sobota, 22 stycznia 2022

W krainie łosi: Sieraków w Puszczy Kampinoskiej

Obok autobusowej pętli  w Sierakowie wznosi się foremna, zabytkowa kapliczka z XIX wieku. Dokładnie nie wiadomo kiedy ją postawiono, przyjmijmy że w ostatnim jego ćwierćwieczu. Na tym zdjęciu utrwaliłem ją w roku 1967, już wtedy miała około stu lat.  Nadal stoi w tym samym miejscu, lata całe minęły, przeszło pół wieku z ta kapliczką się znamy, odwiedzam ja co jakiś czas, a ona wciąż trwa, piękna w swoim kształcie, jest prosty i wyrafinowany zarazem, znakomite świadectwo doskonałego gustu ludzi z przeszłości. Stawiano ją wtedy, gdy wokół wsi nie było lasu. Sto pięćdziesiąt lat temu aż po Warszawę ciągnęły się stąd piaszczyste nieużytki, na piaskach walczyły o życie nieliczne sosny, tam gdzie ich było najwięcej, tam powstała osada Laski. Zmienił się pejzaż tej okolicy od tamtego czasu. Dzisiaj tu lasów, a lasów. 



W połowie lat sześćdziesiątych odwiedzałem w Sierakowie pana Henryka Sucharskiego. Niestety, nie fotografowałem wtedy tak jak dzisiaj, po prawdzie to ja nie fotografowałem w ogóle. Nie mam więc jego fotografii, a twarz miał do zdjęcia wspaniałą, chłopską, pooraną wiekiem i leśnym powietrzem. Zawsze nosił leśny mundur, który, tak jak jego właściciel, miał już swoje lata. Pan Henryk był strażnikiem parku, człowiekiem stąd, znał swoje strony, jak nikt. Dawał się namówić młodemu człowiekowi, więc zabierał mnie ze sobą w ten swój las i  prowadził w różne miejsca.

Dowiadywałem się gdzie co się znajduje, dlaczego tak, a nie inaczej to miejsce nazwano, a ja nanosiłem te nazwy na mapy i wypytywałem skąd one wzięły swoje nazwy wszystkie te miejsca. Możecie część z tych nazw zobaczyć na mapach, mili Czytelnicy, albowiem w tamtym czasie współpracowałem z Państwowym Przedsiębiorstwem Wydawnictw Kartograficznych przy opracowywaniu mapy Puszczy Kampinoskiej. Wprowadzałem te nazwy na tę mapę, wtedy po raz pierwszy zostały wydrukowane i podane do publicznej wiadomości!


Ze wszystkich najbardziej mi się podobała nazwa Wierzejnej Góry, ta wydma była rzeczywiście jako wierzeje, jako brama, za którą zaczynało się to, co najwspanialsze w przyrodzie okolicy, a co dzięki państwu Kobedzom zostało pierwszym w naszej puszczy rezerwatem przyrody; rezerwat Sieraków powstał w roku 1937. Mówiła mi prof.Jadwiga Kobendzina, że gdy razem z mężem zaczęli przemyśliwać nieśmiało o powołaniu parku narodowego w tej podwarszawskiej puszczy, zrazu myśleli, że powinien on powstać tylko w tej okolicy, z sierakowskim rezerwatem, jako jego trzonem. To miało być coś w rodzaju parku narodowego koło Białowieży, tamten też tylko nieśmiały kawałeczek całej puszczy przyrodnikom ofiarowała przedwojenna władza, czegóż innego po władzy mona się było spodziewać tutaj po władzy powojennej. A jednak, co by złego o tej komunistycznej nie mówić, park narodowy powstał nie na tym skrawku tylko, ale w całej puszczy.   

Gdy na tej wydmie byłem po raz pierwszy, widok się ciągnął od niej aż ku Truskawiowi. Podobno generał Abraham  dowodził z niej bitwą pod Sierakowem, wyobrażam go sobie jak Jagielłę pod Grunwaldem na płótnie Matejki, tyle że bez łopocących chorągwi nad głową. Z Wierzejnej Góry widział niemieckie czołgi, jak pełzły przez okoliczne pola od Truskawia ku polskim stanowiskom bojowym na sierakowskich wydmach. Dzisiaj już żadnych pól nie widać, u stóp wzniesienia kilka dachów sierakowskich domostw, a dalej las i las, nic tylko las, sosnowe morze tam się rozciąga, aż po Truskaw.  To stara nazwa ta  Wierzejna Góra, spotkałem ją na odręcznie malowanych mapach sytuacyjnych rządowych lasów, znajdujących się w warszawskim Archiwum Akt Dawnych. Samo słowo jeszcze starsze, wierzeje czyli skrzydła wrót to wyraz prasłowiański.

 




Szedłem sobie teraz przez Sieraków i fotografowałem. Jaki on jest teraz?  W okresie międzywojennym Sieraków był jedną z najuboższych wsi podstołecznych. W porze zimowej, gdy mróz ściął sierakowskie bagna, kobiety chodziły zbierać susz i  odłamane przez wiatr gałęzie drzew w bagiennych olszynach. Jeszcze je spotykałem te kobiety, widywałem na lodzie zamarzniętych zimą kanałów melioracyjnych, którymi pocięto bagna. Okutane w chusty sierakowskie kobiety ciągnęły  za sobą  sanki, załadowane tymi gałęziami, którymi potem paliły w piecach.

