środa, 13 października 2021

 

 W magicznej krainie 

pieszo z Zalesia Dolnego do Górnego Zalesia

Takie dni łagodnej jesieni przyszły na początku października, ze grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Postanowiłem nie grzeszyć. Więc pojechałem w plener ku magicznej krainie. Pociągiem do Piaseczna, tam z pociągu na peron, z peronu prosto do Zalesia Dolnego i trzy minuty później już szedłem jego uliczkami. Ładne są one. Wysokie przy nich rosną drzewa, ich korony kłaniają się niebu. Bardzo byłem szczęśliwy. Szedłem albowiem  szlakiem, który sam zaprojektowałem pół wieku temu, a który petetekowcy znakarze wyznakowali żółtym kolorem i wciąż starają się utrzymywać szlak przy życiu i wcale nieźle im to wychodzi.
 
Zacząłem w Zalesiu Dolnym, zakończyłem w Zalesiu Górnym. I jedno i drugie osiedle powstało w lesie, nie znajdują się więc „za lasem”, lecz  „zamiast lasu” tam się znalazły. Ale też nie tak zupełnie, las wewnątrz obu tych osiedli jest wciąż obecny, tak więc one „są w lesie”.  Obok Górnego płynie rzeczka Zielona i w jej dolince znajduje się wianuszek stawów, obok Dolnego ta płynąca z południa niewielka rzeczka wpada do Jeziorki. Najważniejsze tam są jednak nie te oba Zalesia i nie te rzeczki, Zielona i Jeziorka, najważniejsze są tam lasy, przez które Zielona płynie. A mnie tak wyszło, że tego dnia najważniejszą role w moim krajobrazie odgrywała woda. Jeziorka była najpierw. Ścieżka wśród drzew wrzuciła  mnie nad Jeziorkę. Jeziorka to czy Jeziorna? 

Jeziorka jest rzeczką raczej, niż rzeką. Spływa z Wysoczyzny Rawskiej, po 66 km uchodzi do Wisły w okolicach Ciszycy koło Konstancina Jeziorny. W tradycji tylko ujścia do niej Tarczynki, rzeka była zwana Jeziorką. Od tego miejsca zmieniała nazwę na Jeziorne i nad rzeką Jeziorna powstała w XV wieku wieś Jeziorna, dzisiaj dzielnica miasta Konstancin-Jeziorna. A ta nazwa – Jeziorna   powstała od rozlewisk wielkich, zwanych jeziorami. W ostatnim czasie dla całego biegu rzeczki upowszechniła się jednak nazwa Jeziorka. Nawet w Konstnacinie-Jeziornie rzeka Jeziorna zwana jest teraz Jeziorką. Przy tej nazwie rzeczka pozostaje aż do swojego ujścia do Wisły.  Czy słusznie? Jakieś ma to znaczenie, czy tak, albo nie. Życie ma niemal zawsze rację. W  tym przypadku na pewno. 
 
Na krańcach Zalesia Dolnego usytuowały się malownicze na północnym brzegu  Jeziorki, rzem z otaczającą je okolicą chronione są jako "Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Górki Szymona". To nadzwyczaj sympatyczna okolica. Stawy są okolone przez  wygodne alejki, nad północnym ich brzegu wznoszą się piaszczyste wydmy, bardzo tam ładnie i jest na czym zawiesić wzrok i obiektyw aparatu fotograficznego. Objęcie określonego obszaru ochroną w formie zespołu przyrodniczo-krajobrazowego, skutkuje podobnymi zakazami, jakie obowiązują w stosunku do pomników przyrody, stanowisk dokumentacyjnych czy użytków ekologicznych. Wyjątkowe walory estetyczno-widokowe krajobrazu kulturowego sprawiają, że są one bardzo atrakcyjne dla turystyki i rekreacji. Trzeba przyznać, że miejscowe władze bardzo, ale to bardzo dbają o ten wyjątkowy teren.

A skąd ta nazwa ― Górki Szymona? To dłuższa historia, nie miejsce, aby w tym blogu cała ją opowiadać.  A jednak opowiedzieć należy. Szukając informacji, w internetowym Przeglądzie Piaseczyńskim z 23 września 2015 roku znalazłem tekst p.Marii Szturomskiej.
 
Kim był tajemniczy człowiek, którego imię pozostało w tych żółtych piaskach, sosnach i wzgórzach. Czym się zasłużył, że ten interesujący krajobrazowo teren nazwano Górkami Szymona? Ile emocji, ile miłości musiało być w Szymonie do tego miejsca, że nagrodzono go po wsze czasy tak godnie?  – pyta autorka. Wygląda na to, że to był Szymon Olka, urodzony się w 1874 roku. Po ślubie z Marianną (z domu Skomorowska) zamieszkał w Skolimowie. pracował w piekarni u pana Okrasy, jeździł wozem konnym i rozwoził chleb do okolicznych sklepów i gospodarstw. Pewnego razu w lesie w Magdalence został napadnięty, pobity i obrabowany. Okazało się, że zajęcie jest bardzo niebezpieczne i należało poszukać innego. W tym czasie w nadleśnictwie w Wilanowie poszukiwano na stanowisko gajowego uczciwego człowieka. Szymon przyjął posadę i rodzina przeprowadziła się do osady Borówka koło Piaseczna, dziś to okolice ulicy Granicznej. I dbał odtąd pan Szymon o swoją okolicę, pilnował jak należy, przeszedł wreszcie do historii. W tej okolicy co krok, to jakaś historia, jakaś opowieść w niej się ukrywa. 
 
