wtorek, 20 lipca 2021

barwy mazowieckiego lata


Pękatka na Całowaniu

W upalny dzień tegorocznego mazowieckiego lata zawędrowałem na miniaturową pustynię pośród słynnego Całowania. Niezwykłe to jest torfowisko i nazwę ma niezwykłą, a o  jego przyrodniczych walorach można nieskończenie, lecz ja nie o tym. Chcę teraz opowiedzieć o niewielkiej wyspie piachu, którą teraz odwiedziłem. Ponad równinną powierzchnię bagien Całowania wyrasta kilka niewysokich wydm, koło niewielkiej wioski o nazwie Pękatka  jest wydma najważniejsza. Obok niej powstały  rybne stawy, są popularnym łowiskiem wędkarskim i zawsze sporo tam ludzi, moczących kije w wodzie. Na piaszczystą wydmę mało kto zachodzi. Może to i dobrze.

Te nieco zapomniane wydmy Pękatki są  wpisanym do rejestru zabytków stanowiskiem archeologicznym  na skalę światową. Archeolodzy odnaleźli tam krzemienne narzędzia, ślady chat, szałasów i jam gospodarczych sprzed około 13 tysięcy lat. Pod koniec epoki lodowcowej przed kilkunastoma tysiącami lat, obozowali na tej wydmie  łowcy reniferów. Lądolód, zalegający wówczas ten fragment ojczystej ziemi, który dzisiaj nazywamy Mazowszem, właśnie począł był ustępować ku północy. Krajobraz Mazowsza tamtych czasów przypominał tundrę, a na pastwiskach tej tundry, wśród traw i krzewów pasły się dzikie renifery. Przez kilka stuleci od połowy X tysiąclecia p.n.e. do schyłku IX tysiąclecia p.n.e., Mazowsze było krainą zamieszkaną okresowo przez koczownicze grupy łowców reniferów. Gdy lądolód począł się wycofywać na północ, klimat się tutaj wyraźnie ocieplił, na północ Europy podążyły również renifery, a w ślad za nimi koczownicze plemiona myśliwych.

W swojej pysznej książeczce „Mazowsze nieznane” Zdzisław Skrok pisał pięknie o tych łowcach reniferów z Całowania. Że istnieją przesłanki, pisał, iż nasi przodkowie tę ziemię z żalem  opuszczali. Oto nad jeziorem Onega odkryto  cmentarzyska tych łowców, przybyłych tam z tych terenów. Że to te same plemiona, zaświadczały odkryte tam przedmioty, identyczne tylko tam i tutaj. Wszystkie ciała zostały złożone w ziemi głowami w jednym kierunku. Nie ku wschodowi, ku północy, lecz w kierunku Mazowsza, krainy szczęśliwej, którą opuścić musieli, a za którą – jak widać – tęsknili. Dla nas dzisiejszych świadomość tego jest niezwykle podniecająca.     

Wydmy Pękatki znajdują się dokładnie o 40 km od centrum mojego miasta, po prostu rzut kamieniem, ale komunikacją publiczną w tamte okolice dojechać niełatwo, do kolei daleko, a autobusów z Warszawy nią ma żadnych. Przyjaciel zaoferował się ze swoim samochodem, ochoczo więc  skorzystałem z jego oferty tegorocznego, upalnego lata.  Więc łaziłem po tych piaskach. I to było to, proszę państwa. Właśnie to! Temperatura powietrza przekroczyła 30 stopni na plusie, czułem się jakbym był w Afryce, ale byłem na Mazowszu, zaledwie 45 km od mojego warszawskiego domu na Sadach Żoliborskich. A przecież, jak oni tu obozowali w tych swoich namiotach ze skór reniferów, wokół rozciągała się tundra, przez większą część roku leżał śnieg, mrozy bywały siarczyste.

Co niemiara nafociłem się tego lipcowego lata na piaskach Pękatki. W gruncie rzeczy każde następne zdjęcie jest podobne do poprzedniego, tylko na pierwszym z tych poniżej, widać zielone morze roślinności na Całowaniu. Na fotografiach pozostałych już są wydmy Pękatki, na każdym trochę sosenek i bardzo dużo piasku, a na niemal każdym kępki szczotlichy sinej, najpowszechniejszej wizytówki muraw napiaskowych.  Lud okoliczny całymi latami przyjeżdżał na te wydmy, aby załadowywać swoje furmanki pozyskiwanym tu piachem. Jak się zdaje – proceder został  już zaniechany. Ludzie zachodzą tu rzadko. Wydmie wychodzi to tylko na korzyść. Niewysoka to wydma, taka trochę tyci tyci, ale przecież jednak jest wyraźnym wzniesieniem i tak sobie myślę, że może nazwa Pękatka z tym ma coś wspólnego.... 


 





W Internecie znalazłem opinie różnych internautów o tych wydmach, większości komentarzy: wydma jak wydma, nie ma szału,  po prostu dużo piasku. Można i tak,  i ja tak bym na to popatrzył, moje  zdjęcia opinię tamtego zwiedzacza całkowicie potwierdzają, te wydmy to po prostu otoczona morzem zieleni kupa piachu.  Ale ja nie dla tej malowniczej kupy piasku tam przyszedłem. Oczami wyobraźni dotknąć chciałem czasu, który minął przed zaledwie dwunastu tysiącami lat. Wtedy były tutaj te same piaski, co dzisiaj. Z tych piasków archeolodzy wykopywali różne artefakty, dzieła rąk owych łowców reniferów, przez nich używane do codziennego życia, do polowania. To było wcale nie tak dawno, w historii świata tyle co nic, a klimat tak bardzo się zmienił. Najgorsze, że zmienia się nadal. Te potworne upały, które nam towarzyszą kolejny rok z rzędu, w tym roku jakby jeszcze dokuczliwsze. To już nie jest nasze zwykłe, polskie lato. To już zaczyna wyglądać naprawdę groźnie... 

Powolutku zmieniamy się w tropione przez klimat zwierzęta, nie wiadomo kiedy akurat cios zostanie wymierzony tam, gdzie akurat się znajdujemy. W tym czasie, gdy fotografowałem piaski na Pękatce, przyroda zabierała się akurat do wymierzenia ciosu w niemiecką Nadrenię, a przecież mogła mieć kaprys, aby spaść na nas tutaj, gdzieś obok, może akurat na tę małą Pękatkę, a może na pobliskie miasteczka, na Karczew lub Górę Kalwarię?    


niedziela, 11 lipca 2021

 

barwy mazowieckiego lata

pejzaż żniwny 

To mi się zdarzyło w połowie lipca przed kilku laty. Wybrałem się wtedy na północne Mazowsze, ale całkiem blisko Warszawy, niemal tuż tuż za Modlin. Na północ od Pomiechówka  są koło Goławic ruiny fortu, jednego z wielu w zewnętrznym pierścieniu fortów okalających twierdzę modlińską. Gdy w początkach XX wieku zaczęli go budować Rosjanie, w powietrzu pachniało już światową wojną, a oni budowali te swoje już nieprzydatne w nowoczesnej wojnie budowle forteczne. Nie spełnił fort oczekiwań, chociaż w wojnach brał jednak czynny udział, ale nie tak jak go pomyślano. Po II wojnie światowej różne miano w stosunku do niego pomysły, szczęściem zaniechane, teraz jest ten fort  malowniczą ruiną, chętnie wykorzystywaną przez zbieraczy militarnych wrażeń. Jest niewątpliwie atrakcją krajoznawczą i interesującym punktem widokowym. 


