24 września byłem w Górkach pośród Puszczy Kampinoskiej. Wieś mocno się wyludniła od moich ostatnich tam odwiedzin, a przyroda wypiękniała. Niby zaczęła się jesień, noce już dłuższe, dnie krótsze, a zieloność wokół jeszcze ogromna. Stanąłem na moście na kanale Łasica, przekopanym po 1864 roku. W latach drugiej wojny światowej naziści wzdłuż kanału ustanowili granicę między tzw.Generalnym Gubernatorstwem, a terenami włączonymi do Rzeszy, znajdującymi się na północ od kanału. Szły deszczowe chmury. Wysoko na niebie krzyczały żurawie. Słyszałem je, ale nie mogłem dostrzec ich gołym okiem, a lornetki ze sobą nie miałem. Bardzo wysoko leciały. Pejzaż zrobił się bardzo fotogeniczny. Sfotografowałem ten pejzaż. Niebo na zdjęciu się znalazło. Żurawi się na nim nie wypatrzy.
poniedziałek, 10 września 2018
Długie sioło w Puszczy Białej
Dawno mnie tam nie było. Włóczyłem się u stóp Gorców i Pienin, po Puszczy Augustowskiej, na Suwalszczyźnie, trochę zaniedbałem lubiane Mazowsze. Ale wróciłem pod koniec sierpnia i przy pierwszej okazji pojechałem tam, gdzie bywać lubię. Do Puszczy Białej. Do Długosiodła. A bez samochodu dojechać tam niełatwo. A bez internetu nie można się dowiedzieć jak dojechać. Skąd odchodzą autobusy w Warszawie. Kiedy jest powrót, o tym informacji nie znalazłem nawet na przystanku w Długosiodle. Interweniowałem w tej sprawie w gminie, może juz jest informacja, oby była, bo wstyd.
Długosiodło znajduje się na północnych krańcach Puszczy Białej, otoczone jest lasem. Blisko 40. lat temu zaprojektowałem szlaki, wiodące z Długosiodla w te lasy. Zobaczyłem je odnowione. Szedłem teraz nimi, są w dobrym stanie. I to cieszy.
Skąd taka nazwa - Długosiodło? Stanisław
Kącki z Kornacisk, zwany w Długosiodle „Dziadkiem”, opowiadał
mi przed ćwierćwieczem taką oto opowieść. Było to bardzo dawno
i wtedy z Broku, gdzie mieli letnią rezydencję, wyruszyli biskupi na łowy w puszczy. No i
zabłądzili. Gdy wreszcie znaleźli się nad czystą wodą
śródleśnej strugi, postanowili zatrzymać się na odpoczynek, a
miejsce to na pamiątkę swojego błądzenia nazwali „Długie nie
zdejmowanie siodeł”. Później pobudowali w lesie kaplicę, żeby
w czasie łowów mieli gdzie msze odprawiać. Potem przy wpisywaniu w
kronice miejsca ustawienia kaplicy, skrócono nazwę na Długie
siodło, a jeszcze potem na Długosiodło.
Leśnik Jan Suder z
Długosiodła, którego przed blisko 40. laty odwiedziłem, nazwę wiązał w swojej opowieści również z
rycerzami (lecz już nie z biskupami z Broku), którzy miejsce popasu
nazwali tak dlatego, iż długo w siodłach siedzieli. Opowiadał
też, że w głębi lasu spotkali owi rycerze chłopca. Zdziwieni tym
spotkaniem, jako że wiele godzin jeżdżąc po puszczy nie widzieli
żadnej osady, spytali go skąd on jest? Chłopak nie umiał
odpowiedzieć. – No dobrze, rzekli rycerze. – W takim razie
powiedz, jak długo szedłeś tutaj od swego domu. Od kiedy kur piał
– odpowiedział chłopak. Na to roześmieli się rycerze i ziemię
nazwali Kurpiami.
To
było naprawdę bardzo dawno, a przecież odległe echa tego
wydarzenia wciąż jeszcze słychać w okolicy. Opowieści o
rycerzach łączą się w tych legendach z opowieściami o biskupach
płockich, do których przez wieki należała Puszcza Biała.
Prasłowiańskie słowo „sedlo”
i staropolskie „siodło” znaczyło
tyle, co osiedle lub wieś. Że zaś wieś rozciągała się wzdłuż
dolinki strugi i była długą, więc i takie też Długosiodło
zapisano w dokumentach na początku XIII w. W 1262 roku ruszyła na
Mazowsze kolejna wyprawa litewska i bardzo mocno dała się księstwu
we znaki. W Jazdowie wzięto do niewoli i ścięto księcia
Siemowita, najstarszy syn Konrad dostał się do niewoli. Rozwój
Mazowsza został zahamowany na długie lata. Mimo tej klęski jednak
Mazowszanie się nie poddali. Pod wodzą wojewody Niemierzy
zaatakowali wojska litewsko-ruskie właśnie pod Długosiodłem.
Długosiodło
niejeden raz było świadkiem walk ciężkich i krwawych. Te starsze
pozostały w legendach, jak choćby w tej o Dziewczych Górach, jak
zwane są piaszczyste wydmy paraboliczne, porośnięte sosnowym borem
i ciągnące się na blisko trzy kilometry na wschód od osady.
