Puszczańskie duchy i strachy...
Dziesięć lat po Puszczy Kampinoskiej poznałem Puszczę Kamieniecką. Nie była już pięknością, o której wszyscy mówią. Czy nie to właśnie zdecydowało wtedy o mojej sympatii? To, że tak bardzo była zapoznana, niedoceniana, niedostrzegana? Zafascynowała mnie nie tylko swoim krajobrazem przyrodniczym, ale i krajobrazem kulturowym. W latach siedemdziesiątych ubiegłego już wieku odwiedzałem gospodarzy w położonych na skraju Puszczy Kamienieckiej wioskach. Rozmawialiśmy sobie o tym i owym, o okolicy i o ich życiu w tym krajobrazie na wschodnich rubieżach historycznego, rdzennego Mazowsza. Miałem wtedy możliwość wysłuchania najprzedziwniejszych opowieści.
Jedna z nich mówiła o tym, jak to w domu Grudkowskich z Zakurza, stale >coś< przesuwało sprzęty i chodziło po pustym pokoju. Schodzili się zaproszeni sąsiedzi, i to "chłopy, a nie tylko baby", co w opowieściach podkreślano szczególniej. Wszyscy słyszeli to samo przez drzwi do pokoju, gdzie to >coś< hałasowało. Lecz, gdy otwierali drzwi do tej izby, wtedy odgłosy milkły. A po zamknięciu drzwi znowu wszystko zaczynało się od nowa. Gospodarze prosili księdza, aby przyjechał, lecz ten odmówił. "Widać się bojał!" I tak to trwało, aż gospodarzowi przyśnił się sen, a we śnie matka powiedziała, że w stodole za deskami schowała pieniądze. Rano je odnaleźli. Dużo tego było. A straszyć przestało, bo to zmarła Grudkowska tak przypominała rodzinie o pieniądzach.
Jedna z nich mówiła o tym, jak to w domu Grudkowskich z Zakurza, stale >coś< przesuwało sprzęty i chodziło po pustym pokoju. Schodzili się zaproszeni sąsiedzi, i to "chłopy, a nie tylko baby", co w opowieściach podkreślano szczególniej. Wszyscy słyszeli to samo przez drzwi do pokoju, gdzie to >coś< hałasowało. Lecz, gdy otwierali drzwi do tej izby, wtedy odgłosy milkły. A po zamknięciu drzwi znowu wszystko zaczynało się od nowa. Gospodarze prosili księdza, aby przyjechał, lecz ten odmówił. "Widać się bojał!" I tak to trwało, aż gospodarzowi przyśnił się sen, a we śnie matka powiedziała, że w stodole za deskami schowała pieniądze. Rano je odnaleźli. Dużo tego było. A straszyć przestało, bo to zmarła Grudkowska tak przypominała rodzinie o pieniądzach.
Wtedy, gdy w tamte okolice mnie zanosiło, dla mnie była to ziemia egzotyczna. Półtorej godziny jazdy pociągiem i per pedes 4 kilometry do wsi pośród lasu. Najgorzej zimą, ale cóż to dla młodego. Zapuściłem tam na kilka lat korzenie w małym domku w rzuconej w lasy wsi Czaplowizna, jak się dało, to z noclegiem. Zanurzałem się wtedy w świat rozrzutnej tam przyrody, a wieczorami odwiedzałem sąsiadów i słuchałem ich opowieści o tamtejszym życiu. O różnych strachach również. Strachy albowiem świetnie się czuły. Były u siebie, wpisane w życie mieszkańców tamtejszych wsi.
Kiedyś we wsi Szynkarzyźnie, pobudowanej na północ od Czaplowizny, spała w stodole grupa młodych z okolicy - opowiadał mi gajowy Józef Jechna z Czaplowizny, który też tam był, jako jeszcze młody chłopak. Była wśród tych młodych jedna dziewczyna i jej się wydarzyło, że >coś< zaczęło targać jej pierzynę, a potem tę pierzynę na nich wszystkich zarzuciło. Świecili latarką i nikogo nie zobaczyli, a gdy zgasili, powtórzyło się. Poszli więc do drugiego "zasieku" (sąsieku), gdzie spali inni parobczacy. Jak im powiedzieli, że na dole straszy, to tamci zaczęli się z nich śmiać, bo nie wierzyli. Aż >coś< znów im pierzynę zerwało. Wtedy parobczacy przestali się śmiać. Chwycili pierzynę nogami, a jeden to się na tej pierzynie położył. Lecz, jak zgasili latarkę, >coś< znów szarpnęło, chłopaka aż wyrzuciło, a pierzyna pofrunęła. Wtedy wszyscy jak jeden uciekli do chałupy. Na drugi dzień gospodyni powiedziała, że to pewnie musi być cosik w tej dziewczynie co to z chłopakami tam była. Zabroniła jej więcej przychodzić. W miesiąc później dziewczyna zmarła. Widać po nią to >coś< przychodziło.
W Czaplowiźnie nad strugą jest wąska "stecka". Tam także straszyło. Czasem było widać, jak >ktoś< stoi z boku na polu, a czasem słychać jak >ktoś< idzie "obocznie", a wtedy aż "czapka na głowie rosła". Straszyo też koło chałupy Siwka. tego co już parę ładnych lat temu umarł. Czasem słychać jak w stodole stary Siwek sieczkę rżnie. "A przecież stodoły w tym miejscu już dawno nie ma". A za lasem są Choiny, nazywa się tak jedno takie miejsce, tamoj gdzie dziś są sośniaki za krzyżem, tam stały trzy chojaki. Ładne były, no i żeby ich nie ścinać, powieszono na nich święty obrazek. "Ale znalazł się jeden, młody, głupi i na pieniądze idący". Nie uszanował, ściął chojaki. Wtedy zaczęło straszyć. Gajowy Jechna specjalnie poszedł tam nocą w zimie. Ubrał się ciepło, wziął dubeltówkę i pistolet do tego jeszcze. Usłyszał, jak chłopy drzewo piłują, a po śniegu to się niosło to piłowanie, że hej. Pomyślał "ja im pokażę" i poszedł za głosem piły. A tam cisza, nic nie było, tylko z innej strony piłują. I tam poszedł i tam nic nie było. Piłowali z trzeciej strony. Wtedy zląkł się, bo zrozumiał, że to są duchy.
Na północ od Szynkarzyzny jest mokradło o nazwie Żurawek. Tam też straszy. Opowiadał mi pan Marian Grodkowski z Szynkarzyzny, iż jeden ze znanych mu gospodarzy, spotkał kiedyś na Żurawku łowiącego ryby pana w kapeluszu. Miał on długie pazury, zupełnie jak diabeł. Innym razem ludzie z Szynkarzyzny poszli łowić ryby. I trafił im się duży "szczubieł" (szczupak). Oczy to miał ogromne. W domu wzięli się do skrobania ryb. Aż tu szczubieł mówi ludzkim głosem: "nie ważcie się ruszać mnie! Macie mnie odnieść tam, gdzie mnie złowiliście, bo jak nie, to zniszczę ten dom". No i zanieśli go, wrzucili do wody. "A w wodzie aż zakotłowało się"...
W Czaplowiźnie nad strugą jest wąska "stecka". Tam także straszyło. Czasem było widać, jak >ktoś< stoi z boku na polu, a czasem słychać jak >ktoś< idzie "obocznie", a wtedy aż "czapka na głowie rosła". Straszyo też koło chałupy Siwka. tego co już parę ładnych lat temu umarł. Czasem słychać jak w stodole stary Siwek sieczkę rżnie. "A przecież stodoły w tym miejscu już dawno nie ma". A za lasem są Choiny, nazywa się tak jedno takie miejsce, tamoj gdzie dziś są sośniaki za krzyżem, tam stały trzy chojaki. Ładne były, no i żeby ich nie ścinać, powieszono na nich święty obrazek. "Ale znalazł się jeden, młody, głupi i na pieniądze idący". Nie uszanował, ściął chojaki. Wtedy zaczęło straszyć. Gajowy Jechna specjalnie poszedł tam nocą w zimie. Ubrał się ciepło, wziął dubeltówkę i pistolet do tego jeszcze. Usłyszał, jak chłopy drzewo piłują, a po śniegu to się niosło to piłowanie, że hej. Pomyślał "ja im pokażę" i poszedł za głosem piły. A tam cisza, nic nie było, tylko z innej strony piłują. I tam poszedł i tam nic nie było. Piłowali z trzeciej strony. Wtedy zląkł się, bo zrozumiał, że to są duchy.
Na północ od Szynkarzyzny jest mokradło o nazwie Żurawek. Tam też straszy. Opowiadał mi pan Marian Grodkowski z Szynkarzyzny, iż jeden ze znanych mu gospodarzy, spotkał kiedyś na Żurawku łowiącego ryby pana w kapeluszu. Miał on długie pazury, zupełnie jak diabeł. Innym razem ludzie z Szynkarzyzny poszli łowić ryby. I trafił im się duży "szczubieł" (szczupak). Oczy to miał ogromne. W domu wzięli się do skrobania ryb. Aż tu szczubieł mówi ludzkim głosem: "nie ważcie się ruszać mnie! Macie mnie odnieść tam, gdzie mnie złowiliście, bo jak nie, to zniszczę ten dom". No i zanieśli go, wrzucili do wody. "A w wodzie aż zakotłowało się"...
Upływały lata, co jakiś czas odwiedzałem tamte okolice, rozmawiałem z tamtejszymi, także i z kobietą, która nad Żurawkiem siano kosiła. i tak mi z tych wszystkich rozmów wychodziło, także i nad tym Żurawkiem również, że nie tylko eternit zniknął z wiejskich dachów w tamtych wioskach, także te opowieści odeszły już w przeszłość. Przed laty we wsiach z Puszczy Kamienieckiej diabły mieszkały w stawach koło wioski i przybierały postać szczupaka, co oczy miał ogromne i mówił ludzkim głosem, nakazując rybakowi natychmiastowe uwolnienie i wrzucenie go do wody. A straszenie najczęściej zaczynało się dopiero wtedy, gdy się czegoś nie uszanowało, na przykład ścięto chojaka, na którym był święty obrazek. Współczesne opowieści o duchach z Puszczy Kampinoskiej tamtym nie dorównują. Są opowieściami bez morału. mają nas straszyć, bo tak trzeba, wszak jesteśmy wychowani przez obrazy oglądane w telewizorach i podręcznych smartfonach.
Coś tam straszy na Duchnej Drodze
Koło Izabelina jest Duchna Droga, nic specjalnego, prosta jak strzała i niezbyt fotogeniczna droga wśród sosnowego boru, częsty obiekt leśnych spacerków mieszkańców pobliskich willi. I otóż - proszę państwa - coś straszy na tej Duchnej Drodze. W internecie jest nawet całe forum, poświęconej tej drodze. A dzieje się na niej, dzieje i to całkiem sporo. Zebrał te wszystkie strachy internetowy "Kurier Kampinoski", za nim więc niektóre z nich powtórzę.
Pogłoski mówią, że straszyć zaczęło tam po II wojnie światowej, gdy niemieccy żołnierze brutalnie wymordowali w tych okolicach naszych (inni mówią, że chodzi tu o zakonnice Lasek). Od tego momentu mieszkańcy doświadczali tam dziwnych rzeczy. Na
drodze można ponoć spotkać po zmroku widmowe postacie: jeźdźców na
koniach, żołnierzy, kobietę z wielkim, czarnym psem bez głowy, ale także
mnicha i zakonnice. Słyszalne są odgłosy maszerującego wojska i metaliczny szczęk broni lub oddalające się postacie.Tajemnicza
radiacja powoduje zniszczenie sprzętu elektronicznego, przez
krótkofalówki można odebrać nie wiadomo skąd jakieś sygnały.
Na "forum stowarzyszenia tradytor" wyczytałem, że wszystko to zaczęło się gdzieś w połowie lat 90-tych w jakieś kolorowej gazetce, gdzie pojawił się artykuł o drodze duchów koło Izabelina. Wtedy się zaczęło. Spotykało się w lesie grupki dzieciaków które pytały o drogę na której straszy. Potem były jakieś programy w telewizji, i temat zaczął żyć własnym życiem. Nawet w książce "Duchy trzeciego tysiąclecia" jest rozdział poświęcony drodze duchów. Najśmieszniejsze jest jednak to że w okolicy zanim zaczęto o tym pisać nikt o żadnych duchach nie słyszał. Pytani o to starsi mieszkańcy Izabelina robili tylko wielkie oczy i o żadnych duchach ani o Duchnie nic nie słyszeli. Młodzi z kolei mieli do powiedzenia więcej. Co niektórzy owszem temat znali, jednak na zasadzie że kolegi kolega coś widział, ale on już tu nie mieszka, czy tam inny Edka żony brat rodzony. Tak czy tak widać że legenda jest dość młoda.