Miejscowość przewidziana jest do wykupu,
w ostatnim półwieczu mieszkańcy zaniechali utrzymywania się z rolnictwa i podjęli pracę najemną, głównie w Warszawie. Obecność tego rodzaju sypialni dla Warszawy jest w tym miejscu szkodliwa dla przyrody parku narodowego. W roku 1975 weszła w życie uchwała Rady Ministrów w sprawie przejęcia przez Państwo gruntów położonych w granicach Parku. Grunty zaczęto odkupywać na zasadzie dobrowolności od osób, które zgłosiły chęć sprzedaży.  Idzie to wolno, środki na wykup są niewystarczające, część mieszkańców z decyzją się wstrzymuje, może coś się w przepisach zmieni, a kto to wie? Mało się w ostatnich latach zmieniało?  A jeśli by jednak, to można by odsprzedać swoje siedliska za większe  pieniądze, ale nie państwu, ono ubogie, do ochrony przyrody jakoś mu chyba niespieszno.  


Sieraków egzystuje na pograniczu bytu i niebytu.  Dla jego mieszkańców czas jakby stanął w miejscu – pisano we Wspólnej sprawie, piśmie gminy Izabelin, której częścią jest Sieraków. Dla ochrony przyrody całości Puszczy Kampinoskiej pierwokup ze strony Kampinoskiego Parku Narodowego, a więc skarbu państwa, jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Ba! Gdyby nie to, że stawki, proponowane mieszkańcom przez państwo polskie. Są nieprawdopodobnie nieadekwatne do realnej wartości tej ziemi.  Bo czy 2 zł za metr można porównać z ceną, jaką uzyskują sprzedający identyczne działki, ale już na terenie Izabelina?  A nie brakuje chętnych na wystawienie okazałych willi w Sierakowie, uliczki w sąsiednim Izabelinie są takich pełne. To nie przelewki, tu chodzi o grube miliony! 

Ja wiem, że nasze państwo ostatnio grube miliony różnych kar płaci to za to, to za tamto, albo za chybione inwestycje, wiem że pieniądze bez sensu wyciekają hurtem z naszego, polskiego budżetu. Czy nie dałoby się tak jakoś urządzić, aby część tego wyciekła wreszcie na wykup tego Sierakowa? Ludziom się to należy. Wszystkim. Mieszkańcom Sierakowa przede wszystkim. Ale i ojczystej przyrodzie. Łosiom z okolic Sierakowa również..


W początku tegorocznego stycznia nad Mazowsze spłynęła łagodna zima, przysypało nas z lekka śniegiem, mróz był taki jak należy, mroźny on był, ale nie za bardzo. Szedłem sobie przez Sieraków niespiesznym krokiem, co kilkadziesiąt metrów pstrykałem kolejną fotografię. Wcale sympatycznie mi się ten Sieraków zapamiętał w moim smartfonie...

Zaciekawiające jest pochodzenie nazwy wioski. Skąd się wziął ten Sieraków? Podobnej nazwy miasto wielkopolskie  swoją nazwę zawdzięcza jakoby osobowej nazwie Sierak, utworzonej od średniowiecznego, słowiańskiego imienia Sirosław. Szukając przypuszczeń w sprawie pochodzenia nazwy  naszego Sierakowa,  sięgnąłem po Aleksandra Brücknera Słownik etymologiczny języka polskiego i odnalazłem hasło: sierak, siermięga, 'sukmana', od koloru, patrz siara (szary). Może tak być? A dlaczegóż by  nie. Ten Sieraków powstał przy końcu wieku XVIII, na pewno istniał na początku XIX, ale kto go założył i po co? I to w dodatku na wydmowych piaskach i bagiennych torfowiskach w sąsiedztwie. Dzisiaj wioska jest otoczona lasami, a przecież, gdy Sieraków zakładano, powstawał w terenie bezleśnym. Co widać na poniższej mapie z roku 1839. Aż po Warszawę nie było wówczas lasu i trudno w to uwierzyć wędrującym po okolicy turystom, dzisiaj albowiem jest to najliczniej przez warszawiaków odwiedzana część Puszczy Kampinoskiej. 




Gdzie, jak gdzie, ale w tych starych drzewostanach za Sierakowem to straszyło. Nie wiem, czy dzisiaj jeszcze straszy, dzisiaj w takie rzeczy już się za bardzo nie wierzy, przecież w każdym domu są telewizory, taksówki ludzie po domach mają, ale kiedyś, przed półwieczem, gdy łaziłem po wsiach, zbierając różne opowieści, to dowiadywałem się różnych rzeczy.

Dziadek Bieńkowski miał wtedy już sto lat, jak go z Boguckim odwiedzałem. Opowiadał tylko o jednym, o tym jak był w carskim wojsku i że aż „na Szyber” zajechał, a zimno tam było, mróz okropny. Ale jak o strachy w tej puszczy pytałem, to mówił że tak, że straszy, ale nic więcej.  Więcej mówili inni, chociaż w sumie też niewiele. Kułakowski i Urbanek, jak chodzili „na Kiełpin” do dziewczyn, to ich straszyło koło gruszki na Czuplu i Dębowej Górki. Raz to pies leciał, to coś hukało lub migało.  A na Spalonej Gajówce to jeden gajowy siedział, nazywał się Włodyński, przystojny chłop był z niego. On uli i barci pełno po całym lesie trzymał i krów miał pełno, taki był bogaty. Ale potem nagle rozum mu pomieszało i po wsiach chodził, a dzieci to śmiały się z niego.  

