Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurpie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurpie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 lutego 2024

 
W skansenie kurpiowskim we wsi  Brańszczyk

 


 

Właśnie spadł śnieg, zapewne ostatni tej zimy na Mazowszu. I niebo przykrywała szara opona z chmur, a zimno było przenikliwe. A ja akurat wybierałem się w odwiedziny do Brańszczyka. Przyciągnął mnie  tam  powstały w roku 2015 skansen kurpiowski. Jest niewielki, kilka zabytkowych chałup w kurpiowskim stylu, które uratowano w ostatniej chwili z terenów, po których biegnie teraz droga ekspresowa z Warszawy prowadząca do Wilna. Nie udało mi się wejść do wnętrz, gospodarz skansenu akurat zachorował i nie miał kto chałup dla mnie otworzyć.  

   Osiedleni  w XVIII wieku w Puszczy Białej Kurpiowie z Puszczy Zielonej,  przynieśli tutaj ze sobą swoje obyczaje, sztukę, sposób budowania. Po przeszło dwustu latach to wszystko należy, tak naprawdę, do przeszłości.  Obyczaje już niemal zanikły, sztuka tu i ówdzie jeszcze egzystuje, już  dzisiaj nie buduje się domów z drewna,
gdyż są droższe od murowanych, mniej okazałe, mniej modne i wygodne, chociaż - jak mówią miejscowi -  murowane budynki są mniej zdrowe.  Te stare, drewniane i bardzo stylowe, można jeszcze odnaleźć w kilku wsiach, czasem już trwają tam tylko pojedyncze, samotnice pośród współczesnych, wygodnych domów murowanych bez cienia indywidualności regionalnej.  Spotkać je można w Porządziu,  Dąbrowie Trzecim Polu, najładniejsza jest w Rząśniku, najlepiej utrzymana w Obrytem, jest tam muzealna izba ludowa, udostępniona do zwiedzania.
 To były ładne chałupy. Gdy poznawałem te tereny przed sześćdziesięciu laty, takiego drewnianego budownictwa było jeszcze trochę, we wsi Porządziu najwięcej. Nie fotografowałem wtedy, i bardzo tego żałuję. Czasem coś pstryknąłem, bawiły mnie wtedy slajdy, błony były polskiej produkcji z Fotonu, szybko traciły barwę, takie były czasy. Po latach kilka udało mi się  zdygitalizować, niestety jest ich naprawdę niewiele.
    Chałupa kurpiowska zwraca uwagę doskonale wyważoną proporcją pomiędzy dwuspadowym dachem, a bryłą budynku. Najstarsze chaty nie miały fundamentów i stawiano je wprost na piasku. Później zrąb opierano na luźnych kamieniach lub podmurówce z kamieni. ściany zrazu stawiano z ociosanych pni sosnowych, później stosowano "sialunek", szalując, tj.obijając ściany pionowymi deskami z zewnątrz.     Szczyt chałupy kurpiowskiej odróżniał ją od wszystkich innych w kraju i jeżeli np.na Mazurach zobaczy się podobny, nie ulega wątpliwości, iż został tam wprowadzony przez Kurpiów.  Wierzchołek wieńczyły ozdobnie wycięte zakończenia desek "wiatrówek", tzw.rogale ("śparogi" to określenie z Puszczy Zielonej, tutaj nazywano je "rogalami"). Były one ważnym elementem zdobnictwa, jak i nieco późniejsze "pazdury". 



     Niezwykłość zjawiska, jakim była chałupa kurpiowska, podkreślony jest przez fakt, iż ten rodzaj budowania trwał niesłychanie krótko, właściwie zaledwie około pół wieku!   Zmierzch kurpiowskiej chałupy zaczął się, gdy w pierwszych latach po II wojnie światowej pojawił się zakaz wznoszenia domów drewnianych w Puszczy Białej, który położył kres tradycyjnemu budownictwu ludowemu w momencie, kiedy kształtowała się dopiero jego następna faza rozwojowa. Przed trzydziestu paru laty Porządzie było zadbaną wioską, w której drewnianych i pięknych chałup było bardzo wiele. Z roku na rok ich ubywało. Ile lat jeszcze będą stały te, które jeszcze przetrwały, coraz mniej liczne drewniane chałupy Porządzia, Dąbrowy, Rząśnika? Ich los już jest przesądzony, pozostaje tylko kwestia ustalenia daty... W marcu roku 2005 we wsi Sadykierz sfotografowałem ten drewniany, czterospadowy budynek z drewna, nakryty jak należy słomianą strzechą. To była, proszę państwa, wiejska szkoła! Ta urodziwa chałupa mogłaby znaleźć miejsce w każdym parku etnograficznym, jaki by powstał na Kurpiach Białych. Ale tak się nie stało. Rok później już tego budynku nie było, został rozebrany. 


    Przed laty postulowano duży skansen nad Narwi na przedmieściach Pułtuska, nic z tego nie wyszło. Za to wychodziły chałupy kurpiowskie z puszczańskich wiosek. Trudno się nawet ludziom dziwić. Jest taka jedna wieś puszczańska, nazywa się Rząśnik (pisałem już o niej w tym blogu) w której najważniejsza w niej ulica jest po obu stronach wyasfaltowanej ulicy zabudowana wygodnymi, murowanymi, piętrowymi domami. Żadnej odrębnej cechy regionalnej nie mają. Im podobne znajdują się także w innych częściach Polski. Wszystkie niemal takie same. Dachy  z współczesną dachówką, za solidnym, najczęściej metalowym ogrodzeniem  zadbane ogródki. I pośród tego wiejskiego dostatku tylko  ta jedna drewniana chałupa pozostała.

Po pierwszej wojnie światowej zbudował tę chatę cieśla Zaręba dla siebie.  Jak dobrze, że współcześni jej gospodarze zadbali o nią. Że jest, że możemy na nią patrzeć i podziwiać. Ma Rząśnik powód do dumy. Dba o swoją spuściznę...

    Skansen w Brańszczyku jest niewielki i skromny, ale przecież jest.  Jakże się nim nie zachwycić. Więc się zachwyciłem. Złapałem za swojego smarfona i zacząłem fotografować. 

Czy mogłem sobie wyobrazić przed pół wiekiem, że doczekam kiedyś czasów, kiedy będę mógł robić fotografie przy pomocy  niewielkiego telefonu? Ja nawet w domu telefonu wtedy nie miałem. Bo telefony w tamtych czasach miał mało kto. Bo takie to były czasy. Ale tych drewnianych kurpiowskich domów w wioskach pośród Puszczy Białej – żal. Po prostu – żal...

wtorek, 12 stycznia 2021

Niezwykła chałupa z Rząśnika 



Ta chałupa, pobudowana w kurpiowskim stylu,  od roku 1929 stoi we wsi Rząśnik  na północnych obrzeżach Puszczy Białej. Stoi tam, gdzie ją postawiono, a nie w żadnym skansenie. To nadaje jej rangę szczególną. Stoi w otoczeniu współczesnej, dostatniej zabudowy wiejskiej. To dodaje jej jeszcze większej wartości.  Chałupę tę zbudował dla siebie cieśla Jan Zaręba po pierwszej wojnie światowej. Budynek jest konstrukcji sumikowo-łątkowej, ma 9,25 m długości, 4,4 m szerokości i 2,6 m wysokości. Jest typowy dla ostatniej generacji domów kurpiowskich.