Pośród żniwnych łanów na polach wsi Goławice Pierwsze w gminie Pomiechówek, w otoczeniu tego fortu znalazłem nareszcie  krajobraz, jakiego szukałem daremnie od lat.  Pogoda była piękna, letnia i słoneczna, a niebo niebieskie i chmury były na nim pozawieszane jak należy, białe, pyzate cumulusy. Na horyzoncie białe wiatropędnie, a przed nimi pejzaż, jak marzenie. Złotem pomalowane zostały pola zbożowe. Fotografowałem je jak oszalały, klatka za klatką, spiesznie notowałem ten krajobraz, w tym miejscu, w tych barwach, teraz właśnie, wiedziałem przecież, że łapię chwilę, jaka może mi się już nie zdarzyć. Bo wszystko czekało na mnie, na to moje fotografowanie. Od kilkunastu lat na mnie czekał ten pejzaż pod Goławicami. Byłem pośród niego w stosownej porze, w stosownym miejscu. Takie chwile nie są darem codziennym, one są łaską.


 

 








Teofila Lenartowicza nie darmo nazywano lirnikiem, dziś z lirenką by się do świata nie przebił, przez literackich krytyków mocno jest dzisiaj obśmiewany. Szedłem sobie wśród pól zbożem malowanych koło Goławic i tak sobie Lenartowiczem myślałem, że „…jak z ciepłą wiosną / Pszenice porosną, / A zboże kłosieje, / A wiater powieje, / To zda się w tym zbożu, Że płyniesz po morzu”. Po prostu, najzwyczajniej w świecie, proste to strofy, jak i ten okrzyk pana Teofila: „Mazowieckie zboże, Ach, Bożeż mój, Boże!” I jeszcze to: „A każdziuchne pole / Równe jak po stole”. Ot, stwierdzenie, prościutkie, niby nic, a poezja najczystsza. 

    Zastanawia mnie: dlaczego takimi pejzażami zachwycać się umieli tylko poeci z drugiej, albo i trzeciej linii polskiego panteonu wielkich nazwisk naszej literatury. Tacy, jak Władysław Bełza: „Jakże się oko nasze zachwyca, / Jakże się pieści łanów obszarem! / Tu jęczmień, żyto, a tam pszenica, / Złociste kłosy gną pod ciężarem. / O! dobry Boże! dziękiż Ci, dzięki!”

    Polska jest położona na wielkim europejskim niżu. Ktoś kiedyś napisał, że polska równina to pejzaż niestały, zamglony, bez wyrazistych rysów, bez ostro zaznaczonych granic, otwarty na hulające po tej równinie wiatry ze wschodu i zachodu. To pejzaż, który wiele wysiłku wymaga, a niekiedy i rozpaczy, aby nie dać się zdmuchnąć przeciągom... A jednak ta pozornie tylko monotonna ziemia była w historii kąskiem łakomym i mieszkańcom pośród niej Polakom przyszło z sąsiadami  toczyć nieustanne boje w jej obronie.

    Henryk Sienkiewicz opisał był w "Potopie" Polskę widzianą oczami szwedzkich żołnierzy, wkraczających na naszą ziemię: "wzrok ich odkrył krainę wesołą, uśmiechniętą, połyskującą żółtawymi łanami zbóż wszelakich, miejscami usianą dąbrowami, miejscami zieloną od łąk. Tu i ówdzie z kęp drzew, za dąbrowami, hen! daleko, podnosiły się dymy ku niebu; na potrawach widniały pasące się trzody. Tam. gdzie na łąkach przeświecała woda rozlana szeroko, chodziły spokojnie bociany. Jakaś cisza i słodycz rozlana była wszędzie po tej ziemi mlekiem i miodem płynącej. I zdawała się roztaczać coraz szerzej i otwierać ramiona"...

    Tak opisuje się ziemię, którą się bezbrzeżnie kocha. Taką przekazał nam Sienkiewicz.  I taką opiewała Maria Konopnicka:
"Hej, pola wy, pola! Hej, łany, wy łany! oto stoję przed wami, jak przed skarbnicą przeszłości i przyszłości naszej, jak przed arką pełną żywego ducha narodu. Czy na was spojrzę w zaraniu wiosny wśród huku pękających lodów, wśród szumu rzek naszych, do dna mórz lecących; czyli żniw czasu stanę na waszych niwach i roztoczach zbożami złotych..." 



   Może to i śmieszne, może rzeczywiście démodée, bardzo, ale to bardzo niedzisiejsze, ale ja rzeczywiście miałem ochotę klękać przed tym złocistym krajobrazem. Pytał Wiktor Zin: czy znacie dotyk dojrzałych kłosów zboża pęczniejącego chlebem?  Zanurzyć dłonie w zbożu, zapatrzeć się w łany złota, posłuchać świerszczy, poczuć muśnięcie …    


    Nie da się ukryć, mam w sobie wdrukowany polski krajobraz, opisywany przez naszych pisarzy i poetów. Chociaż wiele  różnych epok i mód przemieliło moje  odczuwanie zewnętrznego świata, wciąż oczekuję pejzażu z tamtych lektur, z Lenartowicza i Konopnickiej, Sienkiewicza i Żeromskiego. Po tamten pejzaż nieustannie się wybieram  w głąb polskiego krajobrazu. Zapewne coś z tego tkwi we mnie, z tego sposobu odczuwania krajobrazu. I to znalazłem tego lipcowego dnia pod Golawicami, wśród mazowieckiego krajobrazu. Chociaż teraz nie spotkałem już żeńców z sierpami i kosami, ba! nawet nie trafiłem na współczesne, żniwiarskie maszyny, na różne kombajny o nazwie Bizon, o których śpiewane były piosenki. Aż dziw. Ten krajobraz pod Goławicami jakby wiedział, że właśnie on, właśnie taki, jaki mi się ukazał, był moim wytęsknionym marzeniem. 

    Na niebieskim niebie swoją historię opowiadały chmury bardzo malownicze, były jak te ze słynnego obrazu Józefa Brandta z oraczem. A wokół trwała cisza. Zupełna cisza. Cisza letniego południa pośród zbożowych pół. Okazuje się, że wciąż można spotkać takie pejzaże i to tak bardzo blisko wielkiego miasta... Droga była piaszczysta, pośród dojrzałego zboża o barwie złota, zakręcała łagodnie ku niewielkim wzniesieniom na horyzoncie,  ustawiono na nich białe maszty wiatraków, Stanisław Lem przydał takim nazwę  wiatropędni. 


   Trzaskałem zdjęcie za zdjęciem. Zdarzyła się rzecz prawie zupełnie niespotykana, tego dnia trafiłem we właściwe miejsce przy właściwej i wprost idealnej pogodzie. Zazwyczaj po powrocie do domu siadam przed komputerem, wprowadzam wykonane dopiero co zdjęcia do jego pamięci i zabieram  do obróbki fotografii. Teraz to wszystko okazało się być zbędnym.  