A teraz? Czy są teraz takie miejsca w puszczy? Kto wie? Spytać by trzeba...  Może się kto z sierakowian w komentarzu do tego bloga odezwie? Przyznam się, a to nie po cichu, że bardzo na to liczę...


Ale, jak się o zmierzchu taką leśną drogą idzie, bo się wędrowanie nieco przedłużyło, a na drodze ni stąd, ni zowąd wyrosną takie dziwne stwory, pełno ich w okolicy,  czasem można się nawet przestraszyć. Tyle, że to nie żadne strachy, tylko obgryzione przez kampinoskie łosie sosenki.

Zanim jeszcze powstał Kampinoski Park Narodowy, w lasach koło Sierakowa utworzono w 1951 r. rezerwat łosi. Jego zwiedzanie należało do żelaznych punktów programu wycieczek podwarszawskich. Był licznie odwiedzana, dyżurował tam strażnik mający pieczę nad żyjącymi za płotem zwierzętami, on prowadził zwiedzających do miejsca, skąd można było łosie oglądać. 

Rezerwat otoczony był podwójnym ogrodzeniem. Częściowo udostępniono go zwiedzającym, którzy mogli obserwować zwierzęta z drewnianej, dużej ambony. Łosie stały się atrakcją. Jak żubry w Białowieży. Wśród dzieci szkolnych kolportowane były dydaktyczne broszurki z wierszykami.


 "Czy wiecie, gdzie mieszkają łosie?
Łosie mieszkają w Kampinosie.
Kampinos to las pod Warszawą,
podmokły, zarośnięty trawą."


W roku 1959 uznano, że można już rozebrać ogrodzenie rezerwatu, który spełnił swoje zadanie. Łosie zostały stałymi mieszkańcami Puszczy Kampinoskiej, a potem rozeszły się po całej Polsce. Obecnie mamy w kraju coś około dwudziestu tysięcy łosi. To wiele, lecz trzeba wiedzieć że np. w Szwecji jest łosi kilkaset tysięcy. .  

Była tam w rezerwacie Łosiówka, budynek z drewnianych, grubych bali, drewniana, stylowa, składała się z dwóch budynków ze sobą połączonych, w tym drugim znajdowała się stodoła z paszą dla łosi, ten pierwszy krył w środku salonik recepcyjny, obok kuchnia, salonik był bardzo sympatyczny, taki jaki powinien być w leśnej chatce. Byłem w nim kilka razy. Zapamiętałem kominek, łosiowe poroża w roli świeczników na ścianach, na podłodze olbrzymie skóry żubrów. Łosiówka niestety spłonęła, pożar był efektem zabawy tzw. czerwonej młodzieży, a ojciec winowajcy był ważnym, komunistycznym generałem,  oficjalnie więc sprawcy pożaru nie można było ustalić. Został po Łosiówce przykryty ziemią pagórek z gruzu, pojedyncze kawałki podmurówki, kamienne kręgi studni, gdy była używana i one zakrywał stylowy budyneczek studzienny.  

Nie mam żadnej fotografii tego drewnianego budyneczku. Odwiedzałem go w czasach, gdy fotografowało się rzadko, albo wcale. Niestety, takie one też miało swoje strony. Dzisiejszym trudno w to uwierzyć.  Znalazłem kiepską reprodukcję  w książeczce Janusza Bobińskiego i Leonarda Chociłowskiego W ostępach podstołecznej puszczy (PWRiL Warszawa, 1967).  Stamtąd jest ta reprodukcja, którą pomieszczam powyżej. 


Przy leśnej drodze, którą wiedzie zielono znakowany szlak turystyczny, służby parku umieściły tablicę z informacjami o zagrodzie łosi, są zdjęcia, jest portrecik Zygmunta Boguckiego, długoletniego opiekuna łosi puszczańskich, potem leśniczego sierakowskiego, a przedtem, w czasie wojny, partyzanta Armii Krajowej o pseudonimie Lis. Na zdjęciu jest taki, jakim go zapamiętałem, na tej twarzy wypisana jest dobroć i uczciwość. Komuś z przechodzących nie podobała się ta twarz, wyraził to przy pomocy noża.  Od tablicy wydeptana ścieżynka doprowadza do  ruin piwniczki i to jest jedyne, co z całego gospodarstwa Łosiówki się zachowało. Ma zresztą lokatorów, Kampinoski Park Narodowy przeznaczył ją na zimowisko dla nietoperzy.  Ciekawe, ile ich tam jest teraz, pomyślałem. Ile by ich tam nie było, pozdrowiłem je serdecznie i poszedłem dalej w styczniowy, ośnieżony las trzeciego roku zarazy...  

...a tam dalej, niemal tuż obok drogi, sto metrów od turystycznego szlaku, leżała sobie na śniegu autentyczna łosza. Najprawdziwszy łoś, żywy jak należy. I jakże tu nie lubić tego Sierakowa... 



 



..................................................

środa, 15 grudnia 2021

 Żeremie z Lasu Bemowskiego

Piszę te słowa w czasie przedświątecznym. W  domach towarowych już lecą z głośników różne sweet Christmasy muzyczne, płoną żaróweczki choinek na ulicach, w kościołach jeszcze adwent i roraty, a tak w ogóle to zimno, czasem mroźnie, na ziemi trochę śniegu, trochę błota, coś jakby zima w swojej mało  sympatycznej postaci. 

