Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liwiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liwiec. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2025

 Nad Liwcem, w Budzieszynie i Mokobodach

Na pograniczu Mazowsza i Podlasia, nad rozgraniczającym je w tamtych stronach Liwcem, znajduje się Budzieszyn. Niepozorne w gruncie rzeczy miejsce pośród pól, ale tam właśnie  bije silne źródełko o cudownych właściwościach, do którego od setek lat pielgrzymują ludzie, aby tam zakosztować źródlanej wody, która przywraca zdrowie.


Z miejscem tym związane jest pewne zdarzenie z pogranicza historii i legendy.  
Dla rozległej okolicy na pograniczu mazowiecko podlaskim od dziesiątków lat jest to wydarzenie ważne. A dla krajoznawcy takiego jak ja, zajmującego się krajoznawstwem od lat, takie,  osadzone w krajobrazie i historii  zdarzenia, to sama radość. Powiada tradycja, że przed wiekami w tym właśnie miejscu, wybranym zapewne z powodu tego źródła dobrej wody, obozowali rycerze mazowieccy w czasie walk z Jaćwingami.  W Budzieszynie wszystko to jest dokładnie opisane na umieszczonych tam tablicach.


Dla rozległej okolicy na pograniczu mazowiecko podlaskim od dziesiątków lat jest to wydarzenie ważne. Ja zajmuję się krajoznawstwem od lat, a dla krajoznawcy takie,  osadzone w krajobrazie i historii  zdarzenia, to sama radość. Powiada tradycja, że przed wiekami w tym właśnie miejscu, wybranym zapewne z powodu tego źródła dobrej wody, obozowali rycerze mazowieccy w czasie walk z Jaćwingami. 

Pewnej nocy, gdy rycerstwo posnęło spokojnie, niczego złego się nie spodziewając, pod obóz zakradli się wojownicy jaćwiescy. Zwycięstwo Jaćwieży byłoby pewne, gdyby nie obraz, który blaskiem swoim Mazowszan obudził. A przedstawiał ten obraz Matkę Boską. I zbudziła śpiących, którzy porwali za broń i atak odparli. Miejsce, na którym stał obóz,  nazwano Zbudzisyno, potem używano nazwy Budzisyno, wreszcie ostał się Budziszyn (lub jak mówią niektórzy Budzieszyn). Tą ostatnią nazwą poczęto z czasem określać także i obraz, który został umieszczony w kościółku. W 1458  roku nawet erygowano tutaj parafię, pomimo braku wiosek w najbliższym sąsiedztwie. W roku 1646 parafię przeniesiono do pobliskich Mokobodów.

Kto chce wierzyć, niech wierzy, kto wątpi, proszę bardzo, ale jako się mówi, tradycji lekceważyć nie należy, nawet wybitni historycy wiedzą o tym.  W Budzieszynie krajobraz pełen jest głębokiej wiary i religijnego kiczu, przecież jednak nie pozbawionego ludowego wdzięku.   Bo i prawda, wdzięczne to wszystko. Na swój sposób - dodajmy. Czy jesteśmy w stanie to docenić, my, ludzie małej wiary, przybywający tu z dużego miasta, pełnego grzesznej świeckości?  Przybyłem, zobaczyłem, obfotografowałem. Pogodę trafiłem nie najlepszą, nad krajobrazem niebo wisiało szare i bez wyrazu. Dzień był powszedni, a Budzieszyn opustoszały, prócz mnie z żoną żadnej żywej duszy. I żadnej magii miejsca. Tylko  te gipsowe aniołki i strzegący polskich pól święci, których nie umiałem nazwać, i źródełko pitnej, uzdrawiającej wody oraz Chrystus w kilku postaciach. 



Jak to jest, że  na naszej, polskiej i słowiańskiej ziemi są takie plemiona, takie społeczności, których przedstawicie, czego by się nie dotknęli, to natychmiast zamieniają to w prawdziwą sztukę. Jak Podhalanie. No i patrzę teraz na te sfotografowane gipsowe święte postacie z Budzieszyna nad Liwcem i tak sobie myślę... Zapewne to samo, co i wy, moi czytelnicy. No właśnie...  

 

W  parafialnym kościele w pobliskich Mokobodach  jest jak relikwia przechowywany malowany na desce obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, zwanej Budzieszyńską, ozdobiony artystycznie wykonaną sukienką i obramowany piękną, rokokową ramą, umieszczony w bocznym ołtarzu barokowym. Obraz ten jest datowany na okres po połowie XVI wieku, ale według tradycji  pochodzi jakoby z wieku XII. On to pierwotnie znajdował się w drewnianym kościółku stojącym w Budziszynie oddalonym o dwa kilometry na północ od Mokobodów. Od początku był ten obraz otaczany wielką czcią, „gromadził pielgrzymów, notowano łaski, ofiarowywano wota", jak to notują kronikarze.

Dla uczczenia Konstytucji 3 Maja rozpisany został konkurs architektoniczny, pierwszy tego typu w Polsce. Tematem był wotywny kościół Opatrzności, który miał stanąć na warszawskim Ujazdowie. Nastał wtedy taki czas dla kraju, że realizacja projektu w Warszawie nie była już możliwa. Zwycięzca konkursu, którym został Jakub Kubicki, skorzystał zatem z zaproszenia starosty drohickiego i prezesa Sądu Apelacyjnego w Warszawie Jana Onufrego Ossolińskiego, właściciela Mokobodów nad Liwcem. 


Pierwotny projekt architekt nieco uprościł i zmniejszył do jednej czwartej. Budowa trwała od 1798 do 1818 r. Powstał kościół zbudowany na planie zbliżonym do kwadratu, o wnętrzu zakomponowanym na kształt krzyża greckiego, o prostej, eleganckiej formie. Ossoliński miał powody, aby w swoich Mokobodach stawiać kościół, którego projekt miał taką właśnie proweniencję. Musiała to być świątynia godna obrazu, który miał być jego ozdobą. 

Chociaż to ta sama parafia i ci sami jej pasterze pieczę sprawują nad oboma sanktuariami,  świątynia z Mokobodów to zupełnie inny świat, który zdaje się nie mieć  niczego wspólnego z Budzieszynem, są jakby z zupełnie z innych parafii. No cóż, zadziwiającym bywa nasz polski, katolicki świat......

To fakt.Z Budziszyna trzeba się przenieść teraz do niedalekich Jarnic, znajdujących się naprzeciw zamkowej ruiny w Liwiu. Stoi tam drewniany kościółek, o którym legenda mówi, iż przypłynął Liwcem. To jedna z tych legend, które legendą są nie do końca. Sądzić bowiem należy, iż kościółek rzeczywiście przypłynął Liwcem z Mokobodów, rozebrany dla transportu. W Mokobodach już nie był potrzebny,  deska po desce w Jarnicach na nowo został  złożony.  


Jarnice są miejscowością, z którą niejedna legenda jest związana. Jak ta choćby mówiąca o rycerzach szwedzkich, którzy śpią pośród pobliskich pagórków nad rzeką, a którzy wstaną wtedy, gdy król szwedzki Karol Gustaw powróci tu po swój zgubiony kapelusz. Wtedy rozgorzeje bój krwawy i od krwi poczerwienieją wody Liwca. Takich legend w okolicy pełno. Legend mocno wiążących się z historią. Wszak to w pobliskim Węgrowie jest w farze słynne Lustro Twardowskiego, które obejrzeć przyjechał sam Napoleon, a że je znieważył, tnąc szpicrutą, zgodnie z przepowiednią wojnę z Moskalami przegrał potem sromotnie. Hitler też chciał zobaczyć to lustro. Zobaczył i każdy wie, jak skończył. Ale to już zupełnie inna historia...

...........................................................

środa, 22 listopada 2023

Ach, jak tutaj jest pięknie !


Ruiny średniowiecznego zamku książąt mazowieckich w Czersku są jedną z ikon Mazowsza. Dla powstałego w 1906 roku Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego wycieczka do tych ruin była pierwszym celem w okolicach Warszawy. W głębokim lochu  więzione były  znaczne osobistości. Konrad Mazowiecki, który wiódł zaciętą walkę o senioralną dzielnicę krakowską i o tron królewski z księciem wrocławskim Henrykiem Brodatym, w walce tej nie przebierał w środkach. W roku 1229 porwał Henryka Brodatego i wtrącił do czerskiej wieży.  Wkrótce potem zamknął w lochu kilkuletniego wówczas swojego bratanka księcia Bolesława, syna zamordowanego w Gąsawie Leszka Białego. Ów Bolesław, zwany później Wstydliwym, ożenił się w 1239 roku w węgierską królewną Kingą (której imię związane jest m.in. z kopalnią soli w Wieliczce, później ogłoszoną błogosławioną) i on władał dzielnicą senioralną. A z nad jeziora Czerskiego widok na zamkową ruinę jest  przepyszny. Gdy niebo błękitne, chmury na nim puchate, białe, gdzie się nie spojrzy zieleń zielona ogromnie, chce się żyć. Pośród takiego pejzażu dobrze się odpoczywa. Bo kłania się tutaj historia wpisana w krajobraz  w sposób niemal doskonały. Tutaj jest naprawdę jest bardzo pięknie.

W 1890 roku Stanisław Wyspiański pisał do Lucjana Rydla z Amiens: „Z opisów należałoby wykreślić takie wyrazy jak: piękny, we wszelkich wymienione stopniach, bo one nic nie wyrażają. Jeżeli się przez nie co odczuwa, to tylko znając usposobienie tego, co tych fraz używa, można zgadnąć, o ile i w czym jest piękne to, o czym mówi”.  

Myślę, że gdyby przy takiej pogodzie, jak na tym zdjęciu, zobaczył Wyspiański ten widok, i on krzyknąłby z zachwytu: ach, jak tu pięknie. Co prawda trochę to pocztówkowa panorama, ale nie przesłodzona, nie przefajnowana, taka - po prostu - w sam raz. Piękna i tyle. 

Do najczęstszych okrzyków, jakie wydajemy, gdy zobaczymy coś, co nam się podoba: ach, jak tutaj jest pięknie albo jakie to piękne ! Przewodniki turystyczne roją się od tego przymiotnika. Przyzwyczailiśmy się do tego. Bo my,  współcześni, lubimy  określenia jak najkrótsze, nie wymagające dodatkowego komentarza, opisu, czegokolwiek. Ma być krótko i basta. Jak w facebooku albo innym whatsapie. Słowo piękny jest więc takim jakby wytrychem, ułatwiającym dojście do sedna, gdy  po inne przymiotniki wartościujące sięgać nam się nie chce.  Ale... gdyby tak: ładny? przecież tak też pięknie. Ale... czy aby jednak ten ładny to ładny nie do końca, bo jakby tylko ładny, a więc ...niepiękny? ?