Powiadają, że góry te stąd się tak nazywają, iż tutaj właśnie
zapadły się pod ziemię dziewczęta kurpiowskie, uciekające przed
napastującymi je żołnierzami szwedzkimi, w ten sposób ratując
swój honor i swoje dziewictwo.
Co
kilka lat jestem w Długosiodle, przyjemna to wieś, ale jakiś czas temu wydała mi się jeszcze przyjemniejsza. Było to wtedy, gdy zobaczyłem
malowane w kwiaty domy i bardzo ładnie wyglądały takie domy,
których ściany obite były drewnianymi deskami, a na nich
namalowano malwy.
Niewiele
już pozostało kwiatów, w jakie malowane były domy w Długosiodle.
Czas zatarł farbę. Szkoda. Malunki na nich wyrastały z ducha
malarstwa Chagalla. Jeden z domów był pomalowany na niebiesko, na
szczycie piętrowej kamienicy, tuż nad zawieszonym na balkonie
szyldem z napisem "zakład pogrzebowy", unosił się anioł
w błękitnej szacie, z rozwianymi jasnymi,słowiańskimi włosami.
W reku trzymał wianek z polnych kwiatów. Na wysokości parteru
wymalowano słoneczniki, duże i uśmiechnięte.
Tylko
te domy, drewniane w większości, pozostały po tutejszych Żydach.
Kiedy pierwsi z nich pojawili się w Długosiodle, tego nie wiadomo,
na pewno mieszkali już we wsi pod koniec wieku XVIII. Ale pod
koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku z handlu czerpało zyski
jedynie 15 Żydów, natomiast dla 653 osób pochodzenia żydowskiego
podstawą utrzymania była praca na roli. Długosiodło wyróżniało
się pod tym względem z pośród innych osad na ziemiach polskich.
Malowidła
na długosiodlańskich domach były dziełem malarki, Małgorzaty Ewy
Czernik. Wyczytałem w jednej z recenzji, pomieszczonych w
internecie, że dla tej artystki jakby za ciasna jest rama czy
płaszczyzna obrazu, więc wychodzi często poza nie. Czasem tworzy
instalacje przestrzenne, wielkoformatowe freski, projekty
scenograficzne, jest także performerką. To co robi, robi nie na
pokaz, nie dla artystycznej prowokacji, lecz na żywo dla ludzi i z
ludźmi! Inni epatują widza rozprutymi brzuchami lalek, czy
rozpiętymi na krzyżu męskimi genitaliami, ona namalowała na
ścianach długosiodlańskich domów wielkie anioły.
Rozmawiałem
z nią. Opowiadała o swojej przygodzie z Długosiodłem. Zaproszona
tu do przygotowania wystawy, poświęconej powieści "Chłopi",
poprosiła mieszkańców wsi o zebranie starych, autentycznych
przedmiotów codziennego użytku, które posłużyły jej do
wykreowania wystawy. Ludzie przynosili przeróżne rzeczy, były np.
maselnice, cebrzyki, dawny stół i taboreciki, ona z beczki do
kiszenia zrobiła rzeźbę, w której siedziało licho lipieckie i
grzeszne dusze, wykorzystałam też stary, drewniany płot, na którym
wyrosły malowane przez nią malwy. Młody człowiek zrobił jej
najprawdziwsze duże, dwuskrzydłowe wrota z desek i belek, na
żelaznych zawiasach, ona te odrzwia pomalowała, zmieniając je w
"Niebiańskie Wrota". Wokół stanęło jeszcze 40
złocistych snopów prawdziwego zboża i tak utworzył się
słoneczny, żywy krąg, wysypany jeszcze kwieciem zebranym przez
miejscowe dzieci. Tak to w Długosiodle połączony został Reymont
ze świętem dziękczynienia za plony, czyli tradycyjnymi dożynkami.
W
akcji artystycznej pani Małgorzaty uczestniczyli niemal wszyscy
mieszkańcy Długosiodła, od dzieci po dziadków i babcie, każdy z
wiankiem na głowie, a ona była ubrana w suknię długą do ziemi, w
kolorach tęczowych, uszytą przez tamtejszą krawcową. Przed
"Niebiańskimi Wrotami" stał cebrzyk z wodą i dużą
chruścianą miotłą, którą wszystkich kropiono. Kto się poczuł
czysty mógł wejść do świętego kręgu. I nagle, zupełnie
spontanicznie utworzył się łańcuch splecionych rąk wokół
wielkiego złocistego kręgu i wszyscy zaczęli się kręcić
delikatnie w rytm żywej muzyki.
Opowiadała
artystka: co poniektórzy bardzo się wzruszyli kiedy mówiłam -
poczujmy tę chwilę tu i teraz, jesteśmy razem, połączeni
trzymamy się za ręce, osoby przypadkowe i nieprzypadkowe, ta chwila
ma znaczenie - i widać było emocje, wzruszenie, co już się działo
jakby poza mną, co przekroczyło moje oczekiwania.
