Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaborów Leśny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaborów Leśny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 grudnia 2020

 

Wspomnienie z czasów zarazy (2)

Powstańcza Mogiła

 

Na zdjęciu powyżej widać fragment boru sosnowego w okolicach  Zaborowa Leśnego, Na pierwszym planie leżąca na ziemi sosna. Ona umarła w sposób naturalny, w rezerwatach drzewa mogą o  sobie decydować i nie muszą o tym przypominać, organizując strajki. Są jak ludzie, jedne zdrowsze, innym coś dolega, niektóre przetrwają ponad możliwości gatunku, inne poddadzą  silniejszemu uderzeniu wiatru i legną na ziemi. Pośród takich sosen znajduje się Mogiła. Spoczywają w niej młodzi powstańcy, których życie zostało przerwane przez wiatr historii. Ludzie są bowiem jak drzewa,  nie wszystkim jest dane przetrwać ponad możliwości gatunku... 

Mogiła ta przez dziesiątki lat była jednym z ważniejszych miejsc, ku którym podążano przez Puszczę Kampinoską. Dopiero ostatnimi laty, już w parku narodowym, zaczęliśmy częściej wędrować ku miejscom wyróżniającym się urodą krajobrazu lub rangą w świecie przyrody. Mogiła znajduje się na szczycie piaszczystej wydmy, jednej z wielu w ogromnym kompleksie wydmowym.  Kampinoskie wydmy są zabytkiem, niewątpliwie najstarszym w podwarszawskiej puszczy. Przechodzimy obok nich, depczemy ich grzbiety nawet o tym nie myśląc, a przecież ukształtowały się tutaj przed co najmniej 10 tysiącami lat. Cały ten kompleks wydm kampinoskich uchodzi za najlepiej zachowany z podobnych im w naszej części kontynentu europejskiego. 


Otaczają mogiłę bory sosnowe. Poniżej wydmy rosną młodsze, tam przez dziesiątki lat prowadzono normalną eksploatację, wycinano drzewa stare, sadzono na ich miejsce młode. Ale i one  w najmłodszych fragmentach sięgnęły już lat pięćdziesięciu. Wciąż  w niewielkim stopniu przypominają coś, co nazywamy puszczą. Wiele jeszcze lat pracy leśników, zanim tak uda się im ukształtować ten las, aby był godny nazywania się puszczą. Najstarsze mają o ponad sto lat od nich więcej. Ale i one zostały zasadzone  już po tym, jak się tam wydarzyło to, co nas teraz sprowadza w to miejsce na północ od Zaborowa Leśnego, tam, gdzie rozciąga się kraina sosnowych borów, porastających piaszczyste wydmy.

 Na tych wydmach, pośród tych borów, 14 kwietnia roku 1863 miała miejsce bitwa. Do historii przeszła jako "Bitwa pod Budą Zaborowską", bo bitewne pola obok wioski tej nazwy się znajdowało, Buda zresztą istnieje nadal, dzisiaj to mała wieś, 25 mieszkańców,  ok. 3 km na wsch. od Zaborowa Leśnego. Zaledwie pół godziny ta bitwa trwała, a wstrząsnęła ówczesną Warszawą. Puszcza Kampinoska była wtedy schronieniem dla słabo uzbrojonego oddziału powstańczego "Dzieci Warszawy", dowodzonego przez Walerego Remiszewskiego, a złożonego głównie z warszawskiej młodzieży zbiegłej przed branką „w carskie sołdaty”. Dostał on zadanie udzielenia pomocy Jarosławowi Dąbrowskiemu i towarzyszom, planującym ucieczkę z Cytadeli Warszawskiej. Do ucieczki nie doszło, a Remiszewski otrzymał rozkaz wycofania się w głąb lasów. Władze carskie wysłały za nim wojsko pod wodzą gen. Krüdenera, które tutaj właśnie dopadło powstańców. Mieli w rękach przeważnie tylko kosy, jak mieli walczyć z pięćsetką dobrze uzbrojonych żołnierzy carskich? A ci odarli do naga wszystkich poległych i rannych, "tych ostatnich w okrutny dobijali sposób, ciała ich jedną stanowiły ranę” – pisały konspiracyjne "Wiadomości z pola bitwy".

Niedobitki uszły w kierunku Górek, gdzie doszło do ponownego starcia; są w tamtej stronie dwa pamiątkowe drzewa, martwa już sosna i wciąż żyjący dąb, na których konarach kozacy wieszali ujętych. „Hucznie, z muzyką i śpiewem wjechał generał Krüdener do Warszawy. Z tyłu, przytroczeni do koni, szli młodzi chłopcy w pokrwawionych szarych kurtkach powstańczych. Kozacy powiewali triumfalnie przyczepionymi do pik krakuskami pomordowanych. Wielki płacz towarzyszył im na trasie tego triumfalnego przejazdu Alejami Jerozolimskimi do Krakowskiego Przedmieścia” (Maria Kann, Wierna Puszcza, 1972).

Wzruszający opis pielgrzymki rodzin poległych na pobojowisko znalazł się w powieści „Dziedzictwo” Zofii Kossak i Zygmunta Szatkowskiego. „Pieszą procesją idą ku tym wzgórkom...  O Boże, wieluż ich tu leży! Wszystkie ciała zmasakrowane, zrąbane okropnie. Niektórych nie można poznać. Kobiety czołgają się po tym cmentarzysku. Szukają swoich. Proszą Boga, by nie znaleźć.” 

W Mogile  spoczywa 72 młodych powstańców. Wznosi się nad nią metalowy krzyż, na nim 72 symboliczne gwoździe. Ku Mogile prowadzi piaszczysta droga, od lat miejscowi zwą ją Grobową Drogą. „W Święta Narodowe  – wspominała jedna z mieszkanek okolicy.  –  całe wsie tam szły, dziewczynki w amarantowych beretach, a chłopcy w granatowych z chorągiewkami w rękach – widok imponujący i czas podniosły dla nas i naszych Rodziców." Trudno się powstrzymać od zadumy nad tym powstańczym grobem. 


O osiemset metrów jest ten grób oddalony  od Zaborowa Leśnego. Przez dziesiątki lat było to jedno z ważniejszych miejsc, ku którym podążano przez Puszczę Kampinoską. Jest nadal, chociaż  ostatnimi laty, już w parku narodowym, zaczęliśmy częściej wędrować ku miejscom wyróżniającym się urodą krajobrazu lub rangą w świecie przyrody. Kampinoski Park Park Narodowy umieścił przy mogile  tablicę z informacjami krajoznawczymi, ilekroć przy niej jestem patrzę, jak reagują na nią przechodzący turyści. Większość zatrzymuje się, ale tylko na moment, rzuca okiem na pomieszczony tam tekst, potem idzie dalej, zapewne  nie jest tu po raz pierwszy. Staraniem KPN została starannie wydana  interesująca książka Jarosława Włodarczyka "Szkice z powstania styczniowego w Pusczy Kampinoskiej", w środku moc dokumentów i ilustracji, każdy kto powiada, że uwielbia Puszczę Kampinoską, znać książkę powinien.

 Szkice z powstania Styczniowego WłodarczyK BDB!

 --------------------------------------------

  Post scriptum. Rozmyślania na marginesie

W okresie tzw.Polski Ludowej (trzydzieści cztery lata w tamtej Polsce żyłem) był taki czas, że nie turystyka indywidualna, a masowa była preferowana. Najważniejszymi imprezami turystycznymi były masowe rajdy. Władza lubiła nas mieć pod kontrolą, możliwie jak najwięcej, ale  we właściwy sposób ukształtowanych politycznie. 

