Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampinos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampinos. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2026


W Kampinosie koło Kampinosu:


wielkie, pomnikowe drzewa nie lubią być anonimowe. 

Na zdjęciu, otwierającym ten post, jest najsławniejszy pomnik przyrody w Puszczy Kampinoskiej, ważny cel turystycznych wędrówek. Według legend odpoczywał pod nim król Władysław Jagiełło i przez lata całe zwano to potężne drzewo Jagiellonem. Jak powstał Kampinoski Park Narodowy, nazwano to drzewo nazwiskiem inicjatora powołania parku narodowego w podwarszawskiej puszczy, prof.Romana Kobendzę. Wielkie drzewa nie lubią być anonimowe. Powędrujmy ich szlakiem...   

W górach się wędruje na szczyty i przełęcze, nad górskie stawy i wodospady, do schronisk turystycznych lub na punkty widokowe. W terenach nizinnych tak łatwo nie ma.  Przez wiele lat docelowymi obiektami turystycznymi w Puszczy Kampinoskiej były głównie obiekty martyrologiczne. Był taki czas (a może i trwa jeszcze?), że jak się mówiło o historii, to przede wszystkim o wojnach, bitwach i powstaniach. Rajdy ku takim miejscom urządzano masowe, rajd do cmentarza Palmiry gromadził jednego dnia tysiące turystów. 

Przez całe lata przyroda w Puszczy Kampinoskiej służyła człowiekowi albo tylko płodami lasu, drewnem przede wszystkim, albo była dekoracją dla naszych turystycznych spacerów i wędrówek ku nielicznym miejscom, związanym z osobami lub wydarzeniami historycznymi.  w wędrówce ku miejscom związanym z  historią. Tak się w Polsce losy nasze ułożyły, że głównie śladami narodowej martyrologii  pośród tej przyrodniczej dekoracji. Pierwsze znakowane szlaki turystyczne były wytyczane w latach międzywojennych XX wieku. Nie ku dziełom i ewenementom przyrodniczym prowadziły,  lecz ku śladom ważnych wydarzeń historycznych. Szlak wschodni prowadził ku Mogile Powstańców 1863 roku koło Zaborowa Leśnego, szlak zachodni łączył związane z pobytem Jagiełły okolice Czerwińska nad Wisła z wczesnośredniowiecznym grodziskiem na Zamczysku. 

W 1959 roku powstał Kampinoski Park Narodowy (ze smutkiem dodam, że dzisiaj nie miałby na to szans) i ochronie przyrody powinien służyć, ale i umiejętnie godzić tę ochronę z popularyzacją wiedzy o przyrodzie i jej wartościach, ale i ze znajomością historii. I chociaż najważniejsza jest przyroda, dla wielu z nas otaczające szlaki turystyczne krajobrazy bywają  tylko dekoracją, otaczającą szlak. Ładną,  piękną lub tylko taką sobie. Rzut oka, czasem w marszu jeśli pieszo, albo z nad kierownicy roweru, jeśli rowerem. 

Na swoich spotkaniach z czytelnikami swoich książek i przewodników opowiadam często o takim autentycznym zdarzeniu z Przysłopu Miętusiego w polskich Tatrach. Miejsce to jest zupełnie wyjątkowe, łatwo osiągalne i najbardziej widowiskowe w pogodne, słoneczne dnie wczesnego lata. Wtedy, gdy nad górską polaną, tonącą w świeżej, bujnej zieleni, wznoszą się skaliste, zbudowane z jasnych wapieni, o kilometr wyższe szczyty Czerwonych Wierchów, a w wysoko zawieszonych polodowcowych kotłach ich północnej ściany miejscami zalegał jeszcze śnieg. W tamtym dniu sprzed lat, o którym  wspominam właśnie, napatrzeć się z zachwytem na panoramę okolicy nie mogłem. Od strony Gronika zbliżał się do mnie niemłody pan, a gdy już podszedł blisko, uchylił słomkowego kapelusza zamaszystym, eleganckim, przedwojennym gestem, i zapytał uprzejmie: przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie tu jest ten piękny widok, o którym mi mówiono, żebym koniecznie zobaczył? 

Rozumiem faceta. Zaszedł po widok, a nikt mu tan nie zrobił jakiejś wieży widokowej albo przynajmniej pół metra wyższej od gruntu platformy z ogrodzeniem, o które mógłby się ramionami wygodnie oprzeć, aby widok podziwiać. W Kampinoskim Parku Narodowym  mamy taką jedną, postawiono ją nad turzycowiskami Olszowieckiego Błota w Granicy. Wejdzie się na taką wieżę i już nie ma się wątpliwości, że widać widok z tej wieży, a ładny bywa nadzwyczajnie. 


Ta wieża znajduje się w Granicy, a owa Granica to nasza podwarszawska Białowieża. Jeśli chce się w Kampinoskim Parku Narodowym zobaczyć coś, co zobaczyć trzeba przede wszystkim, to właśnie to, co tam się znajduje. Granica znajduje się o rzut kamieniem od Kampinosu. Miejscowość o nazwie Kampinos znajduje się na skraju Puszczy Kampinoskiej. Chociaż to ten Kampinos dał nazwę całej puszczy, to wieś Kampinos nie jest najważniejszą miejscowością dla Puszczy Kampinoskiej. My dzisiejsi bardzo lubimy wszelkie skróty, więc teraz wcale chętnie całą puszczę nazywamy Kampinosem. Dla wielu warszawiaków Kampinosem są Palmiry z okolicami lub Wólka Węglowa, albo Wiersze, czy też Truskaw. Dla turystów wieś Kampinos była ważna tylko w latach tzw. Polski Ludowej, ”za komuny” po prostu.  Niedługo po zakończonej II wojnie światowej, od lat pięćdziesiątych XX wieku wieś Kampinos była ważnym ośrodkiem turystycznym. 
 

W budynku dworu we wsi Kampinos istniało schronisko PTTK (z tamtych czasów jest ta fotografia), można było w nim zjeść obiad i  zanocować, organizowano kuligi i jazdy konne. To nie był zwykły, klasycystyczny dwór, w jego murach przywódcy powstańczy  organizowali Mazowszan do walk o niepodległość w 1863 roku. W czasie II wojny światowej w dworze działała placówka żandarmerii hitlerowskiej, mieszkańcy wsi musieli nosić specjalne opaski,  w parku dworskim rozstrzelano wielu Polaków. W III Rzeczpospolitej PTTK pozbyło się tego obiektu, gmina sprzedała dwór w prywatne ręce, a obecny właściciel nie jest chętny turystom. Pozostaje oglądanie zabytku przez ogrodzenie. 

Przez wieś Kampinos najczęściej się tylko przejeżdża. Rzadko wysiada się z samochodu koło kościoła w Kampinosie. Rzadko do Puszczy idzie się teraz z Kampinosu pieszo. Takie czasy nastały. Szkoda.  Kościoła też się nie zwiedza, najczęściej jest zresztą zamknięty, też szkoda, bo jest wewnątrz na co spojrzeć. Pozostaje tylko rzut oka, czasem nawet i na to nie ma się czasu, ani ochoty.  Kampinoski kościół jest tylko fragmentem dekoracji w drodze ku puszczy. 

Kościół w Kampinosie jest drewniany, zbudowany z drobnosłoistych sosen kampinoskich w latach 1773–82. Stanowi przykład wpływu, jaki na budownictwo drewniane wywierała architektura murowana: fasada powtarza formy barokowe i w pewnym stopniu klasycystyczne. Niełatwo daje się sfotografować, zawsze pod słońce, niezależnie od pory roku i dnia.  

Wieś Kampinos jest zadbana, dość posażna, chociaż ładna nie za bardzo i do oglądania jest niewiele, a jak już jest, to niedostępne. Dwa zabytkowe dęby naprzeciw kościoła oglądać jednak można zawsze, bez ograniczeń. Zatrzymałem się niedawno przed nimi, aby zrobić im te zdjęcia; kończyła się zima, trwało wtedy przedwiośnie, pora jeszcze bezlistna, świetny czas na zdejmowanie takich okazałych drzew, nagie dęby stały w pełnym słońcu, świetnie się prezentowały przed obiektywem. Po prawej rośnie bezszypułkowy dąb  „Fryderyk” (jego nazwa ma przypominać wielkiego kompozytora, Fryderyk Chopin urodził się w niedalekiej Żelazowej Woli), wysoki na 28,5 metra. Po lewej jest dąb szypułkowy,  ten z poniższego zdjęcia, nosi imię „Stefan”, ma nim przypominać Prymasa Tysiąclecia, kardynała  Wyszyńskiego. Jest tęższy od "Fryderyka", ma 475 cm obwodu w pierśnicy i szczególnie piękny pokrój korony. 


Oba wzrastały w otwartej przestrzeni, stąd i ta kulista korona u każdego. Nie przypadkowo tam rosną, sadzono je niewątpliwie po to, aby kościołowi towarzyszyły. Budowlę tego kościoła ukończono w roku 1782, wtedy – jak przypuszczam  – dęby te sadzono, sadzonki zapewne miały po lat kilka, oba olbrzymy mają więc po niespełna lat trzysta.  

Na północ od tych dębów koło kościoła w gminnej wsi Kampinos, są fragmenty krajobrazu, na widok których ręce same składają się do oklasków.  Jest tu praktycznie wszystko to, co w Puszczy Kampinoskiej jest dla niej bardzo najbardziej. Znakomitym wstępem do tego, co w przyrodniczym pejzażu okolic  Kampinosu jest dojście piesze ku puszczy. Nie tak doskonałe, jak podejście od pałacowego parku w Białowieży, wiodące wśród otwartego krajobrazu  ku rezerwatowi ścisłemu królowej puszcz polskich, Puszczy Białowieskiej. Ale i tutaj, pod Kampinosem, to piesze dojście do Puszczy Kampinoskiej jest niczym  gra wstępna do osobistego stosunku miłosnego. Powiem szczerze, gra wstępna przy pomocy roweru, lub – nie daj Boże – samochodu, jakoś mi nie bardzo pasuje. 

Niezłym celem wędrówki z Kaminosu jest obszar ochrony ścisłej, który nosi nazwę "Nart".  Narty to staropolskie określenie lasów. nartami zwano też budników, leśnych ludzi, zajmujących się wyrębem lasu. Wszystkiego nie wyrąbali zw szczętem, są w  otoczeniu Kampinosu relikty prawdziwej Puszczy, o jakiej dziś czyta się tylko w książkach historycznych.  Zwarte drzewostany są w Narcie ponad dwustuletnie. Malownicze, jak nie wiadomo co. 

Na rozwidleniu dwóch dróg w Narcie rośnie najstarszy na Mazowszu  grab pospolity. W swoim przewodniku po Puszczy Kampinoskiej pisałem o dwóch 300-letnich grabach, rosnących obok siebie. To już nieaktualne.  Powyżej pomieściłem zdjęcie obu sprzed lat, gdym je zdejmował pora była jesienna,  ładnie obok siebie wyglądały. Wciąż żyje ten, który na zdjęciu jest na przodzie. Truchło drugiego leży w sąsiedztwie. Czy grab w Narcie rzeczywiście ma lat 300? Pierwszym, który to napisał był Tomasz Chludzińskie, autor pierwszego sensownego, choć niewielkiego przewodnika po Puszczy Kampinoskiej, wydanego przez Sport i turystykę w roku 1964. Później zaczęli te trzysta lat podawać inni, ja się do nich dołączyłem. Wolałbym, aby jakiś dendrolog te trzysta lat  stwierdził ponad wszelką wątpliwość. 

Według danych Kampinoskiego Parku Narodowego w  jego granicach oraz w bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się 1105 drzew,  pomników przyrody (z tego na gruntach Parku 129 drzew pomnikowych) oraz 29 drzew kandydatów na pomniki przyrody. Samych tylko dębów zabytkowych  rośnie wewnątrz Parku 108.  Dąb dębowi nie równy, jego kształt zależy od warunków w jakich wzrastał, od siedliska, od gleby, lokalnego klimatu. Najstarsze dęby w Narcie mają lat ponad dwieście i zupełnie inny pokrój korony, niż dęby, rosnące naprzeciw kampinoskiego kościoła, które  mają rozłożyste korony. 

Dęby z Nartu  są barczyste, sękate, w ich kształcie widać walkę o miejsce do życia – pnie solidne, męskiej budowy, ale takie jakieś powyginane, widać po nich, że one trwały, rosły, ale zapamiętały zmieniające się obok nich leśne towarzystwo, każde wygięcie w jedną lub drugą stronę tego dębowego pnia dowodzi, że towarzyszący im las n wzrastał  i był wycinany. A one trwały, bo rąbiący te lasy budnicy szanowali dostojeństwo. tego dębu nie ruszali. Rósł na skraju lasu, dziesiątki lat  u jego stóp trwały pastwiska i kośne łąki lub uprawne pola. Więc rosnące w lesie na stoku wydmy dęby wyciągają konary poza las, ku otwartemu krajobrazowi, ku życiodajnemu dla nich światłu słonecznemu. 

Puszcza Kampinoska jest puszczą sosnową, ze wszystkich gatunków drzew najwięcej sosen w niej rośnie,  ale naprawdę imponujących nie ma, takich jak np. sosny bartne pośród kurpiowskiej Puszczy Myszynieckiej w rezerwacie „Czarnia”.  Najsłynniejsze z kampinoskich drzew tego gatunku - Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, rosła na skraju lasu w Górkach na północ od Nartu, i  wsi Kampinos.  W roku 1984 w wieku ok. 170 lat drzewo runęło; obecnie jego leżące szczątki są zabezpieczone przez pracowników KPN.  Miała 350 cm obwodu na wysokości piersi i 22 m wysokości. 


Szczątki Sosny Powstańców wciąż robią wrażenie. Ta ogromna, martwa sosna, oparta o towarzyszącą jej inną sosnę, to bardzo "ludzka" scena, ten  zatrzymany w kadrze upadek,  trudno ukryć wzruszenie, gdy patrzy się na tę scenę śmierci. A przecież ta cal e lata była przez śmierć naznaczona piętnem. Ta śmierć ciągnęła ludzi do tego drzewa, nie jego uroda. Carscy kozacy wieszali na  konarach  tej sosny niedobitków oddziału powstańczego, który stoczył walkę pod Zaborowem Leśnym. Legenda głosiła, że zwieszające się ku ziemi konary sosny wygięły się tak od ciężaru powstańczych ciał. Okolice Kampinosu są pełne takich opowieści. 

Dobrze jest, jak zabytkowe drzewo nie tylko swoją prezencją zwraca uwagę, ale jak jest związane z jakąś osobistością, najchętniej historyczną, albo z historycznym wydarzeniem. Wielkie, wyjątkowe drzewa, nie lubią być anonimowe.  Także w Puszczy Kampinoskiej. Gdy w roku 1984 naturalną śmiercią umarła mająca Sosna Powstańców 1863 roku w Górkach, rolę najważniejszej w okolicy przejęła Sosna Królowej Bony – taką nazwę zaproponowałem w swoim przewodniku  dla bezimiennej sosny pospolitej, ławo dostępnej i   rosnącej niedaleko od Zamczyska,   o 600 metrów na północ od grabu w Narcie, tuż przy Górczyńskiej Drodze.  

Sosna Królowej Bony jest ładnym drzewem, wyniosłym i imponującym. Ma ok.25 m wysokości, i 350 cm obwodu na wysokości piersi. W niedobrym miejscu stoi. Rośnie przy jezdnej, publicznej drodze, w środku lasu, nie  wyeksponowana, ani natura, ani służby ochronne KPN jej w tym nie pomogły. Łatwo ją przeuważyć, gdy idzie się pieszo, nie widzi się jej, gdy jedzie się autem lub rowerem, przebiegająca obok niej droga jest drogą publiczną, własnością gminną, a nie parku, zaś gmina chciałaby ją wyasfaltować, umożliwiając jazdę bardzo dużych pojazdów.  

Od sąsiednich sosen dwustuletnich wyróżnia się zdecydowanie, zapewne ma co najmniej lat 240, nie najgorzej wygląda,  trochę jeszcze  pożyje. To   potężne drzewo jest jednym z najtęższych  żyjących kampinoskich sosen pospolitych. Nazwa się przyjęła, a legendzie dodała nieco smaku. Od lat bowiem opowiadano, a wszyscy piszący o Puszczy Kampinoskiej o tym wspominali, że tam królowa Bona miała swój zamek, a zamek ten był dobrze przed innymi zakryty, bo sprytna Włoszka trzymała w nim swoje skarby. Gdy wyjechała potem do swojej Apulii, to tych skarbów z zamku pod Kampinosem nie wzięła. One były dobrze zakopane, żeby nikt ich nie znalazł. Po ostatniej wojnie światowej, tuż po roku 1945, ludzie wciąż tam chodzili i kopali nieustannie, żeby dostać się do tych ukrytych skarbów.

Zabytkowe drzewa w trenach nizinnych pełnią czasem funkcję obiektu docelowego, ku któremu się wędruje. W górach są to szczyty i przełęcze, górskie stawy i wodospady, schroniska turystyczne lub punkty widokowe. Przez wiele lat docelowymi obiektami turystycznymi w Puszczy Kampinoskiej były głównie obiekty martyrologiczne, rajdy urządzano masowe do cmentarza Palmiry, gromadził jednego dnia tysiące turystów.  Zabytkowe dęby odwiedzano przy okazji, w czasie dłuższych wycieczek określonym szlakiem, najczęściej był takim obiektem najokazalszy dąb naszej Puszczy   Dąb Kobendzy pod Krzywą Górą. 

Zanim jego patronem został inicjator powołania parku narodowego w naszej puszczy, ten dąb zwany był Jagiellonem.  Podobno Jagiełło pod tym dębem  odpoczywał w jego cieniu po polowaniach. Że nieprawda? To i co z tego, że rzeczywiście nieprawda. Dąb ten urodził się wiele lat po śmierci Jagiełły. Przez dziesiątki lat żyła ta opowieść w okolicznym ludzie. Dopiero nazwisko sławnego botanika, prof.Romana Kobendzy,  przesłoniło pamięć Jagiełły. 

Przygotowując swoje puszczańskie przewodniki zaproponowałem w  nich formę tzw.wycieczek z sercem. Z tych opisów fragmenty poniższych akapitów wyjmuję. Spośród licznych możliwości wycieczkowych w Kampinoskim Parku Narodowym i jego otulinie, przedstawiam takie, które wydają się być szczególniej zajmujące i najlepiej prezentują walory przyrodnicze, krajoznawcze i turystyczne tego obszaru.  Warto się bowiem starać, aby wędrowcy nie ograniczali się do spojrzenia na jakiś obiekt przyrodniczy, w tym przypadku na ten ogromny Dąb Kobendzy, ale zwrócili uwagę na otaczający go pejzaż przyrodniczy.  Przewodniki są papierowe, często dość tęgie, zwłaszcza rowerzysta takiego czegoś ze sobą nie wozi, niech więc weźmie z sobą ten post z tego blogu i otworzy sobie tam, gdzie powinien, może się przyda, może zachęci do czegoś tam....  

Nie tylko na wielkie, zabytkowe dęby warto patrzeć. Patrzeć i podziwiać, to zrozumiałe. Dobrze jest jest w czasie wędrówki ku nim spieszyć się zanadto. Nie trzeba, to przede wszystkim. Dobrze jest czasem spojrzeć na boki. Czasem także w dół, nie tylko prosto przed siebie. Obszar ochrony ścisłej "Krzywa Góra" to   dziki las, szczególnie na południu, tam, gdzie są mokradła, gęstwa krzewów, powalone pnie martwych drzew, bogactwo roślinne i ogromny matecznik zwierzęcy. W tych okolicach wypuszczone zostały na wolność pierwsze rysie. Okolica jest jedną z ulubionych ostoi kampinoskich wilków, które przywędrowały tu same wybierając dla siebie miejsce bytowania.  Przy wielkiej dozie szczęścia i zachowaniu bezwzględnej ciszy właśnie tutaj można spotkać największe z puszczańskich zwierząt: prócz rysi także łosie, jelenie i dziki. Świadomość, że obok nas żyją pośród lasu dzikie zwierzęta, nawet jeśli ich nie widzimy, znacznie podnosi emocjonalną wartość otaczającej nas przyrody. 

Kiedyś, w pełni kampinoskiego lata, szedłem o poranku w stronę Dębu Kobendzy. Na skłonie wydmy, pośród gęstej roślinności zobaczyłem spoczywającego rysia. Miał świetny widok na szlak turystyczny. Zobaczyłem go zupełnym przypadkiem, nie szukałem tego spotkania. go. Był o sto metrów ode mnie. Miałem przy sobie tylko zwykły aparat fotograficzny bez teleobiektywu. Zaryzykowałem.  Widzicie go? Przyjrzyjcie się dobrze. Jest rudy i na was patrzy. 

Zatrzymałem się na półtorej sekundy, akurat na tyle, że nacisnąć migawkę. Potem poszedłem w swoja drogę, jak gdyby nic się nie stało. Ryś moja obecność zlekceważył totalnie. Ale kak wracałem po godzinie, już go tam nie było. Zdjęcie nie jest dobre. Ryś nie nazbyt ostro sfotografowany. Ale jest. I to się liczy. 

W okolicy Dębu Kobendzy u stóp Krzywej Góry, na wschód od mogiłki nieznanego żołnierza z 1939 r. szlak wiedzie przez wydmowy grzbiet Kozich Gór, nazwę biorących od 'kóz', czyli saren. Jak w wielu innych miejscach na szlaku drogę przecinają ścieżynki wydeptane przez dziko żyjące zwierzęta. Najlepiej to widać zimą na śniegu, lecz bystry obserwator zobaczy je nawet w pełni lata. Najczęściej są to wielokrotnie używane szlaki dzików, ale tutaj są również  ścieżki wydeptane przez borsuki, leśne myszy i mrówki. 

 
W czerwcu, tuż przy szlaku rozkwitają zachwycające kwiaty królewskiej lilii złotogłów. Na Kozich Górach w sąsiedztwie drogi można też odnaleźć borsucze i lisie nory lub otwory wejściowe do podziemnych mieszkań tchórza, gronostaja i łasicy oraz leśnych myszy. Zwłaszcza o przedwieczerzu w porze jesiennej, samotny wędrowiec, gdy przysiądzie w ciszy na poboczu drogi, ze wszystkich stron usłyszy szelest wędrujących wśród opadłych liści zwierzątek, penetrujących las w poszukiwaniu żywności. Przemierzający kilometry turysta na ogół nie ma czasu na tego rodzaju przyrodnicze obserwacje, dobrze jest jednak, aby przynajmniej wiedział co traci, śpiesząc do odległego przystanku autobusowego lub do oczekującego na niego auta na parkingu.  

Godzinę marszu na wschód od Dębu Kobendzy znajduje się dość spora polana, O znajdującą się na niej gajówkę Demboskie i tereny sąsiednie toczono ciężkie boje w dniach 16-17 IX 1939 r. Gajówki już dawno nie ma. o ściany budynku opierał się kolejny najtęższy z trzech dębów, zwanych Jagiellonem, drugi z wciąż jeszcze żyjących. Ma 550 cm obwodu, jest tęższy od Dębu Kobendzy  lecz niższy, krępy i bardziej rozłożysty, bowiem wzrastał na polanie. malowniczy i mało znany kampinoski dąb. Ponoć ma ok 400-sta lat. Wnętrze spróchniałe, puste do wysokości kilku metrów.

Najbardziej interesująca trasa, którą można dojść pieszo do obu jagiellońskich dębów, do Jagiellona na Posadzie Demboskie i do Dębu Kobendzy, dawniej też Jagiellonem zwanym, to całodzienna wędrówka. Prowadzi przez całą puszczę i tam, gdzie jest ona najbardziej puszczańska. Od autobusu we wsi  Kampinos wędruje się przez Granicę, potem Kacapską Drogą po Demboskie Góry, stamtąd do Dębu Kobendzy i od Krzywej Góry do autobusu w Nowinach. Cały czas szlakami znakowanymi.  Moja żona spotkała kiedyś turystę na tej trasie,  miał pretensje. "Co to za szlak powiedział  idę już tą trasą trzy godziny, a na niej nic, tylko las, tylko las." Bardzo trafna definicja, całkowicie miał facet rację. Gdyby szedł w pełni wiosny, albo młodym latem, a akurat trwał sezon na komary, szedłby nie przez zwykły las, szedłby przez mazowiecką dżunglę kampinoską. Kampinoskie komary potrafią dać się we znaki.  


Kończąc tę opowieść  o zabytkowych drzewach, jakie zdobią okolice wsi Kampinos w Kampinosie, powinienem  wymienić jeszcze  Dąb Powstańców na Wystawie koło Bielin.  Należy do najrzadziej odwiedzanych kampinoskich zabytków przyrody i historii. Jest to dąb szypułkowy w wieku około 300 lat. Ma 420 cm obwodu w pierśnicy, a jego pięknie wykształcona korona sięga wysokości 18 m. Wciąż żyje jego najdłuższy konar, na którym według tradycji carscy kozacy wieszali młodych powstańców w kwietniu 1863 r. Pochowano ich potem na cmentarzu przy kościele we wsi Kampinos. 

Dąb Powstańców odwiedzany jest nieczęsto, choć dostępny wcale nietrudno. Z parkingu w Granicy wiedzie ku niemu szlak turystyczny,  wyznakowany zielonym kolorem. Piękny szlak, dodajmy, wiodący przez puszczę sosnową, niezwykle urodziwymi starodrzewami. Zaledwie 3.5 km w jedną stronę.  Jeśli potrzebujecie prawdziwej Puszczy Kampinoskiej, odwiedzajcie to drzewo, naszą puszczę sosnową zobaczycie na tej trasie. Wielu podobnych sobie wędrowców tam nie spotkacie. A w dzień powszedni i poza sezonem,  może nawet nie być nikogo. I to będzie wartość dodana tego wycieczkowego celu. Niedaleko od drzewa otwiera się widok na otwarty teren Błot Famułkowskich.  Latem wśród traw terkocą derkacze, w drugiej połowie września można słuchać z tego miejsca niosących się daleko głosów byków jeleni, które  z głębi matecznika pod Krzywą Górą zbierają się na rykowisko pośród tych łąk.

W tym poście, w którym postanowiłem wspomnieć o zabytkowych drzewach, jako o interesujących celach wycieczkowych w zachodniej części Kampinoskiego Parku Narodowego, przyszła pora, aby wspomnieć o jeszcze jednym imponującym dębie, pomniku przyrody. Śledząc przeróżne internetowe posty i wzmianki oraz portale z Kampinoskim Parku Narodowym w roli głównej, a sporo tego można odnaleźć na ekranie swojego smartfona, nie znalazłem tego ogromnego dębu. Jest jednym z najwspanialszych dębów puszczańskich, na pewno jest najbardziej nieznany. 

 Na terenie Famułek Królewskich, wioski, której już nie ma,  przeszło pół wieku temu, szmat czasu,  w oszołomieniu ich urodą fotografowałem kryte strzechą drewniane chałupy. Famułki w tamtym czasie, dwadzieścia lat po skończonej światowej wojnie, były wioską nadzwyczajnie urodziwą. Ludzie w przeszłości budowali domy zapewne prymitywne, ale niewątpliwie gustowne. Dopiero, gdy wioska została już niemal w całości wykupiona, w otoczeniu tego rozdroża całkowicie, kiedy wszystkie budynki zostały rozebrane, w pobliżu miejsca, gdzie znajdowała się wiejska baza maszynowa, w której rolnicy mogli wypożyczyć traktor lub inny, ważny w gospodarce sprzęt rolniczy, zobaczyłem wyniosły dąb szypułkowy o pomnikowych rozmiarach. Bardzo piękne ponad trzystuletnie drzewo, wysokie i gonne.  

Dokładnie w sześćdziesiątą rocznicę powołania parku narodowego w Puszczy Kampinoskiej odbyło się uroczyste posiedzenie jego Rady Naukowej poświęcone pamięci wieloletniego jej przewodniczącego, zoologa i ekologa, ważnej postaci dla polskiej ochrony przyrody, zmarłego w 2015 roku prof.Romana Andrzejewskiego. W rządzie Tadeusza Mazowieckiego był jakiś czas wiceministrem środowiska, w Kampinoskim Parku Narodowym przez kilka kadencji przewodniczącym parkowej Rady Naukowej. Niedługo po jego śmierci,  gdy zastanawialiśmy się na posiedzeniach Rady, gdzie ustawić kamień ku czci profesora, zaproponowałem miejsce pod tym dębem. Ustawiony go stóp tego ogromnego dębu pośrodku nieistniejącej już wsi. Lubił to drzewo profesor, rosło nieopodal stanicy naukowej, którą Park założył w jedynym murowanym domu, jaki pozostał po wsi. 

Opisałem w tym poście garść drzew zabytkowych, głównie z terenu zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. O wielu nie wspomniałem, prawie wszystkie są anonimowe, niektóre naprawdę imponujące, na przykład te, które rosną przy rowerowym szlaku zielonym w obszarze ochrony ścisłej "Przyćmień". Albo  te na terenie dawnej osady leśniczówki Izabelin Leśny  w pobliżu węzła szlaków na Borowej Górze. Te dęby są poniżej na zdjęciu sprzed lat. Teraz tej otwartej przestrzeni koło dębów prawie zupełnie już nie ma, poczęła zarastać. Jak się poszuka, są tam fragmenty murowanej gajówki. 

 

 Wszystkie są godne uwagi, odwiedzin, kolekcjonowania  wrażeń, zrobienia sobie z nimi selfie.Puszcza Kampinoska  jest zadziwiająco obfita w zabytkowe drzewa. Znam nie najgorzej inne, ważne puszcze mazowieckie w okolicach Warszawy. Ani Puszcza Bolimowska, ani Puszcza Biała taką ilością okazałych, zabytkowych drzew nie dorównują Kampinoskiej. Czapki z głów. szanowni państwo! Te zabytkowe drzewa są żywą pamiątka po tej dawnej, historycznej puszczy,zanim w drugiej połowie osiemnastego wieku nie zabraliśmy się do masowego ogałacania z drzew dawnej, prawdziwej puszczy. Zaczynał się wtedy rozwijać przemysł, potrzebował drzew, jak najwięcej drewna na opał. 

Pisałem o tym wielokrotnie: przyjemność z oglądania mijanego terenu jest odwrotnie proporcjonalna do szybkości, z jaką się poruszamy. Jeśli chce się poznać prawdziwie puszczańskie oblicze Puszczy Kampinoskiej, trzeba udać się na wędrówkę pieszą. Coraz mniej spieszonych wędrowców wyrusza na trudniej dostępne szlaki kampinoskie. Skądinąd zrozumiałe, szczególnie w odleglejszych od Warszawy  częściach Kampinoskiego Parku Narodowego. Dąb Andrzejewskiego jest tego najlepszym przykładem.   Jak się nie ma auta i roweru, wtedy do Dębu Kobendzy dotrzeć niełatwo, najbliżej jest z Nowin za Leoncinem, od metra przy dworcu Gdańskim ponad godzinę autobusem Polonusa, a potem ok.5 km w jedną stronę. Ja miałem gorzej, ale sobie nie szkoduję, to była prawdziwa, turystyczna przygoda. Wieś Kampinos miała wtedy schronisko PTTK, ale dojazd był bardzo nie za bardzo, autobusy PKS docierały tam z Żyrardowa, szosy ku Stolicy nie było, do Leszna wiodła  kiepska żwirówka, za Lesznem szosa była brukowana. Warszawiacy na żyrardowski autobus przesiadali się na stacji PKP w Teresinie. Raz nie zdążyłem na popołudniowy kurs powrotny. Na szczęście dla mnie było PTTK-owskie schronisko we wsi Kampinos, miałem gdzie zanocować...  

................................................. 

 

   

niedziela, 11 stycznia 2026

Puszczańskie duchy i strachy...
...a w stodole stary Siwek sieczkę rżnie...

Dziesięć lat po Puszczy Kampinoskiej poznałem Puszczę Kamieniecką. Nie była już pięknością, o której wszyscy mówią. Czy nie to właśnie zdecydowało wtedy o mojej sympatii? To, że tak bardzo była zapoznana, niedoceniana, niedostrzegana? Zafascynowała mnie nie tylko swoim krajobrazem przyrodniczym, ale i krajobrazem kulturowym. W latach siedemdziesiątych ubiegłego już wieku odwiedzałem gospodarzy w położonych na skraju Puszczy Kamienieckiej wioskach. Rozmawialiśmy sobie o tym i owym, o okolicy i o ich życiu w tym krajobrazie na wschodnich rubieżach historycznego, rdzennego Mazowsza. Miałem wtedy możliwość wysłuchania najprzedziwniejszych opowieści.

