Edward Dwurnik wielkim artystą był
W ostatnią niedzielę tegorocznego lata zawiało mnie do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Przyciągnęła mnie tam wystawa malarstwa Edwarda Dwurnika. Artystą był rozpoznawalnym. Jak się raz zobaczy jego obraz, to następnych, jakie wskoczą nam przed oczy podpisywać nie trzeba, wiadomo, że to Dwurnik. Urodził się w Radzyminie, na bezpoetycznej ziemi mazowieckiej, jak o tamtych okolicach mówił inny wielki artysta, Cyprian Norwid. To zadziwiająca okolica ta Ziemia Radzymińska. Znamy ją praktycznie tylko z decydującej o zwycięskiej w "Cudzie nad Wisła" bitwie z Sowietami w 1929 roku. Krajobraz tam właściwie żaden, nie ma tam na czym zatrzymać oka. Jak przygotowywałem dla wydawnictwa "Iskry" swoją kolejną książkę, nosi tytuł "Podróże po Mazowszu", ukazała się w roku 2016, jeden z rozdziałów poświęciłem tej ziemi, nosi.l tytuł "Ziemia artyst.pow". Opowiadał o artystach ziemi radzymińskiej..
Nie tylko Norwid tam się urodził, także Wacław Sieroszewszki tuż obok Tłuszcza. Okolica służyła za temat plenerowych obrazów Władysława Podkowińskiego. W Mokrej Wsi i Chrzęsnem narodziły się jedne z najświetniejszych polskich płócien, przez Władysława Podkowińskiego. malowanych w duchu impresjonizmu. Drogami tej ziemi na początku lat czterdziestych XIX wieku w goście do Dębinek przyjeżdżał Teofil Lenartowicz wraz z towarzyszami z cyganerii warszawskiej. W okolicy materiały zbierał Oskar Kolberg, on dużo miejsca tej ziemi poświęcił w swoim dziele, bywał tu często w tym samym czasie, gdy mieszkał tutaj Cyprian Norwid, spotykali się, razem niekiedy po wsiach wędrowali w poszukiwaniu bogactwa kultury tutejszego ludu, albowiem – jak powiadał Kolberg – lud nasz co posiada, to posiada dobrze.
Edward Dwurnik urodził się w Radzyminie. Był człowiekiem z ludu, choć nie z tego, którym zajmował się Oskar Kolberg. Był chłopakiem „znikąd”, mówił, że wywodził się z chuligańskiej, pełnej przemocy społeczności – tak o nim w wywiadzie dla Rzeczpospolitej o Edwardzie Dwurniku opowiadał Łukasz Ronduda, kurator obecnej wystawy jego malarstwa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dwurnik pokazywał życie jako trening przetrwania. Mroczny czas beznadziei topił w alkoholowych wizjach swojej sztuki. W jednym z internetowych facebooków wyczytałem: wyrazista do bólu ekspozycja Dwurnika pozwala przejrzeć się w niedawnej przeszłości. I trochę nią straszy.
Radzymina artysta nie wspominał ze specjalnym sentymentem. Mówił wprost: "Urodziłem się w Radzyminie, wychowałem w Piastowie, Grójcu i Międzylesiu, ale dumnie powiem, że jestem warszawiakiem. To moje miasto, maluję wciąż Warszawę i po prostu ją kocham". Malował bez wyjęcia. Był kronikarzem polskiego dnia powszedniego. Nie głaskał nas swoim pędzlem. Czasem potrafił nieźle obśmiać. Ale zawsze serdecznie. Zadziwiające, ale prawdziwe. "Pierwszą przyczyną, dla której maluję właśnie ludzi, jest żal nad ich i swoją niedoskonałością" powiedział kiedyś. Jego wielkoformatowe obrazy eksponuje właśnie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Świetnie się tam czują w tych ogromnych, przestronnych wnętrzach o jasnych ścianach.
Wystawa nosi tytuł "Duma i wstyd". Dwurnik wierzył w realistyczne, współuczestniczące w życiu malarstwo i traktował je jako język, który pomaga komunikować się z osobami sportretowanymi na obrazach. Był komentatorem polskiej, szarej rzeczywistości. Sam twierdził, że jego malarstwo przez długi okres było ideowo-programowe. Mówił: „Interesują mnie przeciętni Polacy, uważam, że znam ich sprawy, ubiór, zwyczaje, przekonania, żargon – kocham ich i mam radość wystawić im pomnik swoim malarstwem.” Jego obrazy są rozsiane po całym świecie – znajdują się w wielu kolekcjach prywatnych i publicznych. Prawie każde polskie muzeum, a także niejedno za granicą, ma jego obraz. Na aukcjach jego prace cieszą się ogromnym powodzeniem. Bywało, że przebijał nawet Wojciecha Kossaka w ilości prac, które trafiały pod młotek.
Na obecnej wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie prezentowany jest tylko wycinek jego malarskich dokonań, echo lat 60-tych w polskiej rzeczywistości. Starczyło mi do się zachwycenia. Na dodatek to lata mojej własnej młodości! Niestety, starość nie radość, mocno psuje mi się wzrok. Ostatnimi czasy dal przed starymi oczami zaczęła się oddalać niesympatycznie. Fotografowałem więc bez wyjęcia, aby zabrać te obrazy ze sobą do swojego mieszkania. Siedzę wiec sobie teraz przed ekranem swojego monitora i com zdjął, to oglądam. A na tym monitorze wszystko dokładnie widzę i wyostrzone jest na dodatek. W więc psuje mi się dal trochę dalsza, niż bliższa. A że – jak wiadomo – dobry posiłek smakuje natenczas w dwójnasób, jeśli konsumujemy go w odpowiednim towarzystwie, com zdjął, tym się z bliźnimi dzielę...
PS. A tak a propos; zajrzeliście do miasta Radzymin ostatnio? Legenda mówi, że swoją nazwę Radzymin zawdzięcza mało gościnnej karczmie, stąd też powstało powiedzenie "radzę, omiń to miejsce", które z czasem dało nazwę miejscowości. Dawniej jeździło się pekaesem przez samo śródmieście miasta. Teraz omija całość. A Radzymina ominąć się nie powinno, choćby dla dwóch kaplic, zabytków polskiej narodowej architektury, a przede wszystkim - polskiej historii. Ale to już zupełnie inna sprawa, w tej opowieści się nie mieści.
........................................................................
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz