Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Bielański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Bielański. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

Rajskie jabłka na Marymoncie

Nie zawsze mam możliwość wybrać się gdzieś dalej w Mazowsze. A gdy przychodzi taki czas, że dnie są krótkie, a pogoda poniżej średniej, wybieram się na przechadzkę w plener niedaleki od domu, najchętniej do rezerwatu w Lesie Bielańskim. Jest wyjątkowo cennym skarbem ten miejski lasek dla mnie. Takie sympatyczne miejsce dla  treningu swojej fizyczności, a do tego w przyjemnej, przyrodniczej dekoracji. Przechodzę swoje trzy kilometry i jestem szczęśliwy. W otoczeniu mam to, co lubię, a do tego  z nieprawdopodobnie korzystnymi połączeniami komunikacyjnymi. 

Przy autobusowej pętli na dolnym Marymoncie, tam gdzie zazwyczaj kończę swoje spacery dla zdrowia, prosiły się dzisiaj o obfotografowanie trzy niewielkie drzewka, obwieszone małymi, czerwonymi jabłuszkami. Aż dziw, bywam tam stałe, po kilka razy w miesiącu, zobaczyłem je dopiero teraz, gdy w końcu  listopada. Może przez to, że spadł pierwszy, tegoroczny śnieg, że na tle jego bieli czerwień owoców pchała się wprost do oczu. 

 

Jabłonie rajskie – mówi encyklopedia  – to bardzo duża grupa gatunków i odmian jabłoni o dekoracyjnych kwiatach, owocach, a czasem także liściach. Podobnie jak w przypadku jabłoni domowej  – popularnego drzewa owocowego – owoce jabłoni rajskich są jadalne, ale nie zawsze na surowo (mają zwykle kwaśny, cierpki smak).  Należą do rodziny różowatych. Spokrewnione są z takimi roślinami jak głóg, grusza, jeżyna, róża. Powstało wiele międzygatunkowych krzyżówek między jabłoniami rajskimi i domowymi, a także ciekawych, szlachetnych odmian, które wyróżniają się szczególnie pięknymi kwiatami, np. przypominającymi różyczki. Wszystkie obficie kwitną, zwykle w maju, niektóre już pod koniec kwietnia, często kwiatów jest tak dużo, że prawie nie widać liści. Na niektórych liście są cały sezon w odcieniu czerwieni. Inne są czerwone tylko wiosną, gdy się rozwijają. U większości odmian liście przebarwiają się jesienią w kolorach czerwonym lub pomarańczowym. 

Jabłoń rosła w biblijnym raju, tak w każdym razie jest przedstawiana na wielu starych obrazach. Biblijne drzewo poznania dobra i zła jest uważane powszechnie za jabłoń. Biblijna Ewa przedstawiana jest z jabłkiem w dłoni. Stary Testament nie podaje nazwy drzewa. Wiemy skądinąd, iż Drzewo i wszystko to, co czytamy o Ewie, zrywającej jabłko z drzewa, to symboliczny sposób przedstawienia pierworodnego grzechu. Jabłko było jednak nie tylko symbolem grzechu. Również symbolem władzy i jej atrybutem. Już Rzymianie oznaczali w ten sposób swoich panujących. Polskie jabłka królewskie niejednokrotnie bywały szczerozłote, często inkrustowane drogimi kamieniami. Interesujące, iż jabłoń nie odgrywa praktycznie żadnej roli w wierzeniach ludów słowiańskich. Istotną rolę ma natomiast w ludowej medycynie i to na całym świecie. 

No i proszę, nawet na przystanku autobusowym pośrodku dużego miasta (chociaż choć w środku, jednak ciut na uboczu) jest co zobaczyć, czegoś się dowiedzieć. Ale skąd się wzięło nazywanie tych czerwonych maleństw rajskimi jabłkami? o tym trzeba będzie jeszcze przy okazji dopowiedzieć. Chyba, że ktoś z Czytelników tego blogu  zechce to zrobić w komentarzu do tego postu....

 

........................................................

 

piątek, 12 listopada 2021

Wspomnienie kolorów jesiennych.

