poniedziałek, 29 sierpnia 2016


Opowieść o dłużewskim dworze


Dwór w Dłużewie. Fot.L.Herz


Lubię tam jeździć, albowiem dolina Świdra na  wschód od Kołbieli jest na podwarszawskim Mazowszu jednym z tych miejsc, które rasowego krajoznawcę szczególniej mocno przyciągają ku sobie. Nieopodal Radachówki, Majdanu, Dłużewa łąki wypełniają jej przestrzeń, płaską, rozległą i ginącą na horyzoncie. Są to dzisiaj zmeliorowane tereny mokradeł, zwane Bagnem Powstańców, a nazwa ta upamiętnia polskich powstańców, ukrywających się w wieku XIX pośród wtedy rosnących na tych mokradłach lasów. W takim to krajobrazie za szykownym ogrodzeniem, otoczona zabytkowym parkiem, bieleje sylweta eleganckiego, murowanego dłużewskiego dworu, w którym dzisiaj gospodaruje Akademia Sztuk Pięknych z Warszawy. Chociaż jest to dwór wybudowany stosunkowo niedawno, należy do najcenniejszych zabytków dworskiej architektury i to nie tylko na Mazowszu.

Dłużew był rodową siedzibą Dłużewskich herbu Pobóg, do których należało też pobliskie miasteczko Siennica. Zanim zbudowano obecny murowany dwór w Dłużewie, znajdował się tam dwór drewniany. Zamiar pobudowania nowej, okazalszej budowli, podjął Stanisław Dłużewski. Gospodarz chciał, aby jego nowa siedziba odpowiadała duchowi neoromantyzmu narodowego, więc aby była polską w charakterze, a zarazem nowoczesną i modną. Modna była bowiem w tym czasie wiara w odrodzenie przez lud, a literatura i plastyka obficie korzystały z tematyki folklorystycznej i wszyscy niemal liczący się twórcy wykorzystywali elementy ludowo narodowe, co w epoce rozbiorowej na ziemiach polskich, gdy nie istniało samodzielne polskie państwo, miało jeszcze dodatkowy posmak niemalże rewolucyjnej prowokacji politycznej.

Idący tym tropem Stanisław Dłużewski pomyślał o Stanisławie Witkiewiczu, twórcy najbardziej wtedy modnego stylu, zwanego zakopiańskim. Witkiewcz w roku 1899 propozycję przyjął i sporządził projekt znakomity. Dłużewski w międzyczasie zgromadził drewno na budowę. Przyszło jednak nieszczęście i pożar strawił zabudowania gospodarcze w Dłużewie oraz zgromadzony na budowę materiał. Projekt Witkiewicza pozostał tylko na papierze. Trudno osądzić, czy pomysł przeniesienia in extenso zakopiańszczyzny w dolinę Świdra był pomysłem najbardziej szczęśliwym. Niewątpliwie praca Witkiewicza byłaby tutaj oryginalnym akcentem w krajobrazie. Oglądane dzisiaj ryciny projektowe przedstawiają budowlę na pewno bardzo piękną. Kto wie, czy nie ładniejszą i efektowniejszą, niż witkiewiczowska "Koliba" przy ulicy Kościeliskiej w dolnym Zakopanem.

Kolejny projekt, tym razem dworu murowanego, wykonał Jan Heurich junior. I ten właśnie projekt, równie jak tamten świetny, chociaż zupełnie od tamtego odmienny, został zrealizowany i dzisiaj cieszy nasze oczy. Dwór, zaprojektowany przez Heuricha, nawiązuje  do klasycyzmu przełomu wieków XVIII i XIX i przypomina polskie dwory powstające u schyłku panowania Stanisława Augusta. Historycy sztuki zajmujący się architekturą początku XX wieku utrzymują, że to właśnie dwór w Dłużewie rozpoczyna w architekturze polskiej tzw. styl dworkowy, będący bodaj najpopularniejszą propozycją stylu narodowego, jaką wysunięto u nas na przełomie XIX i XX stulecia. Czapki z głów, drodzy Czytelnicy. Dłużewski dwór nie jest budowlą tuzinkową...

Jesienią roku 1939 ten dwór stał się miejscem, w którym gromadzili się najprzeróżniejsi uciekinierzy z Warszawy. Wśród uciekinierów była też pisarka Zofia Nałkowska, błąkająca się po podwarszawskich okolicach i przerażona tym, co się wokół działo i której zdawało się, że na wsi odnajdzie spokój i bezpieczeństwo. Nie odnalazła. Dwór jej się też nie podobał. „Duży dom, niestary, brzydki" zanotowała 1 października w swoich „Dziennikach czasu wojny".

Architektoniczne realizacje w polskim stylu narodowym niekoniecznie ograniczały się do powielania form tradycyjnych i w dwudziestoleciu międzywojennym XX wieku, w epoce w której królować począł modernizm, niekiedy wcale udanie go łączyły z formami tradycyjnymi. Większość tyczyła budowli sakralnych. Dwór w Dłużewie był jednym z najdoskonalszych przykładów dworkowej architektury w narodowym stylu polskim.

Teraz, na prawo i lewo, niemal wszędzie widać współczesne wille w dworkowym stylu. Jest to modne odwołanie się do polskiego sarmatyzmu. Proszę się jednakowoż przyjrzeć tym, realizacjom i porównać je z tym, co wzniesiono w Dłużewie. Kto ma oko, ten zobaczy co należy, a więc, że to, to już nie to.






środa, 17 sierpnia 2016


Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza:
nad Radomką w Puszczy Stromieckiej  
koło Ryczywołu

Nad Radomką koło Ryczywołu. Fot H.T.Tomaszewscy

Na południowych krańcach historycznego Mazowsza płynie Radomka, a na jej północnym brzegu jest Puszcza Stromiecka. Na skraju tej puszczy, w pobliżu  ujścia Radomki do Wisły, znajduje się Ryczywół. Osada została założona na dawnym szlaku  handlowym, wiodącym  z  Rusi  Halickiej  na  Śląsk. Tym szlakiem przepędzano wielkie masy bydła i innych zwierząt hodowlanych, a  w Ryczywole przeprawiano się na drugą stronę rzeki i zatrzymywano  na popas. Stąd   prawdopodobnie  Ryczywół wziął swoją nazwę. Początki osady datowane są na wiek XIII, była tam już wtedy parafia. Wiek potem, w roku 1388 Ryczywół był już miastem królewskim, znajdował się w nim dwór królewski i komora  celna,  która pobierała cła na moście od przejeżdżających traktem i przepływających Radomką. Od dawna nie jest już miastem ten Ryczywół, a z czasów lokacji miasta pozostał tylko średniowieczny zarys rynku, na którym dzisiaj jest zieleniec. Zabudowa wokół parterowa, przypadkowa. Przy tym placu jest murowany kościół i przystanek autobusowy, dwa najważniejsze miejsca osady. |Ten przystanek jest bardzo akuratny na rozpoczęcie na nim wycieczki do pobliskiej puszczy. 
Radomka z Puszczy Stromieckiej. Fot.H.T.Tomaszewscy
        Płynąca obok Ryczywołu rzeka Radomka  (zwana dawniej Radomierzą)  jest długim na około sto kilometrów lewobrzeżnym dopływem Wisły. Wypływa z urodziwych lasów w okolicy Przysuchy na wysokości ok. 310 m n.p.m. Ujście do Wisły znajduje się na wysokości ok. 160 m n.p.m. nieopodal Ryczywołu. Na południowym brzegu rzeki jest Puszcza Kozienicka, na północnym brzegu Puszcza  Stromiecka  (albo: Stromecka. Tak też piszą tę nazwę). Okalają  puszczę  trzy doliny rzeczne, prócz doliny Radomki także  dolina  Wisły i dolina  Pilicy. W puszczy przeważają  drzewostany w średnim wieku, dominują bory sosnowe  i  mieszane, sporo w nich   dębów, runo mają urozmaicone, sporo tam jeżyn. Nie ma w tej puszczy nadzwyczajnych osobliwości przyrodniczych, występują jednak rośliny cenne i chronione, np. kilka gatunków widłaków i storczyków, wawrzynek wilczełyko, lilia złotogłów, orlik pospolity, sasanki, konwalia majowa. Starodrzewów niewiele, tylko około 2,5% powierzchni leśnej,  to drzewostany najstarsze. Są jednak w tej puszczy fragmenty leśne wielce dorodne, chociaż nie są wiekowe. Wiodące prostymi jak strzała leśnymi duktami linie oddziałowe ciągną się kilometrami. Wiele  z tych duktów wędrowcom dają zaznać smaku leśnej przygody, są nie przejeżdżone, zarośnięte trawą, z wchodzącymi na nie krzewami podszycia. Innymi z duktów wiodą wygodne, żwirowe drogi, ułatwiające zwózkę drewna. Teraz po wyrąbane dłużyce nie przyjeżdża się sprzężajem konnym, teraz przyjeżdżają po nie potężne samochody z przyczepami, na które ścięte pnie ładuje się dźwigami. Taki jest teraz las, tak się w lesie tym gospodaruje.  