Jak się tam pójdzie nocą, to można zobaczyć różne światełka, pełzające po drodze, dają się słyszeć jakieś dziwne odgłosy, Te światełka to zapewne świecące w świetle latarki oczy jakichś zwierzaków, może lisów, albo borsuków, a może zwykłych, niewielkich leśnych myszy. A takie myszy potrafią hałasować, gdy po zmroku przemykają wśród krzewinek czarnej jagody na borówczysku! Usiądźcie kiedyś samotnie na zwalonym drzewie wśród lasu. Otoczeni nocną ciszą lasu, samotni pośród przyrody. Usłyszycie wtedy bicie własnego serca i te maleńkie leśne myszy, przemykające wśród roślinności.
...tam zawsze coś straszyło.
To jest naprawdę przerażające miejsce...
Tak to się niesie teraz w narodzie, który to straszenie wchłania z lubością. Tłumy internautów zapewniają mnie w moim telefonie, że straszy także w opuszczonej przez mieszkańców wsi Bromierzyk w zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. "Ta opuszczona osada wiele kryje w sobie tajemnic i legend, które od lat pobudzają wyobraźnię" – czytam w jednym z facebooków. Internet aż kipi od opowieści. Bo to jest naprawdę przerażające miejsce, tam coś zawsze straszyło. Jest w Bromierzyku coś takiego, że ludzie stawali się tam opętani. Byli tacy, którzy mieszkali daleko w innych wsiach, ale jak ktoś miał się powiesić, to szedł właśnie tam. To "wieś wisielców", powiadają mi różni z internetu. A najbardziej straszy tam podobno w kapliczce św.Teresy, pełnej krzyży i świętych obrazków! I wygląda na to, że współczesne duchy żadnych świętości się nie obawiają.
Na drodze między tą urodną kapliczką świętej Teresy, a zabytkowym dębem z obrazkiem św.Teresy nie bać się duchy nie pozwalają. Mieszkanka Wilcz Tułowskich, jak z mężem na motocyklu jechała raz jeden tamtędy, pojawił się biegnący za nimi koń. Oczywiście, mógł wybiec komuś z podwórka, tyle że we wsi nie było już domów, a podwórka zarastały już lasem, całej wsi już nie było. A przed tym koniem nie dawało się uciec. No i w pewnym momencie motor zgasł i nie było możliwości, żeby jechać dalej, a wtedy koń zbliżył się do nich i jakby chciał ich zaatakować. Gdy opowiadali tę historię już innym ludziom, to niektórzy zaczęli potwierdzać, że ich to samo spotkało. Najpierw przejazd obok kapliczki, potem koń albo inne widmo. Zgaśnięcie silnika i potem to coś...
Silnik zgasł kiedyś także w samochodzie, którym jeden mieszkaniec Sochaczewa jechał samotnie przez Bromierzyk. Po kilku nieudanych próbach odpalenia silnika, wyszedł człowiek z samochodu i poszedł w kierunku asfaltu, żeby znaleźć jakąś pomoc. I wtedy, dosłownie za swoimi plecami, tuż obok, ktoś uderzał łańcuchem o drzewo. Pewnie się przesłyszałem, pomyślał, i poszedł dalej. Ale ledwo ruszył, ten dźwięk znów się pojawił. Uważnie obejrzał otoczenie, niczego nie zauważył. A gdy obrócił się w stronę samochodu, dźwięk pojawił się znowu za jego plecami! Spanikowany obrócił się, nikogo nie było. Poszedł jeszcze parę kroków dalej, to było ze dwadzieścia metrów. Znowu to samo, znowu ten dźwięk łańcucha jakby uderzającego o jedno z drzew, tuż obok! był obok mnie. Wtedy już uciekł do samochodu, a auto po kilku próbach już odpaliło. Było słoneczne, niedzielne popołudnie.
Silnik zgasł kiedyś także w samochodzie, którym jeden mieszkaniec Sochaczewa jechał samotnie przez Bromierzyk. Po kilku nieudanych próbach odpalenia silnika, wyszedł człowiek z samochodu i poszedł w kierunku asfaltu, żeby znaleźć jakąś pomoc. I wtedy, dosłownie za swoimi plecami, tuż obok, ktoś uderzał łańcuchem o drzewo. Pewnie się przesłyszałem, pomyślał, i poszedł dalej. Ale ledwo ruszył, ten dźwięk znów się pojawił. Uważnie obejrzał otoczenie, niczego nie zauważył. A gdy obrócił się w stronę samochodu, dźwięk pojawił się znowu za jego plecami! Spanikowany obrócił się, nikogo nie było. Poszedł jeszcze parę kroków dalej, to było ze dwadzieścia metrów. Znowu to samo, znowu ten dźwięk łańcucha jakby uderzającego o jedno z drzew, tuż obok! był obok mnie. Wtedy już uciekł do samochodu, a auto po kilku próbach już odpaliło. Było słoneczne, niedzielne popołudnie.
W starej leśniczówce...
Opowiadając o tajemniczych, niesamowitych miejscach w Puszczy Kampinoskiej, powinno się wspomnieć jeszcze o starej, opuszczonej leśniczówce Rybitew w lesie koło Leoncina. Bywałem kiedyś w u tamtejszego leśniczego, przed wielu laty to było, dla mnie był to bardzo ważny czas, systematycznie poznawałem puszczę, szykowałem się do napisania po niej przewodnika, wydawnictwo Sport i turystyka wydało go w roku 1971. Którejś jesieni późnym popołudniem odwiedziłem tamtejszego leśniczego, prosząc o wskazanie miejsca, w którym mógłbym rozstawić swój mały namiocik i z dala od ludzi posłuchać w głębi lasu nocnego życia przyrody.
Opowiadając o tajemniczych, niesamowitych miejscach w Puszczy Kampinoskiej, powinno się wspomnieć jeszcze o starej, opuszczonej leśniczówce Rybitew w lesie koło Leoncina. Bywałem kiedyś w u tamtejszego leśniczego, przed wielu laty to było, dla mnie był to bardzo ważny czas, systematycznie poznawałem puszczę, szykowałem się do napisania po niej przewodnika, wydawnictwo Sport i turystyka wydało go w roku 1971. Którejś jesieni późnym popołudniem odwiedziłem tamtejszego leśniczego, prosząc o wskazanie miejsca, w którym mógłbym rozstawić swój mały namiocik i z dala od ludzi posłuchać w głębi lasu nocnego życia przyrody.
Leśniczy polecił mi Toczną Biel, wdzięcznej nazwy kolistego kształtu torfowisko z turzycowiskiem, otoczonym starodrzewem sosnowym. Poszedłem tam, wybrałem miejsce dla siebie i zacząłem żyć życiem puszczy. Zapadał zmierzch, nadchodziła noc, a puszcza, zupełnie mną się nie przejmując, zaczynała żyć swoim życiem. Tam coś zaszeleściło w trawach, w brzezince zaszczekała sarna, zahukał puszczyk w dębinie, stamtąd zaczęło coś nawoływać, a po drugiej stronie coś innego odpowiadało, było bardzo pięknie i romantycznie. Ale ja... co tu mówić... poczułem się nietęgo. Jak nieproszony intruz. Zwinąłem więc swój majdan, załadowałem do plecaka i wróciłem do leśniczówki. Przedtem wdrapałem
się na pomost w wysokiej wieży triangulacyjnej na pobliskiej wydmie, widok miałem fantastyczny. Na
ciemnym niebie migotały biliony gwiazd, a wokół jak należy ciemnej puszczy jarzyła
się światłami Warszawa w oddali i pomniejsze miasta i miasteczka.
Swój namiocik rozstawiłem w niewielkim sadzie obok śpiącej już leśniczówki. O świtaniu obudził mnie leśniczy. "No i co?" - zapytał. I nie czekając na moją odpowiedź, dorzucił: "nie musi pan nic mówić. Całkiem pana rozumiem. Puszcza zrozumiała, że pan jeszcze nie tutejszy. Poprosiła przybysza, żeby jej nie przeszkadzał". Ponad pół wieku minęło od tamtego czasu. Wciąż pamiętam tamtą noc. Jakby to było wczoraj...
Z biegiem lat leśniczówka się starzała, w głębi lasu mieszkało się niełatwo, leśniczego osadzono w dużo młodszym, nowocześniejszym budynku w pobliskiej wsi, stara leśniczówka opustoszała i zaczęła zarabiać jako naturalna dekoracja filmowa, nakręcono w niej film: "W lesie dziś nie zaśnie nikt". Internet oszalał z radości. „Ale klimat! napisała jakaś internautka - Stylowy domek w środku lasu, sama bym tam nie weszła ;) Ale z kimś odważniejszym to fajna przygoda. A inny: " to pierwszy pełnokrwisty polski slasher, czerpie motywy z drogi bez powrotu i innych straszaków". Ten polski horror z 2020 roku w reżyserii Bartosza M. Kowalskiego opowiada o grupie nastolatków uzależnionych od technologii, którzy trafiają na… obóz offline. Wspólna wędrówka po lasach bez dostępu do smartfonów nie zakończy się jednak tak, jak zaplanowali to organizatorzy. Będą musieli zawalczyć o prawdziwe życie z czymś, czego nie widzieli nawet w najciemniejszych zakamarkach internetu. W obliczu czyhającego w lesie śmiertelnego niebezpieczeństwa odkryją, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość i poświęcenie.