Odwiedzałem ją kilka razy, pierwszy raz sfotografowałem tę chałupę w roku 1995, z tamtego czasu pochodzi to zdjęcie u góry. Ostatnio byłem obok niej tego roku, jesienią 2020. Chałupa trwa i ma się dobrze. Lepiej nawet jak wtedy, gdy ja oglądałem po raz pierwszy. Belki zostały oszalowane, pomalowane, ogrodzenie też nie to, co było i chałupa niby taka sama, a już inaczej wygląda, na pewno efektowniej, chociaż jednak...  Gdyby nie blacha na dachu, byłoby więcej niż nieźle. Jest jedną z bardzo już nielicznych chałup, zbudowanych w tradycyjnym stylu kurpiowskim we wsiach okolicznych. 

Miałem to szczęście, że mogłem jeszcze oglądać takie drewniane chałupy we wsiach pośród Puszczy Białej. Jeszcze pół wieku temu było ich niemało, na mapach turystycznych pod nazwami wiosek stawiano piktogram, oznaczający, że we wsi są zabytkowe budynki wiejskie. Teraz to z lupą w ręku trzeba ich szukać w terenie, a z oznaczań na mapach dawno już zrezygnowano. Śmierć przychodziła na te chaty w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, w ostatnich latach trzydziestu wioski wewnątrz Puszczy Białej niemal całkowicie pozmieniały swoje oblicze. 

Z tych, co jeszcze ocalały, rząśnicka chałupa jest najdorodniejsza. Rzadki to przypadek, aby jednej chałupie temat poświęcać. Jakiejś budowli sakralnej, okazałemu kościołowi albo pałacowi, to i owszem. Ale chałupie? A jednak tej chałupie trzeba się przyjrzeć ją  podziwiać. Tym bardziej, że nie znajduje się w żadnym skansenie. Stoi pośrodku długiej, dwustronnie zabudowanej ulicówki o siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy. Przy tej ulicy jest domów kilkadziesiąt, a wszystkie współczesne, jakby dopiero co starannie zbudowane,  murowane, na ogół kryte świetną dachówką, a nie jakimś tam byle eternitem, otaczają je porządne ogrodzenia. Pośród tego wszystkiego, w tej dostatnio prezentującej się gminnej wsi w wyszkowskim powiecie, stoi ta chałupa. I jak się na nią patrzy, przed nią jedną, jedyną, ręce się same składają do oklasków.

 

Budownictwo ludowe mieszkańców nizinnych ziem polskich urodą i zmyślnością na ogół nie dorównuje wiejskiemu budownictwu z Karpat. Tak jakby zmysł estetyczny i uzdolnienia Mazurów z Mazowsza nie dorównywały Podhalanom. Widać tak być musi. Z mazowieckiego budownictwa ludowego najmocniej swoje indywidualne cechy miało to, co budowali dla siebie Księżacy z Łowickiego i Kurpiowie. 

Podhalanie wciąż budują w swoim stylu, acz teraz więcej w ich budynkach zakopiańszczyzny niż podhalańskości. Łowickie i kurpiowskie wsie już od dawna zatraciły swój charakter. Domy są wygodne, murowane, czasem bardzo okazałe, lecz nic nie mają wspólnego z tradycją. Ba! tak jak Kurpiowie, podobnie budowali mieszkańcy Podlasia, ale tam nadal można oglądać całe wioski w drewnianych, w starym stylu pobudowanych i obficie zdobionych chałupach. W powiecie hajnowskim stworzono nawet tzw.produkt turystyczny, nazwano go "krainą otwartych okiennic" i ludzie z całego świata przyjeżdżają, aby obejrzeć wieś o trudnej do wymówienia przez cudzoziemca nazwie: Trześcianka.  