Niestety, czas zatarł kolorowe malunki na długosiodlańskich domach. Jeszcze tu i tam trwają, ale to już nie to, co kiedyś. Sfotografowałem je w roku 2012. Czyż nie były cudowne?
wtorek, 31 lipca 2018
Na majowych Warszawskich Targach
Książki, które od kilku lat odbywają się na Stadionie Narodowym, spotkało mnie
wyróżnienie honorową
Nagrodą Magellana, powstałą z inicjatywy magazynu literackiego "Książki". Wręczał mi tę nagrodę dyrektor Targów (800 wystawców, 100 tys.
zwiedzających). Jak pięknie napisano mi w dyplomie: „za kolekcjonowanie piękna
polskiego krajobrazu, rozbudzanie wrażliwości i zachęcanie do pielęgnowania w
sobie uważności”. Ubiegłymi laty nagroda trafiała
m.in. do Olgierda Budrewicza, Elżbiety Dzikowskiej, Marka Kamińskiego, Wojciecha
Karpińskiego, Andrzeja Stasiuka, Moniki Witkowskiej, Martyny Wojciechowskiej,
Michała Książka. Podróżowali oni po dalekim świecie, na biegunach bywali,
zdobywali Koronę Ziemi. Że w tym roku padło na faceta od Mazowsza, więc może ta
nasza podwarszawska ziemia mazowiecka także warta grzechu podróżowania.
niedziela, 29 lipca 2018
Pejzaże polskie
Krajobraz polski jest pełen barw i odcieni o niemałej różnorodności. Ukazał się właśnie album z fotografiami pana Chrystiana Parmy i moim tekstem. Zdjęcia, w tym albumie pomieszczone, są dowodem na to, że w Polsce pejzaży urodnych nie brakuje. Są wszędzie dookoła nas. Jeno trzeba umieć je dostrzec. Pan Chrystian poprosił mnie o wstęp do swojego albumu. Napisałem go i jest on taki oto:
Jak ludzie, tak i każdy kraj ma swoją duszę. Ważną cząstką tej duszy jest pejzaż. Słowo to bierze się od francuskiego paysage, a znaczy to samo, co polski krajobraz. Obraz kraju. Bardzo często właśnie ten obraz odgrywa istotną rolę w kształtowaniu duszy narodu. Krajobrazy są cząstką narodowego bogactwa. Niewątpliwie są w Europie narody i kraje wyjątkowo w tym względzie uposażone. A Polska? Jaki jest ten nasz polski pejzaż?
Polacy swój pejzaż noszą w swoim narodowym istnieniu. Pisał już o tym znakomity średniowieczny dziejopis, Jan Długosz: „Lechitowie, ci zwłaszcza, którzy na polach siedzieli, zostali przez inne pokrewne sobie drużyny, koczujące p o l a s a c h, nazwani Polanami, (...) a naród i kraj wszystek począł mianować się Polską”.
Szczyci się polski pejzaż fascynującym morskim wybrzeżem, malowniczymi pojezierzami i wyżynami, rzekami i jeziorami, lasami dorodnymi, a na południu kraju wznoszą się wysokie góry. Jednak większa część Polski jest położona na wielkim europejskim niżu. Ktoś kiedyś napisał, że to pejzaż niestały, zamglony, bez wyrazistych rysów, bez ostro zaznaczonych granic, otwarty na hulające po tej równinie wiatry ze wschodu i zachodu. To pejzaż, który wiele wysiłku wymaga, a niekiedy i rozpaczy, aby nie dać się zdmuchnąć przeciągom...
Ta pozornie tylko monotonna ziemia była w historii kąskiem łakomym i mieszkającym pośród niej Polakom przyszło z sąsiadami toczyć nieustanne boje w jej obronie.
Polska proza przełomu wieków XIX i XX była przepełniona z miłością kreślonych opisów polskiego pejzażu. Henryk Sienkiewicz, znakomity pisarz i laureat literackiej nagrody Nobla z 1905 r., opisał był w "Potopie" Polskę widzianą oczami szwedzkich żołnierzy, wkraczających na naszą ziemię: "wzrok ich odkrył krainę wesołą, uśmiechniętą, połyskującą żółtawymi łanami zbóż wszelakich, miejscami usianą dąbrowami, miejscami zieloną od łąk... Jakaś cisza i słodycz rozlana była wszędzie po tej ziemi mlekiem i miodem płynącej. I zdawała się roztaczać coraz szerzej i otwierać ramiona"...
Akcję swojej powieści „Chłopi” wpisał w wiejski pejzaż inny polski noblista, Władysław Reymont, uhonorowany nagrodą w 1924 r. „A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych.” To ziemia ojców i praojców z przeszłych czasów. Ziemia – modlitwa. Podziwiana, opisywana, opiewana po tysiąckroć. Pisał Stefan Żeromski: „Bądź pozdrowiona, przenajdroższa ziemio nasza, którą czciliśmy miłością bezdenną, gdyś była pod otchłaniami wód niewoli. Bądź pozdrowiona teraz i o każdej porze mową naszą tysiącletnią i na wieki wieków świętą!”
W literaturze polskiej przeszłych czasów niemal zupełnie brak zwykłych beznamiętnych opisów przyrody. Zawsze dominuje uniesienie emocjonalne i uczuciowe ujęcie pejzaży. Dzisiaj czasy już zupełnie inne i my jesteśmy jakby nieco inaczej skonstruowani, przede wszystkim wewnętrznie. Jeśli spojrzymy oczami duszy swojej, zdaje się, iż będzie to możliwe.
Niekiedy, jak się wydaje, nie wystarczy jednak tylko wiedzieć i odczuwać, karmić się widokiem, cudzymi obrazami i cudzym tekstem, chociażby najbardziej nawet poetyckim. Czasem, wydaje się, trzeba dotknąć swojej ziemi tak, aby - jak legendarny Anteusz - czerpać z niej siłę. Józef Chełmoński, znakomity nasz malarz i jeden z największych europejskich pejzażystów, kładł się wśród zagonów, aby posłuchać tego, co ziemia mu mówi. Kto wie, czy aby w porze żniw nie powinno się wziąć kosy w rękę i kosić, dopokąd na niezwyczajnych takiego wysiłku dłoniach nie pojawią się pierwsze stwardnienia i pierwsze pęcherze. Albo, choćby, zdjąć buty i boso wejść na ściernisko... Bardzo to może być na miejscu w tych czasach dzisiejszych, pełnych efektownych dekoracji, pośród których rozgrywa się hałaśliwy teatr współczesnego życia, gdy szczególniej odczuwa się potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, jak w bezpieczne łono matki.
Artystom - w znacznej mierze - zawdzięczamy nasze widzenie świata. To artyści kształtują nam nasze gusta i najczęściej oni właśnie umożliwili nam otwarcie naszych serc na otaczający nas pejzaż. Wciąż jeszcze, mimo upływu lat ponad dwustu, pozostajemy pod wrażeniem obrazów przyrody, jaki pozostawili nam poeci i pisarze epoki romantyzmu. Któż z nas, Polaków, nie tęskni „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, któż nie wzdycha „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”... tak pięknie opisanych przez Adama Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”?
W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa. I wtedy - na szczęście! - narodziła się fotografia. Dzisiaj fotografuje niemal każdy. Lecz tylko nieliczni zostali obdarowani umiejętnością ukazywania czaru tego świata zwykłym, pospolitym pstrykaczom pamiątkowych rodzinnych i urlopowych fotografii. Tacy artyści fotograficy, jak Jan Bułhak, Edward Hartwig, Paweł Pierściński polską fotografię pejzażową wydźwignęli na wyżyny.
Polacy swój pejzaż noszą w swoim narodowym istnieniu. Pisał już o tym znakomity średniowieczny dziejopis, Jan Długosz: „Lechitowie, ci zwłaszcza, którzy na polach siedzieli, zostali przez inne pokrewne sobie drużyny, koczujące p o l a s a c h, nazwani Polanami, (...) a naród i kraj wszystek począł mianować się Polską”.
Szczyci się polski pejzaż fascynującym morskim wybrzeżem, malowniczymi pojezierzami i wyżynami, rzekami i jeziorami, lasami dorodnymi, a na południu kraju wznoszą się wysokie góry. Jednak większa część Polski jest położona na wielkim europejskim niżu. Ktoś kiedyś napisał, że to pejzaż niestały, zamglony, bez wyrazistych rysów, bez ostro zaznaczonych granic, otwarty na hulające po tej równinie wiatry ze wschodu i zachodu. To pejzaż, który wiele wysiłku wymaga, a niekiedy i rozpaczy, aby nie dać się zdmuchnąć przeciągom...
Ta pozornie tylko monotonna ziemia była w historii kąskiem łakomym i mieszkającym pośród niej Polakom przyszło z sąsiadami toczyć nieustanne boje w jej obronie.
Polska proza przełomu wieków XIX i XX była przepełniona z miłością kreślonych opisów polskiego pejzażu. Henryk Sienkiewicz, znakomity pisarz i laureat literackiej nagrody Nobla z 1905 r., opisał był w "Potopie" Polskę widzianą oczami szwedzkich żołnierzy, wkraczających na naszą ziemię: "wzrok ich odkrył krainę wesołą, uśmiechniętą, połyskującą żółtawymi łanami zbóż wszelakich, miejscami usianą dąbrowami, miejscami zieloną od łąk... Jakaś cisza i słodycz rozlana była wszędzie po tej ziemi mlekiem i miodem płynącej. I zdawała się roztaczać coraz szerzej i otwierać ramiona"...
Akcję swojej powieści „Chłopi” wpisał w wiejski pejzaż inny polski noblista, Władysław Reymont, uhonorowany nagrodą w 1924 r. „A pod nimi, jak okiem ogarnąć, leżały szare pola niby olbrzymia misa o modrych wrębach lasów - misa, przez którą, jak srebrne przędziwo rozbłysłe w słońcu, migotała się w skrętach rzeka spod olch i łozin nadbrzeżnych.” To ziemia ojców i praojców z przeszłych czasów. Ziemia – modlitwa. Podziwiana, opisywana, opiewana po tysiąckroć. Pisał Stefan Żeromski: „Bądź pozdrowiona, przenajdroższa ziemio nasza, którą czciliśmy miłością bezdenną, gdyś była pod otchłaniami wód niewoli. Bądź pozdrowiona teraz i o każdej porze mową naszą tysiącletnią i na wieki wieków świętą!”
W literaturze polskiej przeszłych czasów niemal zupełnie brak zwykłych beznamiętnych opisów przyrody. Zawsze dominuje uniesienie emocjonalne i uczuciowe ujęcie pejzaży. Dzisiaj czasy już zupełnie inne i my jesteśmy jakby nieco inaczej skonstruowani, przede wszystkim wewnętrznie. Jeśli spojrzymy oczami duszy swojej, zdaje się, iż będzie to możliwe.