Na drugim, południowym brzegu Jeziorki rozciąga się  kraina hodowlanych stawów pod Żabieńcem. On sam jest nieco dalej na wschodzie, za torami kolejowymi. dzisiaj już wcale spora wieś, jej nazwa  w formie Zabyniec znajdowała się na mapach już przed laty pięciuset. Wyjątkowo trafna nazwa. Osada powstała na skraju lasów, pełno wokół podmokłości, obok są dwie rzeczki, bo Zielona wpada tam do Jeziorki, no i jest tam sporo stawów. W Żabieńcu znajduje się Rybacki Zakład Doświadczalny, oddział Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie. Wyasfaltowana droga od Jazgarzewa rozdziela dwa kompleksy żabienieckich stawów. Stawy na południe od tego asfaltu są nie tylko stawami hodowlanymi, są także obiektem przyrodniczym o randze europejskiej objęte granicami obszaru Natura 2000. Na ich  terenie występują typy chronionych siedlisk i fauny, różne traszki i kumaki i nawet bobry i wydry, a stawy są ostoją ptactwa.
 
 



 
Teraz, gdy tam teraz zaszedłem o łagodnej, październikowej jesieni, stawy były opustoszałe, ptaki odleciały, większość do ciepłych krajów, a te, które zazwyczaj pozostają na naszej rodzimej ziemi, wybrały się w sąsiedztwo ludzkich osiedli, tam gdzie zazwyczaj o zimowej porze się udają, bo już bez wsparcia ludzi żyć im się nie daje. Stawy trwały w milczeniu, wiatr lekko ruszał ich fale, patrzyłem na nie z poziomu drogi, wydawały się być niby mazurskie jeziora.
Ale gdy później na Zimnych Dołach wlazłem na pomost ambony widokowej, ustawionej dla ciekawych krajobrazu ptasiej ostoi, z jej wysokości zobaczyłem już nie mazurskie jeziora, a zwyczajne, mazowieckie stawy pośród Lasów Chojnowskich. 


O Lasach Chojnowskich można nieskończenie. Że ładne, wie to każdy, kto tutaj bywał. Że są głównym elementem Chojnowskiego Parku Krajobrazowego, to także wie każdy. Niewielu z odwiedzających Lasy Chojnowskie wie, skąd się ta nazwa wzięła. A wiedzieć warto. W nazwach albowiem przechowywana jest historia i tradycja, również w pojęciu etnograficznym. Warto tutaj wspomnieć, iż najpopularniejszy nasz rodzimy gatunek iglastego drzewa zwano nie "sosną", lecz "choją" i stąd np. wieś Chojnów i Lasy Chojnowskie. W przeszłości najpowszechniejszy gatunek drzewa w Polsce zwany był  „choją”.  Drzewo - sosnę dawniej nazywano "sosną" tylko wtedy, gdy była w nim wydziana barć. 

W przeszłości tutejsze lasy przynależały majątku wilanowskiego. Miały dostarczać drewno na budulec i opał pałaców właścicieli w Warszawie i Wilanowie, na szkoły, szpitale i ochronki dworskie, młyny, kuźnie i karczmy, browar i cegielnie, na potrzeby  chłopów pańszczyźnianych, kolonistów, posesorów i proboszczów,  na deputaty drzewne dla pracowników administracji, na budowę mostów i płotów, na drabiny i zwykle miotły. Że węgla kamiennego nie używano jeszcze, aż 75% drewna zużywano na opał. 

Także i dzisiaj  ― a widzi to każdy ― są tu zręby i poręby, i są szerokie, żwirowe drogi, przystosowane do tego, aby ciężarówkami wywozić skoszone w tych lasach drewno. Dzisiaj to lasy państwowe, także i ten właściciel drewna potrzebuje, bo ma drewno swoją cenę! No cóż, te zręby i nowe zalesienia to również element krajobrazu, to normalna codzienność polskiej przyrody, która musi przecież spełniać także i swoja użytkową rolę. Ale i w tych lasach są rezerwaty przyrody i rosną tam sosny żywiczne, wysokie i strzeliste, smukłe i gonne. Żółty szlak turystyczny o jeden taki rezerwat się ociera, nosi on nazwę „Uroczysko Stephana”  i obejmuje zwarte starodrzewy w wieku 120-200 lat.
Rezerwat w swojej nazwie nosi nazwisko pochodzącego z Węgier Wiktora Stephana, opiekuna tych lasów w czasach Potockich.  Przy niedalekiej odeń szosie z Pilawy do Zalesia Górnego, znajduje się niepozorny głaz, na którym umieszczono napis: Tu czuwa duch mój Wiktor Stephan 1865 – 1923. Według podań duch leśnika krąży o północy nad okolicznym lasem. Pamięć o nim przetrwała nie tylko w nazwie rezerwatu, również w nazwie pobliskiej wsi Stefanów. Rezerwat został utworzony z inicjatywy innego wielce zasłużonego dla mazowieckiej przyrody człowieka, niespożytej energii wojewódzkiego konserwatora przyrody z Warszawy, zmarłego w roku 2000 Czesława Łaszka.  Za jego kadencji utworzono na Mazowszu dwa parki krajobrazowe i 62 rezerwaty, a  około 2000 drzew i głazów objęto ochroną pomnikową. Ten rezerwat też z jego inicjatywy powstał. 
 