Starodrzew dębowy w rezerwacie nad Radomką. Fot.L.Herz
        Stosunkowo blisko Ryczywołu znajduje się w tej puszczy rezerwat „Dęby Biesiadne nad Radomką” o powierzchni ok.17 ha, dość niedawno utworzony dla ochrony  naturalnych grądów typowych, a głównym przedmiotem ochrony jest 220-letni starodrzew dębowy z dużym udziałem grabu oraz przyległe zbiorowiska grądów i łęgów. Dominującym siedliskiem leśnym jest w rezerwacie las świeży. Pojęcia nie mam skąd ta nazwa i kim był patron rezerwatu, bo jest to rezerwat imienia Mariana Pulkowskiego. W internecie odpowiedzi na te pytania nie znalazłem. Zwiedzanie rezerwatu dostępne jest tylko dla upartych i pod warunkiem, że mają przyzwoitą mapę w dobrej skali i odnajdą właściwą drogę, która do rezerwatu doprowadzi. Kierunkowskazu żadnego nie ma. Jak już się tę drogę odnajdzie, wtedy już wiadomo, że było warto, takich lasów nie widuje się zbyt często, ten jest wyjątkowo. Najpiękniejsze miejsce w rezerwacie znajduje się tuż nad Radomką, o która rezerwat się opiera. Śladowe ślady ścieżek tam doprowadzają, a miejsce jest wspaniałe, to prawdziwe sanktuarium naturalnej przyrody. Wiele imponujących miejsc przyrody na Mazowszu widziałem, to tutaj znajduje się w ścisłej czołówce. A zobaczyłem go dopiero teraz, po pięćdziesięciu latach łażenia drogami i bezdrożami mazowieckimi, dopiero w sierpniu roku 2016.Ile jeszcze miejsc podobnych ukrywa się przede mną. Fantastyczne jest to Mazowsze, na którym  wciąż coś nowego daje się odkryć. Po prostu - rewelacja.
Takich, prawdziwie puszczańskich lasów, nie widuje się zbyt wiele. A tutaj taki jest! Fot.L.Herz

     Najstarszą wzmiankę o Puszczy Stromieckiej spotyka się u Jana Długosza. Pisze on o Tatarach, przebywających w okolicach Sieciechowa, którzy napadli na Polskę w roku 1241 „zatrzymali się w wielkim lesie, który u Polaków zowią Stremech”. Jest to zniekształcona nazwa Stromca; w tej wsi znajdowała się siedziba administracji tej puszczy. Stanisław Rospond nazwę Stromca wywodzi od wyrazu >strom<, czyli miejsce strome, urwisko, ale zwraca też uwagę, że wyraz >strom< tyczył też drzewa, zarówno u Polaków, jak i u Czechów, ale u nich taka nazwa drzewa przetrwała i wciąż jest używaną. 
     Podczas walk dzielnicowych za Leszka Białego w 1250 roku  obszar między Pilicą a Radomką został odłączony od Korony na rzecz Księstwa Mazowieckiego i odtąd możemy uważać tę puszcżę za mazowiecką. W końcu XV wieku puszcza stała się dobrami królewskimi, które podczas zaborów zostały lasami skarbowymi. Po Kongresie Wiedeńskim lich część rozdano rosyjskim oficerom za uśmierzenie Powstania Listopadowego. W czasie hitlerowskiej okupacji lasy kryły partyzantów, pośród pól na skraju lasu na spadochronach lądowali cichociemni. Te okolice sporo przeżyły, warto o tym wiedzieć.

Mgły poranne nad Radomką. Po zimnej nocy woda w rzece paruje. Fot.H.T.Tomaszewscy

     Nad Radomką leży niewielki Chodków. Tylko połowa zabudowań należy do miejscowych, można je rozpoznać po tym, że dachy mają kryte eternitem. Tylko starzy i niebogaci mają dzisiaj eternit na dachach. Z dachami eternitowymi sąsiadują w Chodkowie eleganckie, wyzywająco czerwone dachówki na dachach willi, wybudowanych przez przybyszy, zwabionych urodą tutejszych "okoliczności przyrody". Wieś ma swoje lata, notowana już była we wczesnym średniowieczu. Nazwa pochodzi zapewne od staropolskiego imienia Chot (Kot), w niektórych dokumentach pisana jako Kotków. 1 października 1939 roku po przeprawie przez Wisłę zatrzymał się tu na popas oddział mjr. Henryka Dobrzańskiego - "Hubala". Szedł lasami z Puszczy Augustowskiej ku lasom świętokrzyskim, wioska Chodków jest otoczony lasami  i znakomicie nadała się na postój zmęczonych marszem koni i żołnierzy. Ale i tu dopadł Hubala nieprzyjaciel. Jeszcze tego samego dnia stoczył on potyczkę z wojskami niemieckimi w położonej po drugiej stronie Radomki wsi Wola Chodkowska.   
Pomnik w Chodkowie. Fot.L.Herz

      Najbardziej znaną miejscowością tej okolicy są Studzianki Pancerne. Późnym latem roku 1944 na terenach pomiędzy Pilicą, a Puszczą Stromiecką, został utworzony przyczółek, nazwany później warecko - magnuszewskim.  1 sierpnia radzieckie wojska przekroczyły Wisłę, w Warszawie gorzało już powstanie, tutaj o utrzymanie przyczółka toczyły się ciężkie walki. Mieszkańcy  masowo opuszczali swoje domostwa, dobytek pakowano na wozy, kto wozu nie miał, brał wory na własne plecy, a czego się nie dało zabrać, to zakopywano w ziemi. W czasie walk  Studzianki  przechodziły z rąk do rak rąk aż siedem razy!
   Biografem walk na przyczółku, szczególnie polskich pancerniaków z brygady im. Bohaterów Westerplatte, był Janusz Przymanowski, autor popularnej swego czasu powieści i wciąż popularnego serialu telewizyjnego.  Pod  Studziankami narodziła się legenda czterech pancernych i psa Szarika. Tam jest pomnik - mauzoleum, zwieńczony najprawdziwszym czołgiem T-34, który  brał udział w bitwie. Na przyjeżdżających do Studzianek wycieczkowiczów niekiedy czeka tam przyodziany w mundur czołgisty młody mieszkaniec wsi z psem przy boku, na podobieństwo białego niedźwiedzia z zakopiańskich Krupówek gotowy do pozowania fotografującym turystom.  
Czołg T-34  z pomnika w Studziankach na skraju Puszczy Stromieckiej. Fot.L.Herz




      Nazwa wsi Studzianki wywodzi się od potocznego określenia „studzone”, czyli chłodne miejsce, chłodna  woda,  „studzić  –  chłodzić  oziębiać.  Historia  osadnictwa  na  terenie  wsi  Studzianki sięga XIV w., pierwsze zaś wzmianki pisane pochodzą dzieła  Jana  Długosza  „Liber  Beneficiorum”.  Zagubiona w lesie osada zdawała się być uodporniona swoim położeniem przed potyczkami, bitwami i wojną. Niezupełnie tak było. Podczas potopu szwedzkiego w  1656  roku  pod karczmą w Studziankach  hetman Czarniecki wziął  do  niewoli  30  rajtarów  wroga.  Jednak  to za sprawą wydarzeń z końca II wojny światowej wieś Studzianki przeszła do historii.  Pancernymi zostały Studzianki w czasach peerelowskich.  
Krajobraz pól koło Studzianek. To na nich walczyły ze sobą czołgi w 1944 roku. Fot.L.Herz

      W Studziankach zbiegają się trzy szlaki znakowane dla pieszych, wszystkie są długie, wytyczano je i znakowano w czasach, gdy bardzo na czasie były rajdy zbiorowe na gwiaździstych trasach z zakończeniem w ważnym politycznie miejscu, a tutaj takie właśnie było. Radomka przypomniała o sobie turystom dopiero ostatnimi laty, radykalne zmniejszenie zanieczyszczenia nastąpiło po roku 1994, a to dzięki uruchomieniu biologicznej części oczyszczalni ścieków dla miasta Radomia, który zrzucał swoje nieczystości do rzeczki Mlecznej, dopływu Radomki. Kajakowy szlak Radomki stał się dość popularny. 

Hani  i Tadeuszowi Tomaszewskim z Woli Chodakowskiej dziękuję za udostępnienie zdjęć Radomki do tego postu
  Post scriptum. Po dwunastu dniach, w czasie których ten post "wisiał" w internecie, obejrzało go zaledwie osiem osób. Podczas, gdy zeszłorocznym postem o Lesie Młochowskim pod Warszawą zainteresowało się w tym czasie blisko sto osób, a postem o Nieporęcie jeszcze więcej, tylko w niespełna dwa tygodnie. Oto, co znaczy popularność! 
......................................

czwartek, 11 sierpnia 2016


Podróże po Mazowszu:na dworcu w Wyszkowie
    

Nowoczesna droga szybkiego ruchu z Warszawy do Białegostoku  omija miasto Wyszków, forsując Bug po nowym, autostradowym moście. Kiedyś jeździło się przez miasto. teraz cały ruch tranzytowy Wyszków omija. Od dawna już nie ma też dworca autobusowego przy wyszkowskim przyczółku starego mostu drogowego. Tam przez wiele lat powojennych koncentrowało się życie miasta, tam była poczekalnia  i bar w którym czasem coś zjeść się dało, pasażerowie dalekobieżnych autobusów do Suwałk, Białegostoku, Giżycka wyskakiwali tam na moment, aby na dalszą drogę nabyć u sprzedawców pyszne, wyszkowskie drożdżówki. Teraz autobusy dalekobieżnych linii pospiesznych zatrzymują się w środku miasta obok kościoła, ale większość wjeżdża w miasto, gdzie stają obok dworca kolejowego. Pociągi kursują teraz rzadko,  wyręczają je najczęściej busy linii prywatnych,  do Warszawy są często. Za jagodziankami trzeba się nachodzić. Baru sensownego brak. Czynnej toalety odnaleźć się nie daje.
     Którejś jesieni, gdzieś tak na początku wieku dwudziestego pierwszego, późnym wieczorem wracałem do Warszawy z wędrówki pieszej po Puszczy Białej. Przesiadkę miałem w Wyszkowie. Wyszkowski dworzec autobusowy wyglądał ponuro, zapadał już zmrok, było pusto. Przyjeżdżały i odjeżdżały jakieś autobusy. Rozkłady jazdy się nie zgadzały, inne godziny odjazdów wypisano na dworcowej tablicy rozkładów, inne widniały na tabliczkach przy stanowiskach odjazdowych, zajeżdżały też pozarozkładowe autobusy-widma. Na jednym z peronów stało dwóch bełkocących pijaczków. Nagle pojawił się trzeci. Ni stąd ni zowąd, zaczęła się bójka. Ci pierwsi dwaj powalili tego trzeciego, potem leżeli wszyscy, tłukli się nawzajem, a pasażerowie oczekujący na swoje autobusy patrzyli na to obojętnie. Ja także. Jak inni. Nie ruszyłem się ze swojej ławeczki. Patrzyłem.
     Wtedy pojawiła się grupa młodzieży. Kilku wygolonych osiłków i chmara dziewczyn. Dziewczyny na widok bójki zaczęły podskakiwać i piszczeć, ogoleni niespiesznie zbliżali się do bijących się. Obserwowali. Powoli zajmowali stanowiska. Jak stado wilków, zbliżające się do ofiary. Wreszcie przystąpili do akcji. Owi  pierwsi dwaj pijaczkowie, którzy zaczęli bójkę, rychło zorientowali się w niebezpieczeństwie. Zaczęli uciekać. Ogoleni dopadali ich kolejno. Wpierw jednego. Potem drugiego. Powalali swoje ofiary na ziemię. Leżących kopali. Gdzie popadnie. Potem zadowoleni, z podniesionym wyraźnie poziomem adrenaliny w organizmach, powrócili  do tabunu swoich dziewcząt, obłapili poniektóre i wspólną gromadą znikli, zagłębiając się w swoje miasto.
    Podjechał wreszcie mój autobus. Śmierdział piwem i papierosami. W całkowitej ciemności  przywiózł mnie na istniejący jeszcze wówczas brudny warszawski dworzec, utopiony w  chaosie kramów największego bazaru w Europie.  
    Ot, zebrało mi się na takie wspomnienie... 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Podróże po Mazowszu: Przygoda w Wildze
    

   Jednym z najbardziej barwnych ptaków krajowych jest wilga. Nie łatwo ją zobaczyć, mimo iż w ciągu dnia jest bardzo ruchliwa, ale niemal zawsze - jakby na złość obserwatorowi - kryje się w gęstwinie listowia. Znacznie częściej można usłyszeć jej bardzo charakterystyczny głos, słynne melodyjne i fletowe nawoływanie "zofija zofija". Gdy zwiększa się wilgotność, wilgi zaczynają śpiewać, a na tej podstawie na wsi przepowiadany jest deszcz. Nie zawsze się sprawdza, ale to już zupełnie inna historia.
        Na Mazowszu wilgi bywają, wcale są liczne. Jest także  rzeka Wilga, a nad tą rzeką powstała w średniowieczu wieś Wilga, w położeniu, które rzece i wsi dało nazwę; jest ono albowiem wilgie, czyli "wilgotne".  Ale: w starych dokumentach nazwa występuje jako Wilka, Vilka lub Wilcza, albo Vylka. Więc może - jak w przypadku strugi Wilączy koło Sadownego - pochodzenie nazwy należy tłumaczyć tak: staropolskie wilać  znaczyło tyle, co kręcić się i mówiło się na przykład, że pies wila ogonem, czyli macha. Stąd  wniosek prosty: rzeczka się kręci, wije, macha ogonem. Lecz: czy to właściwe przypuszczenie etymologiczne? Czy nie powinno się poszukiwać początków tej nazwy w zagubionym w słownictwie ogólnym prasłowiańskim wjel, które w Polsce odnaleźć można w wielu nazwach obszarów podmokłych lub podmokłymi otoczonych, a taki jest również i tutaj. Dodajmy dla porządku, że w okolicach Garwolina, obok którego płynie, rzekę Wilgę zwano Garwółką. 

     Z miejscowością Wilga pierwszy raz zetknąłem się przed wielu laty. Na początku ostatniego ćwierćwiecza ubiegłego wieku, w roku 1976 wydawnictwo "Sport i turystyka" wydało drukiem kilkanaście tomików mojego przewodnika po podwarszawskich szlakach pieszych. Sporo wędrowałem przygotowując ten przewodnik, nie najgorzej wtedy poznałem podwarszawskie okolice. Jak wiadomo  „żaden sposób podróżowania nie nadaje się tak do szczegółowego poznawania zwiedzanej okolicy, jak wędrówka piesza - pisano w poradniku krajoznawstwa z roku 1919. - Piechur albowiem - pisano dalej - może wejść w daleko bliższą styczność i z ludnością, i z przyrodą, niż odbywający podróż jakim bądź innym sposobem, albowiem styczność ze zwiedzanym terenem jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości ruchu.
    Wchodząc wówczas w tę bliższą styczność z Mazowszem, któregoś letniego wieczoru powracałem z penetracji okolicy do przystanku autobusowego w Wildze. Usłyszałem kościelny dzwon. Bił długo i nie było to zwoływanie wiernych na wieczorne nabożeństwo. Pośrodku wsi płonęły domy. Straż pożarna lała na nie strumienie wody z sikawki. Na słomianych dachach sąsiednich domów i stodół siedzieli okrakiem mężczyźni z wiadrami wody. Inni stali u ich stóp z kolejnymi wiadrami. Z płomieni wylatywały iskry i leciały nad wsią. Mężczyźni raz po raz  krzyczeli: idzie, idzie, idzie, przeszła... A jak nie przeszła, lecz zatrzymała się na  jeszcze się nie palącej strzesze, wtedy lano na nią wodę. Ulicą od kościoła szła gromada kobiet, niosły przed  sobą święty obraz,  błagalny śpiew kobiet mieszał się z nawoływaniami mężczyzn. Przystanek autobusowy był na przeciwnym krańcu wioski przed znajdującym się tam barem, bar był zamknięty.
    Spojrzałem na rozkład jazdy, do przyjazdu autobusu miałem jeszcze trochę czasu, usiadłem na ławeczce przed zamkniętym barem. Wtedy pojawił się koło mnie człowiek. Młody był, ręce miał pocięte świeżymi sznytami, śmierdział alkoholem. Objął mnie przyjacielsko ramieniem i zaczął opowiadać, widocznie miał taką potrzebę, na mnie ta jego potrzeba padła, więc nawijał do mnie jak do starego kumpla. Opowiadał, że jest z Karczewa, że właśnie wyszedł z więzienia, że przed dwoma laty pobił  się na weselu w Wildze i kilku weselnikom wsadził kosę pod żebra, bo on przyjechał tu do jednej dziewczyny, a oni go nie chcieli, bo dla nich to on był obcy. I cały czas w tym więzieniu to o jednym tylko marzył, że jak już wyjdzie, to przyjedzie tutaj do Wilgi, i tym tutejszym pokaże kto on naprawdę jest. Więc przyjechał dzisiaj i podpalił im dom. 

