wtorek, 1 lipca 2025

Moje propozycje: letnie wycieczki pod Warszawą

Sięgnąłem do archiwum w swoim blogu. Gdzie udać się na pieszą wędrówkę podwarszawską o letniej porze? W archiwum znalazłem kilka propozycji, z nich wybrałem trzy, w tym blogu publikowane były w latach ubiegłych. Wciąż aktualne ! Zapraszam do wędrówki! 

Nad rzeką Wkrą


Przed czterdziestu laty projektowałem szlaki w pomiechowskich lasach nad Wkrą. Atrakcyjne i  malownicze, różnorodne w charakterze, zbiegały się w Kosewku właśnie. Były  tam wtedy domki kempingowe, w których można się było przespać, była niewielka restauracja „Młynarka” do której się zachodziło na herbatę, jak do schroniska.  Za „moich” czasów, wtedy gdy tam zachodziłem w latach siedemdziesiątych XX wieku, młyna już nie było.  A "Młynarki" nie sfotografowałem, niestety. W tamtych czasach prawie w ogóle się nie fotografowało. Nie to, co teraz.

Ten młyn był drewniany, stał na kamiennej podmurówce i miał  osobliwe, drewniane młyńskie koło, umieszczone na pionowej osi. Na taki układ być może miał wpływ niezbyt wysoki poziom spiętrzenia wody. Zapora była dość prymitywna, na tej pocztowce widać to bardzo dobrze; przy takiej konstrukcji wymagała częstych napraw. Ale ja tego już nie widziałem, ten opis zawdzięczam innym. Pamiętam natomiast  ośrodki wypoczynkowe koło "Młynarki", jeden należał do ministerstwa spraw wewnętrznych. Wciąż nie mogę się nadziwić, że tego wszystkiego już nie ma. Jak i ośrodka wypoczynkowego Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu, był poniżej młyna. Jego też już nie ma. I fabryki też nie ma. Niemal nic już z tego wszystkiego nie zostało, ta część naszej, polskiej cywilizacji odeszła już w przeszłość, tylko jakieś nędzne jej pozostałości kryją się wśród ogarniającej je roślinności, tylko czekać jak pojawią się tutaj archeolodzy, aby rozpocząć wykopaliska z głębokiej epoki Peerelu.




Szlaki w całej okolicy są nadal, jedne w lepszym, inne w gorszym stanie, nieźle się trzyma szlak żółty, świetnie najważniejszy ze wszystkich szlak niebieski, wiodący wzdłuż rzeki  turystyczny kręgosłup okolicy, kto nigdy w życiu go nie przeszedł, nie wie jak ładne potrafią być mazowieckie szlaki piesze. Odcinek tego szlaku między Kosewkiem, a Goławicami jest rewelacyjnym, wielkiej urody szlakiem leśnym, ścisła mazowiecka czołówka, sama radość dla wytrawnego piechura. 



 W 1991 roku został utworzony dla ochrony wyjątkowego, naturalnego krajobrazu doliny Wkry. Nie byle jaki to krajobraz, chroniony nie tylko prawem polskim, także europejskim. Nie da się ukryć najlepiej go można zwiedzić płynąc przezeń kajakiem. Albo patrząc na rzekę z kładki w Kosewku.

 



Jak kładka w Kosewku ogranicza najefektowniejszy odcinek doliny Wkry od południa, tak od północy ogranicza go wiszący most między Śniadówkiem, a Goławicami, ten najstarszy pylonowy most w Polsce powstał w roku 1985, jego pylon ma 26 m wysokości.  Wielekroć go fotografowałem, najbliższe sercu jest to poniższe zdjęcie z roku 1996, krajobraz okoliczny prezentował mi się wtedy jakoś tak najbardziej serdecznie, a prócz tego to zdjęcie przypomina mi że byłem kiedyś młodszy, mobilniejszy – było, nie było, to zdjęcie robiłem 28. lat temu,  pod tym mostem sporo wody Wkrą upłynęło od tego czasu. 



Ten most jest zmniejszoną, niezrealizowaną wersją Mostu Grota Roweckiego w Warszawie; most warszawski w tej wersji nie mógł powstać, zdecydowano się na mniej kosztowną wersję tradycyjną. Dla tej okolicy nad Wkrą jest ten most dobrodziejstwem. Również wizualnym, bo jest po prostu – ładny. 

 


Na moście w Goławicach pomiary prowadzili inżynierowie budujący Most Świętokrzyski w Warszawie. Jak wyczytałem, most goławicki był w swoim czasie  bohaterem wszystkich podręczników do nauki jazdy dla kierowców na kategorie A i B.




 O kilka minut od wiszącego mostu jest oddalony  klimatyczny Bar Koza. widać go na zdjęciu powyżej. Dowiedziałem się o nim  po raz pierwszy z majla od znajomego: „Panie Leszku, spieszę donieść o wyjątkowym miejscu, w które trafiliśmy z rodziną właściwie przypadkiem, choć trochę z polecenia. Miejsce znajduje się w Śniadówku koło Pomiechówka i nazywa się Chata nad Wkrą i Bar Koza - jest czymś na kształt knajpki pod gołym niebem, ukrytej wśród sosen, o klimacie trochę jak kemping sprzed lat, z dostępem do Wkry, żeby można było też z kajaka, ale przede wszystkim z pysznym jedzeniem, piwem, kawą, lodami i wszystkim innym co potrzeba . Działa to od majówki aż do października i to już od iluś tam lat.  Może się Panu przyda kiedyś jako przystanek w trakcie wycieczki?”




Przydało się i to kilkakrotnie. Tego roku nie raz jeden i nie tylko w sierpniu. Tego upalnego lata spotkałem się tam także z gronem przyjaciół z turystycznych szlaków. Przywędrowaliśmy z różnych stron, różnymi trasami i na różny sposób, przywitali się jak należy z tamtejszymi kozami,  a potem siedzieliśmy sobie wygodnie z widokiem na rzekę. Niektórzy smakowali pstrąga, inni ograniczali się do jakiegoś napitku, sporym wzięciem cieszył się chłodnik,a cośmy sobie pogadali o tym i owym, to było nasze. Przed nami płynęły rzeką tabuny kajaków, nieprawdopodobnie ukajaczona jest ta rzeka.