W Puszczy Kampinoskiej najważniejszą taką imprezą turystyczną był rajd Palmiry, podobnie  Rajd Lenina w Tatrach, były to de facto imprezy polityczne. Ten rodzaj turystycznej kultury masowej, jak takie rajdy, nie przypadł mi do gustu. O wycofaniu się z tego zdecydował jeden epizod. Ten epizod świetnie pamiętam.

Przewodniczyłem wtedy komisji PTTK do spraw Puszczy Kampinoskiej, projektowało się i znakowało szlaki, robiło właściwą propagandę ochroniarską wśród członków organizacji, a miała ona wtedy pół miliona ludzi. Z urzędu niejako zostałem wciągnięty do organizacji rajdu palmirskiego. Ustawialiśmy właśnie stoliki przy palmirskim cmentarzu, nad nimi wieszaliśmy kartony i transparenty z napisami informującymi kto i gdzie powinien się zgłaszać na mecie rajdu, aby na koniec swojej wędrówki odebrać proporczyki, plakietki itp. drobiazgi, które miłośnicy rajdów namiętnie zbierali. Ja z kolegami to wszystko układaliśmy na stolikach.

Rajdowicze jeszcze nie dotarli, godzina była dość wczesna. I wtedy pojawił się obok samotny wędrowiec. Turystycznie ubrany, widać było po nim, że sporo wędruje, o wyglądzie taternika, miał  słynną horolezką na plecach, a po takie plecaczki specjalnie wyprawiało się za południową granicę, nasze polskie były beznadziejne. Stanął ten facet kolo mnie, popatrzył na to wszystko, co robimy, przygotowujemy. A potem spytał. Krótko i zwięźle: a konfetti też będzie? I poszedł w swoją drogę. Czułem się, jakby ktoś dal mi w łeb. W jednej chwili zrozumiałem w jakim cyrku biorę udział, jako jeden z jego organizatorów.

W tamtych peerelowskich czasach, Przemek Burchard, redaktor naczelny rocznika krajoznawczego „Ziemia 1966” zamówił u mnie obszerny materiał o Puszczy Kampinoskiej. Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze wznowiło wydawanie rocznika krajoznawczego „Ziemia' z podtytułem „prace i materiały krajoznawcze”. Tradycje wydawania „Ziemi” sięgały roku 1910. Wznowienie edycji po wielu, wielu latach,  było niewątpliwym  sukcesem. PTTK było wówczas, jak wszystko zresztą w Polsce, mocno w pierwszym szeregu na froncie walki ideologicznej.

Prócz tekstów bardzo wartościowych, często omawiających miejsca, obiekty i problemy dotąd nie sygnalizowane w drukowanych publikacjach, znajdowały się tam, niejako z urzędu umieszczone, teksty takie, jakich oczekiwano, np. w artykule „Julian Marchlewski - rewolucjonista, uczony, miłośnik krajoznawstwa” autorstwa Zbigniewa Tomkowskiego, pomieszczonego w roczniku „Ziemia 1966", albo w następnym roczniku, tegoż autora „Włodzimierza Lenina zainteresowania krajoznawcze”. Obok Juliana Marchlewskiego w tym samym numerze znalazłem się również i ja. Nosił ten mój tekst tytuł „Kampinoskie notatki”.

Omówiłem w nim okolice Zaborowa Leśnego i mogiły powstańczej z 1863 roku. Cenzura się ostro wtrąciła. Powiedziano, że materiał zostanie puszczony do druku, jeśli znajdzie się w nim również tekst o Palmirach. Dla równowagi, bo przecież powstańcy styczniowi zostali zabici przez Rosjan. Carskich bo carskich, ale jednak Rosjan. Dla równowagi należało więc napisać o miejscu, w którym pochowani zostali Polacy zamordowani przez Niemców. Palmiry grały swoją rolę w polityce rządzącej nami partii. Po to wymyślono ten rajd, abyśmy właściwie kształtowali w sobie naszą świadomość historyczną.

Zająłem się przyrodą, poszedłem w krajoznawstwo, projektowałem szlaki turystyczne i zacząłem pisać przewodniki, później książki, współudział w organizowaniu rajdów palmirskich nie jest dla mnie specjalnym powodem do dumy. Acz nie neguję wcale znaczącej roli w przyczynianiu się tego rajdu do popularyzacji turystyki pieszej. Późniejsze lata, wraz z pojawieniem się samochodu, trochę nam przebudowały rozumienie tej turystyki. Bo i pojawiła się popularność roweru, jako sposobu przemieszczania się w plenerze. Ale, jak warto przypomnieć: przyjemność poznawania terenu jest odwrotnie proporcjonalna do sposobu się poruszania.

------------------------------------------ 

 


 

 




 


 

 


 

 

 

 

 

 

 


sobota, 5 grudnia 2020


Wspomnienie z czasów zarazy (1)

wiosną w Zaborowie Leśnym

Puszcza Kampinoska. Zabytkowa lipa drobnolistna w Zaborowie Leśnym

Tegorocznym przedwiośniem zaraza opanowała świat. Także nasz świat dookolny. I zaczęło być ciężko, radio i telewizory były pełne niedobrych wiadomości, ludzie chorowali i umierali, wpierw tylko w tych telewizorach, gdzieś poza nami, daleko, ale potem także i bliżej... A wiosna przyszła wyjątkowo piękna. Dawno takiej nie było. Zimą niemal zupełnie nie było na Mazowszu śniegu, suche przedwiośnie zdawało się zapowiadać katastrofalną suszę w naszym kraju. A potem przyszedł deszcz. I dużo wody pojawiło się w Puszczy Kampinoskiej. I zaczęła mnie do siebie wołać. Pojechałem więc do swojej  ulubionej, opisywanej przeze mnie, serdecznym uczuciem darzonej  okolicy. 

Zaborów Leśny położenie  ma niezwyczajne, bardzo zróżnicowany jest jego przyrodniczy krajobraz. Dobrze się w jego otoczeniu czuję, nie da się ukryć, że to jest mój biotop, moje środowisko naturalne. Uwiodła mnie tamta okolica dawno temu i wciąż jestem nią uwiedziony. Niezwykłe: tego maja zieloność była tak zielona, że bardziej zielona być nie mogła. 

Gdy zajechałem na miejsce, zaczął padać niewielki deszczyk, na Kalisku krzyczały żurawie, wyraźnie się z tego deszczu ciesząc. Poszedłem kładką w głąb bagien, wokół burza zieleni i zadziwiająco sporo wody. Stawy w zaborowskim Parku  dokumentnie zdziczały, pełne zwalonych do wody drzew, puszczańskość krajobrazu imponująca, trudno uwierzyć, że te stawy poiły kiedyś folwarczne bydło z Gaci Zaborowskiej, pasące się na łąkach zdziczałego dzisiaj Kaliska. A tam, gdzie staraniem parku narodowego powstały  wspaniałe kładki przez bagno, kiedyś była  Droga do Gaci, tak ją zwano,  błotnista zazwyczaj, utwardzana przez lud okoliczny wrzucanymi w to błoto śmieciami, chodziłem często po tym błocie, przejście tego szlaku o przedwiośniu   było nie lada wyzwaniem.  