Granice rezerwatu poprowadzono duktami i wkraczać w głąb lasu nie  trzeba, albowiem wszystko co najlepsze widać z zewnątrz.  Mam takie miejsce na skraju tego rezerwatu, leśnicy postawili tam nawet ławeczki, na stare moje lata bardzo akuratne.  Trafiłem tam ostatnio w idealną pogodę, był dzień powszedni, ludzi prawie żadnych, więc momentami mi się wydawało, że cały ten las okoliczny rośnie tylko i wyłącznie dla mnie! Posiedziałem tam sobie w milczeniu przez wiele minut, to były bardzo dobre chwile... 
 
A później zszedłem nad rzeczkę Zieloną,  żeby porozkoszować się zupełnie innym krajobrazem.  Bo tak tam jest, proszę pastwa, że przyroda w tamtym zakątku podwarszawskiego Mazowsza, co krok to inne ma oblicze, a każde z nich co innego chcącym to zobaczyć pokazuje. 
 




Sznureczek stawów, ciągnący się od Jeziorki ku południowi, kończy się na poprzecznej szosie, najważniejszej trasie dojazdowej do praktycznej stolicy całego regionu Lasów Chojnowskich, do położonego pośrodku ich kompleksu Zalesia Górnego. Rzeczka jest tam uregulowana, płynie pośród olszyn i przez większą część roku bardzo zielone to otoczenie, tu widać jak słuszną jest nazwanie rzeczki Zieloną. 

Zanim doszedłem do stacji kolejowej  w Zalesiu Górnym, musiałem minąć to, co większość z odwiedzających najbardziej w te okolice przyciąga. Jest tam tego całkiem sporo, sporo gotówki można tam zostawić w pogodną, letnią sobotę lub niedziele. Jest tam przede wszystkim popularny ośrodek wczasów świątecznych o peerelowskim rodowodzie obrósł ostatnio w ożywające w czasie weekendów  najróżniejsze urządzenia do masowej rozrywki. 
 
No cóż, nie z samych ciszy i leśnego spokoju składa się nasza ludzka gromada. Mogłem się tylko cieszyć, że wybrałem się tam nie w dzień weekendowy i już po sezonie. No cóż, taki to przywilej emeryta, że dni robocze ma wolne, bo już nie musi chodzić do roboty.




........................................................................


 

 


środa, 22 września 2021

 

Najpiękniejsze szlaki mazowieckie: 
stareńkie dęby, maleńki Bełch i wywierzysko w Osiecku
Pieszo na nogach przez lasy z Pilawy do Zabieżek
 
Dolinka strugi Bełch w Górkach
        Są na podwarszawskim Mazowszu szlaki uczęszczane, ku którym ludzie ciągną jak ćmy do światła. Dlatego, że warto, bo szlaki ładne i dojazd do nich wygodny i nie za daleki. Takie są przede wszystkim szlaki Puszczy Kampinoskiej, to szlaki markowe, sprawdzone. Ale są też trasy inne, nie tak popularne, a dające możliwość przeżycia turystycznej przygody i to bardziej, niż szlaki koło Palmir lub Międzylesia. Na tych szlakach niemal na pewno nie spotkacie zbyt wielu turystów, a z dużym prawdopodobieństwem nie spotka się turysty żadnego. Fakt, że dojazd nieco dłuższy niż do Dziekanowa, Truskawia lub Zalesia Górnego, ale za to jakże te szlaki smakują! Nie mam w zwyczaju podawać w tym blogu propozycji wycieczkowych, wybór tras pozostawiam czytelnikom, niech oni decydują jak dotrzeć do miejsc, jakie  opisuję w blogu. Tym razem nie mogę jednak powstrzymać się  od szczególnej zachęty. Ta trasa jest nadzwyczajnie urozmaicona i bardzo akuratna, aby dać moc satysfakcji każdemu rasowemu turyście o krajoznawczym zacięciu.
Pozostałości Puszczy Osieckiej w okolicach Pilawy

Ciekawe ilu z czytelników tego blogu zaczynało wycieczkę w takiej na przyjazd Pilawie, aby stamtąd powędrować szlakiem turystycznym o niebagatelnych walorach krajoznawczych; tam co i raz jest coś do zobaczenia, na co warto spojrzeć, o czego historii warto wiedzie. Na stacji w Pilawie zaczyna się szlak do Łucznicy (ok.6 km). Jest  wyznakowany kolorem zielonym i tylko na pierwszym kilometrze prowadzi miejskimi uliczkami, potem wprowadza w urozmaicony krajobraz leśny, którego przyrodniczą ozdobą są niewielkie torfowiska, chronione jako użytki ekologiczne.
Dawny dwór Potockich w Łucznicy
       Niewielka Łucznica znajduje się pośród Lasów Garwolińskich na terenie historycznej, książęcej Puszczy Osieckiej. W pozostałościach podworskiego parku, wznosi się w Łucznicy przyjemnie usytuowany klasycyzujący dwór murowany, zbudowany ok.1840 roku przez Potockich z Wilanowa, którzy w pierwszej połowie wieku XIX kupili dobra osieckie i z Łucznicy uczynili główny ich ośrodek. Dwór prezentuje się sympatycznie i jest bardzo typowym architektonicznie dziewiętnastowiecznym budynkiem dworskim, po sąsiedzku z nim rośnie niezwyklej urody dąb szypułkowy, jest pomnikiem przyrody  o obwodzie 575 cm w pierśnicy. Piękny on jest nadzwyczajnie.
W tych dniach, gdy ten post wrzucam do swojego blogu, upływa właśnie kolejna ważna dla Łucznicy data.  Dnia 22 września 1934 roku na kilka dni przed śmiercią. ostatni właściciel Łucznicy Jakub Ksawery Aleksander hrabia Potocki, ostatni właściciel Łucznicy, sporządził testament. Do fundacji Jakuba Potockiego należały szmat lasów okolicznych wokół Osiecka, Łucznicy i Pilawy. Już jako bezdzietny wdowiec w roku 1934  Jakub dobra Osieckie zapisał wraz z całym innym i wielkim swoim majątkiem w kraju i zagranicą jako fundację nowo utworzonego Instytutu Marii sklodowskiej-Curie w Warszawie,  którego celem była walka z rakiem i gruźlicą.
       W czasie II wojny światowej w dworskich lasach ukrywali się partyzanci z Armii Krajowej. Wcześniej walczyli w nich powstańcy styczniowi i jest tam nawet ich mogiła. Po wojnie dwór przez dłuższy czas stał bezpański. Potem był w dworze ośrodek szkoleniowy, kolonie dziecięce i szkoła. Dzisiaj jest szczęśliwie użytkowany przez realizujące interesujący program Stowarzyszenie „Akademia Łucznica”. Służy ta Akademia animatorom kultury, artystom plastykom, nauczycielom i instruktorom plastyki, dzieciom i młodzieży, również osobom niepełnosprawnym i ich opiekunom. 