W Zielonej Puszczy Myszynieckiej, najlepsze przykłady budownictwa spotkać można już tylko w skansenach w Nowogrodzie i w Kadzidle. Ostatnie dwadzieścia lat niemal ze szczętem wymiotły drewniane chałupy. Na Kurpiach Białych bardziej, niż na Zielonych, zanikły kurpiowskie obyczaje, chociaż czasem trafi się zespół ludowy, który tańczy i śpiewa po staremu, po swojemu, to w Obrytem, to w Pniewie, i jeszcze gdzie indziej sztuka ludowa tu i ówdzie egzystuje. Trwa też śladowo budownictwo, bo wciąż można zobaczyć chałupy zbudowane, jak tradycja nakazuje, jeno zbudowane przed wielu laty i dożywające ostatnich swoich dni, jedne w Porządziu, inne w Sieczychach,  przetrwały w Ochudnie, jeszcze inne w Białym Błocie lub Porębie Kocębach i w sąsiednim Udrzynku. Czeka je zagłada nieuchronna, obok wielu już zgromadzono  na nowe budowanie sterty cegieł lub pustaków. Mówiło się o skansenie w Popławach koło Pułtuska, jakoś nie wyszło. Kiedyś – tak mówiono – zabrakło woli politycznej. Dzisiaj się mówi, że brakuje pieniędzy. Woli też zresztą brakuje, nie tylko politycznej. 





Tak się kiedyś budowało, jeszcze się na trochę na takie budowanie załapałem. Na tych fotografiach udało mi się uchwycić szczyt w geometryczne wzory na budynku ze wsi Porządzie Góry, i w wyższej jego części motyw słońca z promieniami. A we wsi Dąbrowa Trzecie Pole ten motyw słońca jest już zgeometryzowany i nad tym drugim rogale, kończące deski wiatrownic, przytrzymujących strzechę  od zewnętrznych boków. To były malownicze wioski, trochę ich żal, nowe jest jakieś takie bez wyrazu. Warto jednak szukać po przysiółkach, koloniach pod lasem, tam jeszcze coś z dawnej atmosfery puszczańskiej wsi się ukrywa.

Zanim wymyślono rakotworczy eternit, którym epoka gierkowska w PRLu pokryła całą Polskę jak długa i szeroka, budynki wiejskie kryto przede wszystkim słomianą strzechą. Taka bardzo okazała strzecha jest na zdjęciu najniższym, to już nieistniejący dom we wsi Sadykierz koło Obrytego. Stał po drugiej stronie drogi obok kościoła. był przedwojennym dworem i to nie była zwykła chałupa, choć budynek nakrywała słomiana strzecha. Po wojnie służył jeszcze jako wiejska szkoła. Budynek stał jeszcze około roku 2000. Sfotografowalem go kilka lat wcześniej; zdjęcie jest poniżej. 

 

Dzisiaj rolnicy po wsiach nie budują domostw z drewna, pozostawiając tego rodzaju budowanie przybyszom z miasta, osiedlającym się na wsi po to, by wypoczywać i sadzić kwiatki, a nie siać i zbierać zboże. Drewniane jest dzisiaj droższe od murowanego,  budarzy też brakuje i nawet do stawiania letniaków sprowadza się cieśli z Podhala. Szkoda, bo chałupa kurpiowska była udanym tworem, zwracała uwagę doskonale wyważoną proporcją pomiędzy dwuspadowym dachem, a bryłą budynku. Najstarsze chaty nie miały fundamentów i stawiano je wprost na piasku. Później zrąb opierano na luźnych kamieniach lub podmurówce z kamieni. Ściany zrazu stawiano z ociosanych pni sosnowych, później wiązano z cieńszych belek, stosując konstrukcję sumikowo-łątkową, a jest to konstrukcja bardzo stara, znana m.in. z terenu Biskupina z wieków VII-XV przed n.e. Wobec rosnącej ceny drewna poczęto później stosować "sialunek", szalując, tj. obijając ściany pionowymi deskami z zewnątrz. 




Szczyt chałupy kurpiowskiej odróżnia ją od wszystkich innych w kraju i jeżeli np. na Mazurach zobaczy się podobny, nie ulega wątpliwości, iż został tam wprowadzony przez Kurpiów.  Przeciwnie, niż dwory szlacheckie, zawsze niemal stojące do drogi frontem, chałupy kurpiowskie były zwrócone do drogi szczytem. Dlatego też ten szczyt był bardzo ozdobny. Wierzchołek wieńczyły ozdobnie wycięte zakończenia desek "wiatrówek", tzw. rogale. "Śparogi" to określenie z Puszczy Zielonej, w Puszczy Białej nazywano je "rogalami". Były one ważnym elementem zdobnictwa, jak i nieco późniejsze "pazdury".

Rogale miały być może znaczenie kultowe, a swoim zasięgiem przekraczały granice Polski, sięgając Wielkorusi i Skandynawii. Różnorodność form rogali wynikała najczęściej z indywidualnej interpretacji motywów głów zwierzęcych i ptasich. Najpopularniejszym był motyw rogów baranich, także motyw końskich głów, niekiedy toporków. Rzecz charakterystyczna;
ze wszystkich elementów tradycyjnej chałupy kurpiowskiej z Puszczy Białej to był bodajże najpierwszy element, który zaniknął. Cały trójkąt szczytu, zwłaszcza część górną, pokrywano motywami geometrycznymi z niewielkich, heblowanych desek, pojawiał się też niekiedy motyw słońca. Również ozdobne bywały deski i belki konstrukcji, drzwi i okiennice, deski "kożuchowania" tj. okładzin węgłów chałupy, a wreszcie tak wspaniały element zdobniczy, jak gzyms nadokienny.   Różnorodność tego gzymsu, tzw. "koruny", była tak ogromna, że w jednej wsi o stu domach, żaden z motywów się nie powtarzał! Nigdy za mało ozdób - to było naczelne hasło snycerki, używanej w chałupie kurpiowskiej. 





Niezwykłość zjawiska, jakim była chałupa kurpiowska, podkreślony jest przez fakt, iż ten rodzaj budowania trwał niesłychanie krótko, właściwie zaledwie około pół wieku! Chałupy z połowy XIX wieku jeszcze nie miały ozdób. Bogate zdobienie tutejszych chałup zostało przejęte z rozwijającego się zdobnictwa miejskich domów drewnianych i drewnianych willi podmiejskich. Było to echo modnej na przełomie wieków XIX i XX  interpretacji budownictwa letniskowo uzdrowiskowego. Na zachodzie Europy styl ten znalazł najsilniejszy wyraz w pawilonach wystawy wiedeńskiej w 1873 roku i wystawy paryskiej w roku 1878. W Rosji carskiej pojawiło się dodatkowe natchnienie w specyficznym zdobieniu budownictwa ludowego. Zwłaszcza po zakończeniu I wojny światowej, gdy wiele wsi uległo zniszczeniu, pojawili się różni rzemieślnicy oferując usługi, przynosząc nową technikę i nowe wzory zdobnicze, a miejscowi fachowcy musieli się do tego dostosowywać. 




Chałupa rząśnicka ma niewątpliwie najbogatszy program zdobniczy w całym regionie — rzeźbione belki "szczytówki" i "opasia" i imponującą polichromowaną snycerkę. Są w tej chałupie „koruny" ozdobnych gzymsów, z symetrycznie rozmieszczonymi kogutkami i ukwieconymi gałązkami, inne nad oknem ściany szczytowej, inne ponad oknami frontowymi. Jest tutaj zdobione kożuchowanie węgła, a przede wszystkim ganek przyzbowy i drzwi wejściowe, rzeźbione i polichromowane. W stosunku do budowli pierwotnej brakuje zniszczonej już furtki ganku, która była utrzymana w tym samym stylu; widoczna ona jest w wydanej w roku 1972 książce Marii Żywirskiej „Puszcza Biała, jej dzieje i kultura”.


Po zakończeniu pierwszej wojny światowej w budownictwie ludowym nastąpiły wielkie zmiany z powodu zniszczenia wielu wsi. Jak pisał Przemysław Burchard, wtedy z różnych stron zbiegli się rzemieślnicy oferując usługi. Fachowcy ci przynieśli nową, jeszcze doskonalszą technikę budowlaną — i nowe wzory zdobnicze. Miejscowi rzemieślnicy musieli naśladować te wzory, by nie stracić chleba.  Niezwykle często tymi fachowcami byli cieśle i snycerze żydowscy, jak przez Burcharda wymieniony Jankiel Ogórek z Ciechanowca. Jan Zaręba z Rząśnika dobrze podpatrzył modne wzory. Proszę się przyjrzeć tym drzwiom, są niepowtarzalne, nigdzie indziej nie spotykane.  


Do tych wspaniałych drzwi Jan Zaręba dodał jeszcze jeden element: jest to biały orzeł, widniejący pośrodku urodziwej snycerki pod szczytem dachu przyzbowego ganku. Ten orzeł jest niewątpliwie wyrazem radości autora tej realizacji, radości z długo oczekiwanej niepodległości, którą przyniosły ojczyźnie rezultaty dopiero co zakończonej wojny. To również dowód patriotyzmu, tak mocno zakorzenionego wśród Kurpiów. Na coś więcej, niż tylko na oklaski zasługuje ta rząśnicka chałupa.  Czapki z głów, proszę państwa, tak przed budowniczym, jak i przed obecnymi gospodarzami tej chałupy. Bo ona wciąż jest zamieszkała.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


..............




niedziela, 5 kwietnia 2020

Niedziela Palmowa w kurpiowskiej wsi Łyse
 w roku 1994

Piszę to słoneczną niedzielą kwietniową w roku 2020. Pogoda jest  nadzwyczajna, jak już od już wielu dni. Chciałoby się gdzieś w teren, nawet miałoby się gdzie, ale się nie powinno, a zresztą nawet do lasów w Polsce mamy teraz wstęp zakazany. Za oknem mam swoje osiedle na warszawskim Żoliborzu w czasach zarazy,  a ono  opustoszałe, bezludne, wszyscy kryją się po domach, mieszkania wolno opuszczać tylko idąc do niezbędnej pracy, do sklepu lub do apteki. Zbliża się połowa kwietnia, za tydzień Wielkanoc, dzisiaj jest Niedziela Palmowa. Wyjeżdżałem w tę niedzielę za miasto, jechałem ku przyrodzie, szukałem odgłosów wiosny, ciągnęło mnie ku mazowieckim wioskom, aby wraz z ich mieszkańcami uczestniczyć w obchodach Kwietnej Niedzieli.  Gdzie ja tego dnia nie byłem, w ilu wioskach i kościołach, nawet po skansenach szukało się mazowieckiej tradycji. Ale tak naprawdę tylko w jednej wiosce przeżyłem ten dzień prawdziwie, jak na krajoznawcę przystało. Kiedy tam byłem pierwszym razem, ćwierć wieku temu.
       Wioska Łyse znajduje się koło Myszyńca na Kurpiach, od lat słynie ze swoich wysokich palm, procesyjnie noszonych w uroczystości Niedzieli Palmowej. Z roku na rok uroczystość w Łysych jest coraz bardziej okazała, przyjeżdżają tam wtedy wielotysięczne rzesze z całego kraju i z zagranicy, politycy i ambasadorowie. Przygotowane zawczasu ogromne parkingi zapełniają się setkami samochodów i autokarów. 
     W tym roku parkingi w Łysych będą puste, bo zbierająca śmiertelne żniwo pandemia koronawirusa wszystko pozamykała; lasy i parki, knajpy, szkoły i kościoły, a nas zamknęła w swoich mieszkaniach. Na dodatek, dzisiaj, gdy wrzucam ten post do swojego blogu, warszawski ratusz alarmuje o fatalnym powietrzu w Warszawie. Smog zaatakował na całego. Przy tak złej jego jakości, zaleca się nieotwieranie okien, a na zewnątrz nie powinni wychodzić: seniorzy, dzieci, kobiety w ciąży ani osoby mające problemy z układem oddechowym. I to już wydaje się przekraczać wszelkie wyobrażenia: słoneczna pogoda za oknem, a nie tylko wychodzić się nie powinno, ale nawet otwierać okna nie należy. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nie wspomnienia. To świetne towarzystwo...
..