Od ponad pół wieku przyjaźnię się z Puszczą Kampinoską. Co jakiś czas odwiedzam miejsca, w których najlepiej można zobaczyć, jak po kilku wiekach rabunkowej gospodarki leśnej puszcza staje się na powrót Puszczą. Gdy w roku 1959 został utworzony Kampinoski Park Narodowy,  zaczął się żmudny proces odbudowy puszczy. Z roku na rok pięknieje i coraz bardziej staje się puszczą nie tylko z nazwy. Jednym z takich miejsc, gdzie widać to szczególniej,  jest Zaborów Leśny. Tam w wyjątkowo atrakcyjny sposób spotykają się ze sobą dwa główne elementy krajobrazu podwarszawskiej puszczy: po jednej stronie jest to kompleks piaszczystych wydm z mogiłą powstańców z 1963 roku pośród sosnowych borów, a po drugiej torfowiskowa kotlina uroczyska Kalisko,  mokradła o urodzie nadzwyczajnej. 

Były wioski na południowym obrzeżu Kaliska i ich mieszkańcy próbowali torfowisko obłaskawić, wtedy znaczną jego część zajmowały  wilgotne łąki, na nich pasły się  krowy, a skoszoną trawę gromadzono w malowniczych stogach. Wiosek już nie ma, nie pasą się na łąkach krowy, trawy się nie kosi, na Kalisko imponująco powraca dzika natura. Łąki ustąpiły turzycowiskom, wkroczyły na nie szuwary, na podbój torfowiska wyruszyły forpoczty lasu, torfowisko wygląda tak, jak prawdziwe bagno wyglądać powinno.  Dzięki ochronie przyrody czas na Kalisku cofnął się o kilkaset lat, jest tutaj teraz tak, jak było tam za Jagiellonów.  

Mokradła Kaliska są dzisiaj niemal całkowicie niedostępne,  takie opisywali autorzy powieści o akcji osadzonej w zamierzchłych, słowiańskich czasach: Józef Ignacy Kraszewski w „Starej baśni”, Karol Bunsch w „Dzikowym skarbie”, Antoni Gołubiew w „Bolesławie Chrobrym”. To były lektury młodości mojego pokolenia, nie sądziłem, ze podobne plenery jeszcze kiedyś zobaczę i to tak blisko Warszawy. 

Okolice Zaborowa Leśnego są ogromnym matecznikiem dziko żyjących zwierząt. Kalisko znajduje się pośrodku tego matecznika. jest Łosie są, to oczywiste, to ich naturalny biotop, w takiej przyrodniczej rzeczywistości czuja się najlepiej, tam gdzie są takie mokradła, jak tutaj i młode drzewostany sosnowe na piaskach, gdzie przenoszą się na sezon zimowy. Sarny i dziki były tu od zawsze, także lisy i borsuki,  ostatnimi laty pojawiły się także jelenie.  Od kilku lat jest tu matecznik jednej z dwóch watah kampinoskich wilków. Aż dziw, że to wszystko tutaj żyje i jak donoszą parkowi leśnicy, ma się wcale dobrze.  

    Ostatnimi laty władzę nad Kaliskiem przejęły żurawie. Kilka par bytuje w okolicy. Nawet, jeśli nie mam szczęścia zobaczyć ich królewskie sylwetek, niemal ze wszystkich stron mogę usłyszeć ich donośne fanfary. najczęściej wczesnym rankiem lub przed zachodem słońca, wtedy, gdy żurawie witają i żegnają dzień. Albo wtedy, gdy ich donośny głos zapowiada zmianę pogody, gdy wieszczą, że następnego dnia już tak ładnej nie będzie. Ale o przedwiośniu ich głosy słychać z każdej niemal strony, wtedy od Zaborowa Leśnego i  niespiesznym krokiem podążam niebieskim szlakiem w stronę Zaborowa, dla tych żurawi właśnie...

Tego żurawia o przedwiośniu, towarzyszka moich wędrówek, Ula ze Słodowca,  sfotografowała teleobiektywem z niebieskiego szlaku koło Zaborowa Leśnego. 

 

Przebiegający przez Zaborów Leśny niebieski szlak turystyczny zaprojektowałem w roku 1965, szmat czasu temu. Do wytropionego przez siebie żurawiego gniazda wśród turzyc, już potem, jak rodzice wyprowadzili z niego swoje młode, zaprowadziłem panią profesor Jadwigę Kobendzinę, współinicjatorkę utworzenia parku narodowego w tej puszczy. bardzo chciała zobaczyć takie gniazdo. Znajdowało się wśród wysokich turzyc na ziemi. Tamtymi czasy był to ewenement, bo tylko cztery pary żurawi gniazdowały wtedy w całej puszczy. Dziś ponad około pięćdziesiąt.  

Był czas, gdy często gęsto po Kalisku łaziłem. Jeszcze się dało, chociaż łatwo nie było. Wtedy tam  teren nie był zarośnięty krzami i to był raj ptasi. Czego tam nie było!  Fruwały nad głowami ptasie rarytasy. Szlamiki i czajki, kszyki i słonki, Oglądam teraz inny krajobraz. Zmieniła się szata roślinna, a i ptasie towarzystwo już na Kalisku inne. W bagiennych olsach nad Kaliskiem bielik wyprowadza lęgi, to polski ptak herbowy. Aby przez to torfowisko wędrować, udający się na jego penetrację przyrodnicy zakładają wodery, zwykłe wiejskie gumiaki po kolana to za mało.  

Zanim powstały kładki, przejście szlaku o przedwiośniu było nadzwyczajną przygodą.

 

         W Zaborowie Leśnym zaczyna się jedna z tras najbardziej malowniczych w Parku Kampinoskim. Znakowany szlak wiedzie w głąb Kaliska śladami Drogi do Gaci, tak nazwanej, bo od majątku w Zaborowie do folwarku w Gaci doprowadzała.  Gdy wody na torfowiskach Kaliska jest sporo, a to się często przytrafia, zwłaszcza przedwiośniem,  nie dawało się iść tym szlakiem,  przez obniżenia terenu z jednej na drugą stronę drogi przelewał się wtedy nadmiar wody pokrywającej torfowisko i zwykły szlak zamieniał się w szlak wielkiej przygody. Jesienią 2015 roku Kampinoski Park Narodowy zbudował na tej drodze kilkusetmetrowej długości kładkę turystyczną, dzięki niej wygodnie można teraz wejść w głąb bagna, to robi wrażenie, ale tej przygody, co to na wędrowca czekała, brakuje.

Długie na 700 metrów kładki turystyczne na Drodze do Gaci przez Kalisko

Kładkę inaugurują gospodarze z Kampinoskiego Parku Narodowego: konserwator obwodu ochronnego Laski, nadleśniczy Tomasz Hryniewiecki i dyrektor Parku Mirosław Markowski.


 

Zaborów Leśny ma niezwyczajne, bardzo zróżnicowany jest jego przyrodniczy krajobraz. Dobrze się w jego toczeniu czuję, nie da się ukryć, że to jest mój biotop, moje środowisko naturalne. Uwiodła mnie tamta okolica dawno temu i wciąż jestem nią uwiedziony. Tu, gdzie jest dzisiaj węzeł turystyczny w Zaborowie Leśnym, znajdowało się centrum folwarku, jaki powstał w wieku XIX. Przynależał do majątku w oddalonym o kilka kilometrów  Zaborowie, nazywał się Gać Zaborowska, a nazwę Gać wziął od gaci, czyli okładziny ocieplającej ściany drewnianych chałup, wykonywanej dawniej ze słomy, z liści, ściółki sosnowej i chrustu. A co ociepla ludzkie pośladki?  Gacie...