Uczyli nas ojce i pradziady, tradycja tak mówić każe, że zima zaczyna się zawsze 22 grudnia. Prawda to i owszem, data kalendarzowej zimy jest stała i zawsze  jest to dzień 22 grudnia. Ale data zimy astronomicznej jest ruchoma i związana z przesileniem zimowym. Mamy wtedy do czynienia z najkrótszym dniem w roku na półkuli północnej, natomiast na drugiej - południowej - z najdłuższym. Z powodu stosowania lat przestępnych przesilenie zimowe na półkuli północnej przypada 21 lub 22 grudnia, w roku 2021 pierwszy dzień zimy astronomicznej wypada we wtorek 21 grudnia. Natomiast meteorolodzy mówią, że zima już się zaczęła, meteorologiczna miała w tym roku początek 1 grudnia. Chyba mają rację, albowiem to, co przeżywamy tego grudnia w pogodzie  bardzo na zimę patrzy. Dzień denerwująco krótki, niebo dzień w dzień szare, brudne, ciężkie, wisi niemal tuż nad głową. A za rogatkami mojego miasta wciąż trwa przyroda. Czeka na mnie i wabi.   

Serdeczna moja znajoma każdą wolną chwile przeznacza na wędrowanie pośród przyrody, a ma ono wędrowanie we krwi i sporo w swoim życiu ładnych krajobrazów tym wędrowaniem posmakowała.  W stosunkowo bliskim od jej Jelonek sąsiedztwie znajduje się Puszcza Kampinoska, a już naprawdę blisko Las Bemowski. Pisałem już o tym lesie w tym blogu, pewnie jeszcze nieraz wrócę do dalszego opisywania tego zadziwiająco bogatego w krajoznawcze atrakcje terenu.  

Wielokrotnie zapraszała mnie Hania na wspólne wędrowanie do imponującego bobrowego żeremia, jakie wytropiła w tym niewielkim, podwarszawskim lesie. Niełatwo do onego żeremia dotrzeć, bardzo dobrze zresztą, że nie można, bo przecież nikt nie lubi, jak niespodziewany gość bezceremonialnie wtranżala się na jego podwórko. Jakoś nigdy nie miałem czasu na to żeremie, więc teraz, na koniec roku przysłała mi Hania zrobione przez siebie fotografie. Bobrowe żeremie ze zdjęcia powaliło mnie na kolana. 

Zygmunt Gloger w Encyklopedii Staropolskiej pisał: żeremię — osada bobrów. Próbowałem dojść skąd to nazwanie bobrowego domostwa, nikt nie udzielił mi odpowiedzi, ani trochę już zapomniany Brückner, ani współczesny Bralczyk. W szesnastowiecznych Statutach Litewskich – co zacytował Gloger - czytamy: „W czyjej dziedzinie będą gony bobrowe  [tu dodajmy, że gonami bobrowymi nazywano gniazda i siedliska bobrów. Zdaje się, że nazwa gony właściwa była językowi polskiemu a nazwa żeremie powszechna na Rusi litewskiej], ten nie ma doorać tak daleko, jakoby od żeremienia mógł kijem dorzucić, a jeśliby pod żeremienia podorał, a tym bobry wygonił, ma płacić 12 rubli, a temu żeremieniu przecię ma dać spokój. A jeśliby bóbr z tego samego żeremienia wyszedł, a przyszedł w inne żeremię, na grunt inszego pana, tedy w czyim gruncie żeremię będzie, temu też i łowienie bobrów należeć ma“. Jest ten zapis dowodem, jak cennym były siedliska bóbr w przeszłości. Różnie z tym teraz bywa, ale ogólnie jednak cieszy się zwierzątko sympatią i otacza się szacunkiem ich pomieszkania.

Zwróćmy uwagę na użyte tam formy interesującego nas słowa. Jest więc żeremię [przez ę na końcu!], ale jest także – żeremienie! Mogę więc przypuszczać i to z dużą dozą pewności (skądinąd dość zarozumiale, bo nikt tego mi tak nie wyłożył jak dotąd) że żeremię, czyli domek bobrowy, znajduje się na terenie żeremienia. Mienia, a więc własności, domeny, terytorium. Na terenie żeremienia znajduje się żeremię. Krotko i węzłowato. Proste, nieprawdaż?

Bobry z Lasu Bemowskiego rozgościły się na kanałach, których wykopanie było niezbędne, bo jednostka wojskowa umościła się wśród wilgotnego, częściowo bagiennego terenu. Otaczający to żeremię cały okoliczny Las Bemowski rośnie na obszarze dawnego poligonu artyleryjskiego jeszcze z carskich czasów.  Zdecydowana większość drzewostanów była sadzona po zakończeniu drugiej wojny światowej. 







Nieodżałowany Czesław Łaszek, ówczesny warszawski konserwator przyrody,  we fragmencie tego lasu utworzył w 1980 roku rezerwat Łosiowe Błota, jest on w dwóch częściach, rozdzielała je jednostka wojskowa, której teraz już nie ma i na tym jej terenie znajduje się dzisiaj bemowskie żeremienie! Albo, jak kto woli: bemowskie gony bobrowe. Imponująca sprawa! Oto szlachetny przykład czemu ziemia powinna służyć. Żadnej tam artylerii, broń Boże! Przyrodzie powinna służyć. A ona przyroda sobie przede wszystkim, okoliczne ludzkie domeny i gony karmiąc naturalnym powietrzem , w miarę możliwości nam niekiedy  pokazując swoje zachwycająco tajemnicze oblicze. 