Lato przecież w końcu odejdzie, nadejdzie w końcu jesień, znikną z wody kajaki, w lasach pojawią się kolory. A są ne w Lasach Pomiechowskich nadzwyczajne. Siedliska są tu lepsze, niż w Kotlinie Warszawskie, więc i lasy bogatsze; jak i gdzie indziej w drzewostanach dominuje sosna, ale towarzyszy jej sporo gatunków liściastych drzew i krzewów.  W październiku, w barwach pogodnej jesieni jest najlepiej. Zapewne więc znowu tam będę. Może się nawet spotkamy ?

....................................................
 
 
 Na wakacyjnej wędrówce nad Świdrem





Świder wszyscy znamy. Ale mówiąc o Świdrze, najczęściej pamiętamy  tę rzekę z okolic kolejowego przystanku o nazwie Świder. Podejrzewam, że większość z czytelników tego blogu ie wędrowała doliną Świdra od drewnianego kościółka w Gliniance do  Wólki Mlądzkiej i nie widziała Złotego Kanionu koło Woli Karczewskiej.


Glinianka leży nad Świdrem. Dociera do niej miejski autobus linii 720 od Ronda Wiatraczna na warszawskiej Pradze. W Gliniance nad Świdrem czeka na przyjezdnego zupełnie inny krajobraz. Miasto zdaje się być stamtąd gdzieś bardzo, ale do bardzo daleko. W Gliniance wysiada się  z autobusu pośrodku najprawdziwszej rolniczej wsi. Jak dobrze, że są wciąż jeszcze takie wioski w tak bliskim otoczeniu Warszawy.  

W samym środku wioski wznosi się kościół zrębowej konstrukcji, postawiony z drewna modrzewiowego.  Stareńka jest ta świątynka. Ukończono jej budowę w rok u 1763, a  więc, gdy to piszę, ma ta budowla prawie 260 lat. a jeszcze starszy jest gotycki późnogotycki krucyfiks na belce tęczowej wewnątrz kościoła, datowany jest na połowę XVI wieku.  Gdy krucyfiks powstawał,  w Polsce panował ostatni z Jagiellonów, gdy kościół stawiano, umarł właśnie August II i kończyła się epoka Sadów na naszym tronie, a za kilka miesięcy miał na tron wstąpić Stanisław August Poniatowski i właśnie się urodził jego bratanek, książę Józef Poniatowski. A potem przez podwarszawskie okolice przetoczyło się kilka strasznych wojen. I ten drewniany kościółek stoi nadal. Czyż nie graniczy to z cudem? 

Telewidzowie oglądają go czasem na ekranach telewizorów, występuje w serialach, telewizyjny Ojciec Mateusz odprawia tam nabożeństwa przy ołtarzu w tym kościele, choć wedle scenariusza  wcale nie w Gliniance jest ten ołtarz z telewizora. Ale i tak Glinianka jest z tego bardzo, ale to bardzo dumna i na stronie internetowej tutejszej parafii więcej o tym serialu, niż o samym ołtarzu.

Styl, w jakim w XIX wieku  powstał ten drewniany ołtarz, fachowcy określają jako barokowo ludowy, co oznacza to mniej więcej, że ten barok jest dziełem nie wyuczonego artysty, lecz zwykłego rzemieślnika „z ludu”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Idę niebieskim szlakiem nad Świder. Tego dnia już pozostanę mu wierny  i to przez dobrych kilka godzin. Jest lato, słońce świeci, niebo niebieskie, chmurki na nim białe i pyzate, bardzo piękne są okoliczności przyrody. Mam czas do wieczora, a droga niedługa, w sam raz dla takiego jak ja.  


Przez pierwsze trzy kilometry nic specjalnego się nie dzieje, rzeka zatacza łagodne meandry, czasem przytrafi się przyjemna plaża na takim zakolu, po sąsiedzku  tu i tam usadowiły się osiedla letniskowych domków. Sympatycznie jest tu po prostu.  To, co najbardziej atrakcyjne, zaczyna się dopiero poniżej Woli Karczewską.  Tak też zaczyna się trasa jednodniowych spływów kajakowych, tutaj biura od wynajmu kajaków wrzucają swoich klientów w czekające na nich kajaki i stąd będą płynąć Świdrem aż po Wólkę Mlądzką, gdzie będzie czekał na nich pozostawiony tam samochód lub autokar.



Poniżej Woli Karczewskiej zaczyna się najpiękniejsza część doliny Świdra, który tworzy tam niezwykle malowniczy przełom: rzeka wije się zakolami, doliną wciętą głęboko w utwory moreny dennej pokrytej grubą warstwą piasku. W korycie głazy, szypoty, miejscami podmyte brzegi, wysokie urwiska, bystry prąd.  –  Szlak wiedzie  z biegiem rzeki do Złotego Kanionu, ostro wciętego w podłoże, wąskiego jaru, którym płynie struga Stok. Dalsza trasa nad Świdrem, cały czas lasem, miejscami wysokim brzegiem. Po przeciwnej stronie rzeki momentami widok na wzgórza w okolicy wsi Kopki. Obok działek letniskowych Adamówki i starego młyna wodnego kołysze się chybotliwa kładka nad rzeką. 


Fascynujące są one Kopki nad Świdrem. Drewniana figura św.Jana Nepomucena patronuje tej przeprawy przez rzekę, łączącej  Kopki z dawną kolonią młynarską Adamówka na drugim brzegu. Zaproponowałem ćwierć wieku temu szlak niebieski przez kładkę, chyba wtedy była zupełnie inna i raczej nie wisząca, zdjęcia oczywiście nie mam, nie robiło się wtedy zdjęć zbyt wiele, fotografowanie było kosztowną zabawą. Lata minęły, szlak jest użytkowany, ścieżynka nadrzeczna wydeptana jest jak trzeba, a kładka jest atrakcją szlaku. Jak i ten Święty Jan Nepomucen, postawiony w tym miejscu pod koniec maja w roku 2010.

Wcale udany jest ten Nepomuk, wyrzeźbiony  wg własnego projektu  przez Mateusza Niwińskiego. Wszystko o tych Kopkach znalazłem w internecie. Dawniej musiałem takich informacji szukać po bibliotekach, dzisiaj otwieram swojego smartfona, wbijam hasło,  klikam Nepomuk w Kopkach nad Świdrem, i zaraz potem lecą wiadomości, niektóre bardzo interesujące dla krajoznawcy. 




