Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazowiecki Park Krajobrazowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazowiecki Park Krajobrazowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lutego 2023

 Zima w Ponurzycy

Pojawiam się w Ponurzycy od ponad pięćdziesięciu lat i co najmniej raz w roku, zimą również. Najpiękniej tam miałem pewnej śnieżnej zimy, a była to jedna z ostatnich prawdziwych zim mazowieckich, był luty roku 1995.  Załączone tu fotografie są z zimy tamtego roku...



Ponurzyca jest ozdobą Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Rzucona w mazowiecki krajobraz wioska, za górami, za lasami położona, dotrzeć do niej niełatwo. Ciągnie mnie w tamte strony ogromnie. Niby blisko od miasta, a daleko. Okoliczny krajobraz ma swój charakter. Jest Ponurzyca wioską niewielką, lecz dość rozległą, to kilka kolonii, rzuconych w krajobraz mazowieckiego lasu. Największa jest znajdująca się pośrodku Ponurzyca Rynek, tam wciąż stoi najokazalszy budynek we wsi, który w roku 1931 mieszkańcy wioski własną pracą i z własnego drewna zbudowali na szkołę dla swoich dzieci. Niedaleko stamtąd, po sąsiedzku, pośród najbardziej rolniczego krajobrazu w Ponurzycy znajdują się jeszcze Szkolmaki i Zagórzaki i są niedaleko stamtąd Mętraki, ze wszystkich kolonii najbardziej wciśnięte w lasy. Najbardziej malownicze wydają się być położone na zachodzie Papizy, Galasy i Kresy.










Wioska jest wymarzonym terenem dla badań krajoznawczych, etnograficznych, kulturowych, mogłaby być świetnym tematem niejednej pracy naukowej. Nawet tego, dlaczego wieś Ponurzycą nazwano, nie wiadomo dokładnie. Czy dlatego, ze ten odludny, leśny krajobraz ponuro się przedstawiał tym którzy tu jako pierwsi zamieszkali? A może dlatego, że wieś ukryta jest "po norach", w zagłębieniach terenu ładnie tam ukształtowanej krawędzi polodowcowej równiny, opadającej ku dolinie Wisły. Cała ta pofałdowana okolica obejmowana jest wspólną nazwą Ponurzyckich Gór, a poszczególne wzniesienia noszą jeszcze wdzięczne nazwy indywidualne: jest tam Bycocha i Zawiatrak, są Przydawki, Góra Czyżankowa, Żółwiowa i Żółwikowa, jest Grabinowa Góra oraz Regucka, Biała Góra i Góra Wywiana zwana też Dworską Górą, jest także Góra Ślepota i Podbielna Góra. 


Ponurzyckie Góry są porozcinane dolinkami, płyną nimi wąskie strumyczki o czystej wodzie i piaszczystym lub żwirowym dnie. Najładniejsza struga nosi nazwę Ślepota i malowniczo pośród wzgórz meandruje. Niebrzydkie zdjęcie tam zrobiłem i tytuł dałem taki, jak trzeba: Struga Ślepota we wsi Ponirzyca Papizy. Egzotycznie brzmi, nieprawdaż? 


......................................
 

środa, 3 marca 2021


Przygoda krajoznawcza: Lipa Czesława Łaszka.

 

To świetne zdjęcie jest z portalu ndl.Celestynów


Ta ogromna lipa drobnolistna jest pomnikiem przyrody i Ozdobą Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Z Celestynowa idzie się do niej 5 km, zrazu niebieskim szlakiem do wsi Regut, a od Żółwiowego Stawu dalej prosto ku południowi. Drzewo jest oznaczone na mapie tego parku wydawnictwa Compass, można ją znaleźć na internetowej mapie Googli, trzeba tylko wywołać nazwę wsi Regut i z niej powędrować ku południowi drogą gruntową. Drzewo jest w wieku ok.400 lat i ma charakterystyczny, mocno rozgałęziony pień, nie przypominam sobie innego zabytkowego, wiekowego drzewa o podobnym wyglądzie na Mazowszu. Rośnie na prywatnej działce leśnej p. H. Szuchnika, w pobliżu Maćkowej Strugi w uroczysku Majdan, pośród sosnowego boru, na stoku wydmy o dość łagodnym nachyleniu. Obwód pnia wynosi 820 cm,  a wysokość około 19 metrów. 

Wyjątkowo urodziwa jest ta pozostałość dawnej Puszczy Osieckiej, której starodrzewy zostały tak dokładnie wyrąbane, że pozostał po nich tylko potężny dąb w Górkach koło Osiecka i właśnie ta lipa.  Chwalą ją w Internecie, pisząc, że wrażenie robi nie tylko obwód pierścienicy jak i kształt pnia, który daleko odbiega od typowego dla drzew walca, sprawiając przy tym wrażenie drzewa wyciągniętego wprost z baśni. Niełatwo trafić do tego drzewa, które nosi imię wieloletniego wojewódzkiego konserwatora przyrody na Mazowszu, Czesława Łaszka.

Jego imię zyskał też Mazowiecki Park Krajobrazowy, w którym ta lipa rośnie. Park został utworzony z jego inicjatywy. Zmarł 28 czerwca 2000 r., przeżywszy niepełne 70 lat. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w kwaterze nr 28c. Nawet nie ma swojego hasła w Wikipedii ten najlepszy konserwator przyrody w historii Mazowsza. I ja nigdy nie zrobiłem mu zdjęcia, chociaż dziesiątki razy się widywaliśmy, zarówno w terenie i na różnych konferencjach. Muszę więc skorzystać tutaj z fotografii dość kiepskiej technicznie, ściągniętej ze strony internetowej parku, który nosi jego imię. 

Był mazowszaninem z krwi i kości, urodził się w Mińsku Mazowieckim  i dla mazowieckiej przyrody okazał się być darem niebios.  Doprowadził do powstania nie tylko tego parku, także i innych, jego dziełem jest również kilkadziesiąt rezerwatów przyrody i dziesiątki pomników przyrody. On także ratował Las Bielański od rozcięcia trasą Wisłostrady bo i taki pomysł był mocno forsowany przez władze. Bardzo pana Czesława brakuje, a właśnie szykuje się kolejna autostrada, tę również, jak koło radości, chcą prowadzić w bliskiej okolicy, przecinać ma ten park właśnie.

Tak już jakoś jest, że cele swoich wędrówek umieszczamy najczęściej w podwarszawskich fragmentach Kampinoskiego Parku Narodowego. Nie tylko teraz, w czasie pandemii, wędrujemy koło Izabelina, Truskawia, Wólki Węglowej, tam najchętniej. I ja często gęsto ulegam tej pokusie, skądinąd nawet jestem autorem przewodnika po tamtej okolicy, ale – przyznam się bez bicia – zawsze mnie pociągał teren mniej znany, rzadziej uczęszczany. Na przykład okolice Celestynowa i Ponurzycy, której poświęciłem cały rozdział w jednej ze swoich książek. Najpiękniejszą ze swoich zimowych wycieczek po Mazowszu odbyłem w jej krajobrazie.

Aż trudno mi uwierzyć, że w swoim archiwum nie mam wciąż jeszcze fotografii Lipy Czesława Łaszka. A tyle razy tam łaziłem, szlaki projektowałem, wycieczki prowadziłem, samojeden się tam błąkałem, bo przecież lubię tę okolicę. A przy tej lipie z aparatem fotograficznym mnie nie było. Zdjęcia jej nie zrobiłem. Po prostu: krajoznawcza porażka.

Dawno mnie nie było w tamtych stronach. Ostatnim razem pod koniec listopada 2017 roku, wędrowałem wtedy z Grzegorzem. Dwie godziny w pociągach tam i z powrotem, cztery w terenie, w sam raz na krótkie dnie przedzimia. Gdy szukałem tras do wyznakowania w tej okolicy, w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku zawędrowałem do wsi Regut w regionie kołbielskim. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, wydawany w latach 1880–1902, podaje w tomie IX hasło Regut, albo Regały. Ta druga, wcześniejsza chronologicznie forma nazwy wiąże się z faktem, że to była wieś królewska. Regut powstał w XVI wieku i należał wtedy do starostwa osieckiego, to była królewszczyzna. Według zapisków z 1660 roku Regut został całkowicie spalony podczas wojen szwedzkich. 

W Regucie, jako pierwszej miejscowości w starostwie osieckim, zmieniono mieszkańcom pańszczyznę na czynsz. Dzisiaj obok wsi śmigają samochody tranzytową szosą nr 50, zasuwają nią ogromne ciężarówki, a szykuje się tuż obok jej śladu nowy ślad dwujezdniowej, szerokiej na sto metrów autostrady A-50. Zapewne wyrosną koło niej wysokie ekrany, zbuduje się nad autostradą szerokie przejście dla zwierząt. Tak to nasza cywilizacja sobie poczyna, jeden jej element wymusza następny, nieuchronnie kończy się krajobraz sielski i anielski w okolicach Warszawy. Co będą z tego mieli mieszkańcy wioski Regut? Niewiele dobrego będą mieli. Co pan na to, panie Czesławie?

W czasie pierwszych swoich odwiedzin tej wioski zobaczyłem niewielkie, skrzynkowe kapliczki, przybite do drzew. W wnętrzach znajdowały się sceny Ukrzyżowania, postacie były przedstawione bardzo prymitywnie, wręcz symbolicznie. Bardzo mnie ujęła wtedy ich symboliczna prostota. Znacznie później dowiedziałem się z lektur, że reguckie kapliczki są dziełami Józefa Soboty (1984-1979). Był miejscowym rolnikiem, podejmował się też różnych zajęć sezonowych, pracował w lesie, w tartaku. Z powodu wypadku na wiele lat stracił czucie w nogach. Nie umiał czytać i pisać, prawie osiemdziesięcioletni począł rzeźbić wierząc, że wyzdrowieje realizując wolę Bożą, przekazaną mu we śnie przez anioła. Warunkiem było rozwieszenie i ustawienie we wsi, w której mieszkał, kilku kapliczek. Takich, jak ta poniżej.

 

Kapliczka Józefa Soboty z Reguta.

Dziś jego dzieła znajdują się u prywatnych kolekcjonerów, m.in. u prof. Mariana Pokropka, który w swojej książce "Życie i twórczość rzeźbiarska Józefa Soboty" odkrył go dla miłośników sztuki ludowych prymitywistów. Prace artysty można też oglądać w muzeach etnograficznych, np. w Toruniu lub Krakowie. A sam Sobota, wskutek wielu pomyślnych zbiegów okoliczności i pomocy ludzi z miasta, którzy dostrzegli i zachwycili się jego sztuką, wrócił do zdrowia. Rzeźbienie do końca życia było jego wielką pasją.