Jedna z nich mówiła o tym, jak to w domu Grudkowskich z Zakurza, stale >coś< przesuwało sprzęty i chodziło po pustym pokoju. Schodzili się zaproszeni sąsiedzi, i to "chłopy, a nie tylko baby", co w opowieściach podkreślano szczególniej. Wszyscy słyszeli to samo przez drzwi do pokoju, gdzie to >coś< hałasowało. Lecz, gdy otwierali drzwi do tej izby, wtedy odgłosy milkły. A po zamknięciu drzwi znowu wszystko zaczynało się od nowa. Gospodarze prosili księdza, aby przyjechał, lecz ten odmówił. "Widać się bojał!" I tak to trwało, aż gospodarzowi przyśnił się sen, a we śnie matka powiedziała, że w stodole za deskami schowała pieniądze. Rano je odnaleźli. Dużo tego było. A straszyć przestało, bo to zmarła Grudkowska tak przypominała rodzinie o pieniądzach.
 


Wtedy, gdy w tamte okolice mnie zanosiło, dla mnie była to ziemia egzotyczna. Półtorej godziny jazdy pociągiem i per pedes 4 kilometry  do wsi pośród lasu. Najgorzej zimą, ale cóż to dla młodego. Zapuściłem tam na kilka lat  korzenie w małym domku w rzuconej w lasy wsi Czaplowizna, jak się dało, to z noclegiem. Zanurzałem się wtedy w świat rozrzutnej tam przyrody, a wieczorami odwiedzałem sąsiadów i słuchałem ich opowieści o tamtejszym życiu.  O różnych strachach również. Strachy albowiem świetnie się czuły. Były u siebie, wpisane w życie mieszkańców tamtejszych wsi.
 
Kiedyś we wsi Szynkarzyźnie, pobudowanej na północ od Czaplowizny, spała w stodole grupa młodych z okolicy - opowiadał mi gajowy Józef Jechna z Czaplowizny, który też tam był, jako jeszcze młody chłopak. Była wśród tych młodych jedna dziewczyna i jej się wydarzyło, że >coś< zaczęło targać jej pierzynę, a potem tę pierzynę na nich wszystkich zarzuciło. Świecili latarką i nikogo nie zobaczyli, a gdy zgasili, powtórzyło się. Poszli więc do drugiego "zasieku" (sąsieku), gdzie spali inni parobczacy. Jak im powiedzieli, że na dole straszy, to tamci zaczęli się z nich śmiać, bo nie wierzyli. Aż >coś< znów im pierzynę zerwało. Wtedy parobczacy przestali się śmiać. Chwycili pierzynę nogami, a jeden to się na tej pierzynie położył. Lecz, jak zgasili latarkę, >coś< znów szarpnęło, chłopaka aż wyrzuciło, a pierzyna pofrunęła. Wtedy wszyscy jak jeden uciekli do chałupy. Na drugi dzień gospodyni powiedziała, że to pewnie musi być cosik w tej dziewczynie co to z chłopakami tam była. Zabroniła jej więcej przychodzić. W miesiąc później dziewczyna zmarła. Widać po nią to >coś< przychodziło.

W Czaplowiźnie nad strugą jest wąska "stecka". Tam także straszyło. Czasem było widać, jak >ktoś< stoi z boku na polu, a czasem słychać jak >ktoś< idzie "obocznie", a wtedy aż "czapka na głowie rosła". Straszyo też koło chałupy Siwka. tego co już parę ładnych lat temu umarł. Czasem słychać jak w stodole stary Siwek sieczkę rżnie. "A przecież stodoły w tym miejscu już dawno nie ma". A za lasem są Choiny, nazywa się tak jedno takie miejsce, tamoj gdzie dziś są sośniaki za krzyżem, tam stały trzy chojaki. Ładne były, no i żeby ich nie ścinać, powieszono na nich święty obrazek. "Ale znalazł się jeden, młody, głupi i na pieniądze idący". Nie uszanował, ściął chojaki. Wtedy zaczęło straszyć. Gajowy Jechna specjalnie poszedł tam nocą w zimie. Ubrał się ciepło, wziął dubeltówkę i pistolet do tego jeszcze. Usłyszał, jak chłopy drzewo piłują, a po śniegu to się niosło to piłowanie, że hej. Pomyślał "ja im pokażę" i poszedł za głosem piły. A tam cisza, nic nie było, tylko z innej strony piłują. I tam poszedł i tam nic nie było. Piłowali z trzeciej strony. Wtedy zląkł się, bo zrozumiał, że to są duchy.

Na północ od Szynkarzyzny jest mokradło o nazwie Żurawek. Tam też straszy. Opowiadał mi pan Marian Grodkowski z Szynkarzyzny, iż jeden ze znanych mu gospodarzy, spotkał kiedyś na Żurawku łowiącego ryby pana w kapeluszu. Miał on długie pazury, zupełnie jak diabeł. Innym razem ludzie z Szynkarzyzny poszli łowić ryby. I trafił im się duży "szczubieł" (szczupak). Oczy to miał ogromne. W domu wzięli się do skrobania ryb. Aż tu szczubieł mówi ludzkim głosem: "nie ważcie się ruszać mnie! Macie mnie odnieść tam, gdzie mnie złowiliście, bo jak nie, to zniszczę ten dom". No i zanieśli go, wrzucili do wody. "A w wodzie aż zakotłowało się"... 

Upływały lata, co jakiś czas odwiedzałem tamte okolice, rozmawiałem z tamtejszymi, także i z kobietą, która nad Żurawkiem siano kosiła. i tak mi z tych wszystkich rozmów wychodziło, także i nad tym Żurawkiem również, że nie tylko eternit zniknął z wiejskich dachów w tamtych wioskach, także te opowieści odeszły już w przeszłość. Przed laty we wsiach  z Puszczy Kamienieckiej diabły mieszkały w stawach koło wioski i przybierały postać szczupaka, co oczy miał ogromne i mówił ludzkim głosem, nakazując rybakowi natychmiastowe uwolnienie i  wrzucenie go do wody.  A straszenie najczęściej zaczynało się dopiero wtedy, gdy się czegoś nie uszanowało, na przykład ścięto chojaka, na którym był święty obrazek. Współczesne opowieści o duchach z Puszczy Kampinoskiej tamtym nie dorównują. Są opowieściami bez morału. mają nas straszyć, bo tak trzeba,   wszak jesteśmy wychowani przez obrazy oglądane w telewizorach i podręcznych smartfonach. 
 
Coś tam straszy na Duchnej Drodze 
 

Koło  Izabelina jest Duchna Droga, nic specjalnego, prosta jak strzała i niezbyt fotogeniczna droga wśród sosnowego boru, częsty obiekt leśnych spacerków mieszkańców pobliskich willi. I otóż - proszę państwa -   coś straszy na tej Duchnej Drodze. W internecie jest nawet całe forum, poświęconej tej drodze. A dzieje się na niej, dzieje i to całkiem sporo. Zebrał te wszystkie strachy internetowy "Kurier Kampinoski", za nim więc niektóre z nich  powtórzę.
 
Pogłoski mówią, że straszyć zaczęło tam po II wojnie światowej, gdy niemieccy żołnierze brutalnie wymordowali w tych okolicach naszych (inni mówią, że chodzi tu o zakonnice  Lasek). Od tego momentu mieszkańcy doświadczali tam dziwnych rzeczy. Na drodze można ponoć spotkać po zmroku widmowe postacie: jeźdźców na koniach, żołnierzy, kobietę z wielkim, czarnym psem bez głowy, ale także mnicha i zakonnice. Słyszalne są odgłosy maszerującego wojska i metaliczny szczęk broni lub oddalające się postacie.Tajemnicza radiacja powoduje zniszczenie sprzętu elektronicznego, przez krótkofalówki można odebrać nie wiadomo skąd jakieś sygnały. 
 
Na "forum stowarzyszenia tradytor" wyczytałem, że wszystko to zaczęło się gdzieś w połowie lat 90-tych w jakieś kolorowej gazetce, gdzie pojawił się artykuł o drodze duchów koło Izabelina. Wtedy się zaczęło. Spotykało się w lesie grupki dzieciaków które pytały o drogę na której straszy. Potem były jakieś programy w telewizji, i temat zaczął żyć własnym życiem. Nawet w książce "Duchy trzeciego tysiąclecia" jest rozdział poświęcony drodze duchów. Najśmieszniejsze jest jednak to że w okolicy zanim zaczęto o tym pisać nikt o żadnych duchach nie słyszał. Pytani o to starsi mieszkańcy Izabelina robili tylko wielkie oczy i o żadnych duchach ani o Duchnie nic nie słyszeli. Młodzi z kolei mieli do powiedzenia więcej. Co niektórzy owszem temat znali, jednak na zasadzie że kolegi kolega coś widział, ale on już tu nie mieszka, czy tam inny Edka żony brat rodzony. Tak czy tak widać że legenda jest dość młoda.
 
Jak się tam pójdzie nocą, to można zobaczyć różne światełka, pełzające po drodze, dają się słyszeć jakieś dziwne odgłosy, Te światełka to zapewne świecące w świetle latarki oczy jakichś zwierzaków, może lisów, albo borsuków, a może zwykłych, niewielkich leśnych myszy. A  takie myszy potrafią hałasować, gdy po zmroku  przemykają wśród krzewinek czarnej jagody na borówczysku! Usiądźcie kiedyś samotnie na zwalonym drzewie wśród lasu. Otoczeni nocną ciszą lasu, samotni pośród  przyrody. Usłyszycie wtedy bicie własnego serca i te maleńkie leśne myszy, przemykające wśród roślinności.
 
...tam zawsze coś straszyło.
 To jest naprawdę przerażające miejsce... 

Tak to się niesie teraz w narodzie, który to straszenie wchłania z lubością. Tłumy internautów zapewniają mnie w moim telefonie, że  straszy także w opuszczonej przez mieszkańców wsi Bromierzyk w zachodniej części Puszczy Kampinoskiej. "Ta opuszczona osada wiele kryje w sobie tajemnic i legend, które od lat pobudzają wyobraźnię" – czytam w jednym z facebooków. Internet aż kipi od opowieści. Bo to jest naprawdę przerażające miejsce, tam coś zawsze straszyło. Jest w Bromierzyku coś takiego, że ludzie stawali się tam opętani. Byli tacy, którzy mieszkali daleko w innych wsiach, ale jak ktoś miał się powiesić, to szedł właśnie tam. To "wieś wisielców", powiadają mi różni  z internetu. A najbardziej straszy tam podobno w kapliczce św.Teresy, pełnej krzyży i świętych obrazków! I wygląda na to, że współczesne duchy żadnych świętości się nie obawiają. 
 

Na drodze między tą urodną kapliczką świętej Teresy, a zabytkowym dębem z obrazkiem św.Teresy nie bać się duchy nie pozwalają. Mieszkanka Wilcz Tułowskich, jak z mężem na motocyklu jechała raz jeden tamtędy,  pojawił się biegnący za nimi koń.  Oczywiście, mógł wybiec komuś z podwórka, tyle że we wsi nie było już domów, a podwórka zarastały już lasem, całej wsi już nie było. A przed tym koniem nie dawało się uciec. No i w pewnym momencie motor zgasł i nie było możliwości, żeby jechać dalej, a wtedy koń zbliżył się do nich i jakby chciał ich zaatakować. Gdy opowiadali tę historię już innym ludziom, to niektórzy zaczęli potwierdzać, że ich to samo spotkało. Najpierw przejazd obok kapliczki, potem koń albo inne widmo. Zgaśnięcie silnika i potem to coś... 

Silnik zgasł kiedyś także  w samochodzie, którym jeden mieszkaniec Sochaczewa jechał samotnie przez Bromierzyk. Po kilku nieudanych próbach odpalenia silnika,  wyszedł człowiek z samochodu i poszedł w kierunku asfaltu, żeby znaleźć jakąś pomoc. I wtedy, dosłownie za swoimi plecami, tuż obok, ktoś uderzał łańcuchem o drzewo. Pewnie się przesłyszałem, pomyślał, i poszedł dalej. Ale ledwo ruszył, ten dźwięk znów się pojawił. Uważnie obejrzał otoczenie, niczego nie zauważył. A gdy obrócił się w stronę samochodu, dźwięk pojawił się znowu za jego plecami! Spanikowany obrócił się, nikogo nie było. Poszedł jeszcze parę kroków dalej, to było ze dwadzieścia metrów. Znowu to samo, znowu ten dźwięk łańcucha jakby uderzającego o jedno z drzew, tuż obok! był obok mnie. Wtedy już uciekł do samochodu, a auto po kilku próbach już odpaliło. Było słoneczne, niedzielne popołudnie.
 
W starej leśniczówce... 

Opowiadając o tajemniczych, niesamowitych miejscach w Puszczy Kampinoskiej, powinno się wspomnieć  jeszcze o starej, opuszczonej leśniczówce Rybitew w lesie koło Leoncina. Bywałem kiedyś w u tamtejszego leśniczego, przed wielu laty to było, dla mnie był to bardzo ważny czas, systematycznie poznawałem puszczę, szykowałem się do napisania po niej przewodnika, wydawnictwo Sport i turystyka wydało go w roku 1971. Którejś jesieni późnym popołudniem odwiedziłem tamtejszego leśniczego, prosząc o wskazanie miejsca, w którym mógłbym rozstawić swój mały namiocik i z dala od ludzi posłuchać w głębi lasu nocnego życia przyrody. 
 
Leśniczy polecił mi Toczną Biel, wdzięcznej nazwy kolistego kształtu torfowisko z turzycowiskiem, otoczonym starodrzewem sosnowym. Poszedłem tam, wybrałem miejsce dla siebie i zacząłem żyć życiem puszczy. Zapadał zmierzch, nadchodziła noc, a puszcza, zupełnie mną się nie przejmując, zaczynała żyć swoim życiem. Tam coś zaszeleściło w trawach, w brzezince zaszczekała sarna, zahukał puszczyk w dębinie, stamtąd zaczęło coś nawoływać, a po drugiej stronie coś innego odpowiadało, było bardzo pięknie i romantycznie. Ale ja... co tu mówić... poczułem się nietęgo. Jak nieproszony intruz. Zwinąłem więc swój majdan, załadowałem do plecaka i wróciłem do leśniczówki. Przedtem wdrapałem się na pomost w wysokiej wieży triangulacyjnej na pobliskiej wydmie, widok miałem fantastyczny. Na ciemnym niebie migotały biliony gwiazd, a wokół jak należy ciemnej puszczy jarzyła się światłami Warszawa w oddali i pomniejsze miasta i miasteczka.  
 
Swój namiocik rozstawiłem w niewielkim sadzie obok śpiącej już leśniczówki. O świtaniu obudził mnie leśniczy. "No i co?" - zapytał. I nie czekając na moją odpowiedź, dorzucił: "nie musi pan nic mówić. Całkiem pana rozumiem. Puszcza zrozumiała, że pan jeszcze nie tutejszy. Poprosiła przybysza, żeby jej nie przeszkadzał". Ponad pół wieku minęło od tamtego czasu. Wciąż pamiętam tamtą noc. Jakby to było wczoraj... 

Z biegiem lat leśniczówka się starzała, w głębi lasu mieszkało się niełatwo, leśniczego osadzono w dużo młodszym, nowocześniejszym budynku w pobliskiej wsi, stara leśniczówka opustoszała i zaczęła zarabiać jako naturalna dekoracja filmowa, nakręcono w niej film: "W lesie dziś nie zaśnie nikt". Internet oszalał z radości. „Ale klimat! napisała jakaś internautka - Stylowy domek w środku lasu, sama bym tam nie weszła ;) Ale z kimś odważniejszym to fajna przygoda. A inny: " to pierwszy pełnokrwisty polski slasher, czerpie motywy z drogi bez powrotu i innych straszaków". Ten polski horror z 2020 roku w reżyserii Bartosza M. Kowalskiego opowiada o grupie nastolatków uzależnionych od technologii, którzy trafiają na… obóz offline. Wspólna wędrówka po lasach bez dostępu do smartfonów nie zakończy się jednak tak, jak zaplanowali to organizatorzy. Będą musieli zawalczyć o prawdziwe życie z czymś, czego nie widzieli nawet w najciemniejszych zakamarkach internetu. W obliczu czyhającego w lesie śmiertelnego niebezpieczeństwa odkryją, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość i poświęcenie.

Kampinoski Park Narodowy wzbogaca czasem swój budżet użyczając różnym filmom różne swoje zakątki, leśniczówki także. W Granicy „Strukturę kryształu” realizował Krzysztof Zanussi, a Zbigniew Zapasiewicz grał Piłsudskiego w telewizyjnym serialu o młodym Komendancie, zaś pod Starym Dębem koło Sierakowa odpoczywał po filmowych łowach sławny Gustaw Holoubek, grający starego króla Jagiełłę. Ale nie tam pielgrzymują młodzi internauci w poszukiwaniu bohaterów tamtych filmowych realizacji. 
 
 
Ostatnią jesienią odwiedziłem tę starą leśniczówkę. Jeszcze trwa, zapewne już niedługo, zapewne niebawem podzieli los innych, jej podobnych, już rozebranych, po niektórych śladu już nie ma, jak po leśniczówce Rózin na skraju uroczyska Debły, albo po osadzie w Krzywej Górze, w której pomieszkiwałem przez blisko trzydzieści lat. Na frontowej ścianie starej leśniczówki Rybitew ze wzruszeniem zobaczyłem pozostałości plakatu, jaki zaprojektowałem w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku. Nad schematycznym zarysem Puszczy z siecią szlaków znakowanych, widnieje wersalikami krzyczące hasło: „Puszcza Kampinoska czeka na ciebie”. A pod spodem są informacje jak do tej puszczy na te wszystkie szlaki dojechać komunikacją publiczną, wtedy głównie pekaesami.

Taki to bowiem był czas, że w przeciwieństwie do mieszkańców Krakowa mieszkańcy otoczenia parku narodowego koło Warszawy za bardzo nie wiedzieli po co maluje się drzewa w kolorowe, poprzeczne paski. Pytali mnie wielokrotnie o to także kierowcy autobusu 110 w Wólce Węglowej, jak malowałem tam pierwsze znaki na szlaku ku uroczyskom Opaleń i Łuża. Długo nie wiedziałem jak im na te pytanie odpowiadać. Aż zrozumiałem. Mówiłem więc pytającym, że to są szlaki, po których, kierując się malowanymi na drzew wycieczki szkolne mogą dojść albo do Palmir, albo do Chopina w Żelazowej Woli. I to było zrozumiałe. Bo przecież dzieci szkolne powinny odwiedzać Palmiry i tę całą Żelazową Wolę.

Nie wiedziałem wtedy, znakując pierwsze swoje szlaki w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, że niebawem przyjdzie czas, jak będę musiał podjąć się prób deglomeracji ruchu turystycznego i zacząć projektować szlaki w innych podwarszawskich lasach. Bo zwłaszcza najbliższe Stolicy fragmenty Puszczy Kampinoskiej są odwiedzane nazbyt licznie, a to przecież park narodowy, nadmierna frekwencja nie jest więc dla niego zbyt korzystna. Powstały więc nowe szlaki koło Anina, Radości i Otwocka, obok Zalesia Górnego i Podkowy Leśnej oraz Pomiechówka. Odwiedzam je czasem, choć coraz rzadziej, bo coraz częściej mój pesel mi już na nadmierną mobilność nie pozwala. Ale się staram. Więc odwiedziłem ostatnią jesienią starą leśniczówkę Rybitew w okolicach Leoncina  i zobaczyłem tam wiszącą na ścianie historyczną już mapę swojego pomysłu sprzed siedemdziesięciu laty...
 
 

..........................................................................................

czwartek, 26 sierpnia 2021


 

Na szlakach kampinoskich partyzantów
 


Ten mural, który niedawno sfotografowałem, a o którym chciałbym teraz opowiedzieć, znajduje się w jednym z najbardziej popularnych miejsc, w których zaczyna się wędrowanie po Puszczy Kampinoskiej, tuż obok pętli autobusowej w samym środku wsi Truskaw, najstarszej osady, jaka wewnątrz puszczy powstała, w roku 1419, co pisane dokumenty potwierdzają. Mural przedstawia scenę ataku, jaki na kwaterujący we wsi Truskaw batalion z Brygady Szturmowej SS RONA, przeprowadził nocą 2/3 września 1944 roku przez partyzancki oddział z Grupy Armii Krajowej  „Kampinos".
 

W sierpniu i wrześniu 1944 r. puszczańskie Wiersze oraz sąsiednie wioski Brzozówka, Truskawka, Janówek, Krogulec i Kiścinne stały się bazą dużego zgrupowania partyzanckiego o sile 3,5 tys. żołnierzy. Stamtąd przeprowadzano akcje dywersyjne i stamtąd wyruszały oddziały na pomoc powstańcom w Warszawie. Nazywano ten puszczański teren „Niepodległą Rzeczpospolitą Kampinoską”„Zarówno leśni powstańcy, jak i tutejsza ludność przeżywali niemal przez dwa miesiące wspaniały okres szczególnej wolności, wolności powstańczej, i tego nikt nie jest w stanie zapomnieć” – pisał dowódca zgrupowania, płk Józef Krzyczkowski „Szymon”.

Miałem zaszczyt go poznać. Odwiedziłem go w jego wiejskiej sadybie koło Polesia na skraju Puszczy Kampinoskiej. Niewysoki, stary człowiek. Był dla mnie legendą. Nie ma już tej chałupki w Polesiu i legendarnego „Szymona” już nie ma, zmarł w wieku 88 lat, spoczął na cmentarzu w Laskach, pośród swojej Puszczy Kampinoskiej. Też bym tak chciał. Mam w swojej bibliotece jego wspomnienia. Pożyczył mi tę książkę Rysiek Karpiński, zaraz potem wyjechał w góry Kaukazu i tam zginął w czasie wspinaczki na szczyt Dżantugan. Książka została u mnie na stałe i Ryśka mi często przypomina, bo często do niej sięgam. Mam też w tej książce autograf płk Krzyczkowskiego. Cenną jest dla mnie pamiątką...
 

Zadanie likwidacji zgrupowania partyzanckiego w Puszczy Kampinoskiej powierzone zostało jednostkom kolaboracyjnej brygady SS RONA, uniemożliwiając tym samym komunikację między oddziałami AK w puszczy, a powstańczą Warszawą. Zakwaterowani zostali w Sierakowie i Truskawiu. I tam właśnie zaatakowali ich dowodzeni przez por. Adolfa Pilcha „Dolinę” żołnierze Grupy „Kampinos” Armii Krajowej. 
 
To był bardzo sprytnie zorganizowany wypad. Partyzanci zaatakowali nieprzyjaciół od wschodu, od strony Warszawy. Nieprzyjaciel był kompletnie zaskoczony, straty poniósł ogromne, ponad 250 zabitych. Ofiarą tego partyzanckiego zwycięstwa została była też wieś. Jak zwykle. Cywile zawsze cierpią najwięcej. Wycofujące się z Truskawia oddziały RONA wioskę podpaliły... 
 
W ciągu dwumiesięcznego swego istnienia zgrupowanie to stoczyło około 46 bitew i potyczek z niemieckimi wojskami, zadając wrogowi poważne straty.  Ale i dwie bitwy, które zakończyły się klęską, kampinoscy partyzanci mieli pomóc powstańcom warszawskim, wielkimi ofiarami opłacili próby zdobycia Dworca Gdańskiego i lotniska bielańskiego w Warszawie...   
 

Symboliczna mogiła partyzancka w uroczysku Dęby Młocińskie w Warszawie     



 

Cena, jaką ludność puszczańskich miejscowości płaciła za Niepodległą Rzeczpospolitą była poważna. Gdy u schyłku powstania grupa „Kampinos”, wycofując się w kierunku Gór Świętokrzyskich, została rozbita pod wsią Budy Zosiny koło Żyrardowa, w odwecie za działalność partyzantów hitlerowcy spacyfikowali Borzęcin i Sieraków oraz spalili dwadzieścia osad w puszczy. Można powiedzieć, à la guerre comme à la guerre. Ale... no właśnie, najważniejsze jest zawsze to, co jest  po tym ale...

Truskaw jest niewątpliwie często odwiedzaną miejscowością. Nic dziwnego. Bliskość Warszawy, dobry dojazd miejskim autobusem z miasta i zaczynające się tu szlaki turystyczne, wiodące w interesujące partie leśne Kampinoskiego Parku Narodowego. Jeden prowadzi do Palmir, do tamtejszego cmentarza, pomnika polskiej martyrologii wojennej. Drugi do partyzanckiego cmentarza na skraju puszczy we wsi Wiersze. 
 



Obok cmentarza partyzanckiego w Wierszach turyści bywają często, to niezbyt daleko, z Truskawia dociera się po niespełna ośmiu kilometrach, dla sprawnego wędrowca w niecałe dwie godziny, dla rowerzystów w godzinę. Rzadziej dociera się do pobliskiego kościoła w Wierszach, postawionego w samym centrum powstańczego obozu z 1944 roku. Ten niewielki kościół o ładnym, współczesnym wnętrzu, pełni rolę partyzanckiego sanktuarium i obok niego są umieszczone tablice z niezbędnymi informacjami o kampinoskich partyzantach. 







Niemal nikt z odwiedzających Truskaw i Wiersze,  miejsca chwały partyzantów kampinoskich, odwiedza miejsce gdzie powstańcza historia dobiegła dramatycznego kresu. To wioska Budy Zosine w gminie Jaktorów, o kilka kilometrów od Żyrardowa. Nie prowadzi tam żaden szlak znakowany, a  szkoda, bo być powinien, to ważne miejsce  na krajoznawczej mapie Mazowsza, szczególnie dla tych z turystycznej braci, którzy lubią wędrować po Puszczy Kampinoskiej i uważają, że ją znają. Różnie z tym u tych znawców bywa, wielokrotnie się o tym przekonywałem, ale skoro oni tak mówią, nie będę z nimi dyskutował.

W latach siedemdziesiątych „Sport i turystyka” wydał moje „Podwarszawskie szlaki piesze” w osiemnastu zeszytach, zeszyt 3 obejmował Grodzisk Mazowiecki i okolice. W tym wcale zresztą interesującym krajoznawczo terenie, opisałem byłem był szlak z Międzyborowa przez Budy Zosine i dalej obok stawów koło Kraśniczej Woli do Grodziska Mazowieckiego, a ów szlak, nie tylko moim zdaniem, miał prawo być interesującym, choć wiódł przez teren równinny w sposób doskonały, a do tego przez teren historycznej Puszczy Jaktorowskiej, która padła ofiarą największej zbrodni na przyrodzie, jaka dokonała się kiedykolwiek na Mazowszu. Ale o tym przy innej okazji, nie można o wszystkim naraz.
 

Pół wieku później znów się wybrałem na ten szlak do Bud Zosinych. Tak jak należy, wyruszyłem z Międzyborowa. Pośród sosen, „między borem” jest tam osiedle, zrazu miało być letniskowe, teraz już jest praktycznie dzielnicą ;pobliskiego Żyrardowa, nawet żyrardowski autobus miejski dojeżdża. Wśród płaskiego, równinnego pejzażu Równiny Łowicko-Błońskiej wyrasta tam wysoka na kilka metrów piaszczysta wydma, jak samotna wyspa. Zdaje się być przypadkową skazą w krajobrazie. Wydma jest paraboliczna, na jej grzbiecie i w misie deflacyjnej rośnie bór sosnowy, zwany od dawien dawna Czarnym Borkiem. To niewielki borek, ten z Międzyborowa, porasta chroniony dzisiaj prawnie zespół przyrodniczo-krajobrazowy „Wydmy Międzyborowskie”.

Do Bud Zosinych poszedłem pieszo według swojego opisu z przewodnika. Pięć dziesiątków lat upłynęło od czasu, gdy ten przewodnik pisałem, a rozstaje i rozwidlenia mi się zgadzały. Tylko przy jednym nie było już śladu po zagrodzie krytej dwuspadowa strzechą z naczółkami, a w pobliżu zabrakło kilka innych budynków, krytych strzechą. I w budynku szkolnym gospodarował teraz ktoś inny.







W Budach Zosinych zakończyła się historia Grupy Armii Krajowej „Kampinos” . W połowie września 1944 roku było już jasne, że powstanie warszawskie zmierza ku upadkowi. Należało się spodziewać, iż po zakończeniu walk w stolicy Niemcy zajmą się kampinoskimi partyzantami. W tych okolicznościach dalsze pozostawanie w Puszczy Kampinoskiej groziło zagładą całej Grupy „Kampinos”. Zbliżała się jesień, wioski kampinoskie wsie nie były już w stanie zapewnić licznemu partyzanckiemu zgrupowaniu odpowiedniej ilości wyżywienia, odzieży i suchych pomieszczeń. Najlepiej byłoby rozpuścić ludzi do cywila, niech się gdzieś ukryją, wtopią w tło, zapewne przecież doczekają końca Hitlera i jego armii.

Zgrupowaniem dowodził wówczas mjr „Okoń”, który poinformował szefa sztabu KG AK gen. Tadeusza Pełczyńskiego ps. „Grzegorz”, że Niemcy zaciskają pierścień okrążenia wokół puszczy oraz prosił o wytyczne w sprawie dalszego postępowania. Odpowiedź nadeszła dwa dni później i zawierała rozkaz przebicia się całym zgrupowaniem do oddziałów ppłk. „Żywiciela” na Żoliborzu. „Okoń” był jednak przekonany, iż jego oddziały nie nadają się do walk miejskich i - nie odmawiając wprost wykonania rozkazów - postanowił przebić się wraz ze swymi żołnierzami w Góry Świętokrzyskie, gdzie zamierzał we współpracy z miejscowymi oddziałami AK kontynuować walkę z okupantem. Oficerom oceniającym, że ich oddziały nie wytrzymają trudów marszu i czekających walk, dowódca polecił rozpuścić żołnierzy do domów, a sam na czele rozciągniętej na wieleset metrów kolumny ruszył ku lasom wokół Puszczy Mariańskiej i dalej w lasy świętokrzyskie.

Jak on sobie wyobrażał ten marsz? Jak myślał iść przez kraj, pełen uzbrojonych po zęby nieprzyjaciół? Decyzja jego podjęcia tego marszu bez dwóch zdań wydawała się straceńczą, a jednak ruszyli żołnierze za swoim dowódcą,  i  konni i piechota, a wraz z nimi ogromny tabor, liczący od 200 do 350 wozów wypełnionych żywnością, amunicją, sprzętem, dokumentami, a niejednokrotnie również przedmiotami osobistymi. Żołnierze zostali także niepotrzebnie obciążeni dodatkowymi przydziałami amunicji. Do pochodu dołączyło wielu cywilnych uchodźców, którzy po drodze sukcesywnie odłączali się od zgrupowania, szukając schronienia u krewnych i znajomych]. W kolumnie znalazła się także grupa ok. 100-150 jeńców niemieckich.


29 września pod Jaktorowem to wszystko znalazło się w niemieckim kotle. Partyzantów zaatakowano ze wszystkich stron naraz, na torach kolejowych linii Warszawa – Żyrardów czekał na Polaków hitlerowski pociąg pancerny, z powietrza spadły na nich samoloty bojowe. Pod Jaktorowem kończyła się historia partyzantów z Puszczy Kampinoskiej. W bezleśnym terenie dawnej Puszczy Jaktorowskiej, tej w której polscy królowie polowali na potężne tur. W tej puszczy żyły ostatnie z turów na świecie. A gdy już tutaj turów zabrakło, tę puszczę w pień wycięto.

Bitwa pod Jaktorowem była jedną z największych bitew partyzanckich na lewym brzegu Wisły w czasie drugiej wojny światowej. Było to także jedno z większych jednodniowych zmagań Powstania Warszawskiego. Wielu partyzantom udało się wydostać się z okrążenia, także i w zwartym szyku. Część nadal kontynuowała walkę. Powstańcza Grupa AK "Kampinos" pod Jaktorowem przestała jednak istnieć.
 
Na niewielkim cmentarzu we wsi Budy Zosine koło Żyrardowa spoczywa 132 powstańców, którzy zginęli w tej bitwie. Wśród nich mjr Alfons Kotowskiego, ps.”Okoń”. Ciało dowódcy Grupy „Kampinos” zostało odnalezione na polu bitwy. Okoliczności jego śmierci nie są znane – przypuszcza się, że załamany klęską mógł popełnić samobójstwo lub został zastrzelony przez jednego ze swoich podwładnych, obwiniających go o doprowadzenie do klęski zgrupowania. Wskazuje na to swoista „zmowa milczenia”, jaką kronikarze i weterani Grupy „Kampinos” otaczali okoliczności śmierci majora. Czy tak było naprawdę? Był jednym z tych nieszczęsnych polskich przywódców, którzy zawiedli, czy to w dziewiętnastym wieku w powstaniu listopadowym, czy w warszawskim powstaniu w wieku dwudziestym.
 
 
............................................................