Aby nam dobrze było i żebyśmy byli szczęśliwi. Ot co!  

Wesołych Świąt!

niedziela, 21 listopada 2021


W Wyszkowie nad rzeką Liwiec


    Malowniczą rzeką jest Liwiec. Nawet w takiej porze roku, gdy dookolne łąki już zapomniały o swojej zieleni. ale tam tak jest, że nawet w listopadowej pogodzie jest przyjemnie, gdy trafi się na dzień pogodny...

Nad malowniczym Liwcem usytuował się Wyszków. Ta duża wioska, położona po wschodniej stronie rzeki,  znajduje się już na Podlasiu, leży na dość wysokim jej brzegu i właśnie od tego "wysokiego" położenia nosi nazwę, podobnie jak znacznie bardziej odeń znany Wyszków nad Bugiem. By obu miejscowości nie mylić ze sobą, przeto często do nazwy wsi nad Liwcem dodaje się przymiotnik "Węgrowski", od sąsiedztwa najbliższego dlań powiatowego miasta. 

    Pośrodku nadliwieckiego Wyszkowa znajduje się obszerny plac rynkowy. Przy tym placu stoi kościół parafialny, zbudowany w stylu późnego baroku z fundacji Aleksandra Macieja Ossolińskiego, miecznika Wielkiego Księstwa Litewskiego. Do Ossolińskich należał wtedy szmat okolicznej ziemi, a od kilku lat również Stara Wieś i miasto Węgrów, kupione od Krasińskich. Pan miecznik swoją główną siedzibę miał w Wyszkowie. Chciał mieć okazały kościół obok. Budowę kościoła ukończono w roku 1788, chociaż czas był trudny, bo właśnie kilka lat wcześniej Liwiec wystąpił z brzegów i zalał okoliczne łąki, a w Wyszkowie burze z piorunami wyrządziły moc szkody.



    Mimo, iż kościół nie jest zbyt duży, monumentalne czyni wrażenie. Aby tak było, starannie o to zadbano. Pierwszym elementem tę monumentalność podkreślającym, jest obszerny plac przed świątynią, ustawioną na osi placu (o nieco zatartych dziś granicach). Następnym jest trójdzielna fasada, nieco podobna do bardziej znanej i okazalszej fasady węgrowskiej fary. Kolejnym elementem monumentalizujących zabiegów jest mur i dwie narożne wieże-dzwonnice z wysmukłymi hełmami. Nic dziwnego, iż całość przedstawia się reprezentacyjnie. 

    Aby nie było wątpliwości komu zawdzięcza się tę świątynię, nad portalem widnieje tablica erekcyjna z datą fundacji, herbem Topór i monogramem fundatora, a jeszcze wyżej widnieje herbowy "Topór" Ossolińskich. Klasycystyczne epitafium fundatora umieszczono na lewej z wież; zostało wykonane w roku 1824 i ma formę starożytnej steli. Pod wieżą Ossoliński nakazał się pochować.
    Patrzeć należy na ten kościół jako na typowy przykład dążenia do podniesienia swojego splendoru poprzez architekturę. Jest jednak ten kościół dowodem nie tylko ludzkiej próżności, co niewątpliwe, lecz również wielkiego przywiązania do swojej ziemi, którą się hołubiło za życia, a po śmierci chce się na niej pozostać. W gruncie rzeczy, cała ta świątynia jest nagrobnym pomnikiem. 

    Jakby na przekór temu co kościół przedstawia sobą oglądany z zewnątrz, wnętrze jego jest kameralne, o świetnej prezencji, zadziwiającej jednolitością wyposażenia. Wszystko jest doskonale klasycystyczne. Murowane ołtarze, ambona i chrzcielnica, organy, stalle i balaski, konfesjonały i ławki, meble w zakrystii, wszystko wykonane w tym samym stylu, w tym samym czasie, około roku 1790.  


Nad głównym ołtarzem dwa przytęgie nieco anioły podtrzymują chustę świętej Weroniki, a rozkoszne putto, umieszczone na szczycie organowego prospektu, uderza pałeczkami w dwa perkusyjne kotły. Zwróćcie proszę uwagę na te rzeźby. Wielka sztuka to nie jest, ale jak bardzo sa one na miejscu, jak ubogacają to jasne wnętrze tej świątyni. Zachwycające są te figurki, pochodzące być może z warsztatu twórcy ludowego: Chrystus Dobry Pasterz nad amboną i jako jego pendant nad chrzcielnicą św.Jan Chrzciciel, a nad konfesjonałami Maria Magdalena włosami umywająca stopy Chrystusowi i król Dawid z harfą.
 

 Prawdziwą przyjemność sprawia również oglądanie dzieł malarskich w wyszkowskiej świątyni. Wśród obrazów są kopie obrazów włoskich, sporządzone w XVIII wieku oraz dzieła trzch malarzy polskich: Szymona Czechowicza (1689-1775) i Józefata Łukaszewicza (1789-1850) oraz Franciszka Smuglewicza (1745-1807). Wszyscy trzej byli dobrymi malarzami. Czechowicz, po studiach w Rzymie już od roku 1731 malował w Polsce, gdzie został ulubionym malarzem Ossolińskich. Łukaszewicz największe sukcesy święcił, gdy w latach 1819-30 był nadwornym malarzem wielkiego księcia Konstantego, carskiego brata. Smuglewicz malował głównie epizody z historii starożytnej Grecji i Rzymu, ale - zachęcony do tego przez Hugona Kołłątaja - zilustrował też prawie całe dzieje ojczyste, wpływając bardzo istotnie na dalszy rozwój polskiego malarstwa o charakterze historycznym i patriotycznym.  Pędzlowi Smuglewicza jest przypisywany znajdujący się w Wyszkowie obraz "Ukrzyżowanie Chrystusa" z głównego ołtarza. 
 