 

Szlak jest znakomity, urocza, wąska ścieżynka nad rzeką, po drodze świetne miejsca, widoki pyszne, znakowanie doskonałe, ale jest po drodze do ominięcia jeden wiatrołom, bo  przewrócone drzewa ścieżkę tam przegrodziły, a przez pół kilometra kolo Adamówki ktoś pracowicie pozdzierał znaki, jeden znak za drugim, konsekwentnie, dla obu kierunków marszu. Akurat trwało upalne lato, termometry szalały, ale Świder jakby sobie z tego nic nie robił. 


Rzeką płynęły kajaki, patrzyłem na nie z góry. Było ze mną kilkoro przyjaciół z turystycznych szlaków, byliśmy jedyną grupką spieszonych, za to bardzo się nie spieszących. To się opłacało, co krok inny widoczek, inna niespodzianka ze strony przyrody, było na co patrzeć.  Jakby się kto pytał, jest to przecież krajobrazowy rezerwat przyrody! Fascynująco urodziwy  jest  tam  Świder. Rzeka ma piękny,    wysoki i piaszczysty  brzeg. Wokół mnóstwo drzew, niekiedy bardzo sędziwych, o wystających ponad powierzchnię potężnych korzeniach - to istne dzieła sztuki. 






 

 



Kończyłem swoją wędrówkę nad Świdrem w Wólce Mlądzkiej. Mniej więc kilometr przed końcem wędrówki, przy leśnej drodze nazwanej całkiem sensownie ulicą Wspaniałą,  wyrósł przede mną przesympatyczny bar nad Świdrem. Tam też można wypożyczyć kajak i to jest główne wczasowe zajęcie właścicieli. Piechurów też przyjęli gościnnie, więc u stop wysokich, kłaniających się  niebu sosen, wypiłem czarną kawę z ekspresu, taka podwójną, espresso we włoskim stylu, która mi podano z okienka tej wdzięcznej chatynki w polskim styli, stojącej pośród mazowieckich sosen. Bardzo to był dobry pomysł, bardzo w sam raz na zakończenie letniej wycieczki.



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
A jeszcze potem, po kilkunastu minutach spacerku, znalazłem się na przystanku, opodal którego młody bocian z tegorocznego lęgu, nie mógł się jeszcze zdecydować czy lecieć już w szeroki świat w ślad za swoimi rodzicami. skąd podmiejski, niebieski autobus  dowiózł mnie do stacji kolejowej w Otwocku, a stamtąd pociąg SKM do centrum Warszawy. Nie była to długa wędrówka, od autobusu do autobusu zaledwie 11 km, ale za to aż w pięć i pół godziny! A gdzie się było spieszyć? 
.........................................................
 
 

Z Zalesia Dolnego do Górnego Zalesia 


Lubię ten szlak, na trasie dużo wody i niemało lasu, a dojazd wygodny, łatwy i niedługi. Pociągiem szybkiej kolei miejskiej do Piaseczna, tam z pociągu na peron, z peronu prosto do Zalesia Dolnego i trzy minuty później idzie się już jego uliczkami. Ładne są one. Wysokie przy nich rosną drzewa, ich korony kłaniają się niebu. Szlak zaprojektowałem pół wieku temu, petetekowcy znakarze wyznakowali go żółtym kolorem i wciąż starają się utrzymywać szlak przy życiu i wcale nieźle im to wychodzi.
 
Wędrowanie zaczyna się w Zalesiu Dolnym, kończy w Zalesiu Górnym. I jedno i drugie osiedle powstało w lesie, nie znajdują się więc „za lasem”, lecz  „zamiast lasu” tam się znalazły. Ale też nie tak zupełnie, las wewnątrz obu tych osiedli jest wciąż obecny, tak więc one „są w lesie”.  Obok Górnego płynie rzeczka Zielona i w jej dolince znajduje się wianuszek stawów. Obok Zalesia Dolnego ta płynąca z południa niewielka rzeczka wpada do Jeziorki. Najważniejsze tam są jednak nie te oba Zalesia i nie te rzeczki, Zielona i Jeziorka, najważniejsze są tam Lasy Chojnowskie, przez które Zielona płynie. Ścieżka wśród drzew wrzucia wędujących  nad Jeziorkę. 

Jeziorka jest rzeczką raczej, niż rzeką. Spływa z Wysoczyzny Rawskiej, po 66 km uchodzi do Wisły w okolicach Ciszycy koło Konstancina Jeziorny. W tradycji tylko ujścia do niej Tarczynki, rzeka była zwana Jeziorką. Od tego miejsca zmieniała nazwę na Jeziorne i nad rzeką Jeziorna powstała w XV wieku wieś Jeziorna, dzisiaj dzielnica miasta Konstancin-Jeziorna. A ta nazwa – Jeziorna   powstała od rozlewisk wielkich, zwanych jeziorami. W ostatnim czasie dla całego biegu rzeczki upowszechniła się jednak nazwa Jeziorka. Nawet w Konstnacinie-Jeziornie rzeka Jeziorna zwana jest teraz Jeziorką. Przy tej nazwie rzeczka pozostaje aż do swojego ujścia do Wisły.  Czy słusznie? Jakieś ma to znaczenie, czy tak, albo nie. Życie ma niemal zawsze rację. W  tym przypadku na pewno. 
 
Na krańcach Zalesia Dolnego usytuowały się malownicze stawy na północnym brzegu  Jeziorki. Razem z otaczającą je okolicą chronione są jako "Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Górki Szymona". To nadzwyczaj sympatyczna okolica. Stawy są okolone przez  wygodne alejki, nad północnym ich brzegu wznoszą się piaszczyste wydmy, bardzo tam ładnie i jest na czym zawiesić wzrok i obiektyw aparatu fotograficznego. Objęcie określonego obszaru ochroną w formie zespołu przyrodniczo-krajobrazowego, skutkuje podobnymi zakazami, jakie obowiązują w stosunku do pomników przyrody, stanowisk dokumentacyjnych czy użytków ekologicznych. Wyjątkowe walory estetyczno-widokowe krajobrazu kulturowego sprawiają, że są one bardzo atrakcyjne dla turystyki i rekreacji. Trzeba przyznać, że miejscowe władze starannie dbają o ten wyjątkowy teren.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
A skąd ta nazwa ― Górki Szymona? To dłuższa historia, nie miejsce, aby w tym blogu cała ją opowiadać.  A jednak opowiedzieć należy. Szukając informacji, w internetowym Przeglądzie Piaseczyńskim z 23 września 2015 roku znalazłem tekst p.Marii Szturomskiej.
 
Kim był tajemniczy człowiek, którego imię pozostało w tych żółtych piaskach, sosnach i wzgórzach. Czym się zasłużył, że ten interesujący krajobrazowo teren nazwano Górkami Szymona? Ile emocji, ile miłości musiało być w Szymonie do tego miejsca, że nagrodzono go po wsze czasy tak godnie?  – pyta autorka. Wygląda na to, że to był Szymon Olka, urodzony się w 1874 roku. Po ślubie z Marianną (z domu Skomorowska) zamieszkał w Skolimowie. pracował w piekarni u pana Okrasy, jeździł wozem konnym i rozwoził chleb do okolicznych sklepów i gospodarstw. Pewnego razu w lesie w Magdalence został napadnięty, pobity i obrabowany. Okazało się, że zajęcie jest bardzo niebezpieczne i należało poszukać innego. W tym czasie w nadleśnictwie w Wilanowie poszukiwano na stanowisko gajowego uczciwego człowieka. Szymon przyjął posadę i rodzina przeprowadziła się do osady Borówka koło Piaseczna, dziś to okolice ulicy Granicznej. I dbał odtąd pan Szymon o swoją okolicę, pilnował jak należy, przeszedł wreszcie do historii. W tej okolicy co krok, to jakaś historia, jakaś opowieść w niej się ukrywa. 
 
Na drugim, południowym brzegu Jeziorki rozciąga się  kraina hodowlanych stawów pod Żabieńcem. On sam jest nieco dalej na wschodzie, za torami kolejowymi. dzisiaj już wcale spora wieś, jej nazwa  w formie Zabyniec znajdowała się na mapach już przed laty pięciuset. Wyjątkowo trafna nazwa. Osada powstała na skraju lasów, pełno wokół podmokłości, obok są dwie rzeczki, bo Zielona wpada tam do Jeziorki, no i jest tam sporo stawów. W Żabieńcu znajduje się Rybacki Zakład Doświadczalny, oddział Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie. Wyasfaltowana droga od Jazgarzewa rozdziela dwa kompleksy żabienieckich stawów. Stawy na południe od tego asfaltu są nie tylko stawami hodowlanymi, są także obiektem przyrodniczym o randze europejskiej objęte granicami obszaru Natura 2000. Na ich  terenie występują typy chronionych siedlisk i fauny, różne traszki i kumaki i nawet bobry i wydry, a stawy są ostoją ptactwa.
 
 




 

O Lasach Chojnowskich można nieskończenie. Że ładne, wie to każdy, kto tutaj bywał. Że są głównym elementem Chojnowskiego Parku Krajobrazowego, to także wie każdy. Niewielu z odwiedzających Lasy Chojnowskie wie, skąd się ta nazwa wzięła. A wiedzieć warto. W nazwach albowiem przechowywana jest historia i tradycja, również w pojęciu etnograficznym. Warto tutaj wspomnieć, iż najpopularniejszy nasz rodzimy gatunek iglastego drzewa zwano nie "sosną", lecz "choją" i stąd np. wieś Chojnów i Lasy Chojnowskie. W przeszłości najpowszechniejszy gatunek drzewa w Polsce zwany był  „choją”.  Drzewo - sosnę dawniej nazywano "sosną" tylko wtedy, gdy była w nim wydziana barć. 

W przeszłości tutejsze lasy przynależały majątku wilanowskiego. Miały dostarczać drewno na budulec i opał pałaców właścicieli w Warszawie i Wilanowie, na szkoły, szpitale i ochronki dworskie, młyny, kuźnie i karczmy, browar i cegielnie, na potrzeby  chłopów pańszczyźnianych, kolonistów, posesorów i proboszczów,  na deputaty drzewne dla pracowników administracji, na budowę mostów i płotów, na drabiny i zwykle miotły. Że węgla kamiennego nie używano jeszcze, aż 75% drewna zużywano na opał.  



 

 

 

 

 

 

 

 

 

Także i dzisiaj  ― a widzi to każdy ― są tu zręby i poręby, i są szerokie, żwirowe drogi, przystosowane do tego, aby ciężarówkami wywozić wyrąbane  w tych lasach drewno. Dzisiaj to lasy państwowe, także i ten właściciel drewna potrzebuje. No cóż, te zręby i nowe zalesienia to również element krajobrazu, to normalna codzienność polskiej przyrody, która musi przecież spełniać także i swoja użytkową rolę. Ale i w tych lasach są rezerwaty przyrody i rosną tam sosny żywiczne, wysokie i strzeliste, smukłe i gonne. Żółty szlak turystyczny o jeden taki rezerwat się ociera, nosi on nazwę „Uroczysko Stephana”  i obejmuje zwarte starodrzewy w wieku 120-200 lat.
Rezerwat w swojej nazwie nosi nazwisko pochodzącego z Węgier Wiktora Stephana, opiekuna tych lasów w czasach Potockich.  Przy śródleśnej szosie z Pilawy do Zalesia Górnego, znajduje się niepozorny głaz, na którym umieszczono napis: Tu czuwa duch mój Wiktor Stephan 1865 – 1923. Według podań duch leśnika krąży o północy nad okolicznym lasem. Pamięć o nim przetrwała nie tylko w nazwie rezerwatu, również w nazwie pobliskiej wsi Stefanów. Rezerwat został utworzony z inicjatywy innego wielce zasłużonego dla mazowieckiej przyrody człowieka, niespożytej energii wojewódzkiego konserwatora przyrody z Warszawy, zmarłego w roku 2000 Czesława Łaszka.  Za jego kadencji utworzono na Mazowszu dwa parki krajobrazowe i 62 rezerwaty, a  około 2000 drzew i głazów objęto ochroną pomnikową. Ten rezerwat też z jego inicjatywy powstał. 

A później szlak sprowadza turystę nad rzeczkę Zieloną,  żeby porozkoszować się zupełnie innym krajobrazem.  Bo tak tam jest, proszę pastwa, że przyroda w tamtym zakątku podwarszawskiego Mazowsza, co krok to inne ma oblicze, a każde z nich co innego chcącym to zobaczyć pokazuje. 
 

 

wtorek, 24 czerwca 2025

 Dąb Wojciecha Jastrzębowskiego                          w Puszczy Kampinoskiej 

Znacznych rozmiarów dębów jest w Puszczy Kampinoskiej sporo. Najokazalszy rośnie pod Krzywą Górą, otrzymał imię Romana Kobendzy, znakomitego botanika, badacza przyrody Puszczy Kampinoskiej i inicjatora utworzenia na jej terenie parku narodowego. Prof.Kobendza jest także patronem rezerwatu sierakowskiego. a  utworzony został jeszcze w roku 1937.  