       W końcu nadjechał mój pekaes, ja wskoczyłem do autobusu, on stał na przystanku i kiwał mi przyjaźnie ręką, wieś wciąż się paliła...
   

Już w październiku na rynku księgarskim ukaże się kolejna moja książka, której edycję przygotowuje Wydawnictwo "Iskry". Książka nosi tytuł "Podróże po Mazowszu". Opowieść z Wilgi tam się znajduje. I jeszcze trochę innych opowieści. Zapraszam.

czwartek, 21 lipca 2016





Najwspanialsze krajobrazy Mazowsza:
nad Bugiem i Liwcem
Liwiec przy ujściu do Bugu koło Kamieńczyka. Fot.L.Herz
Przyroda i człowiek.
Na drogach współistnienia.

Lubię tam bywać. Niedługo znów się wybieram i zabieram ze sobą na wędrówkę grono najbliższych swoich przyjaciół z turystycznych wędrówek. Pójdziemy zobaczyć jeden z najładniejszych fragmentów Mazowsza, znajdujący się  w widłach Bugu i Liwca. Tam wszystko jest na miejscu: są rzeki i nadrzeczne łąki, jest kawał przyzwoitego lasu i nie najgorzej w ten krajobraz wkomponował się człowiek. 

    Dolina Bugu jest istotnym dla równowagi przyrodniczej całego kontynentu europejskim rarytasem, nic dziwnego, że znalazła się pod specjalną ochroną w sieci obszarów „natura 2000”. Dolina Liwca również. Od dziesiątków lat liwiecka dolina  służy warszawiakom jako wyjątkowe miejsce na letnisko. Koryto rzeki jest płytkie, dno piaszczyste, świetne plaże na brzegu, nic tylko się kąpać. Niemały kompleks sosnowych borów Puszczy Kamienieckiej też ma swoje zalety. To teren wyjątkowy, gdzie w rewelacyjny sposób współistnieją ze sobą przyroda i człowiek.


Bug koło Szumina. Fot.L.Herz

Liwiec koło Nadkola i Świniotopi. Fot.L.Herz

Puszcza Kamieniecka koło Koszelanki. Fot.L.Herz

    Krajobraz nadbużański jest wielkim darem, jaki nam został  ofiarowany.  Jedną z najbardziej rzucających się w oczy go cech jest  różnorodność i mozaikowatość. Jak w talii kart są  tutaj pejzaże bardziej i mniej ważne, bardziej lub mniej atrakcyjne, żadnego jednak zlekceważyć się nie godzi. Najważniejszym jest Nadbużańskio Park Krajobrazowy, utworzony w roku 1993 roku na południowym brzegu Bugu. W nim główną  rolę gra Puszcza Kamieniecka.  Jej lasy przetrwały głównie tam, gdzie ziemia nie była przydatną dla rolnictwa.
    Chociaż z przyrodniczego punktu widzenia już nie może być ten las nazywany puszczą, wciąż jednak są w nim fragmenty prawdziwie puszczańskie i o jego przyrodniczych walorach świadczy obecność  związanych z puszczańskimi środowiskami kilku gatunków zwierząt z potężnymi łosiami na czele, a w ostatnich latach także i wilki bytują w tej lesistej okolicy. Puszcza to nie tylko las, to również enklawy i półenklawy śródleśne, zajęte przez uprawy rolne, pastwiska i łąki, to także wioski na skraju lasu i pośród niego, wszystko to, co w ciągu ostatnich wieków przyniósł do tej puszczy człowiek, przystępując do uprawiania przyrody na swój sposób. Łąki są koszone i są uprawiane pola miejscowych rolników, a tu i tam pośród lasu pobudowane zostały  osiedla letniskowych domków dla mieszczuchów, poszukujących wypoczynku w przyrodzie. Powstał w ten sposób bardzo interesujący  krajobraz kulturowy, to jest taki, w którym dzieła rąk ludzkich są harmonijnie wkomponowane w naturalne środowisko przyrodnicze. 
Jedno z bużysk nad Bugiem, starorzecze na które wkracza osoka aloesowata. Fot.L.Herz

   Ojcem Puszczy Kamienieckiej jest Bug, większa jej część rośnie w jego dolinie, wszystkie  wydmy przed tysiącami lat usypał wiatr na piaszczystych mieliznach Bugowej pradoliny. Tam, gdzie nad rzeką wycięto lasy, na torfowiskach jego   doliny  ścieli się dzisiaj najładniejszy zespół łąk mazowieckich, ciągnący się kilometrami i zdający się nie mieć końca. W większości są to koszone łąki uprawne. Ale nie tylko koszone. Są fragmenty, gdzie człowiek nie ma nic do roboty. Tam króluje przyroda. Ona wyłącznie.
Łąki nadbużańskie, dzikość ogromna, tam nie ma miejsca dla człowieka.Fot.L.Herz
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na tych łąkach odpoczywają stada przelotnych ptaków i mają miejsce gody tych ich gatunków, które zdecydowały  się tutaj pozostać na lęgi, a są wśród nich  ornitologiczne rarytasy: derkacze, kuliki i  rycyki, brodźce, perkozy i łabędzie, bywa tam wodnik, kureczka nakrapiana i kokoszka wodna, a birdwatcherzy mają używanie. Stare dęby są ozdobą nadbużańskich łąk, a spośród nich najlepiej prezentują się rosnące przy Łężnej Drodze. Ta nadzwyczajna droga wczesną wiosną jest zalewana wodą i wtedy przejście nią nie należy do łatwych. Ta droga zaczyna się koło Brzuzy na wschodzie i poniżej krawędzi tarasu wydmowego wiedzie pośród łąk bużańskimi łęgami (stąd nazwa: Łężna Droga) ku zachodowi do Wywłoki. Dęby przy tej drodze są nadzwyczajnych kształtów, niektóre mają pokrój egzotycznych baobabów, na jednym z nich jest gniazdo bociana białego. Rosną wśród krajobrazu, w którym wiele przyjemności mieć będzie i podglądacz ptaków i florysta i wszyscy inni, czuli na piękno natury. 
Otoczenie Łężnej Drogi w nadbużańskiej dolinie. Fot.L.Herz

      Na północ od Łężnej Drogi płynie Ugoszcz, która w kilku miejscach tworzy wąskie jeziora o dużej urodzie. Jest to jeden z pejzaży, jakich niewiele jest w całej nizinnej Polsce. Rodzi się ta rzeczka (ona, nie on, Ugoszcz jest rodzaju żeńskiego)  pośród lasów przy wiosce Ugoszcz i jest to bardzo ważna nazwa, od staropolskiego słowa gozd pochodząca, oznaczało ono dawniejszymi czasy las ogromny albo wielką puszczę. Ugoszcz uchodzi do Bugu pośród łąk ogromnych i tam właśnie,  w pobliżu  tego ujścia, w zespole roślinnym łąki świeżej rośnie turówka wonna, pospolicie zwana żubrówką, ulubiony przysmak żubrów (których tutaj nie ma od wieków), nadający charakterystyczny smak jednej z typowo polskich wódek (których amatorzy w okolicy tej bywają).
      Są tam nad Bugiem dwie wioski na skraju lasu, Wywłoka i Szumin. W Wywłoce już  tylko dwa gospodarstwa pozostały, od wielu lat dość dokładnie obrośnięte domkami letniskowymi, zajmującymi obszar dawnej wioski i skraj sąsiedniego boru. Koło Wywłoki stykają się ze sobą różne rodzaje krajobrazu. Na piaskach wydmowych rosną  bory sosnowe, dzisiaj na ogół zdegradowane, zniszczone przez rabunkową gospodarkę leśną ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Ale jest w tych lasach przyrodnicza perła, to rosnący na tarasie zalewowym Bugu jeden z najpiękniejszych i najbardziej oryginalnych zespołów leśnych na Mazowszu, jaki zachował się  w rezerwacie "Jegiel".
Rezerwat "Jegiel" koło Wywłoki. Fot.L.Herz