  Resztek fundamentów późnobarokowego pałacu Ossolińskich podobno można się dopatrzeć w pobliżu kościelnego prezbiterium. Niestety, w roku 1918  słynący z przepychu i bogactwa pałac został w niejasnych okolicznościach rozebrany. W Wyszkowie i okolicy można spotkać się z opinią, że zrobili to, wykorzystując wojenne opuszczenie rezydencji i jej uszkodzenie,  mieszkańcy wsi. W obawie przed powrotem swoich panów, chcąc w ten sposób spowodować, by wybrali oni inny swój pałac na miejsce rezydencjalne.
    Wyszków nad Liwcem składa się w gruncie rzeczy z jednej ulicy, równoległej do koryta Liwca. Zwiedzanie wioski nie zajmuje zbyt wiele czasu i na to, co jest tutaj do obejrzenia, wystarczy rzucić okiem. Jeśli jednak czas nie goni, warto się dokładniej przyjrzeć kilku zabytkom wsi, a dla rasowego krajoznawcy są one niezmiernie interesujące. Nie tylko kościół zasługuje na spojrzenie w tym Wyszkowie. Również trzy pełne wdzięku tutejsze murowane kapliczki przydrożne z końca XVIII w. Nigdzie indziej nie znam w okolicach Warszawy tak znakomitego zestawu kapliczek, jak te trzy wyszkowskie.     


Nad Liwcem po wyszkowskiej, podlaskiej stronie rzeki, znajduje się urocza trójboczna kapliczka przydrożna o nieczęsto spotykanym na naszym terenie kształcie, pod której arkadami umieszczona jest niewysoka barokowa rzeźba św.Jana Nepomucena.  Święty ten, jeden z bardziej popularnych, był czeskim kanonikiem, który w roku 1393 został na rozkaz króla Wacława IV pojmany, torturowany, a następnie zrzucony do Wełtawy z mostu Karola w Pradze. Przyczyną jego śmierci było jakoby to, iż nie chciał zdradzić tajemnicy spowiedzi królewskiej małżonki, którą niezrównoważony i chory na umyśle król podejrzewał o zdradę. Kanonizowano męczennika dopiero w roku 1729. Jan Welflin pochodził z miejscowości Pomuk, stąd też nazywany jest Janem Nepomucenem, a na wsiach "Nepomukiem". Jego figura - jako że zginął w wodach rzeki - stawiana była zazwyczaj u brodu, miała za zadanie strzec przed powodziami oraz przynosić potrzebne deszcze w czasie suszy. W Wyszkowie tak właśnie świętego ustawiono, w kapliczce obok brodu na rzece Liwiec. 

   

 Pośród wiejskiej zabudowy stanęła kapliczka św.Floriana. Jego postać jest umieszczona w czoworobocznej kapliczce z trzema arkadami o koszowym łuku, stojącej o kilkaset metrów, ustawionej wśród zabudowań na północ od kościoła przy ulicy wyprowadzającej lokalną szosę w stronę Jarnic. Ubrany w kusą spódniczkę, ma na głowie blaszany hełm, a w ręku dzierży kubełek. Jak to się stało, że ów rzymski rycerz znalazł się na nadliwieckiej ziemi? Trzeba się cofnąć do czasów piastowskich, gdy w Polsce chrześcijaństwo się jeszcze nie do końca zakotwiczyło. Ponieważ nowa wiara potrzebowała świętych, więc już wcześnie poczęto rozglądać się w Polsce za świętymi patronami. Do tego potrzebne były relikwie. Kazimierz Sprawiedliwy zwrócił się z prośbą do Stolicy apostolskiej w Rzymie. Prośba została wysłuchana i uroczyście sprowadzono do Krakowa szczątki św.Floriana. 

Dzieje św.Floriana opisane zostały w słynnej "Złotej legendzie"  Voragine'a. Polska część legendy św.Floriana zawiera m.in.baśniowy zgoła opis, jak to biskup Gedko prosił w imieniu króla o przekazanie do Polski kości jakiegoś męczennika z rzymskich katakumb i jak to papież nie chciał się zgodzić, a wtedy w ręku świętego pojawiła się kartka ze złotymi literami napisu: "ja chcę do Polski". A papież na to powiedział: "idź żołnierzu do ludu walecznego", co w łacinie brzmi jeszcze ładniej: "Vade miles ad gentem bellicam".
    Przez wieki postać świętego zrosła się z naszym krajem. Szczególnie na południu, w Małopolsce i Dolnym Śląsku jest wiele figur świętego. Przedstawiany w stroju rzymskiego żołnierza, trzyma w ręku kubełek pełen wody, ściekającej na stojące u jego stóp domy. "Który święty ma trzy ucha?" pyta przysłowie, natychmiast odpowiadając: "św.Florian, trzecie to ucho naczynia, z którego wylewa wodę". Jest bowiem Florian powszechnie uznanym patronem strażaków. Żartobliwie biorą świętego za patrona przewodnicy turystyczni, którzy zmyślając to i owo na potrzeby turystycznej gawiedzi, wedle powszechnej opinii "leją wodę" w swoich przewodnickich opowieściach. 

    Jest jeszcze trzecia kapliczka w tym Wyszkowie, trudniej do niej trafić, dobrze jest popytać miejscowych, wskazują chętnie. W trzeciej kapliczce znajduje się figura świętą Notburgę. Nie wiadomo dlaczego akurat ona znalazła się w tym doborowym towarzystwie świętych, którzy nad Liwiec przybyli z krajów cudzoziemskich. Ta święta urodziła się w Rottenburgu w Tyrolu około 1265 r. Była chłopską córką i mając 18 lat poszła na służbę do zamku miejscowego magnata Henryka. Przez cały czas służby znana była ze swego poświęcenia i współczucia dla biednych. Pewnego dnia została przyłapana na rozdawaniu ubogim resztek jedzenia, które przeznaczone było dla zamkowych świń. Stale pomagała biednym i żywiła ich, często sama nie dojadając. 


    Życie Notburgi oraz cuda na jej grobie rozsławiły jej imię, ale dopiero  XIX w. papież Pius IX zatwierdził kult świętej i Notburga została patronką pomocy domowych i robotników najemnych, a według wierzeń pomaga przy ciężkich porodach i chroni bydło od chorób; jej święto obchodzi się 13 września. W wyszkowskiej kapliczce Notburga przedstawiona jest jako postać trzymająca w jednej ręce sierp, a w drugiej snop zboża; legenda głosi, że odmówiła żęcia zboża w niedzielę, a sierp zawisł nad jej ręką, potwierdzając w cudowny sposób jej wolę.
    Polsce i Polakom obcy jest raczej szczególniejszy kult świętych patronów, z którego tak bardzo słyną np.Włochy. W Polsce powszechny jest kult maryjny. Świętych patronów można wymienić nielicznych: św.Antoniego Padewskiego od zgub wszelakich lub św.Judy Tadeusza od spraw beznadziejnych i jeszcze św.Rocha i św.Rozalię od chorób i zarazy, patrona rolników św.Izydora, św.Krzysztofa od bezpiecznych podróży, i św.Józefa... Trzeba przyznać, że troje świętych z wyszkowskich kapliczek przydrożnych, nie na darmo tutaj przybyło z dalekich stron i każdy z patronuje temu co dla wieśniaka z pogranicza Mazowsza i Podlasia jest ważne: znakomicie wpisane w krajobraz, od powodzi, ognia i głodu chronią nadliwieckich gospodarzy święci z tutejszych kapliczek...

....................................................................................

PS. Jakby kto chciał coś więcej o tym Wyszkowie wiedzieć,  a ma Facebooka. ten może sięgnąć po świetny zestaw wiadomości krajoznawczych ! Adres jest następujący: https://www.facebook.com/fajniwyszkowiacy/


piątek, 12 listopada 2021

Wspomnienie kolorów jesiennych.

Chyba żadna pora roku nie ma tylu twarzy, co jesień.Ale najpiękniejsza jej twarz przyodziana jest w  szał barw, na który wszyscy czekamy, i to właśnie jest prawdziwa jesień. Coraz rzadsze jest ostatnimi laty krótkie na ogół babie lato. Wszystko to w tym pandemicznym roku mamy już za sobą. Już wiatry jesienne  zerwały liście z drzew wiatry i jak wrogie armie zbliżają się szarugi jesienne, chłoszczące ziemię deszczem. Nadszedł czas na wspominanie tego, co najładniejsze: twarzy jesieni w kolorach. Najpiękniejszymi kolorami obdarowała nas w tygodniu przed Zaduszkami.
 
Na warszawskich Powązkach o jesieni
 



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na warszawskich Powązkach słońce złociło drzewa, cały cmentarz płonął nadzwyczajnie, nie przypominam sobie aż tak barwnej tam jesieni.  Lubię ten cmentarz.  Znajduję w nim tak wiele barw i treści. Na nim szukam odpowiedzi na swoje pytania, tam odnajduję czasem odpowiedzi. Szedłem niespiesznie,  fotografowałem bez wyjęcia, ponad setkę zdjęć pstryknąłem, szukałem charakteru tego wspaniałego cmentarza, nie byłem wszędzie, chyba jednak w pewnym stopniu udało mi się odnaleźć to, czego szukałem, nastroju miejsca, atmosfery po prostu.
Tak mi teraz zeszło na moje stare lata, na to, co bliskie. Dawniej jeździłem co roku do Zamczyska w Puszczy Kampinoskiej, do lasów pod Skułami,  tam są cudowne listne dywany o jesiennej porze. Tego roku brodziłem wśród kolorowego dywanu liści w parku warszawskich Łazienek Królewskich i w jednym z najpiękniejszych rezerwatów polskich, mam go niemal pod domem, na warszawskich Bielanach. Gdy tak się idzie wśród tych liści, szur szur nogami w tym złotym dywanie, wszystko pozostałe zupełnie się nie liczy. Tylko ten kobierzec złotych liści zaścielający ziemię. Każdy krok w jesienne listowie to niemal Anteuszowe zagłębianie się w ten miękki dywan...
 