Cztery lata temu, gdy  o pandemii nikt z nas jeszcze nie myślał wtedy, że coś takiego może się zdarzyć, a więc dwa lata temu,   listopadową sobotą zawędrowałem do dawno nie odwiedzanego Reguta. Nim wszedłem do wioski zatrzymałem się z przyjacielem na chwilę odpoczynku nad Żółwiowym Stawem wśród sosnowych borów na południe od wioski. Opowiadałem przyjacielowi o moim spotkaniu z kapliczkami Józefa Soboty. Potem, w naszej wędrówce ku stacji w Celestynowie, mijając boisko Reguckiego Klubu Sportowego "Bór", wyasfaltowaną ulicą Turystyczną weszliśmy do wsi Regut. Przy pierwszym domu po lewej stronie drogi, zobaczyłem przybitą do drzewa niewielką szafkową kapliczkę, a w niej scenę Ukrzyżowania, dzieło Józefa Soboty. Kilka miesięcy potem znalazłem się w etnograficznym muzeum na krakowskiej Wolnicy i tam przyglądałem się uważnie jednej z jego kapliczek. Ta, która w Regucie jeszcze przetrwała (chwała tym, co o to zadbali!) jest niemal tamtej bliźniaczą.

Niby niczego wielkiego nie odkryłem, przecież jednak w Regucie zawrzała we mnie z radości krew krajoznawcy. Kto wie, czy nie największe wrażenie czyni na mnie załamująca ręce w smutku i rozpaczy postać Matki Boskiej, której świętość rzeźbiarz podkreślił absolutnie niebanalnie przedstawionymi promieniami, okalającymi postać. Absolutnie doskonały przykład sztuki naiwnej. Jak mówi encyklopedia PWN, najważniejszą cechą sztuki naiwnej jest szczerość i prostota wypowiedzi plastycznej. Nie usiłuje zbliżyć się do uznanych wzorów artystycznych, lecz odnajduje własny sposób przedstawiania świata.

Wpuściłem opowieść o kapliczkach Józefa Soboty do swojego internetowego blogu i doczekałem się komentarza. "Pan Józef Sobota ma w pewnym sensie następcę – napisał mi w blogu nieznany z nazwiska HobbyHouse.pl.  –  Od kilku lat wokół Ponurzycy pojawiają się nowe kapliczki. Rzeźbione w jednym kawałku drewna. Przeważnie Chrystus Frasobliwy. Widać, że wykonane tymi samymi rękami. Znalazłem już około dziesięciu, m.in. przy Lipie Łaszka, nad Maćkową Wodą i nad Ślepotą". 

Wiem teraz, że czeka na mnie kolejna przygoda, trzeba pójść w tamte strony, sfotografować tę lipę, poszukać tych wszystkich rzeźbionych Frasobliwych.  Bardzo mi brakuje Lipy Łaszka w swojej fototece. Bardzo chętnie poszukałbym sobie w terenie onych Frasobliwych. Wrócę tam chętnie, to przecież i moje lubiane strony, oby tylko sił starczyło. Nie wiem więc, czy prędko tam pójdę, jeśli w ogóle pójdę, bo mój pesel właśnie zaczął mi mocniej dawać się we znaki. W tej sytuacji liczę na Was. Przygoda krajoznawcza na Was czeka. Co Wy na to?

 

sobota, 2 stycznia 2021


 

W wielkim księstwie chrobotkowym 
na mazowieckich piaskach

 


Naszła mnie ochota aby odwiedzić "wielkie księstwo chrobotkowe" w Puszczy Kampinoskiej.Pogoda zupełnie nie zimowa, ale smętna, szarobure chmury, w sam raz na  wędrówkę żółtym szlakiem przez karłowate bory sosnowe uroczyska Mosionka. Sto ileś lat temu rosły tam wiekowe sosny, które zostały wycięte w pień i sprzedane kupcom żydowskim, stąd też nazwa tej części sosnowego boru. Nazwa oczywiście w dobitny sposób zdradza pokłady pogardy, jaka tkwi w naszym narodzie, obdarzającym przedstawicieli obcych nacji określeniami o lekko obelżywym znaczeniu. Ciekawe, w Puszczy Kampinoskiej jest nie tylko Mosionka, jest także Kacapski Kanał, rzecz dziwna ale nie ma żadnej nazwy, która by się się łaczyła ze Szwabami...

Na ogołoconych z lasu wydmowych piachach posadzono sosnowe monokultury. I takimi je odziedziczył park narodowy, jak już całe uroczysko w jego władaniu się znalazło. Na pierwszy rzut oka żadna tam puszcza, ani z naszych marzeń romantycznych, ani z rzeczywistego wyglądu. Trzeba jednak przyznać, że pod względem krajobrazowym mają dużo specyficznego wdzięku.Mazowieckiego wdzięku, bym dodał.

Rosną tam  kostropate i karłowate, niekiedy wielopienne sosny i widać po ich prezencji, że toczyły ciężką walkę o życie na lotnych piachach wydmowych. Wiele z nich opanowanych jest przez nadrzewne porosty  i dla zwykłego turysty  są bardzo interesującym elementem oblicza takich drzewostanów. Sosnom towarzyszą brzozy, u ich stóp rosną kępy wrzosów, wszędzie ścielą się łany chrobotków reniferowych i płucnicy islandzkiej. 

Spotykałem łany chrobotków na piaszczyskach nadrzecznych, wyjątkowo urodziwe znajdują się w Puszczy Kurpiowskiej,  w borach koło Mińska Mazowieckiego jest go sporo, jeszcze więcej pod Warszawą w  Mazowieckim Parku Krajobrazowym koło Falenicy, a i w borach wokół Ponurzycy. W sosnowych borach Kampinoskiego Parku Narodowego dają się podziwiać w Opaleniu i na Łużach koło Wólki Węglowej, na Mosionce w sąsiedztwie Wierszy. Jest w tamtych borach i borkach zamknięty spory fragment historii Puszczy Kampinoskiej; czas rabunkowej gospodarki leśnej, głównie z czasu zaboru rosyjskiego, gdy wycinano co dorodniejsze, a sadzono co bardziej liche. Puszczy z naszych romantycznych wyobrażeń tam nie znajdziemy. Zobaczymy tam głównie to, co zostawił nam wiek dziewiętnasty. Przecież jednak tego krajobrazu lekceważyć nie można. Bo on jest nasz, własny, mazowiecki właśnie. 

Wszędzie tam na wydmowych piaskach  rozsiadły się tam łany chrobotka reniferowego.  Poniektórzy myślą, że to mech, inni mówią, że to  jest gatunek grzybów, a tak naprawdę ze względu na współżycie z glonami zaliczany jest do porostów. Jak zwał, tak zwał, malownicze toto jest bardzo.  Chrobotek reniferowy bardziej niż w Polce jest liczny w krajach północnych, w  Finlandii, Norwegii, Szwecji, tam jest go więcej, niż mnóstwo. W Skandynawii chrobotki są lubianym jedzonkiem reniferów, stąd i nazwa. Renifery też  u nas też żyły, ale wtedy gdy Polska nie była jeszcze Polską, przy końcu epoki lodowcowej.

 

Na południe od Otwocka, na torfowisku Całowanie są wydmy koło niewielkiej wioski o nazwie Pękatka i tam archeolodzy odnaleźli ślady osady łowców reniferów sprzed około 13 tysięcy lat. Lądolód, zalegający wówczas ten fragment ojczystej ziemi, który dzisiaj nazywamy Mazowszem, właśnie począł był ustępować ku północy. Krajobraz Mazowsza tamtych czasów przypominał tundrę, a na pastwiskach tej tundry, wśród traw i krzewów pasły się dzikie renifery. Przez kilka stuleci od połowy X tysiąclecia p.n.e. do schyłku IX tysiąclecia p.n.e., Mazowsze było krainą zamieszkaną okresowo przez koczownicze grupy łowców reniferów. Gdy lądolód począł się wycofywać na północ, klimat się tutaj wyraźnie ocieplił, na północ Europy podążyły również renifery, a w ślad za nimi koczownicze plemiona myśliwych. 

W swojej książeczce „Mazowsze nieznane” Zdzisław Skrok pisał pięknie o tych łowcach reniferów z Całowania. Że istnieją przesłanki, pisał, iż nasi przodkowie tę ziemię z żalem  opuszczali. Oto nad jeziorem Onega odkryto  cmentarzyska tych łowców, przybyłych tam z tych terenów. Że to te same plemiona, zaświadczały odkryte tam przedmioty, identyczne tylko tam i tutaj. Wszystkie ciała zostały złożone w ziemi głowami w jednym kierunku. Nie ku wschodowi, ku północy, lecz w kierunku Mazowsza, krainy szczęśliwej, którą opuścić musieli, a za którą – jak widać – tęsknili. Dla nas dzisiejszych świadomość tego jest niezwykle podniecająca.

Żeby zobaczyć żywe renifery trzeba dzisiaj podjąć podróż na północ Skandynawii. Renifery tam zawędrowały, chrobotki z nami pozostały i chociaż tak maleńkie, są ogromnym zabytkiem. Czapki z głów przed chrobotkami, szanowni państwo! Reniferów już na chrobotkowym posiłku na terenie dzisiejszego Mazowsza nie spotkamy, ale korzystające z chrobotków polskie sarny i owszem.

Nie ulega wątpliwości, że korzyści z nich przyroda ma wcale sporo. Leśne porosty i mchy przyczyniają się do utrzymywania wilgotnego mikroklimatu w lasach, gromadząc podczas opadów atmosferycznych w swoich plechach wodę, a następnie ją uwalniając w suche dni. Tym samym zapewniają stałość warunków mikroklimatycznych na terenach leśnych. A że rosną często gęsto w takich suchych, monokulturowych borach, egzystujących na piachach, czyż trzeba tłumaczyć, że są nie tylko piękne, ale i praktyczne?

 




















To także jest Puszcza Kampinoska, choć nie tak sobie prawdziwą puszczę wyobrażamy.    

piątek, 1 marca 2019


Bunkry na wydmach
opowieść krajoznawcza w dwóch odsłonach 

     Zima tegorocznego lutego na Mazowszu jakaś taka bardziej łagodna raczej. A luty wręcz niebywały. Czasem słonecznie, mroźnie bywało, ale nie za bardzo. W sam raz na wypad na peryferie mojego miasta, do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego w okolice Starej Miłosny, w krainę wydm i torfowisk.  To niezwykła  kraina, zadziwiająca tym bardziej, że  w znaczącej części znajduje się w granicach Warszawy.  
      Są dwie Miłosny, jedna jest dzielnicą Sulejówka, druga to Miłosna Stara i jak sama nazwa wskazuje, to ona jest starsza. Niektórzy warszawiacy mają problem z odmianą nazwy Miłosna. Najczęściej popełnianym błędem jest odmiana, powszechnie jedzie się więc do Miłosnej, a powinno do Miłosny. Tak jak jechałoby się do Warszawy, a nie Warszawej. Takie bowiem są prawidła naszego, polskiego języka.
    Mówią mi niektóre źródła, że nazwa osady pochodzi od rośliny  w średniowieczu masowo rosnącą na bagnach u stóp miejscowych wydm. Owa roślina to miłosna górska (Adenostyles alliariae), gatunek należący do rodziny astrowatych. Występuje tylko w górach środkowej, południowej i wschodniej Europy. Przypuszcza się, że roślina wyginęła tutaj wraz ze zmianą klimatu na przełomie XVI i XVII wieku. Mnie bardziej trafia do przekonania inna hipoteza, przyjmująca pochodzenie nazwy od  od żyjących w istniejącej tu puszczy w średniowiecznej rodziny bartników: Jakub, Jan i Maciej zwani byli Miłosławami. Jak wyczytałem, ta informacja tyczy roku 1565, ale wiele przemawia za tym, że nie byli oni pierwszym pokoleniem Miłosławów. I być może tu właśnie należy doszukiwać się pochodzenia nazwy Miłosny.
    W tamtej okolicy krajobrazowo najbardziej interesujące są ługi. Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim brzegu Nysy zwanej Łużycką, na terenie dzisiejszych Niemiec. Ługi tutejsze są efektowne. Otoczone borami rosnącymi na piaszczystych wydmach, porośnięte kępami turzyc, pomiędzy turzycami przebłyskuje woda. 


Ług bezimienny na południe od wydm Pohulanki

I jeszcze jeden ług, po sąsiedzku, też bezimienny.
 
Zielony Ług
Macierowe Bagno w bezsłonecznej pogodzie zimy na początku lutego 2019 roku
Najładniejszym tamtejszym ługiem jest niewątpliwie Macierowe Bagno. Chcieli przyrodnicy zrobić je rezerwatem, ale się nie dało, jest własnością prywatną od przedwojny, należy do wielu właścicieli. Zielony ług też niebrzydki. Tam zachodzi się najczęściej, bo jest tam rozstaj trzech szlaków znakowanych, blisko od niego do pętli autobusowej w Międzylesiu nieopodal gmachów Centrum Zdrowia Dziecka.
    Na wycieczkę w okolice Starej Miłosny pociągnęły mnie teraz nie znane mi dotąd szczątki bunkrów, znajdujące się na otaczających ługi wydmach.  Podczas I wojny światowej, w 1915 roku, wojska niemieckie przejęły rosyjską linię obrony przebiegającą przez pasmo wzgórz Starej Miłosny, tworząc w tym miejscu nowoczesną linię obroną zwaną Bruckenkopf Warschau (Przedmoście Warszawy). Na okazałej wydmie parabolicznej znajdował się tzw. Punkt Oporu Pohulanka, składający się z trzech fortyfikacji z okresu I Wojny Światowej, wybudowanych w roku 1915 oraz trzech ciężkich schronów, wybudowanych w 1941 roku. 


Ruina jednego z bunkrów na Pohulance w sąsiedztwie Starej Miłosny
    
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Te schrony bojowe o wymiarach miały żelbetowe ściany o grubości dwóch metrów. Do dziś przetrwały, ale  w ruinie.Odegrały te bunkry pewną rolę w 1944 roku, przez kilka dni powstrzymywały ofensywę radziecką przed zajęciem przez Armię Czerwoną warszawskiej Pragi. Po wojnie wysadzono te bojowe schrony dość dokładnie. Te bliższe osiedli służą mieszkańcom jako śmietnik, odleglejsze dla odwiedzających są bardziej malownicze i wcale fotogeniczne.  

Niemcy zbudowali, Rosjanie zniszczyli, jakby na to nie patrześ: zabytek historii.
    Przez wydmy i lasy w okolicach Starej Miłosny wiodła trasa ostatniej wycieczki Mieczysława Orłowicza. Mistrz polskiego krajoznawstwa, czuję się jego uczniem, choć go nie znałem, ale wzrastałem w jego legendzie, a siostra mego mistrza uczyła mnie biologii w liceum. Zakochany w Karpatach, które zdeptał pieszo wzdłuż, wszerz i wzwyż,  latami całymi związany ze Lwowem, ostatni swój kontakt z krajobrazem przyrodniczym  miał na Mazowszu.
    Towarzyszącej mi znajomej niewieście nie podobały się ruiny wojennych schronów. Że nieinteresujące – mówiła. Po co takie coś oglądać. Doktor Orłowicz odpowiedziałby by jej pewnie tak: przeciętny krajoznawca interesuje się wszystkim.  Prawdziwych gór koło Starej Miłosny nie ma, są jednak miejscami potężne wydmy, łączące się z sobą w długie na kilka kilometrów grzbiety, więc włóczenie się ich grzbietami jest dla górołazów namiastką karpackiej wędrówki. Pół wieku zaprojektowałem wiodący tamtędy szlak wiodący „piaszczystą percią”; szlak jest mój, ale nazwa starsza, tą percią się chodziło jeszcze zanim ja zjechałem do Warszawy.
Dąb przy Piaszczystej Perci. Fot.H.Łojasiewicz

     Przez te wydmy, może nawet obok tego starego dębu ze zdjęcia  w roku 1959 wiodła trasa ostatniej wycieczki Mieczysława Orłowicza. Uważał się raczej za krajoznawcę praktycznego  niźli teoretyka, a przecież napisał coś około stu pięćdziesięciu  przewodników turystycznych, które dziś są wznawiane i — mimo znacznej dezaktualizacji — są wciąż lepsze od wielu współczesnych. Zakochany w Karpatach, które zdeptał pieszo wzdłuż, wszerz i wzwyż,  latami całymi związany ze Lwowem, ostatni swój kontakt z krajobrazem przyrodniczym  miał na Mazowszu. Wśród zasłużonych spoczął na tyłach katakumb z Warszawskich Powązek. Ta perć koło Starej Miłosny zapewne była namiastką górskiej dla Orłowicza.
    Ani deszcz, ani burza nie były dla niego przeszkodą w wędrówkach – pisali uczestniczy jego wycieczek.  Wychował tysiące swoich rodaków. Wiele osób uczestniczyło w prowadzonych przezeń słynnych wyprawach. Jeszcze więcej zetknęło się z wędrowaniem, w celu poznania ziemi ojczystej, dzięki jego książkom i artykułom. Model „orłowiczowskiego" wędrowania wciąż uprawiany jest przez bardzo wielu.  

     W końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem  wycieczkę w Starej Miłośnie. Tab był obowiązkowy punkt programu wszystkich warszawskich turystów:  sławna dziewiętnastowieczna  karczma „Szafa gra”.  Jej sława  wybiegała  daleko  po  za szeroko pojętą okolice. Tam taka szafa była, w latach Peerelu była sensacją, a do tego grającą! Nie zrobiłem zdjęcia tej szafy. Nie zdawałem sobie sprawy w swojej młodości, że zdejmowałbym zabytek. Połowa budynku jeszcze stoi, karczmy, ani grającej szafy w nim nie ma. Piękne zdjęcie budynków zabytkowego zajazdu znalazłem w internecie. Oto one:
 
Dzisiaj okolica zupełnie nie do poznania. Aż trudno uwierzyć. 

       Orłowicz był tam około dziesięciu lat przede mną. Szedł wtedy od stacji w  Sulejówku, w tej restauracji zjadł obiad, poszedł dalej do kolei w Międzylesiu. Tę, ostatnią swoją wycieczkę prowadził mając lat siedemdziesiąt osiem.  Pobiłem mistrza o lat pięć, teraz prowadząc przyjaciół w okolice Starej Miłosny. A po drodze, nad Zielonym Ługiem spotkałem innego starszego pana. Pozdrowił mijanego turystę uchylając w ukłonie swoją czapkę. Zatrzymałem się i podziękowałem za ten ukłon. Czasem ludzie się pozdrawiają na leśnych trasach podwarszawskich. Ostatnio nawet częściej, niż dawnymi laty. Ale żeby ktoś kłaniał się przechodzącym przez zdjęcie nakrycia głowy? Tak czynić mogą ludzie tylko bardzo starej daty. Porozmawialiśmy sobie. Dobiegać już począł dziewięćdziesiątki i wciąż wędruje turystycznie. Samotnie na dodatek! 


Gospodarz Barku w Dakowie


      Okolica ma teraz inną knajpkę i jest ona znakomitym miejscem  dla wędrowców. To znajdujący się w środku lasu "Barek w Dakowie",  prowadzony przez państwa Bednarskich. Ma bardzo schroniskową atmosferę,  we wnętrzu zawsze pełno jest turystów, którzy przywędrowali tu pieszo, z kijkami lub bez, w grupkach jak my, lub pojedynczo, z dziećmi lub bez, którzy zrobili tu sobie przerwę w footingu, przyjechali na rowerach latem, zimą ma nartach. Niewątpliwie jest to najbardziej sympatyczna knajpka, jaka można spotkać na podwarszawskich szlakach. 
       Pod koniec lutego raz jeszcze znalazłem się w Mazowieckim Parku Krajobrazowym, znów w towarzystwie, tym razem w dalszej części Parku na południe od Otwocka, w morzu sosnowych borów. Przez wiele dziesiątków lat nie było tam żadnego lasu, wycięto go na amen jeszcze w XIX wieku. Dopiero w latach trzydziestych XX wieku rozpoczęto te tereny zalesiać. To była wielka akcja. Upamiętnia ją niewielki głaz, ustawiony przy skrzyżowaniu dwóch traktów. Na głazie wyryty napis: Gdzie halizny i pustynia Siać i sadzić zagajenia Niech się po nas las zostanie Pracy leśnej poszczęść Panie. Pamiątka roku 1931-34. Bory jak bory, sadzono sosnę niezbyt wartościowego gatunku, pnie nawet marnie oczyszczone, widać, że zalesiający okolicę leśnicy nie przebierali w materiale do sadzenia. Pewnie widziały gały, co brały, chociaż mogły brać lepsze. Ale i zdegradowana do imentu piaszczysta gleba też miała coś do powiedzenia. Te lasy to w większości wciąż przysłowiowe mazowieckie laski i piaski.     

      Obok kamienia przebiega ważny trakt historyczny, łączący Karczew z Osieckiem, prawie cały czas wiedzie lasami, jak planowałem pierwszy raz wybrać się w te lasy, ten trakt wybrałem na wycieczkę, tylko on był oznaczony na ogólnie dostępnych mapach, inne drogi to była tajemnica wojskowa, nie dla profanów dostępna. Poszedłem więc tym traktem, z wycieczki zapamiętałem, że droga okazała się długa, piaszczysta i nudna jak sto psów, chociaż niemal cały czas lasem. 

Czerwony szlak na grzbiecie wydmowym Dąbrowieckiej Góry
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na tegoroczną zimową wycieczkę wybrałem się te lasy w lutym. Zima trwała, mrozik trzymał lekki, ale śniegu tyle co na lekarstwo,. Głównym celem mojej wycieczki była wysoka piaszczysta wydma, od pobliskiej wsi zwana Dąbrowiecką Górą. Na tej wydmie także znajdują się bunkry, jak pod Starą Miłosną. Zachowały się jednak jako tako i grono zapaleńców ze Stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji „Pro Fortalicium” http://www.profort.org.pl/. W ciągu kilku ostatnich lat z  niemieckich schronów bojowych z czasów wojny, zrobili obiekt muzealny, nazwali go skansenem fortecznym. 
Pan Hubert (pośrodku) opowiada. A ma o czym mówić  i mówić o tym umie !
    Przyszedłem z grupą znajomych, zapowiedziany wcześniej, na miejscu czekał na nas jeden z gospodarzy tego  fortecznego skansenu na Dąbrowieckiej Górze, p.Hubert Trzepałka. Wszystko pokazywał i objaśniał.  Takich bunkrów Niemcy trochę postawiali na wydmach, rozsianych na wschodnich przedpolach Warszawy, co naszych czasów dotrwały tylko dwa, pozostałe zniszczyli Sowieci. Zbudowano je solidne, odporne na trafienia ciągłe artylerii, miały wytrzymać bombardowanie bombami lotniczymi do wagi 500 kg. Po wojnie zostały totalnie zdewastowane. 
    Po upadku komuny bunkrami zainteresowali się pasjonaci militariów. Odbudowali, co było zniszczone, a do tego jeszcze urządzili wnętrze w stylu tamtych lat. Wygląda tak, jakby wojsko tam zamieszkujące dopiero co uszło w popłochu, pozostawiając wszystko na swoich miejscach. Prycze są zaścielone kocami, odłożona na moment broń wisi na kołku, na stole jest jakiś sprzęt radiowy i stare mapy z tamtych czasów, w oficerskiej izbie są  zdjęcia półnagich, biuścistych niewiast  i jest nawet Völkischer Beobachter (czyli „obserwator ludowy”) – organ prasowy NSDAP, organ bojowy narodowosocjalistycznego Ruchu Wielkich Niemiec.   




      Pan Hubert należy do nieczęstych osobników, dzięki którym otaczający nas świat staje się ciekawszy. Nawet jeśli to, co ciekawi jego, nas już niekoniecznie. Jakby jednak nie było, te hitlerowskie bunkry są świadkami historii naszej, mazowieckiej ziemi. Nie wyrywa się kartek z historii. Działalność pana Huberta i jego przyjaciół o tym nam przypomina. Każdą wolną od zawodowej pracy chwilę poświęca temu obiektowi. Jest on dla niego jak dziecko. A jak te pańskie bunkry znosi pańska rodzina? - pytam. Uśmiecha się. Widziały gały, co brały – odpowiada. Jedna z towarzyszących mi pań nachyliła się ku mnie i szepnęła mi do ucha: nie chciałabym być żoną pana Huberta...


    Nieopodal stały samochody, którymi przyjechali tutaj, aby poćwiczyć  poprzebierani w mundury mężczyźni z brzuszkami, członkowie jakiejś grupy rekonstrukcyjnej. No cóż, hobby militarystyczne nie jest obce naszym współrodakom.        
     Przed laty był w Warszawie znakomity europejski architekt, ścisła czołówka światowa, top absolutny, nazywał się Renzo Piano. Pytali go warszawscy dziennikarze co by zrobił z Pałacem Kultury,  budowlą, którą wielu z warszawiaków uważa za wyjątkowo szpetną ranę w miejskim pejzażu polskiej stolicy, a na dodatek wbity w miasto symbol upamiętniający czas sowieckiego komunizmu. Oczywiście, pytający spodziewali się odpowiedzi jedynie właściwej: należy toto zburzyć, zniszczyć lub przebudować. A na to Włoch: nie wyrywa się kartek z historii miasta. Nie wykopiemy też trumny Bieruta z powązkowskiego cmentarza. Pozostanie tam jako świadek historii. Te bunkry też są takim świadkiem.

Skansenu fortecznego na Dąbrowieckiej Gorze obiekt najważniejszy.
    Takich bojowych bunkrów Niemcy trochę postawiali na wydmach, rozsianych na wschodnich przedpolach Warszawy, co naszych czasów dotrwały tylko dwa, pozostałe zniszczyli Sowieci. Nie spełniły nadziei, jakie w nich pokładały władze niemieckie. Sowieci podeszli schrony na Dąbrowieckiej Górze fortelem. W podobny sposób podszedł Rzymian przebiegły Hannibal pod Kannami: okrążeniem. 
      Gdy już pod koniec lipca 1944 roku Niemców z  Dąbrowieckiej Góry przegnali, sami na tej wydmie wśród sosnowych lasów  zapadli na wiele tygodni. W Warszawie w międzyczasie wybuchło i zgasło Powstanie, a wokół bunkrów na tej wydmie aż do styczniowej ofensywy i forsowania Wisły w 1945 roku zimowało radzieckie wojsko w wykopanych ziemiankach. Ślady tych ziemianek wciąż są widoczne. To także historia. I do tej historii należą te ziemianki wśród  mazowieckich piachów, milcząco dzisiaj opowiadające o tych zziębniętych, wygłodzonych sołdatach, zagnanych tu przez wojenne wichry....

Piachy Dąbrowieckiej Góry.



     

piątek, 17 lutego 2017


Zimą na podwarszawskich ługach

O kilka kroków od zabudowań na przedmieściach Warszawy, pośród wydm  Mazowieckiego Parku Krajobrazowego znajduje się kilka bardzo interesujących krajobrazowo i przyrodniczo torfowisk. Nazywane są "ługami". Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim, niemieckim brzegu Nysy zwanej Łużycką.
    Ze wszystkich  ługów najładniejsze krajobrazowo jest eksploatowane dawniej torfowisko, na którego terenie utworzyło się spore Jezioro Torfy o nieregularnych brzegach. Ze względu na to, iż w porze wiosennej jest miejscem, gdzie odbywają się gody i lęgi kaczek krzyżówek, przez odwiedzających nazywane jest czasem Kaczym Ługiem. Przyrodnicy cenią Biały Ług, położony bliżej Wiązowny, oraz sąsiadujący ze Starą Miłosną sporych rozmiarów ług, zwany Macierowym Bagnem, które chętnie by uczynili rezerwatem przyrody, ale chyba z tego nic nie wyjdzie. 

