środa, 10 lipca 2024


Upalne lato

Pałac Bielińskich

Bardzo niedaleko od Warszawy, pośród przyjaznego krajobrazu doliny Wisły, na południe od Karczewa znajduje się Pałac Bielińskich na skraju wsi  Otwock Wielki.  Szerszemu ogółowi niemal zupełnie nieznany i nie dziwota, od ukończenia budowy w 1703 roku  był dla zwykłego śmiertelnika całkowicie niedostępny, dokładnie przez lat trzysta i jedno na dodatek,  aż do roku 2004. Niewiele dorównuje mu rówieśnych wiekiem pałaców barokowych na Mazowszu. O tak urodziwej architekturze i na dodatek umieszczonej w arkadyjskim krajobrazie. 


Pomyślany został jako podmiejska willa ukształtowana wedle przez Witruwiusza sformułowanego przed dwoma tysiącami lat starożytnego ideału villa rustica. Na architekturę tego pałacu niewątpliwie miały wpływ zarówno francuskie, jak i włoskie budowle tamtego czasu. Postawiono go na wyspie, z dwóch stron otoczonej starorzeczem wiślanym, z trzeciej sztucznie wykopanym kanałem, podobno przez jeńców tureckich, jak powiada legenda, której nie za bardzo wypada wierzyć. Wyspa ma kształt trójkątny nazywa się Rokola i według miejscowych podań nazwa ta pochodzi od imienia rycerza Rocha, który spotykał się tu potajemnie z ukochaną Olą. I tej legendzie wierzyć się nie godzi, ale przecie jest sympatyczna, więc w gruncie rzeczy – czemuż by nie? 

Tu trzeba wtrącić kilka zdań rozważań o nazwie miejscowości. Właściwsza nazwą wydaje się być używana niekiedy forma: Otwock Stary. Zanim powstało letnisko i miasto Otwock, kilkaset lat wcześniej istniała ta wioska, w dokumentach z 1407 roku zapisana jako Othwoczko. Językoznawcy tłumaczą pochodzenie nazwy od wyrazu ot-woda, na oznaczenie oddalenia od wody niedaleko płynącej Wisły. Otwock Wielki  jest wciąż niewielką wioska położoną o około dziesięć kilometrów  od stacji kolejowej o nazwie Otwock która powstała przy linii kolejowej zbudowanej w 1877 roku. Miasto Otwock ma dzisiaj ponad 40 tysięcy mieszkańców, a wieś tylko nieco ponad 600.

Ród Bielińskich wywodził się z drobnej szlachty, lecz z biegiem lat doszli do dużej fortuny. Fundatorem tego pałacu był Kazimierz Bieliński,  wznoszący  to okazałe cacko jako prezent ślubny dla siebie i swojej młodej małżonki Ludwiki Marianny z Morsztynów. Morsztynówna  zacnego rodu nosiła nazwisko.  Czy nie gust Morsztynów zaważył na ostatecznym kształcie tego pałacu? 

Pałac powstał w latach 1693-1703, jego projekt przypisywano Tylmanowi z Gameren, ostatnio jednak tę hipotezę zaniechano.   Naczytałem się przy okazji poważnych tekstów, tyczących pałacu i wiem, że nic pewnego powiedzieć nie można, a byka strzelić Łatwo. Tak naprawdę niewiele o tym pałacu wiemy. Nie jesteśmy pewni nawet kiedy tak dokładnie został postawiony. Zadziwiający jest brak dokładnej dokumentacji historycznej.     

   Północna fasada frontowa (u góry) i ogrodowa od południa (u dołu) 

 

    Trzeba przyznać, że pałac  sylwetkę ma  wyjątkową i nadzwyczajne jest  połączenie jego skromności z wysmakowaną elegancją. Nakryta wysokim dachem dwupiętrowa budowla jest doskonale symetryczna, pobudowana na planie prostokąta z dwoma alkierzami i owalnymi wieżyczkami. Na pierwszy rzut oka wydaje się większy, niż jest w rzeczywistości.  Nie dziw, wszak miał to być podarek ślubny, jaki swojej świeżo poślubionej małżonce i sobie stawiał fundator.  Jest to również budowla z jasno czytelnym programem, o czym przypominają dekoracje, wykonane z czerwonego stiuku. 

Na tympanonie środkowego ryzalitu przedstawiona jest scena radosnych bachanaliów.  Pląsają nimfy w zwiewnych szatach, fauny podtrzymują lekko zawianego sylena, pośrodku gra na syrindze bożek Pan. Badacze architektury widzą w tej scenie przedstawienie natury, której harmonia miała mieszkańcom zapewnić Zdrowie i Siłę, zaś tańczące nimfy mają nam przypominać idee o radości wszelkiego stworzenia w obcowaniu z Naturą.  Zaś towarzyszące kobiety z dziećmi symbolizują macierzyństwo i płodność natury. Nad oknami wdzięczą się putta i pysznią kwiaty w wazonach, jakieś skrzydlate postacie unoszą herby rodowe, pełne broni, hełmów i sztandarów panoplia mają zaświadczać o zasługach wojennych rodu. A przecież Bielińscy wywodzili się z drobnej mazowieckiej szlachty i żaden z nich wielkimi zasługami wojennymi poszczycić się nie mógł. 


 Tak po prawdzie, zdarzenia historyczne, związane z tym pałacem, wydają się być jakby w sprzeczności z tym, co pałac otwocki swoją fizjognomią reprezentuje. On wydaje się zbyt jasnym, zbyt pogodnym.  Niektóre źródła podają, iż właśnie w tym pałacu król Polski i elektor saski. August zwany Mocnym ,w roku 1705 gościł cara Piotra Wielkiego i to jakoby wówczas po raz pierwszy pojawiły się plany rozbioru Polski. Być może tak było. Na pewno ten rok i lata sąsiednie były kiepskie dla Polski. Zaczynał się czas narodowych klęsk i upokorzeń. Szwedzi i Rosjanie bardzo byli zainteresowani polskimi ziemiami. Część szlachty szła do Sasa, część do Lasa. Bielińscy obstawili Sasa.  Bielińskich Sas polubił.  

Pałac w Otwocku okazał się Sasowi przydatny, na królewskie schadzki był w sam raz. Kazimierz Ludwik Bieliński w Otwocku Wielkim prowadził wystawny dwór, gdzie często bywający król stał się kochankiem jego córki Marianny. Żonaty z Sanguszkówną najstarszy  syn fundatora tego urodziwego pałacu, Franciszek Bieliński,  swoją siostrę pod swój dach przygarnął. Wkrótce jednak wydał ją za mąż za Bogusława Ernesta Denhoffa.  W ślad za Marianną nią zamieszkał w pałacu brat Franciszka, z woli królewskiej ożeniony z nieślubną córką królewską, Marią Rutowską. Ruja i poróbstwo po prostu, takie to były czasy. A herb Bielińskich przedstawia baranka, który powinien być biały, ale w Otwocku Wielkim tak wyszło, że jest czerwony i z baranka zmienił się całkiem jurnego barana.

Herb Bielińskich "Junosza"

Syn Kazimierza Bielińskiego, Franciszek, który odziedziczył pałac w  roku 1713, to akurat była postać jasnymi barwami zapisana w historii. Późniejszy marszałek wielki koronny za zasługi dla Warszawy (m.in. brukowanie ulic, wprowadzanie oświetlenia) został patronem głównej ulicy - Marszałkowskiej. To za jego czasów w 1757 roku otwocka rezydencja została rozbudowana o boczne wieże przez królewskiego architekta Jakuba Fontanę. Następnie pałac odziedziczył bratanek bezdzietnego Franciszka, także Franciszek (trudno się w tych Franciszkach połapać) Bieliński, który podczas insurekcji kościuszkowskiej w 1794 roku dał przykład patriotyzmu, ofiarowując na potrzeby publiczne plony z dóbr otwockich. 

Młodszy jego brat, następny właściciel, roztrwonił majątek. Jeszcze pod koniec XVIII wieku dobra otwockie zostały oddane w zastaw kasztelanowi Jackowi Jezierskiemu, znanemu publicyście czasów Stanisława Augusta. Po upadku Rzeczypospolitej  odsunął się on od życia publicznego. Zmarł w tym pałacu  w roku 1805. Praktycznie to był kres dobrych dni Wielkiego Otwocka i lepsze zawitało tu tak naprawdę dopiero po dwustu latach, gdy gospodarzyć tu poczęło warszawskie Muzeum Narodowe. 

W drugiej połowie XIX wieku zadłużone dobra kilkakrotnie wystawiano na licytację, pałac był niezamieszkały, w czasie  pierwszej wojny światowej w pałacu stacjonowały wojska niemieckie, archiwalne fotografie ukazują obraz nędzy i rozpaczy, popękane mury,  drzwi i okien bez stolarki, na podłogach gruz, w czasie drugiej wojny światowej nie było już czego niszczyć. Władza ludowa dwanaście lat odbudowywała pałac. Gdy w roku 1958 odbudowa została ukończono, w pałacu umieszczono dom poprawczym dla niegrzecznych dziewcząt, później przez wiele lat pałac służył celom reprezentacyjnym. Podobno bywali w nim sowieccy gensekowie, na pewno Borys Jelcyn. Generał Wojciech Jaruzelski w stanie wojennym tutaj internował Lecha Wałęsę. Opowiadał potem, że czuł się tam jak "w złotej klatce". Mógł przynajmniej łowić ryby w pałacowym jeziorze.




 Przygotowując do druku przewodnik po Mazowszu, który ukazał się w roku dwutysięcznym, dyskutowaliśmy w wydawnictwie, czy ograniczyć się do kilku zdań informacji, czy też opisywać pałac dokładnie, mimo że nie był  udostępniony dla zwiedzających. W końcu zdecydowaliśmy poświęcić mu  tyle miejsca, co Żelazowej Woli. Wkrótce potem, po szczęśliwej zmianie ustroju, na początku 2004 roku pałac przeszedł pod trwały zarząd Ministerstwa Kultury i został przekazany  Muzeum Narodowemu w Warszawie, które utworzyło w nim swój oddział.

Staram się odwiedza pałac co czas jakiś. Lubię tam wracać. W  pałacowej kawiarence wchłonąć espresso,  pachnie tam jak trzeba i smakuje  jak należy. Siadam na ławeczce przed pałacem i patrzę sobie na pałac,  nic więcej. A potem wchodzę do środka. 

Na parterze jest teraz ekspozycja darów, jakie  otrzymał i swojej ojczyźnie pozostawił w spadku Jan Paderewski. Jest i jego koncertowy fortepian i są walizy podróżne oraz "niema klawiatura", jaką mistrz ze sobą woził, aby móc ćwiczyć w czasie podróży w swojej kolejowej salonce). Są także wieńce laurowe, jakimi go obdarzano oraz różne puchary, wazy i drogocenne misy oraz łyżeczki srebrne z dedykacjami; pojęcia nie miałem, że honorowym i cennym darem może zostać łyżeczka, choć by była  bardziej niż zwykła. Są i portrety artysty, przebija je portret przepięknej Heleny Modrzejewskiej w roki Ofelii.  A gdy o dziełach malarskich mowa, które można tam oglądać, wspomnieć trzeba eksponowane w pałacu dwa dzieła Jacka Malczewskiego (jakże by inaczej – wspaniałe) ze zbiorów Ignacego Paderewskiego.







 
Pałac otwocki nie miał tego szczęścia, co Pałac Radziwiłłów w Nieborowie koło Łowicza i Pałac Zamoyskich w Kozłówce pod Lublinem. Tam zachował się nie tylko wystrój ścian wnętrza, lecz także tapiserie, dywany, meble, obrazy, niemal wszystko. W Otwocku nie zachowało się nic. W przeznaczonym na cele muzealne pałacu zwiedzający nie zobaczą dzisiaj wyposażenia z czasów Bielińskich. Z II wojny światowej pałac wyszedł niemal całkowicie zniszczony. 

Kiedy w 1976 roku przygotowywano pałac do roli rezydencji rządowej, zdecydowano, aby posągi nimf,  stojące pierwotnie w niszach i zniszczone w czasie wojny, zastąpić posągami ośmiu bogów mitologicznych. Rzeźby w stylu barokowym wykonali współcześni, polscy artyści.  Oryginalne są malowidła ścienne, antyczne ruiny w barwach zachodzącego słońca, nadbrzeże morskiego portu, imponujące żaglowce na morzu,  w innej sali freski są inspirowane myślami Horacego, wszystkie powstały na przełomie wieków XVII i XVIII,  wszystko ma swój program ideowy, wzorce były niewątpliwie na europejskim zachodzie, gust fundatorów był rodzimy i nie najgorszy. Ale jak się nazywali artyści, dzięki którym możemy te cudeńka oglądać, tego nie wiemy.






Znajomi co roku jeżdżą na wakacje zagranicę, aby tam zwiedzać zabytki. Twierdzą albowiem, że w Polsce nie ma niczego specjalnie ciekawego do zobaczenia. W Otwocku Wielkim nie byli. Zbyt blisko?

Nie ulega wątpliwości, że jednym z walorów otwockiego pałacu i znajdującego się w nim muzeum jest to, że nie ma w nim natłoku tego, co obejrzeć trzeba koniecznie, niezbędnie i na pewno. Jest czas na oglądanie i na refleksję. Na smakowanie detali. W głównym budynku Muzeum Narodowego wa warszawskich Alejach Jerozolimskich być może przepadłoby to skromne rozmiarami płótno Tadeusza Makowskiego. A eksponowane tutaj, w pałacowej sali koncertowej ci koncertujący klauni patrzą na nas i na siebie każą patrzeć. Co o nas myślą?  Dlaczego? 

 

..........................................................................

środa, 5 czerwca 2024

Na raszyńskich stawach



Byłem tam pod koniec maja. Pełnia wiosny w najlepszym z możliwych wydaniu, o tej porze roku  chyba żaden inny krajobraz przyrodniczy w bliskim sąsiedztwie Warszawy nie dorównuje temu, który zwiedzaczom dzieł natury ofiarowuje rezerwat na stawach pod Raszynem. Szalała wokół mnie zieleń, jeszcze świeża, majowa, a już dojrzała, czerwcowa, bo w tym roku wszystko biegnie szybciej.  Krajobrazy są tam rozkoszne. Kląskają skrywające się wśród krzewów słowiki kląskały, a w dżungli szuwarów i trzcin trzeszczą zakochane trzciniaki.
Warszawa jest tuż tuż, jest w sąsiedztwie ruchliwym lotniskiem i kilka szosowych ekspresówek, a  w ogóle nie słychać miasta!

Stawy Raszyńskie istnieją od roku 1784, od 1978 są ptasim rezerwatem przyrody. Od jakiegoś czasu ozdobą rezerwatu są kormorany. Kiedyś po ich widok jeździło się na Mierzeję Wiślaną, o kormoranach na Mazurach śpiewano piosenki. Ale to było dawniej, teraz na Wiśle w Warszawie kormorany są codziennością. Na stawach raszyńskich mają swoją Wyspę Kormoranów, na niej kolonie lęgową. Nie tylko tutaj żerują, są wytrwałymi rybożercami, na wyżerkę latają po wiele kilometrów, najchętniej nad Wisłę. W okresie lęgów  przylatują z jedzonkiem ku swoim gniazdom, w których czekają głodne pisklęta. To wszystko można zobaczyć z Hrabskiej Drogi, niemal nie wysiadając z samochodów.   Ale jeśli chce się  gniazdom trochę lepiej przyjrzeć, koniecznie przez lornetkę, staw falęcki trzeba okrążyć i na wyspę patrzeć od drugiej strony, od południa, bo z tamtej strony wyspy mają te czarne ptaki swoje gniazda. Ptaki czują się tutaj wyśmienicie, rozmnożyły się nadzwyczajnie,  jest ich jakby zbyt wiele i   bardzo  zagrażają hodowli ryb. Straty w rybostanie są poważne i to jest problem, nad którym deliberują przyrodnicy: co zrobić, aby i wilk był syty, i owce całe. W ciągu ostatnich populacja zakładających tu gniazda czapli i kormoranów zwiększyła się wielokrotnie. 

Nie tylko kormorany są ozdobą rezerwatu pod Raszynem. Ni stąd, ni zowąd zaczęły też zakładać lęgi w okolicach Warszawy gęsi gęgawy.


Po to, aby je zobaczyć, jeździłem z Warszawy na stawy Okręt i Rydwan za Łowiczem, albo jeszcze dalej, do Poleskiego Parku Narodowego. Latami dzikie gęsi widywałem tylko w kluczach, najczęściej w czasie wiosennych przelotów, czasem w moim żoliborskim nad ranem budził mnie głos nawołujących się ptaków; wychodziłem wtedy na balkon i patrzyłem na nie ze wzruszeniem. 


Zawsze chciałem być takim małym Nilsem Holgerssonem z „Cudownej podróży” Selmy Lagerloeff i móc z gęsiami  podróżować na grzbiecie starej Akki. O przedwiośniu jeździłem nad duże mazowieckie rzeki, nad  Bug i Narew, nad ciągnęły nad nimi  klucze dzikich gęsi, a ja klękałem przed nimi z zachwycie. Na   podwórkach wiejskich gospodarstw, bezskutecznie próbowały się poderwać do lotu ich udomowione krewniaczki, wyciągając szyje ku napływającemu z nieba krzykowi dzikich krewniaczek. Poruszający był widok tych ptaków, usiłujących poderwać się z ziemi, aby dołączyć do klucza, bezradnie trzepocącacych skrzydłami.  A teraz mam dzikie gęsi obok, gołym okiem, bez lornetki mogę je wypatrzeć na Mokrych Łąkach koło Truskawia, a na stawach koło Raszyna niemal włażą pod nogi.

 

Pierwsze z tych stawów powstały już w roku 1784, hodowlę ryb na większą skalę rozpoczął w roku 1839 ówczesny właściciel majątku Jan Spiski, jeden staw nosi jego nazwisko, największe z pozostałych  też mają swoje nazwy: Puchalski jest niedaleko wsi Puchały, Raszyński pod Raszynem, Parkowy Dolny i Parkowy Górny graniczą z pałacowym parkiem, a w Falentach jest Staw Falencki  na południe od Hrabskiej Drogi, jest to wielkiej urody aleja dojazdowa do pałacu, wysadzona stareńkimi jesionami. W stawach hoduje się ryby, stawy się zarybia, ryby się odławia, jak to w stawach, część zimę spędza w zimochu, ze stawów pozostałych na zimę wodę się spuszcza. 

Istotą istnienia raszyńskich stawów jest hodowla ryb, ptaki są tylko dodatkiem, jednak z biegiem lat dodatek ten przestał już grać role epizodyczne i to z powodu  ptaków, które na tych stawach bytują, w roku 1978 utworzony został rezerwat przyrody i dla podziwiania tych ptaków, a nie karpi, została urządzona nad stawami ścieżka turystyczna z pobudowanymi na niej ambonami obserwacyjnymi, pozwalającymi znakomicie na obserwację ptasiego towarzystwa, pływającego i fruwającego w rezerwacie. 



Nie wiecie, co posiadacie, drodzy warszawiacy. Sporo egzotyki da się odnaleźć o kilka kroków od swojego domu. Sporo niespodzianek kryje się tu jeszcze przed nami. Może niekoniecznie trzeba daleko wyjeżdżać?



Zdjęcia ptaków w tym poście zawdzięczam wytrwałej ptasiarce, Urszuli Kaczyńskiej, która zechciała mi je do tego blogu udostępnić. Zdjęcie z amboną udostępnił mi Andrzej Radziwonka.




niedziela, 2 czerwca 2024

 Worek z książkami o Puszczy Kampinoskiej

.........................................................................................................................................................................

 

W roku 2022, nakładem Wydawnictwa Iskry ukazała się moja „Puszcza. Opowieści kampinoskie”. Ta książka była dla mnie jakąś sumą moich krajoznawczych wędrówek literackich po podwarszawskiej puszczy.  Niektóre z  tam pomieszczonych  opowieści były publikowane w moich innych książkach, które Iskrom zawdzięczam, niektóre z nich przyodziane zostały w nową szatę, sporo opowieści miało  swoją premierę. Po części była ta książka krajoznawczą gawędą, a trochę też zwierzaniem się autora z jego fascynacji Puszczą Kampinoską  i światem ją otaczającym. Oraz podsumowaniem  pięćdziesięciolecia pisania o Puszczy Kampinoskiej.  