Niekiedy, jak się wydaje, nie wystarczy jednak tylko wiedzieć i odczuwać, karmić się widokiem, cudzymi obrazami i cudzym tekstem, chociażby najbardziej nawet poetyckim. Czasem, wydaje się, trzeba dotknąć swojej ziemi tak, aby - jak legendarny Anteusz - czerpać z niej siłę. Józef Chełmoński, znakomity nasz malarz i jeden z największych europejskich pejzażystów, kładł się wśród zagonów, aby posłuchać tego, co ziemia mu mówi. Kto wie, czy aby w porze żniw nie powinno się wziąć kosy w rękę i kosić, dopokąd na niezwyczajnych takiego wysiłku dłoniach nie pojawią się pierwsze stwardnienia i pierwsze pęcherze. Albo, choćby, zdjąć buty i boso wejść na ściernisko... Bardzo to może być na miejscu w tych czasach dzisiejszych, pełnych efektownych dekoracji, pośród których rozgrywa się hałaśliwy teatr współczesnego życia, gdy szczególniej odczuwa się potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, jak w bezpieczne łono matki.
Artystom - w znacznej mierze - zawdzięczamy nasze widzenie świata. To artyści kształtują nam nasze gusta i najczęściej oni właśnie umożliwili nam otwarcie naszych serc na otaczający nas pejzaż. Wciąż jeszcze, mimo upływu lat ponad dwustu, pozostajemy pod wrażeniem obrazów przyrody, jaki pozostawili nam poeci i pisarze epoki romantyzmu. Któż z nas, Polaków, nie tęskni „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, któż nie wzdycha „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”... tak pięknie opisanych przez Adama Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”?
W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa. I wtedy - na szczęście! - narodziła się fotografia. Dzisiaj fotografuje niemal każdy. Lecz tylko nieliczni zostali obdarowani umiejętnością ukazywania czaru tego świata zwykłym, pospolitym pstrykaczom pamiątkowych rodzinnych i urlopowych fotografii. Tacy artyści fotograficy, jak Jan Bułhak, Edward Hartwig, Paweł Pierściński polską fotografię pejzażową wydźwignęli na wyżyny.
PS. Chciałem tu dać jakieś zdjęcie p.Parmy, ale nie udało mi się ściągnąć ich z domeny publicznej w internecie, musiałem więc wrzucić do tego blogu kilka swoich, a więc autora od ś.p.Chrystiana Parmy niewątpliwie gorszego.
wtorek, 24 lipca 2018
Czyżyk na drogę
Autor
tej książki, p.Piotr Brysacz pochodzi z podlaskiego Zambrowa,
mieszka w świętokrzyskich Kielcach, rusza go Suwalszczyzna. Jest
dziennikarzem, wolnym strzelcem, autorem m.in. zbioru wywiadów
„Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm”,
współorganizuje także wspólnie z Piotrem Malczewskim festiwal
literacki Patrząc na Wschód w Budzie Ruskiej nad Czarną Hańczą.
"Czyżyk
na drogę. Rozmowy o przyrodzie" jest zbiorem wywiadów o
przenikaniu się natury i kultury, o tym, czym jest natura, przyroda,
przestrzeń, krajobraz, jak wpływa na człowieka, czy krajobraz, w
jakim wzrasta się w dzieciństwie, ma wpływ na to, kim jesteśmy;
dlaczego, skoro wiemy, że natura jest elementem podstawowym dla
dobrego funkcjonowania, odwracamy się od tej natury… Rozmawiał
z Anną Kamińską, Adamem Wajrakiem, Adamem Robińskim, Krzysztofem
Czyżewskim oraz Stanisławem Łubieńskim, także i ze mną. Pytał
czym natura jest dla mnie, w jakim krajobrazie wzrastałem, na co
patrzyłem w dzieciństwie, czym mnie uwodzi krajobraz polski, jakie
są te spotkania…
Pytał
mnie m.in. Pan Piotr jaka
jest różnica pomiędzy „być” a „widzieć”? Odpowiedziałem
mu tak.
„Być”,
to stan bierny, niczego od nas nie wymaga, po prostu się jest...
Jest pan tu u mnie, siedzi pan na tym fotelu, i całe życie może
tak pan „prze-być”. „Widzieć” zaś, to wysiłek, widzieć,
to dostrzegać, być uważnym, wyczulonym, wrażliwym... Gdyby mnie
pan wsadził z zawiązanymi oczami do helikoptera i wyrzucił w
jakimś lesie podwarszawskim, to myślę, że potrzebowałbym
najwyżej pół godziny, żeby panu powiedzieć, gdzie jesteśmy. Bo
każdy las jest inny. Ba! Każde drzewo w tym lesie jest inne, każde
ma swoje własne cechy osobnicze, indywidualne oblicze, chociaż nam
się wydaje, że one wszystkie takie same, jak rosyjscy żołnierze
paradnym krokiem maszerujący na moskiewskim placu u stóp Kremla na
defiladzie. To trochę również tak, jak z Chińczykami. Dla nas
każdy jest żółty i ma skośne oczy, a przecież jazdy jest inny
na swój własny sposób. Podobno zresztą oni to samo mówią o nas.