         Na wydmach, otaczających ługi, rosną bory sosnowe, ustępując jednak urodą tym borom, które występują w  niższych  położeniach, gdzie tworzą jedyny w swoim wyrazie zespół siedliskowy lasu, zwany borem wilgotnym. Tutaj jest on wcale powszechny. W tym lesie, ubogim w gatunki drzew i krzewów towarzyszących sośnie, a mimo to nie pozbawionym przedziwnego piękna, spotkamy również krzewinki bagna zwyczajnego, a prócz nich bagienną borówkę, zwaną łochynią. Podwarszawskie ługi i ich najbliższa okolica są wielkim skarbem dla Warszawy, o której natychmiast się zapomina, gdy wkroczyć w ten cichy, spokojem tchnący świat wydm, lasów i ługów. Nie trzeba być przyrodnikiem, aby docenić to piękno. 

          Mieszkam na północy Warszawy, wyprawa krótkim zimowym dniem do lasów na południe od miasta jest wyzwaniem. Wtedy, gdy tam wyruszam, przekonuję się że moje miasto małe nie jest, jedzie się przez nie i jedzie. Pojechałem tam ubiegłego czwartku. Pociągiem ze śródmiejskiego dworca zajechałem do Radości, tam się przesiadłem na lokalny autobus, który opuściłem koło usadowionego na niewielkiej wydmie cmentarza na Izbickiej, ulicą Przełęczy poszedłem w las. Dzień był wciąż jeszcze zimowy, w lesie wciąż leżało dużo śniegu, drogami szło się dobrze, nie były już śliskie, lecz w sam raz.

       Nie najgorzej wymyśliłem sobie tę wycieczkę do lasów, które lada tydzień padną pod siekierami, zacznie się albowiem budowanie drogi szybkiego ruchu, wyczekiwanej z niecierpliwością południowej obwodnicy Warszawy. Pomyślałem, że zanim zacznie się budowa trzeba ten las zobaczyć, jakim jeszcze jest. Dwa lata temu oglądałem tak lasy koło Zielonki, w których budowa obwodnicy Marek jest już na ukończeniu i teraz tamtędy na wycieczki chodzić się nie daje. Taki już los przyrody w sąsiedztwie dużych miejskich aglomeracji, że musi czasem trochę ustąpić pola potrzebom człowieka. Także i lubownicy przyrody  muszą się z tym pogodzić.
       Jak przeczytałem w prasie, już tegorocznym marcem mają się zacząć prace przy przygotowywaniu śladu pod południową obwodnicę Warszawy, a więc prace ziemne, wycinanie lasu, budowa roboczych dróg dojazdowych, potem sama budowa drogi ekspresowej. W związku z tym pa odcinku  przebiegającym przez podwarszawską część Mazowieckiego Parku Krajobrazowego  przestaną egzystować szlaki turystyczne. Zapewne niektóre całkowicie, inne tylko na czas budowy. Przecinająca kompleks leśny droga ekspresowa praktycznie podzieli las na zupełnie odrębne części. 


         Szlaki w tej okolicy projektowałem  przed ponad czterdziestu laty i chociaż już się sprawami znakarskimi od dawna nie zajmuję, przecież jednak myślę o tych szlakach ze zrozumiała sympatią i troską. Zastałem je teraz dość zapuszczonymi, znaki są, a jakby ich nie było, trudno się tym nie przejmować. Fakt, że większość przemierzających te lasy wędrowców to mieszkańcy okolicznych osiedli, tego lasu bywalcy wielokrotni, ale dla przybyszy z innych części Warszawy szlaki są niezbędne, bo oni nie znają na pamięć każdej z niezwykle licznych i zawiłych ścieżek i dróżek, których jest tutaj cała plątanina. Młodzi działacze  PTTK, którzy zajmują się szlakami mazowieckimi, są sympatycznymi ludźmi, ale chyba sytuacja  przerasta możliwości organizacji społecznej. W tym terenie  brakuje jednego gospodarza. W Kampinoskim Parku Narodowym jego dyrekcja jest gospodarzem lasu i szlaków. Do leśnych terenów położonych w sąsiedztwie  Radości, Międzylesia, Starej Miłosny przyznaje się wielu właścicieli. Na tym terenie występuje skomplikowana sytuacja własnościowa. Szlaki tylko w niewielkiej części przebiegają przez lasy państwowe. Dużo jest lasów prywatnych, a także mienia opuszczonego o nie uregulowanym statusie.  

         Szedłem teraz tym lasem, jeszcze nie zaczęto wyrąbywać pasa pod przyszłą drogę szybkiego ruchu, jeszcze trwał spokój wśród lasu. Nie ja jeden wędrowałem tamtędy, chociaż dzień był powszedni. Spotykałem pojedynczych turystów z plecaczkami i nie byli to tylko wiekowi emeryci, którzy nie muszą już łazić do roboty, a korzystając z dni ładnej pogody, robią to, co lubią: wędrują w głąb przyrody. W otaczających ługi lasach koło Radości, Międzylesia i Starej Miłosny przyroda jest jaka jest, nie jest to przepastną i dziką puszczą, ot, to taki zwyczajny las podmiejski, ale z zakątkami o ogromnym uroku. To skarb mieć tyle lasu w sąsiedztwie, Warszawa jest pod tym względem miastem uprzywilejowanym!
      Obfotografowywałem z zapałem
podwarszawskie ługi, pięknie było. Dzień później niebo zszarzało, zaczął padać deszcz, śnieg począł szybko topnieć, pogoda, ze za drzwi nawet palca u nogi nie chce się wystawić. Miałem szczęście z tą swoją wycieczką czwartkową. Chyba się załapałem na ostatni dzień prawdziwej zimy w podwarszawskich lasach. 




Wszystkie zdjęci są z jednego dnia: 16 lutego 2017. Fot.L.Herz