sobota, 13 czerwca 2026

 

Wycieczka do Wieliszewa 


Dzień jest słoneczny, czerwcowy. Szybką koleją miejską jadę do stacji Wieliszew. Zaraz za stacją kolejową wsiąkam w sosnowe drągowiny, żadnej one urody, chociaż las to niewątpliwy. Pierwszy raz byłem tu przeszło pół wieku temu, poznawałem wtedy systematycznie Mazowsze, co tydzień odwiedzałem kolejny jego kawałek, okolice stacji Wieliszew nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Krajobraz nieużytków i sosnowych lasków, niewątpliwie na swój sposób urokliwy, w tych laskach jakieś letnisko, w nim trochę willi, podobno pożydowskich, przeznaczonych na wynajmowanie wakacyjne. Ja byłem właśnie zachłyśnięty dopiero co poznaną Puszczą Kampinoską, trudno się dziwić, że tego pejzażu nie zapamiętałem "na tak".  Na tak było teraz jezioro Kwietniówka i wznoszące się nad nim piaszczyste wydmy ora las na nich bardzo mazowiecki, swojacko  malowniczy. Z wydm widok na jeziorko wyśmienity.  

Świetny krajobraz dla pejzażystów, nic tylko malować. Nie mazowiecki, lecz mazurski pejzaż,  nie do wiary. Kiedyś było to zwykłe torfowisko, zapewne powstało w jednym ze starych koryt Narwi, rzeka mocno się w okolicy panoszyła, po swojemu płynęła, albo i nie, nie zawsze głównym nurtem. Potem torf zaczęto eksploatować, w zagłębieniu po wybranym torfie powstało jeziorko i  już na wciąż była w nim woda, nie tylko kwietniową porą po roztopach. Na zachodnim krańcu jeziora, już na skraju łąk z widokiem na pobliskie osiedle mieszkaniowe Wieliszewa, zobaczyłem tabliczkę, umieszczoną przed wielopiennym dębem. Na tabliczce napis: Dąb Jerzego i Papuszy Wieliszew 02.07.2022. 


Miałem przy sobie telefon, a w nim sprytnie schowała się sztuczna inteligencja, nie da się ukryć, skorzystałem z jej usług. Niestety, powoli nie da się żyć  bez  tego urządzenia. Wygląda, że nawet nam, w takim jak ja wieku, a więc wieku wiekowym, również coraz trudniej. Znalazłem więc w internecie (nie sądziłem że aż tak dla krajoznawcy może być bogatym!) zaproszenie sprzed kilku lat na spacer krajoznawczo przyrodniczy. Zapraszali wieliszewcy mieszkańcy, ale nie tacy całkiem zwyczajni, lecz mocno w tę swoją niewielką miejscowość zaangażowani. I tak w tym zaproszeniu napisali (niestety, tylko z tego wpisu mi znani) Agnieszka i Dariusz Żukowscy:  “Idziemy na wieliszewski spacer przyrodniczo-poetycki, by przekonać się, że w tkaninie życia wszystko jest ze sobą połączone: lasy, woda, człowiek stanowią nitki przeplatające się ze sobą i od siebie zależne. Zerwanie jednej z nich, niesie ze sobą utratę pozostałych. Idziemy, by zapuścić korzenie i pokazać, że tak jak las i woda chronią się nawzajem, tam my również możemy z wdzięcznością i wzajemnością stawać w obronie dzikiej przyrody.”