    Nazwa Wywłoki jest fascynująca, a rozważania o jej pochodzeniu uruchamiają długi ciąg skojarzeń, mocno przybliżających dawne dzieje mieszkającego tutaj ludu. Zresztą, panuje nieco dowolności w stosunku do nazwy tej wioski: raz pisana jest jako Wywłoka, innym razem - choć rzadziej - jako Wywłóka. Trudno wyrokować, skąd nazwa. Bogactwo wyboru jest ogromne. Dziś niemal nikt nie pamięta, iż m.in. na Mazowszu [wg Kazimierza Moszyńskiego "Kultury ludowej Słowian", 1967] używany był powszechnie "włók", będący środkiem transportu poruszającym się na płozach. Pierwowzorem takich włóków były po prostu dwa drzewka, ścięte z koroną i liśćmi, albo dwa mniej lub więcej gładkie drążki, do których zaprzęgało się konia. Na Białorusi ten rodzaj sań używano do wywożenia siana z błot. Był to pojazd o wiele wygodniejszy od kołowego w takich właśnie warunkach, ale i na wiodących przez piaski drogach mazowieckich, przebiegających przez "dziadowskie morza", jak w nadbużańskiej okolicy zwano trudne do przebrnięcia piaszczyste obszary puszczy, rosnącej na przeciwnym, północnym brzegu Bugu. Puszcza Kamieniecka znajdowała się długo na pograniczu, bądź nawet w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, a w okolicy łąki na błotach są nadal powszechne, więc może w nazwie jest utrwalony dawny, sprzed wieków pochodzący sprzęt, używany przez tutejszych Rusinów?
    A może - i to też jest bardzo prawdopodobnym - nazwa pochodzi od miary gruntu, również "włóki"?  Najpewniej tej nazwie dał początku rodzaj sieci na ryby, co wydaje się być słuszną hipotezą, ze względu na położenie wioski na wyniesieniu nad obfitującym w ryby Bugiem. "Sądząc z miejscowej tradycji, najstarszy typ sieci stanowił >włók<. Była to sieć dwuwarstwowa, mająca ok.20 m długości i 1 m szerokości. Na obu końcach była zaopatrzona w pionowe drągi. Włókiem musiało łowić jednocześnie dwóch rybaków. Każdy z nich siedząc w maleńkim, lekkim czółnie trzymał jedną ręką drąg włóka, drugą - małe bose wiosło, którym wiosłował. Włók, zanurzony w wodzie, przecinał całą niemal szerokość rzeki. Rybacy płynęli równo i cicho pod prąd; w umówionym momencie, bądź jeśli wyczuli uderzenie wielkiej ryby w sieć, szybko kierowali się ku sobie, zataczając niewielki łuk i wciągając sieć do czółen. Łowienie włókiem wymagało wielkiego zgrania się obu rybaków i umiejętność sprawnego manewrowania czółnem" – pisała biografka okolicy, znakomita etnografka Maria Żywirska („Puszcza Biała. Jej dzieje i kultura”, 1973).
    Jak i Wywłoka, tak i Szumin przez wiele lat był wioską i to niewielką. Pierwotnie była to zapewne osada rybacka. Nazwa nie od szumu wody lub drzew pochodzi, lecz od sumów. W  Bugu, jego odnogach oraz starorzeczach sumy są wciąż spotykane. Od wielu już lat Szumin jest osiedlem letniskowych domków i willi, zamieszkanych przeważnie tylko w sezonie. Szumin ma wielu zapamiętałych miłośników. Istnieje nawet Towarzystwo Przyjaciół Szumina Przy skrzyżowaniu ulicy Podleśnej z ul.Jegiel jest niewielka kaplica, w której tylko ołtarz jest pod dachem, a dla uczestników nabożeństwa przygotowano ławy, ustawione pod koronami starych sosen. W soboty sezonu letniego o g.18 jest tu msza św. i oryginalne, niespotykane położenie tej kaplicy bardzo sprzyja modlitwie. Kaplica przynależy do parafii w Jerzyskach  w diecezji drohiczyńskiej. W zimie Szumin pustoszeje. 
Dom Hansenów w Szuminie, jedna z ikon współczesnej architektury polskiej. Fot.L.Herz

    W Szuminie powstał jeden z najważniejszych dla europejskiej architektury domów wiejskich. Znajduje się przy  ulicy – właściwie jest to zwykła wiejska piaszczysta droga  –  o uroczej nazwie Mlekicie. Przy niej stoi  domek Oskara i Zofii Hansenów z roku 1968.  Jako jedyny z krajów naszej części Europy znajduje się ten dom w międzynarodowej sieci Iconic Houses Network, grupującej najbardziej znane i najbardziej interesujące domy jednorodzinne świata, wzniesione  przez najsławniejszych architektów świata, m.in. Miesa van der Rohe, Le Corbusiera, Alvara Aalto, Franka Lloyda Wrighta, Antonio Gaudiego.
    Wpisany w mazowiecki krajobraz drewniany dom Hansenów w Szuminie,  jest przestrzennym manifestem Formy Otwartej – idei, którą Oskar Hansen uczynił osią swojej twórczości architektonicznej. Kim był ten niezwykły człowiek? Ten architekt, projektant i teoretyk-wizjoner, pedagog, artysta malarz i rzeźbiarz, syn Rosjanki i Norwega, o dalekich polskich korzeniach, urodził się w Helsinkach w roku 1922, umarł w 2005 roku w Warszawie. Rok po swoich urodzinach zamieszkał wraz z rodziną w Wilnie, a trzy lata później otrzymał polskie obywatelstwo. W Wilnie począł studiować, kończył je w Lublinie i w Warszawie.  W czasie wojny był na Wileńszczyźnie partyzantem Armii Krajowej, po wojnie kształtował swoją twórczą indywidualność w Paryżu i tam rozpoczął swoją podróż ku Formie Otwartej, która w świecie idealnym pozwalałaby ludziom decydować nie tylko o układzie mieszkań, ale też o ich wysokości, podziale funkcjonalnym czy rozmieszczeniu i wielkości okien na elewacji. Wszystko po to, by umożliwić każdemu "uwicie własnego gniazda".
    W roku 1950 zawarł związek małżeński z poznaną na warszawskich studiach Zofią Garlińską z mazowieckiego Kałuszyna. Stanowili dobre małżeństwo. Także artystyczne. Architektura ma być tłem dla życia – mówili  –  ma  uwznioślać nawet najbardziej banalne czynności, sprawiać, że obcowanie z nią będzie serią zachwytów obrazami wykreowanymi pospołu przez architekta i mieszkańców. Rolą architekta byłoby to, aby szanując "inność" każdego człowieka nie dopuścić do chaosu. Nie mogło się to podobać komunistycznym władzom, niewiele projektów dane im było  zrealizować.
    "Z chęcią żyłbym w świecie, który stworzyli – pisał o Hansenach Feliks Springer w swojej książce „Zaczyn”.  –  W tym świecie nie ma przestępców i zła, a ludzie chcą się rozwijać i troszczyć o siebie nawzajem, szanując dobro wspólne. Ta utopijna, modernistyczna wizja świata była odpowiedzią na czasy II wojny światowej. Hansenowie uważali, że skoro człowiekowi udało się podnieść po tym doświadczeniu, to już nigdy więcej nie popełni tych samych błędów".
    Hansenowie w Szuminie osiedli  w latach 60-tych XX wieku. Szumin był wtedy utopioną w mazowieckim krajobrazie nadbużańskim niewielką wioską rolniczą; dzisiaj mieszkają tu już niemal wyłącznie letnicy i obejścia miejscowych zupełnie się w letniskowych „daczach” utopiły. W roku 1968 powstał ich dom. Jest nakrytą ciągnącym się do ziemi dwuspadowych dachem prosta, drewnianą chatą. Przypomina skromne zabudowania gospodarcze, a nie „rezydencję” architektów z Warszawy. Nie przez przypadek dom przez miejscowych został nazwany owczarnią.
    Budynek ten wymyka się opisowi – pisał Springer. Nic tu nie jest określone raz na zawsze - wnętrze przeplata się z zewnętrzem, pomieszczenia przechodzą płynnie jedno w drugie, domowe sprzęty mają przypisane po kilka funkcji jednocześnie. Oglądany z zewnątrz nie sprawia  imponującego wrażenia. Na pierwszy rzut niewprawnego oka przywodzi na myśl spontanicznie rozbudowywaną drewnianą szopę, pasterski szałas, który kolejni mieszkańcy dostosowują do swoich zmieniających się potrzeb.
    Zarówno kształt domu, jak  i sposób zaaranżowania całej działki były odzwierciedleniem opracowanej przez Hansenów idei Formy Otwartej. Według jej założeń przestrzeń, wyznaczona przez architekta jest tylko ramą, którą wypełniają sami użytkownicy; kształt domu jest tylko punktem wyjścia do tworzenia, budowania, porządkowania wnętrz według potrzeb i pomysłów jego użytkowników. Dom w Szuminie też taki jest – stanowi zbiór otwartych lub półotwartych przestrzeni, które można było dość łatwo adaptować do zmieniających się potrzeb rodziny z dorastającymi dziećmi. Hansenowie zaprojektowali dom w taki sposób, aby wnętrze stanowiło integralną całość zarówno z ogrodem, jak i wioską. Przy drodze, wiodącej wzdłuż domu, architekci ustawili ławkę, z której korzystali wracający z pól okoliczni mieszkańcy; wnętrze domu rozplanowali tak, aby ze środka móc słyszeć prowadzone na ławce rozmowy.  Zresztą możliwość ciągłego słyszenia i widzenia się domowników była istotną częścią aranżacji wnętrza. Nie ma tu tradycyjnego podziału na pokoje – przestrzenie przenikają się i otwierają na siebie w czasem niespodziewany sposób.
     Po śmierci Hansenów, w roku 2015 szumiński ich dom został wzięty pod opiekę przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Wnętrza są udostępniane kilkanaście razy w ciągu roku, tylko dla niewielkich grup, wyłącznie po wcześniejszym się zapisaniu, chętnych jest zawsze o wiele więcej, niż dom może przyjąć.
Biała Góra nad Bugiem. Fot.L.Herz