Przez wiele lat wydawało mi się, że nikt nie zechce pójść w moje ślady i powiem szczerze, że zaczynała mnie już smucić moja samotność w tym pisaniu o  Puszczy Kampinoskiej. Pisać o niej zacząłem jeszcze w ubiegłym wieku, pierwszy mój przewodnik po Puszczy Kampinoskiej ukazał się w roku 1971. W kolejnych wydaniach tego przewodnika coraz więcej było krajoznawstwa, później w księgarniach pojawiły się moje krajoznawcze książki z Mazowszem w roli głównej, w których Puszcza Kampinoska była tylko elementem większej całości. 


Ledwo moja „Puszcza” się ukazała, ni stąd, ni zowąd, w przeciągu półtora roku, pojawiły się kolejne „kampinoskie” książki. Pierwsza, której wydania podjęło się Wydawnictwo „Paśny Buriat”, nosi tytuł  . "Puszcza Kampinoska. Opowieści o wydmach, mokradłach i sosnach", swoją premierę miała w lutym 2023 roku.  Jest dziełem młodych, pełnych zapału naukowców, założycieli Kampinoskiego Kolektywu Przewodnickiego „ZaPuszczeni”. Szymon Jastrzębowski – doktor habilitowany nauk rolniczych w dyscyplinie nauki leśne, profesor Instytutu Badawczego Leśnictwa  – jest  do tego dalekim potomkiem wielkiego Wojciecha Jastrzębowskiego. profesora Instytutu Agronomicznego na Marymoncie, pierwszego, który organizował i prowadził wycieczki naukowo turystyczne do Puszczy Kampinoskiej. A Tomasz Związek – doktor nauk humanistycznych,  historyk środowiska, w  miesięczniku „Dzikie Życie”, w którym pisuje, zwierzył się czytelnikom, że absolutnie nie potrafi chodzić dla samego chodzenia. Zawsze chodzi i poszukuje śladów minionego czasu, zawsze stara się zrozumieć przeszłość zakorzenioną w danym miejscu i czasie. Jestem przekonany – twierdzi  –   że większa świadomość minionych czasów pozwoli nam (ludziom) lepiej żyć dziś i w bardziej świadomy sposób przeżyć dzień jutrzejszy. Ilustracje do tej książki wykonał  Jacek Marek, on również jest tych, co to są  „ZaPuszczeni”; to z jego fotografii aż bije po oczach.

Rok po promocji książki „Paśnego Buriata”, na początku czerwca w roku 2024 zaplanowano premierę książki o Puszczy Kampinoskiej kolejnej; Wydawnictwo Czarne przygotowało pozycję pod tytułem  „Puszcza domowa. Co kryje Kampinos”, którą Monika Sznajderman, szefowa wydawnictwa, zamówiła u  Adama Robińskiego.  Jest nadzwyczaj czynnym dziennikarzem, nie najgorzej wyspecjalizował się w pisaniu o przyrodzie. Czytywałem jego artykuły w „Rzeczpospolitej”, wciąż znajduję je w miesięczniku „Pismo” oraz w „Tygodniku Powszechnym”. Wydawnictwo „Czarne” wydało kilka jego książek, jedna o ludziach krajoznawstwa, nosiła tytuł „Hajstry”. Tak sobie autor pomyślał: że krajoznawcy to rzadkie stworzenia, jak te hajstry, jak lud nazywa bociany czarne, ptaki rzadkie, kryjące się w lasach. Dzięki Adamowi i ja hajstrą zostałem, miłe słowa mi w tej książce poświęcił, dziękuję mu nieustannie. Napisał też  książkę o Bieszczadach, potem  jeszcze o polskich bobrach. Młody człowiek, a zdążył już narozrabiać nie najgorzej, otrzymał  kilka nagród oraz nominacji do nagród literackich i podróżniczych.  

Jaka jest ta "Puszcza domowa"? Jak się ją czyta, to człek się przekonuje, że z tą domową puszczą  jest dokładnie tak, jak bywa w życiu: cudze chwalicie, swego nie znacie. Bo tak właściwie to większość z wędrujących po Puszczy Kampinoskiej naprawdę wie o niej niewiele. Posunę się nawet do stwierdzenia, że nie za bardzo chce wiedzieć. W puszczańskiej wędrówce otaczającą wędrowców przyrodę traktuje się ją zazwyczaj jako dekorację do wędrówki, niczym więcej.  A że w zasadzie  puszczańskimi wędrowcami są Warszawiacy (każą nam teraz mówić uczeni poloniści: Warszawianie) to i jest to dla nich naprawdę puszcza domowa. A dom, jak dom, swoje meble, swoje ściany, co w nich ciekawego, co by tu o nich powiedzieć, może rzeczywiście tylko to, że są. I tyle.

Adam Robiński idzie jednak dalej. Wędruje w głąb puszczy, aby przekazać czytelnikom zobaczone tam obrazy puszczy. I wcale nie taka domowa jest ta zobaczone przez niego puszcza. Dałem mu kopię swojej mapy, unacześnionej przeze mnie drzewostanówki jednego z rezerwatów ścisłych KPN. Chciał zobaczyć prawdziwą puszczę, zobaczył najprawdziwszą. Swoje po niej wędrowanie opisał pierwszorzędnie:

...”któregoś zimowego poranka, z wydrukiem mapy w kieszeni, okutany w puch, z chemicznymi ocieplaczami w gumowcach, stanąłem na progu Nowej Niemieckiej Drogi. Szła trytwą, jak grobla  wyniesioną ponad mokradło. Kiedyś jej istnienie usprawiedliwiały wymogi przeciwpożarowe, ale z czasem zrezygnowano z jej utrzymywania, więc zaczęła zarastać i znikać. Spędziłem kilka pięknych godzin mocując się z pełznącymi leszczynami, pokonując na czworaka przewalone olchowe pnie, omijając wyschnięte wodopoje, przy których roiło się od tropów, odchodów i wypluwek. Nieziemską atmosferę potęgowała wszechobecna łojówka różowawa – rzadki grzyb, który w odpowiednich warunkach przydaje martwym pniom siwizny, rodząc na ich powierzchni pasma podłużnych, cienkich niczym włosy kryształków lodu. Korony drzew zasłaniały całe niebo, a ja, chyba pierwszy raz w życiu w Puszczy Kampinoskiej, musiałem posiłkować się kompasem. Herz miał rację – za Rogowymi Kopcami droga zupełnie się wykolejała. Nie było już żadnych wizualnych wskazówek odnośnie jej przebiegu. Pozostawała intuicja piechura, podskórny instynkt kogoś, kto jako tako zna zwyczaje nizinnego krajobrazu. Którędy by szła, gdyby to ode mnie zależało? Szukałem oczywistych sygnałów, przede wszystkim światła kreślącego przestrzenie między drzewami, ale pień nic sobie nie robi z kierunków, kiedy pada martwy. Błądziłem, szedłem zygzakiem, co rusz sprawdzając na kompasie, czy nie depczę własnych śladów. W Mrocznej Puszczy wszystko było jednakowe, zwielokrotnione, przytłaczające brakiem cech szczególnych. Przeszkody omijało się na własną zgubę, tracąc dotychczasowe punkty odniesienia. Wreszcie zupełnie porzuciłem nadzieję na przemierzenie całej Nowej Niemieckiej Drogi. Z grubsza trzymając się właściwego kierunku, obrałem szlak nie ludzki, ale zwierzęcy. Na drugą stronę lasu wyszedłem którąś z dziczych albo sarnich ścieżek meandrujących między olchowymi kępkami. Wydeptane przez zwierzęta szlaki to integralny element międzynarodowej nomenklatury dróg, napisał w którejś ze swoich książek Francuz Sylvain Tesson, zrównując je z powiatowymi, krajowymi, ekspresowymi oraz autostradami. Bardzo mi to pasowało.”