    Sięgnąłem potem po jedną ze swoich książek ulubionych. Ze wszystkich tekstów, wierszy, opisów, najbardziej mi serce głaskały i duszę poruszały właśnie słowa tego znakomitego rysownika i gawędziarza. Książkę Wiktora Zina, zatytułowaną „Piękno nie dostrzegane”, wydały Arkady w roku 1970, zaraz potem ją nabyłem,  a ja dopiero co zaczynałem zaprzyjaźniać się z mazowiecką ziemią nizinną i coraz mocniej przemawiać poczęły do mnie detale otaczającego mnie krajobrazu. Zin w tej nauce bardzo mi dopomógł. Co jakiś czas po tę książkę sięgam.   Są w niej takie oto zdania.    

    „Kiedyś, gdy będziecie pośród żniwnych łanów, zwróćcie, proszę, uwagę na koloryt pejzażu: gorący, płomienny i złoty. Zboże oczekujące żniwiarzy ma kolor trudny do określenia, można porównać je do starego złota, które błyśnie czasem w zakurzonym, starym ołtarzu, ujawniając czerwony podkład, na którym zostało położone. Ścierniska są też złote, ale już inaczej. Mienią się i wibrują błękitami nieuchwytnych cieni i refleksów nieba, które w czasie żniw jest rozgrzane, niekiedy herbaciane, jakby zestrojone z kolorytem ziemi.”

Fotografie autora. Zdjęte telefonem komórkowym 17 lipca 2019 r. między g.12, a 13.
  


 

 

 

 

czwartek, 1 lipca 2021

barwy mazowieckiego lata


nad Wisłą obok Ciszycy 

    Nadeszło lato. Gorące, mazowieckie lato. A jak lato, to nad Wisłę. Tam szukać barw mazowieckiego lata. Na przykład  do Ciszycy. Tam są piaszczyste ławice w rezerwacie „Wyspy Świderskie” i sławą cieszę się zasłużoną. Opisywać je słowem "malownicze", prymitywnym jest wulgaryzmem dla opisania tego świata -  piszą na internetowej stronie fundacji Ja-Wisła. A inny internauta pisze, że to jest miejsce, które bardziej przypomina karaibskie plaże, niż wiślane widoki, do których jesteśmy przyzwyczajeni. W internecie odnalazłem też blog o nazwie „Kraina wędrujących wsp” i tam dopiero przeczytałem laudację, była jak  hymn ku czci. Że tam podziwiać można różnej wielkości łachy, kępy i wyspy, że piaszczyste mielizny niczym pustynne omamy pijanego flisaka, że walory przyrodnicze takiej rzeki, to absolutny skarb.    
    Cóż ja mogę dodać od siebie?

    Nadeszło lato. Poszedłem  ku rzece i tym piaszczystym ławicom. Pieszo poszedłem, bo jak się pieszo wędruje,  to więcej się widzi, bo tak należy, bo to jest trochę tak jak w życiu być powinno, że zanim przystąpi się do głównego dania, trzeba wchłonąć coś dla zaostrzenia apetyt. Albo tak, jak to jest w przypadku aktu miłosnego, bo jak powszechnie wiadomo zanim nastąpi spełnienie, musi być jakaś gra wstępna. Wyszedłem  od Konstancina przez Obory, zrazu asfaltem wśród starych dębów i lip, a potem drogą prosto na wschód, szedłem pośród pól uprawnych (kukurydza pod Oborami, za Habździnem trochę łąki, a potem słoneczniki, cebula biała i czerwona, a i  kapusta i koper koło Ciszycy). 

 










    Szedłem przez podwarszawskie Urzecze i to  była dobra wędrówka, niespieszna, tak jak wędrować się powinno, spokojnie, relaksowo i uważnie po otoczeniu patrząc. Jak to latem bywa, na przydrożach szalała nawłoć, zwana też polską mimoza, złotą dziewicą lub złotą rózgą, rosły  tam również   pantofelki Matki Boskiej, przez botaników zwane lnicą pospolitą, koło Ciszycy pola słoneczników się ścieliły jak dla Van Gogha w Prowansji, nieco dalej kapusta dojrzewała na polach i wierzby rosochate rosły  przy drogach. Znakomity fotografik Edward Hartwig uznał wierzbę za najbardziej polskie drzewo i nie jest w tym przekonaniu odosobniony. Sto lat przed nim poeta Teofil Lenartowicz nazywał ją „piasków Mazowsza jedyną ozdobą”. Goplana Juliusza Słowackiego zamieniła w wierzbę swojego niespełnionego amanta, Grabca. Lud polski umieścił w wierzbach pomieszkanie czartów wiejskich, najsławniejszy z nich to Rokita.O takim to krajobrazie pisał Jarosław Iwaszkiewicz. "Myślę, że nie doceniamy mazowieckiego pejzażu. Przyznać trzeba, że jest on mało efektowny. Ale tai w sobie te drobne niuanse, te delikatne odcienie kształtów i barw, które się dopiero widzi i ocenia, kiedy się z tym pejzażem zżyje tak głęboko, jak tylko może się zżyć stały mieszkaniec tych okolic."      
    Oskar Kolberg w swoim dziele przypominał, że tę okolicę w dolinie Wisły lud zwał dawniej Urzeczem z powodu położenia „u rzyki”. Dzisiaj koryto Wisły jest oddalone od położonego wyżej Konstancina o kilka kilometrów. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, nim obwałowano rzekę, wody powodziowe niemal co roku zalewały tę dolinę. Przynosiły ze sobą żyzne mady. Teraz człowiek zrezygnował z pomocy rzeki. Cena, jaką płaci za bezpieczeństwo swoich sadyb i za uniknięcie grozy powodzi, nie jest mała: wzrost plonów, miast środkami naturalnymi, wspomagany jest środkami chemicznymi.
    Tadeusz Konwicki we „Wschodach i zachodach księżyca” pisał, że jeszcze w pierwszych latach po wojnie całe to dno Prawisły to był jakiś prawie afrykański rezerwat odwiecznej, błotnej, dzikiej przyrody, raj ogromnej ilości gatunków ptasich, które tu rodziły się i umierały. Można się było położyć śród dzikich szczawiów wielkich, jak włoskie tuje i słuchać ciszy, to znaczy słuchać głośnej ciszy, na którą składały się grania świerszczy i różnych żuczków, szelesty jaszczurek albo zaskrońców, buczenia trzmieli i dzikich os, klekotania bocianów...
    Niebo trwało pogodne, puchate chmury były urodne, miał rację panicz Soplica, że u nas dość głowę podnieść: ileż to widoków! Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków, że te białe chmurki, jak stada dzikich gęsi lub łabędzi.  
 

 




  
    Jak w dobrym filmie, to co najlepsze czekało na końcu, w akcie trzecim, a w nim wystąpiła w roli głównej królewska Wisła. Po kilku tygodniach słonecznych i upalnych ubyło rzeki w jej korycie i wyłonił się z wody krajobraz nadzwyczajny, a były to wyspy  w granicach rezerwatu „Wyspy Świderskie”, owe piaszczyste łachy, które mnie tu zwabiły, jak pustynie ogromne, a między nimi miast bocznych koryt wiślanych też były piachy, obramowane wierzbowymi krzewami rokiciny i dżunglą łęgów. Po prostu: pełna egzotyka, nie co roku nam dana tuż za granicami Warszawy. 