      Koło Szumina znajduje się nad Bugiem  jedno z najbardziej urodziwych miejsc na Mazowszu. Rzeka podcina tam piaszczystą wydmę, wznoszącą się około dziesięciu metrów nad poziom wody w rzece. Miejsce to zwane jest Białobrzegi, a wydma Białą Górą. Stamtąd jest najpiękniejszy widok, niewiele mający równych sobie na polskich nizinach. Rzeka, wydmy i torfowiska, sosnowy bór i liściaste łęgowe lasy oraz łąki – wszystko, co najlepsze spotkało się tutaj. Tutaj schodzą się koryta rzeki, w ich widłach widnieje las. Do niedawna rósł na dużym półwyspie, od kilku lat połwysep został już wyspą. Miejscowi nazywają to miejsce Dębniakami lub po prostu Uroczyskiem i jest prawdziwie uroczysko rodem ze starej baśni.
Szlak turystyczny skrajem Puszczy Kamienieckiej na nadbużańskim klifie. Fot.L.Herz

    Ku Białej Górze znakowany szlak turystyczny prowadzi brzegiem tuż nad rzeką, a brzeg ma tutaj charakter klifu i stromo opada ku rzece, która niemal co roku zabiera ze sobą fragmenty brzegu wraz z oznakowaną dróżką. To jedno z niewielu miejsc na Mazowszu, gdzie las bezpośrednio graniczy z wielką rzeką. Mimo, że Bug jest rzeką dłuższą od Narwi, już od wieków jest uważany za jej dopływ. To "rzeka dzika, nie w pełni ujarzmiona przez człowieka, która zachowała wiele przybrzeżnych mielizn, zakoli, wysokich, stromych brzegów, tajemniczych głębin i wysp. Prawdziwa, nizinna rzeka pełna ryb, z dobrze wykształconymi tarasami w dolinie, rozległymi pastwiskami i łąkami, wydmami usypanymi przez rzekę lub wiatr, lasami łęgowymi, dużymi, pięknymi starorzeczami nazywanymi przez miejscową ludność bużyskami, czasami kapryśna, a przede wszystkim piękna, posiadająca niepowtarzalne uroki o każdej porze roku. (...) Ta niezwykła różnorodność i malowniczość krajobrazu, budzi jakąś odwieczną tęsknotę do ciszy lasów i pól, do szerokiego oddechu, do swobodnej przestrzeni, zachęca do przemierzania tych terenów i do kontemplacji" – pisali Henryk Kot i Cezary Starczewski ("Nadbużański Park Krajobrazowy", 1995). W ostatnim ćwierćwieczu XX w. z wielką szkodą dla krajobrazu i przyrody doliny, rzeka została obwałowana na znacznym odcinku, jej taras zalewowy odcięty od naturalnych wylewów, a koryto Bugu w kilku miejscach wyprostowano, likwidując niektóre zakola rzeki.  
Na drugim brzegu brańszczykowskie łąki w Wielkim Kole. Fot.L.Herz
 
     W rejonie Puszczy Kamienieckiej i Białej rzeka płynie szeroką doliną mocno meandrując i tworząc liczne zakola, z których niektóre w latach osiemdziesiątych XX wieku stały się już tylko starorzeczami, po wyprostowaniu głównego koryta. Na drugim brzegu rzeki znajduje się uroczysko Wielkie Koło, a są tam niepowtarzalnej urody łąki z trzech stron otoczone ogromnym zakolem Bugu. Te właśnie brańszczykowskie łąki nadbużańskie  są miejscem występowania m.in. fascynującego swoim kształtem, lotem i śpiewem, rudobrązowego ptaka o długich nogach i dziobie - rycyka. Niekiedy można go zobaczyć z wysokiego brzegu rzeki, jak uwija się nad łąkami po przeciwnej stronie rzeki, lecz częściej można usłyszeć jego donośny, bardzo melodyjny głos.    
      Każdemu, kto czuły na ewenementy przyrodnicze, życzyć należy widoku bytującego nad Bugiem w tej okolicy niezwykle barwnego zimorodka. Późną wiosną w roku 2016 byłem tam w dzień powszedni, to była dla mnie dzień niezapomniany, pogoda cudowna, słoneczna, niebo niebieskie, chmurki na nim białe, cudowna cisza, ani jednego człowieka na horyzoncie, wokół mnie tylko przyroda. W tej ciszy tylko jeden głos mnie dochodził;  co jakiś czas słychać było mocne uderzenie, to o wodę biły ogonem bobry, ucztujące na brzegach i po swoim posiłku zanurzające się w wodzie z takim właśnie uderzeniem swojego płaskiego ogona, brzmiącym jak wystrzał z armatki. Od stu lat okoliczny krajobraz przyciągał w te strony ludzi kultury. W leśniczówce w Jerzyskach zatrzymywał  się bard myślistwa, poeta Julian Ejsmond. Urodę krajobrazu okolicy opisał nadzwyczajnie i były to opisy pełne barw, jakby zdjętych z płócien najwybitniejszych impresjonistów.