        Przez Łucznicę Łucznicę przebiega trasa niebieskiego szlaku. W jedną stronę można nim dojść do stacji Garwolin (ok.12 km) i to jest bardzo, ale to bardzo interesująca trasa leśna. W drugą stronę szlak niebieski wiedzie do stacji Zabieżki (14 km) i to jest urozmaicona trasa krajobrazowa i krajoznawcza o niepospolitych walorach. Tu ładnie i tam także. Więcej atrakcji jest na trasie do Zabieżek. Tam więc zachęcam bardziej i tę trasę tutaj proponuję.
Szlak w borze sosnowym w dolince strugi Bełch
 
  Zaraz za Łucznica szlak znakowany wprowadza na leśne dróżki i ścieżki wiodące nad dolinką strugi Bełch. Bełch to również stara nazwa nurtu na dużych rzekach, takich jak Wisła. Ten Bełch jest malutki, skacze po głazach i "bełkoce" płynąc po kamienistym dnie. Struga jest wąska, spadek ma dość duży i płynie w dolince mocno wyerodowanej, zasilana wodą wytryskającą z kilku niewielkich wywierzysk. Na stokach dolinki rośnie las, znakowana ścieżka miejscami jest wątła, ale nieźle wyznakowana. Wszędzie spotyka się niewielkie głazy i kamienie. Jesteśmy wszak wyniesieniu polodowcowym, krajobraz jest lekko pofałdowany, nie za bardzo, lecz przecież wyraźnie.

Zabytkowy dąb szypułkowy we wsi Górki koło Osiecka
 
     Nad Bełchem dochodzi się do  malowniczej wsi Górki (4 km z Łucznicy)w której rośnie drugi zabytkowy dąb szypułkowy tej okolicy, nazwany imieniem Jana Pawła II. Drzewo jest ogromne, ma 805 cm obwodu na wysokości piersi, co najmniej pół tysiąca lat, może mniej, a może więcej, dokładnie nie wiadomo, gdyż nikt jeszcze tego nie badał, jak się zdaje. W pobliżu wsi do strugi Bełch uchodzi struga Rudnik. Można się na tych strugach dopatrzeć śladów młynów i stawów młyńskich, w przeszłości przez dziesiątki lat należących do Osiecka.


    Osieck usadowił się się pośród szerokiej niecki otoczonej łagodnymi wzgórkami spiętrzającej się tutaj polodowcowej równiny. Jest wsią, chociaż nie bule jaką, bo gminną i ma charakter miasteczka; był w przeszłości miastem i miejski jest układ urbanistyczny osady z kwadratowym placem rynkowym pośrodku. Jako miasto królewskie w roku 1558 Osieck uzyskał prawa miejskie za sprawą ówczesnego dzierżawcy dóbr osieckich.
     

W dzisiejszym Osiecku przy uliczkach stoją parterowe, małomiasteczkowe domy, nad wszystkim dominuje neogotycki kościół parafialny o dwóch wieżach (ok. 3 km z Górek). Zbudowany z czerwonej cegły jest jakby zbyt wielki na tę niedużą przecież osadę. Pierwszy kościół osiecki stał w roku 1300. Był drewniany, jak i dwa następne. 
 
 
Obecna świątynia z 1902 r. zbudowana wg projektu Stefana Szyllera  (jego dziełem jest m.in. gł.budynek Politechniki i wieżyce Mostu Poniatowskiego w Warszawie), a architektura wież jest wyraźnie inspirowana kształtem wyższej wieży z Kościoła Mariackiego w Krakowie. Jest to kościół ogromny: ma 54,5 m długości, 28,5 m szerokości, nawa ma ponad 20 m wysokości, a wieże aż 50 m. 
 

Interesująco prezentuje się drewniana plebania z 1897 r. przy ul.Kościelnej (na zdjęciu powyżej), która ma wszelkie cechy typowej architektury drewnianej carskiej Rosji i równie dobrze mogłaby stać nad dalekim Bajkałem. Ten sposób zdobnictwa ojcował drewnianym willom podwarszawskim w stylu świdermajer z okolic Otwocka. 
 
Po drugiej stronie ulicy przed kościołem czeka na remont najstarszy zachowany budynek Osiecka (na zdjęciu powyżej), to budynek dawnego szpitala parafialnego z II poł. XVIII w., najstarszy istniejący dom w Osiecku. W jego lewej mieściła się pierwsza w Osiecku szkoła parafialna wraz z izbami mieszkalnymi dla nauczycieli. Prawa strona budynku służyła jako szpital parafialny, który stanowił schronienie dla bezdomnych. W pobliżu wznosi się przydrożna arkadowa kapliczka z figurą św. Antoniego z 1928 r. Figura świętego jest drewniana, osłania ją dach wspartym na czterech kolumnach.  przedstawia św. Antoniego z Dzieciątkiem Jezus na rękach.
 

     Na terenie Osiecka znajduje się kilkadziesiąt drewnianych domów zachowanych w różnym stanie. Tak były budowane miasteczka południowo-wschodniego Mazowsza. Lokalni patrioci Osiecka (z ich strony internetowej jest powyższa fotografia) zalecają uważniej oglądać  drewniany dom przy ul. Warszawskiej 8. Zwracają naszą uwagę na nabijane ćwiekami frontowe drzwi oraz oryginalne okiennice. Budynek posiada cztery izby i sień. Wykonany jest z sosnowych bali na dębowych podwalinach, a posadowiony jest na polnych kamieniach. Ściany bielone są wapnem. W domu zachował się oryginalny, zwężający się ku górze komin, do którego pierwotnie przyłączone były cztery kuchnie z każdej z izb budynku! W obrębie gospodarstwa zachowały się także drewniane zabudowania gospodarskie z początku XX w., także parkan z bali sosnowych z bramą.
    Osieckie zabytki nie należą do kategorii obiektów zainteresowania masowej turystyki, chociaż niektórych zwłaszcza lekceważyć ich się nie godzi. W Osiecku być się powinno. Nazwa Osiecka pochodzi najpewniej od osieku tj.zasieki, przegrody, płotu, warowni leśnej, utworzonej z nagromadzonych pni drzewnych. Te osieckie zasieki ogradzały zwierzyniec myśliwski, przeznaczony dla rozrywki myśliwskiej książąt mazowieckich, przyjeżdżających tu z położonego na drugim brzegu Wisły zamku w Czersku.  Liczne przekazy historyczne wspominają o tutejszym dworcu myśliwskim. W 1503 r. zakończył w nim życie ojciec ostatnich dwóch mazowieckich książąt, Konrad III. Chronił się tutaj przed zarazą król Zygmunt III Waza. Polował w Puszczy Osieckiej August III na łosie, dziki i daniele; te ostatnie były egzotyczną zwierzyną łowną, sprowadzaną do naszych lasów jako ich ozdoba i cel łowiecki. 
 

    Dziś nie ma śladu po owym myśliwskim dworcu i nie bardzo wiadomo, gdzie się znajdował. Zapewne w tej części osady, która dzisiaj jest nazywana nadal Starym Miastem, gdzieś między obecną budowlą kościoła, a dwoma źródłami doskonałej wody, które od wieków zasilają potok "o srebrzystej toni".  Książęcego dworu już dawno nie ma, zwierzyniec przetrwał tylko w herbie Osiecka (jeleń przy studni na czerwonym tle), drewniane Stare Miasto spłonęło w czasie działań wojennych 1939 roku. 
 

 Zdroje
to nigdy nie zamarzające wywierzysko osieckie. Te źródła wydają się być tutaj od zawsze. To wielka niezwykłość osady. Na Mazowszu praktycznie nie spotyka się tak mocno bijących źródeł, jak to, znajdujące się przy ul.Zdrojowej. Pili z tych źródeł mazowieccy książęta, pili polscy królowie,  jak już tam zajdziecie, nabierzcie wody w dłonie i skosztujcie. Smaczna i zdrowa jest ta zdrojowa woda! Przyjemnie zagospodarowany teren umożliwia odpoczynek w wędrówce.

    Jeżeli nie chce się wędrować dalej do Zabieżek (dalsze 7 km), a przyszło się tutaj pieszo z Pilawy w dniu powszednim, wtedy ma się szanse na autobus do Pilawy i do Otwocka, kursy tylko w dni robocze, przystanek jest na rynku, rozkład podaje Internet: http://woloszka.com.pl/komunikacja-z-terenu-gminy-osieck/. W dnie świąteczne, w
soboty i niedziele przez 7 km trzeba dyrdać dalej na nogach do stacji kolejowej w Zabieżkach, skąd pociągi do Warszawy są co ok.60 min. 
            Szlak niebieski z Osiecka do Zabieżek to trasa  zajmująca, w otoczeniu mozaika pól i lasów, na odcinku leśnym miejscami bór wilgotny, w otoczeniu kilka użytków ekologicznych, wszystkie są atrakcyjnymi widokowo torfowiskami. Szlak wiedzie tam dróżkami, które we fragmentach bywają mokrawe, to także walor tego szlaku, nie najgorszy element turystycznej przygody.  


      Legenda o Czarcim Dole
      Na północ od Osiecka w roku 1919  archeolodzy odkryli się cmentarzyska z czasów rzymskich, datowane na I-III wiek n.e. Były to groby jamowe przykryte głazami. Lud okoliczny nazywał te miejsce Czarcim Dołem (jedne) i  Czarcimi Kościołami (drugie) i związane są z nimi legendy. Różne wersje mają, wszystkie sprowadzają się mniej więcej do tego, że głównym zadaniem miejscowego czarta (każda okolica ma swojego czarta, a ta również, a jakże, było zdobywanie ludzkich dusz. O tym, że być może ten czart wciąż tu grasuje, o tym   zaświadcza mnogość nadrzewnych kapliczek, zawieszanych gdzie tylko można, zapewne tak na wszelki wypadek, aby czarta precz odgonić. 
         A temu czarowi   z legend to długo mu jakoś nie wychodziło, bo ludzie w okolicy zacni i cnotliwi. Wreszcie dopadł takiego jednego, ten mu przyrzekł swoją duszę, ale coś za coś,  zażądał, aby przedtem czart wyrwał kamienie z takiego jednego wąwozu w Ponurzyckich Górach i koniecznie nocą, między zmierzchem a świtem, przeniósł te głazy do Osiecka, na budowę kościoła. Zgrzytał czart zębami  na takie żądanie, ale zawziął się i do roboty przystąpił, kamienie wyrywał, po kilka łańcuchem związywał i na grzbiecie do Osiecka przenosił. No i ja zawsze w takich legendach bywa, tak i w tej się zdarzyło. Duszy czart nie zdobył i roboty wykonać zdążył, bo świt nadszedł i kur zapiał.
      Inna wersja legendowa opowiada, że czart chciał się przypodobać diabelskiemu księciu i chciał zbudować kościół dla Lucyfera;  kamienie z wąwozu (dziś zwanego Czarcim Dołem) przenosił na wydmę (tam były Czarcie Kamienie). Ale jak wiadomo czart może po świecie hasać głównie nocą, więc  przed świtem musiał pracę skończyć. Zdawać by się że coś w tej legendzie z prawdy być musi, bo przecież kamieni już nie ma w wąwozie. Na tamtej wydmie zresztą także nie ma żadnego kamienia. A tak naprawdę, to te kamienie wywieźli furmankami okoliczni mieszkańcy. Już bez pomocy czarta, choć na pewno za jego podszeptem zlikwidowali jedną z najważniejszych pamiątek historycznych swojej okolicy. Dziś kamienie te stanowią część wielu podmurówek w domostwach. Chociaż... kto to wie... może jednak... Przed kościołem znajduje się jeden z tych głazów, z "autentycznymi" śladami czarciego łańcucha, przy pomocy którego diabeł przenosił kamienie na jakąś tam budowę, ale że kur zapiał, więc głazy upuścił. Czy to nie ten głaz, który pokazuję na tym poniższym zdjęciu? 
 










 


 

czwartek, 26 sierpnia 2021


 

Na szlakach kampinoskich partyzantów
 


Ten mural, który niedawno sfotografowałem, a o którym chciałbym teraz opowiedzieć, znajduje się w jednym z najbardziej popularnych miejsc, w których zaczyna się wędrowanie po Puszczy Kampinoskiej, tuż obok pętli autobusowej w samym środku wsi Truskaw, najstarszej osady, jaka wewnątrz puszczy powstała, w roku 1419, co pisane dokumenty potwierdzają. Mural przedstawia scenę ataku, jaki na kwaterujący we wsi Truskaw batalion z Brygady Szturmowej SS RONA, przeprowadził nocą 2/3 września 1944 roku przez partyzancki oddział z Grupy Armii Krajowej  „Kampinos".
 

W sierpniu i wrześniu 1944 r. puszczańskie Wiersze oraz sąsiednie wioski Brzozówka, Truskawka, Janówek, Krogulec i Kiścinne stały się bazą dużego zgrupowania partyzanckiego o sile 3,5 tys. żołnierzy. Stamtąd przeprowadzano akcje dywersyjne i stamtąd wyruszały oddziały na pomoc powstańcom w Warszawie. Nazywano ten puszczański teren „Niepodległą Rzeczpospolitą Kampinoską”„Zarówno leśni powstańcy, jak i tutejsza ludność przeżywali niemal przez dwa miesiące wspaniały okres szczególnej wolności, wolności powstańczej, i tego nikt nie jest w stanie zapomnieć” – pisał dowódca zgrupowania, płk Józef Krzyczkowski „Szymon”.

Miałem zaszczyt go poznać. Odwiedziłem go w jego wiejskiej sadybie koło Polesia na skraju Puszczy Kampinoskiej. Niewysoki, stary człowiek. Był dla mnie legendą. Nie ma już tej chałupki w Polesiu i legendarnego „Szymona” już nie ma, zmarł w wieku 88 lat, spoczął na cmentarzu w Laskach, pośród swojej Puszczy Kampinoskiej. Też bym tak chciał. Mam w swojej bibliotece jego wspomnienia. Pożyczył mi tę książkę Rysiek Karpiński, zaraz potem wyjechał w góry Kaukazu i tam zginął w czasie wspinaczki na szczyt Dżantugan. Książka została u mnie na stałe i Ryśka mi często przypomina, bo często do niej sięgam. Mam też w tej książce autograf płk Krzyczkowskiego. Cenną jest dla mnie pamiątką...
 

Zadanie likwidacji zgrupowania partyzanckiego w Puszczy Kampinoskiej powierzone zostało jednostkom kolaboracyjnej brygady SS RONA, uniemożliwiając tym samym komunikację między oddziałami AK w puszczy, a powstańczą Warszawą. Zakwaterowani zostali w Sierakowie i Truskawiu. I tam właśnie zaatakowali ich dowodzeni przez por. Adolfa Pilcha „Dolinę” żołnierze Grupy „Kampinos” Armii Krajowej. 
 
To był bardzo sprytnie zorganizowany wypad. Partyzanci zaatakowali nieprzyjaciół od wschodu, od strony Warszawy. Nieprzyjaciel był kompletnie zaskoczony, straty poniósł ogromne, ponad 250 zabitych. Ofiarą tego partyzanckiego zwycięstwa została była też wieś. Jak zwykle. Cywile zawsze cierpią najwięcej. Wycofujące się z Truskawia oddziały RONA wioskę podpaliły... 
 
W ciągu dwumiesięcznego swego istnienia zgrupowanie to stoczyło około 46 bitew i potyczek z niemieckimi wojskami, zadając wrogowi poważne straty.  Ale i dwie bitwy, które zakończyły się klęską, kampinoscy partyzanci mieli pomóc powstańcom warszawskim, wielkimi ofiarami opłacili próby zdobycia Dworca Gdańskiego i lotniska bielańskiego w Warszawie...   
 

Symboliczna mogiła partyzancka w uroczysku Dęby Młocińskie w Warszawie     



 

Cena, jaką ludność puszczańskich miejscowości płaciła za Niepodległą Rzeczpospolitą była poważna. Gdy u schyłku powstania grupa „Kampinos”, wycofując się w kierunku Gór Świętokrzyskich, została rozbita pod wsią Budy Zosiny koło Żyrardowa, w odwecie za działalność partyzantów hitlerowcy spacyfikowali Borzęcin i Sieraków oraz spalili dwadzieścia osad w puszczy. Można powiedzieć, à la guerre comme à la guerre. Ale... no właśnie, najważniejsze jest zawsze to, co jest  po tym ale...

Truskaw jest niewątpliwie często odwiedzaną miejscowością. Nic dziwnego. Bliskość Warszawy, dobry dojazd miejskim autobusem z miasta i zaczynające się tu szlaki turystyczne, wiodące w interesujące partie leśne Kampinoskiego Parku Narodowego. Jeden prowadzi do Palmir, do tamtejszego cmentarza, pomnika polskiej martyrologii wojennej. Drugi do partyzanckiego cmentarza na skraju puszczy we wsi Wiersze. 
 



Obok cmentarza partyzanckiego w Wierszach turyści bywają często, to niezbyt daleko, z Truskawia dociera się po niespełna ośmiu kilometrach, dla sprawnego wędrowca w niecałe dwie godziny, dla rowerzystów w godzinę. Rzadziej dociera się do pobliskiego kościoła w Wierszach, postawionego w samym centrum powstańczego obozu z 1944 roku. Ten niewielki kościół o ładnym, współczesnym wnętrzu, pełni rolę partyzanckiego sanktuarium i obok niego są umieszczone tablice z niezbędnymi informacjami o kampinoskich partyzantach. 







Niemal nikt z odwiedzających Truskaw i Wiersze,  miejsca chwały partyzantów kampinoskich, odwiedza miejsce gdzie powstańcza historia dobiegła dramatycznego kresu. To wioska Budy Zosine w gminie Jaktorów, o kilka kilometrów od Żyrardowa. Nie prowadzi tam żaden szlak znakowany, a  szkoda, bo być powinien, to ważne miejsce  na krajoznawczej mapie Mazowsza, szczególnie dla tych z turystycznej braci, którzy lubią wędrować po Puszczy Kampinoskiej i uważają, że ją znają. Różnie z tym u tych znawców bywa, wielokrotnie się o tym przekonywałem, ale skoro oni tak mówią, nie będę z nimi dyskutował.

W latach siedemdziesiątych „Sport i turystyka” wydał moje „Podwarszawskie szlaki piesze” w osiemnastu zeszytach, zeszyt 3 obejmował Grodzisk Mazowiecki i okolice. W tym wcale zresztą interesującym krajoznawczo terenie, opisałem byłem był szlak z Międzyborowa przez Budy Zosine i dalej obok stawów koło Kraśniczej Woli do Grodziska Mazowieckiego, a ów szlak, nie tylko moim zdaniem, miał prawo być interesującym, choć wiódł przez teren równinny w sposób doskonały, a do tego przez teren historycznej Puszczy Jaktorowskiej, która padła ofiarą największej zbrodni na przyrodzie, jaka dokonała się kiedykolwiek na Mazowszu. Ale o tym przy innej okazji, nie można o wszystkim naraz.
 

Pół wieku później znów się wybrałem na ten szlak do Bud Zosinych. Tak jak należy, wyruszyłem z Międzyborowa. Pośród sosen, „między borem” jest tam osiedle, zrazu miało być letniskowe, teraz już jest praktycznie dzielnicą ;pobliskiego Żyrardowa, nawet żyrardowski autobus miejski dojeżdża. Wśród płaskiego, równinnego pejzażu Równiny Łowicko-Błońskiej wyrasta tam wysoka na kilka metrów piaszczysta wydma, jak samotna wyspa. Zdaje się być przypadkową skazą w krajobrazie. Wydma jest paraboliczna, na jej grzbiecie i w misie deflacyjnej rośnie bór sosnowy, zwany od dawien dawna Czarnym Borkiem. To niewielki borek, ten z Międzyborowa, porasta chroniony dzisiaj prawnie zespół przyrodniczo-krajobrazowy „Wydmy Międzyborowskie”.

