Na zachodnich krańcach Puszczy Kampinoskiej w jesiennych barwach
Aleja lipowa w Łazach koło Kampinosu w szacie jesiennej. Ozdoba zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego, chociaż w samym parku się nie znajduje. Wieś Łazy leży przy trakcie zwanym Królewskim, między Kampinosem, a Żelazową Wolą, powstała w połowie XV wieku na krawędzi pradoliny wiślanej, w której znajduje się Puszcza Kampinoska. Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego podaje taką definicję nazwy Łazy: „były to obszary roli otrzymywane przez wypalanie pokrywających je krzaków i drzew; zakładane na nich osady zatrzymywały często to nazwisko”. Słowo „łazy” oznaczało najczęściej miejsce po lesie wytrzebionym przez wypalenie.
W drugiej połowie XVIII wieku dobra łazowskie należały do Onufrego Bromirskiego herbu Pobóg, starosty płockiego i płońskiego. Był to „ktoś”, w roku 1793 otrzymał order Orła Białego, a byle komu tego orderu się nie dawało. Właścicielem dóbr w latach osiemdziesiątych XVIII wieku został Ignacy Chmielowski. Sto lat później Łazy przeszły w ręce Karnkowskich. Do 1945 roku dobra łazowskie przynależały do Karnkowskich z dworu w Łazach. Ta szlachecka rodzina, pochodząca z Karnkowa na Kujawach, posiadała sporo wiosek w okolicy. Dobra te obejmowały znaczny obszar zachodniej części Puszczy Kampinoskiej i w wieku XIX nie były uważane za jej część. Łazowskie lasy sięgały niemal po samą Krzywą Górę na północy.
Zabytkowa aleja wiedzie od Łaz w stronę kościoła w Zawadach, dla Łaz parafialnego. Aleja ma trzy kilometry długości, rośnie w niej ponad 850 drzew (w tym około 780 liip drobnolistnych, a także jesiony wyniosłe i dąb szypułkowy. Niestety ostatnimi laty drzewa najbliższe Łazom poczęły umierać. Martwe drzewa usunięto, zasadzono na ich miejsce nowe, szczęściem nie jest tego nadto wiele, aleja wciąż robi ogromne wrażenie. Na swoim Facebooku Stowarzyszenie Miłośników Alei Lipowej im.F.Chopina Łazy-Zawady pięknie swoją podopieczną scharakteryzowało. „To, co czyni aleję naprawdę niezwykłą, to jej zachowana do dziś nieprzerwana ciągłość – przez ponad 200 lat nie została przecięta żadną drogą gminną, a jedynie uzupełniona bocznymi odnogami. Dzięki temu stanowi rzadko spotykany, autentyczny układ przestrzenny z epoki. Jej znaczenie wykracza poza lokalną historię – poprzez rodzinne powiązania Bromirskich ze Skarbkami z Żelazowej Woli, aleja wpisuje się w dziedzictwo Fryderyka Chopina i znajduje się na Szlaku Chopina. Aleja to również cenny korytarz przyrodniczy – wiekowe lipy tworzą siedlisko dla wielu gatunków ptaków i owadów, a jej walory dendrologiczne i krajobrazowe są nie do przecenienia.”
Bliżej Zawad stoi przy Alei figurka św.Rocha, świętego patrona „od zarazy”. W XIX wieku zabierała setki zarażonych azjatycką cholerą. Z tamtych czasów pozostała nam tylko ta cholera w pospolitym przekleństwie, w latach mojego dzieciństwa zdecydowanie ganiona za jej używanie. Ta figura w Alei jest pamiątką nie tylko po grasującej na Mazowszu cholerze. Jak napisali w internetowym Facebooku miłośnicy Alei (chwała im za to pisanie!) „przez wiele lat figurka była umówionym miejscem spotkań okolicznej młodzieży – w czasach, gdy telefony komórkowe jeszcze nie istniały. Jak wspominają najstarsi mieszkańcy, „spotykali się przy Rochu i dopiero tam decydowali, co robić dalej”. Swoją drogą, to ewenement te spotkania przy świętej figurze. Normalnie w tamtych czasach wiejska młodzież spotykała się na przystankach autobusowych. W Zawadach go nie było.
Wedle tradycji rodzinnej aleję kazała zasadzić w latach siedemdziesiątych XIX wieku dziedziczka dóbr w Łazach. Ludwika Karnkowska, a to dlatego, że nie mogła znieść jazdy do kościoła w słońcu. Przed laty wojewódzki konserwator przyrody nazwał ją Aleją Lipową im. Fryderyka Chopina, a to ze względu na bliskość Żelazowej Woli. No cóż, Karnkowscy znaczący ślad po sobie w okolicach Łaz pozostawili, Ludwika ważną rolę odegrała, ale to Chopin, wiadomo, on w tej okolicy najważniejszy.