    Liwiec, tak, jak i Świder, jest rzeką, będącą synonimem podwarszawskiego wypoczynku letniskowego. Któż nad jego brzegi nie przyjeżdżał na letnisko! Dolny odcinek Liwca od Urli po Kamieńczyk, od wielu lat cieszy się renomą rzeki doskonale zdatnej do celów rekreacyjnych. Koryto rzeki jest tutaj płytkie, dno piaszczyste, brzegi albo niskie z przyjemnymi plażami, albo tworzące niewielkie urwiste klify. Nad rzeką zagajniki, nieco dalej od niej lasy. Z Warszawy stosunkowo blisko. Czegóż więcej trzeba do szczęścia?  
    Wielka kariera nadliwieckich letnisk zaczęła się na dobre po odzyskaniu niepodległości. Wkrótce potem, z wdzięczności za dokonania w muzyce i polityce ofiarowano Ignacemu Paderewskiemu pobudowany jeszcze w 1910 roku pałacyk w Julinie na wschodnim brzegu rzeki. Pałacyk nadal stoi, a legenda Paderewskiego jest tu wciąż żywa, chociaż - jak się zdaje - nie ma pewności, czy on sam był nad Liwcem. Bywała jego żona Helena, która w roku 1924 spowodowała otwarcie szkoły w Julinie i przez trzy lata finansowała mieszkanie i wyżywienie trójki nauczycieli. Niedaleko od Julina uwił przed wielu laty swoje gniazdo w Gniazdowie  wspaniały rysownik, znawca militariów i gawędziarz niebylejaki, Szymon Kobyliński. Niestety, od roku 2001 już nie żyje. Wiele wszyscy straciliśmy wraz z jego śmiercią.
    Dzisiaj nad brzegami rzeki i w dalszej od nich odległości, w pogodne weekendy i latem zaludniają się bardzo tutaj liczne domki, domy i wille letniskowe w Kamieńczyku, Świniotopi, Halinie, Pustych Łąkach, Nadliwiu, Strachowie i Urlach na zachodnim brzegu rzeki, oraz na brzegu wschodnim w Nadkolu, Koszelance, Gniazdowie, Julinie i Barchowie. Domy stałych mieszkańców tych wiosek dzisiaj nikną pośród masy domów letniskowych. 


Pełne zieleni uliczki w letniskach nadliwieckich. Fot.L.Herz

    W roku 1930 na łamach krajoznawczego czasopisma "Ziemia" z zachwytem opisywał urodę nadliwieckiej Koszelanki Tadeusz Cieślewski (syn). Rosły wtedy nad rzeką  „stare bory sosnowe, gęsto przetykane grabami i dębami, pełne tajemniczych jeziorek, podszyte jałowcem i paprocią, usłane mchami i borówkami... Wąskim tylko pasem złociły się pola i kwieciły łąki, obrzeżone piachami, dźwiganymi to tu, to ówdzie przez szeroko rozlany Liwiec. Koszelanka była samodzielnym, odciętym od świata zakątkiem"...
    Nadliwie, nim w latach międzywojennych powstało w nim letnisko, zwało się Strachowskimi Górami. Postawiono kilkanaście domków, wybudowano kort tenisowy i obsadzono dębami drogę ku rzece.  Letnisko miało swoich stałych gości. Przed drugą wojną światową, a i potem, gdy wojna się skończyła, na okres letni przyjeżdżał do Nadliwia Melchior Wańkowicz (1892-1974), znakomity publicysta, niezrównany autor reportaży i gawęd, jedna z najbarwniejszych postaci polskiej literatury.  Położony na wydmowym zboczu dom, gdzie zamieszkiwał, "otulony szczelnie zielonością, piętrowy, z akacjami zaglądającymi do okien, nosił ślady dawnej urody i dbałości (...) Po śniadaniu zaczynała się praca. O jedenastej słychać było pogwizdywanie listonosza, który przyjeżdżał na rowerze: - Panie Wańkowicz, ja w życiu tyle listów nikomu nie woziłem, pan musi być ważny facet" – notowała  Aleksandra Ziółkowska w swojej książeczce "Blisko Wańkowicza". W Nadliwiu mieszkał i tworzył Stanisław Grochowiak (1934-1976), ceniony poeta, prozaik i dramatopisarz Dom stoi nadal i znajdowała się w nim galeria obrazów Marii Sołtyk, towarzyszki życia poety. Dawno tam nie byłem. Jest jeszcze? 
Szaleństwo zieleni, a w środku Liwiec płynie. Lato roku 2016 koło Nadliwia. Fot.L.Herz

    
Najbardziej popularną miejscowością nad Liwcem są Urle. Są najstarszym letniskiem okolicy, już przed I wojną światową były – jak to opisała Maria Ziółkowska - modnym kurortem, istniały wtedy liczne pensjonaty, restauracje z dansingami, hotel, a nawet niewielkie kasyno gry. Urle były magnesem ściągającym warszawiaków, były to płuca niedaleko położonej stolicy. Urle wciąż jeszcze jest to jedna z najbardziej dziś popularnych miejscowości letniskowych pod Warszawą. Może nawet jedyne jeszcze podwarszawskie letnisko o tak „klasycznej" postaci.
    Wiele nadzwyczajnych opowieści o Urlach spisał Kacper Czeretoski (W: „Puszcza Kamieniecka i dolina Liwca”, 2013). Zacytuję jego opowieść jedną, ale za to obszerną. Oto ona. W Urlach jeszcze tlą się wspomnienia o Witowskim i jego dancingu "Pod strzechą". Imienia jego nie pamiętam. W latach trzydziestych żył ze sprzedaży piasku ze swoich placów na Woli. Był to klasyczny król przedmieścia – wysoki, przystojny brunet o barach Atlasa. Przedtem rozporządzał większymi dochodami i bawił się w przedniejszych restauracjach, trochę zwyczajem dawnych kupców moskiewskich. Zabawa, czyli wielka feta kończyła się prawie z reguły tłuczeniem luster, łamaniem krzeseł i kandelabrów, rozbijaniem bufetu. Po takich trzaskach wsiadał do parokonnej dorożki, objeżdżał całe miasto i wracał do knajpy, regulując rachunek zawsze słony niezwykle. Dancing "Pod strzechą" naraił mu Władzio Jurkowski, niegdyś zamożny kupiec i znany w kręgach wesołej warszawski birbant i utracjusz, uczestnik niejednej ich wspólnej hulanki, co wszystko przefiukał po kabarecikach, nocnych lokalach i zwykłych szynkowniach. I wegetował na starość u dzierżawcy Nadliwia w charakterze rezydenta. Bratem Władzia był swego czasu znany inżynier budowy mostów, Stefan Jurkowski, autor pierwszego w kraju podręcznika z zakresu konstrukcji żelazobetonowych.
    Gwałtownemu jednak usposobieniu Witowskiego nie bardzo odpowiadała tego rodzaju profesja...  Dancing "Pod strzechą" stał po prawej stronie torów, jadąc z Warszawy, gdzieś tak bliżej rzeki. W pewien wieczór pogodny do pasji doprowadził go ogólny nastrój na sali i słaba konsumpcja uczestników. Zaczęło się od skrzypka w orkiestrze jazzowej, który jakoby fałszował...  Potem przyszła kolej na niektórych gości. Niebawem lokal opustoszał i niepokój rozszerzył się na pół osiedla. Jakaś bardziej śmiała grupa letników usiłowała stawić czoło rozjuszonemu kierownikowi tawerny. Ale strzały na postrach zmusiły wszystkich do ucieczki. Bieganina była niesamowita. Pogubiły się pary taneczne. Niektórzy zamiast do domu gonili w stronę Liwca. Jak Urle Urlami, jeszcze takiej awantury tam nie widziano. Tyle  opowieści pana Kacpra. 
    Poza sezonem w Urlach jest zupełnie pusto, większość domów ma zamknięte na głucho drzwi i okna zasłonięte okiennicami. Tym domom, specjalnie budowanym dla letników, warto się przyjrzeć. Budowano je po to, aby je wynajmować. Były to czasy, gdy jeszcze nie powstawały masowo różnorakie „dacze" i prywatne domki letniskowe. Wtedy budowano domy, przeznaczone do wynajęcia, bardzo często nie tylko jednej rodzinie. Tutaj od lat międzywojennych na wakacje przyjeżdżały zwłaszcza matki z małymi dziećmi. Ojcowie, pracując w tym czasie w Warszawie, przybywali w odwiedziny na niedziele. Dawniej wyłącznie pociągami, dzisiaj w znacznej już części własnymi samochodami.
    Przed ćwierćwieczem i jeszcze nieco dawniej, w niedzielne popołudnia na peronie położonej wśród lasu stacyjki, na przyjazd pociągu czekały  tłumy ludzi, lecz większość z nich stanowiły osoby odprowadzające, które po odjeździe pociągu powracały na kwaterę do wynajętego domu. A domy to bardzo charakterystyczne, mające  obszerne werandy, przystosowane do spędzania czasu i do zabaw z małymi dziećmi w czasie niepogody, która w naszym klimacie nie jest wielką rzadkością.



Domy letniskowe na wynajem w Urlach. Z werandami, tak jak trzeba. Fot.L.Herz
    Przewodnik Kazimierza. Saysse-Tobiczyka z roku 1934, zaliczał Urle, bo o nich to mowa, do miejscowości, które „posiadają bezsprzecznie dobre warunki klimatyczne, dzięki suchej, piaszczystej glebie i sosnowym lasom, główne ich ośrodki jednak — pisał autor — nie odpowiadają współczesnym wymaganiom hygjeny i estetyki". Nie odpowiadają zresztą nadal, niestety.
    Popularności Urli trudno się dziwić. Miejscowość położona jest pośród sosnowych borów, nad płytkim i zdatnym do dziecięcych kąpieli Liwcem, jest tutaj stacja kolejowa, a zatruwający atmosferę przemysł znajduje się zbyt daleko, by jego skutki były wyraźnie odczuwalne. Zanim jednak powstało letnisko, wpierw była osada, i to bardzo późno założona, gdyż dopiero w drugiej połowie XVIII wieku. Pisano w lustracji starostwa jadowskiego w roku 1775: „są także należące do Starostwa Jadowskiego dwa Pustkowia, w których osiedli Kurpikowie. Jedne za Borzymem Urle zwane, w nich osiadłych Kurpików trzech". Mieszkańcy Zielonej Puszczy Myszynieckiej cieszyli się zasłużoną sławą „puszczaków", obeznanych z pracą w lesie, umiejących las ten rąbać i pozyskiwać nowe tereny dla gospodarowania. Trudno się też i dziwić, iż sprowadzono ich również nad Liwiec.
    Nazwa miejscowości związana jest z płaską dolinką Liwca. Nazwa Urle oznacza miejsce niskie, bagienne, Mówi się „to urle”, a nie „te urle”.  Liwiec jest bardzo malowniczy, płynie płytkim korytem o piaszczystym dnie. Brzegi miejscami tworzą niziutkie i urwiste klify. Na nich rosną zagajniki,   pośród   których   w ostatnich latach wyrosły niezliczone domki i wille letniskowe, tworzące duże nawet osiedla z uliczkami i drogami, pełne płotów i ogrodzeń. Nie da się ukryć, że dzisiejsze Urle nie są już tym osiedlem, którym były jeszcze przed dwudziestu laty. Ale wciąż urlańskie sosny pachną żywicą i w ciepłe dni lata żywiczny ich zapach bywa oszałamiający. 


Urlański kościół pośród sosen. Fot.L.Herz

    
 
 
 
 
Urle są po stronie północnej linii kolejowej, po stronie południowej są Borzymy. Można przypuszczać, że tak jak mickiewiczowskie Butrymy, tak i Borzymy nazwę wzięły od mieszkańców, tutaj przezywanych Borzymami, bo pośród borów mieszkających. Pośród sosnowego boru postawiono miejscowy kościół, znany z letnich spotkań z kulturą. Tłumy letników i mieszkańców przychodzą na koncerty muzyki kameralnej, organizowany jest nawet festiwal tego gatunku muzyki klasycznej i koncertują na nim uznani artyści. Są także koncerty muzyki popularnej, są koncerty jazzowe, do tradycji weszły  plenery rzeźbiarskie, w leśnym ogrodzie wokół świątynki pełno jest drewnianych rzeźb, przedstawiających zarówno świętych, jak i zwierzęta leśne.
Drewniana sowa w leśnym ogrodzie urlańskiej parafii. Fot.L.Herz

     Zagubione wśród lasów Urle  w czasie drugiej wojny światowej były miejscem, w którym szkolili się żołnierze utworzonych później batalionów szturmowych Armii Krajowej: „Parasol" i „Zośka". Linia kolejowa była celem ataków licznych zgrupowań partyzanckich, które, korzystając z osłony lasu, wysadzały tutaj hitlerowskie pociągi wojskowe i urlopowe. Naprawy torów wymagały potem wielogodzinnych przerw w komunikacji.
     



niedziela, 10 lipca 2016

Małe i nieduże, piękne i nieznane:
oblaczki, dostojki, przeplatki


Na  kilka dni pojechałem do samotnej leśniczówki, utopionej w gąszczu lasu. Starałem się nadgonić zaległości w lekturze, nie łaziłem więc po lesie jak oszalały, lecz czytałem i czytałem, lasem rozkoszując się na siedząco. Las mnie otaczał swoją zielenią, śpiewem ptaków, zapachami, pięknie było.  
   Przedpołudniami odwiedzały mnie masowo motyle, wśród nich rusałka admirał oraz takie, o jakich przeciętny człowiek pojęcia nie ma, że istnieją. Na ogół wszyscy rozpoznamy cytrynka, który zresztą nie zawsze jest cytrynowej barwy, bywają bowiem białe cytrynki. Być może rozpoznamy też rusałkę admirała i rusałkę żałobnika, to są dosyć popularne motyle i praktycznie wszędzie spotykane. Paź żeglarz to rzadko widywany rarytas. Poza cytrynkiem wszystkie te motyle to arystokracja. Ale bywa też znacznie częściej spotykana drobna szlachta w motylim rodzie. O niej  jest ta opowieść.
Oblaczek granatek. Fot.L.Herz
    Oblaczka nie zna prawie nikt, więc nie dziwno, iż  jest jednym z rzadko rozpoznawanych, chociaż wcale nie tak rzadkich motyli. Dziwny to motylek z tego oblaczka granatka, co to tło skrzydeł ma głównie granatowo-czarne, upięknione lekko zielonkawym połyskiem. Oblaczków odwiedzało mnie sporo tego lata. Rzadszy był inny, mocno oryginalny motyl z mocno postrzępionymi skrzydełkami. Nazywałem go po swojemu – strzępotek. Jednak ów "strzępotek" to nie żaden ze strzępotków, których jest kilka gatunków, które choć strzępotkami są zwane, wcale nie mają postrzępionych skrzydeł. Odwiedzający mnie „strzępotek” to nie było byle co, to była rusałka ceik, a zatem motyl należący do gromady rusałek, a one to już motylowa szlachta.
Rusałka ceik. Fot.L.Herz

    Najchętniej mnie odwiedzały, i to tłumnie, brązowe dostojki. Zwane także perłowcami są wzorzyście nakrapiane w rzędy elegancko uszeregowanych kropek i prostokącików, większych i mniejszych, regularnie, od wierzchu niemal geometrycznie pokrywających ich skrzydełka, a od spodu srebrzących się perłowymi barwami. Które dostojki były które, w tym trudno się mi było połapać, bom niespecjalnie w motylach biegły. Nazwy dostojki noszą cudne, a to adype, to eufrozyna, jest i aglaja oraz ino. Do mnie w odwiedziny najczęściej przylatywały dostojki niobe i dostojka latonia. Z rozpoznanych najdostojniejszą wydała mi się dostojka malinowiec z czterema pręgami na skrzydłach. 
Dostojka malinowiec. Fot.L.Herz

Podlatywały ku mnie również przeplatki, bardzo zresztą do dostojek podobne. Wtedy, gdy motyle są w nieustannym ruchu, nie jest łatwo dostojkę od przeplatki odróżnić, a różnice są, tak w wykroju skrzydełek, jak i w ubarwieniu i kształcie rysunku na nich.  
Dostojki i przeplatki. Fot.L.Herz

Dostojki na kapciu. Fot.L.Herz
    Wszystkie uwielbiały przysiadać na wszystkim, co było przesiąknięte ludzkim zapachem, czasem na ręce, czasem na ramionach, na nogach również czasami. Nie są płochliwe, a więc, gdy przysiadały na moich  kapciach, dawały się fotografować. Nie najelegantsze to tło dla takiej dostojki albo przeplatki, przecież to tylko zwykły, plastikowy kapeć na niemłodej nodze. 
    W ramach miłości do zwierząt powinno się im swoje ciałko udostępniać, aby mogły swymi ssawkami spić kilka kropel potu. Wiele gatunków motyli tak właśnie z nami postępuje, albowiem pot zawiera sole mineralne, które są dla nich bardzo cenne. Oprócz tego mogą również siadać na odchodach, padlinie i przy wyschniętych kałużach, jako że z nich również mogą pozyskać wspomniane sole. Dorosłe przeplatki żyją od 5 do 10 dni, bardzo niewiele, ale podobno wystarczająco, by zrobić to, co konieczne, czyli przedłużyć istnienie gatunku.

     Uff... połapaliście się choć trochę w tym wszystkim? Podejrzewam, że nie za bardzo. I nic dziwnego.