Nazwisko Wojciecha Jastrzębowskiego zna niewielu z tych, którzy wędrują po Puszczy Kampinoskiej,  chociaż na pewno przyznają się do  znajomości tej puszczy i czasem nawet się tą znajomością chwalą. A przecież powinno się wiedzieć kim był, on albowiem jako  pierwszy organizował wycieczki do tej podwarszawskiej puszczy. Dawno temu to było, w drugiej połowie XIX wieku. Przed nim nikt z Warszawy na wycieczki po lesie nie chodził. Był świetnym botanikiem, profesorem Instytutu Agronomicznego na warszawskim Marymoncie, uwielbianym przez młodzież profesorem i mentorem życiowym.   

„Nie wiecie na co wam się kiedyś przyda wielka nauka chodzenia – mówił do swoich studentów. Człowiek na ten świat przychodzi i ze świata schodzi, umieć więc chodzić, znaczy umieć już w części spełniać zadanie, jakie nas w tej wędrówce od kolebki aż do grobu czeka”. 

Warto się przyjrzeć tej starej fotografii. Zobaczy się na niej twarz przyjazną, pogodną, budzącą zaufanie. To twarz wielkiego Polaka, dobrego człowieka i patrioty. Dla współczesnych Polaków ten człowiek jest niemal zupełnie nieznanym. Żył długo. Osiemdziesiąt trzy lata. Gdy umierał w roku 1882, mógł sobie powiedzieć, że powierzone mu zadanie wypełnił. Spoczął na cmentarzu powązkowskim; kwatera 162 (V/16). 

Studentem Jastrzębowskiego był m.in. Józef Wieniawski „Jordan”, brat słynnego skrzypka Henryka. Pozostawił po sobie opisy wędrówek z profesorem, pełne wdzięku i oddechu przygody. „W ślad za nim ruszaliśmy żwawo, zapominając o znużeniu i niewygodach, a gdy zapadająca noc czyniła dalsze poszukiwania niemożliwymi, miękka leśna murawa lub wiązka świeżego siana bywały wezgłowiem, na którym spoczywały młodość, zapał i marzenia... Powracaliśmy z ekskursji do głębin Puszczy Kampinoskiej wszyscy zdrowi i weseli, pogodni i beztroscy”.  

Do Puszczy Kampinoskiej był wtedy z Warszawy kawał drogi. Z warszawskiego Marymontu trzeba było pieszo dyrdać przez Bielany i Młociny aż za Sieraków, dopiero tam zaczynały się puszczańskie lasy. W pierwszej połowie XIX wieku (o tym warto wiedzieć) pomiędzy Młocinami, a Sierakowem lasu prawie nie było. Wojciech Jastrzębowski był pierwszym, który łączył w sobie poszukiwania przyrodnicze w terenie z turystyką. Ale nie miał  pan Wojciech żadnego pomnika, żadnego kamienia, które by go przypominało współczesnym turystom. Teraz już mieć będzie.   
 

W dniu 24 czerwca 2025 roku Rada Naukowa Kampinoskiego Parku Narodowego zarekomendowała Dyrektorowi Parku nazwanie mianem Dębu Wojciecha Jastrzębowskiego zwanego dotąd Starym Dębem  zabytkowego dębu szypułkowego,  rosnącego  obok osady służbowej KPN na polanie zwanej Posadą Sieraków, albo częściej Pichlówką, od nazwiska tam mieszkającego przez wiele lat leśnika.   

  
Ten dąb jest największym spośród kilku okazałych dębów szypułkowych w sąsiedztwie. Ponad dwustuletnie drzewo ma 340 cm obwodu na wysokości piersi. Obok niego "polował" filmowy król Władysław Jagiełło,  grany przez Gustawa Holoubka w serialu telewizyjnym. Przy tym dębie kończy się trasa ścieżki przyrodniczej podwarszawskiego parku narodowego. Poprowadzono ją  początkowym odcinkiem najbardziej chyba popularnego szlaku puszczańskiego dla pieszych, wyznakowanego zielonym kolorem i wiodącego z Dziekanowa Leśnego w stronę Sierakowa. To Puszcza Kampinoska w pigułce, w otoczeniu szlaku jest wszystko, co w niej najlepsze. Są mieszkańcy Stolicy, którzy przyjeżdżają na tę trasę po kilka razy w roku, aby oglądać zmienność dekoracji w zadziwiającym teatrze natury.  
 
Szlak zielony przemierza całą puszczę, żaden inny z puszczańskich szlaków nie jest aż tak  w atrakcje turystyczne i krajoznawcze. Dobrze, że rosnący przy tym szlaku ten okazały dąb pod Sierakowem będzie nam teraz przypominał tego wielkiego człowieka. Brakowało ma jego upamiętnienia w Puszczy Kampinoskiej, dobrze że zwiążemy jego postać z tym właśnie szlakiem.  Zaczyna się on  w sąsiedztwie Warszawy, na krańcowym przystanku warszawskiego autobusu w Dziekanowie Leśnym,   kończy się w oddalonej o ponad 50 km Żelazowej Woli, w której urodził się Fryderyk Chopin. Społeczeństwo godnie pamięć Wojciecha Jastrzębowskiego uczciło, umieszczając tablicę z jego epitafium w warszawskim kościele św.Krzyża, opodal serca Fryderyka Chopina i epitafiów innych wielkich Polaków, Władysława Reymonta, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Bolesława Prusa, Juliusza Słowackiego i Władysława Sikorskiego...  

......................................................
 

 

poniedziałek, 23 czerwca 2025

 

Kampinoskie góry

 

Na tym zdjęciu, które tę opowieść rozpoczyna, sfotografowana jest szczytowa część Zdrojowej Góry koło Truskawia w Puszczy Kampinoskiej. Zdejmowałem ją w roku 1964, robiła wrażenie, była ogromną, piaszczystą i bezleśną górą. To, co na niej rosło, to samosiejki, kolonizujace wydmę jałowce i nieliczne sosny. Puszcza Kampinoska jest pełna takich gór. Wszystkie są piaszczystymi wydmami, reliktami sprzed tysięcy lat, zachowanymi  do naszych czasów. W zdecydowanej większości porasta je  bór sosnowy. On utrwalił te wydmy, dzięki niemu głównie przetrwały.

Niektóre mają nazwy, na mapach można wyczytać ich wiele: Wilcza Góra i Krzywa Góra, Góry Czerwińskie, Łyse Góry i Góry Piaszczyste, Jakubowskie. Większość lasów w okolicach podstołecznych tylko dlatego ocalała -  Puszcza Kampinoska przede wszystkim! - że piaszczyste tereny wydmowe nie nadawały się do uprawy niczego innego, krom lasu. I ten las, zresztą, był niemiłosiernie trzebiony, a pozbawione szaty roślinnej wydmy, zmieniały się w pustynie. Dowodnym tego świadectwem są liczne Białe i Łyse Góry wokół Warszawy. Cała niemal Puszcza Kampinoska rośnie na górach. Są wśród nich i Wierzejna Góra, Góra Ojca i Łużowa Góra. I są owiane legendami Ćwikowa Góra i Góra Wywrotnia. Są nawet Karpackie Góry. 

Parkowi narodowemu w puszczy matkowała prof. Jadwiga Kobendzina, a mnie zechciała mnie wziąć pod swoje pełne przyjaźni skrzydła. Powiedziała mi kiedyś, że gdy opowiadała o puszczy dzieciom jednej ze szkół w którejś z puszczańskich wsi, jedno z dzieci zapytało ją: proszę pani, a czy Tatry to też takie góry z piasku? Nie było wówczas telewizji, a z nazwami gór dziecko się spotykało na co dzień, wznosiły się wszak w sąsiedztwie; duży łańcuch wydm na północ od Leszna nosił od lat nazwę Karpackie Góry, bo jak Karpaty zdawały się być wielkie te wydmy.

W podwarszawskiej Puszczy Kampinoskiej pojawiłem się na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Młody byłem wtedy nieprzytomnie i nie zdawałem sobie sprawy z jakim skarbem mam do czynienia. Miałem lat dwadzieścia sześć i nawet na myśl mi nie przyszło, że kiedyś Puszcza Kampinoska stanie się tak ważną dla mnie w moim życiu. Fotografowałem już, to oczywiste, ale niewiele, to były inne czasy, a robienie zdjęć związane było z kosztami, a wywoływanie papierowych zdjęć z i kłopotem, nie  to co teraz. Zdjęcia robiłem radzieckim aparatem marki Smena, przyzwoite urządzenie, chociaż nie zanadto. 

Poznawałem krajobraz Puszczy Kampinoskiej żarłocznie, a on, jak mi się wydawało, wcale zadowolony był z tego i odwdzięczał mi się nadzwyczajnie. Niedaleko od Palmir zobaczyłem wtedy ten niezwykły krajobraz piaszczystych gór i nie mogłem się oprzeć, aby ich nie zdjąć. Zrobiłem im więc kilka fotografii, wiem już teraz, że stanowczo za mało. Tan krajobraz niebawem miał zniknąć. Nie dlatego, że powstał park narodowy i tak nakazywały jego plany ochrony. Ale dlatego, że te rozwiewane wydmy piaszczyste wedle przepisów państwowych były nieużytkiem, a nieużytki musiały zniknąć. Wszak były tylko nieużytkami. A lesistość kraju powinna wzrastać i basta, tego chciała partia, przodująca siła narodu. Drewno zawsze było w cenie. 

 

Wdrapałem się wtedy  ma wysokie wzniesienie wydmowe, wedle tych, co wiedzą lepiej, był to nieużytek, ale jakże wspaniały! Miejscowi zwali ten  nieużytek Zdrojową Gorą, swoją wielkością zwracał uwagę. Widok z niego był nadzwyczajny. Zdjąłem go wówczas. Poniżej ta fotografia. Zrobiona na kiepskiej błonie polskiego Fotonu, wiele lat później zdygitalizowana. Jest, jaka jest, na pewno nie jest fotografią wybitną, ale - jest. I to jest najważniejsze. Tak to wyglądało w roku 1964, dopiero co został  powołany park narodowy w Puszczy Kampinoskiej, młoda jego administracja nie wszystko jeszcze zdołała wtedy ogarnąć. 

Na tym zdjęciu ze Zdrojowej Góry widok ku południowi. Poniżej wydmy obniżenie Niepustu, rozlegle Paśniki, na których jeszcze niedawno pasły się truskawskie krowy, u stóp wydmy pokryte zaśnieżonym lodem rozlewiska, bo pejzaż jeszcze zimowy. Z prawej ciemna plama lasów Niepustowego Boru, dzisiaj starodrzewy obszaru ogromny ścisłej "Cyganka"; jakie szczęście, że przetrwały.  To wszystko, co widąc na zdjęciu, to już jest historia. Poza tym starodrzewem po prawej stronie zdjęcia. No i samo wzniesienie, ono trwa. Ale widoku żal. Grzbiet  Zdrojowej Góry wygląda zupełnie inaczej. Jak na tym zdjęciu poniżej. Ten drzewostan dosięga lat siedemdziesiątych, zaczyna nim rządzić natura, nie człowiek, powalone drzewa pozbawiło pionu potężne uderzenie wichury. Gdzieś tam na tym zdjęciu poniżej, pod tymi powalonymi drzewami, jest kopula szczytowa Zdrojowej Góry)   

Zdrojowa Góra jest jednym z najwyższych wydm, ma 102 metry wysokości bezwzględnej i wyjątkowo sporej wysokości względnej. Jakby się uprzeć to i dwie bramki narciarskiego slalomu udałoby się na jej stoku ustawić. Za mojej młodości z wierzchołkowego grzbietu widać było wieś na horyzoncie, przed nią rozciągała się sporej wielkości nizina, w znacznej części zajęta przez łąki. Korzystali z niej mieszkańcy pobliskiego Truskawia, na Paśnikach wypasali swoje krowy. Dzisiejszy Truskaw to w zasadzie przedmieście Warszawy o charakterze wiejskiej ulicówki. Do czasu powstania Kampinoskiego Parku Narodowego krowy na Paśnikach pasły się  od kilku setek lat, wieś powstała na początku XV wieku. Te krowy korzystały z wodopoju u stóp wschodniego stoku Zdrojowej Góry, nazywano to miejsce Zdrojem, było naturalnym źródliskiem z sączącą się z wnętrza ziemi wodą.   

 Dzisiaj niekiedy utrzymuje się tam  woda, a nawet w suche lato jest to teren wilgotny, wiosną rosną tam kosaćce żółte i i kaczeńce, woda bywa nawet i owszem, ale zdroju w tym Zdroju dopatrzeć się już nie można. A na Zdrojowej Górze rośnie już las, bór sosnowy, którego najstarsze fragmenty przekraczają już wiek siedemdziesięciu lat. Na czarno-białym moim zdjęciu z 1964 roku już je widać, ale królują przede wszystkim jałowce pospolite, pionierskie rośliny lasu, poczęły wzrastać kilka lat przed moimi tam odwiedzinami. Dlaczego zdjęć zrobiłem wtedy tak mało? Jakiż był ze mnie tępak bez wyobraźni. Chyba nawet nie zdawałem sobie w pełni sprawy co mi umyka, jak ważnym byłyby te zdjęcia dokumentem. 

 
 Na Zdrojową Gorę nie prowadzi żaden szlak, znakowane trasy wiodą tylko obrzeżem wzniesienia. Fragmenty tych szlaków są znakomite, jak na tym zdjęciu powyżej, pokazują prawdziwą puszczę! Z wydmy widoku zresztą już żadnego się nie uświadczy. Ze znajdujących się na wydmie ścieżynek nielegalnie korzystają rowerzyści o sportowym zacięciu, dla których  żadne przepisy o konieczności ochrony przyrody nie mają znaczenia, bo liczy się tylko ich egoistyczna satysfakcja z pokonywania trudności. A jest co chronić na Zdrojowej Gorze, wydma jest ostoją cennych  gatunków roślin (poniżej goździk piaskowy) i o ich życie idzie gra. 

Służby parku narodowego jak mogą tak próbują powstrzymać napór tych jeźdźców na swoich wypasionych rowerach. Jak powszechnie wiadomo, dla prawdziwego Polaka  przepisy są głównie po to, aby ich nie przestrzegać.   W dni weekendów czekają na nich patrole służby leśnej, utrudnia się jeźdźcom jazdę rzucanymi na ślad drogi gałęziami, wieszane są tabliczki z objaśnieniami o co  chodzi z tą ochroną. I jakby to pomaga. Więc może nie jest tak całkiem źle z naszym społeczeństwem? 

...................................................... 

 

 

poniedziałek, 12 maja 2025

 Kampinoskie Debły


Jednym przyrodniczych klejnotów Kampinoskiego Parku Narodowego są Debły. Jeśli ktokolwiek wątpi, że ta podwarszawska puszcza rzeczywiście na miano puszczy zasługuje, tutaj może się o tym przekonać. Bronią dostępu do jej wnętrza powalone na ziemię wiekowe olchy i jesiony, sterane wiekiem dęby, u ich stóp gęstwa krzewów podszycia albo łany wysokich pokrzyw. Od lat na torfowiskach Debeł nie ma już żadnej drogi. Przyroda jest tu pozostawiona sama sobie, sama ma się tam rządzić, wedle swoich, odwiecznych praw. Leśnicy nie mają tam nic do roboty, prócz tego, aby ją chronić przed intruzami, którzy - nawet nieświadomie – mogą tam zanieść coś niepożądanego ze swojego świata, co zaburzy naturalność przyrody, odbudowującej się w parku narodowym po latach bezwzględnego wyzysku ze strony człowieka. 

Nazwa Debły pochodzi od ludowego słowa debrza – wertep, dół, błotniste zagłębienie. W  II poł. XIX w. torfowiska zostały zmeliorowane, wycięto znaczną część lasu, pocięto teren siecią kanałów odwadniających i osuszono. Jeszcze w powojennych latach XX wieku pasły się stada krów z PGR w Zaborówku. Po upadku ludowego socjalizmu upadły też w Polsce państwowe gospodarstwa rolne, krowy się z łąk wyniosły, a wypasane przez nie dotąd kośne łąki poczęły zmieniać się w turzycowiska. Dla przeciętnego zwiedzacza krajobrazów takie otwarte, niezalesione turzycowiska łąkowe to najbardziej spektakularna część wszystkich torfowisk puszczańskich. Te niemałe często obszary łąk i turzycowisk są pośród sosnowych borów na wydmach niczym jezioro pośród skalistych zboczy tatrzańskich. Oczywiście, że z zachowaniem wszystkich proporcji.

 

Praktycznie całe Debły są dzisiaj niedostępne i nie z powodu, że tako rzecze prawo ochronne parku narodowego, ale dlatego że na Debłach nie ma żadnych dróg. W pierwszych latach po utworzeniu parku narodowego kilka jeszcze istniało, jedną z nich poprowadziłem nieoznakowany szlak nr 27 w swoim "Przewodniku po Puszczy Kampinoskiej|, wydanym w 1971 r. Ten szlak dzisiaj już jest nie do odnalezienia w terenie, inne drogi również pochłonęła przyroda, kleszczy tam mnogość, trudno się dziwić, że na Deblach i w ich okolicach znalazła miejsce dla swojego bytowania jedna z wilczych rodzin, jakie od kilku lat zamieszkują podwarszawskiej puszczę. 

W lasach Debel dominują bagienne drzewostany olszowe, a pośród torfowisk znajdują się piaszczyste wyspy grądów, najokazalszym jest Grabowy Grąd, tam gdzie rośnie typowy grąd dębowo grabowy. Przy okazji warto wspomnieć, że wyraz >grąd< to także nazwa typu biocenozy leśnej. W przeszłości lasy grądowe zajmowały znaczną powierzchnię puszczy, zapewne na takim siedlisku powstała wieś Grądy koło Leszna. 

Przed laty prowadziłem badania toponomastyczne w Puszczy Kampinoskiej i wiele z dawnych nazw udało mi się przywrócić czasom współczesnym. Jedne powynajdywałem na archiwalnych mapach, inne uzyskałem od miejscowych. Nie najgorszą księgę opowieści o tych nazwach mogłyby zapełnić. Źródłosłów niektórych już jest nie do odnalezienia i nie wiem więc dlaczego nazwę Szalonka nosi kotlinka między wydmami, znajdująca się na północ od Debeł w pobliżu nieistniejącej już wioski Ławy i porośnięta ładnym starodrzewem sosnowym. Dlaczego mocno przetrzebiony las olszowy w sąsiedztwie Ław był nazywany Babią Łąką? W tym przypadku można snuć przypuszczenia, że jakaś kobieta tam pasła swoje krowy i jest to bardzo prawdopodobne, jeszcze w pierwszych latach istnienia parku narodowego było powszechnym zwyczajem wganianie wiejskich krów w państwowe olszyny. Po zachodniej stronie Babiej Łąki w Debłach rozsiadł się wydmowy rogalik Nartowej Góry, porośnięty sosnowym starodrzewem. 


Niewielu z nas współczesnych wie o tym, że to bardzo stare miano, mające podobny źródłosłów, jak i narty, do jazdy po śniegu służące. Narty – to staropolskie określenie lasów. Leśnych ludzi Nartami też zwano. W naszej puszczy w dwóch miejscach nazwa Narty się pojawia. Blisko Kampinosu i Granicy w zachodniej części puszczy są pozostałości wsi Narty, tylko kilka domostw. I pobliski im obszar ochrony ścisłej nosi nazwę "Narty".  Oba te kampinoskie Narty, oddalone od siebie o wiele kilometrów. 
Miejsce, gdzie dzisiaj ta wydma styka się z bagnami, należy do najbardziej fotogenicznych miejsc w całej puszczy.  Jest blisko mostku na Kanale Zaborowskim, przez który przebiega żółto znakowany szlak z Leszna do Truskawia.Tak naprawdę, tylko z tego fragmentu szlaku można oglądać Debły, wejście bezdrożem w debelską przyrodę może skutkować spotkaniem z kleszczami. Na wilki liczyć nie ma co, w przeciwieństwie do kleszczy one unikają spotkań z człowiekiem, mają to zaprogramowane.
 

Ogromne laki i turzycowiska są na Debłach najważniejszym akcentem krajobrazowym dla przeciętnego turysty. To zdjęcie z drona (które udostępnił mi p.Mirosław Golonko z Koczarg Starych) ukazuje ogrom tamtejszych turzycowisk. U dołu widać na fotografii mostek na żółtym szlaku i wzdłuż lasu prowadzącą wyznakowaną dla turystów ścieżynkę (poniżej ona sama i rozkoszne jej otoczenie o wiosennej porze). 


 

Dzisiaj jest ona w zasadzie tylko jedynym miejscem z którego turysta może debelskie łąki, turzycowiska i szuwary sfotografować z bliska, najbardziej efektowny w sąsiedztwie Kanału Zaborowskiego i znajdującego się nad nim mostka, pobliskich kładek i ścieżynki na żółtym szlaku dla pieszych. To prawda, brakuje wygodnej turystycznej ambony obserwacyjnej, ale czy miałaby sens przy tak znikomym ruchu turystycznym, jak obecnie? 



W latach sześćdziesiątych XX wieku wędrowałem tamtędy po raz pierwszy, droga była tam na tyle szeroka, że wjeżdżały w nią od Leszna jadące samochody. Park narodowy wtedy jeszcze raczkował, a lud polski nie za bardzo wiedział do czego ten Park ma służyć. Służył ludowi miast i wsi jak należy, na grzybobrania przede wszystkim.  Spotykałem wtedy na tej drodze ciężarówki różnych zakładów pracy, pod plandekami umieszczone były drewniane ławki, na nich przyjeżdżali siedząco uczestnicy wycieczek, organizowanych przez rady zakładowe. Jakże żałuję, że tego nie obfotografowałem. Nie przypuszczałem, że to będzie tak egzotycznym wspomnieniem dokumentem czasów minionych. Ale grzybochęci w narodzie nie wyginęły, jak sypną się grzyby naród rusza na łowy i nic go nie powstrzyma, ochrona przyrody niestety również... 
W połowie tegorocznego maja przyszedłem nad łąki Debeł. Jak zawsze usiadłem na zwalonym drzewie, wciąż tam czeka na mnie. A ja, jak już usiądę, odchodzić stamtąd nie mam ochoty. Tylko raz jeden widziałem tam łosie, były dwa, ale daleko, bez lornetki bym ich nie zauważył. Oprócz mnie żadnego człowieka. Był dzień powszedni, roboczy, wtedy tam jest tak zawsze. Na Debły zachodzą teraz łowcy krajowidoków. Raczej wycieczkowicze z plecakami, przemierzający  kilkugodzinne szlaki, niż spacerowicze. Wiedzą, po co tu zachodzą. Właśnie po te widoki. Jak się spotkamy, pozdrawiamy się, jak to górołazy mają w zwyczaju na odludnych szlakach. Czasem rozmawiamy. Czasem powadzę większą grupę, opowiadam im wtedy o okolicy, najchętniej pod Starym Dębem Debelskim, jak wtedy, gdy zrobiono to zdjęcie. 
 

Od kilkunastu lat nie odwiedzałem tego dębu. Schorowany był, choć  niespełna trzystuletni. Teraz go nie odwiedziłem. Jakoś  mi nie wyszło. A on?  Żyje jeszcze? Kilku wycieczkowiczów z tego zdjęcia już po innych, niebieskich szlakach wędruje. Ja się jeszcze trzymam. I jeszcze tu powrócę. W  okolicach Debeł
jest, wszystko co najlepsze w Puszczy Kampinoskiej. Wysokie wydmy i bagna, kłaniające się niebu sosny w borach, dęby w dębinie i gęste świerczyny, pełne wody olsy, dziki las i otwarty pejzaż niesamowicie urodziwych turzycowisk.
 

Jakże nie być szczęśliwym, mając to wszystko pod bokiem i mogąc to wszystko oglądać. Ponad sześćdziesiąt lat ochrony zrobiło swoje. Pod Warszawę powraca dawna puszcza. Hosanna! I to zaledwie 30 kilometrów od centrum dwumilionowego miasta! Dla miłośników przygody i pierwotnych krajobrazów gratka nie lada. Przez ostatnie lata Debły bardzo wypiękniały. Pejzaż debelski bije po oczach z tak ogromnym wdziękiem, że po powrocie do warszawskiego domu bardzo długo nie da się zapomnieć tego obrazu, łąk i turzycowisk ogromnych, rozległych, ciągnących się pod horyzont jeszcze dalszy, niż daleki. I nie da się zapomnieć tych szuwarów wysokich, i szumu wody przewalającej się przez bobrzą tamę, widoczną o kilka metrów od mostku na Zaborowskim Kanale. Z trudem można ją wypatrzeć na tym zdjęciu. Ale ona tam jest! I bardzo jest potrzebna naszej podwarszawskiej puszczy. Szczególnie ostatnimi laty, w bezlitosnych czasach co rok powtarzających się długich okresach suszy...


 


..........................................................