W lipcu 2022 r w Wieliszewie (i to także z internetu wzięta wiadomość) odbył się Letni piknik poetycki poświęcony pamięci Jerzego Ficowskiego i odkrytej przez niego cygańskiej poetki Papuszy. Spotkanie zorganizował Wieliszewski Klub Młodych Poetów, a inspiracją dla tego wydarzenia były wiersze Jerzego Ficowskiego oraz Jerzego Zagórskiego związane z Wieliszewem. Czytano wiersze trojga poetów oraz nadano imię Jerzego i Papuszy staremu dębowi, przy którym na polanie odbywała się cała impreza. Na koniec przewidziano plenerowy mini koncert pieśni cygańskich. 
Dlaczego Wieliszew tak o tych dwojgu sobie przypomniał ? Ale i mnie przypomniał również. Więc nie sposób o nich  tutaj nie wspomnieć, i to trochę więcej. O Jerzym i Papuszy. Właśnie tutaj, w Wieliszewie. Przypomina mi o tym nazwa tego dębu, rosnącego  na skraju łąk koło Jeziora Kwietniówka w Wieliszewie. A skąd oni oboje tu się wzięli ? Czy to z powodu tego jednego wiersza, który Jerzy Ficowski napisał  i Papuszy ten wiersz poświęcił, dając mu tytuł: Cygańska droga...? Czy był Ficowski w Wieliszewie? Być może nie. Ale nazwa Wieliszewa znalazła się w jego wierszu. 

      Zabili im konia karego
      zabili im drogę siwą

      Więc sprzedali Cyganie
      wszystką muzykę ze skrzypiec
      na targu w Wieliszewie
      bo nie było już
      dokąd grać

W jednym ze swoich zapisków, jakie od wielu lat prowadzę co roku, zapisałem kilka słów o Jerzym Ficowskim.  „Dziś Dzień Zaduszny. Zaduszki. Jest rok 2009 – pisałem wtedy.  –  Grób Jerzego Ficowskiego. Przeciętny Polak wie o nim mało, bardzo mało, lub nie wie nic. Na płycie nagrobnej trzepocą się trzy rzeźbione ptaki, jak żywe. Gołębie? Trzy dusze? Jedna jest jego? Druga należy do Papuszy? Jego wielkiego odkrycia, której wielki talent ukazał światu, a jednocześnie, nieświadomy konsekwencji, skazał na plemienną anatemę. 
A czy trzeci ptak z grobowca Jerzego Ficowskiego, to trzecia dusza? Czy należy do kolejnej wielkiej jego fascynacji artystycznej, do Brunona Schultza, którego był biografem? Młodzież nasza dzisiejsza ma pośród lektur jego „Sklepy cynamonowe” O zapamiętanym przez młodzieńca rodzinnym mieście galicyjskim jest ta proza. Powinna uczyć patrzenia. Zapamiętywania szczegółów, atmosfery, nastroju, bogactwa rodzimego języka. Czy uczy? W  czarnym marmurze nagrobnej płyty Jerzego Ficowskiego, jak w lustrze odbijają się cienie drzew, rosnących na warszawskich Powązkach. Nie przesłaniają jednak epitafium: ..."usilnie proszę moich Bliskich i moich dalekich o błogosławieństwo uśmiechu i łaskę pogody ducha zamiast westchnień i smutku, bowiem nie stało się nic nadzwyczajnego. Za spełnienie tej prośby z góry wszystkim dziękuję i za kłopot przepraszam...”
 

Miał wiele talentów. Znał wiele języków, pisał eseje, wiersze i teksty piosenek,  był żołnierzem Armii Krajowej, uczestnikiem powstania warszawskiego, znawcą ludowej poezji żydowskiej oraz specjalistą od twórczości Brunona Schulza, specjalizował się także w poezji i tłumaczeniach Federico Garcii Lorki, w  latach 1948–1950 wędrował razem z taborem cygańskim, przełożył i opublikował pieśni cygańskiej poetki Papuszy, której poetycki odkrył i został jej tłumaczem z języka romskiego. 

        Oj, jak pięknie żyć,
        nocami chodzić nad rzekę,
        ryby zimne jak chłodna woda
        chwytać w ręce!
        O
 j, jak pięknie grzyby zbierać,

        miłość nieść,
        ziemniaki piec w ognisku...
        A koń cygański już czeka na murawie,
 

        kiedy wóz będzie gotów do drogi...


W latach okupacji hitlerowskiej w Wieliszewie miała swoje zbiorki i ćwiczenia terenowe legionowska drużyna „Las” organizacji harcerskiej „Szare Szeregi”. Wieliszew, a w szczególności letnisko Kwietniówka, cieszył się względnym spokojem i było tu wówczas bezpiecznie. Na miesiąc przed wybuchem Powstania Warszawskiego poeta Jerzy Zagórski, wraz z m.in.Czesławem Miloszem zmarły w 1984 r. współtwórca wileńskiej grupy poetyckiej Żagary. Sprawiedliwy wśród dziejów Świata. Latem 1944 roku wraz z rodziną wyprowadził się z Warszawy  do wynajmowanego mieszkania w okazałym wtedy letnisku Kwietniówka w Wieliszewie. Właścicielami  większości z rekreacyjnych willi była wówczas ludność żydowska, głównie z Warszawy. W wynajętym mieszkaniu, na strychu miał Zagórski radiostację i prowadził nasłuch dla oddziału Armii Krajowej dowodzonego przez Konstantego Radziwiłła. 

Książę Konstanty Mikołaj Radziwiłł był ostatnim właścicielem dóbr zegrzyńskich. Gdy w 1939 roku Niemcy wkroczyli do Polski, rodzinie kazano pałac opuścić, księcia aresztowano już w  październiku 1939 roku, ale z więzienia zwolniony został dzięki protekcji króla włoskiego Wiktora Emanuela III oraz staraniom Maurycego Potockiego z Jabłonny. Zaangażował się w działalność konspiracyjną, w czerwcu 1944 roku został porucznikiem Armii Krajowej, brał udział w akcjach sabotażu i rozbrajaniu Niemców w okolicy. 14 września 1944 roku został zamordowany na terenie koszar w Zegrzu. Według relacji mieszkańców okolicznych wsi zgłosił się sam, żądając od Niemców uwolnienia swoich współtowarzyszy. Czy mógł być tak naiwny i lekkomyślny, on, oficer konspiracji? Czy tak przez okolicę kochany, że taką mu legendę ta okolica dorobiła? Podobno przed śmiercią był katowany, obwożony po okolicy w odkrytym samochodzie i pokazywany mieszkańcom. Po wojnie chłopi poinformowali Marię Radziwiłłową, że jej męża zabito w Zegrzu i tam pochowano, jednak żadnych śladów miejsca pochówku nie udało się wówczas odnaleźć. Szczątki księcia Konstantego odnaleziono dopiero ćwierć wieku później, przy przebudowie strzelnicy w Zegrzu odkryto ludzki szkielet. Po zachowanym przy nim relikwiarzu  ustalono, iż były to szczątki Konstantego Mikołaja Radziwiłła.  

Tutaj, wśród iglastych lasów malowniczo porastających wieliszewskie wydmy, do złudzenia przypominających te nadmorskie, w lipcu 1944 r. Jerzy Zagórski gościł swojego przyjaciela Krzysztofa Kamila Baczyńskiego wraz z żona, który – jak się później okazało – spędził tam jedne z ostatnich tygodni swojego życia. Poległ 4 sierpnia1944 r. około godziny szesnastej na powstańczym posterunku w pałacu Blanka. Z grzbietu  wydm wieliszewskich Zagórski widział płonącą Warszawę. Jakby  kręcącą, ciemnoszara trąbę powietrzna od spodu podświetlana pomarańczowymi płomieniami. Pod koniec sierpnia 1944 roku rodzina Zagórskich, uciekając, opuściła wynajmowany dom w Wieliszewie. Próbując przedostać się do Warszawy przez pewien czas tułali się w okolicznych lasach. 

Wciąż i nieustannie najpiękniejszy opis tej wieliszewskiej okolicy wyszedł spod pióra Zagórskiego. Ten wiersz nosi tytuł „Wieczór w Wieliszewie”. Zadedykował go poeta śp. Konstantemu R., dowódcy leśnego oddziału  w 1944 r. Wiersz ukazał się w zbiorze wydanym w 1947 r. przez Spółdzielnię Wydawniczą Książka. Żył jeszcze Stalin, komunizm mościł się wtedy w Polsce i szalała cenzura, nazwisko Radziwiłł było dla cenzora nie do przełknięcia, dla Armii Krajowej też nie było miejsca w druku, takie były czasy. Myślałem skrócić wiersz Zagórskiego do tego blogowego postu, odstąpiłem od zamiaru, wiersz jest zbyt piękny. A prócz tego, to jedyny opis Wieliszewa.  

    Kończy się czerwiec. O tej porze roku
    Wrzos w najgęściejszej zieleni przypływie
    W sosnowym borze pokonał igliwie
    I ziemię dźwiga z brązowego mroku,

    Ale weselsza od wrzosów mietlica,
    Która ma barwę słońca w chmurze piasku
    Jakbyś słomiany fiolet w srebrnym kasku
    Zbełtał i rozlał po tych okolicach.

    Jeszcze zwycięża wszędzie wzrostem wrzosy
    I ona sprawia że rozchodnik żółty,
    Mech oliwkowy i liliowa smółka
    Swoje przyziemne przytaiły głosy.

    Tak przyjacielu. Przy wzgórzach jałowych
    Możesz niejeden dzień tu przeżyć w kwiatach
    Nim wieczór w jakichś Szopena poświatach
    Zagra na sosen organach pąsowych.

    A wtedy będą ciemnieć młode dęby
    A jasność w sosnach będzie szła ku górze
    Gdzie pola nieba wspanialej powtórzą
    Te wszystkie barwy co się w ziemi kłębią.

    Bo tam zobaczysz fioletowe gaje,
    Złote przesieki, czerwone strumienie, .
    Siwe jeziora a nad nimi wieniec
    świateł co wiodą w jeszcze dalsze raje.

    O mazowiecki borze co na wzgórze
    Piaszczyste wszedłeś nad jeziorem w łąkach!
    Malarz, poeta dotąd tu się błąka
    I jeden Szopen dotknął cię w lazurze.

    Więc gdy się słońce skryje za poręby,
    I świat ściemnieje, oko głowę zadrze,
    Ujrzy księżyca żagiel w drugiej kwadrze
    Mijającego chmury, sosny, dęby.

    Ty za księżycem ruszysz wędrowniku
    Ku jaśminowym gwiazdozbiorów krzewom
    I zagra w tobie jak skrzypcowe drzewo
    Niebo na leśnej ścieżyny chodniku.                                                                                                                                            
Rozległy jest dzisiejszy Wieliszew. Pierwsze udokumentowane wzmianki o nim pochodzą już z 1294 roku z klasztoru w Czerwińsku, którego Wieliszew był posiadłością. Pierwszy kościół powstał w 1387 roku z inicjatywy opatów czerwińskich. Jedynym, co pokazywać należy w Wieliszewie, jest zabytkowa kaplica w stylu klasycyzmu, znajdująca się  na cmentarzu parafialnym. Wymieniały ją wszystkie przewodniki.  Jest  skromnej, dystyngowanej urody,  nad wejściem umieszczono wzruszającą dedykację: „Żona Mężowi” . Widziałem tę kaplicę przed laty, pamiętam ten napis, poruszył mnie wówczas, pomyślałem wówczas: jakąż ładną historię dałoby się opowiedzieć, tylko z tej dedykacji korzystając.  


Idę nad brzeg Jeziora Wieliszewskiego, prowadzi wzdłuż niego wygodna, wyasfaltowana droga. Powinienem wejść  na  wieżę kościelną w centrum starej części wsi, tej która w  najmniejszym chyba stopniu zachowuje jeszcze swoją wiejskość, choć mocno  ostatnio podrajcowywaną przez coraz silniej ogarniający Polskę dostatek. Wejście na wieżę jest bezpłatne, bez wcześniejszego się umówienia dostępne tylko w niedziele i święta, Byłem w  dzień powszedni, roboczy, nie byłem umówiony. Nazwa wsi pochodzi jakoby od staropolskiego imienia Wielisz. Może  bezpośrednio od dawnego właściciela, a może od założyciela wsi, noszącego to  imię. Tak to jest z tym Wieliszewem, że niemal wszystko jest domniemaniem. Współcześni wieliszewianie postawili przy plaży na brzegu jeziora niespecjalnie urodziwą podobiznę "ducha jeziora". Chyba jeszcze legendy nikt mu nie dorobił, takiej w każdym razie nie spotkałem.  Spotkałem legendę inną, opowiada o tym, że przed wieloma wiekami, w miejscu dzisiejszego kościoła parafialnego, dobiła do brzegu tratwa z transportem ściętego drzewa. Flisacy, wdzięczni za pokonanie niezwykle niebezpiecznego odcinka rzeki, pełnego wirów, które wielokrotnie rozrywały powiązane w tratwy pnie drzew, ofiarowali cały jego transport na budowę kościoła.   Jeśli nawet to nieprawda, to i tak jest dobrze wymyślone. Bo w tej legendzie jest i kawałek naprawdę prawdziwej historii. Że był czas, gdy Wieliszew naprawdę był wsią położoną nad sama rzeką. 
 
Na drugim brzegu Jeziora Wieliszewskiego łąki są ogromne, droga tam wiedzie wśród głowiastych wierzb. Ładnie się tam wędruje. Zapewne piękniej musiało być tutaj przed tym wszystkim, czym obdarował nas wiek dwudziesty. Za tymi łąkami, na północ od kościoła nad Jeziorem Wieliszewskim, główne koryto Narwi w 1963 roku obramowane wysokim wałem ochronnym, za którym płynie główne koryto rzeki Narew. Obok ło Wieliszewa jest ono  w granicach Jeziora Zegrzyńskiego, a Wieliszew nie leży już nad Narwią, chociaż w granicach Wieliszewa nad brzegiem Narwi powstał Wodociąg Północny, z którego rurociągiem przesyłana jest  narwiańska woda dla Warszawy. 


 I na zakończenie tego wieliszewskiego pisania chcę powrócić do dębu Jerzego i Papuszy nad Kwietniówką. W  roku 2024 znowu zostawili swoją wiadomość w internecie Agnieszka i Dariusz Żukowscy. Że Dąb Jerzego i Papuszy w Wieliszewie na końcu ulicy Jerzego Zagórskiego jest jednym z miejsc, które nazwali  Roślinno-Muzealno-Katedralnymi. Bo ma piękne sklepienie ze swoich konarów. Jak naturalna katedra i muzeum zarazem. Zróbmy pod min swoją noc Muzeów i Katedr −− pisali. −−  Spotkajmy się tam wieczorem, zachęcali, poczytajmy wiersze Papuszy i Jerzego Ficowskiego, posiedźmy razem, popatrzmy w niebo przez liście. Zróbmy taki wspólny nocny piknik, ognisko. weźmy koce i prowiant.

No i wzięli koce i prowiant i poszli w tę noc pod ten dąb wieliszewscy poeci. Włącznie z dwójką organizatorów sześcioro się znalazło chętnych, poinformował mnie internet. Czyż trzeba to skomentować? Czy czegoś jeszcze nie wiemy o miejscu poezji w  naszym codziennym życiu?  Poeci dobrze o tym  wiedzą, nawet ci, którzy należą do najbardziej znanych. Chociaż za te wiersze niektórzy dostają Nobla, w Polsce dwojgu to się zdarzyło...                              

......................................

PS. Przy pisaniu tych swoich refleksji o Wieliszewie korzystałem głównie ze znalezionych w internecie tekstów, jakie napisał Krzysztof Klimaszewski i pomieścił w Gazecie Wieliszewskiej lub legionowskiej Gazecie Powiatowej. Informacje o wieliszewskim epizodzie z życia Jerzego Zagórskiego zawdzięczam internetowej stronie Centrum Kultury w Wieliszewie,  dołożył coś od siebie  Wieliszewski Klub Młodych Poetów, tylko nie wiedzieć czemu  bez choćby jednego z ich wierszy.  Wiersz Papuszy wybrałem z Pieśni Papuszy, tłumaczonych przez Jerzego Ficowskiego, wydanych we Wrocławiu w r.1956. 

.......................................................................

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz