wtorek, 18 kwietnia 2017

Niezwykłe zabytki
w Dolinie Dolnego Bugu na wschodnim Mazowszu
Wiosenne rozlewiska w dolinie Bugu. Fot.L.Herz



Znowu tam byłem. Bywam tam niemal nieustannie. Zostawiłem tam sporo serca, to i powracam. Wiosną najbardziej. Dolina Dolnego Bugu należy do najładniejszych fragmentów Mazowsza. Ja szczególniejszą estymą  obdarzam jej fragment powyżej Wyszkowa, w górę biegu rzeki. Krajobraz tam jest taki, jakim być powinien. Tam wszystko zdaje się być na miejscu. To harmonijny krajobraz kulturowy, w którym dzieła natury wcale nieźle i z pewnym szacunkiem zostały zagospodarowane przez człowieka. Korespondują tam ze sobą nie najgorzej rzeka i jej rozlewiska i starorzecza, nadrzeczne łąki, otaczające je dwie puszcze, Kaminiecka na południu i Biała na północy, wioski i obok nich osiedla domków letniskowych, tubylcy i letnicy,  i dzikie ptactwo, którego tam nie brakuje i moc ornitologicznych rarytasów się lęgnie. Opowiadać o tym wszystkim mógłbym bez końca, jako  rzekłem albowiem, odwiedzam tę część Mazowsza  często i zawsze z zachwytem. 

Nie ulega wątpliwości, iż dopiero świadomość związku krajobrazu z historią i rozwojem duchowym człowieka nadaje mu szczególnego uroku i stanowi o pełni naszego doznania. Inaczej mówiąc – dopiero wtedy, gdy zaludniamy jakiś obszar wspomnieniem dziejów, które na nim się toczyły, zaspokajamy nigdy nie nasyconą potrzebę refleksji.
Obserwować to można we wszystkich liczących się w Europie obszarach szczególnej ochrony przyrody, w parkach narodowych i krajobrazowych lub parkach natury, jak nazywa się je w krajach Zachodniej Europy. Na pewno mniejszą rangę miałyby polskie Tatry i Park Tatrzański bez Podhala, bez Góralszczyzny i tłumu zakochanych w nich artystów o ceperskim rodowodzie. Czy można podobnie mówić o nadbużańskiej okolicy Mazowsza? Zapewne nie, ale przecież i ona ma swoje atuty, których lekceważyć nie można.

Tutaj chcę opowiedzieć o trzech ważnych, chociaż niewielkich w gruncie rzeczy zabytkach, jakie znajdują się w tej nadbużańskiej krainie. To trzy rzeźby niepospolitej wartości. Sfotografowałem  i oto są. Jak znajdziecie czas, popróbujcie zobaczyć je na miejscu. Madonna Tronująca z Poręby i Tron Łaski z Prostyni  są we wnętrzach kościołów, Nepomucen spod Sadownego znajduje się w zabytkowej brogowej kapliczce. Podróż ku nim przez otaczający krajobraz też warta jest  grzechu.  


     Madonna Tronująca z Poręby

(ok.1360 r.)


We wsi Poręba w Puszczy Białej znajduje się niezwykłe dzieło w miejscowym kościele parafialnym. Jest nim najstarsza drewniana rzeźba epoki gotyku na Mazowszu, pochodzi z około 1360 roku.
Królem Polski był wówczas Kazimierz Wielki. W maju 1350 roku Litwini wtargnęli na Mazowsze i dokonali tam wielkich zniszczeń (m.in. spalili Warszawę i Czersk). Poręba znajdował się wówczas w księstwie mazowieckim, panował w nim wówczas  Siemowit III, syn Trojdena I. O rzeźbie świat dowiedział się dopiero po sześciuset latach, w roku 1973.
Odkryły tę rzeźbę Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska, nieocenione znawczynie sztuki na Mazowszu, to one jako pierwsze obwieściły światu rangę wielu dzieł, których znaczenie same odkryły (one odnalazły na strychu w Kosowie Lackim obraz El Greca!), także i rzeźby z Poręby, publikując jej pierwszy opis w Biuletynie Historii Sztuki w roku 1975. 
Madonna przedstawiona jest  na tronie, artysta nadał jej hieratyczną pozę, na ustach ma zastygły „archaiczny uśmiech”, dekoracyjnie, malowniczo ułożone fałdy szaty opadają ku ziemi, wychyla się spod nich typowo średniowieczny spiczasty pantofelek. Na prawym kolanie Matki stoi Dzieciątko, odziane w długą szatę, podtrzymywane matczyną ręką, w drugiej matczynej ręce znajduje się przyłożone do serca królewskie jabłko. Jezusek lewą swoją ręką położył pieszczotliwie na matczynej głowie, uśmiecha się uśmiechem dziecka, które zdaje sobie sprawę z powagi chwili.
Można przypuszczać, iż rzeźba pierwotnie była umieszczona w postawionym w roku 1638 drewnianym kościele, poprzedniku obecnego murowanego, który został zbudowany dopiero w drugiej połowie wieku XVIII. Gdy ten murowany pobudowano, rzeźba stała się niemodna, powędrowała więc do akurat postawionej kapliczki. Czy rzeczywiście tak było? tego nie wiem. Powróciła do parafialnego kościoła dopiero po drugiej wojnie światowej, wtedy, gdy proboszczem miejscowym był ks. Jerzy Dąbrowski, a do Poręby zawitały inwentaryzujące zabytki sztuki na Mazowszu dwie panie.
Matka Boska tronująca znajduje się w bocznej kaplicy kościoła, na prawo od głównego ołtarza. Została umieszczona w drewnianej szafie o otwartych szeroko drzwiach, w które wkomponowano misternie wyrzezane dwie nadokienne "koruny", jakie dawnymi czasy ozdabiano okna drewnianych chałup w kurpiowskim stylu, z których słynęła okolica porębiańska, a do dzisiaj zachowały się już tylko bardzo nieliczne.
Mieszkańcy okolicy są w dużej części potomkami osadników z Puszczy Myszynieckiej, przez Załuskich sprowadzonych do Puszczy Białej w XVIII wieku. Jeszcze w niepodległej Polsce po 1920 roku mówiło się o tym regionie: Kurpie Puszcza Biała. Biografka tej okolicy, świetna pani etnograf, Maria Żywirska tak ich nazywała, o nich mówiła, o nich pisała. Pamiętam sąsiadującą z Porębą wioskę Udrzynek z szeregiem kurpiowskich chałup. Jedna w drugą były znakomitymi przykładami drewnianej architektury o kurpiowskim rodowodzie. To było bardzo niedawno, zaledwie czterdzieści lat temu. Jak jest tam teraz?  Wiele ich  tam jeszcze?  Dawno nie było mnie w porębiańskiej stronie... 

 
     Tron Łaski z Prostyni


(1460 r.)
Z około 1460 roku pochodzi Tron Łaski w Prostyni, wioski, która jest położona  na wyniesieniu pośród  szerokiej doliny Bugu na północny wschód od Warszawy. W jej sąsiedztwie znajduje się Treblinka, miejsce męczeńskiej śmierci dziesiątków tysięcy Żydów z całej Europy w czasie drugiej wojny światowej. Na przełomie wieków XIII i XIV Prostynia znajdowała się na terytorium Rusi. Potem księstwa ruskie zostały podbite przez władców litewskich i w ten sposób wioska   znalazła się w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Od Unii Lubelskiej w roku 1569 okolica była już  częścią Królestwa Polskiego. Dziś wioska jest w województwie mazowieckim, ale to już Podlasie, nie Mazowsze.
Bardzo ładna okolica ta dolina Bugu koło Prostyni.  Tam wiosną
po niebie wędrują twarzowe chmury, a zieleń jest bujna i  przyjazna. W  maju na otaczających wioskę łąkach rozkwitają  łany mniszków, nad nimi   kwilą czajki, słychać zewsząd tęskne pokrzykiwania kulików i dzwonienia krwawodziobców, bliżej wsi przepiórki krzyczą  swoje "pójdźcie żąć, pójdźcie żąć", nad przybrzeżnymi partiami jeziora Bużysko hałasują krzykliwe rybitwy czarne, na wodzie kołyszą się milczące łabędzie, a ze wszystkich stron słychać rozkoszne żabie koncerty. 
Nad okolicą góruje prostokątna wieża modernistycznego kościoła w Prostyni. Ten kościół powstał po roku 1945.W krajobrazie okolicy tej nadbużańskiej wioski jest ciałem zdecydowanie obcym. Widoczny jest z bardzo daleka, oglądałem go ze szczytu triangulacyjnej wieży, stojącej o w odległości 25 km od niego na wydmie nad Mostówką koło Wyszkowa.  Jest to nieco zmieniona wersja projektu drugiej, niezrealizowanej Świątyni Opatrzności w Warszawie, której autorem był Bogdan Pniewski. Skąd się wzięła tutaj ta dziwna świątynia? No cóż, był do zagospodarowania projekt, a wieś dopiero co straciła swój kościół, który spłonął podpalony przez hitlerowców w roku 1944. Stał w miejscu strategicznym, wystawiony na widok z każdej strony, aż się prosił aby go zniszczyć.
We wnętrzu kościoła, w dość pretensjonalnej współczesnej oprawie, znajduje się największy skarb wioski i jeden z największych skarbów ziemi w tej książce opisanej. Tron Łaski jest wykonaną z drewna lipowego figurą Trójcy Świętej, umieszczoną w głównym ołtarzu. Rzeźba jest niewielka, ma nieco ponad metr wysokości, przedstawia Boga Ojca, obejmującego rozłożonymi rękami ramiona krzyża z krzyżowanym na nim Synem, a na szczycie krzyża znajduje się gołębica Ducha Świętego. Być może jest to dzieło z warsztatu Wita Stwosza, niektórzy przypuszczają, że wyszło spod ręki samego mistrza, zostało  wykonane około roku 1460. Powiada się, że podarował ją nowo założonej parafii bp Paweł Holszański. W tamtych czasach Prostyń przynależała do Litwy i do diecezji w Łucku, a żyjący w latach 1490-1555 Paweł Algimunt Holszański herbu Hippocentaurus był nie tylko biskupem, również i księciem  litewskim.
Biskupi dar przybył tutaj  najpewniej na płynącej Bugiem łodzi, ale lud ubrał ten fakt w piękną legendę, podle której figura przypłynęła z powodziowymi wodami Bugu, utknęła w nadbużnych zaroślach i tam jako pierwsze zobaczyły ją prostyńskie kozy. Czy dlatego szeroko zasłynęła chlebowa figurka kozy, od lat niezmiennie sprzedawana na tutejszych odpustach? A może dlatego, że po powstaniu styczniowym pod pozorem handlu kozami przychodziło na tutejsze odpusty wielu unitów? Kozy prostyńskie są wypiekane z twardego ciasta. Tutejsze gospodynie przygotowują je tradycyjnie od setek lat. Mam taką jedną kozę w swoim domu, miło na nią spoglądać. Szymon Kobyliński, znakomity  rysownik i gawędziarz przedni, miał swój drugi dom nad Liwcem w Gniazdowie. Każdego odwiedzającego go nowego gościa obdarowywał jedną taką kozą. Kupował je na odpuście na zapas, kopami.  




Nepomucen spod Sadownego
 
(XIX w.)
Z krajobrazem polskim ściśle są złączone kaplice i kapliczki przydrożne. Mnogość ich wielka wszędzie, małych i większych, drewnianych i murowanych. Nawet wypróchniały pień dębu zamieniano na kaplicę, jakby pozostałość pogańskiej czci. Okazji bywało dość: pobożny uratowany od pioruna, od koni, które poniosły, w miejscu cudownego objawienia, dla ochrony przed powodzią, morem, zbójcami, wznosił kaplicę lub kapliczkę — pisał Aleksander Brũckner.
Święty Jan Nepomucen, którego figury stawiano przy brodach i mostowych przeprawach, strzegł od powodzi, przed utonięciem, ale i przed suszą również. Jan Nepomucen nazywał się Jan Welflin i pochodził z miejscowości Pomuk, był czeskim kanonikiem, który w roku 1393 został na rozkaz króla Wacława IV pojmany, torturowany, a następnie zrzucony do Wełtawy z mostu Karola w Pradze. Przyczyną jego śmierci było jakoby to, iż nie chciał zdradzić tajemnicy spowiedzi królewskiej małżonki, którą niezrównoważony i chory na umyśle król podejrzewał o zdradę. Kanonizowano męczennika dopiero w roku 1729. Jego figura - jako że zginął w wodach rzeki - stawiana była zazwyczaj u brodu, nad stawkiem lub sadzawką obok kościoła. Miała za zadanie strzec przed powodziami oraz przynosić potrzebne deszcze w czasie suszy. Niekiedy jego figury osiągały znaczne rozmiary, czasem nawet wielkości naturalnej, podobna znajduje się nieopodal Sadownego. Wykonywane były często z drewna dębowego, a koszt ich wykonania musiał być znaczny. Jacek Olędzki przypuszczał, iż „istnieje wiele powodów, aby sądzić, że były to rzeźby zamawiane u specjalistów przez ogół mieszkańców wsi". 
Ów czeski święty został z czasem także i polskim świętym, często spotykanym również i w mazowieckim krajobrazie. Figury świętego są zwieńczeniem kapliczek słupowych drewnianych lub murowanych. Niekiedy figury skrywają się w cieniu namiotowych daszków, przykrywających kapliczki brogowe lub zrębowe. Zrósł się Nepomucen z naszym pejzażem, stał jego częścią nierozerwalną, elementem nieodzownym. Nawet zyskał to pieszczotliwe, jakby spoufalające imię "Nepomucka".
Z pośród wielu figur tego świętego na Mazowszu szczególniejszą przyjaźnią darzę jedną, tę która znajduje się w brogowej kapliczce koło Sadownego.  Kilka kilometrów na zachód od sadowieńskiego kościoła, przy lokalnej szosie do Zarzetki i Brzuzy stoi w pobliżu przepustu nad uregulowaną Bojewką, zwaną też Zbożową Strugą, drewniana zrębowa kapliczka brogowa, wewnątrz której umieszczona jest naturalnej wielkości drewniana figura św.Jana Nepomucena  odznaczająca się wysokim poziomem artystycznym, zapewne pochodząca spod dłuta kogoś, którego rzeźby zamawiane były do kościelnych ołtarzy, nie do przydrożnych kapliczek. 

Być może więc pierwotnie rzeźba znajdowała się w sadowieńskim kościele, ale potem, gdy wyposażano świątynię w aktualnie modne stylowo ołtarze i towarzyszące im rzeźby, ta akurat została zesłana nad Bojewkę. Dobrze się tu czuje, to widać. Okoliczni mieszkańcy opowiadają, że podczas powodzi, często występujących tu przed budową wałów ochronnych, figura była zabierana przez wodę, a jednak Nepomucen zawsze wracał sam na swoje miejsce. Ostatni raz miało się tak zdarzyć całkiem niedawno, bo w 1979 lub 1981 r. legenda ta, rozpowiadana w okolicy, jest o tyle interesująca, iż rzeczywiście w tym mniej więcej czasie Święty opuścił kapliczkę na czas jakiś, rzeźba została bowiem poddana konserwacji. Ta kapliczka ma ogromną ilość wdzięku i jest nie najgorzej wkomponowana w okoliczny krajobraz, ona po prostu jest jego częścią. 

Kapliczka spod Sadownego w Dolinie Dolnego Bugu. Fot.L.Herz
 

czwartek, 6 kwietnia 2017

Zielona nizina

Zapytano mnie ostatnio: Gdyby miał Pan wskazać pierwsze skojarzenie z Mazowszem to co to by było? Odpowiedziałem tak: moi bliscy z południa Polski oglądają Mazowsze zazwyczaj tylko przejazdem, albo z okien pociągu lub zza szyb samochodu, najczęściej w czasie jazdy do Warszawy. Widzą wtedy przyjazną, pełną zieleni nizinę. A więc: ogromna, zielona nizina. A  pośród tej zielonej niziny posadowiona jest stolica państwa nad największą polską rzeką, nad którą rosną też wierzby, a  u stóp tych wierzb urodził się Fryderyk Chopin. Reszta to już tylko szczegóły. Ba! lecz jakżeż one interesujące...