Również drogi na mokradłach były gacone. Jak sądzę , akurat w tym przypadku chyba o taki źródłosłów chodzi. Gać to także określenie łąki, np. znana kaszubska miejscowość Swornigacie (lub Swornegacie, jak chcą niektórzy) bierze nazwę od mokrych łąk na przesmyku między jeziorami. Puszczańska Gać została posadowiona w miejscu podobnym,  tyle że nie nad jeziorami, a  na wyniesieniu na pograniczu wydm, w otoczeniu dorodnego lasu na przesmyku pomiędzy dwiema kotlinami torfowiskowymi i po części wykorzystującym koryto strugi o sięgającej jeszcze średniowiecza nazwie Rgilewnicy. 

 W Zaborowie Leśnym zaczyna się Kanał Zaborowski,  przekopany po 1868 roku i przecinający całe Kalisko. W 1967 roku z gromadą przyjaciół tu zaczynałem wiosenny spływ kajakowy. Po dwóch dniach kończyliśmy go na Bzurze pod Wyszogrodem. Trudno w to uwierzyć dzisiaj, teraz dzicz ogromna, a nieco dalej jeszcze bardziej. 

Torfowiska Kaliska są przecięte przez zbudowany w 2 poł.XIX wieku Kanał Zaborowski.


      

W latach międzywojennych XX wieku Gać należała do krewnych marszałka Józefa Piłsudskiego. W roku 1930 w folwarku tutejszym mieszkały 62 osoby, dzisiaj w służbowej osadzie KPN mieszkają dwie osoby.  Folwarku w Gaci Zaborowskiej już nie ma, jest tam teraz tylko jeden jedyny budynek służbowej osady Kampinoskiego Parku Narodowego i to wszystko. Lecz – cóż za otoczenie!Ponad sześćdziesiąt lat już istnieje park narodowy w Puszczy Kampinoskiej i w takich miejscach, jak ta okolica, widać jak bardzo się wszystko w tej puszczy zmieniło.

Dwupienna lipą drobnolistna, na jej tle autor tego bloga.


 

Sam środek Zaborowa Leśnego,stara, zabytkowa lipa, obok niej jest węzeł szlaków 



 

Polana wypoczynkowa, jaką zarząd KPN przygotował dla turystów w Zaborowie Leśnym

 




 

 

Z kilku stron przychodzą  do Zaborowa Leśnego znakowane szlaki turystyczne, wszystkimi można dotrzeć od przystanków miejskich autobusów warszawskich, które rozpoczynają swój bieg przy stacjach metra. Do parkingów też niedaleko, najbliższe są w Truskawiu i obok Pociechy, do Zaborowa Leśnego stamtąd godzina lub półtorej marszu, w sam raz na niezbyt długą wycieczkę. Tuż obok jest miejsce wypoczynku z miejscem na ognisko, a wokół krajobraz jak marzenie. Od chwili, kiedy po raz pierwszy Zaborów Leśny zobaczyłem, często do niego powracam. Nawet wtedy, gdy jestem daleko, zamknięty w kamiennych murach Warszawy, nie mogę uwolnić się od jego obrazu. 



 












 

 

wtorek, 14 lipca 2020


Opowieść o Rgilewnicy

Astronomiczne lato zaczęło się zgodnie z planem 20 czerwca, tuż przed godziną 21. Przez Mazowsze przechodziły  burze z monstrualnymi ulewami,  nadlatywały i dręczyły nas niemal codziennie, pojawiały się najczęściej około szesnastej i robiły swoje. Ulewne deszcze równie imponująco zaopatrzyły w wodę podwarszawską Puszczę Kampinoską. Woda była  wszędzie tam, gdzie być powinna. Sprawdziłem to na początku lipca, gdy zawędrowałem do podwarszawskiej puszczy.


 
                Truskawska Droga na Paśniki. Początek wędrówki na spotkanie z Rgilewnicą.



   Wędrówkę zacząłem w Truskawiu. Okolica wspaniała, a pretekst do wędrówki miałem znakomity. Szedłem na spotkanie z Rgilewnicą. To przedziwna struga, która czasem bywa, ale najczęściej jej nie ma. Swoją nazwę zyskała w okresie średniowiecza i szybko ją straciła.  Dowiedziałem się o niej  z pracy doktorskiej pierwszego dyrektora Kampinoskiego Parku Narodowego, Kazimierza Heymanowskiego. Praca nosiła tytuł "Dzieje Puszczy Kampinoskiej (do połowy wieku XIX)" i w roku 1964 została wykonana w Zakładzie Historii Leśnictwa SGGW w Warszawie pod kierunkiem prof.dr Antoniego Żabko-Potapowicza.

Tam właśnie, w tej pracy przeczytałem, że gdy w roku 1419 roku od własności sąsiednich dóbr prywatnych rozgraniczano dobra klasztoru czerwińskiego, do których należał m.in.Truskaw, w dokumencie, który to rozgraniczanie opisał, zaznaczono istnienie rzeczki Rgilewnicy, płynącej przy tej wsi. Wspomniano nawet o młynie, znajdującym się powyżej Truskawia. Tylko ten jeden raz została zapisana nazwa tej rzeczki, właśnie w roku 1419. Później już nigdy. Nic dziwnego, że współcześni mieszkańcy okolicy nawet nie mają pojęcia, że  kiedyś w ich  okolicy płynęła rzeczka tej nazwy. 