Chyba żadna pora roku nie ma tylu twarzy, co jesień.Ale najpiękniejsza jej twarz przyodziana jest w  szał barw, na który wszyscy czekamy, i to właśnie jest prawdziwa jesień. Coraz rzadsze jest ostatnimi laty krótkie na ogół babie lato. Wszystko to w tym pandemicznym roku mamy już za sobą. Już wiatry jesienne  zerwały liście z drzew wiatry i jak wrogie armie zbliżają się szarugi jesienne, chłoszczące ziemię deszczem. Nadszedł czas na wspominanie tego, co najładniejsze: twarzy jesieni w kolorach. Najpiękniejszymi kolorami obdarowała nas w tygodniu przed Zaduszkami.
 
Na warszawskich Powązkach o jesieni
 



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na warszawskich Powązkach słońce złociło drzewa, cały cmentarz płonął nadzwyczajnie, nie przypominam sobie aż tak barwnej tam jesieni.  Lubię ten cmentarz.  Znajduję w nim tak wiele barw i treści. Na nim szukam odpowiedzi na swoje pytania, tam odnajduję czasem odpowiedzi. Szedłem niespiesznie,  fotografowałem bez wyjęcia, ponad setkę zdjęć pstryknąłem, szukałem charakteru tego wspaniałego cmentarza, nie byłem wszędzie, chyba jednak w pewnym stopniu udało mi się odnaleźć to, czego szukałem, nastroju miejsca, atmosfery po prostu.
Tak mi teraz zeszło na moje stare lata, na to, co bliskie. Dawniej jeździłem co roku do Zamczyska w Puszczy Kampinoskiej, do lasów pod Skułami,  tam są cudowne listne dywany o jesiennej porze. Tego roku brodziłem wśród kolorowego dywanu liści w parku warszawskich Łazienek Królewskich i w jednym z najpiękniejszych rezerwatów polskich, mam go niemal pod domem, na warszawskich Bielanach. Gdy tak się idzie wśród tych liści, szur szur nogami w tym złotym dywanie, wszystko pozostałe zupełnie się nie liczy. Tylko ten kobierzec złotych liści zaścielający ziemię. Każdy krok w jesienne listowie to niemal Anteuszowe zagłębianie się w ten miękki dywan...
 
 W Łazienkch Królewskich
 

 
 Jesień w warszawskim Lesie Bielańskim

  Józef Nyka 


 Na początku tegorocznej jesieni, 4  września odszedł na niebieskie szlaki jeden z moich mentorów w moim turystycznym u krajoznawczym pisaniu. Tylko trzech lat zabrakło mu do setki. Był  legendą środowiska górskiego, taternikiem, alpinistą, dziennikarzem, autorytetem .gdy chodzi o góry – również na arenie międzynarodowej.  Był również jednym w moich mentorów.  Wiele mnie nauczył. Wiele mu zawdzięczam. Wielką rolę odegrał jego sposób pisania na pisaniu moim. Był  autorem najlepszych przewodników, jakie kiedykolwiek zostały napisane. 

Chociaż wydał wspaniałe przewodniki po Tatrach, znakomity jest jego przewodnik po Pieninach, a jego „Gorce” są dla mnie być może najlepszym polskim przewodnikiem, jaki kiedykolwiek został napisany. Mam wydanie jeszcze z lat sześćdziesiątych. Pamiętam z tego przewodnika dwa miejsca. Masyw Gorców  charakteryzuje się przepastnymi lasami i niezliczoną ilością polan. Jedna do drugiej podobna. Każda piękna. Zapamiętałem jedną, leżącą przy szlaku z Turbacza na Gorc polanę Średniak, a to dzięki temu, iż Józef nakazał wypatrywać mi zagłębienia, które wedle opowieści miejscowych mieli wytańcować zbójnicy, tańcząc po podziale łupów.
O tym, czym dla przybysza z miasta może być w bukowym lesie kolorowa jesień  też on mi powiedział. W pisaniu swoich przewodników w niego się zapatrzyłem. Zawsze o nim myślałem, gdy w czasie mazowieckich wycieczek jesiennych udawało mi się brodzić w złocących się liściach. Przypominam sobie wtedy słowa Józefa z jego przewodnika po Gorcach, jedne z tych słów, które zaważyły mocno na moim odczuwaniu przyrody i na pisaniu turystycznym. Bodajże przy opisie wsi Szczawa lub Kamienica wspomniał o szlaku zejściowym z Mogielicy w Beskidzie Wyspowym, pisząc że na ten szlak późną jesienią specjalnie przyjeżdżają turyści z Krakowa, by zbiegać w dół ku dolinie, brodząc po kolana w opadłych liściach bukowych. Nigdy nie było mi dane znaleźć się tam o jesiennej porze. Buczynę karpacką w kolorach sfotografowałem dopiero niedawno ...koło Lipiec Reymontowskich; jest na zdjęciu poniżej.