W roku 1894 zdumienie mieszkańców okolic Łaz budziła wycieczka cyklistów w pumpach i kaszkietach, prowadzona przez tenora operetki warszawskiej, pana Misiewicza, zdążająca Traktem Królewskim na uroczystość odsłonięcia pomnika Chopina w Żelazowej Woli (to ten pomnik z powyższego zdjęcia, ale zdjęcie jest współczesne, z niedawna). W 1913 roku swoje wrażenia z wycieczki do tej okolicy w Puszczy Kampinoskiej opisał w „Ziemi” Stanisław Czepieliński i jest to jeden z najpierwszych reportaży krajoznawczych o tym terenie, a cytatami z jego tekstu często posługują się piszący o puszczy, autor tych słów również, bo i wydają się wcale aktualne. „W poszukiwaniu wrażeń i pięknych widoków zwiedzamy zazwyczaj miejscowości bardziej oddalone, bez zaprzeczenia piękne i ciekawe, ale też nie staramy się tak dalece poznawać tego, co mamy pod bokiem, w tem przekonaniu, że nie znajdziemy nic, co by mogło wzbogacić nasze wiadomości, dostarczyć jakichkolwiek wrażeń, rozbudzić wspomnienia. Na pewno wielu jest takich, co nie wiedzą na przykład o istnieniu Puszczy Kampinoskiej, odległej o niecałe 4 mile od Warszawy”.
Czepieliński po drodze nocował przygodnie u miejscowych gospodarzy. – Z tym artystom z Żelazowej Woli – opowiadał autorowi niejaki Pyrak z jednej ze wsi okolicznych – to, panie, mój ojciec świnie pasał, bo tego Szopena ociec parobkiem był we dworze, a jego chłopak czytać i pisać nie umiał. ABC nie znał, ale tak pięknie na fujarce grał, że z caluśkiego świata, panie, ludzie do Zielazoskiej karczmy przyjeżdżali, żeby tej anielskiej muzyki słuchać; i dlatego, panie, pomnik mu po śmierci postawili. Widzą panowie, jak to ciemny człowiek, niby ten Szopen, wielkim artystom się zrobił, bo tak ładnie na fujarce grał."
Pamiętam pytania, jakie zadawali mi napotkani w czasie znakowania szlaków ludzie, na przykład kierowca miejskiego autobusu linii 110 na pętli autobusowej w Wólce Węglowej. Jeździ tam ta linia i to od zawsze z warszawskiego Żoliborza, czasem mi się wydaje, że od początku świata. Tam stawiałem pierwszy w moim życiu znak turystyczny, To było w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku.
– Po co to i na co to, co pan robi? – pytał mnie kierowca autobusu. Szybko się przekonałem, że ci, co pytali, nie za bardzo wiedzą, jaki jest sens w chodzeniu po lasach, do tego jeszcze jakimiś szlakami malowanymi w paski. Chodzić na jagody albo grzyby to proszę bardzo, ale bez potrzeby? To przecież zupełnie bez sensu. Więc tłumaczyłem trochę inaczej. Że te szlaki są po to, aby szkolne dzieci, jak idą na wycieczkę, mogły łatwo trafić do Palmir albo do Chopina w Żelazowej Woli. Sprawdzała się taka odpowiedź. Pytający kiwali głowami ze zrozumieniem, takie odwiedzanie dla wszystkich miało sens, a dzieci, wiadomo, dzieci powinny chodzić na wycieczki . Dorośli raczej niekoniecznie. Tak mniej więcej wtedy było. Piesza turystyka w okolicach Warszawy zakotwiczała się późno i z oporami. Obrzucano mnie kamieniami, gdy po wyciecze przez Puszczę Bolimowską dochodziłem do stacji w Radziwiłłowie. Cudak byłem, inny niż oni. Popularność noszenia plecaków zaczęła się od stanu wojennego, przedtem na ludzi z plecakami najczęściej wołano: „Ej, ty, Autostop, może cię podwieźć?” Bo akurat podróżowanie autostopem stało się wtedy popularne. Sam z tej formy wędrowania po kraju korzystałem. Nie zawsze z oczekiwanym skutkiem. Pomysł szlaku dla pieszych turystów, który łączyłby chopinowską Żelazową Wolę z Kampinoskim Parkiem Narodowym zacząłem realizować pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, malowałem na tym szlaku pierwsze znaki.
W tamte okolice pieszo się przedtem nie wędrowało. Pierwszy raz z Żelazowej Woli do puszczy poszedłem z przyjaciółmi w połowie lat sześćdziesiątych, żadnego szlaku znakowanego jeszcze tam nie było. To był maj. Puszcza pachniała zielenią. Mżyło cały dzień. W deszczowej mgle zwiedzałem chopinowski park w Żelazowej Woli. Nad moją drogą ku puszczy nisko płynęły chmury. Za Mokasem droga zbiegała w dół do Olszowieckiego Błota. Potem był rząd chałup Lasocina. A tam sensacja. „Turyści idą” – niósł się okrzyk przez wioskę. Z drewnianych, krytych słomianą strzechą domów wybiegały dzieci i z krzykiem szły za nami aż do końca wioski. Kobiety wychodziły przed domy, mężczyźni patrzyli na nas przez małe szybki okien. Te okna jak z podręcznika etnografii, który mówi, że w wieku dziewiętnastym okna wiejskich chałup były jeszcze kwadratowe, prostokątne pojawiły się dopiero później. Żadnych zdjęć nie robiłem, nikt z nas nie fotografował, a mijaliśmy odchodzącą w niepamięć przeszłość. Takie czasy były, się niczego nie fotografowało, a nam, młodym, zdawało się, że te otaczające nas krajobrazy będą trwały wiecznie. Ale krajobrazy z epoki Chopina w tej okolicy jeszcze trwają tu i tam, tropię je nieustannie, czasem spotykam, teraz już fotografuję.
