sobota, 13 czerwca 2026

 

Wycieczka do Wieliszewa 


Dzień jest słoneczny, czerwcowy. Szybką koleją miejską jadę do stacji Wieliszew. Zaraz za stacją kolejową wsiąkam w sosnowe drągowiny, żadnej one urody, chociaż las to niewątpliwy. Pierwszy raz byłem tu przeszło pół wieku temu, poznawałem wtedy systematycznie Mazowsze, co tydzień odwiedzałem kolejny jego kawałek, okolice stacji Wieliszew nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Krajobraz nieużytków i sosnowych lasków, niewątpliwie na swój sposób urokliwy, w tych laskach jakieś letnisko, w nim trochę willi, podobno pożydowskich, przeznaczonych na wynajmowanie wakacyjne. Ja byłem właśnie zachłyśnięty dopiero co poznaną Puszczą Kampinoską, trudno się dziwić, że tego pejzażu nie zapamiętałem "na tak".  Na tak było teraz jezioro Kwietniówka i wznoszące się nad nim piaszczyste wydmy ora las na nich bardzo mazowiecki, swojacko  malowniczy. Z wydm widok na jeziorko wyśmienity.  

Świetny krajobraz dla pejzażystów, nic tylko malować. Nie mazowiecki, lecz mazurski pejzaż,  nie do wiary. Kiedyś było to zwykłe torfowisko, zapewne powstało w jednym ze starych koryt Narwi, rzeka mocno się w okolicy panoszyła, po swojemu płynęła, albo i nie, nie zawsze głównym nurtem. Potem torf zaczęto eksploatować, w zagłębieniu po wybranym torfie powstało jeziorko i  już na wciąż była w nim woda, nie tylko kwietniową porą po roztopach. Na zachodnim krańcu jeziora, już na skraju łąk z widokiem na pobliskie osiedle mieszkaniowe Wieliszewa, zobaczyłem tabliczkę, umieszczoną przed wielopiennym dębem. Na tabliczce napis: Dąb Jerzego i Papuszy Wieliszew 02.07.2022. 


Miałem przy sobie telefon, a w nim sprytnie schowała się sztuczna inteligencja, nie da się ukryć, skorzystałem z jej usług. Niestety, powoli nie da się żyć  bez  tego urządzenia. Wygląda, że nawet nam, w takim jak ja wieku, a więc wieku wiekowym, również coraz trudniej. Znalazłem więc w internecie (nie sądziłem że aż tak dla krajoznawcy może być bogatym!) zaproszenie sprzed kilku lat na spacer krajoznawczo przyrodniczy. Zapraszali wieliszewcy mieszkańcy, ale nie tacy całkiem zwyczajni, lecz mocno w tę swoją niewielką miejscowość zaangażowani. I tak w tym zaproszeniu napisali (niestety, tylko z tego wpisu mi znani) Agnieszka i Dariusz Żukowscy:  “Idziemy na wieliszewski spacer przyrodniczo-poetycki, by przekonać się, że w tkaninie życia wszystko jest ze sobą połączone: lasy, woda, człowiek stanowią nitki przeplatające się ze sobą i od siebie zależne. Zerwanie jednej z nich, niesie ze sobą utratę pozostałych. Idziemy, by zapuścić korzenie i pokazać, że tak jak las i woda chronią się nawzajem, tam my również możemy z wdzięcznością i wzajemnością stawać w obronie dzikiej przyrody.”

W lipcu 2022 r w Wieliszewie (i to także z internetu wzięta wiadomość) odbył się Letni piknik poetycki poświęcony pamięci Jerzego Ficowskiego i odkrytej przez niego cygańskiej poetki Papuszy. Spotkanie zorganizował Wieliszewski Klub Młodych Poetów, a inspiracją dla tego wydarzenia były wiersze Jerzego Ficowskiego oraz Jerzego Zagórskiego związane z Wieliszewem. Czytano wiersze trojga poetów oraz nadano imię Jerzego i Papuszy staremu dębowi, przy którym na polanie odbywała się cała impreza. Na koniec przewidziano plenerowy mini koncert pieśni cygańskich. 
Dlaczego Wieliszew tak o tych dwojgu sobie przypomniał ? Ale i mnie przypomniał również. Więc nie sposób o nich  tutaj nie wspomnieć, i to trochę więcej. O Jerzym i Papuszy. Właśnie tutaj, w Wieliszewie. Przypomina mi o tym nazwa tego dębu, rosnącego  na skraju łąk koło Jeziora Kwietniówka w Wieliszewie. A skąd oni oboje tu się wzięli ? Czy to z powodu tego jednego wiersza, który Jerzy Ficowski napisał  i Papuszy ten wiersz poświęcił, dając mu tytuł: Cygańska droga...? Czy był Ficowski w Wieliszewie? Być może nie. Ale nazwa Wieliszewa znalazła się w jego wierszu. 

      Zabili im konia karego
      zabili im drogę siwą

      Więc sprzedali Cyganie
      wszystką muzykę ze skrzypiec
      na targu w Wieliszewie
      bo nie było już
      dokąd grać

W jednym ze swoich zapisków, jakie od wielu lat prowadzę co roku, zapisałem kilka słów o Jerzym Ficowskim.  „Dziś Dzień Zaduszny. Zaduszki. Jest rok 2009 – pisałem wtedy.  –  Grób Jerzego Ficowskiego. Przeciętny Polak wie o nim mało, bardzo mało, lub nie wie nic. Na płycie nagrobnej trzepocą się trzy rzeźbione ptaki, jak żywe. Gołębie? Trzy dusze? Jedna jest jego? Druga należy do Papuszy? Jego wielkiego odkrycia, której wielki talent ukazał światu, a jednocześnie, nieświadomy konsekwencji, skazał na plemienną anatemę. 
A czy trzeci ptak z grobowca Jerzego Ficowskiego, to trzecia dusza? Czy należy do kolejnej wielkiej jego fascynacji artystycznej, do Brunona Schultza, którego był biografem? Młodzież nasza dzisiejsza ma pośród lektur jego „Sklepy cynamonowe” O zapamiętanym przez młodzieńca rodzinnym mieście galicyjskim jest ta proza. Powinna uczyć patrzenia. Zapamiętywania szczegółów, atmosfery, nastroju, bogactwa rodzimego języka. Czy uczy? W  czarnym marmurze nagrobnej płyty Jerzego Ficowskiego, jak w lustrze odbijają się cienie drzew, rosnących na warszawskich Powązkach. Nie przesłaniają jednak epitafium: ..."usilnie proszę moich Bliskich i moich dalekich o błogosławieństwo uśmiechu i łaskę pogody ducha zamiast westchnień i smutku, bowiem nie stało się nic nadzwyczajnego. Za spełnienie tej prośby z góry wszystkim dziękuję i za kłopot przepraszam...”
 

Miał wiele talentów. Znał wiele języków, pisał eseje, wiersze i teksty piosenek,  był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem powstania warszawskiego, znawcą ludowej poezji żydowskiej oraz specjalistą od twórczości Brunona Schulza, specjalizował się także w poezji i tłumaczeniach Federico Garcii Lorki, w  latach 1948–1950 wędrował razem z taborem cygańskim, przełożył i opublikował pieśni cygańskiej poetki Papuszy, której poetycki odkrył i został jej tłumaczem z języka romskiego. 

        Oj, jak pięknie żyć,
        nocami chodzić nad rzekę,
        ryby zimne jak chłodna woda
        chwytać w ręce!
        O
 j, jak pięknie grzyby zbierać,

        miłość nieść,
        ziemniaki piec w ognisku...
        A koń cygański już czeka na murawie,
        kiedy wóz będzie gotów do drogi...


W latach okupacji hitlerowskiej w Wieliszewie miała swoje zbiorki i ćwiczenia terenowe legionowska drużyna „Las” organizacji harcerskiej „Szare Szeregi”. Wieliszew, a w szczególności letnisko Kwietniówka, cieszył się względnym spokojem i było tu wówczas bezpiecznie. Na miesiąc przed wybuchem Powstania Warszawskiego poeta Jerzy Zagórski, wraz z m.in.Czesławem Miloszem zmarły w 1984 r. współtwórca wileńskiej grupy poetyckiej Żagary. Sprawiedliwy wśród dziejów Świata. Latem 1944 roku wraz z rodziną wyprowadził się z Warszawy  do wynajmowanego mieszkania w okazałym wtedy letnisku Kwietniówka w Wieliszewie. Właścicielami  większości z rekreacyjnych willi była wówczas ludność żydowska, głównie z Warszawy. W wynajętym mieszkaniu, na strychu miał Zagórski radiostację i prowadził nasłuch dla oddziału Armii Krajowej dowodzonego przez Konstantego Radziwiłła. 

Książę Konstanty Mikołaj Radziwiłł był ostatnim właścicielem dóbr zegrzyńskich. Gdy w 1939 roku Niemcy wkroczyli do Polski, rodzinie kazano pałac opuścić, księcia aresztowano już w  październiku 1939 roku, ale z więzienia zwolniony został dzięki protekcji króla włoskiego Wiktora Emanuela III oraz staraniom Maurycego Potockiego z Jabłonny. Zaangażował się w działalność konspiracyjną, w czerwcu 1944 roku został porucznikiem Armii Krajowej, brał udział w akcjach sabotażu i rozbrajaniu Niemców w okolicy. 14 września 1944 roku został zamordowany na terenie koszar w Zegrzu. Według relacji mieszkańców okolicznych wsi zgłosił się sam, żądając od Niemców uwolnienia swoich współtowarzyszy. Czy mógł być tak naiwny i lekkomyślny, on, oficer konspiracji? Czy tak przez okolicę kochany, że taką mu legendę ta okolica dorobiła? Podobno przed śmiercią był katowany, obwożony po okolicy w odkrytym samochodzie i pokazywany mieszkańcom. Po wojnie chłopi poinformowali Marię Radziwiłłową, że jej męża zabito w Zegrzu i tam pochowano, jednak żadnych śladów miejsca pochówku nie udało się wówczas odnaleźć. Szczątki księcia Konstantego odnaleziono dopiero ćwierć wieku później, przy przebudowie strzelnicy w Zegrzu odkryto ludzki szkielet. Po zachowanym przy nim relikwiarzu  ustalono, iż były to szczątki Konstantego Mikołaja Radziwiłła.  