 
Na Mogielicy byłem raz jeden, jako uczeń gimnazjalny, uczestniczący w młodzieżowym obozie krajoznawczym, który odbywał się  w Tymbarku. Zbieraliśmy różne informacje krajoznawcze po wsiach, przeprowadzając rozmowy i wywiady w zagrodach. Wtedy to usłyszałem o płanetnikach, mieszkających na szczycie Mogielicy.  Gdy w górach nad Tymbarkiem zbierało się na burzę, niebo ciemniało na horyzoncie, jej pomruki już słychać było i pojawiały się w oddali zygzaki błyskawic, wtedy w okolicy mówiło się:  Ooo! płanetnicy przystąpili do swojej roboty...

Wszedłem wtedy na tę Mogielicę i uczynił na mnie jej szczyt wielkie wrażenie, jak i legendy o płanetnikach, opowiadano nam, młodym krajoznawcom we wsiach okolicznych. Zapewne i ta wycieczka na Mogielicę, resztki połamanego przez wichry "triangułu" na jej wierzchołku, piaskowcowe głazy wśród trawa, paproci i krzewów, na nich farbą namalowane kierunki szlaków wiodących ze szczytu, Mogielnica zdawała się być dla mnie niby Olimp, którego deptać niegodne są stopy śmiertelnych, boć to przecie siedziba bóstw. Legendy o płanetnikach, aura, to wszystko zapewne zaważyło w jakiś sposób na moim zainteresowaniu krajoznawstwem w późniejszym życiu. Tak jak i opis Józefa Nyki wiele lat później. 
 Zimowity
Tego roku, gdy opuściłem już bielański lasek, idąc ku autobusowi, który miał mnie zawieźć do domu, na skraju lasku, nad stawem na dolnym Marymoncie zobaczyłem liliowe kwiaty zimowitów. To delikatne kwiecie zapowiada zimę. Wita nie tylko swoją, wyjątkowo trafną polską nazwą. Jest jej zapowiedzią. Spotykałem je na górskich polanach, ostatni raz szmat czasu temu w słowackich Oravicach. One górom przynależą, na nizinie są sadzone aby umilać oczy takim, jak ja mieszkańcom nizinnej dziedziny... Pełna ich nazwa wskazuje na jesień, to zimowit jesienny, tę jesień nosi w swojej nazwie łacińskiej Colchicum autumnale.


No i proszę, jakby na to nie patrzeć, zawsze ku górom się spogląda z tych naszych nizin, od rozścielonych nad królewską Wisłą ziem Mazowsza. Wisła też stamtąd tutaj przypłynęła do tej naszej Warszawy. Wiele ostatnich lata swojego Józef Nyka spędził na nizinnym Mazowszu. A przecież był człowiekiem gór. W Gorcach brał czynny udział w partyzantce, w wysokich, skalistych górach się wspinał, o górach pisał. Zostały po nim jego przewodniki, wciąż wznawiane, wciąż niedościgłe. On pozostał na naszym Mazowszu, na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, w kwaterze G III, rząd urnowy, grób 4. 
 
....................................................................

 



środa, 20 grudnia 2017



Książka o podwarszawskich okolicach

Wydałem trochę przewodników turystycznych po Mazowszu i jego różnych zakątkach oraz cztery książki, zawierające gawędy i eseje krajoznawcze o mazowieckiej prowincji: „Wardęga”, „Klangor i fanfary”, "Podróże po Mazowszu" oraz "Pod ożywczym drzew cieniem". Wydawca mówi mi, że trzy pierwsze tytuły cieszą się sporym zainteresowaniem, a pierwszy z nich jest całkowicie wyczerpany. Z czwartą pozycją jest gorzej, czytelnicy się do niej nie garną. Dlaczeg? Dalipan, nie wiem. Właśnie ta książka powinna zainteresować szczególnie warszawiaków, opowiadam w niej bowiem o  bliskim otoczeniu Warszawy. 
    O lasku na Bielanach, o Świdrze i Liwcu, o Puszczy Kampinoskiej i Lasach Chojnowskich, o Aninie, Radości i Otwocku, Podkowie Leśnej oraz Zalesiu Górnym, o uzdrowisku  w Konstancinie i o już zapomnianym w Nowym Mieście nad Pilicą. Także o skrytych w cieniu drzew rezydencjach szlacheckich w Radziejowicach, Oborach i Młochowie. Również o podwarszawskiej przyrodzie, o bytujących w sąsiedztwie Warszawy wilkach i bobrach, o narodowym godle – bieliku, oraz o kormoranach, w poszukiwaniu których nie trzeba jeździć już na Mazury, bo jest ich tutaj całe mnóstwo.
    Bardzo sympatycznie została książka przyjęta w internecie. W blogu poszukiwania.pl pisano o książce: że ona "wskrzesza dla nas świat, którego już nie ma. Opowiada o starych polskich dworkach, stanowiących niegdyś nieodzowny element polskiego krajobrazu, o uzdrowiskach, w których leczono „mlekiem, serwatką i kumysem. W Nowym Mieście wyrabiał go z kobylego mleka specjalnie sprowadzony Tatar, którego autentyczność pochodzenia i rysów miała dodać większej wiarygodności tego rodzaju zabiegom”.
     Malowniczo i przejmująco wypadają opowieści o powstańcach i partyzantach, którzy w nich właśnie szukali schronienia. Przypomina, jaką rolę w naszej kulturze odgrywały drzewa – jak chociażby lipy, którym sam Jan Kochanowski poświęcił trzy fraszki. Opowiada także o zwierzętach, spotykanych pod ożywczym drzew cieniem, „których obecność wzmacnia emocjonalną wartość lasu, do którego wchodzi człowiek”.
     Gawędy Herza - pisał pan Wojciech 
Sobański w swoim blogu (poszukiwania.pl) - zbliżają się momentami do przypowieści. Pokazuje to dłuższy fragment poświęcony wilkom, stanowiącym dla nas źródło lęku. Na jej potwierdzenie autor przywołuje obraz Piotra Stachowicza, na którym Matka Boska ze świecą w ręku odpędza atakujące wilki. Wyobrażenie to ciągle funkcjonuje w naszej kulturze, a reprodukcja tego obrazu umieszczana jest najczęściej na gromnicach. Tymczasem dzięki Herzowi nie tylko widzimy je jako niezbędny element ekosystemu, ale też dostrzegamy, że to przede wszystkim one boją się ludzi.
    „Pod ożywczym drzew cieniem” umiejętnie łączy opisy przyrody podwarszawskich miejscowości z ich historią. i refleksjami bliskimi filozoficznym. Zdumiewać może zresztą mnogość tematów i wątków, jakie autor zawarł w swojej pracy. Tym bardziej jeszcze, że podróż po podwarszawskim Mazowszu staje się okazją do podróży przez bogatą polską historię i kulturę. Obficie sięga do rodzimej literatury, pokazując na inspiracje jakie czerpali tacy pisarze jak Adam Mickiewicz czy Henryk Sienkiewicz.
   Herz zaserwował nam świetną lekturę. Tradycyjnie już uświadamia nam, że każde miejsce ma swoją niepowtarzalną historię, którą warto odkrywać. Proponuje jednocześnie model zwiedzania, który nie może się znudzić, łącząc zarówno fascynację teraźniejszością, jak i przeszłością." 


     A Kamil Swiątkoski (przykominku,com) pisał, że książka "może być świetnym pomysłem na przewodnik i inspirację do zorganizowania weekendowych wypadów poza miasto (nie tylko stołeczne) – pod warunkiem, że jako turyści nie wymagacie od wyprawy obowiązkowej wizyty w McDonald’s czy Pizza Hut. Trzeba się też oczywiście nastawić na to, że są to przede wszystkim wędrówki związane z podziwianiem krajobrazu, przyrody, albo przykładów niekoniecznie najnowszej architektury. I jeśli zdecydujecie się na to, by wybrać Lechosława Herza na swojego przewodnika to przygotujcie się na pewną dozę egzotyki. W poszczególnych rozdziałach autor opowiada zakątkach tego regionu i emocjach, jakie wywołują. A emocje są tu o tyle ważne, że autor pisze o miejscach, które sam odwiedził i przeszedł. A wspomniana egzotyka – jak dla mnie – wiąże się z pewną podróżą w czasie, którą odbyłem dzięki tej książce. 
      Swoje opowieści o Świdrze, Otwocku, Konstancinie, czy Liwcu, autor bogato ilustruje literackimi nawiązaniami, a czasem również zdjęciami. Czytelnik ma więc okazję przejść się śladami Sienkiewicza, Prusa, Konwickiego, czy Brzechwy, a jeśli chodzi o zdjęcia… cóż są one zupełnie niedzisiejsze. Czarno-białe ilustracje mogą się części czytelników wydać nieatrakcyjne. Dziś popularny jest kolor i kredowy papier. Ale nie tym razem – i nie dla mnie. Pierwsze programy podróżnicze oglądałem na zaśnieżonym ekranie Neptuna 624, a moja wyobraźnia dopowiadała mi wszystkie niezbędne barwy. Książka Herza robi ze mną dokładnie to samo."
    Jestem wdzięczny autorom tych  recenzji za miłe słowa. Ale - proszę sobie wyobrazić - jakoś to wszystko, co w tej książce się znalazło -  potencjalnych jej czytelników nie interesuje. Widocznie tak już jest, że najciemniej musi być pod latarnią. Wydawca się na mnie krzywi, a mnie dopada smuteczek. No cóż, życie bywa takie, jakie bywa...


 

czwartek, 5 listopada 2015


Skarby mazowieckiej przyrody: Las Bielański


Kolorowa jesień w bielańskim lesie. Fot.L.Herz

    Niepospolitym zabytkiem mazowieckiej przyrody jest Las Bielański w Warszawie, jeden z najwspanialszych polskich rezerwatów leśnych. O każdej porze roku jest tam ładnie, o każdej porze roku jest inaczej i nie wiadomo kiedy najładniej. Niektórzy mówią, że jesień jest tam najpiękniejsza. Tegoroczna jesień przyszła do tego lasu w wyjątkowych kolorach. Powinna tam trwać jeszcze w listopadzie, w Lesie Bielańskim dominuje  dębowy drzewostan, a dębowe liście długo się ociągają, zanim opadną na ziemię. Gdy się już na to jednak zdecydują, wtedy pozwalają nam na zażycie jednej z największych przyjemności jesiennych, możliwości brodzenia wśród liści, zalegających leśne dróżki.  


Las Bielański kolorową jesienią. Fot.L.Herz

       Niewiele wielkich miast europejskich może się poszczycić tak wspaniałym lasem, znajdującym się niemal pośrodku miejskiej zabudowy. Zwiedzanie tego lasu powinno być żelaznym punktem programu przyjeżdżających do Warszawy wycieczek. Żadna ze stolic europejskich nie ma podobnego lasu w swoich granicach. Paryż ma wieżę Eiffela, Londyn ma królową i Tower, Rzym ma papieża i Colosseum, Warszawa ma Las Bielański. Jest to las królewski, pomnik przyrody i historii, zabytek najwyższej klasy, porównywalnym z najważniejszymi zabytkami architektury. 
      Las Bielański ocalał cudem i tylko dzięki temu, że pośród tego lasu powstała pustelnia kamedulska przed wiekami. Dzisiaj jest już po trosze parkiem, ale i puszczą jest również ten wspaniały las miejski, w którym królują monumentalne, stare dęby, wiązy, graby i olsze. Wiele z tych bielańskich drzew zapewne jeszcze pamięta czas, gdy pośrodku tego lasu w roku 1639  na wzniesieniu Polkowskiej Góry sprowadzeni z Włoch kameduli zbudowali swoją pustelnię, tak jak trzeba, w odpowiedniej odległości od miasta, w tym wypadku jednej mili polskiej tj.siedmiu kilometrów od Starego Miasta i zamku królewskiego.
Cenny zabytek mazowieckiej architektury, barokowy kościół z  roku 1758
 i stojące obok eremy. Fot.L.Herz


Klasztor powstał za sprawą króla Władysława IV jako wotum dziękczynne za zwycięstwo pod Smoleńskiem (tak jest, tym samym Smoleńskiem, co to o nim tyle się teraz mówi).  Odpusty kamedulskie zawsze cieszyły się wzięciem ludu, który przybywał na nie tłumnie. Z czasem uroczystości kościelne przekształciły się w zabawę ludową na powietrzu. Zwyczaj urządzania wycieczek na Bielany w drugi dzień Zielonych Świat na trwałe wpisał się w tradycję Bielan. W połowie XIX wieku  w kierunku Bielan przez miejskie rogatki przejeżdżało przeciętnie 3 – 6 tysięcy powozów i konnych oraz przechodziło do 20 tysięcy pieszych.

   Potem przyszły na las jeszcze gorsze czasy. Pod koniec XIX wieku zaczęto budowę kolektora, którego urządzenia wciąż widać, m.in. kamienną wieżę  w stylu romantycznym. Obozowało na Bielanach wojsko, przy okazji setki drzew  wycinając na opał. Wysechł Potok Bielański, któremu zabrały wodę pobliskie osiedla mieszkaniowe. Powstały w 1927 roku wał przeciwpowodziowy dla stosunków wodnych lasu okazał się katastrofą; nadal istnieje, dziś wiedzie nim ścieżka spacerowa. 
   W Polsce Ludowej powstał Park Kultury na Bielanach, wzorowany na sowieckich urządzeniach do masowego wypoczynku. To była taka imitacja imprez zielonoświątkowych, była więc karuzela, tańce, strzelnica i piwo, była pańska skórka i wata cukrowa również, były place zabaw, na jednym królował ogromny drewniany słoń, ale były też czytelnie na świeżym powietrzu, one również cieszyły się  powodzeniem, dzisiaj chyba ten pomysł by już nie przeszedł.
   A jednak las to przetrwał, bo przyszedł czas, iż nareszcie doszli do głosu przyrodnicy. Wisłostradę, którą zamierzano prowadzić przez środek Lasu Bielańskiego, udało się wprowadzić estakadą poza las. Place zabaw i karuzele z lasu usunięto. Najbardziej naturalne drzewostany w roku 1973 objęto ochroną jako krajobrazowy rezerwat przyrody. Niedawno Las Bielański znalazł się na liście specjalnie chronionych europejskich obszarów przyrodniczych.  

    Ten niezwykły las jest historycznym ogniwem, łączącym krajobraz puszczański sprzed wieków ze współczesnym. To unikalna w skali europejskiej enklawa naturalnej przyrody zachowana w zurbanizowanym otoczeniu.  Dla przyrodników  nieoceniony poligon badawczy, ostoja licznych gatunków roślin i zwierząt bezkręgowych, które mogły tu przetrwać dzięki wielowiekowej ciągłości biocenoz leśnych. Dla zwykłych mieszkańców Warszawy Las Bielański jest oazą ciszy i spokoju.
    W ostatnich dziesiątkach lat ogromnie wiele zrobiono dla ochrony tego niezwyczajnego zabytku mazowieckiej przyrody. Niestety, w rezerwacie umiera coraz więcej dębów. Jeszcze niedawno odwiedzałem pięć olbrzymów, rosnących w grądach na południe od klasztoru. Jak bracia byli. Dąb w dęba potężny, zdawało się, że te drzewa są wieczne. Nic z tego. Jeden umarł już kilka lat temu, pień od dawna leży, już się rozkłada, szybko to mu idzie. Drugi właśnie umiera na stojąco, stracił już korę w dolnej części pnia. Trzeciemu też  do śmierci niewiele pozostało. Wciąż je odwiedzam, po kilka razy do roku. Patrzę i dumam. Smutek. Żal. Samo życie.


Powalone olbrzymy, każdy z nich żył z nami co najmniej 400 lat. Mógłby nawet tysiąc! Fot.L.Herz
    Nie da się jednak ukryć, że powalone drzewa dodają urody temu lasowi, tworząc nowy, malowniczy krajobraz, a Las Bielański dzięki tym powalonym olbrzymom ma prezencję puszczy. Nie zapominajmy również, iż śmierć drzewa jest jak najbardziej naturalnym i powszechnym epizodem w życiu lasu. Rozkładające się powalone drzewa  nawożą glebę. Są miejscem bytowania tysięcy wzajemnie od siebie zależnych gatunków owadów, skąposzczetów, wijów, pajęczaków, ślimaków. Martwe drzewa są świetnym środowiskiem życia dla rozmaitych ryjówek, nornic, darniówek. Ptakom oraz innym  kręgowcom dostarczają pożywienia.
  
I ja tam czuję się dobrze. W bielańskiej puszczy bywam często, tam się zaczęło moje wędrowanie po mazowieckich lasach,  to mój biotop, w którym czuję się dobrze, to mój las domowy,  oddalony tylko  o kwadrans drogi od miejsca, w którym  zapuściłem w Warszawie korzenie. 


Bielańskie dęby, dąb w dęba wspaniałe. Fot.L.Herz