 W Łazienkch Królewskich
 

 
 Jesień w warszawskim Lesie Bielańskim

  Józef Nyka 


 Na początku tegorocznej jesieni, 4  września odszedł na niebieskie szlaki jeden z moich mentorów w moim turystycznym u krajoznawczym pisaniu. Tylko trzech lat zabrakło mu do setki. Był  legendą środowiska górskiego, taternikiem, alpinistą, dziennikarzem, autorytetem .gdy chodzi o góry – również na arenie międzynarodowej.  Był również jednym w moich mentorów.  Wiele mnie nauczył. Wiele mu zawdzięczam. Wielką rolę odegrał jego sposób pisania na pisaniu moim. Był  autorem najlepszych przewodników, jakie kiedykolwiek zostały napisane. 

Chociaż wydał wspaniałe przewodniki po Tatrach, znakomity jest jego przewodnik po Pieninach, a jego „Gorce” są dla mnie być może najlepszym polskim przewodnikiem, jaki kiedykolwiek został napisany. Mam wydanie jeszcze z lat sześćdziesiątych. Pamiętam z tego przewodnika dwa miejsca. Masyw Gorców  charakteryzuje się przepastnymi lasami i niezliczoną ilością polan. Jedna do drugiej podobna. Każda piękna. Zapamiętałem jedną, leżącą przy szlaku z Turbacza na Gorc polanę Średniak, a to dzięki temu, iż Józef nakazał wypatrywać mi zagłębienia, które wedle opowieści miejscowych mieli wytańcować zbójnicy, tańcząc po podziale łupów.
O tym, czym dla przybysza z miasta może być w bukowym lesie kolorowa jesień  też on mi powiedział. W pisaniu swoich przewodników w niego się zapatrzyłem. Zawsze o nim myślałem, gdy w czasie mazowieckich wycieczek jesiennych udawało mi się brodzić w złocących się liściach. Przypominam sobie wtedy słowa Józefa z jego przewodnika po Gorcach, jedne z tych słów, które zaważyły mocno na moim odczuwaniu przyrody i na pisaniu turystycznym. Bodajże przy opisie wsi Szczawa lub Kamienica wspomniał o szlaku zejściowym z Mogielicy w Beskidzie Wyspowym, pisząc że na ten szlak późną jesienią specjalnie przyjeżdżają turyści z Krakowa, by zbiegać w dół ku dolinie, brodząc po kolana w opadłych liściach bukowych. Nigdy nie było mi dane znaleźć się tam o jesiennej porze. Buczynę karpacką w kolorach sfotografowałem dopiero niedawno ...koło Lipiec Reymontowskich; jest na zdjęciu poniżej.



 
Na Mogielicy byłem raz jeden, jako uczeń gimnazjalny, uczestniczący w młodzieżowym obozie krajoznawczym, który odbywał się  w Tymbarku. Zbieraliśmy różne informacje krajoznawcze po wsiach, przeprowadzając rozmowy i wywiady w zagrodach. Wtedy to usłyszałem o płanetnikach, mieszkających na szczycie Mogielicy.  Gdy w górach nad Tymbarkiem zbierało się na burzę, niebo ciemniało na horyzoncie, jej pomruki już słychać było i pojawiały się w oddali zygzaki błyskawic, wtedy w okolicy mówiło się:  Ooo! płanetnicy przystąpili do swojej roboty...

Wszedłem wtedy na tę Mogielicę i uczynił na mnie jej szczyt wielkie wrażenie, jak i legendy o płanetnikach, opowiadano nam, młodym krajoznawcom we wsiach okolicznych. Zapewne i ta wycieczka na Mogielicę, resztki połamanego przez wichry "triangułu" na jej wierzchołku, piaskowcowe głazy wśród trawa, paproci i krzewów, na nich farbą namalowane kierunki szlaków wiodących ze szczytu, Mogielnica zdawała się być dla mnie niby Olimp, którego deptać niegodne są stopy śmiertelnych, boć to przecie siedziba bóstw. Legendy o płanetnikach, aura, to wszystko zapewne zaważyło w jakiś sposób na moim zainteresowaniu krajoznawstwem w późniejszym życiu. Tak jak i opis Józefa Nyki wiele lat później. 
 Zimowity
Tego roku, gdy opuściłem już bielański lasek, idąc ku autobusowi, który miał mnie zawieźć do domu, na skraju lasku, nad stawem na dolnym Marymoncie zobaczyłem liliowe kwiaty zimowitów. To delikatne kwiecie zapowiada zimę. Wita nie tylko swoją, wyjątkowo trafną polską nazwą. Jest jej zapowiedzią. Spotykałem je na górskich polanach, ostatni raz szmat czasu temu w słowackich Oravicach. One górom przynależą, na nizinie są sadzone aby umilać oczy takim, jak ja mieszkańcom nizinnej dziedziny... Pełna ich nazwa wskazuje na jesień, to zimowit jesienny, tę jesień nosi w swojej nazwie łacińskiej Colchicum autumnale.


No i proszę, jakby na to nie patrzeć, zawsze ku górom się spogląda z tych naszych nizin, od rozścielonych nad królewską Wisłą ziem Mazowsza. Wisła też stamtąd tutaj przypłynęła do tej naszej Warszawy. Wiele ostatnich lata swojego Józef Nyka spędził na nizinnym Mazowszu. A przecież był człowiekiem gór. W Gorcach brał czynny udział w partyzantce, w wysokich, skalistych górach się wspinał, o górach pisał. Zostały po nim jego przewodniki, wciąż wznawiane, wciąż niedościgłe. On pozostał na naszym Mazowszu, na warszawskim Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, w kwaterze G III, rząd urnowy, grób 4. 
 
....................................................................