Kampinoski Park Narodowy wzbogaca czasem swój budżet użyczając różnym filmom różne swoje zakątki, leśniczówki także. W Granicy „Strukturę kryształu” realizował Krzysztof Zanussi, a Zbigniew Zapasiewicz grał Piłsudskiego w telewizyjnym serialu o młodym Komendancie, zaś pod Starym Dębem koło Sierakowa odpoczywał po filmowych łowach sławny Gustaw Holoubek, grający starego króla Jagiełłę. Ale nie tam pielgrzymują młodzi internauci w poszukiwaniu bohaterów tamtych filmowych realizacji.
Kampinoski Park Narodowy wzbogaca czasem swój budżet użyczając różnym filmom różne swoje zakątki, leśniczówki także. W Granicy „Strukturę kryształu” realizował Krzysztof Zanussi, a Zbigniew Zapasiewicz grał Piłsudskiego w telewizyjnym serialu o młodym Komendancie, zaś pod Starym Dębem koło Sierakowa odpoczywał po filmowych łowach sławny Gustaw Holoubek, grający starego króla Jagiełłę. Ale nie tam pielgrzymują młodzi internauci w poszukiwaniu bohaterów tamtych filmowych realizacji.
Ostatnią jesienią odwiedziłem tę starą leśniczówkę. Jeszcze trwa, zapewne już niedługo, zapewne niebawem podzieli los innych, jej podobnych, już rozebranych, po niektórych śladu już nie ma, jak po leśniczówce Rózin na skraju uroczyska Debły, albo po osadzie w Krzywej Górze, w której pomieszkiwałem przez blisko trzydzieści lat. Na frontowej ścianie starej leśniczówki Rybitew ze wzruszeniem zobaczyłem pozostałości plakatu, jaki zaprojektowałem w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku. Nad schematycznym zarysem Puszczy z siecią szlaków znakowanych, widnieje wersalikami krzyczące hasło: „Puszcza Kampinoska czeka na ciebie”. A pod spodem są informacje jak do tej puszczy na te wszystkie szlaki dojechać komunikacją publiczną, wtedy głównie pekaesami.
Taki to bowiem był czas, że w przeciwieństwie do mieszkańców Krakowa mieszkańcy otoczenia parku narodowego koło Warszawy za bardzo nie wiedzieli po co maluje się drzewa w kolorowe, poprzeczne paski. Pytali mnie wielokrotnie o to także kierowcy autobusu 110 w Wólce Węglowej, jak malowałem tam pierwsze znaki na szlaku ku uroczyskom Opaleń i Łuża. Długo nie wiedziałem jak im na te pytanie odpowiadać. Aż zrozumiałem. Mówiłem więc pytającym, że to są szlaki, po których, kierując się malowanymi na drzew wycieczki szkolne mogą dojść albo do Palmir, albo do Chopina w Żelazowej Woli. I to było zrozumiałe. Bo przecież dzieci szkolne powinny odwiedzać Palmiry i tę całą Żelazową Wolę.
Nie wiedziałem wtedy, znakując pierwsze swoje szlaki w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, że niebawem przyjdzie czas, jak będę musiał podjąć się prób deglomeracji ruchu turystycznego i zacząć projektować szlaki w innych podwarszawskich lasach. Bo zwłaszcza najbliższe Stolicy fragmenty Puszczy Kampinoskiej są odwiedzane nazbyt licznie, a to przecież park narodowy, nadmierna frekwencja nie jest więc dla niego zbyt korzystna. Powstały więc nowe szlaki koło Anina, Radości i Otwocka, obok Zalesia Górnego i Podkowy Leśnej oraz Pomiechówka. Odwiedzam je czasem, choć coraz rzadziej, bo coraz częściej mój pesel mi już na nadmierną mobilność nie pozwala. Ale się staram. Więc odwiedziłem ostatnią jesienią starą leśniczówkę Rybitew w okolicach Leoncina i zobaczyłem tam wiszącą na ścianie historyczną już mapę swojego pomysłu sprzed siedemdziesięciu laty...
..........................................................................................
.jpg)
%20Duchna.jpg)
.jpg)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz