piątek, 12 listopada 2021

Wspomnienie kolorów jesiennych.

Chyba żadna pora roku nie ma tylu twarzy, co jesień.Ale najpiękniejsza jej twarz przyodziana jest w  szał barw, na który wszyscy czekamy, i to właśnie jest prawdziwa jesień. Coraz rzadsze jest ostatnimi laty krótkie na ogół babie lato. Wszystko to w tym pandemicznym roku mamy już za sobą. Już wiatry jesienne  zerwały liście z drzew wiatry i jak wrogie armie zbliżają się szarugi jesienne, chłoszczące ziemię deszczem. Nadszedł czas na wspominanie tego, co najładniejsze: twarzy jesieni w kolorach. Najpiękniejszymi kolorami obdarowała nas w tygodniu przed Zaduszkami.
 
Na warszawskich Powązkach o jesieni
 



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na warszawskich Powązkach słońce złociło drzewa, cały cmentarz płonął nadzwyczajnie, nie przypominam sobie aż tak barwnej tam jesieni.  Lubię ten cmentarz.  Znajduję w nim tak wiele barw i treści. Na nim szukam odpowiedzi na swoje pytania, tam odnajduję czasem odpowiedzi. Szedłem niespiesznie,  fotografowałem bez wyjęcia, ponad setkę zdjęć pstryknąłem, szukałem charakteru tego wspaniałego cmentarza, nie byłem wszędzie, chyba jednak w pewnym stopniu udało mi się odnaleźć to, czego szukałem, nastroju miejsca, atmosfery po prostu.
Tak mi teraz zeszło na moje stare lata, na to, co bliskie. Dawniej jeździłem co roku do Zamczyska w Puszczy Kampinoskiej, do lasów pod Skułami,  tam są cudowne listne dywany o jesiennej porze. Tego roku brodziłem wśród kolorowego dywanu liści w parku warszawskich Łazienek Królewskich i w jednym z najpiękniejszych rezerwatów polskich, mam go niemal pod domem, na warszawskich Bielanach. Gdy tak się idzie wśród tych liści, szur szur nogami w tym złotym dywanie, wszystko pozostałe zupełnie się nie liczy. Tylko ten kobierzec złotych liści zaścielający ziemię. Każdy krok w jesienne listowie to niemal Anteuszowe zagłębianie się w ten miękki dywan...
 
 W Łazienkch Królewskich
 

 
 Jesień w warszawskim Lesie Bielańskim

  Józef Nyka 


 Na początku tegorocznej jesieni, 4  września odszedł na niebieskie szlaki jeden z moich mentorów w moim turystycznym u krajoznawczym pisaniu. Tylko trzech lat zabrakło mu do setki. Był  legendą środowiska górskiego, taternikiem, alpinistą, dziennikarzem, autorytetem .gdy chodzi o góry – również na arenie międzynarodowej.  Był również jednym w moich mentorów.  Wiele mnie nauczył. Wiele mu zawdzięczam. Wielką rolę odegrał jego sposób pisania na pisaniu moim. Był  autorem najlepszych przewodników, jakie kiedykolwiek zostały napisane. 

Chociaż wydał wspaniałe przewodniki po Tatrach, znakomity jest jego przewodnik po Pieninach, a jego „Gorce” są dla mnie być może najlepszym polskim przewodnikiem, jaki kiedykolwiek został napisany. Mam wydanie jeszcze z lat sześćdziesiątych. Pamiętam z tego przewodnika dwa miejsca. Masyw Gorców  charakteryzuje się przepastnymi lasami i niezliczoną ilością polan. Jedna do drugiej podobna. Każda piękna. Zapamiętałem jedną, leżącą przy szlaku z Turbacza na Gorc polanę Średniak, a to dzięki temu, iż Józef nakazał wypatrywać mi zagłębienia, które wedle opowieści miejscowych mieli wytańcować zbójnicy, tańcząc po podziale łupów.
O tym, czym dla przybysza z miasta może być w bukowym lesie kolorowa jesień  też on mi powiedział. W pisaniu swoich przewodników w niego się zapatrzyłem. Zawsze o nim myślałem, gdy w czasie mazowieckich wycieczek jesiennych udawało mi się brodzić w złocących się liściach. Przypominam sobie wtedy słowa Józefa z jego przewodnika po Gorcach, jedne z tych słów, które zaważyły mocno na moim odczuwaniu przyrody i na pisaniu turystycznym. Bodajże przy opisie wsi Szczawa lub Kamienica wspomniał o szlaku zejściowym z Mogielicy w Beskidzie Wyspowym, pisząc że na ten szlak późną jesienią specjalnie przyjeżdżają turyści z Krakowa, by zbiegać w dół ku dolinie, brodząc po kolana w opadłych liściach bukowych. Nigdy nie było mi dane znaleźć się tam o jesiennej porze. Buczynę karpacką w kolorach sfotografowałem dopiero niedawno ...koło Lipiec Reymontowskich; jest na zdjęciu poniżej.



 
Na Mogielicy byłem raz jeden, jako uczeń gimnazjalny, uczestniczący w młodzieżowym obozie krajoznawczym, który odbywał się  w Tymbarku. Zbieraliśmy różne informacje krajoznawcze po wsiach, przeprowadzając rozmowy i wywiady w zagrodach. Wtedy to usłyszałem o płanetnikach, mieszkających na szczycie Mogielicy.  Gdy w górach nad Tymbarkiem zbierało się na burzę, niebo ciemniało na horyzoncie, jej pomruki już słychać było i pojawiały się w oddali zygzaki błyskawic, wtedy w okolicy mówiło się:  Ooo! płanetnicy przystąpili do swojej roboty...

Wszedłem wtedy na tę Mogielicę i uczynił na mnie jej szczyt wielkie wrażenie, jak i legendy o płanetnikach, opowiadano nam, młodym krajoznawcom we wsiach okolicznych. Zapewne i ta wycieczka na Mogielicę, resztki połamanego przez wichry "triangułu" na jej wierzchołku, piaskowcowe głazy wśród trawa, paproci i krzewów, na nich farbą namalowane kierunki szlaków wiodących ze szczytu, Mogielnica zdawała się być dla mnie niby Olimp, którego deptać niegodne są stopy śmiertelnych, boć to przecie siedziba bóstw. Legendy o płanetnikach, aura, to wszystko zapewne zaważyło w jakiś sposób na moim zainteresowaniu krajoznawstwem w późniejszym życiu. Tak jak i opis Józefa Nyki wiele lat później. 
 Zimowity
Tego roku, gdy opuściłem już bielański lasek, idąc ku autobusowi, który miał mnie zawieźć do domu, na skraju lasku, nad stawem na dolnym Marymoncie zobaczyłem liliowe kwiaty zimowitów. To delikatne kwiecie zapowiada zimę. Wita nie tylko swoją, wyjątkowo trafną polską nazwą. Jest jej zapowiedzią. Spotykałem je na górskich polanach, ostatni raz szmat czasu temu w słowackich Oravicach. One górom przynależą, na nizinie są sadzone aby umilać oczy takim, jak ja mieszkańcom nizinnej dziedziny... Pełna ich nazwa wskazuje na jesień, to zimowit jesienny, tę jesień nosi w swojej nazwie łacińskiej Colchicum autumnale.


No i proszę, jakby na to nie patrzeć, zawsze ku górom się spogląda z tych naszych nizin, od rozścielonych nad królewską Wisłą ziem Mazowsza. Wisła też stamtąd tutaj przypłynęła do tej naszej Warszawy. Wiele ostatnich lata swojego Józef Nyka spędził na nizinnym Mazowszu. A przecież był człowiekiem gór. W Gorcach brał czynny udział w partyzantce, w wysokich, skalistych górach się wspinał, o górach pisał. Zostały po nim jego przewodniki, wciąż wznawiane, wciąż niedościgłe. On pozostał na naszym Mazowszu, na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, w kwaterze G III, rząd urnowy, grób 4. 
 
....................................................................

 



niedziela, 31 października 2021


 Przy grobie Macieja Boryny we wsi Lipce

    Lekko przymglonym jesiennie dniem październikowym byłem z przyjaciółmi we wsi Lipce na krańcach dawnego Księstwa Łowickiego. Nie często się zdarza, aby można było wycieczkować w plenerze, który posłużył jako miejsce akcji powieści uhonorowanej literacką nagrodą Nobla. Księżacka wioska Lipce to w Polsce takie miejsce jedyne. Zdobyła międzynarodową sławę dzięki nagrodzonej literackim Noblem powieści Władysława Reymonta. Tradycje księżackie i związki z pisarzem są w tej wiosce bardzo mocne i chociaż z dawnych czasów niewiele już pozostało, wieś oddycha Reymontem i jego powieścią, Reymontem karmiąc przybyszy. Jest pomnik Reymonta pośrodku wsi, jest ulica i muzeum jego imienia, we wsi wznosi się drewniana kaplica, pamiętająca noblistę, na wzgórku za wioską, tuż przy torach kolejowych stoi jak relikwia zachowany  dom dróżnika, w którym mieszkał przyszły noblista,. 


    We wsi Lipce, od roku 1983 noszącej oficjalnie nazwę Lipiec Reymontowskich,  Władysław Stanisław Reymont jest patronem miejscowej szkoły, zespołu regionalnego i  muzeum, obchodzony jest doroczny Dzień Reymonta i wciąż są obecni w Lipcach bohaterowie  powieści, z nich wszystkich Maciej Boryna najbardziej.  Ma Boryna swoją ulicę, wiejską karczmę nazwano "Borynianką". Jakoby na miejscu zagrody  Macieja Boryny ten budynek postawiono i na jej bocznej ścianie warszawska plastyczka wymalowała Wesele Boryny.  Karczma, w której Antek ku rozpaczy Hanki zapijał swoją tęsknotę za utraconą Jagną, mieściła się w drewnianym domu, gdzie teraz jest sklep mięsny. Ludzie o tym pamiętają.