    W uroczystościach Palmowej Niedzieli w Łysych uczestniczyłem kilka razy. Najpiękniejszy był dla mnie raz raz pierwszy i swoją pierwszą Palmową Niedzielę w Łysych nieustannie wspominam. To było 27 marca roku 1994, ćwierć wieku temu. Uwierzyć mi trudno, taki szmat czasu! ale ja tam byłem naprawdę, mam na to dowody, może i nie najlepsze, ale przecież jednak są te fotografie w moim archiwum. Sięgnąłem teraz po nie, aby się z nimi podzielić Czytelnikom tego blogu. 
         W nocy spadł śnieg. Pokrył ziemię białym dywanem. Do Łysych przyjechałem dzień wcześniej swoim małym fiacikiem, zanocowałem w  gościnnym pokoiku miejscowej spółdzielni gminnej, rankiem wyszedłem na przechadzkę. Dzień był pochmurny, śnieżna okiść szybko miała stopnieć, godzinę później miało być już po śniegu, który miał przetrwać jeszcze tylko w polnych bruzdach. Na horyzoncie majaczyła ciemna plama lasów Zielonej Puszczy Kurpiowskiej, a ja szedłem przez drewnianą, kurpiowską, której strzegły drewniane świątki z przydrożnych kapliczek. Ze wszystkich stron napływali ludzie, kierując się ku stojącemu pośrodku niej drewnianemu kościółkowi, który podobno w jedną noc został postawiony, wbrew zakazom carskich urzędników. 



A potem, już przed kościołem, w ciągu kilkunastu minut wyrósł ogromny las kolorowych palm, niektórych o wysokości kilku metrów. Trzonem każdej palmy była młoda sosenka, pięknie ostrugana, ale tak, by na wierzchołku została kiść kilku zielonych pędów. Ten długi pręt obłożony był, po równo, zielenią roślin zimozielonych puszczańskiego runa i kolorowymi wstążkami i kwiatami sztucznymi, a to z krepiny, a to z elegantszych już papierów, specjalnie dla tej okazji sprowadzanych z zagranicy. Z drzwi kościoła wyszedł kapłan, poświęcił palmy, później wszyscy weszli do wnętrza.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
W czasie mszy św. w Palmową Niedzielę czytany jest ewangeliczny opis Męki Pańskiej, niesłychanie dramatyczny, ściskający za gardło, zatrzymujący serce. I jest ten moment, w którym po słowach „A Jezus raz jeszcze zawołał donośnym głosem i wyzionął ducha", wszyscy przyklękają i nastają długie chwile przejmującej ciszy. W Łysych, w tym kurpiowskim kościółku, we wsi okolonej puszczą, cisza ta zdawała się być jeszcze bardziej dojmującą. Nad pochylonymi nisko głowami sterczał  nieprawdopodobnie kolorowy las palmowy, jakby jeszcze mocniej podkreślając nierozerwalny związek dramatu z nadzieją, smutku z radością...
         A była jeszcze procesja okazała wokół drewnianego kościoła, później było jeszcze rozstrzygnięcie konkursu na  palmy najpiękniejsze, niewielki kiermasz wyrobów miejscowych, była czas na rozmowy, żal było odjeżdżać, ale mus to mus, więc odjeżdżało się z daną sobie solenna obietnicą, że jeszcze się tam powróci. Dla mnie pierwsza wizyta w tej wiosce w Kwietną Niedzielę, była czymś mocno ważącym na kierunku moich dalszych wędrówek mazowieckich. 
 










                                                                         ..................................

Post scriptum. Zainteresowanym polecam dwa posty wielkamocne w tym blogu, oba związane z Muzeum Wsi Mazowieckiej w miejscowości Sierpc. Wystarczy kliknąć w tym blogu nazwę: Sierpc.