Zafascynowała mnie ta  Rgilewnica. Skąd taka dziwna nazwa?  Brzmi pociągająco. Co oznacza, od czego pochodzi? Najwięcej podpowiedział mi Aleksander Bruckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego (PWN  1970, II wydanie). Niejasne jest pochodzenie  tej nazwy, bardzo osobliwej dla nas, dzisiejszych. Zacznijmy rozważania od nazwy wsi Truskaw, bo to z nią po raz pierwszy, a do czasów współczesnych raz jedyny, związana jest nazwa tej Rgilewnicy.  Nazwa wsi Truskaw pochodzi od trusku, tj. szelestu. Brückner przytaczał nawet charakterystyczny staropolski zwrot: za lekkim truskiem liścia. W  tej puszczańskiej okolicy aż dwie wioski  noszą podobną nazwę: Truskaw i  Truskawka.  W średniowieczu truskawkami nazywano poziomki i inne rośliny leśne. Dopiero później ta nazwa dla określania nią owoców leśnych została zapomniana, a przylgnęła do owoców ogrodowych, których ogromne plantacje tak liczne są dzisiaj na Mazowszu i które z nich słynie.
    Nazwę Rgilewnicy Aleksander Brückner wiązał ze zbożem, a dokładniej z żytem, poczynając od jego bardzo starej, prasłowiańskiej nazwy: reż. Jak żyto zwało się reż, tak mąka  rżaną i z tej bardzo starej nazwy pozostało do dzisiaj już tylko rżysko, które wciąż ma się dobrze i jest używane pospołu ze ścierniskiem. U nas ta osobliwa nazwa żyta już dawno została zapomniana, acz w Ciechanowskiem znajduje się wioska, długa śródleśna ulicówka o wciąż używanej nazwie Rzy. Współczesne słowniki mówią, że w  Rzach urodzeni rzianin lub rzianka  pochodzą z Rzów. Co wymawiać trzeba nie jak "ż", ale każdą literę osobno. Zadziwiający jest doprawdy język polski! 
    Powiada Brückner, że reż,  ta prasłowiańska nazwa pośledniejszego (wobec pszenicy) zboża, u nas od 15. wieku została niemal zapomniana, a ocalała w tych kilku urobieniach, jak wspomniane rżysko. U innych Słowian natomiast, do dziś jest żywotna: Rosjanie mają  roż (narzeczowe irża, orżanoj), Serbowie raź, Czesi reż (w drugim przypadku: rżi). A sąsiadujący z nami Litwini mają ruggys, tj.ziarno rży, a w liczbie mnogiej rugiai oznacza właśnie ‘żyto'. Niemcy od Słowian przejęli swoją nazwę nazwę żyta: Roggen. Chleb żytni to Roggenbrot. Być może  to zapożyczenie tkwi w nazwie wyspy Rügen (gdzie się dostała od uprawy rży?). U Słowian ocalało może Pierwotne "g"  u Słowian ocalało może tylko w prastarej nazwie bożka kijowskiego Rĭgł z XII wieku. 
   Aczkolwiek wydaje się to mocno ryzykowne,  poszukiwania pochodzenia nazwy Rgilewnicy w Puszczy Kampinoskiej wskazują na kult bóstwa żytniego, zbożowego. Kijowskego na dodatek. Prawda, że fascynujące? zastanawiające? Tyczy to nie tylko truskawskiej Rgilewnicy, lecz również dopływu Warty, długiej na ponad 44 km rzeczki Rgielewki oraz miejscowości Rgielew pod Kłodawą. Ale to domysł bardzo kruchy - pisał Brückner - wobec braku bliższych wiadomości o tym bożku Rgle na ziemiach polskich. 
     Dlaczego z żytem związano nazwę rzeczki koło Truskawia? Można tylko przypuszczać. Dawnymi czasy osady pośród lasów zakładano przede wszystkim dlatego, żeby uzyskać miejsce pod zasianie czegoś pożytecznego, koniecznego do życia, na przykład żyta. Dla naszych przodków las wydawał się być wiecznym, niezniszczalnym. Nie było nas, był las. Żyto natomiast było ważniejsze od lasu, bo żyto dawało życie. Ze zmielonego żyta powstawała mąka, z mąki w domu wypiekano chleb, a żyto na mąkę do tego chleba mełł młyn. I on istniał na Rgilewnicy i zostało to zapisane we wspominanym tu dokumenciey. Ludzie, mieszkający w średniowiecznym Truskawiu wszystko mieli na miejscu. Wodę mieli w Rgilewnicy, drewno na opał znajdowali w lesie, w którego runie wszelki leśny "trusk" na nich czekał, prawie wszystko było obok. Do najbliższego kościoła mieli daleko, ich parafią była Łomna, kawał drogi, nic dziwnego, że żyto urastało do boskiej rangi, albowiem karmiło.
     Oczywiście, że wszystko to luźne przypuszczenia w granicach literackiej fantazji. Chociaż niemal wszystkie domysły i rozważania kończą się na wszechmocnym >być może<, przecież jednak lekceważyć tych domysłów nie wolno.


         Rgilewnica po lipcowych ulewach latem  r.2020
Nazwę Rgilewnicy próbuję przywrócić świadomości współczesnych.  W swoich przewodnikach po Puszczy Kampinoskiej umieściłem  tę  nazwę na mapkach. Jednak na ogólnodostępnych mapach turystycznych (m.in. wyd. Compass),   Rgilewnicy nie ma.  Bo i tak naprawdę już tej strugi nie ma, chociaż – jak się zdaje – w czasie jej regulowania, zapewne jeszcze w wieku XIX, zachowano w kilku miejscach jej przebieg, np.  i całkiem wyraźnie meandruje ona u stóp zespołu wydm pomiędzy Truskawiem, a Zaborowem Leśnym. Gdy wody jest dużo, najczęściej przy końcu zimy,  oglądającym ukazuje się jak prawdziwa, naturalna struga. Przez większą część roku wody w niej nie ma, jak inne cieki wodne, tak i ona korzysta wyłącznie z wód opadowych. 
 


      Warto spojrzeć na tę mapkę, aby wiedzieć gdzie można szukać podwarszawskiej Rgilewnicy koło Truskawia. Na mapce oznaczyłem jej przebieg, poczynając od Dużego Rowu na południe od wsi Truskaw. Ten opaskowy rów melioracyjny niewątpliwie poprowadzony został śladem dawnej rzeczki, na co wskazuje jego kręta linia. Dzisiaj ten rów niesie wodę z pobliskiego anteopogenicznego jeziora, ze zbiornika Mokre Łąki.
      Na mapce oznaczyłem czerwonymi kółkami najważniejsze miejsca, w których można spotkać się z Rgilewnicą. Najbliższe Truskawia jest na Truskawskiej Drodze, która zaczyna się zaraz za parkingiem i prowadzi  nią żółty szlak turystyczny. Po jej prawej stronie jest sosnowy borek, zwany Korcówką. Zdaję sobie sprawę, jak wątła jest to nić domysłów, ale przypomnijmy, że korzec to dawna jednostka objętości, stosowana dla ciał sypkich, a sypkie jest  zboże, sypka jest mąka. Ta miara była stosowana od średniowiecza do 2 połowy XIX wieku. Nazwa Korcówka tak jakoś mi się ze zbożem kojarzy. Jak i Rgilewnica, co wytłumaczył mi prof.Brückner. 
      Niewielki staw jest obok, on często wysycha, zapewne służył  jako poidło dla gospodarskiej żywiny, bo w okolicy parkingu był kiedyś folwark, a więc obory, chlewy i kurniki. Ten folwark też odegrał rolę w historii, (ale to już zupełnie inna historia i do opowiedzenia przy innej sposobności). Zaraz  potem jest obniżenie terenu; na mapce oznaczyłem ją literką "b". Tutaj najpewniej znajdował się bród, wzmiankowany w dokumencie z 1419 roku. 
 
Rozlewisko w "obniżeniu Rgilewnicy" na Truskawskiej Drodze (20.02.2018 r.)



To obniżenie jest śladem, pamiątką po Rgilewnicy sprzed siedmiu wieków, miejscem po dawnym brodzie z czasów średniowiecznych. Po śnieżnej zimie lub dużych opadach latem, strugami i kanałami Puszczy Kampinoskiej płynie wtedy  opadowa woda, a tutaj jest tak duża,  że przejść się nie daje. Sądzę, że tym obniżeniem (poprzecznie do drogi) płynęła Rgilewnica, wtedy zapewne, gdy jeszcze korzystała z wysokich wód gruntowych, o poziomie tak dramatycznie dzisiaj obniżonym. A może i ze źródeł na wysoczyźnie nad prawiślaną doliną pod Babicami lub nawet na terenie dzisiejszych osiedli warszawskich.
      Staraniem dyrekcji Parku wkrótce ma zacząć się budowa wygodnego parkingu, na miejscu tego, co jest teraz. W Truskawiu powstanie elegancki, nowocześnie zaprojektowany punkt wejściowy dla turystów, wybierających się na wędrówkę w okolicę. A gdy to już się stanie, wtedy to obniżenie  (nazwijmy je półżartobliwie "obniżeniem Rgilewnicy") zostanie zasypane, droga  będzie na nasypie. Dyrekcja KPN nie będzie musiała zamieszczać w internecie ostrzeżeń, że droga jest podtopiona i szlaku przejść się nie daje.
Tarasowane przez powały koryto Rgilewnicy w Zaborowie Leśnym, 
struga jest  dzika i puszczańska. Zdjęcie z 23 kwietnia 2016 r.

        Gdy pójść tym szlakiem dalej, po trzech kilometrach wędrówki, w Zaborowie Leśnym można będzie zobaczyć ostatni fragment Rgilewnicy, jest bardzo malowniczy w porze wiosennej, z roku na rok zmienia się jego obraz, takiej strugi, jak ta ze zdjęcia można już nie zobaczyć! W pobliżu jest miejsce, w którym w wieku XIX rzeczka została wpuszczona w kanał, przecinający torfowiska uroczyska Kalisko. Zwany Kanałem Zaborowskim, pod Roztoką wykorzystuje częściowo koryto innej puszczańskiej rzeczki, a i ona nosiła w przeszłości nazwę o której opowiadać i opowiadać by się dało; płynąca koło Roztoki rzeczka nazywała się - Mustogoszcza.  
 
Uroczysko Paśniki.Pod tymi kładkami ukrywa się ślad Rgilewnicy. Zdjęcie z 7 lipca 2020 r.


       Czarny szlak turystyczny (i wiodąca nim ścieżka przyrodnicza) opuszczają parking Truskawską Drogą na Paśniki. Pierwsze kładki na tym szlaku postawiono na prawie  niewidocznym dla zwykłego turysty obniżeniu. I to miejsce jest na mapce oznaczone czerwonym kółkiem. W pełni lata rosną tam szuwary. Na dawnym korycie Rgilewnicy one rosną! 



Paśniki u progu lata. Obraz współczesny. Fot.L.Herz.

      O Paśnikach kilka słów rzec by należało, są cennym elementem krajobrazu, bardzo ważnym także dla nas, pasantów, wędrujących szlakiem turystycznym. Przez kilka wieków były wilgotnymi łąkami, karmiącymi truskawskie bydło. Paśniki to wciąż żywa nazwa miejscowa. Podobno jeszcze po zakończeniu II wojny światowej, zanim powstał  park narodowy, wypasano na nich około trzystu krów. W końcu Paśniki zostały wykupione przez Skarb Państwa  i znajdując się już w rezerwatowych granicach KPN, objęte zostały czynną ochroną przyrody, a tym, co teraz jest najważniejsze, to w ich części utrzymanie łąkowego charakteru krajobrazu. Leśnicy czuwają więc nad tym, aby Paśniki całkowicie nie zarosły, wycina się zbyt ekspansywnie wkraczające na nie drzewa i krzewy, a łąki są co jakiś czas mechanicznie koszone. W otoczeniu szlaku od wielu lat utrzymuje się fantastyczny, harmonijny krajobraz kulturowy. W wersji: "krajobraz parkowy". I o to też w chronieniu przyrody chodzi w parku narodowym.  
 
Przy bobrzej pomocy nawet rzeczka której nie ma, żyć zaczyna.Oto  Rgilewnica. Zdjęcie z 29 grudnia 2011 r.
       Jeśli jest duża woda w puszczy, Rgilewnica ujawnia się w całej swojej urodzie w miejscu, którego zdjęcie znajduje się powyżej, a do którego nie doprowadza żaden szlak (i dokąd bez zezwolenia dyrektora KPN chodzić się nie powinno). To miejsce znajduje się o pół kilometra od tej kładki z szuwarami, w gęstwie krzewów i młodego lasu u stóp Zakrętkowej Góry. To wszystko wokół strugi wyrosło samo z siebie, nikt tego nie sadził, wyłącznie natura. Bobry tam bobrują, łosie przychodzą do wodopoju.

Tę Rgilewnicę ze zdjęcia, zdejmowałem 29 grudnia 2011 r. w czasie bezśnieżnym. Fot.L.Herz.
Najlepszym miejscem dla fotografowania naszej bohaterki (gdy w strudze  płynie woda, oczywiście) jest to, gdzie u stóp wydm kładki turystyczne się kończą. Na niewielkim wzniesieniu przy drodze, wprowadzającej w wyżej położony teren wydmowy, rosła kiedyś lipa. Miejscowi nazywali to miejsce: Przy lipie, albo Przylipie. Podobno to było potężne drzewo, w środku było spróchniałe, miało dziupla była ogromna.  Gdy padał deszcz, chronili się w niej pastuszkowie, wypasający krowy na Paśnikach, łąkach koło Truskawia. Przeczekujący deszcz pastuszkowie rozpalili pośród drzewa ognisko, to i lipa spłonęła. Krów już nie ma żadnych w okolicy i lipy też nie ma.  Podejrzewam, że  ta lipa, sama osobiście, lub jej poprzedniczka, rosły przy młynie, który stał na Rgilewnicy i o którym również jest mowa w piętnastowiecznym dokumencie. A i w liście, o którym poniżej.
       Kilkanaście lat temu otrzymałem list od pani Alicji Osieckiej.  Opisywała w nim tę okolicę z młodych jej lat,  gdy mieszkała we wsi  Łosia Wólka na skraju naszej puszczy. „Niepust  to teren podmokły, ze stojącą wodą – kaczeńce, lilie wodne w czterech kolorach i ruczaj z zielona wodą, teren z opisów Mickiewicza.  Mniej więcej na wysokości Truskawia – pisała pani Alicja  –  była Dudniąca Droga. Babcia opowiedziała mi legendę – kiedyś stała tam Karczma „Pohulanka” i  „Młyn”. W karczmie tej okoliczni mężczyźni bawili się z dziewczętami, a młynarz oszukiwał na mące, za trwonienie groszy kobiety tak złorzeczyli Karczmarzowi, że Karczma i młyn się zapadły pod ziemię i odtąd w miejscu tym dudni.”
    Karczma "Pohulanka", zwana też karczmą "Niepust" (a może to były dwie karczmy obok, tak też przecież bywało; rzez do zbadania!) znajdowała się w miejscu, zwanym dzisiaj Karczmiskiem, jest to tam, gdzie krzyżuje się kilka dróg i rozwidlają szlaki turystyczne. O Dudniącej Drodze nigdy nie słyszałem i nigdzie nie czytałem. Młyna nie było na żadnej mapie, które oglądałem w Archiwum Akt Dawnych w Warszawie, ale wspominany był młyn koło Truskawia w dokumencie z 1419 roku. Czyżby to ten sam? 
      Podejrzewam, że młyn znajdował się w tym miejscu, gdzie w bagnach Niepustu szlak czarny (czyżby wiodący dzisiaj owa Dudniącą Drogą?) po postawionych przez Park kładkach,   przekracza Rgilewnicę.  Zapewne tę to właśnie strugę moja korespondentka określa mianem „ruczaju”. Kiedyś niosła wodę przez cały rok, dzisiaj jest najczęściej wyschnięta. A Dudniąca Droga dlaczego? "Dudni woda, dudni W cembrowanej studni. A dlaczego dudni? Bo jest woda w studni." Toż to, jako żywo, odniesieniem do młynówki jest ta nazwa. Ani chybi, to zabytkowa nazwa, więc będziemy musieli tak ją nazywać: Dudniącą Drogą.



"Ruczaj" Rgilewnicy u stóp 150-letniego dębu. Widok z kładek. Początek lipca 2020 r.
      Zobaczyłem ją teraz, na początku lipca. Płynęła! Przypominała mi białowieską Orłówkę, najbardziej puszczańską rzeczułkę, jaką kiedykolwiek widziałem i której zapomnieć się nie da. Kiedyś, w pełni jesieni byłem nad  nią o nocnej, księżycowej porze, w czasie rykowiska. W gąszczu ryczał byk. Udając rywala szedłem ku niemu, tamten zdawał się temu wierzyć, więc szedł ku mnie, tułowiem łamał gałęzie, przedzierając się przez gęstwę leśną. Walki nie podjąłem, bo i cóż ze mnie za byk. Dyplomatycznie się wycofałem ku stropionemu moją przygodą leśniczemu, który mnie przyprowadził nad tę Orłówkę o nocnej, księżycowej porze w czas jeleniego rykowiska.
    Leśniczy rezerwatu ścisłego w Białowieskim Parku Narodowym nazywał się Jacek Wysmułek, człowiekiem był wspaniałym, po uszy zakochanym w swojej puszczy. Był też przyjazny dla takich, jak ja, entuzjastów, pomagał mi i uczył przyrody swojej okolicy. Kilka lat później poznałem drugiego takiego, ten drugi był leśniczym obwodu ochronnego na Hali Gąsienicowej w Tatrzańskim Parku Narodowym, nazywa się Wojciech Gąsienica Byrcyn, i jemu zawdzięczam ogromnie wiele, moc wiedzy o tatrzańskich świstakach i kozicach,  przyjaźń przede wszystkim.
    Byrcyn został później dyrektorem swojego Parku,  Wysmułek swój Park musiał opuścić, ale pozostał w Puszczy Białowieskiej i jako specjalista w nadleśnictwie Białowieża doprowadził do powstania pierwszych kładek turystycznych  w polskich lasach; to on wymyślił  słynne Żebra Żubra, wiodące od strony Białowieży przez bagienne lasy w kierunku zagrody pokazowej żubrów.  
     Zapadły mi do pamięci te Żebra Żubra. Projektowałem im podobne:  pośród lasów przekraczają Czarną Hańczę w Wigierskim Parku Narodowym. Podobne im kładki przekraczają Rgilewnicę koło Truskawia w podwarszawskim narodowym Parku; najbardziej efektowny ich fragment przebiega nad najlepiej zachowanym jej odcinkiem. Co zobaczyć można, oczywiście, tylko wtedy, gdy płynie w niej woda! Pięknie zobaczył tę wodę i zmyślnie ją sfotografował (poniżej jest zdjęcie) p.Maciej Szajowski z Kampinoskiego Parku w Izabelinie, świetny fotografik puszczański.  
   
W letnim gąszczu płynie Rgilewnica po letnich ulewach w roku 2020. 



Dzikość w okolicy jest wielka i bardzo puszczańska. Jakże się nie radować, że tutaj, tuż obok Warszawy, pod Truskawiem mam już prawie taką samą puszczę jak tamta, koło Białowieży. W każdym razie takie są jej niektóre fragmenty. Taka jest puszcza nad Rgilewnicą znajdująca się  w obszarze ochrony ścisłej "Cyganka”, który obejmuje fragment kotliny Niepustu. To jeden ze skarbów podwarszawskiego parku narodowego ten Niepust, ogromna jest tam różnorodność krajobrazów przyrodniczych.

Grąd w rezerwatowych lasach nad Rgilewnicą. 7 lipca 2020 r. Fot.L.Herz
Miałem ci ja przygód niemało z tym fragmentem puszczy związanych. O jesiennej porze  spotykałem tutaj bukujące łosie, słyszałem ich miłosne stęki, były krótkie, mocne, gardłowe,  jak grzmoty. Nieczęsto ludzie spotykają się z bukującymi łosiami w czasie ich godów, zwanych bukowiskiem. Głos, jaki wydaje z siebie bukujący  łoś, przypomina uderzenie obuchem siekiery o pień drzewa.  Wielu kampinoskich leśników bukowisk nigdy nie doświadczyło. A teraz, gdy od jakiegoś czasu zadomowiły się w puszczy jelenie, ich rykowiska przyćmiły bukowiska łosiowe. Nie da się bowiem ukryć, że akustycznie są zdecydowanie efektowniejsze.  
     Najpiękniejsze swoje zimowe spotkanie z łosiami miałem na Paśnikach. Jeszcze nie było wtedy czarnego szlaku, właśnie go wymyślałem, pojawić się miał w terenie dopiero kilka lat później. Parkin gu nie było, wtedy mało kto miał samochód. Nie było więc także tych atrakcyjnych kładek na tym szlaku. Był zimowy grudzień, taki jak należy. Zbliżał się zmierzch, o tej porze roku jak zwykle zbyt wcześnie. Nad puszczą zalegała taka typowo zimowa mgiełka, rozmleczniająca otoczenie, nadająca krajobrazowi delikatność i miękkość. Zza tej mgiełki widoczna, nad puszczańskimi turzycowiskami zawisła nisko czerwieniejąca tarcza zachodzącego słońca. Rudawe kępki turzyc pokryte były białą szadzią, która pejzażowi nadawała prawie baśniowy charakter. Gdybym wtedy miał ze sobą aparat fotograficzny, do tego z teleobiektywem, jakże udane byłoby zdjęcie! Ale aparatu nie miałem, musisz się więc, drogi Czytelniku, obejść tylko opisem zdarzenia. A było ono takie oto. 
        Niespełna kilometr dzielił mnie od ludnej wsi, gdzie miałem zakończyć wędrówkę. Słychać było szczekanie psów, ludzkie głosy, warkot traktora. W odległości kilkudziesięciu metrów od siebie zobaczyłem ogromne zwierzę, stojące pośród łąk. Otaczał je kłąb pary. Całe jego ciało parowało... Stał nieruchomo, bokiem do mnie, tylko swój. duży łeb zwrócił w moją stronę. Na lewo od niego zobaczyłem drugiego. A jeszcze bliżej ciemniejącej ściany lasu, stal trzeci łoś. Wspaniałe, królewskie zwierzęta. Po prostu stały. Patrzyły na mnie. Ja patrzyłem na nie. Potem ja ruszyłem swoją drogą, a one poszły swoją. Piętnaście minut potem siedziałem już w czerwonym miejskim autobusie, wiozącym mnie do Warszawy.
    W ten podwarszawski las zachodziłem częściej przed ponad trzydziestu laty. Przychodziłem tu przedwiosennymi wieczorami na ciągi słonek. Znalazłem takie miejsce, gdzie z pochrapywaniem i popiskiwaniem ciągnęły słonki nad łąką, wąskim pasem wcinającą się pomiędzy las i noszącą całkiem słuszną nazwę Szyja.  Cudowne ptaki, szybkie, tajemnicze. Budzące tęsknotę do czegoś nieuświadomionego, co gdzieś tam jest pośrodku wypatrującego ich lotu człowieka. 
Słonka w czasie lotu
    Zawsze, gdy myślę o słonkach, przypominam sobie profesora Jerzego Szulca, który nauczył mnie do nich miłości, wodząc za sobą po augustowskich lasach. Świetny ortopeda był znakomitym obserwatorem przyrody. Kochał ją niemal bezgranicznie. I prozę Juliana Ejsmonda sobie przypominam,  sięgam po nią przy każdej nadarzającej się okazji. Rzecz dziwna, wielu znanych mi świetnych przyrodników, nie zna Ejsmonda, ba! o nim  nawet nie słyszała. Teraz on jest zapewne całkowicie passé, wszak był bardem myślistwa, o ono jest bardzo démodée .