Jest jeszcze jedno określenie z tych bardziej popularnych. Używane w różnych przewodnikach turystycznych równie często. To – ciekawy. Przymiotnik ten poprzedza często jakiś rzeczownik, bywa więc ciekawy widok lub ciekawy zabytek. A czego on tak ciekawy ten zabytek? spytała mnie zasłużona pani profesor,  usłyszawszy, że coś tam tak określiłem, ciekawym właśnie. Zaciekawiający byłby bardziej na miejscu, ale nie pomyślałem. Byłem bardzo młodym autorem, napisałem już swój pierwszy przewodnik. Więc poczerwieniały mi uszy ze wstydu. I zacząłem zwracać uwagę na te przymiotniki określające rangę opisywanego miejsca lub obiektu, także rangę uczuciową, a z uczuciami – jak wiadomo – różnie bywa.

Nie dla wszystkich to samo piękne jest naprawdę piękne. „Jedni wolą zimno, inni lubią chłód. Mnie to obojętne, bo ja wolę miód” pisał całkowicie dziś zapomniany Witold Zechenter, którego wierszyki wciąż pamiętam z dzieciństwa.  Znana anegdota mówi, jak to do pewnego mędrca przyszło dwóch panów, aby rozstrzygnął spór, który z nich ma rację. Gdy pierwszy przedstawił swoje argumenty, mędrzec przyznał mu rację. Gdy uczynił to drugi, i jemu mędrzec przyznał rację. A gdy, słuchająca tego żona mędrca wypomniała mężowi, że to niemożliwe, aby obaj mieli rację, mędrzec chwilę pomyślał  i odrzekł  małżonce:  – Wiesz, i ty również masz rację. Bohater musicalu Skrzypek na dachu, Tewje mleczarz to powiedzenie nagłośnił. Tak też i piękno jest rzeczą względną, i jest to truizm. Nie wszyscy muszą doceniać piękno muzyki Mozarta lub malarstwa Botticellego.  

Użycie właściwego przymiotnika łatwiejsze jest w przypadku opisywania np. zabytku, który może być obiektywnie interesujący, ładny, wartościowy lub piękny. Nawet przy brzydkiej pogodzie. Chociaż... nie każdy przecież wartościowy lub interesujący zabytek może być obiektywnie piękny.  Inaczej jest z krajobrazem. W tym przypadku pogoda ma wiele   do powiedzenia. W wysokich górach, żleb którym wchodzimy na tatrzański Zawrat od południa, piękny może być nawet przy złej, chmurnej pogodzie, w deszczowej kurniawie. Bywa bowiem w górach piękno o dramatycznym wyrazie. Inaczej jest na nizinach.To piękno najlepiej widzą poeci. Wybitni malarzom  też dla nas to malowali. A my? Zwykli oglądacze otaczających nas krajobrazów?  Po które  –  nie ukrywajmy  –  szczególnie po ich urodę, jej zgłodniali,  wyruszamy na nasze włóczęgi z podróżnym węzełkiem, przerzuconym przez ramiona na plecy.

Błota Famułkowskie 

To ogromne torfowisko na zachodnich krańcach Kampinoskiego Parku Narodowego jest  niewątpliwie  jednym z najwspanialszych krajobrazów mazowieckich. Wzięło swoją nazwę od pobliskich wiosek o nazwie  Famułki; było ich kilka,  każde  do innego majątku przynależały. Nazwa Famułki pochodzi od łacińskiego słowa famulus, tj.sługa, a rzeczownik błota z czasów carskiego zaboru pochodzi, to typowy rusycyzm. 

Przed dwustu laty na błotach wycięto las, zmeliorowano je, pocięto kanałami, na torfowisko powstały łąki i pośród nich zbudowano ludzkie sadyby na wyniesieniach terenu. Po powstaniu parku narodowego grunty zaczęły być sukcesywnie wykupywane, domostwa rozebrano, a na Famułkowskie Błota wkroczyła przyroda. W stylu prawdziwie imponującym!  Ogrom łąk jest oszałamiający. Ciągną się daleko, aż po linię horyzontu. Spore wrażenie czynią oglądane tutaj wschody i zachody słońca, przedwiosenne, jesienne i zimowe. 

Przez środek tych łąk przebiega asfaltowa szosa i jest na tej szosie most nad Kanałem Łasica. Świetne miejsce na fotografowanie. Ale nawet tak interesujące krajobrazy, jak te, które widać  z asfaltowej drogi przez Błota Famułkowskie nie zdadzą się nam ani piękne, ani ładne, ani nawet interesujące  przy złej pogodzie Gdyby nie pogoda, gdyby nie te czarodziejski czas, który czasem się zdarza, bo akurat jesteśmy tam, gdzie być należy i w dodatku przy pogodzie takiej, jak należy. Która została nam ofiarowana. Im więcej wędruję po naszych nizinach, tym goręcej dziękuję za te łaskę, jaka mi czasem wyświadcza natura. 



Czasem  światło nie takie jak trzeba  i w ogóle nie za bardzo. Ale czasem się zdarza, i jest tak, jak należy. Może i nic specjalnego, ale przecież chyba nie najgorzej, prawda? I jaki jest ten krajobraz? Jest on  –  piękny? Czy może tylko ładny albo interesujący?  Słowniki wyrazów bliskoznacznych znają dziesiątki wyrazów, które możemy zastosować, na przykład:  śliczny,  cudowny, urodziwy lub  urokliwy, dorodny, ładny, atrakcyjny,  pyszny, zjawiskowy, wspaniały, wyśmienity lub świetny,  wyborny, pierwszorzędny, fantastyczny,  kapitalny, czarujący,  olśniewający, porywający, zachwycający... Nic, tylko wybierać i dopasowywać, wedle gustu...

 Dolina Liwca u podnóża Sowiej Góry

Wcale niedaleko od dwumilionowej aglomeracji miejskiej Warszawy można odnaleźć  krajobraz polny, zwyczajny, wiejski, taki, jaki dał nazwę naszemu nizinnemu krajowi i plemieniu, zamieszkującemu ten krajobraz. Zawsze lubiłem jechać ku niemu w astronomicznym początku wiosny, około 21 marca. Tę marcową porę roku niektórzy nazywają wiosną pstrą, od tego śniegu  pośród pól, nad którymi unoszą się już ze śpiewem pierwsze, przybyłe z południa skowronki. Nie zawsze odnaleźć się to udaje, przyroda bywa kapryśna, jak piękna kobieta.

Kilka lat temu  w poszukiwaniu odznak wiosny zajechałem  na granicę Mazowsza i Podlasia, graniczny Liwiec płynął przez ten pejzaż jak należy. Ziemia jeszcze nie pachniała, ale to już było  przedwiośnie. Takie, jakie być powinno. Słoneczne, chłodne, na ziemi miejscami leżał śnieg, więcej w lasach, wśród pól tylko miejscami, na oziminach pod lasem pasły się kierdele saren, w jednym miejscu aż kilkanaście. Wśród skib zaoranego jesienią pola żerowało stado białych łabędzi pożywiało się witaminami. W innym miejscu  wśród zagonów żerowały żurawie. Zatrzymałem auto, aby na nie spojrzeć, one podniosły głowy, aby mnie się przyjrzeć, potem wróciły do posiłku, a ja do dalszej jazdy. Nad polami śpiewały skowronki i kwiliły czajki, pierwsze ich forpoczty dotarły już do nas, za moment zacznie się przedwiosenny spektakl i z każdym dniem będzie mu przybywać aktorów. 

 

Nad graniczny Liwiec przyjeżdża się dla widoku z Sowiej Góry. A widok jest tam naprawdę przedni, bardzo daleki, takich panoramicznych miejsc na naszej środkowopolskiej nizinie nie ma zbyt wielu, można je wyliczać na palcach jednej ręki. Dla zwiedzających urządzono kilka lat temu wierzchołek wzgórza, jest mały parking, wiatry ze stolami i lawami, są tablice informujące o przyrodzie okolicy. Poniżej wzgórza, nad silnie meandrującym Liwcem jest dzika plaża, w upalne dni lata w czasie weekendów bywają tu tłumy. W marcowy dzień ani żywego ducha. Łąki mad :owcem zalane wodą,  migoce w słonecznym świetle, słońce jeszcze zimowe, dość nisko zawieszone nad krajobrazem, chcę zrobić kilka zdjęć, dobrze by było, by były dobre, pod słońce  zdejmowanie krajobrazów jest ryzykowne,  ale jak się pomyśli, to się da, więc myślę, pstrykam, zdjęcia są nie najgorsze, da się wytrzymać.

Nie wiem skąd ta nazwa –  Sowia Góra. Są z tym wzniesieniom związane  legendy, być może było ono miejscem odprawiania obrządków ku czci słońca i drzew. Może rzeczywiście czarownice zlatywały się tu z odległości nawet kilkuset kilometrów, aby decydować o losach okolicznych mieszkańców.  Mówiono też o zakopanym skarbie czy garncu złota, inni zaś wskazywali na śpiących u stóp góry rycerzach szwedzkich, którzy wstaną wtedy, gdy ich król Karol Gustaw powróci tu po swój zgubiony kapelusz. Wtedy rozgorzeje bój krwawy i od krwi poczerwienieją wody Liwca. Skąd te opowieści, dalipan, nie wiem. Wiadomo natomiast, że badania archeologiczne potwierdziły istnienie u podnóża wzniesienia grodziska sprzed kilku tysięcy lat. 

Rok później znów tam mnie zawiodło w połowie lipca, w środku mazowieckiego lata. W środku dnia tam przyjechałem, wiózł mnie przyjaciel swoim automobilem, ja się już z własnym samochodem pożegnałem, mój pesel poradził mi wielce serdecznie, żeby zrezygnować już z prowadzenia auta i tę czynność pozostawić młodszym. Tyle, że nie zawsze udaje mi się znaleźć się we właściwym krajobrazie o właściwej porze dnia i do tego przy właściwej pogodzie. Albowiem, co tu dużo mówić,  fotografować trzeba albo o wschodzącym słońcu, albo w kontrze o zachodzącym, nie miałem tego szczęścia, byłem w pełni dnia. Patrzyłem na ten krajobraz z przyjemnością. 

Przyglądam się temu zdjęciu i pytam sam siebie: jaki on jest ten krajobraz, ta dolina Liwca, widziana z grzbietu Sowiej Gór? Jest to pejzaż piękny? Chyba to byłoby na wyrost. Więc może po prostu i zwyczajnie  –  ładny?  Oto jest pytanie... 