Myślę
zresztą, że gdyby pan przypadkiem mnie zawiózł na przykład w
rejon Wykusu w Kieleckiem, to też bym wiedział, gdzie jestem.
Bardzo często tam jeździłem Wysiadałem z autobusu pośpiesznego
relacji Warszawa – Szczawnica gdzieś pod Suchedniowem i szedłem
w las. Zawsze tam jeździłem jesienią, bo w okolicach Warszawy nie
ma tych przepięknych, jesiennych kolorów lasów bukowych, na naszym
Mazowszu nie rosną albowiem buki, proszę pana...
Nas,
miastowych, ciągnie przede wszystkim do lasów. Od krajobrazu
leśnego jednak ważniejszy dla nas jest krajobraz otwarty, polny,
architekci krajobrazu mówią o takim: kulturowy. Ja to powtarzam do
znudzenia i powtórzę raz jeszcze: my swoją nazwę – Polska –
wywodzimy od pól, Polska, to nic innego jak kraj pól, nazwa
Mazowsze zaś to ojczyzna ludzi umazanych ziemią, utrudzonych pracą
na roli. Moje imię, Lechosław, wywodzi się od „leszków” –
tak nazywano ludzi mieszkających po lasach – albo od słowa
„lechy”, co oznacza skibę.
Jesteśmy
wszyscy z tych pól i z tego otwartego, polnego krajobrazu, z tych
łanów zbóż, zaoranej ziemi, z tych płaskich jak naleśnik łąk
na skraju lasu... To wszystko jeszcze do niedawna było w tym
mazowieckim pejzażu widoczne, ale to świat, który odchodzi... Bo
nie opłaca się uprawiać ziemi, siać i zbierać...
Miałem
szczęście – jako działacz ochrony przyrody – latać nad tą
mazowiecką ojczyzną helikopterem. Z lotu ptaka widać trzy
krajobrazy: Puszczę Kampinoską, z góry bardzo przeciętną, z
wydeptanymi przez łosie ścieżkami na bagiennych łąkach; widać też
fenomenalną Wisłę. Gdy człowiek spojrzy na nią z góry, to jeży
się przeciwko tym wszystkim pomysłom regulowania tej rzeki,
wpuszczaniu jej w kanał i grodzeniu zaporami. Z góry widać jeszcze
jeden krajobraz: takiego niechlujstwa nie ma chyba nigdzie na
świecie.
Polskie
gospodarowanie przestrzenią jest nadzwyczajnie okropne. Otoczenie
wielkich miast zwłaszcza, gdy patrzeć na nie z góry. Antoni Kroh,
pisarz, etnograf, wybitny znawca kultury ludowej, pisze w jednej ze
swoich książek, że w latach 70. XX wieku, gdy z polskiego
krajobrazu odeszła XIX-wieczna wieś, zaczął się jeden wielki
chaos, który trwa do dziś. To z góry doskonale widać: jakieś
Gargamele we wściekłych kolorach, stawiane jak i gdzie się komu
podoba...
Skąd
w nas takie bezguście szpecące polski krajobraz? Gdy przeczytałem
niedawno w „Gazecie Wyborczej”, że wielka pacyficzna wyspa
śmieci ma wielkość pięciu czy dziewięciu województw
mazowieckich, to się zacząłem zastanawiać, czy my w ogóle mamy
jakiekolwiek pojęcie o skali zbrodni, jakiej się dopuszczamy na
przyrodzie… Bo może się okazać, że jest już za późno, by się
nad takimi sformułowaniami zastanawiać…
To
dość trudna sprawa… Myślę, że naród polski nie kocha swojego
kraju, bo własnego mieszkania nie zaśmieca się tak strasznie jak
Polacy zaśmiecają swój kraj. Nad tym nieszczęsnym narodem trzeba
zacząć pracę od postaw. Kto to ma robić? Niewątpliwie: czas.
Przecież jednak trzeba mu w tym pomóc. Zacząć powinien telewizor
i ambona. Ba, trzeba by wpierw wyedukować i telewizje, i kaznodziei,
z biskupami zresztą włącznie. Papież Franciszek to wie, ale
wygląda, że tylko on jeden...
Ładnie
zrecenzował
książkę znakomity ptasiarz p.Arkadiusz Szaraniec w swoim blogu
„Plamka Mazurka”. „Czyżyk na drogę” to świetny tytuł
(choć w środku mało jest o ptakach), jakże trafny na cykl z
motywem podróży w tle i podtekście, także tym najgłębszym.
Teksty jak rzadko które nadają się do dziobania na wyrywki,
smakowania poszczególnych zdań, potem całości.
Wszyscy rozmówcy
poszukują, podróżują, dążą, „nosi ich” , a przy tym umieją
zauważyć wąską ścieżynkę, która wiedzie gdzieś w bok od
utartego szlaku, i co najważniejsze – pójść właśnie tamtędy.
Snują rozmowy o przyrodzie (taki jest podtytuł), ale – to jedyny
wspólny mianownik - żaden z nich nie jest profesjonalnym
przyrodnikiem z dyplomem renomowanej uczelni, choć stale mają do
czynienia z naturą, krajobrazem, lasem, polem, łąkami,
zagajnikami, strumykami, tym co rośnie, płynie, fruwa. To
pasjonaci, co się czuje od razu, po pierwszym dziobnięciu. I po
każdym następnym. Tylko taki ktoś może określić, że „widział
staw z ognistobiałym łabędziem”, a łąkę nazwać „przepastną”.
To
bardzo interesująca książka. Nie obłowi się jednak autor na niej, a może i poniesie straty. Nabyć ją można chyba wyłącznie przez
internet, np. przez www.sklep.magazynkontynenty.pl. Wydawca ma własną stronę internetową i jest obecny
na facebooku. Jakby co, wyguglujcie sobie te dwa słowa: paśny
buriat.
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Gaj topolowy w Kamieńczyku
Upały zelżały, schłodniało, to i pojechałem do Kamieńczyka, aby nareszcie obfotografować gaj topolowy nad Bugiem. Przed wielu laty zobaczyłem go po raz pierwszy na czarno białym zdjęciu w albumie „Na Mazowszu” Kazimierza Saysse-Tobiczyka, wydanym w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zobaczyłem na tym zdjęciu polną drogę, na niej domowe ptactwo, drewnianą stodołę i stare drzewo z bocianim gniazdem, a za nim las topolowy. Krajobraz bardzo polski, łapiący za serce. Zauroczył mnie ten pejzaż, począłem go odwiedzać. Wiele razy tam byłem, nigdy nie zrobiłem dobrego zdjęcia, najczęściej pogoda do niczego, zupełnie nie fotograficzna. Gniazda już nie ma. Drzewo padło już dawno temu, powiedzieli mi teraz miejscowi. Na budowę gniazda nowego bociany najwyraźniej nie miały ochoty, a miejscowym jakby nie przyszło do głowy, aby bociany do osiedlenia się zachęcić. Szkoda.
Upały zelżały, schłodniało, to i pojechałem do Kamieńczyka, aby nareszcie obfotografować gaj topolowy nad Bugiem. Przed wielu laty zobaczyłem go po raz pierwszy na czarno białym zdjęciu w albumie „Na Mazowszu” Kazimierza Saysse-Tobiczyka, wydanym w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Zobaczyłem na tym zdjęciu polną drogę, na niej domowe ptactwo, drewnianą stodołę i stare drzewo z bocianim gniazdem, a za nim las topolowy. Krajobraz bardzo polski, łapiący za serce. Zauroczył mnie ten pejzaż, począłem go odwiedzać. Wiele razy tam byłem, nigdy nie zrobiłem dobrego zdjęcia, najczęściej pogoda do niczego, zupełnie nie fotograficzna. Gniazda już nie ma. Drzewo padło już dawno temu, powiedzieli mi teraz miejscowi. Na budowę gniazda nowego bociany najwyraźniej nie miały ochoty, a miejscowym jakby nie przyszło do głowy, aby bociany do osiedlenia się zachęcić. Szkoda.
Wspaniałe topole w Kamieńczyku są przyrodniczą atrakcją miejscowości. To są topole czarne, siostry topoli białej, zwanej białodrzewem. W przeciwieństwie do tamtej czarna ma korę ciemniejszą, choć nie czarną. Jest spękana głęboko, zgrubiała u dołu, gdy stara. Dorasta 37 metrów wysokości i osiąga 8 metrów obwodu. Z czasów rosyjskiego zaboru została jej druga nazwa i jest to oczywisty rusycyzm: sokora. W nazwie tej znajduje się >sok< i nie bez powodu, bowiem sokora lubi puszczać sok i niespodziewanie obdarowuje nim niekiedy pod nią odpoczywających. Liście sokory, jak i innych gatunków topoli tj.białodrzewu i osiki, są bardzo ruchliwe i gdy inne drzewa pogrążone są w milczeniu, sokora "ciągle coś szepcze i szemrze, wtórując ptakom, które na niej gromadzą się chętnie i licznie" (Bronisław Gałczyński, 1932).
Topola czarna jest coraz radziej spotykana w polskim krajobrazie, a przed wiekami bardzo licznie rosła w nadrzecznych lasach łęgowych. Słynęły ze swojej urody topolowe aleje z Puław do Kazimierza oraz z Marymontu na Bielany. Po tej drugiej już nie ma śladu żadnego. Dziś topola czarna występuje zazwyczaj pojedynczo lub w niewielkich zgrupowaniach, m.in. nad Wisłą koło Jabłonny. Często zwana jest topolą nadwiślańską, zapewne z tego powodu. Chociaż przecież nie tylko tam rośnie. W Kamieńczyku rośnie nad Bugiem.
Zgrupowanie wiekowych topól w Kamieńczyku nazwałem gajem i jako gaj począłem prezentować w opracowywanych przez siebie przewodnikach. A więc to moja nazwa, nie miejscowa, ów „gaj topolowy w Kamieńczyku”. Nazwa wydała mi się stosowna, albowiem, gdy to miejsce zobaczyłem, wydało mi się miejscem niezwykłym, jakby aż - świętym. Wyraz „gaj" jest wyrazem ogólnosłowiańskim. Pierwotnie oznaczał ogrodzoną, chronioną przestrzeń z drzewami. ,,Gaj ogrodzony stanowił najpierwotniejszy przybytek bogów" — pisał Zygmunt Gloger. Językoznawcy wskazują także na pokrewieństwo nazwy gaj oznaczającej wśród Słowian święty gaj oraz słowa raj oznaczającego miejsce wędrówki dusz po śmierci. Kamieńczykowskie topole były najpewniej sadzone. Kiedyś rosły wcale gęsto, widać to na archiwalnym zdjęciu Tadeusza Sumińskiego, pomieszczonym w albumie z 1964 roku, na którym zobaczyłem je po raz pierwszy. Nie wykluczone, że te drzewa sadzono tutaj z konkretnego powodu. Na pewno nie jako gaj święty. Zapewne dlatego, żeby rosnąc utrwalały brzeg rzeki, chroniły osadę przez podmyciem z jej strony. A może też dlatego, żeby ratowały ludzkie sadyby w czasie burzy; topole od dawien dawna znane były jako swego rodzaju odgromniki, przyciągające pioruny. Ale jest jeszcze jedna możliwość do rozważenia.
Kazimierz Moszyński w swoim monumentalnym dziele „Kultura ludowa Słowian” pisze o tym, że w czasie rozlewów Prypeci używano ogromne czółna, te „duby” poleskie wyrabiano z ogromnych sokór lub dębów, a mieściły w sobie niekiedy wóz z parą koni, albo nawet i dwa wozy. Dziś gdy drzewa-olbrzymy należą do rzadkości, trudno to sobie nam wyobrazić. W czasie gdy sadzono te drzewa, które zobaczyć można jeszcze dziś w Kamieńczyku, był on osadą flisacką, żył nad rzeką i z rzeki, dla jego mieszkańców czółna były sprzętem pożytku codziennego. A więc może i z ich powodu sadzono te topole?
Może ktoś z Czytelników ma coś interesującego do dorzucenia do tej opowieści o tym cudownym kamieńczykowskim nadbużnym gaju o przedziwnej prezencji. Kto wie czy nie tak wyglądał tolkienowski las Entów ze Śródziemia.
Topola czarna jest coraz radziej spotykana w polskim krajobrazie, a przed wiekami bardzo licznie rosła w nadrzecznych lasach łęgowych. Słynęły ze swojej urody topolowe aleje z Puław do Kazimierza oraz z Marymontu na Bielany. Po tej drugiej już nie ma śladu żadnego. Dziś topola czarna występuje zazwyczaj pojedynczo lub w niewielkich zgrupowaniach, m.in. nad Wisłą koło Jabłonny. Często zwana jest topolą nadwiślańską, zapewne z tego powodu. Chociaż przecież nie tylko tam rośnie. W Kamieńczyku rośnie nad Bugiem.
| Topolowy gaj w Kamieńczyku. Fot.L.Herz |
Kazimierz Moszyński w swoim monumentalnym dziele „Kultura ludowa Słowian” pisze o tym, że w czasie rozlewów Prypeci używano ogromne czółna, te „duby” poleskie wyrabiano z ogromnych sokór lub dębów, a mieściły w sobie niekiedy wóz z parą koni, albo nawet i dwa wozy. Dziś gdy drzewa-olbrzymy należą do rzadkości, trudno to sobie nam wyobrazić. W czasie gdy sadzono te drzewa, które zobaczyć można jeszcze dziś w Kamieńczyku, był on osadą flisacką, żył nad rzeką i z rzeki, dla jego mieszkańców czółna były sprzętem pożytku codziennego. A więc może i z ich powodu sadzono te topole?
Może ktoś z Czytelników ma coś interesującego do dorzucenia do tej opowieści o tym cudownym kamieńczykowskim nadbużnym gaju o przedziwnej prezencji. Kto wie czy nie tak wyglądał tolkienowski las Entów ze Śródziemia.
| Las Entów koło Kamieńczyka. Fot.L.Herz |
wtorek, 29 maja 2018
Liwiec w Świniotopi
Przez cały miesiąc nie miałem chwili czasu dla blogu, kończyłem kolejną swoją książkę, a i pogoda nie sprzyjała moim wycieczkom, bo burze latały często gęsto, a ja jestem niestety meteopatą i bardzo na zmienne ciśnienie czuły. Skoczyłem tylko raz jeden nad Liwiec do Świniotopi, a to jest taka wioska wśród lasów nad rzeką niedaleko od Kamieńczyka i ujścia onego Liwca do Bugu. Podobno jej nazwa pochodzi od tego, że świnie się tam w piachach topiły. Jak powiadają jest to nazwa żeńska, tak w każdym razie chce tradycja, a więc mówić należy TA Świniotop, a nie TEN Świniotop. A prócz tego, to już prawie nie wioska, tubylcy są albowiem w mniejszości, w Świniotopi jest bardzo wiele domów letniskowych i od rolników letników tam więcej, latem szczególnie. Na szczęście w kilku miejscach da się dojść do rzeki, a do rzeki dochodzi tam także las i to są bardzo, ale to bardzo urodziwe miejsca. Obfotografowałem je i polazłem potem te kilka kilometrów na obiadek do Kamieńczyka. Tam jest arcysympatyczna knajpka i dają tam placek z mięskiem w środku, nazywa się ów placek "karczmarz" i jest wyśmienity nadzwyczajnie, w sam raz pod kuflowe piwo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