    
Pośród łąk uroczyska Paśniki koło Truskawia.Fot.L.Herz

Wśród rezerwatowych drzewostanów "Cyganki" w Niepuście nad Rgilewnicą.Fot.L.Herz

    Wybierając się teraz do  lasów nad Rgilewnicą koło Truskawia, myślałem przede wszystkim o fotografowaniu.  Zdjęcia, jak zdjęcia, wyszły, jak wyszły (powyżej), są nie najgorsze, szlak udało mi się zdjąć ładny wyjątkowo. Do pokazywania jest ten szlak  cudzym ziemcom przeróżnym, aby wiedzieli jakie my tu, panie dzieju, coutrysaid mamy narodowy, a i znakomity trail dla turystów pod naszą Warszawą!  Dobrze mi się zdejmowało te pejzaże, światło miałem zmienne, chmurki wędrowały po niebie, więc przy niektórych ujęciach trzeba było  czekać kilkanaście minut, aż chmura ze słońca zejdzie i plener mi sympatycznie pogłaszcze. Albo i odwrotnie, czekałem, aż słońce chmury przesłoni i nasza podwarszawska dżungla będzie równomiernie oświetlona światłem rozproszonym.
    A prócz tego: komary okrutne pojawiły się między moimi dwoma wypadami w plener; pierwszego lipca ich nie było, trzy dni później były już  w nadmiarze. Bliskie z nimi spotkania jednak przeżyłem, a  cierpieć było warto, szlak jest przewspaniały, a ja jeszcze złapałem  na nadzwyczaj cenne rośliny, bliskie zagrożenia, objęte ochroną. Pośród wilgotnych łąk Paśników pokazało się pokaźne stadko kwiatów mieczyka dachówkowatego, które właśnie rozkwitły.

Niemal wszyscy turyści mijają to niewielkie kwiecie, zupełnie go  nie widząc, a przecież dopiero detale świadczą o randze krajobrazu. Nie mam odpowiedniego sprzętu do zdejmowania, jestem tylko fotograficznym amatorem, potem jednak w kompie urobek podrajcowałem i tak całkiem źle nie wyszło, nieprawdaż?
    Szczególną sympatią darzę ozdobę polskich lasów, wcale nie tak częstą, jakby się chciało, Lilię złotogłów również spotkałem w swojej wędrówce ku Rgilewnicy. Zakwita na ogół pod koniec czerwca i kwitnie do początku lipca. Jeszcze się na nią załapałem. Ma barwę i kształt wymyślne  oryginalne, a woń odurzającą i słodką, wzmagającą się wieczorem. Ma pełne prawo do ubiegania się o tytuł kwiatowej piękności. Kto miał szczęście ujrzeć tę lilię wśród zielonej głuszy leśnej roztaczającą swą krasę o dziwnym, wschodnim przepychu, ten najpewniej tytuł ów jej przyzna – notowała Zofia Radwańska-Paryska.

Lilia złotogłów, zdjęta przez autora 7 lipca.Fot.L.Herz

    Górale tatrzańscy zowią ją "lelują" i w stylizowanej formie kwiat ten należy do chętnie używanych w ornamentach podhalańskiej snycerki.  Nazwa łacińska brzmi: lilia martagon. >Martagon< bywa różnie tłumaczony: wg niektórych pochodzić ma jakoby od mitycznego Marsa, boga wojny, wg innych ma związek astrologiczny z planetą Marsem, a jeszcze inni przypuszczają, iż pochodzi od tureckiego martagan, co oznacza rodzaj turbanu, więc może i stąd polska nazwa zawojek lub zawojka, co ciekawsze, mająca odpowiednik w językach angielskim i niemieckim. 
    W Polsce rosną dziko dwa gatunki rodzimych lilii, na świecie kilkadziesiąt. Od starożytności ma lilia duże znaczenie w symbolice i ceremoniałach religijnych różnych narodów. Alchemicy średniowieczni z cebulek lilii złotogłów przyrządzali złocistą tynkturę, która miała metale nieszlachetne zamieniać w złoto. Prawdopodobnie nazwa >złotogłów< stąd się wywodzi. Ale może ze względu na wyjątkowość tego kwiatu został on nazwany złotogłowiem? Bowiem tak właśnie nazywano w szlacheckiej Polsce kosztowny brokat, ciężką, złotolicą tkaninę lub przetykaną złotem materię jedwabną lub półjedwabną. 

     Z puszczy wracałem wygodnym miejskim autobusem w kierunku swojego Żoliborza i tak sobie o tym myślałem, jak to ta wioska zmieniła się przez te wszystkie lata, w ciągu których w niej się  pojawiałem w swoich wędrówkach ku przyrodzie. Truskaw się pysznił asfaltem jezdni, chodnikami, domostwami o zgoła nie wiejskiej prezencji. Ta wieś już wsią nie była. Nikt z jej obywateli nie hodował krów ani nie sadził i zbierał  zbóż i ziemniaków, dumne słowo "wieśniak" dla mieszkańców stało się obelgą.  A przecież tak niedawno było tu tak, jak na tym zdjęciu, które radzieckim aparatem o nazwie "Smiena" sfotografowałem w roku 1964. Pamiętam dokładnie, to było w drugi dzień świąt wielkanocnych, wracałem z wycieczki, przystanek autobusu do Warszawy (Pekaesy wtedy chodziły, jechało się  na dworzec Marymont przy Żeromskiego) znajdował się na początku wioski, koło lasu. Dla mieszczucha wędrówka przez wieś była katorga, bez gumiaków iść się dało. Kilka lat później wzdłuż niej małowalem pierwsze znaki żółtego szlaku do powstańczej mogiły koło Zaborowa Leśnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spotkam po drodze Rgilewnicę. Wiedza o niej dotarła do mnie znacznie później. A czegom się dowiedział, to opowiedziałem.


            Roztopy wiosenne z roku 1964 w okolicy dzisiejszej pętli autobusowej. w Truskawiu.
Jak się nie miało gumiaków, chodziło się po podmurówkach ogrodzeń, a że taka wędrówka była niezłą gimnastyką, więc w czasie marszu należało trzymać się płotów. Fot.L.Herz.



    Aby oglądać kwiecie i chłonąć nozdrzami jego zapachy, tego roku nawet nie muszę opuszczać warszawskiego Żoliborza. Pośrodku miasta, tuż obok domu w którym mieszkam,   mam burzę roślinności. Genialny jest pomysł warszawskich władz miejskich, aby nie kosić trawników, nie strzyc zieleni, dać jej rosnąć, a gdzie tylko można dosiać i wzbogacić w gatunki. Obraz pośrodku miasta niezwykły.    
    Dziesiątki polnych kwiatów i chwastów. Widok zachwycający. Przy chodniku obok tablica objaśniająca ideę. Że taka łąka jest kolorową alternatywą dla trawnika, że dostarcza doznań wizualnych, węchowych i duchowych, że owadom daje pożywienie i schronienie, korzystnie oddziałuje na przebywających w pobliżu ludzi i zwierzęta, że zmienia się z porami roku, redukuje gazy cieplarniane i smog i pełni rolę edukacyjną. Niemało, jak na małą łąkę przy ruchliwej ulicy. 


Kwietna łąka miejska z Żoliborza. To,co najbardziej kolorowe, to zwykły kąkol polny! Fot.L.Herz

    Ten świat otaczał naszych przodków w czasach, gdy mieszkali na wsi, w chałupie albo we dworze, czasem w małomiasteczkowym domku. My, mieszkańcy dużego miasta zapomnieliśmy, że takie rośliny istnieją. No, może mak rozpoznamy, może jeszcze chaber, może i stokrotkę, zapewne jeszcze coś, ale wszystko inne to dla mieszczuchów ziemia nieznana.  Myślę, że i ja niewiele z tych kwiatów  rozpoznam w terenie, przydzielając im właściwą nazwę. A sądzę, że nikt z mojej rodziny nie wypadnie lepiej ode mnie, bo w przeciwieństwie do nich, ja mam przecież niemal na co dzień kontakt z przyrodą. Och, jakże jest piękną taka kwitnąca miejska łąka  o kilka kroków od mojego mieszkania. O radości moich starych dni!  
..............................................................