Tutaj, wśród iglastych lasów malowniczo porastających wieliszewskie wydmy, do złudzenia przypominających te nadmorskie, w lipcu 1944 r. Jerzy Zagórski gościł swojego przyjaciela Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wraz z żona, który – jak się później okazało – spędził tam jedne z ostatnich tygodni swojego życia. Poległ 4 sierpnia1944 r. około godziny szesnastej na powstańczym posterunku w pałacu Blanka. Z grzbietu  wydm wieliszewskich Zagórski widział płonącą Warszawę. Jakby  kręcącą, ciemnoszara trąbę powietrzna od spodu podświetlana pomarańczowymi płomieniami. Pod koniec sierpnia 1944 roku rodzina Zagórskich, uciekając, opuściła wynajmowany dom w Wieliszewie. Próbując przedostać się do Warszawy przez pewien czas tułali się w okolicznych lasach. 

Wciąż i nieustannie najpiękniejszy opis tej wieliszewskiej okolicy wyszedł spod pióra Zagórskiego. Ten wiersz nosi tytuł „Wieczór w Wieliszewie”. Zadedykował go poeta śp. Konstantemu R., dowódcy leśnego oddziału  w 1944 r. Wiersz ukazał się w zbiorze wydanym w 1947 r. przez Spółdzielnię Wydawniczą Książka. Żył jeszcze Stalin, komunizm mościł się wtedy w Polsce i szalała cenzura, nazwisko Radziwiłł było dla cenzora nie do przełknięcia, dla Armii Krajowej też nie było miejsca w druku, takie były czasy. Myślałem skrócić wiersz Zagórskiego do tego blogowego postu, odstąpiłem od zamiaru, wiersz jest zbyt piękny. A prócz tego, to jedyny opis Wieliszewa.  

    Kończy się czerwiec. O tej porze roku
    Wrzos w najgęściejszej zieleni przypływie
    W sosnowym borze pokonał igliwie
    I ziemię dźwiga z brązowego mroku,

    Ale weselsza od wrzosów mietlica,
    Która ma barwę słońca w chmurze piasku
    Jakbyś słomiany fiolet w srebrnym kasku
    Zbełtał i rozlał po tych okolicach.

    Jeszcze zwycięża wszędzie wzrostem wrzosy
    I ona sprawia że rozchodnik żółty,
    Mech oliwkowy i liliowa smółka
    Swoje przyziemne przytaiły głosy.

    Tak przyjacielu. Przy wzgórzach jałowych
    Możesz niejeden dzień tu przeżyć w kwiatach
    Nim wieczór w jakichś Szopena poświatach
    Zagra na sosen organach pąsowych.

    A wtedy będą ciemnieć młode dęby
    A jasność w sosnach będzie szła ku górze
    Gdzie pola nieba wspanialej powtórzą
    Te wszystkie barwy co się w ziemi kłębią.

    Bo tam zobaczysz fioletowe gaje,
    Złote przesieki, czerwone strumienie, .
    Siwe jeziora a nad nimi wieniec
    świateł co wiodą w jeszcze dalsze raje.

    O mazowiecki borze co na wzgórze
    Piaszczyste wszedłeś nad jeziorem w łąkach!
    Malarz, poeta dotąd tu się błąka
    I jeden Szopen dotknął cię w lazurze.

    Więc gdy się słońce skryje za poręby,
    I świat ściemnieje, oko głowę zadrze,
    Ujrzy księżyca żagiel w drugiej kwadrze
    Mijającego chmury, sosny, dęby.

    Ty za księżycem ruszysz wędrowniku
    Ku jaśminowym gwiazdozbiorów krzewom
    I zagra w tobie jak skrzypcowe drzewo
    Niebo na leśnej ścieżyny chodniku.                                                                                                                                            
Rozległy jest dzisiejszy Wieliszew. Pierwsze udokumentowane wzmianki o nim pochodzą już z 1294 roku z klasztoru w Czerwińsku, którego Wieliszew był posiadłością. Pierwszy kościół powstał w 1387 roku z inicjatywy opatów czerwińskich. Jedynym, co pokazywać należy w Wieliszewie, jest zabytkowa kaplica w stylu klasycyzmu, znajdująca się  na cmentarzu parafialnym. Wymieniały ją wszystkie przewodniki.  Jest  skromnej, dystyngowanej urody,  nad wejściem umieszczono wzruszającą dedykację: „Żona Mężowi” . Widziałem tę kaplicę przed laty, pamiętam ten napis, poruszył mnie wówczas, pomyślałem wówczas: jakąż ładną historię dałoby się opowiedzieć, tylko z tej dedykacji korzystając.  


Idę nad brzeg Jeziora Wieliszewskiego, prowadzi wzdłuż niego wygodna, wyasfaltowana droga. Powinienem wejść  na  wieżę kościelną w centrum starej części wsi, tej która w  najmniejszym chyba stopniu zachowuje jeszcze swoją wiejskość, choć mocno  ostatnio podrajcowywaną przez coraz silniej ogarniający Polskę dostatek. Wejście na wieżę jest bezpłatne, bez wcześniejszego się umówienia dostępne tylko w niedziele i święta, Byłem w  dzień powszedni, roboczy, nie byłem umówiony. Nazwa wsi pochodzi jakoby od staropolskiego imienia Wielisz. Może  bezpośrednio od dawnego właściciela, a może od założyciela wsi, noszącego to  imię. Tak to jest z tym Wieliszewem, że niemal wszystko jest domniemaniem. Współcześni wieliszewianie postawili przy plaży na brzegu jeziora niespecjalnie urodziwą podobiznę "ducha jeziora". Chyba jeszcze legendy nikt mu nie dorobił, takiej w każdym razie nie spotkałem.  Spotkałem legendę inną, opowiada o tym, że przed wieloma wiekami, w miejscu dzisiejszego kościoła parafialnego, dobiła do brzegu tratwa z transportem ściętego drzewa. Flisacy, wdzięczni za pokonanie niezwykle niebezpiecznego odcinka rzeki, pełnego wirów, które wielokrotnie rozrywały powiązane w tratwy pnie drzew, ofiarowali cały jego transport na budowę kościoła.   Jeśli nawet to nieprawda, to i tak jest dobrze wymyślone. Bo w tej legendzie jest i kawałek naprawdę prawdziwej historii. Że był czas, gdy Wieliszew naprawdę był wsią położoną nad sama rzeką. 
 
Na drugim brzegu Jeziora Wieliszewskiego łąki są ogromne, droga tam wiedzie wśród głowiastych wierzb. Ładnie się tam wędruje. Zapewne piękniej musiało być tutaj przed tym wszystkim, czym obdarował nas wiek dwudziesty. Za tymi łąkami, na północ od kościoła nad Jeziorem Wieliszewskim, główne koryto Narwi w 1963 roku obramowane wysokim wałem ochronnym, za którym płynie główne koryto rzeki Narew. Obok Wieliszewa jest ono  w granicach Jeziora Zegrzyńskiego, a Wieliszew nie leży już nad Narwią, chociaż w granicach Wieliszewa nad brzegiem Narwi powstał Wodociąg Północny, z którego rurociągiem przesyłana jest  narwiańska woda dla Warszawy. 


 I na zakończenie tego wieliszewskiego pisania chcę powrócić do dębu Jerzego i Papuszy nad Kwietniówką. W  roku 2024 znowu zostawili swoją wiadomość w internecie Agnieszka i Dariusz Żukowscy. Że Dąb Jerzego i Papuszy w Wieliszewie na końcu ulicy Jerzego Zagórskiego jest jednym z miejsc, które nazwali  Roślinno-Muzealno-Katedralnymi. Bo ma piękne sklepienie ze swoich konarów. Jak naturalna katedra i muzeum zarazem. Zróbmy pod min swoją noc Muzeów i Katedr −− pisali. −−  Spotkajmy się tam wieczorem, zachęcali, poczytajmy wiersze Papuszy i Jerzego Ficowskiego, posiedźmy razem, popatrzmy w niebo przez liście. Zróbmy taki wspólny nocny piknik, ognisko. weźmy koce i prowiant.

No i wzięli koce i prowiant i poszli w tę noc pod ten dąb wieliszewscy poeci. Włącznie z dwójką organizatorów sześcioro się znalazło chętnych, poinformował mnie internet. Czyż trzeba to skomentować? Czy czegoś jeszcze nie wiemy o miejscu poezji w  naszym codziennym życiu?  Poeci dobrze o tym  wiedzą, nawet ci, którzy należą do najbardziej znanych. Chociaż za te wiersze niektórzy dostają Nobla, w Polsce dwojgu to się zdarzyło...   Ale myślę także, że dwójka zapraszających była szczęśliwą na tym wieczornym spotkaniu pod dębem. Było ich sześcioro, prócz tych dwojga jeszcze cztery osoby, niewątpliwie z grona bliższych znajomych, być może przyjaciół, na pewno podobnie czujący. I ta muzealna noc pod tym dębem na skraju jeziora Kwietniówka w Wieliszewie była dla nich wszystkich tym właśnie, czego potrzebowali. Do pozazdroszczenia !                           

......................................

PS. Przy pisaniu tych swoich refleksji o Wieliszewie korzystałem głównie ze znalezionych w internecie tekstów, jakie napisał Krzysztof Klimaszewski i pomieścił w Gazecie Wieliszewskiej lub legionowskiej Gazecie Powiatowej. Informacje o wieliszewskim epizodzie z życia Jerzego Zagórskiego zawdzięczam internetowej stronie Centrum Kultury w Wieliszewie,  dołożył coś od siebie  Wieliszewski Klub Młodych Poetów, tylko nie wiedzieć czemu  bez choćby jednego z ich wierszy.  Wiersz Papuszy wybrałem z Pieśni Papuszy, tłumaczonych przez Jerzego Ficowskiego, wydanych we Wrocławiu w r.1956. 

.......................................................................

poniedziałek, 11 maja 2026

 Kaczeńce z Wieraszki
koło wsi Zambski w pobliżu Pułtuska
na skraju Puszczy Białej 

Z uroczyskiem Wieraszka mam moc cudownych wspomnień. Można przypuszczać, że nazwa pochodzi od zawirowań rzeki, rzeka tam się nieustannie wierciła, meandrowała, wbijała koryto tam, a potem gdzie indziej, wciąż zmieniała decyzje i zakola formowała w coraz to innym miejscu. Jest tych zakoli trochę w tej okolicy, świetnie widać je na mapie, a w nich torfowiska, czasem stoi tam woda, niemal wszędzie rośnie las olszynowy. Ku Zambskom nad Narwią rosną zachwycające murawy napiaskowe,  w nich rozchodniki i macierzanki, kobierce lepiężnika kutnerowatego, któregoś lata przez blisko godzinę się po nich włóczyłem, fotografując zapamiętale. 
 
A kilkanaście lat wcześniej o wiosennej porze drogę przez łąkę w Wieraszce przegrodziła mi wielka woda. Akurat kwitły kaczeńce i cała łąka była pokryta złocisto żółtym dywanem. Zdjąłem więc buty, spodnie podkasałem i wszedłem w tę wodę i w te kaczeńce. Jakież wspaniałe uczucie ! Iść tak przez wodę bosymi stopami pośród złocistych kwiatów. Nie miałem wtedy ze sobą aparatu fotograficznego. Nigdy przedtem i nigdy potem już mi się nie rozścieliła się taka kaczeńcowa łąka na mojej drodze. Gdy byłem młody i sił co nieco miałem, na Wieraszkę wielokrotnie przychodziłem pieszo z Pułtuska, oddalonego o kilkanaście kilometrów. Za każdym razem inną trasą, za każdym odmienną wracałem. W sąsiadującej z uroczyskiem Puszczy Białej rośnie dorodny las łęgowy ze starymi przestojami dębowymi, zawsze widywałem je przedwiośniem i wiosną, chyba nigdy w pełnym listowiu, zabawne, że przede wszystkim tylko wtedy mnie tam ku Wieraszce ciągnęło. 
 
Minęły lata, wciąż tam powracam, mam stamtąd same dobre wspomnienia, ale na starość zrobiło się to za daleko dla mnie, kitwaszę się więc w terenach podwarszawskich, Wieraszkę odłożyłem na półkę wspomnień. Ugina się od nich, mam ich stamtąd tak wiele! I mieć je dobrze bardzo. Starość jest wtedy przyjemniejsza, gdy dobre wspomnienia ją barwią... 
.................................................. 
 
Tydzień po tym, jak to moje wspomnienie o kaczeńcach z Wieraszki się znalazło w blogu, swój komentarz pomieściła w nim pani Małgorzata Szafrańska. "I dla mnie tej wiosny było do Wieraszki za daleko. Powędrowałam szukać kaczeńcowych łąk bliżej, w okolice rezerwatu Bartnia i kurpiowskiej Ponikwy. I co? Osiem (osiem!) kępek kaczeńców znalezionych w ciągu dwóch dni. Podobnie było w Górze, którą Pan odwiedził. Narew bez kaczeńców to już chyba koniec świata.
Za to w obu miejscach gęsi. Gęsi! Dziwnie obojętne na widok człowieka, a dawni myśliwi pisali, że to ptaki równie czujne jak żurawie. Podejść ich nocą na wodzie było niemożliwe. W dzień, gdy żerowały na łąkach, należało schować się za jakąś pasącą się w pobliżu krową i delikatnie ją popychając w stronę gęsi zbliżać się powolutku do stada. Ale to przeszłość. Dziś na polskich łąkach krowa jest okazem zoologicznym występującym coraz rzadziej."
 
Mój Boże, ileż to ja się za tymi gęsiami nachodziłem po Mazowszu w czasach młodych. Tak bardzo chciałem je zobaczyć, Na  żywo i w naturze. Lęgły się zaledwie w kilku miejscach, nie miałem wówczas auta, wtedy mało kto miał coś takiego, jechało się tam gdzie się dojechać dawało. Na przykład na Stawy Okręt i Radwan na Ziemi Łowickiej, która, choć od wielu lat przypisana do województwa łódzkiego, Mazowszem jest jak najbardziej.  Za to, zwłaszcza na wiosennych przelotach nad Mazowszem, to ho, ho! gęsi się widywało. Nad moim Żoliborzem o świcie leciały z ciepłych krajów gęsi białoczelne, gęsi tundrowe i bernikle, leciały  i krzyczały do mnie po swojemu, spać nie dawały, trzeba było wstawać i lecieć na balkon i podmarzając patrzeć jak lecą. Tylko tyle? Tylko po to? Zapytacie po co? No właśnie...
Suchych, polskich lat w swoim życiu trochę przeżyłem w naszej ojczyźnie, z roku na rok bardziej dotkliwych. Ale że zwykłej knieci błotnej nam braknie pod bokiem? O tym nie pomyślałem. A przecież powinienem, knieć jest błotna, nie ma błota bez wody, a woda - pytam grzecznie - gdzie ona wod\a?  Coraz mniej czajek, wołających swoje kiwit kiwt na wilgotnymi  łąkami. Bo  łąk wilgotnych prawie nie ma.  Jak z Wieraszki z kaczeńcami, tak z rycykami mam takie wspomnienia, szedłem drogą nad starorzeczem bużyska koło Prostyni, a spod nóg zrywały się rycyki, to była pora lęgowa, one gdzieś tam w trawach koło tej drogi miały swoje gniazda, do sianokosów miały spokój, ta droga im zupełnie nie przeszkadzała, aż tu ja przyszedłem i nieproszony pchałem się im do domu... 
 
Rycyków mi bardzo brakuje, ba! tęsknię za nimi przemożnie, świat bez rycyka, jak i bez czajki. bez bekasa, jak i bez ich tak charakterystycznych nawoływań, tak odróżnialnych od siebie, a razem nad jedną łąką słyszanych, tam muzycznie współbrzmiących, to już nie jest ten świat. Ale żurawi przybyło, na zimę nie odlatują do ciepłych krajów. Jak i gęsi! one także u nas zostają, Puszcza Kampinoska i dolina dolnego Bugu pełne są gęsi i żurawi w zimowych miesiącach. O kilku lat przeczekują coraz krótsze, nieco sroższe polskie zimy. Wyraźnie skalkulowały, że nie opłaca nam to latanie tam i nazad, skoro praktycznie wszystko tu maj, a te polskie zimy wcale nie takie okropne. I zapewne jeszcze trochę i nie będzie ich niemal wcale. Więc może jednak prawdą jest, że zmienia nam się klimat? Przyroda to wie znacznie lepiej, niż niektórzy politycy, którzy temu zaprzeczają. Zwykłe ptaki, gęsi, które są synonimem głupoty (całkiem niesłusznie zresztą), wiedzą jak to naprawdę z tym klimatem jest coraz bardziej...
 
Gęsia rodzinka na mazowieckich wodach jest na tym zdjęciu, zdjętym na stawach raszyńskich tuż tuż pod Warszawą, u jej granic dosłownie.  Małe gęgawki tu się urodziły, wychowają, doczekają swojego potomstwa, do żadnych ciepłych krajów nie muszą lecieć, nikt ich po drodze nie ustrzeli. Ale jak to będzie z tą wodą w kolejnych latach, skoro teraz jakby już całkiem nie najlepiej i pomniejsze mazowieckie rzeczki latem wysychają?  Urszuli ze Słodowca  dziękuję za zdjęcie gęsi, pani Małgorzacie wielkie serdeczności za wspieranie mnie w tym blogowym pisaniu i podawanie kolejnych tematów do refleksji. 
...................................... 


Kwitnie tarnina
w okolicach niewielkiej wsi Góra 
w dolinie dolnej Narwi.... 

Późną wiosną kwitnie tarnina, w poezji symbol surowej natury i przemijania, a zarazem trwania, często kojarzona z cierpieniem, bo cierniowy to krzew. Owoc ma smak gorzki, cierpki. Nie jest cierpieniem nalewki z tarniny smak. A przecież w gruncie rzeczy tarnina jest jak chwast, choć jest cenioną rośliną zielarską. Zdaje się  gościć co najwyżej na przydrożach dróg wiejskich, czasem wśród polnych miedz, czasem przy leśnych traktach, najchętniej na nieużytkach. Za Mazowszem  nie przepada, Roztocze, Małopolska i Podkarpacie zdają się być jej bardziej przyjazne. Gdy przekwitnie, prawie nie zwraca na siebie uwagi, ot taki sobie wcale wysoki krzew, na dodatek ciernisty, klujący, nie pozwala do siebie podejść. Od ciernistego charakteru krzewu pochodzi jej nazwa, od prasłowiańskiego słowa tarn, oznaczającego cierń. Najwyższy szczyt polskich Bieszczadów nosi nazwę Tarnica. 