Jak już o tym Liwcu mowa, wspomnieć tutaj muszę rzeczkę Kostrzyń, niedaleko od Sowiej Góry wpada do Liwca. Na rzeczką Kostrzyń znajduje się wioska o nazwie Sucha, a w niej:

Dwór polski pod starym, ojczystym dachem

Przez stulecia był
dwór trwałym elementem polskiego pejzażu. Prawdziwy polski dwór powinien być drewniany. Przy starszych dworach bywał niemal zawsze drewniany ganek ze słupkami, od wieku osiemnastego zastępowany kolumnowym portykiem. Tysiące dworów było w dawnej Polsce. Ale że pożóg wojennych los i historia Polsce nie szczędziły, więc i niewiele się zachowało zabytków drewnianego budownictwa. Na Mazowszu i Podlasiu dworów drewnianych zostało jeszcze mniej, niż w innych regionach kraju i można je liczyć na palcach. Tym większą wartość mają te, które przetrwały. I jeszcze większą, gdy - na dodatek - są to dwory żyjące, zamieszkałe, z odciśniętym piętnem osobowości właścicieli, a do tego gdy są to dwory udostępnione do zwiedzania. 

Takim właśnie "dworem do zwiedzania" był drewniany dwór Cieszkowskich w Suchej nad Kostrzyniem. Został wzniesiony w 1 połowie wieku XVIII, a następnie w wieku XIX nieco został przekształcony. Wciąż stoi w tym samym miejscu. Jest parterową budowlą o zrębowej konstrukcji, inną ma fizjognomię od frontu, inną od ogrodu, od frontu ma dwa narożne alkierze, a na osi murowany portyk z XIX w., na którego trójkątnym szczycie widnieje  łaciński napis: Sub veteri tectu, sed parentali. Co na polski tłumaczy się tak:  "Pod starym, lecz ojczystym dachem". I to hasło jest naprawdę piękne.


Czy ten dwór jako obiekt, jako budowla, jest piękny? Na pewno jest okazały i na pewno jest dość ważny dla historii kultury szlacheckiej, która tak istotną rolę odegrała w polskim życiu.  Kasztelan liwski Ignacy Cieszkowski w roku 1787 gościł w Suchej króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, potem w 1814 roku urodził się w tym dworze August Cieszkowski, znakomity filozof i czołowy przedstawiciel mesjanizmu polskiego, ekonomista oraz autor wielu prac naukowych, człowiek wielkich i wszechstronnych zasług. Jego gościem był w Suchej Zygmunt Krasiński.

Po 1945 r. mieszkali w dworze pracownicy gospodarstwa rybackiego, była tu szkoła, potem dwór niszczał, aż znacznym wysiłkiem przywrócił go społeczeństwu  właściciel i twórca muzeum, wybitny historyk sztuki, prof.Marek Kwiatkowski. W  Suchej wykonał rzecz prawie nieprawdopodobną, gdyż nie tylko przywrócił do życia samą budowlę, lecz przede wszystkim tchnął życie w jej wnętrza. A na dworskim terenie powołał do życia muzeum architektury ziemi siedleckiej, gromadząc kilkanaście obiektów o sporej wartości historycznej i architektonicznej, przeniesionych z różnych miejscowości.

Ale to już przeszłość. W Suchej nad Kostrzyniem  jest teraz podupadający skansen, którego tak naprawdę już praktycznie nie ma.  Profesor już nie żyje. Był świetnym znawcą sztuki, wieloletnim dyrektorem Łazienek warszawskich, autorem poważnych i popularnych prac. Ale kompletne zero w interesach. Przyszłości skansenowi nie zapewnił, więc praktycznie skansen nie ma gospodarza. Jakiś tam procent własności trzyma wdowa po profesorze, trudno mi się rozeznać do kogo należy większość. Skansen popada w ruinę, robi przykre wrażenie. A podobno nie ma ludzi niezastąpionych.

 
 

A wracając do Suchej. Proszę przyjrzeć się temu budynkowi z tego zdjęcia. I on znajduje się w Suchej. Stoi po prawej stronie od dworu Cieszkowskich. Ten wielce urodziwy dworek to dawna organistówka z około połowy XIX wieku, przez prof.Kwiatkowskiego przeniesiona tutaj ze wsi Mokobody. W takich dworkach mieszkali organiści? Aż trudno w to uwierzyć, ale widocznie tak też bywało. I z tych wszystkich krajobrazów, miejsc i obiektów, które do tej pory w tym szkicu opisałem, ten właśnie budynek – chociaż nie ma takiej historii jak dwór z którym sąsiaduje – jest naprawdę bardzo, ale to bardzo,  całkiem obiektywnie i to bez dwóch zdań – on jest bardzo piękny!    

Pejzaż zbożem malowany

    Nie da się ukryć, mam w sobie wdrukowany polski krajobraz, opisywany przez naszych pisarzy i poetów. Chociaż wiele  różnych epok i mód przemieliło moje  odczuwanie zewnętrznego świata, wciąż oczekuję pejzażu z tamtych lektur, z Lenartowicza i Konopnickiej, Sienkiewicza i Żeromskiego. Zapewne coś z tego tkwi we mnie, z tego sposobu odczuwania krajobrazu. Po tamten pejzaż nieustannie się wybieram  w głąb ziemi mazowieckiej. Chociaż teraz nie spotykam już żeńców z sierpami i kosami, ba! nawet nie trafiłem na współczesne, żniwne maszyny, na różne kombajny o nazwie Bizon, o których śpiewane były piosenki. Aż dziw. Sfotografowałem ten krajobraz, a on jakby wiedział, że właśnie on, właśnie taki, jaki mi się ukazał, był moim wytęsknionym marzeniem. 

 

Okazuje się, że wciąż można spotkać takie pejzaże i to tak bardzo blisko wielkiego miasta. Jeżdżę w ich poszukiwaniu co jakiś czas na północ od Warszawy, albo na Ziemię Płońską, albo w okolice Nasielska, tam gdzie odnajduję prawdziwy krajobraz mazowiecki.  Lasy, pola, łagodnie pofałdowany teren, na którym daje się zawiesić oko z wielką dlań frajdą. Więc zawieszam. I po tam jadę te pół setki kilometrów ze swojego domu,  aby zobaczyć ten krajobraz i pośród niego pobyć.  Na niebie swoją historię opowiadają chmury bardzo malownicze,  jak te ze słynnego obrazu Józefa Brandta z oraczem. A wokół wszystko to, co w polskim krajobrazie być powinno,  dojrzewające zboże i moc  polnego kwiecia na przydrożach, żadne tam mecyje pod ścisłą ochroną, ot, takie tam  chwasty niby bez znaczenia, a przecie chwytające za serce. 

Nie będę ukrywał, że estetyczne kanony  widzenia ojczystego krajobrazu zawdzięczam polskiemu malarstwu pejzażowemu wieku dziewiętnastego, ono mnie w znacznym stopniu ukształtowało pod tym względem.  W dwudziestym wieku krajobraz z wolna przestawał być w centrum zainteresowań literatury i malarstwa.  I wtedy  –  na szczęście –  narodziła się fotografia. Fotografuje teraz niemal każdy z nas. Ja również. I wiem, że  są takie pejzaże, które są dowodem na to, że uroda krajobrazu polskiego nie jest mitem. 

Za takim krajobrazem polnym i rolnym, malowanym zbożem rozmaitym wciąż tęsknię. Coraz jej mniej, więcej nawet  w naszej świadomości, niż naprawdę. Czy zauważyliście, że większość z naszych współobywateli nie rozróżni pszenicy od żyta, jęczmienia, owsa,  prosa i gryki. Jacyż to z nich Polacy, skoro tego nie wiedzą. Szukam wciąż takiego pejzażu, coraz dalej on od mojego miasta, które z każdym rokiem ogarnia coraz większe połacie ziemi. Czasem jednak znajduję. Bo szukać warto. Nawet nie trzeba go daleko szukać. Trzeba tyko zjechać z głównej drogi i patrzeć. Nic więcej. Jest naprawdę bardzo piękny !

Mazowieckie zboże, Ach, Bożeż mój, Boże!   – w swoich wierszach śpiewał poeta, zwany lirnikiem mazowieckim Teofil Lenartowicz.   –  Że widząc te niwy, / Choć człowiek ubogi, / A jednak szczęśliwy. / I takiej natury, /Że się nie oddali, / Choćby mu dawali / Nawet złote góry.


Mokre łąki. To było to. Pięknie było.


W żarze jesiennego ogniska przed sześćdziesięciu laty piekliśmy ziemniaki na Mokrych Łąkach pod Truskawiem w Puszczy Kampinoskiej. Turystyczną gromadą przyjeżdżaliśmy z miasta autobusem pekaesu, miał wówczas pętlę na początku wsi, zaraz za lasem, wciąż jeszcze widać jej zarys. Wieś była wtedy drewniana, a droga przez wieś piaszczysta lub błotnista, zależnie od pory roku, do wsi autobus nie wjeżdżał. Zaczynał swoją jazdę na dworcu PKS Marymont, w Warszawie, dawno go już nie ma, mur wysokich mieszkalnych bloków tam stoi i stacja metra Słodowiec jest w pobliżu.

Mokre Łąki koło Truskawia w Puszczy Kampinoskiej leżały w niższym położeniu, częściowo na torfowisku, obok rósł habaziowaty, sosnowy lasek, mieszkańcy pobliskiej wsi zwali go Szałasy, zbierali w nich chrust do pieców w czasie zimy, ja z kolegami miałem suche gałęzie na ognisko. Dokładaliśmy tych gałęzi do ognia, trochę to trwało, zanim w ognisku powstał z nich popiół, zdatny do włożenia w niego ziemniaków, był czas na rozmowy. Wspominam te dni z rozrzewnieniem, bo to był dla mnie dobry czas, chociaż czasy nie najlepsze. 

Truskaw teraźniejszy to już zupełnie inna wieś. Chociaż wciąż wieś, tyle że nie rolnicza, ale tam  nie żyje się już z roli, krów się nie hoduje, podobno ktoś nawet  ma kozy, ale chyba nikt świniaka. Prawie dwa tysiące mieszkańców, jak miasteczko, tyle że wciąż wygląda to  jak wieś i domy jednorodzinne, murowane, wygodne, poniektóre jak wille, dostatnie. Zabudowa wyciągnięta wzdłuż drogi, długiej na przeszło dwa kilometry, a droga asfaltowa, z chodnikami (a dawniej widział to  kto chodniki na wiejskiej ulicy?), kursują po niej czerwone, miejskie autobusy.

Mokre łąki to już nie zwykłe, wilgotne łąki, teraz to ważne miejsce na mapie. Tradycyjną nazwę kośnych, wiejskich łąk, przejął obecnie zbiornik wodny o powierzchni 1,7 ha, który powstał tu po wybudowaniu w 2005 roku oczyszczalni ścieków dla gminy Izabelin. I jest niezwykłe przedsięwzięcie, które przynosi wyłącznie korzyść. Powstała tam oczyszczalnia ścieków. Brzmi nieładnie, ale rzec nie byle jaka, bo ona jest  mechaniczno-biologiczna o podwyższonym stopniu usuwania związków biogennych, spełniająca rygorystyczne normy obowiązujące w Unii Europejskiej. A obok powstał ogromny staw, jak jezioro o nieregularnych brzegach. I jest ten staw sporym urozmaiceniem krajobrazu.

W wodach stawu na Mokrych Łąkach żyją ryby, otoczenie jest miejscem godów i rozrodu płazów, na wyspie pośrodku stawu i w nadbrzeżnych szuwarach gnieżdżą się ptaki, wiosną mewi rejwach   niesie się daleko, ostatnio okolicę ulubiła sobie gęś gęgawa, niemal przez cały rok można zaobserwować czaple siwą i białą,  na obrzeżach bywają łosie. Wędkarze mają frajdę, ptasiarze radość, dzieciaki bawią się w powstałym dla nich  ogródku jordanowskim obok, a oczyszczona woda płynie sobie w głąb pobliskiej puszczy, a wszystko i wszyscy  w okolicy mają pożytek z tych Mokrych Łąk. I o to przecież chodzi! Wciąż  je odwiedzam, wciąż fotografuję, teraz robię już kolorowe fotografie, dożyłem takich czasów, że nawet aparatu fotograficznego mieć ze sobą nie muszę, bo w dzisiejszych czasach fotografuje się nawet telefonem. Te  zdjęcia, które są poniżej, zrobiłem smartfonem.



 

To było dwa lata temu przy końcu zimy, zdarzyło się na skraju turzycowisk Mokrych Łąk. Było bardzo pięknie. To było to. Trafiłem tam wtedy na krajobraz bajkowy. Rozlewiska były ścięte lodem. Dyskretnie zimowe słońce oświetlało krajobraz. Od strony Warszawy nadchodziła śnieżyca, czająca się w ciemnych chmurach. Rozpoczynał się spektakl, na który nieczęsto się trafia. Zdarza się wtedy gdy jest się w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Byłem. Zdjąłem więc z tych sztalug kilka nie najgorszych obrazów... Potem wróciłem do Truskawia, a gdy wsiadałem do autobusu, który miał mnie zawieźć na warszawskie Młociny, akurat zaczął padać śnieg...

................................................................................................................





poniedziałek, 21 sierpnia 2023


Oddech włoskiego południa wśród lasów nad mazowieckim Liwcem



Niezwykła jest ta neoromańska świątynia w Loretto nad Liwcem. Wzniesiona niedawno, niemal dopiero co. Jest nieprawdopodobnie włoska, a wznosi się  pośród starych, sięgających nieba sosen mazowieckich. Pogodnym, słonecznym dniem letnim jawiła mi się niby oddech włoskiego południa w naszych sosnowych borach nad Liwcem. Zaprojektował  ją warszawski architekt Tomasz Kuls.  Wygląd kościoła inspirowany jest architekturą kościołów włoskich takich jak kościoły w Asyżu: Św. Franciszka i Św. Klary, a także klasztor benedyktynów na Monte Cassino. Rewelacyjnie ta włoszczyzna komponuje się z otaczającymi ją mazowieckimi sosnami.
 

 


Wnętrze jest całe w bieli, surowe, niemal niczego tam nie ma, żadnych obrazów, organów, ołtarza nawet nie ma i tylko ołtarzowa mensa stoi pośrodku prezbiterium A my oboje z żoną w zachwycie, bo ta surowa prostota bardzo nam się podoba. Znalazłem w internecie projekt polichromii wnętrza, sporządzony w pracowni Andrzeja Novaka-Zemplińskiego,jr. Też piękny jest ten projekt i też nawiązujący do wnętrz włoskich. Niemniej, przeszczęśliwi byliśmy oboje z żoną, mogąc oglądać to wnętrze bez tego wszystkiego, w bieli tynku. Takie właśnie robi ogromne wrażenie.   
 

Liwiec płynie obok pośród lasów. Przyjazny jest  dla ludzi.  Ma kilka twarzy, najbardziej znana znajduje się w okolicach Urli. O letniej porze zaludniają się liczne w całej okolicy letniskowe domki, domy i wille w miejscowościach znajdujących się w dolinie Liwca. Tu i tam pozostały w mich jeszcze domy stałych mieszkańców tych rolniczych niegdyś wiosek,  tyle, że dzisiaj już nikną pośród masy domów letniskowych. Włóczyłem  się po tej okolicy przez przeszło pół wieku. Ciągnęła mnie ku sobie ku sobie rosnąca nad Liwcem i Bugiem puszcza.  
 
Niekiedy myślę sobie tak. Puszcza Kampinoska jest nobilitującym ją parkiem narodowym. Puszczę Kamieniecką mad Liwcem ubierają przede wszystkim wspomnienia o ludziach, którzy przyjeżdżali w jej okolice na letniaki, na wyraj, na modlitwę także, przede wszystkim na spotkanie z przyrodą, z mazowieckimi sosnami nad niedużą i bardzo sympatyczną nizinną rzeką.

Co jakiś czas odwiedzam  nadliwieckie Loretto pośród Puszczy Kamienieckiej. Od roku 1928 znajduje się tutaj klasztor Sióstr Loretanek. Zadaniem zakonu jest niesienie pomocy ubogim i sierotom oraz szerzenie kultu Matki Boskiej Loretańskiej.  We włoskim Loreto koło Ancony  znajduje się wyrzeźbiona z drewna cedrowego figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Oboje mają ciemne oblicza z powodu osadzonego na nich dymu z lamp oliwnych płonących przed nia przez długie lata. Dzieciątko trzyma w jednej dłoni kulę ziemską, którą przez Maryję, przychodzi zbawić, w drugiej zaś dłoni ukazuje różę – symbol miłości do nas aż po krzyż.  Dla wierzących katolików zawarty jest w tym sens wiary.
 

Od roku 1981 w  nadliwieckim Loretto znajduje się wierna kopia włoskiej figury. Do sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej sprowadzona została z Włoch i umieszczona na ołtarzu nocą z 12 na 13 grudnia; było to tej samej, śnieżnej i mroźnej nocy, gdy gen.Wojciech Jaruzelski wprowadził w Polsce stan wojenny, a setki działaczy „Solidarności”  właśnie aresztowano  w ich mieszkaniach.  Modlili się przed nią m.in. ks. kardynał Stefan Wyszyński i ks. Jerzy Popiełuszko, często odwiedzający Loretto. Ale wtedy figura ta znajdowała się w kaplicy, o tej dużej świątyni dopiero zaczynano myśleć. Teraz figurę czarnej Madonny umieszczono w bocznej kaplicy nowej świątyni. Zapewne zawędruje do głównego ołtarza, ale jeszcze nie teraz, więc można być z nią w bliskości, uklęknąć i powierzyć najskrytsze swoje myśli...

Gdy byłem w Loretto po raz ostatni, trwało jeszcze  pogodne lato i miałem szczęście, byłem albowiem we właściwym miejscu o właściwej porze i we właściwym czasie. Niebo lazurowe, sosny wspaniałe, wysokie, smukłe, w powietrzu unosiła się aura nadchodzącej przejesieni sierpniowej. Ósmego września na odpust przybędą tu tłumy, ta świątynia również i dla nich przede wszystkim powstała. Ale gdy ja tam byłem, panowała cisza i bardzo tam było wszystko sympatyczne, utopione w tej ciszy okolicznych lasów. Wokół spokój i trwanie  przyrody...
 
 
 
 
 
Wyszedłem z kościoła i usiadłem na ławeczce, ciesząc oczy widokiem świątyni. A potem zawinąłem się na pięcie i odjechałem...

Wspomnienia pozostały mi bardzo piękne. Więc tak, jak inaczej już nie będę mógł, we wspomnieniach będę zawsze powracać  do nadliwieckiego Loretto pośród Puszczy Kamienieckiej.

wtorek, 1 września 2020

Kraina wiecznej szczęśliwości 
dla dobrych ludzi.
Epizod z życia w mazowieckim Nadkolu 
nad Liwcem

Avenue des Champs-Élysées jest dwukilometrowej długości, szeroką i bardzo reprezentacyjną aleją w mieście Paryż nad Sekwaną, gdzie podąża od placu Zgody ku Łukowi Triumfalnemu. Francuskie  Pola Elizejskie, jak  znane u starożytnych Greków mitologiczne Elizjum, dla Paryżan wydają się być przeznaczonym dla dusz dobrych ludzi miejscem wiecznej szczęśliwości i wiecznej wiosny. One też są mitem. Niemal mityczne Pola Elizejskie, jak się okazuje, a przekonałem się o tym naocznie i mam na to dowód w postaci załączonej fotografii, są nie tylko w Paryżu! Znalazły się także ...w Nadkolu nad mazowieckim Liwcem. W
zdecydowanie skromniejszej postaci, ale przecież jednak tam są. 


 
Liwiec w Nadkolu

O Liwcu można nieskończenie. Rzeka ma kilka twarzy, najbardziej znana znajduje się w okolicach Urli. O letniej porze zaludniają się liczne w całej okolicy letniskowe domki, domy i wille w miejscowościach znajdujących się w dolinie Liwca, w Kamieńczyku, Świniotopi, Halinie, Pustych Łąkach, Nadliwiu, Strachowie i Urlach na zachodnim brzegu rzeki, oraz na brzegu wschodnim w Nadkolu, Koszelance, Gniazdowie, Julinie i Barchowie. Tu i tam pozostały jeszcze domy stałych mieszkańców tych rolniczych niegdyś wiosek,  tyle, że dzisiaj już nikną pośród masy domów letniskowych.

Uliczki we wszystkich osiedlach letniskowych są przeważnie zwykłymi, gruntowymi drogami. Mają swoje nazwy, nie tylko nad Liwcem, także nad Świdrem, Bugiem, Narwią i jeszcze gdzie indziej, jest albowiem tych osiedli wiele w okolicach podwarszawskich. Najczęściej noszą nazwy sympatycznie zwykłe i banalne, np. Wrzosowa, Akacjowa, Sosnowa, chociaż niektóre bywają całkiem oryginalnie, jest np. uliczka Mlekicie w Szuminie. W osiedlu nad zakolem Liwca koło wsi Nadkole, pośród typowo podwarszawskich „daczy”, na ogrodzeniach przy piaszczystych, wyboistych drogach, umieszczono metalowe, emaliowane tabliczki z bardzo dowcipnymi nazwami, wskazującymi na szczególną miłość mieszkańców tego osiedla do Francji: Allée des Jeunes Maries, Champs-Allée  des Elysées de Nadkole albo Rondo a Bientôt. Czyż nie urocze?