Z okazji swojego 65-lecia Kampinoski Park Narodowy wydał  okazały album.  „Człowiek i natura” jest imponującym rozmiarami wydawnictwem, chociaż ma zaledwie 240. stron i aż trudno uwierzyć, że tylko tyle, bo ogląda się go długo, jakby miał tych stron o wiele więcej. Wagę swoją mają. Dosłownie również. Album jest nielekki, swoje waży. Całość przygotował (spisuję ze stopki albumu) ARS Robert Sikora z Głogowa Małopolskiego, a druk i oprawa są dziełem Drukarni Skleniarz w Krakowie. Sfinansowano album ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki wodnej.

Autorem tej wydawniczej wspaniałości jest Maciej Szajowski. Urodził się w roku 1971, właśnie wydałem swój pierwszy przewodnik po Puszczy Kampinoskiej.  Kampinoski Park Narodowy istniał od lat dwunastu. Maciej Szajowski, absolwent Wydziału Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, górołaz i krajoznawca, swoje życie zawodowe związał z parkami narodowymi, jako pracownik dydaktyczny przez dwadzieścia lat pracował w parku pienińskim, a od 2016 r. zajmuje się edukacją przyrodniczą w Kampinoskim Parku Narodowym.

Maciej  Szajowski  jest autorem zarówno zdjęć, jak i tekstu. Niezwykłość tego albumu polega też na tym, że równie ważne są zarówno zdjęcia, jak i tekst. Jedno i drugie świetne. Temat i sposób jego przedstawienia jest autorskim pomysłem i realizacją. Autor słucha siebie i siebie w tym albumie realizuje. Bardzo pięknie to czyni. A temat albumu jest poważny: przemijanie. Album opowiada o ostatnich mieszkańcach śródpuszczańskich wiosek i  tym, co po nich pozostało, czasem bardzo już niewiele, jak te zanikające wśród lasu wiejskie drogi, którymi nikt już nie jeździ. Poruszające fotografie  ilustrują to przemijanie. Oraz bardzo piękne zdjęcia kampinoskiej przyrody.zdjęcia kampinoskiej przyrody.

Autor tych zdjęć  umie znaleźć się we właściwym miejscu przy właściwym świetle  i we właściwym momencie. Widzi więcej niż każdy z nas, z etnografią wydaje się być za pan brat, pisze też nie najgorzej, a że jest filozofem z wykształcenia, w niemal każdym jego zdjęciu lub tekście refleksji też jakby ciut więcej. Jak przy jednym ze zdjęć, przedstawiających powalony na ziemię, gałęzisty pień drzewa. „Przez dwieście lat opierał się wiatrom. Wreszcie padł. Kolos sosnowy. Wyrwało go z ziemi. Rozczapierzył paluchy i skonał.”  Po lekturze takich komentarzy, na takie detale puszczańskiego krajobrazu patrzy się  jakby inaczej.

W tym bagnie jak nic siedzi bagiennik  –  czytam podpis, jaki pan Maciej obdarzył jedno ze zdjęć bagiennych lasów, tak bardzo ubierających puszczę.  –  To całkiem przyjemny stwor, chociaż wygląda jak każde straszydło nie najlepiej. Bagiennik człowiekowi nijak się uprzyksza. Siedzi tak na dnie, zanurzony w mule. Z rzadka tylko się wynurza, żeby tchu zaczerpnąć. Mówią, że maź z jego nozdrzy ma leczniczą moc...”


O jednej książce muszę jeszcze wspomnieć. Niewielka, nie tęga, ale wydana pierwszorzędnie, na znakomitym papierze wydrukowana  i bardzo, ale to bardzo fascynującą książką jest „Już tylko echo” Radosława Jarosińskiego. W roku 2022 wydało ją z Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą w Sochaczewie. To książka - reportaż, staranne opracowana, interesująca graficznie. Zawierająca relacje mieszkańców wsi Famułki Królewskie w powiecie sochaczewskim, jednej z tych puszczańskich wiosek, które zostały już niemal całkowicie opuszczone i które ogarnia powracająca na swoje – puszcza.  Jest to par exellance książka krajoznawcza. Napisana jest  szczerze, prosto i od serca. I ta książka uczy patrzenia na to, co się  mija w swoich wędrówkach. Słuchania echa też się trzeba uczyć. My, miastowi, trochę w tym już nie za bardzo. Czytając tę opowieść o puszczańskich, kampinoskich książkach, zatrzymaj się choć na chwilę, czytelniku, przy tym fragmencie książki  o Famułkach.

„Podczas gdy chaty mieszkańców wsi zapadają się w  zmurszałą przeszłość, trwają jeszcze ostanie ślady ich bytności w puszczy. Do nich powracają, dbając o nie jak o cenne skarby. Mowa o przydrożnych krzyżach i kapliczkach. W Famułkach znajduje się ich jeszcze kilka.
Z czasem zaczynają czekać na nas jak na starych znajomych, a jak jeszcze poświęcimy im chwilę uwagi – zaczynają opowiadać swoje historie. A tyle ich, ile ludzkich intencji, próśb, żalu i wyrzutów sumienia, ale także śmierci, niespodziewanej i nagłej, żołnierskiej lub cywilnej.
Sędziwy strzelisty krzyż stoi na rozstaju dróg między Miszorami, Czaplińcem i Famułkami. Solidne drewno przetrwało wiek i trochę, krzyż postawiono w roku 1905, a jego fundatorem był Franciszek Domański. Nadzwyczaj wysoki krzyż oddziela się ciemnymi kreskami na tle jasnego nieba i człowiek zadzierający ku niemu głowę musi zmrużyć oczy. Nikt nie pamięta intencji jego wzniesienia, ale krzyż rozstajny mógł być po prostu postawiony na granicy wsi, jako symbol wiary jej mieszkańców.
W  niewielkiej odległości od krzyża, przy leszowej drodze, stoi nieco zaniedbana mała budowla. Była to kapliczka przydomowa, a tu mieszkało kiedyś bezdzietne małżeństwo państwa Kosińskich. Wzięli oni na wychowanie dziewczynkę z  rodziny Fornalskich, której matka zmarła przy porodzie. Gdy przybrana córka wyszła za mąż, małżeństwo postawiło kapliczkę w  intencji pomyślnych narodzin zdrowego dziecka.”

...............................................


Patrzę teraz na te wszystkie książki o Puszczy Kampinoskiej, jakie leżą przede mną i  przypominam sobie czas (wcale nie tak odległy, niewiele ponad dziesięć lat temu), jak ta podwarszawska puszcza jako temat książkowy nie mogła przebić się do świadomości wydawców. Propozycje  składałem w wielu wydawnictwach. Większość na moje listy nie odpowiedziała ani słowem i propozycję litościwie zmilczała „Czarne” do tych wydawnictw również należało. Jednak kilka odpowiedzi na moje listy nadeszło dość szybko. Jedna była brutalna, sprowadzała się do jednego zdania: a kto to kupi?  Czyli – a kogóż ta puszcza może zainteresować. Druga, że może tak, ale muszą się zastanowić, trzecia była taka mniej więcej:  

Szanowny Panie! Wiele podwarszawskich szlaków przewędrowałem z Pańskimi przewodnikami w ręku. Miło mi, że mogę teraz bezpośrednio podziękować Panu za trud stworzenia tych książeczek. Zbiór gawęd, które nam Pan przedstawia, to jak Pan sam ocenia  – rzecz niekomercyjna. Nasze wydawnictwo działa bez dotacji i balibyśmy się trochę zaryzykować zainwestowanie w książkę, która przyniesie nam zwycięstwo moralne, ale też klęskę ekonomiczną. Proszę przyjąć wyrazy głębokiego poważania  i podpis.

Była jeszcze odpowiedź czwarta, nadeszła od prezesa Wydawnictwa Iskry. Myślę, że to jemu nie tylko ja powinienem dziękować, że wydał  moją książkę. Albowiem – to nie ulega wątpliwości – że właśnie wydana w roku 2010 moja Wardęga uruchomiła lawinę tego rodzaju książkowych opowieści z krajoznawstwem i przyrodą w tle. Ale – gwoli prawdy rzec trzeba  – jednocześnie niemal zaczęła się moda na opowieści przyrodnicze, a jedną z pierwszych osób, co to ten nurt w Polsce zapoczątkowali, była Simona Kossak.

Powiem szczerze: nie do końca jestem szczęśliwy nadmiernym zainteresowaniem Puszczą Kampinoską. Nie z powodu, że wyrosła mi konkurencja, bo jej się to chwali, a ja już swoje zrobiłem i chwatit'. Ale z innych, praktycznie jedynych, na pewno o wiele ważniejszych powodów; jestem przede wszystkim ochroniarzem, od wielu lat mam zaszczyt być członkiem Rady Naukowej Kampinoskiego Parku Narodowego, brałem czynny udział w kształtowaniu w nim ruchu turystycznego, projektowałem znakowane szlaki, w założeniu miały pokazywać to, co najbardziej interesujące i omijać to, co najbardziej na ochronę zasługuje. Obserwując czym dla kampinoskiej przyrody staje się nadmierne nią zainteresowanie, widzę wyraźnie, że nie same anioły ciągną ku tej podwarszawskiej puszczy.

Jest takie trafne zdanie: ochrona przyrody jest jak wąż, który zjada własny ogon. Dopóki przed jakimś urodziwym krajobrazem nie zawiesi się tablicy z napisem, że to jest rezerwat, ludzie nie wykażą nim większego zainteresowania. Dla spokoju przyrody parku narodowego zbyt duże nim zainteresowanie nie jest najlepsze. Czas najwyższy, aby zainteresowanie  przyrodniczymi pejzażami kierować także pod inne adresy. A w okolicach podwarszawskich jest ich wszak trochę. Jakby kto pytał, odsyłam do różnych swoich przewodników i książek. Wciąż marzy mi się dobra książka o mazowieckich puszczach nadbużańskich, Białej i Kamienieckiej. Temat „człowiek i natura” świetnie by się tam zrealizował,  teren jest wyjątkowo interesujący, od Puszczy Kampinoskiej o wiele, wiele bardziej. Ba! Ale tam nie ma parku narodowego. A ochrona przyrody, jest jak wąż, który... no właśnie.

Przypomniało mi się akurat zabawne zdarzenie z Przysłopu Miętusiego w Tatrach. Miejsce to jest zupełnie wyjątkowe, łatwo osiągalne i najbardziej widowiskowe w pogodne, słoneczne dnie wczesnego lata. Wtedy, gdy nad  górską polaną, tonącą w świeżej, bujnej zieleni, wznoszą się skaliste, zbudowane z jasnych wapieni, o kilometr wyższe szczyty Czerwonych Wierchów, a w wysoko zawieszonych polodowcowych kotłach ich północnej ściany miejscami zalega jeszcze śnieg. W tamtym dniu przed wielu laty, który właśnie mi się przypomniał,  napatrzeć się z zachwytem na panoramę okolicy nie mogłem. Od strony Gronika zbliżał się do mnie niemłody pan, a gdy już podszedł blisko, uchylił słomkowego kapelusza zamaszystym, eleganckim, przedwojennym gestem, i zapytał uprzejmie: przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie tu jest ten piękny widok, o którym mi mówiono, żebym koniecznie zobaczył?   

...............................................

wtorek, 30 kwietnia 2024

 

                                 

 Kajakiem przez Puszczę Kampinoską.

Od zdarzenia, o którym chcę opowiedzieć, upłynęło blisko sześćdziesiąt lat.  Rzecz zdarzyła się  w  pierwszomajowy weekend roku 1967. Taki pomysł mi wtedy przyszedł: a może by tak spłynąć kajakiem przez naszą Puszczę Kampinoską? Jezior w puszczy nie mamy, zamiast rzek mamy kanały, proste jak linijka, krajobrazowo średnie raczej, ale … czemuż by nie? Pierwszego maja, jak będzie dużo wody w puszczy, termin bardzo akuratny. W 1967 roku akurat zdarzała się dogodna możliwość kalendarzowa, ostatniego dnia kwietnia była niedziela, w poniedziałek wypadało święto pierwszego maja. Nie co roku zdarzała się taka koincydencja dni wolnych od pracy. Trzeba to było wykorzystać.  Namówiłem swoją turystyczną kompanie na taki spływ kajakami w podwarszawskiej puszczy. Służby parku narodowego zdały się nie mieć nic przeciw temu, chodziło tylko o to, aby się zameldować u leśniczego na początku spływu w Zaborowie Leśnym. 

Pierwszy maja był jednym z najważniejszych dni w życiu Polski Ludowej, to  było święto ludu pracującego miast i wsi i lud o tym wiedział, że tego dnia to święto świętować należało uczestniczenie w pochodzie pierwszomajowym, najlepiej w zorganizowanych grupach  ze swoich szkół,  uczelni i zakładów pracy, z radosnym uśmiechem na ustach,  czerwonym krawatem pod grdyką i drzewcem szturmówki z flagą czerwoną, albo w barwach narodowych, albo z przybitym do niego portretem jednego z wodzów rewolucji lub jakimś właściwym dla okoliczności hasłem, przygotowanym uprzednio przez odpowiednie komórki organizacyjne. 