Pod koniec tegorocznego kwietnia na podwarszawskim Mazowszu trwał  godowy czas kwitnącej tarniny, akurat się na niego załapałem w okolicach  wsi Góra w dolinie dolnej Narwi. Byłem tam z przyjaciółmi ze swojej z turystycznej gromady. Kwitła tego kwietnia tarnina wśród łąk na Narwią. Ale susza tegorocznego kwietnia była poruszająco smutną. Te wspaniałe łąki, na które zachodziłem wczesną wiosną, aby brodzić wśród wiosennych rozlewisk i przez lornetkę podglądać żerujące wśród nich ptaki. 
 
 
Na znajdującym się tam wyniesieniu nad łąkami w roku 1780 stanął kształtny pałac w klasycystycznym stylu. Postawił do dla siebie książę Stanisław Poniatowski, młodszy z dwóch bratanków króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Starszym z bratanków był książę Józef,  był znany, miał swój pałac tuż obok królewskiego zamku  w Warszawie, miał drugi w Jabłonnie. Do polskiej pamięci przeszedł jako świetny dowódca spod Raszyna, jego nazwisko znajduje się wśród nazwisk bohaterów wojen napoleońskich, umieszczone na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Jego posąg wciąż oglądamy w telewizorze, stoi przed nieustannie fotografowanym pałacem prezydenckim w Warszawie.  Drugim bratankiem króla był książę Stanisław. Jego świetny portret literacki nakreślił Marian Brandys w wydanej w roku 1967 książce "Nieznany książę Poniatowski". Malarskiego portretu księcia trzeba szuka po internecie,  w oryginale jest do obejrzenia w dolnośląskim zamku Książ.  
 

Książę Stanisław miał być królem Polski, nie został, historia zarządziła inaczej, caryca Katarzyna rządziła wtedy historią na polskich ziemiach. Wybudował sobie książę Stanisław pałac. Pałac był piękny, pięknie położony, krótko książę z niego korzystał, w 1791 roku pałac i swoje włości sprzedał,  przedtem uwłaszczył chłopów w swoich majątkach. Potem wyjechał  z kraju, zamieszkał we Włoszech, umarł we Florencji. 

Pałac w Gorze wyglądał świetnie. Są jego podobizny malarskie. w czasie drugiej wojny światowej popadł w ruinę. Odwiedzało się te ruiny. Rzadko, ale jednak. Krajobraz w otoczeniu niepospolity. Malownicze, malowniczo położone są te ruiny, cel wycieczek był zawsze zacny. Trzynaście lat mnie przy tych pałacowych ruinach nie było. Prezentowały się i owszem owszem, romantycznie, jak należy... 

Trzynaście lat ostatnio mnie przy tych ruinach nie było. Teraz ruiny książęcego pałacu w Górze zastałem schowane w gąszczu roślinności. Nie takie ruiny zapamiętały  moje archiwalne fotografie. Bujna roślinność starannie je teraz skrywała. Tarnina grała tam rolę główną.  Patrząc od drogi jezdnej nawet domyśleć się nie było można, że w tym gąszczu roślinnym cokolwiek się znajduje. I w tym gąszczu wokół pałacowych ruin zobaczyłem drugą bohaterkę tej opowieści - tarninę. Bywałem tam co kilka lat, nie widywałem jej w przeszłości czy nie dostrzegłem? Pewnie dlatego, że nigdy przedtem nie bylem tam w porze jej kwitnienie. Gdy przekwitnie nie rzuca się w oczy. Gdy się jej dotknie, nie zauważyć nie sposób, kłuje albowiem, bo tarnina krzewem jest  ciernistym. 

 Pomiędzy kwitnącymi krzewami tarniny zawiodła ku ruinom ledwo dostrzegalna dróżka. Zdaje się, że prawie nikt nią nie chodził, bo i po co, bo cóż tam w gruncie rzeczy można zobaczyć, szczątki starych, ceglanych murów, otwory ogromnych okien, świat dawno już nikogo w okolicy nie interesujący, czasem tylko jacyś wędkarze idą obok ku pobliskiemu  jezioru, a turystów prawie chyba bardziej, niż niewielu. No i kogo tak naprawdę interesuje historia, zaklęta w zrujnowanych murach. Żadnych duchów, żadnych zjaw i strachów, żadnych legend nawet te ruiny nie mają. 

Wszedłem ku ruinom ledwo widoczną drożynką, którą otaczały cierniste krzewy biało kwitnącej tarniny. Usiadłem wśród tych ruin. Moje  towarzystwo poszło z lornetkami, aby podglądać żurawie, gęgawy i nurogęsi nad jeziorkiem Drążdżewo,  zanim powrócą miałem trochę czasu na myślenie.   

Tarnina w poezji funkcjonuje jako symbol wytrwałości, piękna ukrytego w cierpieniu oraz pamięci historycznej. W poezji motyw ten łączy się też z rustykalnym krajobrazem, pamięcią o domu i trudzie życia. Jest  symbolem wytrwałości. Pisali o niej wiersze  Zbigniew Herbert i  Leopold Staff, ten drugi używał jej jako metafory ocalałej pamięci, która "odkwita" na miedzy, przypominając o przeszłości i pokoju w czasach wojennej pożogi. W poezji ludowej  tarnina reprezentuje naturę, która jest jednocześnie kłująca, jak i dająca słodko-cierpkie owoce, co odnosi się do słodko-gorzkiego smaku życia. Motyw tarnina łączy surowy pejzaż z głęboką refleksją egzystencjalną, często pojawia się w kontekście polskiej wsi oraz historycznych traum. To wszystko, co odnotowałem z internetowej Wikipedii, jej skonstruowała to podobno sztuczna inteligencja. Do kaduka! ładnie to skonstruowała, doprawdy. 

Nie lekceważmy tarniny drodzy wędrowcy, gdy spotkacie ją na przydrożach swoich szlaków. Jest rośliną leczniczą, jadalną, miododajną. Zaliczana jest do śliw, w pełnej swojej gatunkowej nazwie jest  śliwą, tak ją określają botanicy: śliwa tarnina. Ponieważ jest dzikim, ciernistym przodkiem  z rodziny różowatych. Kuzynem – dodała sztuczna inteligencja.  Owoce śliwy tarniny są mniejsze i bardzo cierpkie, wykazują cechy charakterystyczne dla śliwek, takie jak ciemnogranatowy kolor, niebieskawy nalot oraz podobna budowa pestki.

Tarnina odgrywa znacząca rolę w kulturze ludowej. U dawnych Słowian u dawnych Słowian sadzono cierniste krzewy tarniny na grobach samobójców. Po to, aby powstrzymać ich od straszenia żywych. Palono w nich wiedźmy. Kołkami z tarniny zabijano stworzenia uważane za wcielenia złego, w tym też nietoperze. Ze względu na przypisywanie tarninie tego, że posłużyła do zrobienia korony cierniowej dla Jezusa Chrystusa, w kulturze chrześcijańskiej wiązana była z szatanem. W czasie polowań na czarownice w Anglii była tępiona jako roślina obrzędowa wykorzystywana do czarów i używano jej do budowy stosów. Z drugiej strony podawana jest legenda z Poznania, według której Bóg obsypał tarninę niezliczoną ilością śnieżnobiałych kwiatów, by w ten sposób dowieść jej niewinności i zdjąć oskarżenia, że to z niej wykonano koronę cierniową.

Znane  po wsiach powiedzenie ”Tarnina kwitnie – będzie zimno” wiąże się ze zbieganiem się terminu kwitnienia z okresowym ochłodzeniem następującym nieraz w maju. W tym roku przechodząca przez Polskę w ostatnich dniach kwietnia, tuż przez majowym weekendem, fala przymrozków wyrządziła duże straty w sadach.  Minusowe temperatury w nocy zniszczyła sady w regionie  grójeckim. Straty sięgają od kilkudziesięciu do nawet stu procent. Przymrozki dotknęły sady w najtrudniejszym dla nich momencie, bo w okolicach kwitnienia. Niektóre gatunki już kwitną, inne są tuż przed kwitnieniem, więc to jest faza największego ryzyka wystąpienia straty. Niestety te straty już są ogromne i to jest trzeci sezon, kiedy wiosenne przymrozki robią takie spustoszenie w polskich sadach. 

….................................



Co zostawiły po sobie carskie konie?
Dziwne losy świdośliwy spod Bolimowa

Kwitnie świdośliwa pod Bolimowem.

 


    Rośnie wśród lasów koło Bolimowa roślina taka, co to świdośliwa wielkokwiatowa się nazywa. Zakwita w drugiej połowie kwietnia i bardzo ubarwia wiosenną Puszczę Bolimowską. W przedziwny sposób tutaj przywędrowała. Miało to miejsce w czasie I wojny światowej, wtedy, kiedy  wojska niemieckie podjęły próbę zatrzymania prącej na Łódź armii rosyjskiej.   