    Podobno jednak tak naprawdę to Boryny w Lipcach nigdy nie było. Jak w 1998 roku próbował ustalać Stanisław Manturzewski, dociekliwy dziennikarz „Gazety Wyborczej”, nazwisko Boryny w Lipcach pojawiło się dopiero na kartach powieści. Reymont znalazł je w niedalekim Makowie, gdzie u niejakiego Boryny przyszły pisarz stał na kwaterze, gdy nadzorował robotników konserwujących tory kolejowe. Zastał jeszcze dziennikarz trzech sędziwych bardzo Borynów, dobrze  pamiętających niewysokiego człowieczka w wielkim kapeluszu.  Reymont stał u nich na kwaterze: spał na słomie, latem w stodole, zimą na wyrku w sieni. "To był człowiek biedny. Nakrywał się kapotą, jadł kartofle przeważnie. Do roboty specjalnie się nie przykładał. Ale zapisywał coś bez przerwy ołówkiem w grubym zeszycie. A co pisał - nie opowiadał nikomu".  

Władysław Reymont z pomnika w Lipcach

Dlaczego o tym wszystkim  piszę w tym blogu? Dlaczego akurat teraz, w przededniu listopadowego święta zmarłych wrzucając ten tekst do Internetu. Ano dlatego, że jest na cmentarzu w Lipcach Reymontowskich mogiła, jakiej nie ma nigdzie, mogiła Macieja Boryny z "Chłopów", jedyny chyba w Polsce grób bohatera literackiego, postaci fikcyjnej.  Prawie na pewno nie będziecie mieli szansy, mili Czytelnicy tego bloga, aby odwiedzić Lipce w tych listopadowych dniach. Ale – jeśli macie w domu tę fenomenalnej urody arcypowieść – sięgnijcie, proszę, do rozdziału 11 w „Chłopów” części 3. A jeśli akurat książki nie macie u siebie, macie już przecież komputer i możecie go poprosić, aby dzięki współczesnej technice błyskawicznie zobaczyć tekst tego rozdziału na swoim monitorze. Przeczytajcie... A jak to już zrobicie, będziecie wiedzieli, dlaczego Wam to proponuję...  

.............................................................


środa, 13 października 2021

 

 W magicznej krainie 

pieszo z Zalesia Dolnego do Górnego Zalesia

Takie dni łagodnej jesieni przyszły na początku października, ze grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Postanowiłem nie grzeszyć. Więc pojechałem w plener ku magicznej krainie. Pociągiem do Piaseczna, tam z pociągu na peron, z peronu prosto do Zalesia Dolnego i trzy minuty później już szedłem jego uliczkami. Ładne są one. Wysokie przy nich rosną drzewa, ich korony kłaniają się niebu. Bardzo byłem szczęśliwy. Szedłem albowiem  szlakiem, który sam zaprojektowałem pół wieku temu, a który petetekowcy znakarze wyznakowali żółtym kolorem i wciąż starają się utrzymywać szlak przy życiu i wcale nieźle im to wychodzi.
 
Zacząłem w Zalesiu Dolnym, zakończyłem w Zalesiu Górnym. I jedno i drugie osiedle powstało w lesie, nie znajdują się więc „za lasem”, lecz  „zamiast lasu” tam się znalazły. Ale też nie tak zupełnie, las wewnątrz obu tych osiedli jest wciąż obecny, tak więc one „są w lesie”.  Obok Górnego płynie rzeczka Zielona i w jej dolince znajduje się wianuszek stawów, obok Dolnego ta płynąca z południa niewielka rzeczka wpada do Jeziorki. Najważniejsze tam są jednak nie te oba Zalesia i nie te rzeczki, Zielona i Jeziorka, najważniejsze są tam lasy, przez które Zielona płynie. A mnie tak wyszło, że tego dnia najważniejszą role w moim krajobrazie odgrywała woda. Jeziorka była najpierw. Ścieżka wśród drzew wrzuciła  mnie nad Jeziorkę. Jeziorka to czy Jeziorna? 

Jeziorka jest rzeczką raczej, niż rzeką. Spływa z Wysoczyzny Rawskiej, po 66 km uchodzi do Wisły w okolicach Ciszycy koło Konstancina Jeziorny. W tradycji tylko ujścia do niej Tarczynki, rzeka była zwana Jeziorką. Od tego miejsca zmieniała nazwę na Jeziorne i nad rzeką Jeziorna powstała w XV wieku wieś Jeziorna, dzisiaj dzielnica miasta Konstancin-Jeziorna. A ta nazwa – Jeziorna   powstała od rozlewisk wielkich, zwanych jeziorami. W ostatnim czasie dla całego biegu rzeczki upowszechniła się jednak nazwa Jeziorka. Nawet w Konstnacinie-Jeziornie rzeka Jeziorna zwana jest teraz Jeziorką. Przy tej nazwie rzeczka pozostaje aż do swojego ujścia do Wisły.  Czy słusznie? Jakieś ma to znaczenie, czy tak, albo nie. Życie ma niemal zawsze rację. W  tym przypadku na pewno. 
 
Na krańcach Zalesia Dolnego usytuowały się malownicze na północnym brzegu  Jeziorki, rzem z otaczającą je okolicą chronione są jako "Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Górki Szymona". To nadzwyczaj sympatyczna okolica. Stawy są okolone przez  wygodne alejki, nad północnym ich brzegu wznoszą się piaszczyste wydmy, bardzo tam ładnie i jest na czym zawiesić wzrok i obiektyw aparatu fotograficznego. Objęcie określonego obszaru ochroną w formie zespołu przyrodniczo-krajobrazowego, skutkuje podobnymi zakazami, jakie obowiązują w stosunku do pomników przyrody, stanowisk dokumentacyjnych czy użytków ekologicznych. Wyjątkowe walory estetyczno-widokowe krajobrazu kulturowego sprawiają, że są one bardzo atrakcyjne dla turystyki i rekreacji. Trzeba przyznać, że miejscowe władze bardzo, ale to bardzo dbają o ten wyjątkowy teren.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
A skąd ta nazwa ― Górki Szymona? To dłuższa historia, nie miejsce, aby w tym blogu cała ją opowiadać.  A jednak opowiedzieć należy. Szukając informacji, w internetowym Przeglądzie Piaseczyńskim z 23 września 2015 roku znalazłem tekst p.Marii Szturomskiej.
 
Kim był tajemniczy człowiek, którego imię pozostało w tych żółtych piaskach, sosnach i wzgórzach. Czym się zasłużył, że ten interesujący krajobrazowo teren nazwano Górkami Szymona? Ile emocji, ile miłości musiało być w Szymonie do tego miejsca, że nagrodzono go po wsze czasy tak godnie?  – pyta autorka. Wygląda na to, że to był Szymon Olka, urodzony się w 1874 roku. Po ślubie z Marianną (z domu Skomorowska) zamieszkał w Skolimowie. pracował w piekarni u pana Okrasy, jeździł wozem konnym i rozwoził chleb do okolicznych sklepów i gospodarstw. Pewnego razu w lesie w Magdalence został napadnięty, pobity i obrabowany. Okazało się, że zajęcie jest bardzo niebezpieczne i należało poszukać innego. W tym czasie w nadleśnictwie w Wilanowie poszukiwano na stanowisko gajowego uczciwego człowieka. Szymon przyjął posadę i rodzina przeprowadziła się do osady Borówka koło Piaseczna, dziś to okolice ulicy Granicznej. I dbał odtąd pan Szymon o swoją okolicę, pilnował jak należy, przeszedł wreszcie do historii. W tej okolicy co krok, to jakaś historia, jakaś opowieść w niej się ukrywa. 
 
Na drugim, południowym brzegu Jeziorki rozciąga się  kraina hodowlanych stawów pod Żabieńcem. On sam jest nieco dalej na wschodzie, za torami kolejowymi. dzisiaj już wcale spora wieś, jej nazwa  w formie Zabyniec znajdowała się na mapach już przed laty pięciuset. Wyjątkowo trafna nazwa. Osada powstała na skraju lasów, pełno wokół podmokłości, obok są dwie rzeczki, bo Zielona wpada tam do Jeziorki, no i jest tam sporo stawów. W Żabieńcu znajduje się Rybacki Zakład Doświadczalny, oddział Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie. Wyasfaltowana droga od Jazgarzewa rozdziela dwa kompleksy żabienieckich stawów. Stawy na południe od tego asfaltu są nie tylko stawami hodowlanymi, są także obiektem przyrodniczym o randze europejskiej objęte granicami obszaru Natura 2000. Na ich  terenie występują typy chronionych siedlisk i fauny, różne traszki i kumaki i nawet bobry i wydry, a stawy są ostoją ptactwa.
 
 



 
Teraz, gdy tam teraz zaszedłem o łagodnej, październikowej jesieni, stawy były opustoszałe, ptaki odleciały, większość do ciepłych krajów, a te, które zazwyczaj pozostają na naszej rodzimej ziemi, wybrały się w sąsiedztwo ludzkich osiedli, tam gdzie zazwyczaj o zimowej porze się udają, bo już bez wsparcia ludzi żyć im się nie daje. Stawy trwały w milczeniu, wiatr lekko ruszał ich fale, patrzyłem na nie z poziomu drogi, wydawały się być niby mazurskie jeziora.
Ale gdy później na Zimnych Dołach wlazłem na pomost ambony widokowej, ustawionej dla ciekawych krajobrazu ptasiej ostoi, z jej wysokości zobaczyłem już nie mazurskie jeziora, a zwyczajne, mazowieckie stawy pośród Lasów Chojnowskich. 


O Lasach Chojnowskich można nieskończenie. Że ładne, wie to każdy, kto tutaj bywał. Że są głównym elementem Chojnowskiego Parku Krajobrazowego, to także wie każdy. Niewielu z odwiedzających Lasy Chojnowskie wie, skąd się ta nazwa wzięła. A wiedzieć warto. W nazwach albowiem przechowywana jest historia i tradycja, również w pojęciu etnograficznym. Warto tutaj wspomnieć, iż najpopularniejszy nasz rodzimy gatunek iglastego drzewa zwano nie "sosną", lecz "choją" i stąd np. wieś Chojnów i Lasy Chojnowskie. W przeszłości najpowszechniejszy gatunek drzewa w Polsce zwany był  „choją”.  Drzewo - sosnę dawniej nazywano "sosną" tylko wtedy, gdy była w nim wydziana barć. 

W przeszłości tutejsze lasy przynależały majątku wilanowskiego. Miały dostarczać drewno na budulec i opał pałaców właścicieli w Warszawie i Wilanowie, na szkoły, szpitale i ochronki dworskie, młyny, kuźnie i karczmy, browar i cegielnie, na potrzeby  chłopów pańszczyźnianych, kolonistów, posesorów i proboszczów,  na deputaty drzewne dla pracowników administracji, na budowę mostów i płotów, na drabiny i zwykle miotły. Że węgla kamiennego nie używano jeszcze, aż 75% drewna zużywano na opał. 

Także i dzisiaj  ― a widzi to każdy ― są tu zręby i poręby, i są szerokie, żwirowe drogi, przystosowane do tego, aby ciężarówkami wywozić skoszone w tych lasach drewno. Dzisiaj to lasy państwowe, także i ten właściciel drewna potrzebuje, bo ma drewno swoją cenę! No cóż, te zręby i nowe zalesienia to również element krajobrazu, to normalna codzienność polskiej przyrody, która musi przecież spełniać także i swoja użytkową rolę. Ale i w tych lasach są rezerwaty przyrody i rosną tam sosny żywiczne, wysokie i strzeliste, smukłe i gonne. Żółty szlak turystyczny o jeden taki rezerwat się ociera, nosi on nazwę „Uroczysko Stephana”  i obejmuje zwarte starodrzewy w wieku 120-200 lat.
Rezerwat w swojej nazwie nosi nazwisko pochodzącego z Węgier Wiktora Stephana, opiekuna tych lasów w czasach Potockich.  Przy niedalekiej odeń szosie z Pilawy do Zalesia Górnego, znajduje się niepozorny głaz, na którym umieszczono napis: Tu czuwa duch mój Wiktor Stephan 1865 – 1923. Według podań duch leśnika krąży o północy nad okolicznym lasem. Pamięć o nim przetrwała nie tylko w nazwie rezerwatu, również w nazwie pobliskiej wsi Stefanów. Rezerwat został utworzony z inicjatywy innego wielce zasłużonego dla mazowieckiej przyrody człowieka, niespożytej energii wojewódzkiego konserwatora przyrody z Warszawy, zmarłego w roku 2000 Czesława Łaszka.  Za jego kadencji utworzono na Mazowszu dwa parki krajobrazowe i 62 rezerwaty, a  około 2000 drzew i głazów objęto ochroną pomnikową. Ten rezerwat też z jego inicjatywy powstał. 
 
Granice rezerwatu poprowadzono duktami i wkraczać w głąb lasu nie  trzeba, albowiem wszystko co najlepsze widać z zewnątrz.  Mam takie miejsce na skraju tego rezerwatu, leśnicy postawili tam nawet ławeczki, na stare moje lata bardzo akuratne.  Trafiłem tam ostatnio w idealną pogodę, był dzień powszedni, ludzi prawie żadnych, więc momentami mi się wydawało, że cały ten las okoliczny rośnie tylko i wyłącznie dla mnie! Posiedziałem tam sobie w milczeniu przez wiele minut, to były bardzo dobre chwile... 
 
A później zszedłem nad rzeczkę Zieloną,  żeby porozkoszować się zupełnie innym krajobrazem.  Bo tak tam jest, proszę pastwa, że przyroda w tamtym zakątku podwarszawskiego Mazowsza, co krok to inne ma oblicze, a każde z nich co innego chcącym to zobaczyć pokazuje. 
 




Sznureczek stawów, ciągnący się od Jeziorki ku południowi, kończy się na poprzecznej szosie, najważniejszej trasie dojazdowej do praktycznej stolicy całego regionu Lasów Chojnowskich, do położonego pośrodku ich kompleksu Zalesia Górnego. Rzeczka jest tam uregulowana, płynie pośród olszyn i przez większą część roku bardzo zielone to otoczenie, tu widać jak słuszną jest nazwanie rzeczki Zieloną. 

Zanim doszedłem do stacji kolejowej  w Zalesiu Górnym, musiałem minąć to, co większość z odwiedzających najbardziej w te okolice przyciąga. Jest tam tego całkiem sporo, sporo gotówki można tam zostawić w pogodną, letnią sobotę lub niedziele. Jest tam przede wszystkim popularny ośrodek wczasów świątecznych o peerelowskim rodowodzie obrósł ostatnio w ożywające w czasie weekendów  najróżniejsze urządzenia do masowej rozrywki. 
 
No cóż, nie z samych ciszy i leśnego spokoju składa się nasza ludzka gromada. Mogłem się tylko cieszyć, że wybrałem się tam nie w dzień weekendowy i już po sezonie. No cóż, taki to przywilej emeryta, że dni robocze ma wolne, bo już nie musi chodzić do roboty.




........................................................................


 

 


środa, 22 września 2021

 

Najpiękniejsze szlaki mazowieckie: 
stareńkie dęby, maleńki Bełch i wywierzysko w Osiecku
Pieszo przez lasy z Pilawy do Zabieżek
 
Dolinka strugi Bełch w Górkach
        Są na podwarszawskim Mazowszu szlaki uczęszczane, ku którym ludzie ciągną jak ćmy do światła. Dlatego, że warto, bo szlaki ładne i dojazd do nich wygodny i nie za daleki. Takie są przede wszystkim szlaki Puszczy Kampinoskiej, to szlaki markowe, sprawdzone. Ale są też trasy inne, nie tak popularne, a dające możliwość przeżycia turystycznej przygody i to bardziej, niż szlaki koło Palmir lub Międzylesia. Na tych szlakach niemal na pewno nie spotkacie zbyt wielu turystów, a z dużym prawdopodobieństwem nie spotka się turysty żadnego. Fakt, że dojazd nieco dłuższy niż do Dziekanowa, Truskawia lub Zalesia Górnego, ale za to jakże te szlaki smakują! Nie mam w zwyczaju podawać w tym blogu propozycji wycieczkowych, wybór tras pozostawiam czytelnikom, niech oni decydują jak dotrzeć do miejsc, jakie  opisuję w blogu. Tym razem nie mogę jednak powstrzymać się  od szczególnej zachęty. Ta trasa jest nadzwyczajnie urozmaicona i bardzo akuratna, aby dać moc satysfakcji każdemu rasowemu turyście o krajoznawczym zacięciu.
Pozostałości Puszczy Osieckiej w okolicach Pilawy

Ciekawe ilu z czytelników tego blogu zaczynało wycieczkę w takiej na przyjazd Pilawie, aby stamtąd powędrować szlakiem turystycznym o niebagatelnych walorach krajoznawczych; tam co i raz jest coś do zobaczenia, na co warto spojrzeć, o czego historii warto wiedzie. Na stacji w Pilawie zaczyna się szlak do Łucznicy (ok.6 km). Jest  wyznakowany kolorem zielonym i tylko na pierwszym kilometrze prowadzi miejskimi uliczkami, potem wprowadza w urozmaicony krajobraz leśny, którego przyrodniczą ozdobą są niewielkie torfowiska, chronione jako użytki ekologiczne.
Dawny dwór Potockich w Łucznicy
       Niewielka Łucznica znajduje się pośród Lasów Garwolińskich na terenie historycznej, książęcej Puszczy Osieckiej. W pozostałościach podworskiego parku, wznosi się w Łucznicy przyjemnie usytuowany klasycyzujący dwór murowany, zbudowany ok.1840 roku przez Potockich z Wilanowa, którzy w pierwszej połowie wieku XIX kupili dobra osieckie i z Łucznicy uczynili główny ich ośrodek. Dwór prezentuje się sympatycznie i jest bardzo typowym architektonicznie dziewiętnastowiecznym budynkiem dworskim, po sąsiedzku z nim rośnie niezwyklej urody dąb szypułkowy, jest pomnikiem przyrody  o obwodzie 575 cm w pierśnicy. Piękny on jest nadzwyczajnie.
W tych dniach, gdy ten post wrzucam do swojego blogu, upływa właśnie kolejna ważna dla Łucznicy data.  Dnia 22 września 1934 roku na kilka dni przed śmiercią. ostatni właściciel Łucznicy Jakub Ksawery Aleksander hrabia Potocki, ostatni właściciel Łucznicy, sporządził testament. Do fundacji Jakuba Potockiego należały szmat lasów okolicznych wokół Osiecka, Łucznicy i Pilawy. Już jako bezdzietny wdowiec w roku 1934  Jakub dobra Osieckie zapisał wraz z całym innym i wielkim swoim majątkiem w kraju i zagranicą jako fundację nowo utworzonego Instytutu Marii sklodowskiej-Curie w Warszawie,  którego celem była walka z rakiem i gruźlicą.
       W czasie II wojny światowej w dworskich lasach ukrywali się partyzanci z Armii Krajowej. Wcześniej walczyli w nich powstańcy styczniowi i jest tam nawet ich mogiła. Po wojnie dwór przez dłuższy czas stał bezpański. Potem był w dworze ośrodek szkoleniowy, kolonie dziecięce i szkoła. Dzisiaj jest szczęśliwie użytkowany przez realizujące interesujący program Stowarzyszenie „Akademia Łucznica”. Służy ta Akademia animatorom kultury, artystom plastykom, nauczycielom i instruktorom plastyki, dzieciom i młodzieży, również osobom niepełnosprawnym i ich opiekunom. 

        Przez Łucznicę Łucznicę przebiega trasa niebieskiego szlaku. W jedną stronę można nim dojść do stacji Garwolin (ok.12 km) i to jest bardzo, ale to bardzo interesująca trasa leśna. W drugą stronę szlak niebieski wiedzie do stacji Zabieżki (14 km) i to jest urozmaicona trasa krajobrazowa i krajoznawcza o niepospolitych walorach. Tu ładnie i tam także. Więcej atrakcji jest na trasie do Zabieżek. Tam więc zachęcam bardziej i tę trasę tutaj proponuję.
Szlak w borze sosnowym w dolince strugi Bełch
 
  Zaraz za Łucznica szlak znakowany wprowadza na leśne dróżki i ścieżki wiodące nad dolinką strugi Bełch. Bełch to również stara nazwa nurtu na dużych rzekach, takich jak Wisła. Ten Bełch jest malutki, skacze po głazach i "bełkoce" płynąc po kamienistym dnie. Struga jest wąska, spadek ma dość duży i płynie w dolince mocno wyerodowanej, zasilana wodą wytryskającą z kilku niewielkich wywierzysk. Na stokach dolinki rośnie las, znakowana ścieżka miejscami jest wątła, ale nieźle wyznakowana. Wszędzie spotyka się niewielkie głazy i kamienie. Jesteśmy wszak wyniesieniu polodowcowym, krajobraz jest lekko pofałdowany, nie za bardzo, lecz przecież wyraźnie.

Zabytkowy dąb szypułkowy we wsi Górki koło Osiecka
 
     Nad Bełchem dochodzi się do  malowniczej wsi Górki (4 km z Łucznicy)w której rośnie drugi zabytkowy dąb szypułkowy tej okolicy, nazwany imieniem Jana Pawła II. Drzewo jest ogromne, ma 805 cm obwodu na wysokości piersi, co najmniej pół tysiąca lat, może mniej, a może więcej, dokładnie nie wiadomo, gdyż nikt jeszcze tego nie badał, jak się zdaje. W pobliżu wsi do strugi Bełch uchodzi struga Rudnik. Można się na tych strugach dopatrzeć śladów młynów i stawów młyńskich, w przeszłości przez dziesiątki lat należących do Osiecka.


    Osieck usadowił się się pośród szerokiej niecki otoczonej łagodnymi wzgórkami spiętrzającej się tutaj polodowcowej równiny. Jest wsią, chociaż nie bule jaką, bo gminną i ma charakter miasteczka; był w przeszłości miastem i miejski jest układ urbanistyczny osady z kwadratowym placem rynkowym pośrodku. Jako miasto królewskie w roku 1558 Osieck uzyskał prawa miejskie za sprawą ówczesnego dzierżawcy dóbr osieckich.
     

W dzisiejszym Osiecku przy uliczkach stoją parterowe, małomiasteczkowe domy, nad wszystkim dominuje neogotycki kościół parafialny o dwóch wieżach (ok. 3 km z Górek). Zbudowany z czerwonej cegły jest jakby zbyt wielki na tę niedużą przecież osadę. Pierwszy kościół osiecki stał w roku 1300. Był drewniany, jak i dwa następne. 
 
 
Obecna świątynia z 1902 r. zbudowana wg projektu Stefana Szyllera  (jego dziełem jest m.in. gł.budynek Politechniki i wieżyce Mostu Poniatowskiego w Warszawie), a architektura wież jest wyraźnie inspirowana kształtem wyższej wieży z Kościoła Mariackiego w Krakowie. Jest to kościół ogromny: ma 54,5 m długości, 28,5 m szerokości, nawa ma ponad 20 m wysokości, a wieże aż 50 m. 
 

Interesująco prezentuje się drewniana plebania z 1897 r. przy ul.Kościelnej (na zdjęciu powyżej), która ma wszelkie cechy typowej architektury drewnianej carskiej Rosji i równie dobrze mogłaby stać nad dalekim Bajkałem. Ten sposób zdobnictwa ojcował drewnianym willom podwarszawskim w stylu świdermajer z okolic Otwocka. 
 
Po drugiej stronie ulicy przed kościołem czeka na remont najstarszy zachowany budynek Osiecka (na zdjęciu powyżej), to budynek dawnego szpitala parafialnego z II poł. XVIII w., najstarszy istniejący dom w Osiecku. W jego lewej mieściła się pierwsza w Osiecku szkoła parafialna wraz z izbami mieszkalnymi dla nauczycieli. Prawa strona budynku służyła jako szpital parafialny, który stanowił schronienie dla bezdomnych. W pobliżu wznosi się przydrożna arkadowa kapliczka z figurą św. Antoniego z 1928 r. Figura świętego jest drewniana, osłania ją dach wspartym na czterech kolumnach.  przedstawia św. Antoniego z Dzieciątkiem Jezus na rękach.
 

     Na terenie Osiecka znajduje się kilkadziesiąt drewnianych domów zachowanych w różnym stanie. Tak były budowane miasteczka południowo-wschodniego Mazowsza. Lokalni patrioci Osiecka (z ich strony internetowej jest powyższa fotografia) zalecają uważniej oglądać  drewniany dom przy ul. Warszawskiej 8. Zwracają naszą uwagę na nabijane ćwiekami frontowe drzwi oraz oryginalne okiennice. Budynek posiada cztery izby i sień. Wykonany jest z sosnowych bali na dębowych podwalinach, a posadowiony jest na polnych kamieniach. Ściany bielone są wapnem. W domu zachował się oryginalny, zwężający się ku górze komin, do którego pierwotnie przyłączone były cztery kuchnie z każdej z izb budynku! W obrębie gospodarstwa zachowały się także drewniane zabudowania gospodarskie z początku XX w., także parkan z bali sosnowych z bramą.
    Osieckie zabytki nie należą do kategorii obiektów zainteresowania masowej turystyki, chociaż niektórych zwłaszcza lekceważyć ich się nie godzi. W Osiecku być się powinno. Nazwa Osiecka pochodzi najpewniej od osieku tj.zasieki, przegrody, płotu, warowni leśnej, utworzonej z nagromadzonych pni drzewnych. Te osieckie zasieki ogradzały zwierzyniec myśliwski, przeznaczony dla rozrywki myśliwskiej książąt mazowieckich, przyjeżdżających tu z położonego na drugim brzegu Wisły zamku w Czersku.  Liczne przekazy historyczne wspominają o tutejszym dworcu myśliwskim. W 1503 r. zakończył w nim życie ojciec ostatnich dwóch mazowieckich książąt, Konrad III. Chronił się tutaj przed zarazą król Zygmunt III Waza. Polował w Puszczy Osieckiej August III na łosie, dziki i daniele; te ostatnie były egzotyczną zwierzyną łowną, sprowadzaną do naszych lasów jako ich ozdoba i cel łowiecki. 
 

    Dziś nie ma śladu po owym myśliwskim dworcu i nie bardzo wiadomo, gdzie się znajdował. Zapewne w tej części osady, która dzisiaj jest nazywana nadal Starym Miastem, gdzieś między obecną budowlą kościoła, a dwoma źródłami doskonałej wody, które od wieków zasilają potok "o srebrzystej toni".  Książęcego dworu już dawno nie ma, zwierzyniec przetrwał tylko w herbie Osiecka (jeleń przy studni na czerwonym tle), drewniane Stare Miasto spłonęło w czasie działań wojennych 1939 roku. 
 

 Zdroje
to nigdy nie zamarzające wywierzysko osieckie. Te źródła wydają się być tutaj od zawsze. To wielka niezwykłość osady. Na Mazowszu praktycznie nie spotyka się tak mocno bijących źródeł, jak to, znajdujące się przy ul.Zdrojowej. Pili z tych źródeł mazowieccy książęta, pili polscy królowie,  jak już tam zajdziecie, nabierzcie wody w dłonie i skosztujcie. Smaczna i zdrowa jest ta zdrojowa woda! Przyjemnie zagospodarowany teren umożliwia odpoczynek w wędrówce.

    Jeżeli nie chce się wędrować dalej do Zabieżek (dalsze 7 km), a przyszło się tutaj pieszo z Pilawy w dniu powszednim, wtedy ma się szanse na autobus do Pilawy i do Otwocka, kursy tylko w dni robocze, przystanek jest na rynku, rozkład podaje Internet: http://woloszka.com.pl/komunikacja-z-terenu-gminy-osieck/. W dnie świąteczne, w
soboty i niedziele przez 7 km trzeba dyrdać dalej na nogach do stacji kolejowej w Zabieżkach, skąd pociągi do Warszawy są co ok.60 min. 
            Szlak niebieski z Osiecka do Zabieżek to trasa  zajmująca, w otoczeniu mozaika pól i lasów, na odcinku leśnym miejscami bór wilgotny, w otoczeniu kilka użytków ekologicznych, wszystkie są atrakcyjnymi widokowo torfowiskami. Szlak wiedzie tam dróżkami, które we fragmentach bywają mokrawe, to także walor tego szlaku, nie najgorszy element turystycznej przygody.  


      Legenda o Czarcim Dole
      Na północ od Osiecka w roku 1919  archeolodzy odkryli się cmentarzyska z czasów rzymskich, datowane na I-III wiek n.e. Były to groby jamowe przykryte głazami. Lud okoliczny nazywał te miejsce Czarcim Dołem (jedne) i  Czarcimi Kościołami (drugie) i związane są z nimi legendy. Różne wersje mają, wszystkie sprowadzają się mniej więcej do tego, że głównym zadaniem miejscowego czarta (każda okolica ma swojego czarta, a ta również, a jakże, było zdobywanie ludzkich dusz. O tym, że być może ten czart wciąż tu grasuje, o tym   zaświadcza mnogość nadrzewnych kapliczek, zawieszanych gdzie tylko można, zapewne tak na wszelki wypadek, aby czarta precz odgonić. 
         A temu czarowi   z legend to długo mu jakoś nie wychodziło, bo ludzie w okolicy zacni i cnotliwi. Wreszcie dopadł takiego jednego, ten mu przyrzekł swoją duszę, ale coś za coś,  zażądał, aby przedtem czart wyrwał kamienie z takiego jednego wąwozu w Ponurzyckich Górach i koniecznie nocą, między zmierzchem a świtem, przeniósł te głazy do Osiecka, na budowę kościoła. Zgrzytał czart zębami  na takie żądanie, ale zawziął się i do roboty przystąpił, kamienie wyrywał, po kilka łańcuchem związywał i na grzbiecie do Osiecka przenosił. No i ja zawsze w takich legendach bywa, tak i w tej się zdarzyło. Duszy czart nie zdobył i roboty wykonać zdążył, bo świt nadszedł i kur zapiał.
      Inna wersja legendowa opowiada, że czart chciał się przypodobać diabelskiemu księciu i chciał zbudować kościół dla Lucyfera;  kamienie z wąwozu (dziś zwanego Czarcim Dołem) przenosił na wydmę (tam były Czarcie Kamienie). Ale jak wiadomo czart może po świecie hasać głównie nocą, więc  przed świtem musiał pracę skończyć. Zdawać by się że coś w tej legendzie z prawdy być musi, bo przecież kamieni już nie ma w wąwozie. Na tamtej wydmie zresztą także nie ma żadnego kamienia. A tak naprawdę, to te kamienie wywieźli furmankami okoliczni mieszkańcy. Już bez pomocy czarta, choć na pewno za jego podszeptem zlikwidowali jedną z najważniejszych pamiątek historycznych swojej okolicy. Dziś kamienie te stanowią część wielu podmurówek w domostwach. Chociaż... kto to wie... może jednak... Przed kościołem znajduje się jeden z tych głazów, z "autentycznymi" śladami czarciego łańcucha, przy pomocy którego diabeł przenosił kamienie na jakąś tam budowę, ale że kur zapiał, więc głazy upuścił. Czy to nie ten głaz, który pokazuję na tym poniższym zdjęciu?