Sporo lat przeżyłem w Peerelu, ale tylko raz uczestniczyłem pierwszomajowym pochodzie. A obecność była  co prawda nieobowiązkowa, ale powszechnie się wiedziało, że w pochodzie udział wziąć należy i maszerować trzeba, bo jak się nie pójdzie,  to można mieć problemy.  Jakoś mi się jednak udawało na pochodach  nie bywać. Pytany o nieobecność odpowiadałem, że nie mogłem, bo pierwszego maja od wielu lat czczę na wycieczkach pośród przyrody.   
Turystyka była słuszna ideologicznie, turystykę uprawiał towarzysz Lenin, do tego w Polsce, wszedł nawet na Rysy od Morskiego Oka. PTTK organizowało masowe rajdy jego imienia, a  na czele Towarzystwa stał jeden z członków politbiura partii  komunistycznej, więc w jakimś sensie kryłem się pod jego parasolem pośród tej swojej przyrody. Nikt się mnie nie czepiał, komuniści chyba sobie dawali sobie beze mnie radę, a przyroda czekała na mnie z całą swoją rozpustną wspaniałością  i odpłacała się jak najlepiej. 

Pierwszego maja niemal zawsze była pogoda. Do czego, jak do czego, ale do pogody na te swoje pochody, to komuniści niemal zawsze mieli szczęście.  Ponad pół wieku minęło, a ja wciąż ze szczegółami pamiętam jak  ze swoją paczką czciłem pierwszomajowe święto wypadami poza Mazowsze, najchętniej na Mazury, najchętniej na spływ kajakowy, na dni dwa lub trzy, jak się czasem udawało. Nieustannie wracają te kajakowe wspomnienia. Przejmujący zapach wody. Od wioseł pęcherze na dłoniach. Śnieg, jaki któregoś roku zasypał mi namiot nad Krutynią. 

W czasach dzisiejszych organizacja spływów kajakowych zajmują się wyspecjalizowane formy, u nich zamawia się kajaki, które zostaną przetransportowane na miejsce początku kajakowej przygody, potem – jeśli trzeba - odwiezione stamtąd, gdzie spływ zakończymy, a jak trzeba to i nas się przywiezie lub dowiezie skąd i dokąd tylko zechcemy. Kiedyś tak łatwo nie było.  To były inne czasy, niż teraz, wtedy taki spływ był ogromną przygodą, również organizacyjną.  


             Truskaw, zdjęcie z połowy lat sześćdziesiątych XX wieku..          

Początek spływu był zaplanowany w Zaborowie Leśnym. Nasze składane kajaki, wraz z załogami, zostały tam dowiezione wynajętym busem. Asfalt skończył się na początku Truskawia, okolice dzisiejszej pętli autobusowej wyglądały mniej więcej tak, jak tej fotografii powyżej. Dalej zaczęło się błoto ma Truskawskiej Drodze,  padało przedtem od dni kilku. Wiedziałem że łatwo nie będzie, nie było. W końcu samochód drogę pokonał, strachu było sporo, a pan kierowca kilka razy się buntował. Nocleg był zamówiony w stodole u leśniczego, przed snem pracowicie składaliśmy do kupy nasze kajaki, żaden własny, wszystkie  pożyczone, jedne w ośrodku w Wołominie, inne z Pruszkowa, ktoś miał chody u wodniaków z przystani na Wale Miedzeszyńskim w Warszawie. 

Były to składaki typu Neptun, produkowane w Niewiadowie. Robiły to w ramach produkcji ubocznej, główna była tajna, ale wiedzieli wszyscy, że to zbrojeniówka. Neptun z Niewiadowa miał swoją wagę, ważył 50 kg. Przewoziło się go w trzech torbach, w jednej była jego powłoka, wykonana z gumowanej tkaniny, w dwóch pozostałych stelaż, którym po złożeniu ową powłokę się zmyślnie wypełniało. Oraz składane dwa wiosła i ster; sterowało się orczykiem, orczyk nogami. Składanie kajaka trochę trwało,  czasem denerwująco długo, ale wprawna w tej robocie dwuosobowa załoga uwijała się z tym w około godzinę.  

Nocą gospodarza odwiedził sąsiad, przyjechał furmanką, zaprzężoną w konia. Gotowe już do spływu, poskładane pracowicie kajaki leżały na podwórku. W jeden z kajaków wdepnął koń, rozwalił go dokumentnie. Właściciel kajaka wstał przed wszystkimi, od świtu  pracował nad rekonstrukcją, była średnio udana, ale łódka szlak pokonała szczęśliwie. 



Na zdjęciu Neptun w stanie złożonym, gotowy do spływu. Jego załoga kończy upychanie bagażu wewnątrz łódki. Wodowanie miało miejsce przy mostku na Kanale Zaborowskim.   Stojąc dzisiaj na tym mostku, przy którym zaczynają się pomysłowo poprowadzone widowiskowe kładki turystyczne, trudno to sobie dzisiaj wyobrazić ten kanał ze zdjęcia poniżej. Dzisiaj wkracza na niego las, jest zawalony  spadłymi drzewami, część zrobiła to sama z siebie, niektórym pomogły bobry, krajobraz dzisiejszy jest tam bardzo puszczański. Pół wieku tak tam nie było. Kanał był pięknymi szpalerami olch obramowany, a wokół rozpościerały się łąki Kaliska. Woda czyściutka od drzew i gałęzi, taki kanał być musiał, jego oczyszczanie należało wtedy do obowiązków służb leśnych, kanały miały wtedy tylko jedno zadanie, były kanałami melioracyjnymi, miały teren osuszać. Trudno nam dzisiaj w to uwierzyć, patrząc z mostku lu zachodowi.

Zaborów Leśny. Kajaki gotowe do spływu.     
 

Wodowało pięć kajaków i jeden ponton. Ponton na trasę ruszał pierwszy, przed kajakami, bo dłużej mu się płynęło, jako że poruszał się do przodu ruchem okrężnym. Załogantami tego pontonu byli dwaj młodzi  lekarze, jednym z nich był Andrzej Pietraszek, zwany Piętaszkiem (na zdjęciu w okularach), został potem znakomitym  chirurgiem, kierował Oddziałem Zabiegowym Kliniki Nowotworów Płuca i Klatki Piersiowej Centrum Onkologii-Instytutu w Warszawie, ratował w potrzebie dziesiątki ludzi.  Nie tylko lekarze uczestniczyli w tym spływie; było kilku inżynierów, jeden himalaista, gromadka  taterników, jedna klawesynistka i jeden aktor teatralny, był też wybitny specjalista od tworzyw sztucznych, wszyscy równolatki po trzydziestce. Zacne towarzystwo, przyjaźniło się z sobą od lat. 