Na przełomie 1914 i 1915 roku trwały siedmiomiesięczne walki pozycyjne nad rzeką Rawką koło Bolimowa. Niemcy kilkakrotnie podejmowali próby sforsowania Rawki, do historii przeszedł śmiercionośny atak gazowy pod Bolimowem, ofiary po obu stronach liczono w tysiące. W okolicznych wsiach i pośród lasów znajdują się żołnierskie mogiły, największa z nich zwana jest Mogiłą Bolimowską i jest na skraju lasu na gruntach wsi Joachimów-Mogiły.  
 

W sąsiedztwie tego ogromnego żołnierskiego mauzoleum 
w podszyciu ładnego starodrzewu dębu szypułkowegorośnie rośnie owa świdośliwa.  To właśnie żołędzie tego gatunku służyły kilkaset lat temu do zakładania pierwszych w Europie plantacji leśnych. Lasy dębowe sadzono jednak nie z myślą o późniejszym pozyskiwaniu drewna, albowiem drewna wtedy było jeszcze w bród. Sadzono je z myślą o pozyskiwaniu żołędzi, które stanowiły podstawę paszy dla wieprzów. Wartość dąbrów mierzono liczbą świń, które las mógł wyżywić! Właściciel lasu często udzielał określonym osobom pozwolenia na „gajenie się na żołędź”, tj. zbierania określonej ilości żołędzi przez określony czas. Niekiedy takie „gajenie się” było zastrzeżonym od lat przywilejem np. miejscowego proboszcza. Mieszkańcy wiosek za prawo zbierania żołędzi lub wypasania trzody chlewnej w lasach musieli opłacać „żołędne”.
Świdośliwa wielkokwiatowa co to dzięki carskim koniom przybyła pod Bolimów. 
     
Wczesną wiosną niemal wszędzie w okolicy w dolnym piętrze lasu zakwita świdośliwa.  Na świecie występuje około  25 gatunków świdośliwy. Świdośliwa wielkokwiatowa spod Bolimowa jest mieszańcem, a „rodzicami” są gatunki sprowadzone do Europy z Ameryki Północnej. To duży krzew, czasem nawet drzewko, dosięgające trzech metrów wysokości. Ma niewielkie wymagania siedliskowe. Młode pędy są omszone i po roztarciu zapachem przypominają migdały. Gładkie liście są  z wierzchu ciemnozielone, a spodem jasne, jesienią ładnie się przebarwiają na czerwono.      Dzięki świdośliwowym kwiatom  nadzwyczajny jest wiosenny obraz okolicznego lasu, są te kwiaty białe lub kremowe. Owoce dojrzewają pod koniec czerwca. Przypominają jagody, są granatowe, miękkie i soczyste, o słodkawym smaku. Że są bogate w cukry i witaminy, ci, co wiedzą jak to robić, używają ich jako dodatku do kwaśnych przetworów, a napar i nalewkę z kwiatów jako lek wzmacniający serce i obniżający ciśnienie krwi.
   Po co akurat tutaj i tylko tutaj sadzono świdośliwę? Otóż, jak powiadają w okolicy i bardzo jest to prawdopodobne, świdośliwy tutaj nie sadzono, ona zasiała się i rozsiała sama za sprawą carskich koni. W czasie I wojny światowej armia carska przywiozła z sobą duże ilości owoców świdośliwy, którymi to owocami karmiono żołnierskie konie. Co tu mówić, w okropnie prozaiczny sposób zagościła świdośliwa do lasów pod mazowieckim Bolimowem. 
 

Wiosenne kwiecie naszej bohaterki spod Bolimowa.  Fot.L.Herz


     PS. Obstawiam niemal każdą kwotę, że nikt z czytających ten blog, świdośliwy pod Bolimowem na żywo nie oglądał, a na dodatek świdośliwy kwitnącej. Droga do niej opisana została w 1.wycieczce z sercem w wydanym przez oficynę wydawniczą >Rewasz< moim przewodniku "Puszcza Bolimowska". Nie tylko dla tej świdośliwy przewodnik ten polecam.

poniedziałek, 4 maja 2026

Drzewa, jak i ludzie, zmieniają się z wiekiem.  

1 maja tego roku znów tam zaszedłem. Chciałem tam być. Dokładnie teraz. Albowiem 65.lat temu, w dniu 1 maja 1961 roku, po raz pierwszy tutaj właśnie. w tej okolicy zobaczyłem prawdziwą Puszczę Kampinoską. Tutaj, na zielonym szlaku z Dziekanowa Leśnego  miało miejsce moje pierwsze spotkanie z prawdziwie puszczańskimi fragmentami Kampinoskiego Parku Narodowego. Teraz częściowo trasę tamtej wycieczki powtórzyłem. Na całość nie miałbym już siły, mam swoje lata. Wtedy, w roku 1961 park narodowy miał dopiero lat dwa lata,  a ja wchłaniałem urodę rezerwatu "Sieraków", który powstał dwa po moich narodzinach. Nie wiedziałem jeszcze  w czasie tej swojej pierwszej wędrówki przez prawdziwą Puszczę Kampinoską, że stanie się ona sensem mojego życia. 

Jak wtedy, tak i teraz przyszedłem tutaj zielonym szlakiem od Dziekanowa Leśnego. Sfotografowałem wtedy dwa okazałe dęby szypułkowe rosnące obok leśnej osady służbowej KPN. Dąb większy ma ponad 250 lat i 340 m obwodu.  nazywany jest Starym Dębem. Sfotografowałem te dęby teraz. Po raz pierwszy zdejmowałem je 65 lat temu,  1 maja 1961 r. To zdjęcie jest czarno-białe, nie marzyło nam się wtedy jeszcze, że kiedyś będzie można robić zdjęcia kolorowe. Zrobiłem zdjęcie tym dębom także teraz, 1 maja 2026 roku. Zdjęcie jest barwne i  własnym telefonem zdjęte, kto wtedy myślał, że coś takiego może się nam przytrafić. 

To są te same dęby, te same, ale jednak inne. Sześćdziesiąt pięć lat robi różnicę. Drzewa, jak i ludzie, zmieniają się z wiekiem. Niby te same drzewa, ale przecież inne.  Nie zrobiłem sobie selfie z tymi starymi dębami. Tym dębom te ich sześćdziesiąt pięć lat dodało urody i dostojeństwa. U ludzi sprawdza się to niekoniecznie... 


sobota, 18 kwietnia 2026


W Kampinosie koło Kampinosu:


wielkie, pomnikowe drzewa nie lubią być anonimowe. 

Na zdjęciu, otwierającym ten post, jest najsławniejszy pomnik przyrody w Puszczy Kampinoskiej, ważny cel turystycznych wędrówek. Według legend odpoczywał pod nim król Władysław Jagiełło i przez lata całe zwano to potężne drzewo Jagiellonem. Jak powstał Kampinoski Park Narodowy, nazwano to drzewo nazwiskiem inicjatora powołania parku narodowego w podwarszawskiej puszczy, prof.Romana Kobendzę. Wielkie drzewa nie lubią być anonimowe. Powędrujmy ich szlakiem...   

W górach się wędruje na szczyty i przełęcze, nad górskie stawy i wodospady, do schronisk turystycznych lub na punkty widokowe. W terenach nizinnych tak łatwo nie ma.  Przez wiele lat docelowymi obiektami turystycznymi w Puszczy Kampinoskiej były głównie obiekty martyrologiczne. Był taki czas (a może i trwa jeszcze?), że jak się mówiło o historii, to przede wszystkim o wojnach, bitwach i powstaniach. Rajdy ku takim miejscom urządzano masowe, rajd do cmentarza Palmiry gromadził jednego dnia tysiące turystów. 

Przez całe lata przyroda w Puszczy Kampinoskiej służyła człowiekowi albo tylko płodami lasu, drewnem przede wszystkim, albo była dekoracją dla naszych turystycznych spacerów i wędrówek ku nielicznym miejscom, związanym z osobami lub wydarzeniami historycznymi.  w wędrówce ku miejscom związanym z  historią. Tak się w Polsce losy nasze ułożyły, że głównie śladami narodowej martyrologii  pośród tej przyrodniczej dekoracji. Pierwsze znakowane szlaki turystyczne były wytyczane w latach międzywojennych XX wieku. Nie ku dziełom i ewenementom przyrodniczym prowadziły,  lecz ku śladom ważnych wydarzeń historycznych. Szlak wschodni prowadził ku Mogile Powstańców 1863 roku koło Zaborowa Leśnego, szlak zachodni łączył związane z pobytem Jagiełły okolice Czerwińska nad Wisła z wczesnośredniowiecznym grodziskiem na Zamczysku. 

W 1959 roku powstał Kampinoski Park Narodowy (ze smutkiem dodam, że dzisiaj nie miałby na to szans) i ochronie przyrody powinien służyć, ale i umiejętnie godzić tę ochronę z popularyzacją wiedzy o przyrodzie i jej wartościach, ale i ze znajomością historii. I chociaż najważniejsza jest przyroda, dla wielu z nas otaczające szlaki turystyczne krajobrazy bywają  tylko dekoracją, otaczającą szlak. Ładną,  piękną lub tylko taką sobie. Rzut oka, czasem w marszu jeśli pieszo, albo z nad kierownicy roweru, jeśli rowerem. 

Na swoich spotkaniach z czytelnikami swoich książek i przewodników opowiadam często o takim autentycznym zdarzeniu z Przysłopu Miętusiego w polskich Tatrach. Miejsce to jest zupełnie wyjątkowe, łatwo osiągalne i najbardziej widowiskowe w pogodne, słoneczne dnie wczesnego lata. Wtedy, gdy nad górską polaną, tonącą w świeżej, bujnej zieleni, wznoszą się skaliste, zbudowane z jasnych wapieni, o kilometr wyższe szczyty Czerwonych Wierchów, a w wysoko zawieszonych polodowcowych kotłach ich północnej ściany miejscami zalegał jeszcze śnieg. W tamtym dniu sprzed lat, o którym  wspominam właśnie, napatrzeć się z zachwytem na panoramę okolicy nie mogłem. Od strony Gronika zbliżał się do mnie niemłody pan, a gdy już podszedł blisko, uchylił słomkowego kapelusza zamaszystym, eleganckim, przedwojennym gestem, i zapytał uprzejmie: przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie tu jest ten piękny widok, o którym mi mówiono, żebym koniecznie zobaczył? 

Rozumiem faceta. Zaszedł po widok, a nikt mu tan nie zrobił jakiejś wieży widokowej albo przynajmniej pół metra wyższej od gruntu platformy z ogrodzeniem, o które mógłby się ramionami wygodnie oprzeć, aby widok podziwiać. W Kampinoskim Parku Narodowym  mamy taką jedną, postawiono ją nad turzycowiskami Olszowieckiego Błota w Granicy. Wejdzie się na taką wieżę i już nie ma się wątpliwości, że widać widok z tej wieży, a ładny bywa nadzwyczajnie. 


Ta wieża znajduje się w Granicy, a owa Granica to nasza podwarszawska Białowieża. Jeśli chce się w Kampinoskim Parku Narodowym zobaczyć coś, co zobaczyć trzeba przede wszystkim, to właśnie to, co tam się znajduje. Granica znajduje się o rzut kamieniem od Kampinosu. Miejscowość o nazwie Kampinos znajduje się na skraju Puszczy Kampinoskiej. Chociaż to ten Kampinos dał nazwę całej puszczy, to wieś Kampinos nie jest najważniejszą miejscowością dla Puszczy Kampinoskiej. My dzisiejsi bardzo lubimy wszelkie skróty, więc teraz wcale chętnie całą puszczę nazywamy Kampinosem. Dla wielu warszawiaków Kampinosem są Palmiry z okolicami lub Wólka Węglowa, albo Wiersze, czy też Truskaw. Dla turystów wieś Kampinos była ważna tylko w latach tzw. Polski Ludowej, ”za komuny” po prostu.  Niedługo po zakończonej II wojnie światowej, od lat pięćdziesiątych XX wieku wieś Kampinos była ważnym ośrodkiem turystycznym. 
 

W budynku dworu we wsi Kampinos istniało schronisko PTTK (z tamtych czasów jest ta fotografia), można było w nim zjeść obiad i  zanocować, organizowano kuligi i jazdy konne. To nie był zwykły, klasycystyczny dwór, w jego murach przywódcy powstańczy  organizowali Mazowszan do walk o niepodległość w 1863 roku. W czasie II wojny światowej w dworze działała placówka żandarmerii hitlerowskiej, mieszkańcy wsi musieli nosić specjalne opaski,  w parku dworskim rozstrzelano wielu Polaków. W III Rzeczpospolitej PTTK pozbyło się tego obiektu, gmina sprzedała dwór w prywatne ręce, a obecny właściciel nie jest chętny turystom. Pozostaje oglądanie zabytku przez ogrodzenie. 

Przez wieś Kampinos najczęściej się tylko przejeżdża. Rzadko wysiada się z samochodu koło kościoła w Kampinosie. Rzadko do Puszczy idzie się teraz z Kampinosu pieszo. Takie czasy nastały. Szkoda.  Kościoła też się nie zwiedza, najczęściej jest zresztą zamknięty, też szkoda, bo jest wewnątrz na co spojrzeć. Pozostaje tylko rzut oka, czasem nawet i na to nie ma się czasu, ani ochoty.  Kampinoski kościół jest tylko fragmentem dekoracji w drodze ku puszczy. 

Kościół w Kampinosie jest drewniany, zbudowany z drobnosłoistych sosen kampinoskich w latach 1773–82. Stanowi przykład wpływu, jaki na budownictwo drewniane wywierała architektura murowana: fasada powtarza formy barokowe i w pewnym stopniu klasycystyczne. Niełatwo daje się sfotografować, zawsze pod słońce, niezależnie od pory roku i dnia.  

Wieś Kampinos jest zadbana, dość posażna, chociaż ładna nie za bardzo i do oglądania jest niewiele, a jak już jest, to niedostępne. Dwa zabytkowe dęby naprzeciw kościoła oglądać jednak można zawsze, bez ograniczeń. Zatrzymałem się niedawno przed nimi, aby zrobić im te zdjęcia; kończyła się zima, trwało wtedy przedwiośnie, pora jeszcze bezlistna, świetny czas na zdejmowanie takich okazałych drzew, nagie dęby stały w pełnym słońcu, świetnie się prezentowały przed obiektywem. Po prawej rośnie bezszypułkowy dąb  „Fryderyk” (jego nazwa ma przypominać wielkiego kompozytora, Fryderyk Chopin urodził się w niedalekiej Żelazowej Woli), wysoki na 28,5 metra. Po lewej jest dąb szypułkowy,  ten z poniższego zdjęcia, nosi imię „Stefan”, ma nim przypominać Prymasa Tysiąclecia, kardynała  Wyszyńskiego. Jest tęższy od "Fryderyka", ma 475 cm obwodu w pierśnicy i szczególnie piękny pokrój korony. 


Oba wzrastały w otwartej przestrzeni, stąd i ta kulista korona u każdego. Nie przypadkowo tam rosną, sadzono je niewątpliwie po to, aby kościołowi towarzyszyły. Budowlę tego kościoła ukończono w roku 1782, wtedy – jak przypuszczam  – dęby te sadzono, sadzonki zapewne miały po lat kilka, oba olbrzymy mają więc po niespełna lat trzysta.  

Na północ od tych dębów koło kościoła w gminnej wsi Kampinos, są fragmenty krajobrazu, na widok których ręce same składają się do oklasków.  Jest tu praktycznie wszystko to, co w Puszczy Kampinoskiej jest dla niej bardzo najbardziej. Znakomitym wstępem do tego, co w przyrodniczym pejzażu okolic  Kampinosu jest dojście piesze ku puszczy. Nie tak doskonałe, jak podejście od pałacowego parku w Białowieży, wiodące wśród otwartego krajobrazu  ku rezerwatowi ścisłemu królowej puszcz polskich, Puszczy Białowieskiej. Ale i tutaj, pod Kampinosem, to piesze dojście do Puszczy Kampinoskiej jest niczym  gra wstępna do osobistego stosunku miłosnego. Powiem szczerze, gra wstępna przy pomocy roweru, lub – nie daj Boże – samochodu, jakoś mi nie bardzo pasuje. 

Niezłym celem wędrówki z Kaminosu jest obszar ochrony ścisłej, który nosi nazwę "Nart".  Narty to staropolskie określenie lasów. nartami zwano też budników, leśnych ludzi, zajmujących się wyrębem lasu. Wszystkiego nie wyrąbali zw szczętem, są w  otoczeniu Kampinosu relikty prawdziwej Puszczy, o jakiej dziś czyta się tylko w książkach historycznych.  Zwarte drzewostany są w Narcie ponad dwustuletnie. Malownicze, jak nie wiadomo co. 

Na rozwidleniu dwóch dróg w Narcie rośnie najstarszy na Mazowszu  grab pospolity. W swoim przewodniku po Puszczy Kampinoskiej pisałem o dwóch 300-letnich grabach, rosnących obok siebie. To już nieaktualne.  Powyżej pomieściłem zdjęcie obu sprzed lat, gdym je zdejmował pora była jesienna,  ładnie obok siebie wyglądały. Wciąż żyje ten, który na zdjęciu jest na przodzie. Truchło drugiego leży w sąsiedztwie. Czy grab w Narcie rzeczywiście ma lat 300? Pierwszym, który to napisał był Tomasz Chludzińskie, autor pierwszego sensownego, choć niewielkiego przewodnika po Puszczy Kampinoskiej, wydanego przez Sport i turystykę w roku 1964. Później zaczęli te trzysta lat podawać inni, ja się do nich dołączyłem. Wolałbym, aby jakiś dendrolog te trzysta lat  stwierdził ponad wszelką wątpliwość. 

Według danych Kampinoskiego Parku Narodowego w  jego granicach oraz w bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się 1105 drzew,  pomników przyrody (z tego na gruntach Parku 129 drzew pomnikowych) oraz 29 drzew kandydatów na pomniki przyrody. Samych tylko dębów zabytkowych  rośnie wewnątrz Parku 108.  Dąb dębowi nie równy, jego kształt zależy od warunków w jakich wzrastał, od siedliska, od gleby, lokalnego klimatu. Najstarsze dęby w Narcie mają lat ponad dwieście i zupełnie inny pokrój korony, niż dęby, rosnące naprzeciw kampinoskiego kościoła, które  mają rozłożyste korony. 

Dęby z Nartu  są barczyste, sękate, w ich kształcie widać walkę o miejsce do życia – pnie solidne, męskiej budowy, ale takie jakieś powyginane, widać po nich, że one trwały, rosły, ale zapamiętały zmieniające się obok nich leśne towarzystwo, każde wygięcie w jedną lub drugą stronę tego dębowego pnia dowodzi, że towarzyszący im las n wzrastał  i był wycinany. A one trwały, bo rąbiący te lasy budnicy szanowali dostojeństwo. tego dębu nie ruszali. Rósł na skraju lasu, dziesiątki lat  u jego stóp trwały pastwiska i kośne łąki lub uprawne pola. Więc rosnące w lesie na stoku wydmy dęby wyciągają konary poza las, ku otwartemu krajobrazowi, ku życiodajnemu dla nich światłu słonecznemu. 

Puszcza Kampinoska jest puszczą sosnową, ze wszystkich gatunków drzew najwięcej sosen w niej rośnie,  ale naprawdę imponujących nie ma, takich jak np. sosny bartne pośród kurpiowskiej Puszczy Myszynieckiej w rezerwacie „Czarnia”.  Najsłynniejsze z kampinoskich drzew tego gatunku - Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, rosła na skraju lasu w Górkach na północ od Nartu, i  wsi Kampinos.  W roku 1984 w wieku ok. 170 lat drzewo runęło; obecnie jego leżące szczątki są zabezpieczone przez pracowników KPN.  Miała 350 cm obwodu na wysokości piersi i 22 m wysokości. 


Szczątki Sosny Powstańców wciąż robią wrażenie. Ta ogromna, martwa sosna, oparta o towarzyszącą jej inną sosnę, to bardzo "ludzka" scena, ten  zatrzymany w kadrze upadek,  trudno ukryć wzruszenie, gdy patrzy się na tę scenę śmierci. A przecież ta cal e lata była przez śmierć naznaczona piętnem. Ta śmierć ciągnęła ludzi do tego drzewa, nie jego uroda. Carscy kozacy wieszali na  konarach  tej sosny niedobitków oddziału powstańczego, który stoczył walkę pod Zaborowem Leśnym. Legenda głosiła, że zwieszające się ku ziemi konary sosny wygięły się tak od ciężaru powstańczych ciał. Okolice Kampinosu są pełne takich opowieści. 

Dobrze jest, jak zabytkowe drzewo nie tylko swoją prezencją zwraca uwagę, ale jak jest związane z jakąś osobistością, najchętniej historyczną, albo z historycznym wydarzeniem. Wielkie, wyjątkowe drzewa, nie lubią być anonimowe.  Także w Puszczy Kampinoskiej. Gdy w roku 1984 naturalną śmiercią umarła mająca Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, rolę najważniejszej w okolicy przejęła Sosna Królowej Bony – taką nazwę zaproponowałem w swoim przewodniku  dla bezimiennej sosny pospolitej, ławo dostępnej i   rosnącej niedaleko od Zamczyska,   o 600 metrów na północ od grabu w Narcie, tuż przy Górczyńskiej Drodze.  

Sosna Królowej Bony jest ładnym drzewem, wyniosłym i imponującym. Ma ok.25 m wysokości, i 350 cm obwodu na wysokości piersi. W niedobrym miejscu stoi. Rośnie przy jezdnej, publicznej drodze, w środku lasu, nie  wyeksponowana, ani natura, ani służby ochronne KPN jej w tym nie pomogły. Łatwo ją przeuważyć, gdy idzie się pieszo, nie widzi się jej, gdy jedzie się autem lub rowerem, przebiegająca obok niej droga jest drogą publiczną, własnością gminną, a nie parku, zaś gmina chciałaby ją wyasfaltować, umożliwiając jazdę bardzo dużych pojazdów.  

Od sąsiednich sosen dwustuletnich wyróżnia się zdecydowanie, zapewne ma co najmniej lat 240, nie najgorzej wygląda,  trochę jeszcze  pożyje. To   potężne drzewo jest jednym z najtęższych  żyjących kampinoskich sosen pospolitych. Nazwa się przyjęła, a legendzie dodała nieco smaku. Od lat bowiem opowiadano, a wszyscy piszący o Puszczy Kampinoskiej o tym wspominali, że tam królowa Bona miała swój zamek, a zamek ten był dobrze przed innymi zakryty, bo sprytna Włoszka trzymała w nim swoje skarby. Gdy wyjechała potem do swojej Apulii, to tych skarbów z zamku pod Kampinosem nie wzięła. One były dobrze zakopane, żeby nikt ich nie znalazł. Po ostatniej wojnie światowej, tuż po roku 1945, ludzie wciąż tam chodzili i kopali nieustannie, żeby dostać się do tych ukrytych skarbów.

Zabytkowe drzewa w trenach nizinnych pełnią czasem funkcję obiektu docelowego, ku któremu się wędruje. W górach są to szczyty i przełęcze, górskie stawy i wodospady, schroniska turystyczne lub punkty widokowe. Przez wiele lat docelowymi obiektami turystycznymi w Puszczy Kampinoskiej były głównie obiekty martyrologiczne, rajdy urządzano masowe do cmentarza Palmiry, gromadził jednego dnia tysiące turystów.  Zabytkowe dęby odwiedzano przy okazji, w czasie dłuższych wycieczek określonym szlakiem, najczęściej był takim obiektem najokazalszy dąb naszej Puszczy   Dąb Kobendzy pod Krzywą Górą. 

Zanim jego patronem został inicjator powołania parku narodowego w naszej puszczy, ten dąb zwany był Jagiellonem.  Podobno Jagiełło pod tym dębem  odpoczywał w jego cieniu po polowaniach. Że nieprawda? To i co z tego, że rzeczywiście nieprawda. Dąb ten urodził się wiele lat po śmierci Jagiełły. Przez dziesiątki lat żyła ta opowieść w okolicznym ludzie. Dopiero nazwisko sławnego botanika, prof.Romana Kobendzy,  przesłoniło pamięć Jagiełły. 

Przygotowując swoje puszczańskie przewodniki zaproponowałem w  nich formę tzw.wycieczek z sercem. Z tych opisów fragmenty poniższych akapitów wyjmuję. Spośród licznych możliwości wycieczkowych w Kampinoskim Parku Narodowym i jego otulinie, przedstawiam takie, które wydają się być szczególniej zajmujące i najlepiej prezentują walory przyrodnicze, krajoznawcze i turystyczne tego obszaru.  Warto się bowiem starać, aby wędrowcy nie ograniczali się do spojrzenia na jakiś obiekt przyrodniczy, w tym przypadku na ten ogromny Dąb Kobendzy, ale zwrócili uwagę na otaczający go pejzaż przyrodniczy.  Przewodniki są papierowe, często dość tęgie, zwłaszcza rowerzysta takiego czegoś ze sobą nie wozi, niech więc weźmie z sobą ten post z tego blogu i otworzy sobie tam, gdzie powinien, może się przyda, może zachęci do czegoś tam....  

Nie tylko na wielkie, zabytkowe dęby warto patrzeć. Patrzeć i podziwiać, to zrozumiałe. Dobrze jest jest w czasie wędrówki ku nim spieszyć się zanadto. Nie trzeba, to przede wszystkim. Dobrze jest czasem spojrzeć na boki. Czasem także w dół, nie tylko prosto przed siebie. Obszar ochrony ścisłej "Krzywa Góra" to   dziki las, szczególnie na południu, tam, gdzie są mokradła, gęstwa krzewów, powalone pnie martwych drzew, bogactwo roślinne i ogromny matecznik zwierzęcy. W tych okolicach wypuszczone zostały na wolność pierwsze rysie. Okolica jest jedną z ulubionych ostoi kampinoskich wilków, które przywędrowały tu same wybierając dla siebie miejsce bytowania.  Przy wielkiej dozie szczęścia i zachowaniu bezwzględnej ciszy właśnie tutaj można spotkać największe z puszczańskich zwierząt: prócz rysi także łosie, jelenie i dziki. Świadomość, że obok nas żyją pośród lasu dzikie zwierzęta, nawet jeśli ich nie widzimy, znacznie podnosi emocjonalną wartość otaczającej nas przyrody. 

Kiedyś, w pełni kampinoskiego lata, szedłem o poranku w stronę Dębu Kobendzy. Na skłonie wydmy, pośród gęstej roślinności zobaczyłem spoczywającego rysia. Miał świetny widok na szlak turystyczny. Zobaczyłem go zupełnym przypadkiem, nie szukałem tego spotkania. go. Był o sto metrów ode mnie. Miałem przy sobie tylko zwykły aparat fotograficzny bez teleobiektywu. Zaryzykowałem.  Widzicie go? Przyjrzyjcie się dobrze. Jest rudy i na was patrzy. 

Zatrzymałem się na półtorej sekundy, akurat na tyle, że nacisnąć migawkę. Potem poszedłem w swoja drogę, jak gdyby nic się nie stało. Ryś moja obecność zlekceważył totalnie. Ale kak wracałem po godzinie, już go tam nie było. Zdjęcie nie jest dobre. Ryś nie nazbyt ostro sfotografowany. Ale jest. I to się liczy. 

W okolicy Dębu Kobendzy u stóp Krzywej Góry, na wschód od mogiłki nieznanego żołnierza z 1939 r. szlak wiedzie przez wydmowy grzbiet Kozich Gór, nazwę biorących od 'kóz', czyli saren. Jak w wielu innych miejscach na szlaku drogę przecinają ścieżynki wydeptane przez dziko żyjące zwierzęta. Najlepiej to widać zimą na śniegu, lecz bystry obserwator zobaczy je nawet w pełni lata. Najczęściej są to wielokrotnie używane szlaki dzików, ale tutaj są również  ścieżki wydeptane przez borsuki, leśne myszy i mrówki. 

 
W czerwcu, tuż przy szlaku rozkwitają zachwycające kwiaty królewskiej lilii złotogłów. Na Kozich Górach w sąsiedztwie drogi można też odnaleźć borsucze i lisie nory lub otwory wejściowe do podziemnych mieszkań tchórza, gronostaja i łasicy oraz leśnych myszy. Zwłaszcza o przedwieczerzu w porze jesiennej, samotny wędrowiec, gdy przysiądzie w ciszy na poboczu drogi, ze wszystkich stron usłyszy szelest wędrujących wśród opadłych liści zwierzątek, penetrujących las w poszukiwaniu żywności. Przemierzający kilometry turysta na ogół nie ma czasu na tego rodzaju przyrodnicze obserwacje, dobrze jest jednak, aby przynajmniej wiedział co traci, śpiesząc do odległego przystanku autobusowego lub do oczekującego na niego auta na parkingu.  

Godzinę marszu na wschód od Dębu Kobendzy znajduje się dość spora polana, O znajdującą się na niej gajówkę Demboskie i tereny sąsiednie toczono ciężkie boje w dniach 16-17 IX 1939 r. Gajówki już dawno nie ma. o ściany budynku opierał się kolejny najtęższy z trzech dębów, zwanych Jagiellonem, drugi z wciąż jeszcze żyjących. Ma 550 cm obwodu, jest tęższy od Dębu Kobendzy  lecz niższy, krępy i bardziej rozłożysty, bowiem wzrastał na polanie. malowniczy i mało znany kampinoski dąb. Ponoć ma ok 400-sta lat. Wnętrze spróchniałe, puste do wysokości kilku metrów.

Najbardziej interesująca trasa, którą można dojść pieszo do obu jagiellońskich dębów, do Jagiellona na Posadzie Demboskie i do Dębu Kobendzy, dawniej też Jagiellonem zwanym, to całodzienna wędrówka. Prowadzi przez całą puszczę i tam, gdzie jest ona najbardziej puszczańska. Od autobusu we wsi  Kampinos wędruje się przez Granicę, potem Kacapską Drogą po Demboskie Góry, stamtąd do Dębu Kobendzy i od Krzywej Góry do autobusu w Nowinach. Cały czas szlakami znakowanymi.  Moja żona spotkała kiedyś turystę na tej trasie,  miał pretensje. "Co to za szlak powiedział  idę już tą trasą trzy godziny, a na niej nic, tylko las, tylko las." Bardzo trafna definicja, całkowicie miał facet rację. Gdyby szedł w pełni wiosny, albo młodym latem, a akurat trwał sezon na komary, szedłby nie przez zwykły las, szedłby przez mazowiecką dżunglę kampinoską. Kampinoskie komary potrafią dać się we znaki.  


Kończąc tę opowieść  o zabytkowych drzewach, jakie zdobią okolice wsi Kampinos w Kampinosie, powinienem  wymienić jeszcze  Dąb Powstańców na Wystawie koło Bielin.  Należy do najrzadziej odwiedzanych kampinoskich zabytków przyrody i historii. Jest to dąb szypułkowy w wieku około 300 lat. Ma 420 cm obwodu w pierśnicy, a jego pięknie wykształcona korona sięga wysokości 18 m. Wciąż żyje jego najdłuższy konar, na którym według tradycji carscy kozacy wieszali młodych powstańców w kwietniu 1863 r. Pochowano ich potem na cmentarzu przy kościele we wsi Kampinos. 

Dąb Powstańców odwiedzany jest nieczęsto, choć dostępny wcale nietrudno. Z parkingu w Granicy wiedzie ku niemu szlak turystyczny,  wyznakowany zielonym kolorem. Piękny szlak, dodajmy, wiodący przez puszczę sosnową, niezwykle urodziwymi starodrzewami. Zaledwie 3.5 km w jedną stronę.  Jeśli potrzebujecie prawdziwej Puszczy Kampinoskiej, odwiedzajcie to drzewo, naszą puszczę sosnową zobaczycie na tej trasie. Wielu podobnych sobie wędrowców tam nie spotkacie. A w dzień powszedni i poza sezonem,  może nawet nie być nikogo. I to będzie wartość dodana tego wycieczkowego celu. Niedaleko od drzewa otwiera się widok na otwarty teren Błot Famułkowskich.  Latem wśród traw terkocą derkacze, w drugiej połowie września można słuchać z tego miejsca niosących się daleko głosów byków jeleni, które  z głębi matecznika pod Krzywą Górą zbierają się na rykowisko pośród tych łąk.

W tym poście, w którym postanowiłem wspomnieć o zabytkowych drzewach, jako o interesujących celach wycieczkowych w zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego, przyszła pora, aby wspomnieć o jeszcze jednym imponującym dębie, pomniku przyrody. Śledząc przeróżne internetowe posty i wzmianki oraz portale z Kampinoskim Parku Narodowym w roli głównej, a sporo tego można odnaleźć na ekranie swojego smartfona, nie znalazłem tego ogromnego dębu. Jest jednym z najwspanialszych dębów puszczańskich, na pewno jest najbardziej nieznany. 

 Na terenie Famułek Królewskich, wioski, której już nie ma,  przeszło pół wieku temu, szmat czasu,  w oszołomieniu ich urodą fotografowałem kryte strzechą drewniane chałupy. Famułki w tamtym czasie, dwadzieścia lat po skończonej światowej wojnie, były wioską nadzwyczajnie urodziwą. Ludzie w przeszłości budowali domy zapewne prymitywne, ale niewątpliwie gustowne. Dopiero, gdy wioska została już niemal w całości wykupiona, w otoczeniu tego rozdroża całkowicie, kiedy wszystkie budynki zostały rozebrane, w pobliżu miejsca, gdzie znajdowała się wiejska baza maszynowa, w której rolnicy mogli wypożyczyć traktor lub inny, ważny w gospodarce sprzęt rolniczy, zobaczyłem wyniosły dąb szypułkowy o pomnikowych rozmiarach. Bardzo piękne ponad trzystuletnie drzewo, wysokie i gonne.  

Dokładnie w sześćdziesiątą rocznicę powołania parku narodowego w Puszczy Kampinoskiej odbyło się uroczyste posiedzenie jego Rady Naukowej poświęcone pamięci wieloletniego jej przewodniczącego, zoologa i ekologa, ważnej postaci dla polskiej ochrony przyrody, zmarłego w 2015 roku prof.Romana Andrzejewskiego. W rządzie Tadeusza Mazowieckiego był jakiś czas wiceministrem środowiska, w Kampinoskim Parku Narodowym przez kilka kadencji przewodniczącym parkowej Rady Naukowej. Niedługo po jego śmierci,  gdy zastanawialiśmy się na posiedzeniach Rady, gdzie ustawić kamień ku czci profesora, zaproponowałem miejsce pod tym dębem. Ustawiony go stóp tego ogromnego dębu pośrodku nieistniejącej już wsi. Lubił to drzewo profesor, rosło nieopodal stanicy naukowej, którą Park założył w jedynym murowanym domu, jaki pozostał po wsi. 

Opisałem w tym poście garść drzew zabytkowych, głównie z terenu zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. O wielu nie wspomniałem, prawie wszystkie są anonimowe, niektóre naprawdę imponujące, na przykład te, które rosną przy rowerowym szlaku zielonym w obszarze ochrony ścisłej "Przyćmień". Albo  te na terenie dawnej osady leśniczówki Izabelin Leśny  w pobliżu węzła szlaków na Borowej Górze. Te dęby są poniżej na zdjęciu sprzed lat. Teraz tej otwartej przestrzeni koło dębów prawie zupełnie już nie ma, poczęła zarastać. Jak się poszuka, są tam fragmenty murowanej gajówki. 

 

 Wszystkie są godne uwagi, odwiedzin, kolekcjonowania  wrażeń, zrobienia sobie z nimi selfie.Puszcza Kampinoska  jest zadziwiająco obfita w zabytkowe drzewa. Znam nie najgorzej inne, ważne puszcze mazowieckie w okolicach Warszawy. Ani Puszcza Bolimowska, ani Puszcza Biała taką ilością okazałych, zabytkowych drzew nie dorównują Kampinoskiej. Czapki z głów. szanowni państwo! Te zabytkowe drzewa są żywą pamiątka po tej dawnej, historycznej puszczy,zanim w drugiej połowie osiemnastego wieku nie zabraliśmy się do masowego ogałacania z drzew dawnej, prawdziwej puszczy. Zaczynał się wtedy rozwijać przemysł, potrzebował drzew, jak najwięcej drewna na opał. 

Pisałem o tym wielokrotnie: przyjemność z oglądania mijanego terenu jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości, z jaką się poruszamy. Jeśli chce się poznać prawdziwie puszczańskie oblicze Puszczy Kampinoskiej, trzeba udać się na wędrówkę pieszą. Coraz mniej spieszonych wędrowców wyrusza na trudniej dostępne szlaki kampinoskie. Skądinąd zrozumiałe, szczególnie w odleglejszych od Warszawy  częściach Kampinoskiego Parku Narodowego. Dąb Andrzejewskiego jest tego najlepszym przykładem.   Jak się nie ma auta i roweru, wtedy do Dębu Kobendzy dotrzeć niełatwo, najbliżej jest z Nowin za Leoncinem, od metra przy dworcu Gdańskim ponad godzinę autobusem Polonusa, a potem ok.5 km w jedną stronę. Ja miałem gorzej, ale sobie nie szkoduję, to była prawdziwa, turystyczna przygoda. Wieś Kampinos miała wtedy schronisko PTTK, ale dojazd był bardzo nie za bardzo, autobusy PKS docierały tam z Żyrardowa, szosy ku Stolicy nie było, do Leszna wiodła  kiepska żwirówka, za Lesznem szosa była brukowana. Warszawiacy na żyrardowski autobus przesiadali się na stacji PKP w Teresinie. Raz nie zdążyłem na popołudniowy kurs powrotny. Na szczęście dla mnie było PTTK-owskie schronisko we wsi Kampinos, miałem gdzie zanocować...  

.................................................