele władz, aby budynek przejąć na szpital. Wtedy Zimińska nakazała podopiecznym biegać po schodach, „żeby wiedzieli, że was dużo". Tamci popatrzyli, dali spokój. Karolin pozostał przy Sygietyńskich i zespole. Dwa lata później odbył się pierwszy występ Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze". Na wiele lat został najlepszą polską wizytówką. 

(fotografia z materiałów informacyjnych Zespołu 'Mazowsze')

Niedługo będzie kolejny wyjazd zagraniczny, występ jest wpisany w obchody rocznicy powstania Stanów Zjednoczonych, przyodziana w ludowe, polskie stroje młodzież z „Mazowsza” będzie  prezentować polską muzykę widzom w Waszyngtonie i Chicago. Jaka polska piosenka cieszy się największą popularnością na tych zagranicznych występach – zapytaliśmy naszą przewodniczkę. „Kukułeczka” – powiedziała. Znacie ją ? Oj, chyba nie za bardzo. Należę do tych, co nie za bardzo. Więc sięgnąłem do Internetu po pierwszą zwrotkę. Tekst jest taki: „Kukułeczka kuka / Chłopiec panny szuka / Spozira, przebira / I nosa zadzira/ Kuku, kuku / Aaha, aaha / Łodiridi łodiridi dyna/ Łodiridi dyna u-ha!” 

......................................................................................

niedziela, 8 lutego 2026

Lutą zimę mamy tego roku...

Mrozy, śniegi, ślizgawice, zadymki, nie odpuszcza nam Pani Przyroda tego roku. Ja, niestety, nie korzystam z uroków tej zimy, mój pesel wtrącił się bezceremonialnie do mojego życia. Siedzę więc sobie w swoim mieszkaniu, patrzę przez okno na tę lutą zimę i wspominam, jak to drzewiej w moim  wędrowniczym życiu bywało. Nadszedł dla mnie albowiem czas na wspominanie.

Przed kilku laty do wędrującej ze mną grupy, którą włóczyłem pośród przyrody, dołączyła Ania Maksymowicz z Sadyby.  Nie miała łatwego życia, walczyła długo z atakującą ją chorobą. W końcu nie udało się jej wygrać tego pojedynku. Zdjęcia robiła wyborne, należała do dużej grupy ptakolubów, co to żadnemu ogonowi nie popuszczą. Każdy czas, gdy choroba jej odpuszczała, wykorzystywała, aby ze swoim aparatem fotograficznym umknąć w przyrodę. Mamy w tym roku lutą zimę wokół siebie.  Lutą zimę z Podlasia dostałem od Ani, utrwaloną  na zdjęciach przed pięcioma laty. Plener był zaledwie dwieście parę kilometrów na wschód od Warszawy. Na zdjęciach wspaniała zima, jak z sienkiewiczowskich powieści, gdzieś pod Kiejdanami, albo  pod Chreptiowem. A to tylko Podlasie za Białymstokiem.  

To miał być wyjazd do Puszczy Knyszyńskiej. Koleżanka Ani miała auto, zaproponowała wspólną podróż. W piątek rano wyjazd, powrót w poniedziałek po zmroku. Zapchaną szosa białostocką, na której TIR na TIRZE, także i po po zachodzie słońca. Jeszcze po piątkowym przejeździe zaczęło się poszukiwania żubrów. Wpierw udało się zobaczyć kilka byków,  zapadających się w śniegu na polu między Sokółką a Krynkami, potem, gdy już wracały na kwaterę, trochę na skróty,  zobaczyły ich więcej, doliczyły się 44 osobników.


A dnia następnego Żubry na nie jakby czekały. Było ich około setki!  Widok zapierający  dech. Siedziały niewiasty  przy tych żubrach prawie cztery godziny, wróciły na kwaterę, aby coś przekąsić i odtajać po emocjach spotkania. Wyjeżdżając ostatniego dnia trzeba było koniecznie choć na moment zerknąć co na polu z żubrami. Wciąż tam były. Czekały. Pozowały.  

Zapytałem Anię: skąd wiedziałyście o tych żubrach, że można je zobaczyć tam akurat, kto wam to nadał i jak? Podobno zobaczyły te żubry całkiem przypadkowo, ale chyba jednak musiały mieć jakieś namiary. Chociaż mogły się tego spodziewać, wiadomo bowiem, że jest ich tam sporo, w Puszczy Knyszyńskiej około 160 osobników, a w całkiem niedalekiej Puszczy Białowieskiej ponad 500. Przyszywany mój siostrzeniec, Adam Wajrak, z okna je może fotografować, ma ich sporo wokół swojego, puszczańskiego domem. 

Trzeba tu dodać na marginesie, że te żubry na otwartej przestrzeni, wśród pól, to żadna sensacja. Tak naprawdę dla naszych europejskich żubrów, które dla świata zostały w Polsce uratowane, podobnie jak dla amerykańskich bizonów, naturalnym środowiskiem są tereny otwarte. Nasza cywilizacja przymusiła je do chronienia się w lasach, zimą dokarmiając sianem, które w głąb lasu się zawozi. W lecie przebywają w lesie, w porze zimowej często spotykane są w terenie otwartym i to na sporej przestrzeni, od Puszczy Knyszyńskiej po Białowieską, od Sokółki przez Krynki i Kruszyniany po Siemianówkę.  

Po zdjęcia żubrów sięgam teraz do internetu, właśnie niezłą ich gromadę podkradłem dopiero co z Wajrakowego facebooka  i mam nadzieję, że Adam nie będzie mi miał tego za złe. 

 


Niestety, coraz mniej zdjęć już dostaję na adres swojej poczty elektronicznej, bo coraz mniejsze jest grono moich przyjaciół, korzystających z urody wędrówki pośród naturalnej przyrody i swoimi fotografiami zasilających moją fototekę. Niegdyś były w gazetach drukowane całe kolumny, pełne nekrologów.  Żartowało się wtedy, przeglądając te nekrologi: na szczęście nikt jeszcze z naszego rocznika. To też już nieaktualne. Nie przeglądam już papierowych gazet, nawet nie wiem czy są jeszcze takie stronice z klepsydrami. Stopniała gromada przyjaciół, znajomych z mojego rocznika już prawie nie ma, a ja..? co ja tu jeszcze robię?  

                                        ..................................