Do Bud Zosinych poszedłem pieszo według swojego opisu z przewodnika. Pięć dziesiątków lat upłynęło od czasu, gdy ten przewodnik pisałem, a rozstaje i rozwidlenia mi się zgadzały. Tylko przy jednym nie było już śladu po zagrodzie krytej dwuspadowa strzechą z naczółkami, a w pobliżu zabrakło kilka innych budynków, krytych strzechą. I w budynku szkolnym gospodarował teraz ktoś inny.







W Budach Zosinych zakończyła się historia Grupy Armii Krajowej „Kampinos” . W połowie września 1944 roku było już jasne, że powstanie warszawskie zmierza ku upadkowi. Należało się spodziewać, iż po zakończeniu walk w stolicy Niemcy zajmą się kampinoskimi partyzantami. W tych okolicznościach dalsze pozostawanie w Puszczy Kampinoskiej groziło zagładą całej Grupy „Kampinos”. Zbliżała się jesień, wioski kampinoskie wsie nie były już w stanie zapewnić licznemu partyzanckiemu zgrupowaniu odpowiedniej ilości wyżywienia, odzieży i suchych pomieszczeń. Najlepiej byłoby rozpuścić ludzi do cywila, niech się gdzieś ukryją, wtopią w tło, zapewne przecież doczekają końca Hitlera i jego armii.

Zgrupowaniem dowodził wówczas mjr „Okoń”, który poinformował szefa sztabu KG AK gen. Tadeusza Pełczyńskiego ps. „Grzegorz”, że Niemcy zaciskają pierścień okrążenia wokół puszczy oraz prosił o wytyczne w sprawie dalszego postępowania. Odpowiedź nadeszła dwa dni później i zawierała rozkaz przebicia się całym zgrupowaniem do oddziałów ppłk. „Żywiciela” na Żoliborzu. „Okoń” był jednak przekonany, iż jego oddziały nie nadają się do walk miejskich i - nie odmawiając wprost wykonania rozkazów - postanowił przebić się wraz ze swymi żołnierzami w Góry Świętokrzyskie, gdzie zamierzał we współpracy z miejscowymi oddziałami AK kontynuować walkę z okupantem. Oficerom oceniającym, że ich oddziały nie wytrzymają trudów marszu i czekających walk, dowódca polecił rozpuścić żołnierzy do domów, a sam na czele rozciągniętej na wieleset metrów kolumny ruszył ku lasom wokół Puszczy Mariańskiej i dalej w lasy świętokrzyskie.

Jak on sobie wyobrażał ten marsz? Jak myślał iść przez kraj, pełen uzbrojonych po zęby nieprzyjaciół? Decyzja jego podjęcia tego marszu bez dwóch zdań wydawała się straceńczą, a jednak ruszyli żołnierze za swoim dowódcą,  i  konni i piechota, a wraz z nimi ogromny tabor, liczący od 200 do 350 wozów wypełnionych żywnością, amunicją, sprzętem, dokumentami, a niejednokrotnie również przedmiotami osobistymi. Żołnierze zostali także niepotrzebnie obciążeni dodatkowymi przydziałami amunicji. Do pochodu dołączyło wielu cywilnych uchodźców, którzy po drodze sukcesywnie odłączali się od zgrupowania, szukając schronienia u krewnych i znajomych]. W kolumnie znalazła się także grupa ok. 100-150 jeńców niemieckich.


29 września pod Jaktorowem to wszystko znalazło się w niemieckim kotle. Partyzantów zaatakowano ze wszystkich stron naraz, na torach kolejowych linii Warszawa – Żyrardów czekał na Polaków hitlerowski pociąg pancerny, z powietrza spadły na nich samoloty bojowe. Pod Jaktorowem kończyła się historia partyzantów z Puszczy Kampinoskiej. W bezleśnym terenie dawnej Puszczy Jaktorowskiej, tej w której polscy królowie polowali na potężne tur. W tej puszczy żyły ostatnie z turów na świecie. A gdy już tutaj turów zabrakło, tę puszczę w pień wycięto.

Bitwa pod Jaktorowem była jedną z największych bitew partyzanckich na lewym brzegu Wisły w czasie drugiej wojny światowej. Było to także jedno z większych jednodniowych zmagań Powstania Warszawskiego. Wielu partyzantom udało się wydostać się z okrążenia, także i w zwartym szyku. Część nadal kontynuowała walkę. Powstańcza Grupa AK "Kampinos" pod Jaktorowem przestała jednak istnieć.
 
Na niewielkim cmentarzu we wsi Budy Zosine koło Żyrardowa spoczywa 132 powstańców, którzy zginęli w tej bitwie. Wśród nich mjr Alfons Kotowskiego, ps.”Okoń”. Ciało dowódcy Grupy „Kampinos” zostało odnalezione na polu bitwy. Okoliczności jego śmierci nie są znane – przypuszcza się, że załamany klęską mógł popełnić samobójstwo lub został zastrzelony przez jednego ze swoich podwładnych, obwiniających go o doprowadzenie do klęski zgrupowania. Wskazuje na to swoista „zmowa milczenia”, jaką kronikarze i weterani Grupy „Kampinos” otaczali okoliczności śmierci majora. Czy tak było naprawdę? Był jednym z tych nieszczęsnych polskich przywódców, którzy zawiedli, czy to w dziewiętnastym wieku w powstaniu listopadowym, czy w warszawskim powstaniu w wieku dwudziestym.
 
 
............................................................