    Wędrowałem wraz z przyjaciółmi tymi piaszczystymi plażami, wchodziliśmy w jakieś boczne dolinki nad bocznymi korytami, między łozinę i łany lepiężnikowe, a radość z bytowania wśród tej przyrody była niezmierna. Za rok może być inaczej, może nie być upalnego lata i na wyspy dojść się nie da, a może się zdarzyć, że te wyspy znikną, a pojawią się w inne w innym miejscu, bo Wisła jest rzeką żywą, ma fantazję, jak na polską rzekę przystało. Pewnie zresztą za rok tutaj nie przywędrujemy, tyle jeszcze na nas czeka miejsc różnych i urodziwych. Więc, aby się tym widokiem nasycić, na długie minuty zasiedliśmy na koniec gromadą na piachu nad wodą i napatrzeć się na okoliczności przyrody nie mogliśmy. Kajaki płynęły rzeką,  rzeka też płynęła, było zupełnie tak, jak w tej ludowej piosence: Nasza Wisła, modra rzeka niby kwiat, niby kwiat / I płynie se het, daleko, w obcy świat, w obcy świat. / I płynie se het, daleko, aż w morze, aż w morze....
    Towarzysz mojej wędrówki po wycieczce napisał: Masz rację, używając wobec pejzażu, który nam się odsłonił nad rzeką, słowa "egzotyczny". Obrazek z tym białym piachem i niebieską rzeką stoi mi przed oczami na równych prawach, co pejzaże z południowych Indii. Nie nasz błękit, nie nasz piach i nie nasze światło, czysta egzotyka za 3.40 w mikrobusie linii L14.

      Pod koniec czerwca w roku 2021 gruchnęła w Warszawie wiadomość, która poruszyła birwatcherów: nad Wisłą, na piaszczyskach w rezerwacie „Wyspy Świderskie”, widziano najprawdziwszego sępa!   Ten sęp poruszył  polskich ekologów. Zostanie, czy odleci. A może sprowadzi jakiegoś innego do towarzystwa? Zaczęto przypominać, że wzdłuż mazowieckiego odcinka Wisły powinien powstać park narodowy, że myśli się o nim od dawna.  Miałem szczęście – jako działacz ochrony przyrody – latać nad tą mazowiecką ojczyzną helikopterem. Z lotu ptaka widać ten fenomenalny krajobraz Wisły. Gdy człowiek spojrzy na nią z góry, to jeży się przeciwko tym wszystkim pomysłom regulowania tej rzeki i grodzeniu zaporami. To skarb najcenniejszy. Skarb, jakiego inne narody nie mają. I to tuż obok stolicy swojego państwa... 

    To jedyna z wielkich  rzek europejskich, która nie została jeszcze wpuszczona w kanał, której nie obetonowano brzegów. Rzeka, rządząca się swoimi prawami. Prawami natury! 

Wszystkie fotografie: Lechosław Herz




 



poniedziałek, 28 czerwca 2021

Kościółek w Gąsiorowie

   Na północnym Mazowszu lasów niewiele, smugami wzdłuż niewielkich strug i cieków wodnych ciągną się łąki i gdzie spojrzeć widnieją pola uprawne. W tym przyjemnym, wiejskim krajobrazie znajduje się kilka zabytkowych budowli, a każda z nich inaczej umiejscowiony i wyjątkowo korzystnie wpisany w otaczający go pejzaż.  Niewiele tu dworów. Kiedyś było inaczej. Przebywający pod Ciechanowem młody Stefan Żeromski notował w "Dziennikach": Wiosek nie widzisz zupełnie: dwory i dwory...   

     To już przeszłość. W drugiej połowie wieku XX nastąpił kres dworkowej kultury szlacheckiej. W ramach reformy rolnej odebrano właścicielom ich majątki, grunty zostały po części rozparcelowane, niewłaściwie użytkowane budynki dworów popadły w ruinę, a czas który nastąpił po upadku ustroju, narzuconego Polsce przez bolszewików, poza nielicznymi wyjątkami budynków do życia nie przywrócił. Przetrwała niemal wyłącznie architektura sakralna. Kościołów na tej ziemi w bród.   A są pomiędzy nimi tak foremne, jak ten, który wznosi się na rozdrożu na zachód od Pułtuska i bulkowskiego lasu,  miłośnikom fauny znanego z żyjących w nim danieli. 


    Na zachód od Pułtuska, pośród wiejskiego, mazowieckiego pejzażu, przy rozwidleniu dróg, w niewielkiej wiosce Gąsiorowo wznosi się drewniany kościół św. Jana Chrzciciela. Jest jednym z najbardziej fascynujących wiejskich zabytków mazowieckich. Zbudowano go w roku 1792, ale nie pierwsza to budowla sakralna na tym rozdrożu. Pierwsza powstała już przy końcu wieku XIV, później były następne, wszystkie z drewna. Architektura gąsiorowskiego kościółka ma rys bardzo indywidualny. Historycy sztuki zwracają uwagę, że jest on przykładem specyficznego nurtu w drewnianym budownictwie sakralnym, polegającego na przenoszeniu form architektury murowanej. Prawdopodobnie nawet jego fasada naśladowała te murowane, była była dwuwieżową i choć już taką nie jest, bez kłopotu można się jej miejsca dopatrzeć. Czy z tymi wieżami świątynka robiła by takie wrażenie, jakie robi w kształcie dzisiejszym? 

     Kościółek gąsiorowski jest pod wezwaniem Najświętszej   Marii   Panny, św. Jana Chrzciciela i Jedenastu Tysięcy Męczennic. Rzadko używa się tego całego zestawu świętych patronów. Zresztą, któż dzisiaj wie co to za męczennice i to aż w liczbie jedenastu tysięcy. Źródło znajduje się w niemieckiej Kolonii, tam jest świątynia pod wezwaniem św.Urszuli i jedenastu tysięcy dziewic. Owe jedenaście tysięcy wynikło prawdopodobnie z pomyłki w tłumaczeniu łacińskiego skrótu XI M V, gdzie M tłumaczone było jako milia (tysiące), a nie martyres (męczennice), jak być powinno. Z drugiej strony, istnienie Jedenastu Tysięcy Dziewic poświadczają średniowieczne przesłanki o licznych relikwiach z kobiecych kości i czaszek, które zostały wykopane na przedmieściach Kolonii na terenie dawnego cmentarza nazywanego Ager Ursulanus.  Największa ich część znalazła się w kolońskim kościele Św. Urszuli (gdzie znajdują się do dziś), a pozostałe zostały wykupione lub rozesłane do różnych ośrodków kultu religijnego w Europie. 

    Zagadką jest skąd owe tysiące męczennic przywędrowało do Gąsiorowskiego wezwania gąsiorowskiej świątynki. Może przez ojca pierwszy  znany  z  imienia  plebana w Gąsiorowie, nosił imię  Świętosław  syn  Fryderyka,  ojciec przyniósł swoje imię na Mazowsze gdzieś z Germanii, może właśnie znad Renu?    Przez  kilka  stuleci  była  w Gąsiorowie siedziba parafii,  erygowanej  w  1385  r.  przez bpa płockiego Ścibora z Radzymina, poprzez  wydzielenie  z  parafii  w  Winnicy.   Świętosław., Ścibor, przepiękne imiona, jakaż szkoda, jakiż żal, że dzisiaj zupełnie zapomniano o takich słowiańskich, polskich imionach, jak Ścibor, Czcibor, Radzim. Chociaż... myślę, że nie chciałbym  swojego syna narażać na kpiny kolegów szkolnych, gdybym go obdarzył jakimś takim imieniem, jak na przykład Mszczuj,  albo Gedko, ale Mieszko, Zbyszko, Przemko? A czemuż  by nie?

        Skromne i niemal surowe, a urodne jest jego halowe wnętrze, którego wdzięk w architekturze, nie w jego wystroju, acz kilka jego elementów zaskakuje, np. sylwetowo wycięte  w deskach i malowane postacie Matki Boskiej Bolesnej i św. Jana Ewangelisty na belce tęczowej, albo datowane na 2 ćwierć wieku XVII dwa obrazy, jeden przedstawiający św. Michała Archanioła, drugi św. Jana Ewangelistę, oba w późnorenesansowych skrzydłach jednego z ołtarzy, mają w sobie coś z malarstwa bizantyjskiego. 



  Większej wartości artystycznej i zabytkowej nie mają obrazy ołtarzowe, lecz za to ileż one dodają wdzięku tej świątynce, zarówno święta Tekla w ołtarzu lewym, jak i św. Jan Chrzciciel chrzczący Chrystusa w wodach Jordanu oraz św. Mikołaj w ołtarzu głównym, wszystkie w ramach przyozdobionych roślinnymi fryzami, radość dla oka. Na ścianach dwanaście malowanych zacheuszków rokokowych z końca XVIII wieku. Są znakami konsekracyjnymi, a rytuał namaszczenia kościołów swoją tradycją sięga wieku  IV. Pierwotnie przewidywał 12 miejsc dla zacheuszków, tak jak ma to miejsce w Gąsiorowie. Najczęściej jednak umieszcza się  ich mniej. Nazwa pochodzi od bogatego celnika Zacheusza, który przyjął Jezusa Chrystusa w swoim domu.      
    Upłynęły stulecia, szalały pożary, przez Mazowsze przetaczały się wojska polskie i szwedzkie, austriackie i francuskie, pruskie, niemieckie i hitlerowskie, carskie i bolszewickie. A ten kościółek i inne jemu podobne drewniane cudeńka, wciąż trwają na naszej niemal doskonale płaskiej ziemi, o której ktoś kiedyś powiedział, iż jest dramatycznie otwarta na przeciągi wiejące ze wschodu i z zachodu, zmuszające zamieszkujący tę ziemię lud do wielkiego wysiłku, aby się nie dać tym wiatrom zdmuchnąć. Czyż nie graniczy to wszystko z cudem?

 


    Odwiedzam gąsiorowską świątynkę przy każdej sposobnej okazji. Razu jednego, gdy pojawiłem się byłem przy tym kościółku, akurat szykował się w nim ślub. Wnętrze świątynki było świątecznie przystrojone, w bocznej nawie młodzi ludzie  stroili  instrumenty i głosy, zakrystian poprawiał jeszcze świece, orszak już od wsi nadchodził, przodem panna młoda w długiej, białej sukni, wsparta na ramieniu narzeczonego w czarnym garniturze i pod muchą, za nimi świadkowie, nieco z tyłu rodzina i dwóch akordeonistów z instrumentami rozciągniętymi od ucha do ucha, szli asfaltową szosą, bardzo godnie, wszyscy  szczęśliwi i bardzo to był sielski obrazek, z takich, co to się ich długo nie zapomina.  Nie chciało się stamtąd  odjeżdżać, pobyć z nimi się chciało, popatrzeć, posłuchać, ale musiałem, zaproszony przecież nie bylem, a czas mnie naglił, ten wstrętny naglący czas, który zawsze się pojawia w niewłaściwym momencie.


niedziela, 13 czerwca 2021










Wojciech Jastrzębowski, bohater dwóch puszcz
  
 
Warto się przyjrzeć tej starej fotografii. Zobaczy się na niej twarz przyjazną, pogodną, budzącą zaufanie. To twarz wielkiego Polaka, dobrego człowieka i patrioty. Dla współczesnych Polaków ten człowiek jest niemal zupełnie nieznanym. Niewielu z tych, którzy wędrują po Puszczy Kampinoskiej, zna jego nazwisko, chociaż na pewno przyznają się do  znajomości tej puszczy, czasem nawet się tą znajomością chwalą. A przecież powinno się wiedzieć kim był, on albowiem jako  pierwszy organizował wycieczki do tej podwarszawskiej puszczy. Dawno temu to było, w drugiej połowie XIX wieku. Przed nim nikt z Warszawy na wycieczki po lesie nie chodził.    
    Wojciech Jastrzębowski był świetnym botanikiem, profesorem Instytutu Agronomicznego na warszawskim Marymoncie, uwielbianym przez młodzież profesorem i mentorem życiowym.   „Nie wiecie na co wam się kiedyś przyda wielka nauka chodzenia – mówił do swoich studentów. Człowiek na ten świat przychodzi i ze świata schodzi, umieć więc chodzić, znaczy umieć już w części spełniać zadanie, jakie nas w tej wędrówce od kolebki aż do grobu czeka”. 
      Żył długo. Osiemdziesiąt trzy lata. Gdy umierał w roku 1882, mógł sobie powiedzieć, że powierzone mu zadanie wypełnił. Społeczeństwo godnie jego pamięć uczciło, umieszczając tablicę z jego epitafium w warszawskim kościele św.Krzyża, opodal serca Fryderyka Chopina i epitafiów innych wielkich Polaków, Władysława Reymonta, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Bolesława Prusa, Juliusza Słowackiego i Władysława Sikorskiego. Spoczął na cmentarzu powązkowskim; kwatera 162 (V/16).
  Studentem Jastrzębowskiego był m.in. Józef Wieniawski „Jordan”, brat słynnego skrzypka Henryka. Pozostawił po sobie opisy wędrówek z profesorem, pełne wdzięku i oddechu przygody. „W ślad za nim ruszaliśmy żwawo, zapominając o znużeniu i niewygodach, a gdy zapadająca noc czyniła dalsze poszukiwania niemożliwymi, miękka leśna murawa lub wiązka świeżego siana bywały wezgłowiem, na którym spoczywały młodość, zapał i marzenia... Powracaliśmy z ekskursji do głębin Puszczy Kampinoskiej wszyscy zdrowi i weseli, pogodni i beztroscy”. 
     Do Puszczy Kampinoskiej był wtedy z Warszawy kawał drogi. Z warszawskiego Marymontu trzeba było pieszo dyrdać przez Bielany i Młociny  aż za Sieraków. W pierwszej połowie XIX wieku (o tym warto wiedzieć) pomiędzy Młocinami, a Sierakowem lasu nie było, tam były piaszczyste nieużytki.
  Zapamiętajmy Wojciecha Jastrzębowskiego. Był on pierwszym, który łączył w sobie poszukiwania przyrodnicze w terenie z turystyką; bardzo to istotne nadal, gdy Puszcza Kampinoska jest już parkiem narodowym.    Jego imieniem nazwano  szlak zielony, wiodący z Dziekanowa Leśnego ku Pociesze, ale w tej puszczy  nie ma pan Wojciech żadnego pomnika, żadnego kamienia, które by go przypominało współczesnym turystom.
Współczesny obraz szlaku im. W.Jastrzębowskiego w jesiennej  Puszczy Kampinoskiej. Fot.L.Herz



 W przeciwieństwie do Kampinoskiej, inna mazowiecka puszcza o nim pamiętała, a mianowicie Puszcza Biała. Obok zabytkowego kościoła w miasteczku Brok nad Bugiem, sąsiadującym z tym największym kompleksem leśnym podwarszawskiego Mazowsza, wystawiony został pamiątkowy kamień, na którym umieszczono płaskorzeźbiony medalion z  wizerunkiem Wojciecha Jastrzębowskiego, a poniżej niego znajduje się tablica z napisem: Wybitnemu botanikowi, założycielowi zakładu praktyki leśnej Feliksowo.
Profesor Jastrzębowski na medalionie pomnika w Broku nad Bugiem. Fot.L.Herz

        Nazwa Feliksowo przez krótki czas znaczyła bardzo wiele. Tam właśnie,  nad rzeczką Brok w odległości 5 km od Broku, powstało w 1860 roku leśne gospodarstwo doświadczalne, muzeum i szkoła leśna, założone przez prof. Jastrzębowskiego. Feliksowo znane było w całym kraju, odwiedzały je liczne delegacje z państw europejskich. Kilkudziesięciu uczniów szkoły leśnej z Feliksowa przystąpiło do powstania styczniowego. W pobliżu ich szkoły, 14 marca 1863 roku  doszło do bitwy z sotnią Kozaków. Nieopodal leśniczówki Antonowo, nieco ukryty w lesie, znajduje się prosty pomnik powstańców z polnych kamieni, wzniesiony dla uczczenia poległych w bitwie. Budynki Feliksowa spłonęły, władze carskie urządziły w tym miejscu ośrodek wczasowy dla dygnitarzy. Po tym wszystkim śladu nawet nie ma. Jeśli jednak popytać mieszkańców okolicy, poniektórzy wskażą miejsce, gdzie się znajdował.
    Ten polski pozytywista był nie tylko jednym z wybitniejszych polskich ekologów. Zebrał, opisał i nazwał blisko 2 tys. roślin, jako pierwszy opisał klimat Warszawy, był pierwszym który organizował wycieczki turystyczno naukowe do Puszczy Kampinoskiej, a jeszcze do tego, podczas powstania listopadowego w 1831 r. napisał pierwszą w historii „Konstytucję dla Europy”. Dokument ten można i należy traktować jako polski wkład w rozwój myśli zjednoczeniowej w Europie.
    Wędrując śladami prof.Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego można napotkać skonstruowane przez niego zegary słoneczne, bo i to robić umiał. Jeden jest w warszawskich Łazienkach, inny  na gotyckim kościele w Dziektarzewie nad Wkrą i  on jest na fotografii  poniżej.
Zegar słoneczny na ścianie  kościoła w Dziektarzewie nad Wkrą. Fot.L.Herz


 
Post scriptum. Niedawno ukazała się interesująca biografia naszego bohatera pt. "Azymut wspólna Europa. Jastrzębowski", autorstwa  Alicji Wejner. Gorąco polecam.     Bardzo interesująco pisał o Wojciechu Jastrzębowskim periodyk, wydawany przez PTTK "Gościniec". Zachęcam do sięgnięcia po ten tekst do internetu:
gosciniec.pttk.pl/18_2005/index.php?co=101

środa, 26 maja 2021

Wielki las w Wielgolesie
   

  Na początku tegorocznego maja pojechałem do Wielgolasu w Puszczy Białej. Do dziś pamiętam jakie wrażenie wywarł na mnie tamtejszy las, gdy go po raz pierwszy zobaczyłem, a było to prawie pół wieku temu. W latach siedemdziesiątych projektowałem szlaki turystyczne w tamtej puszczy. Wtedy serce  mi silniej dla tego lasu zabiło. To i wracam tam co lat kilka. Ostatni raz byłem w Wielgolesie dziewięć lat temu, w kwietniu. Długo mnie tam nie było, za długo...

  Rosną tam sosny ogromne, kłaniają się niebu, a gdy się do nich podchodzi, wtedy kolana same z siebie zginają się do uklęknięcia. Dla ochrony tych sosen w roku 1981 powołano rezerwat przyrody, nosi nazwę " Wielgolas" i jest to fragment lasu naprawdę wielkiego, chociaż nieduży obszar zajmuje, zaledwie 6.73 ha. Niektóre z rosnących tam sosen zdają się nie mieć  sobie równych na podwarszawskim Mazowszu. Gdyby nie ochrona rezerwatowa, nie zobaczyłbym tych 210-letnich sosen. 

     

         Zawsze starałem się odróżniać bór od lasu i w swoim pisaniu o przyrodzie  przypominałem, że w borach najwyższe piętro tworzą drzewa iglaste, a w lasach liściaste. Tutaj to się zupełnie nie zgadza. Chociaż w górnym piętrze dominują sosny, w żadnym wypadku nie jest to bór. Te drzewa rosną na siedlisku lasu świeżego, tu powinien rosnąć typowy subkontynentalny grąd, czyli las dębowo grabowy.

         Potężne sosny w rosnące w rezerwacie, dożywają już swojego kresu i może będą jeszcze żyły lat kilkadziesiąt i  raczej już mniej, niż więcej lat im pozostało. Żyć mogą nawet lat 400, ale takie przypadki zdarzają się wyjątkowo. Najstarsza polska sosna pospolita dosięga właśnie lat 350.  Ile jeszcze lat żyć będą tutejsze?  I co będzie tu rosło potem? Gdy umrą naturalną śmiercią sosny ostatnie, będzie to zupełnie inny las. Niemal zupełnie nie ma tu podrostu sosnowego. Sosny się tutaj nie odnawiają!        

        Jest to jeden z najstarszych fragmentów Puszczy Białej ten rezerwat. Niedaleko stamtąd, przy granicach Pułtuska rośnie typowy mazowiecki bor sosnowy w rezerwacie Popławy, od tego w Wielgolesie starszy o trzy lata. W dokumentach powołujących ten  rezerwat napisano, że jest to drzewostan o cechach zespołu naturalnego,  dwupiętrowy drzewostan z sosną w górnym i grabem w dolnym piętrze, bogatym podszytem i bogatym nie zniekształconym runem, a zbiorowiskiem panującym w rezerwacie jest grąd Tillo-Carpinetum, w którego runie występuje rzadki gatunek turzycy orzęsionej (Carex pilosa). 