Zaciekawiony tym kto jest tego sprawcą, zapytałem o to  zaprzyjaźnioną romanistkę, ta zasięgnęła języka i  odpowiedź  nadesłała taką...

W Nadkolu, idąc szosą od strony Łochowa na początku wsi z lewej strony,  jest stara chata, duża niczym dworek, należąca z dawien dawna do rodziny Piórów.  Bodaj jedyny obiekt w Nadkolu wpisany do rejestru zabytków i opatrzony odpowiednią plakietką. Dziś zaniedbany, ale kiedyś było to zamożne gospodarstwo. Z drugiej strony jest wielkie podwórko i ogromna stodoła szerokości chaty. Stodołę przeszło 30 lat temu kupiła jedna z wielkich rodzin arystokratycznych (Radziwiłłowie? Lubomirscy? Czartoryscy?), aby móc sprowadzać na wspólne wakacje dzieci krewnych mieszkających zagranicą, w większości francuskojęzyczne. Prymitywną stodołę przystosowali do celów mieszkalnych, doprowadzili wodę, zlikwidowali sławojkę. Miejsce bardzo się na rodzinne wakacje nadawało, za stodołą jest sad, a dalej sosnowy borek i prześliczny tam Liwiec. Sąsiednie uliczki dla zabawy nazwali z francuska, na płotach powiesili deski z ich nazwami. Musiało się to spodobać lokalnym decydentom, skoro prymitywne deski zastąpiono, wydaje się, oficjalnymi francuskimi nazwami ulic.

Mazowiecki Liwiec pod Warszawą widocznie ma w sobie coś,  czego nie sposób nazwać, niewątpliwie jego atmosfera jest "klimatyczna", jak teraz mówi się o czymś takim. Podobnego zjawiska jak Liwiec nie znajdzie się nigdzie indziej w Polsce, ba! nigdzie indziej na świecie. To coś musi być wartością ogromną, skoro ciągnie ku sobie i to tak, jak tych francuskojęzycznych polskich emigrantów z arystokratycznych rodzin, którzy chcą, aby ich wnuki właśnie nad Liwcem, a nie w renomowanych kurortach europejskich spędzały wakacje. 


...a może ktoś z Czytelników zechce opowieść tę uzupełnić sobie znanymi szczegółami? Zapraszam.

Liwiec koło Nadkola



czwartek, 7 lutego 2019

Książka o podwarszawskich okolicach



 Wydałem trochę przewodników turystycznych po Mazowszu i jego różnych zakątkach oraz cztery książki, zawierające gawędy i eseje krajoznawcze o mazowieckiej prowincji: „Wardęga”, „Klangor i fanfary”, "Podróże po Mazowszu" oraz "Pod ożywczym drzew cieniem". Wydawca mówi mi, że trzy pierwsze tytuły cieszą się sporym zainteresowaniem, a pierwszy z nich jest całkowicie wyczerpany. Z czwartą pozycją jest gorzej, wydawca ma do mnie żal, że czytelnicy się do niej nie garną. Dlaczego? Dalipan, nie wiem. Winnym się nie czuję, zdawało mi się, że właśnie ta książka powinna zainteresować szczególnie warszawiaków, opowiadam w niej bowiem o  bliskim otoczeniu Warszawy. O miejscach wywczasów w przeszłości, o tym, co odwiedza się teraz, o Wiśle, Puszczy Kampinoskiej i Lasach Chojnowskich, Aninie, Bielanach i Radości, Otwocku, Podkowie Leśnej oraz Zalesiu Górnym i Konstancinie. Również o podwarszawskiej przyrodzie, o bytujących w sąsiedztwie Warszawy wilkach i bobrach, o narodowym godle – bieliku, oraz o kormoranach, w poszukiwaniu których nie trzeba jeździć już na Mazury, bo jest ich tutaj całe mnóstwo.
 Bohaterowie (poniektórzy) książki
Kormorany na zimowej Wiśle. Fot.Maria Kaniewska


Zima w Puszczy Kampinoskiej. Leśna baśń o krok od granic Warszawy.
Świder w zimowej szacie.W lecie ulubiona rzeka warszawiaków.
 

 Bardzo sympatycznie została książka przyjęta w internecie. W blogu poszukiwania.pl pisano o książce: że wskrzesza dla nas świat, którego już nie ma. Opowiada także o zwierzętach, spotykanych pod ożywczym drzew cieniem, „których obecność wzmacnia emocjonalną wartość lasu, do którego wchodzi człowiek”.
     Gawędy Herza - pisał pan Wojciech  Sobański w swoim blogu (poszukiwania.pl) - zbliżają się momentami do przypowieści. Książka umiejętnie łączy opisy przyrody podwarszawskich miejscowości z ich historią. i refleksjami bliskimi filozoficznym. Zdumiewać może zresztą mnogość tematów i wątków, jakie autor zawarł w swojej pracy. Tym bardziej jeszcze, że podróż po podwarszawskim Mazowszu staje się okazją do podróży przez bogatą polską historię i kulturę.
     A Kamil Swiątkoski (przykominku.com) pisał, że książka "może być świetnym pomysłem na przewodnik i inspirację do zorganizowania weekendowych wypadów poza miasto (nie tylko stołeczne) – pod warunkiem, że jako turyści nie wymagacie od wyprawy obowiązkowej wizyty w McDonald’s czy Pizza Hut. Pierwsze programy podróżnicze oglądałem na zaśnieżonym ekranie Neptuna 624, a moja wyobraźnia dopowiadała mi wszystkie niezbędne barwy. Książka Herza robi ze mną dokładnie to samo."
    Jestem wdzięczny autorom tych  recenzji za miłe słowa. Ale - proszę sobie wyobrazić - jakoś to wszystko, co w tej książce się znalazło -  potencjalnych jej czytelników nie interesuje. Widocznie tak już jest, że najciemniej musi być pod latarnią. Wydawca się na mnie krzywi, że napisałeś coś, co ludzi niespecjalnie interesuje, a mnie dopada smuteczek. No cóż, życie bywa takie, jakie bywa...


 

wtorek, 29 maja 2018

Liwiec w Świniotopi

Przez cały miesiąc nie miałem chwili czasu dla blogu, kończyłem kolejną swoją książkę, a i pogoda nie sprzyjała moim wycieczkom, bo burze latały często gęsto, a ja jestem niestety meteopatą i bardzo na zmienne ciśnienie czuły. Skoczyłem tylko raz jeden nad Liwiec do Świniotopi, a to jest taka wioska wśród lasów nad rzeką niedaleko od Kamieńczyka i ujścia onego Liwca do Bugu. Podobno jej nazwa pochodzi od tego, że świnie się tam w piachach topiły. Jak powiadają jest to  nazwa żeńska, tak w każdym razie chce tradycja, a więc mówić należy TA Świniotop, a nie TEN Świniotop. A prócz tego, to już prawie nie wioska, tubylcy są albowiem w mniejszości, w Świniotopi jest bardzo wiele domów letniskowych i od rolników letników tam więcej, latem szczególnie. Na szczęście w kilku miejscach da się dojść do rzeki, a do rzeki dochodzi tam także las i to są bardzo, ale to bardzo urodziwe miejsca. Obfotografowałem je i polazłem potem te kilka kilometrów na obiadek do Kamieńczyka. Tam jest arcysympatyczna knajpka i dają tam placek z mięskiem w środku, nazywa się ów placek "karczmarz" i jest wyśmienity nadzwyczajnie, w sam raz pod kuflowe piwo. 

............................................. 

czwartek, 21 lipca 2016





Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza:
nad Bugiem i Liwcem
Liwiec przy ujściu do Bugu koło Kamieńczyka. Fot.L.Herz
Przyroda i człowiek.
Na drogach współistnienia.

Lubię tam bywać. Niedługo znów się wybieram i zabieram ze sobą na wędrówkę grono najbliższych swoich przyjaciół z turystycznych wędrówek. Pójdziemy zobaczyć jeden z najładniejszych fragmentów Mazowsza, znajdujący się  w widłach Bugu i Liwca. Tam wszystko jest na miejscu: są rzeki i nadrzeczne łąki, jest kawał przyzwoitego lasu i nie najgorzej w ten krajobraz wkomponował się człowiek. 

    Dolina Bugu jest istotnym dla równowagi przyrodniczej całego kontynentu europejskim rarytasem, nic dziwnego, że znalazła się pod specjalną ochroną w sieci obszarów „natura 2000”. Dolina Liwca również. Od dziesiątków lat liwiecka dolina  służy warszawiakom jako wyjątkowe miejsce na letnisko. Koryto rzeki jest płytkie, dno piaszczyste, świetne plaże na brzegu, nic tylko się kąpać. Niemały kompleks sosnowych borów Puszczy Kamienieckiej też ma swoje zalety. To teren wyjątkowy, gdzie w rewelacyjny sposób współistnieją ze sobą przyroda i człowiek.


Bug koło Szumina. Fot.L.Herz

Liwiec koło Nadkola i Świniotopi. Fot.L.Herz

Puszcza Kamieniecka koło Koszelanki. Fot.L.Herz

    Krajobraz nadbużański jest wielkim darem, jaki nam został  ofiarowany.  Jedną z najbardziej rzucających się w oczy go cech jest  różnorodność i mozaikowatość. Jak w talii kart są  tutaj pejzaże bardziej i mniej ważne, bardziej lub mniej atrakcyjne, żadnego jednak zlekceważyć się nie godzi. Najważniejszym jest Nadbużańskio Park Krajobrazowy, utworzony w roku 1993 roku na południowym brzegu Bugu. W nim główną  rolę gra Puszcza Kamieniecka.  Jej lasy przetrwały głównie tam, gdzie ziemia nie była przydatną dla rolnictwa.
    Chociaż z przyrodniczego punktu widzenia już nie może być ten las nazywany puszczą, wciąż jednak są w nim fragmenty prawdziwie puszczańskie i o jego przyrodniczych walorach świadczy obecność  związanych z puszczańskimi środowiskami kilku gatunków zwierząt z potężnymi łosiami na czele, a w ostatnich latach także i wilki bytują w tej lesistej okolicy. Puszcza to nie tylko las, to również enklawy i półenklawy śródleśne, zajęte przez uprawy rolne, pastwiska i łąki, to także wioski na skraju lasu i pośród niego, wszystko to, co w ciągu ostatnich wieków przyniósł do tej puszczy człowiek, przystępując do uprawiania przyrody na swój sposób. Łąki są koszone i są uprawiane pola miejscowych rolników, a tu i tam pośród lasu pobudowane zostały  osiedla letniskowych domków dla mieszczuchów, poszukujących wypoczynku w przyrodzie. Powstał w ten sposób bardzo interesujący  krajobraz kulturowy, to jest taki, w którym dzieła rąk ludzkich są harmonijnie wkomponowane w naturalne środowisko przyrodnicze. 
Jedno z bużysk nad Bugiem, starorzecze na które wkracza osoka aloesowata. Fot.L.Herz

   Ojcem Puszczy Kamienieckiej jest Bug, większa jej część rośnie w jego dolinie, wszystkie  wydmy przed tysiącami lat usypał wiatr na piaszczystych mieliznach Bugowej pradoliny. Tam, gdzie nad rzeką wycięto lasy, na torfowiskach jego   doliny  ścieli się dzisiaj najładniejszy zespół łąk mazowieckich, ciągnący się kilometrami i zdający się nie mieć końca. W większości są to koszone łąki uprawne. Ale nie tylko koszone. Są fragmenty, gdzie człowiek nie ma nic do roboty. Tam króluje przyroda. Ona wyłącznie.
Łąki nadbużańskie, dzikość ogromna, tam nie ma miejsca dla człowieka.Fot.L.Herz
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na tych łąkach odpoczywają stada przelotnych ptaków i mają miejsce gody tych ich gatunków, które zdecydowały  się tutaj pozostać na lęgi, a są wśród nich  ornitologiczne rarytasy: derkacze, kuliki i  rycyki, brodźce, perkozy i łabędzie, bywa tam wodnik, kureczka nakrapiana i kokoszka wodna, a birdwatcherzy mają używanie. Stare dęby są ozdobą nadbużańskich łąk, a spośród nich najlepiej prezentują się rosnące przy Łężnej Drodze. Ta nadzwyczajna droga wczesną wiosną jest zalewana wodą i wtedy przejście nią nie należy do łatwych. Ta droga zaczyna się koło Brzuzy na wschodzie i poniżej krawędzi tarasu wydmowego wiedzie pośród łąk bużańskimi łęgami (stąd nazwa: Łężna Droga) ku zachodowi do Wywłoki. Dęby przy tej drodze są nadzwyczajnych kształtów, niektóre mają pokrój egzotycznych baobabów, na jednym z nich jest gniazdo bociana białego. Rosną wśród krajobrazu, w którym wiele przyjemności mieć będzie i podglądacz ptaków i florysta i wszyscy inni, czuli na piękno natury. 
Otoczenie Łężnej Drogi w nadbużańskiej dolinie. Fot.L.Herz

      Na północ od Łężnej Drogi płynie Ugoszcz, która w kilku miejscach tworzy wąskie jeziora o dużej urodzie. Jest to jeden z pejzaży, jakich niewiele jest w całej nizinnej Polsce. Rodzi się ta rzeczka (ona, nie on, Ugoszcz jest rodzaju żeńskiego)  pośród lasów przy wiosce Ugoszcz i jest to bardzo ważna nazwa, od staropolskiego słowa gozd pochodząca, oznaczało ono dawniejszymi czasy las ogromny albo wielką puszczę. Ugoszcz uchodzi do Bugu pośród łąk ogromnych i tam właśnie,  w pobliżu  tego ujścia, w zespole roślinnym łąki świeżej rośnie turówka wonna, pospolicie zwana żubrówką, ulubiony przysmak żubrów (których tutaj nie ma od wieków), nadający charakterystyczny smak jednej z typowo polskich wódek (których amatorzy w okolicy tej bywają).
      Są tam nad Bugiem dwie wioski na skraju lasu, Wywłoka i Szumin. W Wywłoce już  tylko dwa gospodarstwa pozostały, od wielu lat dość dokładnie obrośnięte domkami letniskowymi, zajmującymi obszar dawnej wioski i skraj sąsiedniego boru. Koło Wywłoki stykają się ze sobą różne rodzaje krajobrazu. Na piaskach wydmowych rosną  bory sosnowe, dzisiaj na ogół zdegradowane, zniszczone przez rabunkową gospodarkę leśną ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Ale jest w tych lasach przyrodnicza perła, to rosnący na tarasie zalewowym Bugu jeden z najpiękniejszych i najbardziej oryginalnych zespołów leśnych na Mazowszu, jaki zachował się  w rezerwacie "Jegiel".
Rezerwat "Jegiel" koło Wywłoki. Fot.L.Herz

    Nazwa Wywłoki jest fascynująca, a rozważania o jej pochodzeniu uruchamiają długi ciąg skojarzeń, mocno przybliżających dawne dzieje mieszkającego tutaj ludu. Zresztą, panuje nieco dowolności w stosunku do nazwy tej wioski: raz pisana jest jako Wywłoka, innym razem - choć rzadziej - jako Wywłóka. Trudno wyrokować, skąd nazwa. Bogactwo wyboru jest ogromne. Dziś niemal nikt nie pamięta, iż m.in. na Mazowszu [wg Kazimierza Moszyńskiego "Kultury ludowej Słowian", 1967] używany był powszechnie "włók", będący środkiem transportu poruszającym się na płozach. Pierwowzorem takich włóków były po prostu dwa drzewka, ścięte z koroną i liśćmi, albo dwa mniej lub więcej gładkie drążki, do których zaprzęgało się konia. Na Białorusi ten rodzaj sań używano do wywożenia siana z błot. Był to pojazd o wiele wygodniejszy od kołowego w takich właśnie warunkach, ale i na wiodących przez piaski drogach mazowieckich, przebiegających przez "dziadowskie morza", jak w nadbużańskiej okolicy zwano trudne do przebrnięcia piaszczyste obszary puszczy, rosnącej na przeciwnym, północnym brzegu Bugu. Puszcza Kamieniecka znajdowała się długo na pograniczu, bądź nawet w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, a w okolicy łąki na błotach są nadal powszechne, więc może w nazwie jest utrwalony dawny, sprzed wieków pochodzący sprzęt, używany przez tutejszych Rusinów?
    A może - i to też jest bardzo prawdopodobnym - nazwa pochodzi od miary gruntu, również "włóki"?  Najpewniej tej nazwie dał początku rodzaj sieci na ryby, co wydaje się być słuszną hipotezą, ze względu na położenie wioski na wyniesieniu nad obfitującym w ryby Bugiem. "Sądząc z miejscowej tradycji, najstarszy typ sieci stanowił >włók<. Była to sieć dwuwarstwowa, mająca ok.20 m długości i 1 m szerokości. Na obu końcach była zaopatrzona w pionowe drągi. Włókiem musiało łowić jednocześnie dwóch rybaków. Każdy z nich siedząc w maleńkim, lekkim czółnie trzymał jedną ręką drąg włóka, drugą - małe bose wiosło, którym wiosłował. Włók, zanurzony w wodzie, przecinał całą niemal szerokość rzeki. Rybacy płynęli równo i cicho pod prąd; w umówionym momencie, bądź jeśli wyczuli uderzenie wielkiej ryby w sieć, szybko kierowali się ku sobie, zataczając niewielki łuk i wciągając sieć do czółen. Łowienie włókiem wymagało wielkiego zgrania się obu rybaków i umiejętność sprawnego manewrowania czółnem" – pisała biografka okolicy, znakomita etnografka Maria Żywirska („Puszcza Biała. Jej dzieje i kultura”, 1973).
    Jak i Wywłoka, tak i Szumin przez wiele lat był wioską i to niewielką. Pierwotnie była to zapewne osada rybacka. Nazwa nie od szumu wody lub drzew pochodzi, lecz od sumów. W  Bugu, jego odnogach oraz starorzeczach sumy są wciąż spotykane. Od wielu już lat Szumin jest osiedlem letniskowych domków i willi, zamieszkanych przeważnie tylko w sezonie. Szumin ma wielu zapamiętałych miłośników. Istnieje nawet Towarzystwo Przyjaciół Szumina Przy skrzyżowaniu ulicy Podleśnej z ul.Jegiel jest niewielka kaplica, w której tylko ołtarz jest pod dachem, a dla uczestników nabożeństwa przygotowano ławy, ustawione pod koronami starych sosen. W soboty sezonu letniego o g.18 jest tu msza św. i oryginalne, niespotykane położenie tej kaplicy bardzo sprzyja modlitwie. Kaplica przynależy do parafii w Jerzyskach  w diecezji drohiczyńskiej. W zimie Szumin pustoszeje. 
Dom Hansenów w Szuminie, jedna z ikon współczesnej architektury polskiej. Fot.L.Herz