                                   Ponton rusza na szlak

Woda niosła łódki wcale bystro, jedynymi przeszkodami były prymitywne kładki, jakie lud miejscowy postawiał w kilku miejscach, ułatwiając sobie przejścia na drugi brzeg. Zwisały nisko nad wodą i aby je sforsować, trzeba było je unieść.  Tam, gdzie w pobliżu znajdowały się wioski, kładek było sporo, czasem jedna od drugiej co kilkadziesiąt metrów, nie opłacało się wsiadać do kajaka między nimi, szło się brzegiem, wiosła brało się w dłoń, łódki się na hol.  I tak naprawdę, wtedy dopiero mogliśmy widzieć dookolny krajobraz, jak ta Puszcza Kampinoska naprawdę wygląda. A wyglądała, z ręką na sercu to powiem, bardzo tak sobie. Bardziej czuło się obecność człowieka, niż puszczy. Tak było. Park narodowy w Puszczy Kampinoskiej istniał dopiero od ośmiu lat!  

Żadna praca ma spływie.Więc unosi, co  trzeba.

Burłaczenie wśród drzewostanów uroczyska Debły.

Most w Zamościu

Dla miejscowych byliśmy sporą atrakcją, a jak się zdaje, w wydaniu premierowym. Ze wszystkich stron było słychać nawoływania: kajaki jadą! Na moście w Zamościu czekał na na nas tłumek widzów.  Zbliżał się zachód i zrobiło się  tak jakby trochę romantycznie. Jeden z przyjaciół, ten któremu koń rujnował kajak w Zaborowie Leśnym, zaczął nam przygrywać pod ten zachód na swojej okarynie.

 

          Zmierzcha. Andrzej Kuś, zwany Truchtem, gra na okarynie

 

                   Wpływamy w las. Czas pomyśleć o noclegu.   

Na biwak wybrałem miejsce w bezludnej okolicy  przy rezerwacie Krzywa Góra. Namioty rozstawiliśmy tuż obok istniejącego tam wtedy mostu i miejsca po gajówce Ludwików. Dzisiaj to pępek najdzikszego obszaru naszej puszczy, pełen tabunów komarzych i  niezliczonych ilości kleszczy, czekających na  zbłąkanych osobników naszego gatunku,  latem derkają tam derkacze, a jesienią ryczą jelenie i bukują łosie.  

Wtedy, gdy tam biwakowaliśmy, też było ładnie, chociaż inaczej i nic wokół nas nie bukowało, nie ryczało i derkało. Ale gdy już ściemniało wokół,  zaczęła krzyczeć na nas jakaś sowa z lasu, obszczekał nas zdenerwowany czymś koziołek, a od pobliskiego Karolinowa dobiegały głosy domagających się dojenia krów. Sen nadszedł szybko i był solidny. Zdrowy był, tak jak powinien. 

 

                           Biwak w uroczysku Ludwików. 

Ranek wstał pogodny. Jak zawsze pierwszego maja. W miastach ludzie szykowali się do pochodów i manifestacji.  A my bez pośpiechu przygotowywaliśmy się do ostatniego odcinka swojej trasy. Gdy za Tułowicami wpłynęliśmy na Bzurę, ze zdziwieniem znaleźliśmy się na jeziorze, bo rzeka zajmowała całą szerokość  doliny,od Wyszogrodu właśnie wchodziła w Bzurę cofka wysokiej wody na Wiśle. W dodatku wiatr wiał mordewindem, to i płynęło się niełatwo. 

Dobiliśmy wreszcie do brzegu w sąsiedztwie stacyjki kolejki wąskotorowej. Stacja nazywała się „Wyszogród”, ale była we wsi Kamion, Wyszogród był na drugim brzegu rzeki, dochodziło się do miasteczka po najdłuższym drewnianym moście Europy.  Miał aż 1285 metrów długości, wybudowali go polscy i radzieccy jeńcy wojenni w 1944 roku  z drewna pochodzącego z Puszczy Kampinoskiej. W ostatnich latach jego istnienia jeździło się po nim z duszą na ramieniu.

Kolej wąskotorowa od Wyszogrodu do Sochaczewa.

Po wysuszeniu kajaków, złożeniu ich i zapakowania do worków, wsiedliśmy do najprawdziwszej w świecie pasażerskiej ciuchci. Pociąg jak pociąg, całkiem normalny, tyle że wszystko nieco mniejsze, niż normalnie. I do tego zaprzężone w najprawdziwszy parowóz z dymiącym kominem. W Sochaczewie od wąskotorówki do normalnych pociągów był kawałek, biegiem przemierzaliśmy tę trasę, nosząc  na raty nasz liczny i ciężki bagaż.  Zdążyliśmy na czas. Nawet bilety dało się nabyć. 

Opowiadam o tym spływie co młodszym ze swoich znajomych, żałują, że już takiej przygody w podwarszawskiej puszczy przeżyć nie mogą.   I bardzo  dobrze, że po puszczy już tymi kanałami nie będziemy kajakować,. Myślę, że żałować nie mają czego. Powiedziawszy prawdę, kanały  nie są tym, co kajakowe tygrysy lubią najbardziej. Prawdziwym szlakiem kajakowym jest niezbyt szeroka rzeka i do tego kręta, o zmiennym krajobrazie otoczenia. Nie dziwnego, że w okolicach Warszawy takie sukcesy święci teraz Wkra w okolicach Pomiechówka, że pływa się po górnym Liwcu, a Świder powyżej Otwocka jest fascynująco piękny, Jeziorka powyżej Piaseczna podniecająca.

Kanał jest na ogół prosty jak linijka, a że brzegi ma wysokie, krajobrazu z kajakowego pokładu praktycznie nie widać. W Puszczy Kampinoskiej,  jak się uda, a powinno się zacząć udawać nawet dość szybko, będą niektóre kanały w różnych miejscach rozkopywane, aby pozwolić wodzie uciekać na okoliczne torfowiska, a kanałom dać szanse stawania się naturalnymi ciekami wodnymi. Ale i bez tego, przy dyskretnej pomocy gospodarzy Parku Narodowego,  kampinoska przyroda staje się coraz bardziej naturalna. Zmienił się albowiem krajobraz puszczański przez te sześćdziesiąt lat od mojego spływania. Ochrona przyrody zrobiła swoje i Puszcza Kampinoska dziczeje jak należy, powolutku stając się puszczą prawdziwą, a nie tylko z nazwy. W gruncie rzeczy, o to właśnie w tej całej ochronie przyrody chodzi, żeby puszcza była puszczą. 


Więc na zakończenie, jakby ktoś miał jakieś wątpliwości: oto zdjęcie z wycieczki dydaktycznej, jaką prowadziłem w deszczowy dzień majowy roku 2008 wzdłuż Kanału Zaborowskiego w obszarze ochrony ścisłej Żurawiowe.  Nie tak wyglądał ten kanał w czasie tego mojego spływu. Jak widać na załączonym obrazku tam nawet pieszo przejść nie jest teraz łatwo, a co dopiero myśleć o spływaniu kajakiem. I o to właśnie chodzi, proszę państwa...


…..................................