        Można wnosić, że te olbrzymie, iglaste drzewa, dzisiaj nadające wyraz rezerwatowi, zostały zasadzone w miejscu, w którym -  być może -  przedtem  sosny nie rosły. Rósł zapewne liściasty grąd dębowo-grabowy.   Te olbrzymie iglaste drzewa, dzisiaj nadające wyraz rezerwatowi, zostały tu zasadzone. Przypadkiem? W niższym pietrze grabów i dębów jest moc, sosen żadnych! Może one tylko czekają, aż sony umrą i wtedy dopiero przystąpią do tego, do czego zostały powołane: do rośnięcia w górę, ku niebu. Ciekawe: czy pozostawi się los tego rezerwatu naturze, gdy nie będzie tu już głównego przedmiotu ochrony?


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    W uroczysku Wielgolas leśnicy zachowali sporo okazałych dębów, a niektóre z nich są prawdziwie imponujące, np. zespół trzech dębów, chronionych jako zbiorowy pomnik przyrody, można je zobaczyć tuż przy drodze w bliskim sąsiedztwie wsi Gładczyn  Rządowy, fragment jest na powyższym zdjęciu. I one mogą mieć po lat trzysta. Uświadamiają patrzącemu jak wspaniałym i jak wielkim mógł być ten las okoliczny.   

        Jest jeszcze jeden dąb, rośnie pojedynczo, blisko południowej granicy rezerwatu, przy szerokiej leśnej drodze gospodarczej, ale już poza rezerwatem, po drugiej stronie tej drogi. Nie mierzyłem go, tak na oko ten olbrzym ma co najmniej 450 cm obwodu w pierśnicy i blisko 30 metrów wysokości, a wydaje się być drzewem zdrowym i na schwał.Fotografowałem go z daleka i z bliska, z ustawionym obok przyjacielem, aby zobaczyć przez porównanie, jak ten dąb jest potężny. Dopiero na zdjęciu zobaczyłem, jak bardzo przewyższa okoliczny drzewostan, też zresztą swoje lata mający, bo ponad 80-letni. Jakże piękny tu kiedyś las musiał rosnąc i jak dobrze, że gospodarze tego lasu zostawili dla nas przynajmniej te kilkanaście dębów, mamy co podziwiać! 

    W okolicy Wielgolasu, w otoczeniu czerwono oznakowanego szlaku turystycznego rosną lasy o zupełnie innym charakterze, niż w bliskich okolicach Warszawy, niż innych częściach Puszczy Białej. Znacznie tutaj mniej litych sosnowych borów. Zwraca uwagę siedliskowy typ lasu, zwany lasem świeżym, sporo też lasu wilgotnego, uwagę zwracają stare przestoje dębowe. Drzewa imponują rozmiarami, niektóre objęto ochroną jako pomniki przyrody. Są nie tylko atrakcyjnym urozmaiceniem krajobrazowym, lecz przede wszystkim ostoją ptaków "dziuplaków", które chętnie zakładają gniazda w dziuplach starych drzew. Pozostawianie takich drzew w lesie należy do obowiązków leśnika.             


Za każdym razem moich  bytności w Wielgolesie starałem się odwiedzić także sąsiadujący z rezerwatem zabytkowy dąb. Ogromny, z powodu swojego kształtu przez lud okoliczny zwany Krzywielcem, albo Krzywulcem. Piękne, pociągające urodą i swoim niezwykłym kształtem było to drzewo. Często nie dawał się podejść, bronił do siebie dostępu, można go było fotografować tylko z oddali. Na tym zdjęciu powyżej lepiej go  widać na odbiciu w wodzie... To zdjęcie jest sprzed dziewięciu lat. Wiosna tegoroczna jest także mokra, wciąż pada, pojawiły się już komary i zapowiada się, że w tym roku nam nie odpuszczą i wędrowanie wśród lasu może być katorgą, a nie przyjemnością. W lasach Wielgolasu  zastałem dużo wody. Ale dębu się tak już nie sfotografuje...

 

Powyżej portret Krzywielca, jaki znalazłem na internetowej stronie z Pułtuska. Ja nie mam takiego własnego zdjęcia tego dębu w całości. Oczywiście, że zależało mi na sportretowaniu tego dębu, ale jakiś zły duch stawał mi wciąż  na przeszkodzie, gdy przychodziłem do niego. Dobrego zdjęcia zrobić nie mogłem. Pech? Może i tak, a może rzeczywiście duch drzewa miał mi coś za złe. A to aparat fotograficzny odmówił mi posłuszeństwa, a to pogoda była fatalna, więc poszedłem teraz ku niemu, kałuże wiosennej wody sforsowałem, aby wreszcie spełnić swoją powinność i zrobić upragnione zdjęcie. Zastałem kolosa powalonego. 


    To kolejny okaz zabytkowego drzewa, który umarł na moich niemal oczach; po Opalonym Dębie na kampinoskim uroczysku Żurawiowe, po Sośnie Powstańców w Górkach, Jagiellonie przy Kacapskiej Drodze, po cudownej lipie z Puszczy Białej, którą zdążyłem uchwycić na okładkę przewodnika po Puszczy Białej, po stareńkim grabie w Narcie, a on umarł dopiero co niemal...


        Dąb został wpisany na listę pomników przyrody w roku 1974,  miał w obwodzie na wys.130 cm miał 570 cm, wysoki był na 25 metrów. Był już od kilku lat martwy gdy poprzednio go odwiedzałem w roku 2012. Pomyśleć: tyle teraz wody w tym lesie wokół niego, trudno było dojść suchą nogą, a on umarł w wieku lat około trzystu pięćdziesięciu  w roku 2004 i to z powodu suszy ogromnej, jaka wtedy u nas panowała. Przewrócił się dopiero pod koniec grudnia 2016 roku. Dziewięć lat temu jeszcze stał, fotografowałem go z kłopotami, zbliżała się akurat burza, niebo już było zaciągnięte, zaczynał padać deszcz, towarzyszący mi koledzy pozakładali na siebie przeciwdeszczowe peleryny, a ja, żeby zdjąć Krzywielca musiałem używać lampy błyskowej z powodu tej zapadłej ciemności.

        Nie słyszałem o żadnych legendach, podaniach i klechdach, związanych z tym dębem. Ale dla naszego ludu dąb, to dąb, to potęga i obiekt szacunku. Dęby szanowano od prawieków. Te najwspanialsze, największe, zanim zaczęto nazywać je pomnikami przyrody,  miały status drzew świętych. W Polsce ochrona prastarych drzew była obrzędową.   Wydany w roku 1343 w czasach panowania Kazimierza Wielkiego Statut Wiślicki, przewidywał znaczne kary w naturze za kradzież drewna w lesie lub "ścinanie drzew z pszczołami". Władysław Jagiełło w Statucie Wareckim nakazał zanotować: "Jeśliby kto wszedłszy w las, drzewa które znajdują się być wielkiej ceny jako jest cis albo im podobne podrąbał, tedy może być pojman."

        Sięgnąłem teraz po  prozę Juliana Ejsmonda, po jego Żywoty drzew, bardzo mi jakoś do tego miejsca te Żywoty pasują. Pięknie  pisał i tak jakby o którymś z tych ogromniastych dębów z Wielgolasu w Puszczy Białej...

      

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Był w nim głos i ludzkich spraw dawnych i nowych pełnych chwały i pełnych żałości... - A choć bujnie żył tylko słońcem i chwilą, radując się po roślinnemu zdrowym krążeniem soków i smakowitą wilgotością gleby ? W nieśmiertelnej pieśni jego koronnych liści pozostało coś i z owego poszeptu świętych borów, w których  przed tysiącem lat wybujał jego pradziad...  Szum drzewa był tą skarbnicą, w którą idący czas rzucał coraz to nowe dni, smutne i promienne. Coraz to nowy dźwięk przybywał do tej odwiecznej pieśni dębu, coraz to nowy ton wzbogacał mowę drzewa... Ale jeden smutek, dawny jak samo drzewo, towarzyszył mu wiernie... Wszystko bowiem dokoła niego mijało. Lasy ginęły... „

     Teoretycznie Krzywielec mógł  dożyć 1200 lat. Umarł w wieku lat około trzystu. Dlaczego? A bo tak mu się przytrafiło. Jak ludzie, tak i dęby żyją różnie, raz dłużej, a raz nie. Teraz zobaczyłem żałosny strzęp dawnej wielkości, ogromne, leżące truchło, które sfotografować się nie daje w żaden sposób w całości. Tyle razy tu byłem, a żadnego przyzwoitego zdjęcia Krzywukcowi nie zrobiłem. I już nie zrobię, niestety. Miejmy nadzieję, że wkrótce zostanie okryty ciepłą kołderką z mchów i porostów – wyczytałem o nim takie zdanie w pułtuskim periodyku. Nie sądzę, abym to zobaczył, nie wydaje mi się, że jeszcze kiedyś przyjadę odwiedzić  Krzywielca.  Chociaż kto wie, wszak tak pięknie jest w tej okolicy, w samym środku regionu, który romantycznemu poecie zawdzięczają nazwę  Kurpie Gocie. 



    Wioski w tej okolicy przenikają się z puszczą, tworzą niezwykła mozaikę krajobrazów. W XVII wieku pośród puszczy osiedlano Kurpiów, sprowadzanych z okolic Myszyńca. Byli ludźmi obeznanymi z pracą w lesie. Posadowieni zostali na polanach śródleśnych, sami sobie owe gołocie wyrąbali wśród puszczy. Chociaż niektórzy z dzisiejszych mieszkańców tych wiosek, do których i Wielgolas należy, trochę już nie chce przyznawać się do swoich kurpiowskich korzeni,  las wciąż jest obecny w ich życiu. Widzą go za oknami domostw, jak ich ojcowie i dziadowie korzystają z leśnych dobrodziejstw, uprawiają pola pod las podchodzące. Żurawie wyjadają Wielgolasianom dopiero co zasiane przez nich ziarnoziarno, dziki buchtują w zasiewach, jesienią trzęsą się szyby w oknach od głosu zakochanych jeleni w czasie rykowiska, gdy przyjdą mrozy chmary jeleni przychodzą z lasu ku ludzkim sadybom. 



     To zdjęcie, które pomieszczam powyżej, zrobione jest jednak nie w Białej, a w Białowieskiej Puszczy. Wykonał je Adam Wajrak; mam nadzieje, że mi wybaczy ściągnięcie go bez uzgodnienia do tego blogu. W okolicach Wielgolasu zimą na wiejskie pola wychodzą chmary liczące nawet i około stu jeleni; opowiadał mi o tym miejscowy podleśniczy. 

    Puszcza Biała to nie tylko las. I zwierza tu też niemało. Nie darmo  jest też ta puszcza prawnie chronionym obszarem specjalnej ochrony ptaków rangi europejskiej. Obecność starych drzew w puszczy umożliwia bytowanie wielu gatunków pożytecznych ptaków, których obecność sprzyja nie tylko zdrowotności lasu, lecz również zapobiega nadmiernemu rozmnożeniu się szkodników na sąsiadujących z lasem polach uprawnych. Tutaj mają swoje miejsca lęgowe puszczyki, muchołówki, sikory i kowaliki. Większość dębów tutejszych, wielgolaskich, ma gonny pień i wysoko noszą swoją koronę, co świadczy, że przez wiele lat rosły w otoczeniu innych, równie wysokich drzew, musząc walczyć o dostęp do życiodajnego światła słonecznego. Na takich wysokich drzewach, pozostawionych na zrębach, otoczonych nowinami i młodnikami, lubią przesiadywać czyhające na zdobycz ptaki drapieżne, np. myszołowy, a śladami ich bytności są widoczne pozostałości ptasich odchodów pod drzewem.  
    Ale – zawsze przecież jest jakieś ale – dlaczego ich tam mało? Nie mogli zachować tych dębów więcej?

   Ostatnio byłem w Wielgolesie przy świeżej, majowej zieleni. Też nie najgorzej ten las się prezentował.  Podobno aż  pięć gatunków dzięciołów odnotowywali w tym lesie ornitolodzy: dzięcioły czarny, zielony, pstry duży i średni oraz dzięciołek. Świadczy to o urozmaiceniu piętra drzew rezerwatu, bowiem dzięcioły są bardzo wyspecjalizowane i każdy z gatunków "obsługuje" na ogół inny rodzaj drzew; im drzewa starsze, większe i tęższe, tym większy jest dzięcioł, bo potrzebny jest do pracy większy dziób i siła. Gniazduje też w rezerwacie lub jego okolicy maleńki mysikrólik oraz wcale bardzo nieczęsta sowa pójdźka, którą wieczorami łatwiej usłyszeć, niż w dzień zobaczyć, a głos ma charakterystyczny i on właśnie nadał tej sowie nazwę.

      Teraz, w dzisiejszych czasach, niemal każdy ma ze sobą smartfona, to sprytne i usłużne urządzenie, więc dzięki satelitarnemu połaczeniu znalazłem pośrodku puszczy zdjęcie pójdźki, aby moc je tutaj pomieścić. A że w smartfonie ukryto dla mnie asystenta, wystarczyło powiedzieć mu dwa słowa, np. pójdźka głos i zaraz potem na ekranie wyskoczył mi link do głosu pójdźki. Kliknąłem sobie i wysłuchałem z zadowoleniem. 

        Przecież jednak zdaję sobie sprawę, że to trochę nie za bardzo, że powinienem tu przyjechać o zmierzchu kwietniowym, w czas pójdźkowych godów, aby wtedy wysłuchać samczyka, nawołującego swoją wybrankę. Być może w jednym z tych ogromnych dębów mości pójdźka swoje gniazdo lęgowe, być może więc tutaj bym ją usłyszał, ale być może raczej jednak nie, bo jest to naprawdę rzadki ptak w naszym kraju, ocenia się jego liczebność na najwyżej tysiąc sztuk. Więc słucham ja sobie pójdźki w swoim telefonie. Znalazłem w nim nawet takie wyjątkowo intymne nagranie, którego dokonał jeden z ornitologów, w którym po pełnym męskości głosie sowy słychać głos zachwyconej samicy w czasie kopulacji.