    W Szuminie powstał jeden z najważniejszych dla europejskiej architektury domów wiejskich. Znajduje się przy  ulicy – właściwie jest to zwykła wiejska piaszczysta droga  –  o uroczej nazwie Mlekicie. Przy niej stoi  domek Oskara i Zofii Hansenów z roku 1968.  Jako jedyny z krajów naszej części Europy znajduje się ten dom w międzynarodowej sieci Iconic Houses Network, grupującej najbardziej znane i najbardziej interesujące domy jednorodzinne świata, wzniesione  przez najsławniejszych architektów świata, m.in. Miesa van der Rohe, Le Corbusiera, Alvara Aalto, Franka Lloyda Wrighta, Antonio Gaudiego.
    Wpisany w mazowiecki krajobraz drewniany dom Hansenów w Szuminie,  jest przestrzennym manifestem Formy Otwartej – idei, którą Oskar Hansen uczynił osią swojej twórczości architektonicznej. Kim był ten niezwykły człowiek? Ten architekt, projektant i teoretyk-wizjoner, pedagog, artysta malarz i rzeźbiarz, syn Rosjanki i Norwega, o dalekich polskich korzeniach, urodził się w Helsinkach w roku 1922, umarł w 2005 roku w Warszawie. Rok po swoich urodzinach zamieszkał wraz z rodziną w Wilnie, a trzy lata później otrzymał polskie obywatelstwo. W Wilnie począł studiować, kończył je w Lublinie i w Warszawie.  W czasie wojny był na Wileńszczyźnie partyzantem Armii Krajowej, po wojnie kształtował swoją twórczą indywidualność w Paryżu i tam rozpoczął swoją podróż ku Formie Otwartej, która w świecie idealnym pozwalałaby ludziom decydować nie tylko o układzie mieszkań, ale też o ich wysokości, podziale funkcjonalnym czy rozmieszczeniu i wielkości okien na elewacji. Wszystko po to, by umożliwić każdemu "uwicie własnego gniazda".
    W roku 1950 zawarł związek małżeński z poznaną na warszawskich studiach Zofią Garlińską z mazowieckiego Kałuszyna. Stanowili dobre małżeństwo. Także artystyczne. Architektura ma być tłem dla życia – mówili  –  ma  uwznioślać nawet najbardziej banalne czynności, sprawiać, że obcowanie z nią będzie serią zachwytów obrazami wykreowanymi pospołu przez architekta i mieszkańców. Rolą architekta byłoby to, aby szanując "inność" każdego człowieka nie dopuścić do chaosu. Nie mogło się to podobać komunistycznym władzom, niewiele projektów dane im było  zrealizować.
    "Z chęcią żyłbym w świecie, który stworzyli – pisał o Hansenach Feliks Springer w swojej książce „Zaczyn”.  –  W tym świecie nie ma przestępców i zła, a ludzie chcą się rozwijać i troszczyć o siebie nawzajem, szanując dobro wspólne. Ta utopijna, modernistyczna wizja świata była odpowiedzią na czasy II wojny światowej. Hansenowie uważali, że skoro człowiekowi udało się podnieść po tym doświadczeniu, to już nigdy więcej nie popełni tych samych błędów".
    Hansenowie w Szuminie osiedli  w latach 60-tych XX wieku. Szumin był wtedy utopioną w mazowieckim krajobrazie nadbużańskim niewielką wioską rolniczą; dzisiaj mieszkają tu już niemal wyłącznie letnicy i obejścia miejscowych zupełnie się w letniskowych „daczach” utopiły. W roku 1968 powstał ich dom. Jest nakrytą ciągnącym się do ziemi dwuspadowych dachem prosta, drewnianą chatą. Przypomina skromne zabudowania gospodarcze, a nie „rezydencję” architektów z Warszawy. Nie przez przypadek dom przez miejscowych został nazwany owczarnią.
    Budynek ten wymyka się opisowi – pisał Springer. Nic tu nie jest określone raz na zawsze - wnętrze przeplata się z zewnętrzem, pomieszczenia przechodzą płynnie jedno w drugie, domowe sprzęty mają przypisane po kilka funkcji jednocześnie. Oglądany z zewnątrz nie sprawia  imponującego wrażenia. Na pierwszy rzut niewprawnego oka przywodzi na myśl spontanicznie rozbudowywaną drewnianą szopę, pasterski szałas, który kolejni mieszkańcy dostosowują do swoich zmieniających się potrzeb.
    Zarówno kształt domu, jak  i sposób zaaranżowania całej działki były odzwierciedleniem opracowanej przez Hansenów idei Formy Otwartej. Według jej założeń przestrzeń, wyznaczona przez architekta jest tylko ramą, którą wypełniają sami użytkownicy; kształt domu jest tylko punktem wyjścia do tworzenia, budowania, porządkowania wnętrz według potrzeb i pomysłów jego użytkowników. Dom w Szuminie też taki jest – stanowi zbiór otwartych lub półotwartych przestrzeni, które można było dość łatwo adaptować do zmieniających się potrzeb rodziny z dorastającymi dziećmi. Hansenowie zaprojektowali dom w taki sposób, aby wnętrze stanowiło integralną całość zarówno z ogrodem, jak i wioską. Przy drodze, wiodącej wzdłuż domu, architekci ustawili ławkę, z której korzystali wracający z pól okoliczni mieszkańcy; wnętrze domu rozplanowali tak, aby ze środka móc słyszeć prowadzone na ławce rozmowy.  Zresztą możliwość ciągłego słyszenia i widzenia się domowników była istotną częścią aranżacji wnętrza. Nie ma tu tradycyjnego podziału na pokoje – przestrzenie przenikają się i otwierają na siebie w czasem niespodziewany sposób.
     Po śmierci Hansenów, w roku 2015 szumiński ich dom został wzięty pod opiekę przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Wnętrza są udostępniane kilkanaście razy w ciągu roku, tylko dla niewielkich grup, wyłącznie po wcześniejszym się zapisaniu, chętnych jest zawsze o wiele więcej, niż dom może przyjąć.
Biała Góra nad Bugiem. Fot.L.Herz

      Koło Szumina znajduje się nad Bugiem  jedno z najbardziej urodziwych miejsc na Mazowszu. Rzeka podcina tam piaszczystą wydmę, wznoszącą się około dziesięciu metrów nad poziom wody w rzece. Miejsce to zwane jest Białobrzegi, a wydma Białą Górą. Stamtąd jest najpiękniejszy widok, niewiele mający równych sobie na polskich nizinach. Rzeka, wydmy i torfowiska, sosnowy bór i liściaste łęgowe lasy oraz łąki – wszystko, co najlepsze spotkało się tutaj. Tutaj schodzą się koryta rzeki, w ich widłach widnieje las. Do niedawna rósł na dużym półwyspie, od kilku lat połwysep został już wyspą. Miejscowi nazywają to miejsce Dębniakami lub po prostu Uroczyskiem i jest prawdziwie uroczysko rodem ze starej baśni.
Szlak turystyczny skrajem Puszczy Kamienieckiej na nadbużańskim klifie. Fot.L.Herz

    Ku Białej Górze znakowany szlak turystyczny prowadzi brzegiem tuż nad rzeką, a brzeg ma tutaj charakter klifu i stromo opada ku rzece, która niemal co roku zabiera ze sobą fragmenty brzegu wraz z oznakowaną dróżką. To jedno z niewielu miejsc na Mazowszu, gdzie las bezpośrednio graniczy z wielką rzeką. Mimo, że Bug jest rzeką dłuższą od Narwi, już od wieków jest uważany za jej dopływ. To "rzeka dzika, nie w pełni ujarzmiona przez człowieka, która zachowała wiele przybrzeżnych mielizn, zakoli, wysokich, stromych brzegów, tajemniczych głębin i wysp. Prawdziwa, nizinna rzeka pełna ryb, z dobrze wykształconymi tarasami w dolinie, rozległymi pastwiskami i łąkami, wydmami usypanymi przez rzekę lub wiatr, lasami łęgowymi, dużymi, pięknymi starorzeczami nazywanymi przez miejscową ludność bużyskami, czasami kapryśna, a przede wszystkim piękna, posiadająca niepowtarzalne uroki o każdej porze roku. (...) Ta niezwykła różnorodność i malowniczość krajobrazu, budzi jakąś odwieczną tęsknotę do ciszy lasów i pól, do szerokiego oddechu, do swobodnej przestrzeni, zachęca do przemierzania tych terenów i do kontemplacji" – pisali Henryk Kot i Cezary Starczewski ("Nadbużański Park Krajobrazowy", 1995). W ostatnim ćwierćwieczu XX w. z wielką szkodą dla krajobrazu i przyrody doliny, rzeka została obwałowana na znacznym odcinku, jej taras zalewowy odcięty od naturalnych wylewów, a koryto Bugu w kilku miejscach wyprostowano, likwidując niektóre zakola rzeki.  
Na drugim brzegu brańszczykowskie łąki w Wielkim Kole. Fot.L.Herz
 
     W rejonie Puszczy Kamienieckiej i Białej rzeka płynie szeroką doliną mocno meandrując i tworząc liczne zakola, z których niektóre w latach osiemdziesiątych XX wieku stały się już tylko starorzeczami, po wyprostowaniu głównego koryta. Na drugim brzegu rzeki znajduje się uroczysko Wielkie Koło, a są tam niepowtarzalnej urody łąki z trzech stron otoczone ogromnym zakolem Bugu. Te właśnie brańszczykowskie łąki nadbużańskie  są miejscem występowania m.in. fascynującego swoim kształtem, lotem i śpiewem, rudobrązowego ptaka o długich nogach i dziobie - rycyka. Niekiedy można go zobaczyć z wysokiego brzegu rzeki, jak uwija się nad łąkami po przeciwnej stronie rzeki, lecz częściej można usłyszeć jego donośny, bardzo melodyjny głos.    
      Każdemu, kto czuły na ewenementy przyrodnicze, życzyć należy widoku bytującego nad Bugiem w tej okolicy niezwykle barwnego zimorodka. Późną wiosną w roku 2016 byłem tam w dzień powszedni, to była dla mnie dzień niezapomniany, pogoda cudowna, słoneczna, niebo niebieskie, chmurki na nim białe, cudowna cisza, ani jednego człowieka na horyzoncie, wokół mnie tylko przyroda. W tej ciszy tylko jeden głos mnie dochodził;  co jakiś czas słychać było mocne uderzenie, to o wodę biły ogonem bobry, ucztujące na brzegach i po swoim posiłku zanurzające się w wodzie z takim właśnie uderzeniem swojego płaskiego ogona, brzmiącym jak wystrzał z armatki. Od stu lat okoliczny krajobraz przyciągał w te strony ludzi kultury. W leśniczówce w Jerzyskach zatrzymywał  się bard myślistwa, poeta Julian Ejsmond. Urodę krajobrazu okolicy opisał nadzwyczajnie i były to opisy pełne barw, jakby zdjętych z płócien najwybitniejszych impresjonistów.

    Liwiec, tak, jak i Świder, jest rzeką, będącą synonimem podwarszawskiego wypoczynku letniskowego. Któż nad jego brzegi nie przyjeżdżał na letnisko! Dolny odcinek Liwca od Urli po Kamieńczyk, od wielu lat cieszy się renomą rzeki doskonale zdatnej do celów rekreacyjnych. Koryto rzeki jest tutaj płytkie, dno piaszczyste, brzegi albo niskie z przyjemnymi plażami, albo tworzące niewielkie urwiste klify. Nad rzeką zagajniki, nieco dalej od niej lasy. Z Warszawy stosunkowo blisko. Czegóż więcej trzeba do szczęścia?  
    Wielka kariera nadliwieckich letnisk zaczęła się na dobre po odzyskaniu niepodległości. Wkrótce potem, z wdzięczności za dokonania w muzyce i polityce ofiarowano Ignacemu Paderewskiemu pobudowany jeszcze w 1910 roku pałacyk w Julinie na wschodnim brzegu rzeki. Pałacyk nadal stoi, a legenda Paderewskiego jest tu wciąż żywa, chociaż - jak się zdaje - nie ma pewności, czy on sam był nad Liwcem. Bywała jego żona Helena, która w roku 1924 spowodowała otwarcie szkoły w Julinie i przez trzy lata finansowała mieszkanie i wyżywienie trójki nauczycieli. Niedaleko od Julina uwił przed wielu laty swoje gniazdo w Gniazdowie  wspaniały rysownik, znawca militariów i gawędziarz niebylejaki, Szymon Kobyliński. Niestety, od roku 2001 już nie żyje. Wiele wszyscy straciliśmy wraz z jego śmiercią.
    Dzisiaj nad brzegami rzeki i w dalszej od nich odległości, w pogodne weekendy i latem zaludniają się bardzo tutaj liczne domki, domy i wille letniskowe w Kamieńczyku, Świniotopi, Halinie, Pustych Łąkach, Nadliwiu, Strachowie i Urlach na zachodnim brzegu rzeki, oraz na brzegu wschodnim w Nadkolu, Koszelance, Gniazdowie, Julinie i Barchowie. Domy stałych mieszkańców tych wiosek dzisiaj nikną pośród masy domów letniskowych. 


Pełne zieleni uliczki w letniskach nadliwieckich. Fot.L.Herz

    W roku 1930 na łamach krajoznawczego czasopisma "Ziemia" z zachwytem opisywał urodę nadliwieckiej Koszelanki Tadeusz Cieślewski (syn). Rosły wtedy nad rzeką  „stare bory sosnowe, gęsto przetykane grabami i dębami, pełne tajemniczych jeziorek, podszyte jałowcem i paprocią, usłane mchami i borówkami... Wąskim tylko pasem złociły się pola i kwieciły łąki, obrzeżone piachami, dźwiganymi to tu, to ówdzie przez szeroko rozlany Liwiec. Koszelanka była samodzielnym, odciętym od świata zakątkiem"...
    Nadliwie, nim w latach międzywojennych powstało w nim letnisko, zwało się Strachowskimi Górami. Postawiono kilkanaście domków, wybudowano kort tenisowy i obsadzono dębami drogę ku rzece.  Letnisko miało swoich stałych gości. Przed drugą wojną światową, a i potem, gdy wojna się skończyła, na okres letni przyjeżdżał do Nadliwia Melchior Wańkowicz (1892-1974), znakomity publicysta, niezrównany autor reportaży i gawęd, jedna z najbarwniejszych postaci polskiej literatury.  Położony na wydmowym zboczu dom, gdzie zamieszkiwał, "otulony szczelnie zielonością, piętrowy, z akacjami zaglądającymi do okien, nosił ślady dawnej urody i dbałości (...) Po śniadaniu zaczynała się praca. O jedenastej słychać było pogwizdywanie listonosza, który przyjeżdżał na rowerze: - Panie Wańkowicz, ja w życiu tyle listów nikomu nie woziłem, pan musi być ważny facet" – notowała  Aleksandra Ziółkowska w swojej książeczce "Blisko Wańkowicza". W Nadliwiu mieszkał i tworzył Stanisław Grochowiak (1934-1976), ceniony poeta, prozaik i dramatopisarz Dom stoi nadal i znajdowała się w nim galeria obrazów Marii Sołtyk, towarzyszki życia poety. Dawno tam nie byłem. Jest jeszcze? 
Szaleństwo zieleni, a w środku Liwiec płynie. Lato roku 2016 koło Nadliwia. Fot.L.Herz

    
Najbardziej popularną miejscowością nad Liwcem są Urle. Są najstarszym letniskiem okolicy, już przed I wojną światową były – jak to opisała Maria Ziółkowska - modnym kurortem, istniały wtedy liczne pensjonaty, restauracje z dansingami, hotel, a nawet niewielkie kasyno gry. Urle były magnesem ściągającym warszawiaków, były to płuca niedaleko położonej stolicy. Urle wciąż jeszcze jest to jedna z najbardziej dziś popularnych miejscowości letniskowych pod Warszawą. Może nawet jedyne jeszcze podwarszawskie letnisko o tak „klasycznej" postaci.
    Wiele nadzwyczajnych opowieści o Urlach spisał Kacper Czeretoski (W: „Puszcza Kamieniecka i dolina Liwca”, 2013). Zacytuję jego opowieść jedną, ale za to obszerną. Oto ona. W Urlach jeszcze tlą się wspomnienia o Witowskim i jego dancingu "Pod strzechą". Imienia jego nie pamiętam. W latach trzydziestych żył ze sprzedaży piasku ze swoich placów na Woli. Był to klasyczny król przedmieścia – wysoki, przystojny brunet o barach Atlasa. Przedtem rozporządzał większymi dochodami i bawił się w przedniejszych restauracjach, trochę zwyczajem dawnych kupców moskiewskich. Zabawa, czyli wielka feta kończyła się prawie z reguły tłuczeniem luster, łamaniem krzeseł i kandelabrów, rozbijaniem bufetu. Po takich trzaskach wsiadał do parokonnej dorożki, objeżdżał całe miasto i wracał do knajpy, regulując rachunek zawsze słony niezwykle. Dancing "Pod strzechą" naraił mu Władzio Jurkowski, niegdyś zamożny kupiec i znany w kręgach wesołej warszawski birbant i utracjusz, uczestnik niejednej ich wspólnej hulanki, co wszystko przefiukał po kabarecikach, nocnych lokalach i zwykłych szynkowniach. I wegetował na starość u dzierżawcy Nadliwia w charakterze rezydenta. Bratem Władzia był swego czasu znany inżynier budowy mostów, Stefan Jurkowski, autor pierwszego w kraju podręcznika z zakresu konstrukcji żelazobetonowych.
    Gwałtownemu jednak usposobieniu Witowskiego nie bardzo odpowiadała tego rodzaju profesja...  Dancing "Pod strzechą" stał po prawej stronie torów, jadąc z Warszawy, gdzieś tak bliżej rzeki. W pewien wieczór pogodny do pasji doprowadził go ogólny nastrój na sali i słaba konsumpcja uczestników. Zaczęło się od skrzypka w orkiestrze jazzowej, który jakoby fałszował...  Potem przyszła kolej na niektórych gości. Niebawem lokal opustoszał i niepokój rozszerzył się na pół osiedla. Jakaś bardziej śmiała grupa letników usiłowała stawić czoło rozjuszonemu kierownikowi tawerny. Ale strzały na postrach zmusiły wszystkich do ucieczki. Bieganina była niesamowita. Pogubiły się pary taneczne. Niektórzy zamiast do domu gonili w stronę Liwca. Jak Urle Urlami, jeszcze takiej awantury tam nie widziano. Tyle  opowieści pana Kacpra. 
    Poza sezonem w Urlach jest zupełnie pusto, większość domów ma zamknięte na głucho drzwi i okna zasłonięte okiennicami. Tym domom, specjalnie budowanym dla letników, warto się przyjrzeć. Budowano je po to, aby je wynajmować. Były to czasy, gdy jeszcze nie powstawały masowo różnorakie „dacze" i prywatne domki letniskowe. Wtedy budowano domy, przeznaczone do wynajęcia, bardzo często nie tylko jednej rodzinie. Tutaj od lat międzywojennych na wakacje przyjeżdżały zwłaszcza matki z małymi dziećmi. Ojcowie, pracując w tym czasie w Warszawie, przybywali w odwiedziny na niedziele. Dawniej wyłącznie pociągami, dzisiaj w znacznej już części własnymi samochodami.
    Przed ćwierćwieczem i jeszcze nieco dawniej, w niedzielne popołudnia na peronie położonej wśród lasu stacyjki, na przyjazd pociągu czekały  tłumy ludzi, lecz większość z nich stanowiły osoby odprowadzające, które po odjeździe pociągu powracały na kwaterę do wynajętego domu. A domy to bardzo charakterystyczne, mające  obszerne werandy, przystosowane do spędzania czasu i do zabaw z małymi dziećmi w czasie niepogody, która w naszym klimacie nie jest wielką rzadkością.



Domy letniskowe na wynajem w Urlach. Z werandami, tak jak trzeba. Fot.L.Herz
    Przewodnik Kazimierza. Saysse-Tobiczyka z roku 1934, zaliczał Urle, bo o nich to mowa, do miejscowości, które „posiadają bezsprzecznie dobre warunki klimatyczne, dzięki suchej, piaszczystej glebie i sosnowym lasom, główne ich ośrodki jednak — pisał autor — nie odpowiadają współczesnym wymaganiom hygjeny i estetyki". Nie odpowiadają zresztą nadal, niestety.
    Popularności Urli trudno się dziwić. Miejscowość położona jest pośród sosnowych borów, nad płytkim i zdatnym do dziecięcych kąpieli Liwcem, jest tutaj stacja kolejowa, a zatruwający atmosferę przemysł znajduje się zbyt daleko, by jego skutki były wyraźnie odczuwalne. Zanim jednak powstało letnisko, wpierw była osada, i to bardzo późno założona, gdyż dopiero w drugiej połowie XVIII wieku. Pisano w lustracji starostwa jadowskiego w roku 1775: „są także należące do Starostwa Jadowskiego dwa Pustkowia, w których osiedli Kurpikowie. Jedne za Borzymem Urle zwane, w nich osiadłych Kurpików trzech". Mieszkańcy Zielonej Puszczy Myszynieckiej cieszyli się zasłużoną sławą „puszczaków", obeznanych z pracą w lesie, umiejących las ten rąbać i pozyskiwać nowe tereny dla gospodarowania. Trudno się też i dziwić, iż sprowadzono ich również nad Liwiec.
    Nazwa miejscowości związana jest z płaską dolinką Liwca. Nazwa Urle oznacza miejsce niskie, bagienne, Mówi się „to urle”, a nie „te urle”.  Liwiec jest bardzo malowniczy, płynie płytkim korytem o piaszczystym dnie. Brzegi miejscami tworzą niziutkie i urwiste klify. Na nich rosną zagajniki,   pośród   których   w ostatnich latach wyrosły niezliczone domki i wille letniskowe, tworzące duże nawet osiedla z uliczkami i drogami, pełne płotów i ogrodzeń. Nie da się ukryć, że dzisiejsze Urle nie są już tym osiedlem, którym były jeszcze przed dwudziestu laty. Ale wciąż urlańskie sosny pachną żywicą i w ciepłe dni lata żywiczny ich zapach bywa oszałamiający. 


Urlański kościół pośród sosen. Fot.L.Herz

    
 
 
 
 
Urle są po stronie północnej linii kolejowej, po stronie południowej są Borzymy. Można przypuszczać, że tak jak mickiewiczowskie Butrymy, tak i Borzymy nazwę wzięły od mieszkańców, tutaj przezywanych Borzymami, bo pośród borów mieszkających. Pośród sosnowego boru postawiono miejscowy kościół, znany z letnich spotkań z kulturą. Tłumy letników i mieszkańców przychodzą na koncerty muzyki kameralnej, organizowany jest nawet festiwal tego gatunku muzyki klasycznej i koncertują na nim uznani artyści. Są także koncerty muzyki popularnej, są koncerty jazzowe, do tradycji weszły  plenery rzeźbiarskie, w leśnym ogrodzie wokół świątynki pełno jest drewnianych rzeźb, przedstawiających zarówno świętych, jak i zwierzęta leśne.
Drewniana sowa w leśnym ogrodzie urlańskiej parafii. Fot.L.Herz

     Zagubione wśród lasów Urle  w czasie drugiej wojny światowej były miejscem, w którym szkolili się żołnierze utworzonych później batalionów szturmowych Armii Krajowej: „Parasol" i „Zośka". Linia kolejowa była celem ataków licznych zgrupowań partyzanckich, które, korzystając z osłony lasu, wysadzały tutaj hitlerowskie pociągi wojskowe i urlopowe. Naprawy torów wymagały potem wielogodzinnych przerw w komunikacji.