Zielone Mazowsze -  nizinne łąki i pola, wierzbowe aleje i Żelazowa Wola. Fot.L.Herz

      Nie ulega wątpliwości, że Mazowsze jest  ziemią o wielu całkiem od siebie różnych krajobrazach. Jest jak patchwork. Inny jest rolniczy krajobraz kulturowy w okolicy Płocka i Płońska, niż  na Ziemi Łowickiej, a te oba  są zupełnie odmienne od rolniczego krajobrazu wschodniego Mazowsza. Tuż na wschód od Wisły położone ziemie mazowieckie to rzeczywiście przysłowiowe laski i piaski, ale na południe od Warszawy, na zachodnim wiślanym brzegu rozpościera się kraina zupełnie inna, pyszniąca się swoim bogactwem, gdzie na żyznych glebach okolic Czerska, Warki, Grójca i Rawy Mazowieckiej ścielą się ogromne owocowe sady. Te mazowieckie sady, jak i nadwiślańskie wierzby, są dominantą pejzażu tak samo odrębnego i jedynego w swoim rodzaju, jak cyprysy i winnice włoskiej Toskanii. Co tu mówić, krajobraz Mazowsza jest krajobrazem w zieleni.  

Zielona nizina Mazowsza.




środa, 15 marca 2017


O kilka kroków od Warszawy: 
w marcu na Stawisku

Dom na Stawisku.

Do Stawiska jeżdżę co jakiś czas. Właśnie znów tam byłem. Dzień był chmurny, zima już się skończyła, ale wiosna jeszcze nie nadeszła. Podwarszawskie Mazowsze zasłane było śmieciami, a w takim dniu, gdy nie wiadomo czy to zima, czy wiosna, te śmieci kolą oczy jeszcze brutalniej niż zazwyczaj i uświadamiają boleśnie, że z kulturą dnia codziennego coś nie za bardzo my Polacy mamy po drodze.
Stawisko jest inne. Jest enklawą tej inności. Jak i sąsiadująca z nim Podkowa Leśna. Lubię atmosferę tamtych stron. Dlatego też tam jeżdżę co jakiś czas. Po to, aby odetchnąć tą innością. Stawisko jest położone na granicy Brwinowa i Podkowy Leśnej, bardziej związane z tym drugim miastem, ale najbardziej z Jarosławem Iwaszkiewiczem, on zaś z miastami oboma, w Podkowie mieszkał, w Brwinowie jest na cmentarzu jego mogiła. Po raz pierwszy pojawił się w Podkowie Leśnej w  roku 1922. Zamieszkał wtedy w „Aidzie", ta stara,  drewniana willa stoi do dzisiaj,  ostatnio odnowiona, w samym centrum miasta, a jakby na uboczu, z oknami otwierającymi się z jednej strony na ulicę Lilpopa, z drugiej na ulicę Iwaszkiewicza. Jest niemłodą budowlą, i wciąż
na szczęście jeszcze trwa owa drewniana „Aida", więcej zabytek polskiej kultury, niż architektury. W tej willi młody pisarz zamieszkiwał w pierwszych latach swego małżeństwa z Anną Lilpopówną.
    
Aida w Podkowie Leśnej.
Dzisiejsza Podkowa Leśna, tak urocza i urodziwa, że aż uwierzyć trudno, iż mogła być jeszcze piękniejszą, swoje powstanie zawdzięcza, w pewnym sensie, niechęci księżnej Radziwiłłowej do pociągów. Księżna, będąc właścicielką lasów majątku Młochów, na skraju których to lasów leży Podkowa, nie wyraziła zgody na prowadzenie linii kolejowej z Warszawy przez Komorów do Nadarzyna i dalej do Żyrardowa. Zgodził się natomiast Stanisław Lilpop, teść Jarosława Iwaszkiewicza, poszukujący środków na swoje mocno kosztowne hobby: polowania. Wytyczono działki, zaczęto parcelację, poczęto budowę kolejki. Świadkiem tych wszystkich zmian byt Iwaszkiewicz: „pojmowaliśmy korzyści takiego przedsięwzięcia i wszystkie pożytki materialne" — pisał, nie bez goryczy konstatując: „Cywilizacyjne zniszczenie zabierało nam nasz najukochańszy zakątek." „Aida" towarzyszyła Podkowie od początku. W tej drewnianej willi, prostej i niewymyślnej architektury, zaczął pisarz szkicować swoje opowiadania, a wśród nich tę cudownie nostalgiczną i tak cudownie polską „Brzezinę", która wiele lat potem, sfilmowana przez Andrzeja Wajdę, podbiła Paryż.
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie.
Z „Aidy" Iwaszkiewiczowie przeprowadzili się na Stawisko, do domu, w którym dzisiaj mieści się muzeum noszące imiona pisarza i jego żony, Anny. Dom na Stawisku  wcale często można dostrzec w licznych filmach i telewizyjnych przedstawieniach często bowiem zarabia na siebie jako naturalna plenerowa dekoracja. Opowiadał mi pierwszy kustosz muzeum, Oskar Koszutski,  że zachowały się niemal wszystkie szkice i robocze notatki pisarza, plany domów, pokojów, rozmieszczenia mebli, na których siadali bohaterowie jego opowiadań, z których każde było osadzone w konkretnych miejscach. 




W Stawisku. Na przedostatnim zdjęciu portret podwójny Iwaszkiewiczów, namalowany przez Witkacego, na zdjęciu najniższym młodziutki Jarosław w gimnazjalnym mundurku, siostry i kuzynki w kapeluszach.

W Stawisku  powstała znaczna część  jego pisarskiego dorobku, m.in. wiele ze znakomitych opowiadań. W czasie powstania warszawskiego i w ostatnich miesiącach II wojny światowej dom był schronieniem uciekinierów z Warszawy, pośród  których byli wielcy ludzie polskiej kultury. Wnętrza wciąż zachowują atmosferę czasów, gdy mieszkali tu Iwaszkiewiczowie. Znajdują się w nich trofea myśliwskie Lilpopów, cenne meble i obrazy, fortepian na którym grywali Karol Szymanowski i Artur Rubinstein, jest znakomita biblioteka. Co najważniejsze, chociaż to jest dzisiaj muzeum, to nie jest muzeum.
Jarosław Iwaszkiewicz nauczył mnie melancholijnie nostalgicznego spojrzenia na to, co odchodzi. Jego „Ogrody” są przejmującym obrazem odchodzącego świata.
„Dom stoi pośród nieco podszarganego lasu, który rośnie z każdym rokiem i zaczyna przepuszczać coraz bardziej między swymi pniami powoli okrążające dom światła, znaki zagęszczających się osiedli.
Na polu przed domem stoją samotne sosny. Każda ma przeszło dwieście lat, powinny być pod ochroną, ale nikt o tym nie myśli. Przeciwnie, chętnie by je każdy ściął: to taka przyjemność dla Polaka zniszczyć stare drzewo. Było takich sosen na początku dziewięć, nazwano je Muzami, ale śmigła jak maszt Urania znalazła się na wprost domu, w wytyczonej lipowej alei, i musiała być ścięta. Czy musiała?
Potem się Muzy liczyło i było już ich tylko siedem (...) Czasem podchodzę do tych sosen i głaszczę je po korze. Kora ta jest jak skóra słonia, chropowata, gruba i serdeczna w dotknięciu."
Ostatnia z dziewięciu Muz w ogrodzie na Stawisku.



Iwaszkiewicz w „Książce moich wspomnień” pisał, iż gdy zamieszkał w Podkowie Leśnej pierwszy raz, „był to głęboki las, daleki od osiedli ludzkich, i można było tu dojechać tylko koleją z Dworca Wiedeńskiego, później z prowizorycznego Głównego do Brwinowa, a przestrzeń pomiędzy Brwinowem i Podkową trzeba było przemierzyć piechotą; czasami tylko jeździło się końmi. Droga między Brwinowem i Podkową była jeszcze dziewicza, a właściwie dzika, i wzbudzała podziw Karola Szymanowskiego, któremu przypominała ukraińskie wertepy.” 

Na biurku pisarza, pośród dziesiątków najróżniejszych przedmiotów i bibelotów, niekoniecznie jakiejkolwiek rangi artystycznej, ale takich zwykłych, które pisarzowi miały przypominać ludzi i miejsca z jakimi się spotykał, w czasie ostatniej swojej bytności dostrzegłem album o Palermo, stolicy Sycylii, której klimat i historia zauroczyła pisarza. Dzięki tej pisarskiej fascynacji mamy dzisiaj "Króla Rogera", święcącą światowe sukcesy operę Karola Szymanowskiego, której pomysł i libretto dostarczył kompozytorowi Jarosław Iwaszkiewicz.   
Tylko raz byłem na Sycylii, letni upał był wtedy porażający, wiał gorący wiatr, Sycylijczycy mówili mi, że to wiatr od Afryki. Przynosił ze sobą zapach saharyjskich piasków. 

Teraz przez okno Iwaszkiewiczowego domu patrzyłem na ogród. Zima już się skończyła, ale ziemia jeszcze wiosną pachnieć nie poczęła, drzewa  bezlistne, niebo jednolicie zachmurzone, zza szyb lipowa aleja dojazdowa jawiła mi się jakby została tam przeniesiona żywcem z chińskiej grafiki. 


Wyszedłem do ogrodu. Wśród młodych sosen wznosiła się, wciąż żywa i wciąż imponująca swoją koroną, wzrostem i tężyzną ostatnia z iwaszkiewiczowskich wiekowych sosen. Na grubym jej pniu umieszczono tabliczkę oznajmiającą patrzącym, że to jest pomnik przyrody. Podszedłem do drzewa. Wokół ścieliły się łany zimozielonego barwinka. Barwinek symbolizuje wierność, życie wieczne, sadzona na cmentarzach szybko się rozrasta i z roku na rok zajmuje większa przestrzeń. Podszedłem do sosny. Dotknąłem kory. Miał rację Jarosław Iwaszkiewicz. Była chropowata, gruba i serdeczna w dotknięciu.

Uranio, sosno, siostro – tak ciebie nazywam
Bo palcem pnia swojego ukazujesz niebo
Wiatr co się w twojej czarnej grzywie zrywa
Zacicha dołem. Siostro, wzywam ciebie.

Jak niegdyś wróże w koronach z jemioły
Abyś wytrwała w progu mego domu
I strzegła kwiatu, owocu i pszczoły
I serc co tutaj gasną po kryjomu.

Uranio, muzo dnia ostatecznego
Bogini końca, bogini trwałości
Zniszczeń bogini i wszystkiego złego
Stójże na straży domu i nicości.

Weźmij mnie w swoje grzywy, ty szalona
Wyszarp mi ręce co już nie wyrosną
Pogrzeb mnie, ratuj, daj swoje korony,
Bym także był Uranią, nicością i sosną.




poniedziałek, 6 marca 2017

Zanokcica skalna w Borze Kazuńskim
Zanokcica skalna koło Grochal  pod Kazuniem. Fot.L.Herz


     
Zanokcica skalna jest typowym dla gór wapieniolubnym gatunkiem karłowatej paproci. Na Mazowszu jest rarytasem ! Zobaczyć ją można w niewielu miejscach, jedno z nich znajduje się pobliżu Kazunia nad Wisłą, tam, gdzie nieopodal przystanku autobusowego "Grochale Stare" pośród sośnin Kampinoskiego Parku Narodowego, niemal tuż obok szosy, sterczą ruiny betonowego bunkra wybudowanego w latach międzywojennych w zewnętrznym pierścieniu obronnym twierdzy modlińskiej. W szczelinach tego bunkra rosną kępki zanokcicy skalnej.  Jest zielona nawet w zimie, jak się ja już zobaczy, wiadomo, że to ona właśnie. Nawet teraz, w początkach lutego. Przyglądajmy się tej zanokcicy z szacunkiem, na naszym nizinnym Mazowszu jest ta paproć swego rodzaju sensacją, tym większą, że przybyła tutaj z gór dopiero w ostatnim półwieczu. Nikt jej tutaj nie sadził, nasionka przyniosły ptaki i to wcale nie specjalnie, ale tak przy okazji, albowiem dolina Wisły odgrywa bardzo ważną rolę na szlaku ptasich wędrówek wiosennych i jesiennych. Lada chwila zacznie się masowa migracja ptaków, jedne gatunki zatrzymają się tylko u nas na odpoczynek i polecą dalej, inne pozostaną i do wczesnej jesieni będą nam towarzyszyć. Niektóre na pewno coś nam przyniosą, coś podobnego do tej zanokcicy, rzadkiego, a cennego, co już pozostanie, wzbogacając naszą podwarszawską okolicę. Ciekawe co też to będzie?

piątek, 17 lutego 2017


Zimą na podwarszawskich ługach

O kilka kroków od zabudowań na przedmieściach Warszawy, pośród wydm  Mazowieckiego Parku Krajobrazowego znajduje się kilka bardzo interesujących krajobrazowo i przyrodniczo torfowisk. Nazywane są "ługami". Słowo „ług" jest wyrazem prasłowiańskim i oznacza bagno lub mokradło. Stąd też wzięła się nazwa Łuże w najbliższej Warszawy części Puszczy Kampinoskiej. Stąd też nazwa słowiańskich Łużyc, znajdujących się już na zachodnim, niemieckim brzegu Nysy zwanej Łużycką.
    Ze wszystkich  ługów najładniejsze krajobrazowo jest eksploatowane dawniej torfowisko, na którego terenie utworzyło się spore Jezioro Torfy o nieregularnych brzegach. Ze względu na to, iż w porze wiosennej jest miejscem, gdzie odbywają się gody i lęgi kaczek krzyżówek, przez odwiedzających nazywane jest czasem Kaczym Ługiem. Przyrodnicy cenią Biały Ług, położony bliżej Wiązowny, oraz sąsiadujący ze Starą Miłosną sporych rozmiarów ług, zwany Macierowym Bagnem, które chętnie by uczynili rezerwatem przyrody, ale chyba z tego nic nie wyjdzie. 

         Na wydmach, otaczających ługi, rosną bory sosnowe, ustępując jednak urodą tym borom, które występują w  niższych  położeniach, gdzie tworzą jedyny w swoim wyrazie zespół siedliskowy lasu, zwany borem wilgotnym. Tutaj jest on wcale powszechny. W tym lesie, ubogim w gatunki drzew i krzewów towarzyszących sośnie, a mimo to nie pozbawionym przedziwnego piękna, spotkamy również krzewinki bagna zwyczajnego, a prócz nich bagienną borówkę, zwaną łochynią. Podwarszawskie ługi i ich najbliższa okolica są wielkim skarbem dla Warszawy, o której natychmiast się zapomina, gdy wkroczyć w ten cichy, spokojem tchnący świat wydm, lasów i ługów. Nie trzeba być przyrodnikiem, aby docenić to piękno. 

          Mieszkam na północy Warszawy, wyprawa krótkim zimowym dniem do lasów na południe od miasta jest wyzwaniem. Wtedy, gdy tam wyruszam, przekonuję się że moje miasto małe nie jest, jedzie się przez nie i jedzie. Pojechałem tam ubiegłego czwartku. Pociągiem ze śródmiejskiego dworca zajechałem do Radości, tam się przesiadłem na lokalny autobus, który opuściłem koło usadowionego na niewielkiej wydmie cmentarza na Izbickiej, ulicą Przełęczy poszedłem w las. Dzień był wciąż jeszcze zimowy, w lesie wciąż leżało dużo śniegu, drogami szło się dobrze, nie były już śliskie, lecz w sam raz.

       Nie najgorzej wymyśliłem sobie tę wycieczkę do lasów, które lada tydzień padną pod siekierami, zacznie się albowiem budowanie drogi szybkiego ruchu, wyczekiwanej z niecierpliwością południowej obwodnicy Warszawy. Pomyślałem, że zanim zacznie się budowa trzeba ten las zobaczyć, jakim jeszcze jest. Dwa lata temu oglądałem tak lasy koło Zielonki, w których budowa obwodnicy Marek jest już na ukończeniu i teraz tamtędy na wycieczki chodzić się nie daje. Taki już los przyrody w sąsiedztwie dużych miejskich aglomeracji, że musi czasem trochę ustąpić pola potrzebom człowieka. Także i lubownicy przyrody  muszą się z tym pogodzić.
       Jak przeczytałem w prasie, już tegorocznym marcem mają się zacząć prace przy przygotowywaniu śladu pod południową obwodnicę Warszawy, a więc prace ziemne, wycinanie lasu, budowa roboczych dróg dojazdowych, potem sama budowa drogi ekspresowej. W związku z tym pa odcinku  przebiegającym przez podwarszawską część Mazowieckiego Parku Krajobrazowego  przestaną egzystować szlaki turystyczne. Zapewne niektóre całkowicie, inne tylko na czas budowy. Przecinająca kompleks leśny droga ekspresowa praktycznie podzieli las na zupełnie odrębne części. 


         Szlaki w tej okolicy projektowałem  przed ponad czterdziestu laty i chociaż już się sprawami znakarskimi od dawna nie zajmuję, przecież jednak myślę o tych szlakach ze zrozumiała sympatią i troską. Zastałem je teraz dość zapuszczonymi, znaki są, a jakby ich nie było, trudno się tym nie przejmować. Fakt, że większość przemierzających te lasy wędrowców to mieszkańcy okolicznych osiedli, tego lasu bywalcy wielokrotni, ale dla przybyszy z innych części Warszawy szlaki są niezbędne, bo oni nie znają na pamięć każdej z niezwykle licznych i zawiłych ścieżek i dróżek, których jest tutaj cała plątanina. Młodzi działacze  PTTK, którzy zajmują się szlakami mazowieckimi, są sympatycznymi ludźmi, ale chyba sytuacja  przerasta możliwości organizacji społecznej. W tym terenie  brakuje jednego gospodarza. W Kampinoskim Parku Narodowym jego dyrekcja jest gospodarzem lasu i szlaków. Do leśnych terenów położonych w sąsiedztwie  Radości, Międzylesia, Starej Miłosny przyznaje się wielu właścicieli. Na tym terenie występuje skomplikowana sytuacja własnościowa. Szlaki tylko w niewielkiej części przebiegają przez lasy państwowe. Dużo jest lasów prywatnych, a także mienia opuszczonego o nie uregulowanym statusie.  

         Szedłem teraz tym lasem, jeszcze nie zaczęto wyrąbywać pasa pod przyszłą drogę szybkiego ruchu, jeszcze trwał spokój wśród lasu. Nie ja jeden wędrowałem tamtędy, chociaż dzień był powszedni. Spotykałem pojedynczych turystów z plecaczkami i nie byli to tylko wiekowi emeryci, którzy nie muszą już łazić do roboty, a korzystając z dni ładnej pogody, robią to, co lubią: wędrują w głąb przyrody. W otaczających ługi lasach koło Radości, Międzylesia i Starej Miłosny przyroda jest jaka jest, nie jest to przepastną i dziką puszczą, ot, to taki zwyczajny las podmiejski, ale z zakątkami o ogromnym uroku. To skarb mieć tyle lasu w sąsiedztwie, Warszawa jest pod tym względem miastem uprzywilejowanym!
      Obfotografowywałem z zapałem
podwarszawskie ługi, pięknie było. Dzień później niebo zszarzało, zaczął padać deszcz, śnieg począł szybko topnieć, pogoda, ze za drzwi nawet palca u nogi nie chce się wystawić. Miałem szczęście z tą swoją wycieczką czwartkową. Chyba się załapałem na ostatni dzień prawdziwej zimy w podwarszawskich lasach. 




Wszystkie zdjęci są z jednego dnia: 16 lutego 2017. Fot.L.Herz

czwartek, 19 stycznia 2017

Krajobrazowa niespodzianka pod Warszawą
Byłem dopiero co w plenerze podwarszawskim. Dzień pochmurny, minus dwa stopnie, śniegu sporo, po prostu zima w pełni i to taka, jakiej od kilku lat na Mazowszu nie było. W sobotę ruszyli do podwarszawskich lasów narciarze, śmigali na biegówkach, aż miło. A ja bez nart, pieszo, zwyczajnie. Wysiadłem z czerwonego, miejskiego autobusu i poszedłem w las. Zobaczyłem krajobraz, jakiego się nie spodziewałem. Nadzwyczajny. Proszę spojrzeć na zdjęcia. Czy to jest krajobraz nizinnego Mazowsza? Tuż pod Warszawą? Zaledwie 17 km od Pałacu Kultury?
Ciekawe czy ktoś z czytelników domyśli się gdzie te zdjęcia zostały wykonane?  Dla ułatwienia podam, że taki widoczek można zobaczyć 500 metrów od przystanku autobusowego ZTM z Warszawy.



Wszystkie fotografie: L.Herz, styczeń 2017 r.

niedziela, 1 stycznia 2017





 Czarna Struga w białej szacie

Tęsknię za zimą zimową. A w tym roku jak jej nie ma, tak nie ma. Sięgnąłem więc do archiwum swoich wspomnień. Znalazłem się w uroczysku Czarna Struga w Lasach Drewnickich. Płynie tam rzeczka Czarna, jak należy ona płynie, zgodnie z nazwą toczy swoje czarne, ciemne wody  w rezerwacie "Puszcza Słupecka". Zimą właśnie tam się pojawiam najczęściej, bo blisko, a bardzo puszczańsko. Idę wtedy w ten las, aby brodzić w śniegu pośród powalonych drzew, tu i tam spojrzeć na ślady spałowania kory drzew przez tutejsze łosie, tropów przeróżnych leśnych zwierząt też zawsze spotkać można niemało, prócz łosiowych, są także lisie i sarnie, czasem wiewiórcze, zdarzają się tropy kuny. Sporo tam tego dzikiego zwierza żyje w tym lesie.  
     Lasy dzisiejszego uroczyska Czarna Struga wchodziły w skład wcale niemałej Puszczy Słupeckiej, zwanej też Puszczą Nieporęcką. Niewiele o tej puszczy wiemy. Już nie ma tej puszczy, ale ona była i odgrywała dość ważną rolę. Dawnymi czasy Mazowsze słynęło jako ziemia puszcz. Istnieją jeszcze lasy, wciąż noszące nazwę puszcz, niemałe są one zresztą: Puszcza Kampinoska, Bolimowska, Biała, Zielona. O tych puszczach się wie, te się pamięta, ale o innych wielu już zapomniano i nawet miejscowi nie wiedzą, że  wielką, puszczańską mają historię lasy na które patrzą z okien swoich domostw.
Dziko i przepastnie, jak w prawdziwej puszczy, a to tylko podmiejski las. Fot.L.Herz

   
Puszcza Słupecka tak naprawdę jest tylko częścią Puszczy Nieporęckiej. Nieporęt był dla polskich królów z dynastii Wazów tym, czym Niepołomice dla Jagiellonów, miejscem wywczasów podmiejskich i łowieckich zabaw.   Gdy Zygmunt III Waza w roku 1596 przeniósł królewską siedzibę z Krakowa do Warszawy, nakazał zbudować  dla siebie i swojej rodziny dwór myśliwski u progów królewskiej stolicy. Tereny łowieckie w okolicach Nieporętu były przednie, lasy i bory urozmaicone, mokradeł było tam sporo, zwierza w nich wszelakiego dostatek. Wybór padł na Nieporęt, wtedy dobrze już zagospodarowaną osadę bartniczą, położoną w sercu głębokiej puszczy w widłach Wisły i Narwi, nad niewielką rzeczką Długą. Zygmunt III wzniósł tu drewnianą rezydencję, kaplicę, założył ogród. Nie wiadomo jednak, kiedy dokładnie, gdyż data nie jest dotąd znana. Nie wiadomo też, jak ta drewniana budowla wyglądała, bowiem nie zachowała się żadna ilustracja. Ale zachowały się królewskie strzelby myśliwskie, są w muzeach we Wiedniu i Sztokholmie, zostały skradzione z Warszawy, przez Szwedów i  Austriaków; wtedy gdy "gościli" w naszym kraju.  
Strzelby myśliwskie Zygmunta III Wazy
      
Dawna królewska puszcza to dzisiaj nieduże, oderwane od siebie kompleksy leśne w okolicach Jabłonny, Nieporętu, Marek. W większości są to bory sosnowe w mocno zdegradowanej postaci. Pozostały jednak z tej puszczy fragmenty urodziwe i cenne, chronione w rezerwatach. Szosy, koleje, rozbudowane dziś osady, zatarły jasność topograficzną tego terenu, jest ona jednak na mapach wciąż widoczna. Lasy Czarnej Strugi rozciągające się pomiędzy Nieporętem a Markami, określają poniektórzy jako miniaturę Puszczy Kampinoskiej i niewątpliwie mają rację, bo krajobraz podobny, bo są tam wydmy i sąsiadują z nimi bagienne torfowiska, bo rosną tam sosnowe bory, liściaste grądy, olsy i  łęgi, bo graniczą z nimi wilgotne łąki. Po II wojnie światowej dużym fragmentem tego lasu zawładnęło wojsko, które dopiero niedawno się stamtąd wyprowadziło. Przed wojną lasy rąbano niemiłosiernie i z zapałem eksploatowano okoliczne torfowiska. Obok torfianek, znajdujących się  na terenie dawnej kopalni torfu, wznosi się niewysoka  wydma Złodziejskiej Góry i jest w jej okolicy bardzo dziko, dziki tam się kryją, żurawie budują gniazda, a bobry żeremia. To, co najładniejsze i najbardziej wartościowe przyrodniczo, chronione jest w dwóch  rezerwatach, jeden to „Puszcza Słupecka”, drugi „Łęgi Czarnej Strugi”. Nie byle jakie to rezerwaty i kryją w sobie wiele przyrodniczych osobliwości. 


 

Zimowe krajobrazy z uroczyska Czarna Struga. Fot.L.Herz
     
Lubię tam jeździć, zimową zwłaszcza porą. Bo blisko od Warszawy, w której mieszkam.  Najczęściej zaczynam wędrowanie od pętli autobusowej w Czarnej Strudze, obecnie jest to część miasta Marki, stamtąd do miejsc najładniejszych blisko. Niekiedy powracam z Olesina, i tam dociera miejski autobus warszawski. Jeżdżę tam także i dlatego, iż pośród tych lasów umościło się  Rancho Bena, w którym  znajduje się niezwyczajnej urody restauracja pośród lasu i bardzo dobre podają w niej jadło. Tę restaurację nad rzeczką Czarną nazwano  Czarcią Grotą i moc czartów przygląda się tam gościom.



Czarty z Czarciej Groty w Rancho Bena w uroczysku Czarna Struga. Fot.L.Herz