Świetny nasz plakacista Tadeusz Trepkowski stworzył jeden z najlepszych polskich plakatów, w którym główną rolę grają wierzby i klawiatura fortepianowa, anonsując V Międzynarodowy Konkurs im. Fryderyka Chopina w roku 1954. Dzięki temu plakatowi mazowiecka wierzba została symbolem zarówno krajobrazu Mazowsza, nie tylko okolicy Żelazowej Woli, ale również muzyki Fryderyka Chopina.
Na internetowej stronie Towarzystwa Ornitologiczego Bocian można przeczytać, czym są polskie wierzby dla naszych ptaków. Dowiaduję się więc, że gęste wierzbowe pędy i obszerne dziuple dają schronienie kaczkom krzyżówkom, drozdom, gołębiom grzywaczom, spotkać też można na ogłowionych wierzbach gniazda bocianie. Wierzba jest gatunkiem „smacznym” dla wielu grup zwierząt. Żerują na niej owady przyciągające liczne ptaki. Niestety, w najbliższych okolicach Żelazowej Woli niewiele szpalerów wierzbowych można dzisiaj oglądać. Te ze zdjęcia wciąż trwają od lat wśród pól na zachód od Łazów.
Budowle zabytkowe w tej okolicy Żelazowej Woli nie dorównują. Kościół w Zawadach, ku której z Łazów wiedzie zabytkowa aleja, postawiono w latach 1889–1905, jego projektantem był słynny Józef Pius Dziekoński, niezwykle płodny przedstawiciel historyzmu w architekturze polskiej. Jest to kolejna budowla kościelna w tej parafii, wydzielonej z parafii kampinoskiej w 1377 roku. Poprzednie były drewniane. Ten akurat należy do słabszych dzieł Dziekońskiego. Dwór w Łazach już jest opuszczony. Taka sobie była jego architektura, ale zachowane zdjęcia ukazują wnętrza świetnie i z gustem urządzone, pełne rodzinnych pamiątek. Znajdują się z Płockiej Bibliotece Cyfrowej w "Archiwum rodu Karnkowskich" teraz są dostępne, są zdygitalizowane, ale jakości marnej. Plan sytuacyjny dworu jest z roku 1933. Gdy we wrześniu 1939 roku Karnkowscy opuszczali Łazy było co stamtąd wywozić; trzydzieści wozów z meblami, obrazami, bezcennymi książkami wyjechało do Warszawy. Prawie wszystko przepadło w czasie powstania w 1944 roku. W PRL łazowski dwór podzielił los innych polskich siedzib ziemiańskich. Kiedy go oglądałem pod koniec roku 2014, stały jeszcze mury, podrujnowane, ale wyglądające na zdatne do odnowienia. Na zamkniętej na kłódkę bramie ogrodzenia widniała tablica zapowiadająca remont. Dwa lata temu był w stanie agonalnym, jak przeczytałem niedawno w Internecie. Wciąż niezagospodarowane są pozostałości dworskiego parku, piękny był podobno.
Od dworu rozciągał się rozległy widok ku rosnącym w pradolinie wiślanej lasom. Pięknie musiał się prezentować z pałacowych okien. Poniżej tej skarpy, na której powstał zespół dworski, lasy rosną nadal i bardzo są urodne – to uroczysko Przyćmień z obszarem ochrony ścisłej. Las ma tam prezencję godną ścisłej, rezerwatowej ochrony. Przy wiodącej przez las drodze rosną stare dęby, całkiem ich sporo. Ocalały, bo były ozdobą majątku. Dobrze to świadczy o dziedzicach łazowskich. Zapewne te dęby bywały celem krótkich przejażdżek konnych właścicieli dworu w Łazach, a może zaprzężoną w konia taradajką wożono tam gości. Kolorowo jest tam o porze jesiennej. Zajrzałem tam właśnie tej jesieni Przyćmień dla pamięci zdjąłem. Na zdjęciu typowy grąd puszczański, dęby w nim dominują, zaledwie stuletnie, a widać że czują się tam dobrze i mogą jeszcze kilka setek lat pożyć.
….......................
W tej opowieści wykorzystałem w znacznym stopniu rozdział z mojej książki „Puszcza. Opowieści kampinoskie”, jaka się ukazała nakładem Wydawnictwa Iskry w roku 2022.

.jpg)



.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz